Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
Blog > Komentarze do wpisu
Święta, Święta i ...

446.

W poniedziałek rano jak wzięłam prysznic, przyszła sąsiadka z dołu i powiedziała, że ich zalewa! Szłam akurat po raz ostatni w tym roku do pracy i spóźniłam się przez to 10 minut. Ale na szczęście i tak nie było co robić, bo większość studentów już wyjechała. Nadal wszędzie było pełno śniegu i o dziwo mieliśmy w tym roku białe Święta! Po pracy pojechałam do Tesco na ostatnie zakupy, bo dostałam w pracy bon i miałam tam 10 funtów do wydania. Dzięki temu zaoszczędziłam trochę pieniędzy. Kupiłam między innymi polskie słodycze, które włożyłam do koszyka i zapakowałam jako prezent dla Barbary i Piotra, którzy zaprosili mnie do siebie w pierwszy dzień Świąt. Oboje chodzili do mnie na polski, ale Piotr zrezygnował po trzech latach. Barbara uczy się już piąty rok! :)

We wtorek pojechałam do polskiego sklepu po makowiec, a potem zabrałam się za sprzątanie mieszkania i zrobiłam pranie. W tym czasie przyszedł właściciel mieszkania z jakimś kolesiem i naprawili prysznic. Oderwali dwie klepki z brodzika i poprawili rurę, która się obluzowała. Powiedzieli, że przyjdą następnego dnia, żeby przykleić klepki z powrotem. Jak wyszli poszłam do kina na "Where the Wild Things Are" (Gdzie mieszkają dzikie stwory) Spike'a Jonze'a. Tylko on mógł wpaść na tak zwariowany pomysł, żeby zekranizować książeczkę dla dzieci, która ma tylko ze 20-parę stron i niewiele więcej zdań! I w dodatku osiągnąć sukces! :) Polecam! Potem obejrzałam jeszcze parę krótkometrażowych filmów animowanych Joanna Quinn, którą poznałam osobiście, jak była w Bratfoot w połowie października na otwarciu wystawy jej charakterystycznych rysunków. Jak wróciłam do domu okazało się, że nie mam ogrzewania ani gorącej wody!

  
Bałwanek na przystanku autobusowym i kadr z filmu "Where the Wild Things Are".
 
  
Joanna Quinn i Beryl, bohaterka wielu jej filmów animowanych, w scenie z "Girls Night Out".

W środę rano wysłałam SMSa do właściciela domu, żeby coś poradził na brak gorącej wody. Ogrzewaniem się za bardzo nie przejęłam, bo mam piecyk, a poza tym gotowałam kapustę z grzybami i zrazy, więc było ciepło :) Ale nie mogłam umyć naczyń, ani porządnie posprzątać. Nie wspominając już w fakcie, że od poniedziałku rano nie brałam prysznica! Czekałam aż go naprawią, a potem już nie zdążyłam się umyć, bo
woda z kranu leciała naprawdę lodowata! Poszłam więc do kina na dwa filmy: "A Serious Man" (nowy film braci Coen) a potem na francuski film o malarce naiwnej "Séraphine" (Serafina). Ten drugi kojarzył mi się bardzo z "Nikiforem" Krzysztofa Krauze z Krystyną Feldman w roli Nikifora. Podobnie jak tamten film nie zrobił na mnie większego wrażenia, a raczej mnie znudził. I znów podobnie jak w przypadku "Nikifora" broniła go tylko tytułowa rola Yolande Moreau.

Natomiast nowy film braci Coen wzbudził moje zainteresowanie już wspaniale zmontowanym trailerem (http://www.imdb.com/video/imdb/vi1681064473). Ten film jest jak filozofia - chodzi o zadawanie pytań, a nie o odpowiedzi :) Zaczyna się historią sprzed wojny, która zagrana jest w yiddish i rozgrywa się gdzieś w Polsce. Później nie ma do niej już żadnego nawiązania, ale wprowadza ona w klimat świata, w którym ludzkie zachowania są zdeterminowane tym, w co wierzą i jak widzą rzeczywistość. Jak zauważa rabin Scott, wszystko zależy od naszej perspektywy :) Dla mnie był to także film o tym, że duchowi przywódcy każdej religii też są tylko ludźmi i nie wiedzą wcale więcej od pozostałych śmiertelników. Można ten film odbierać na wielu poziomach i nie zapomina się o nim tak łatwo po opuszczeniu kina, tylko skłania do refleksji. A o to przecież chodzi! Gorąco polecam.

  

Michael Stuhlbarg w filmie "A Serious Man" i Yolande Moreau w "S
éraphine".

W czwartek rano nadal nie miałam ogrzewania ani gorącej wody, mimo iż zagroziłam właścicielowi domu, że odliczę mu od czynszu za każdy dzień, dopóki nie naprawi usterki. Z doświadczenia wiem, że wystarczy wejść do mieszkania sąsiadów, którzy pojechali na Święta do Polski, i włączyć bojler! Na szczęście Wanyu zaprosiła mnie do siebie i powiedziała, że będę mogła też u niej wziąć prysznic. Zapakowałam więc kapustę z grzybami, śledzia w śmietanie i cykorię do plecaka, wzięłam ubrania na zmianę i poszłam do niej do akademika. Była u niej jej przyjaciółka Sherry, którą poznałam już kiedyś jak poszłyśmy razem na obiad do Pierogarni. Wanyu zabrała się za przygotowanie typowo angielskiego obiadu świątecznego, który składa się z nadziewanego indyka, żurawiny, pieczonych ziemniaków, pietruszki i gotowanej brukselki :)

Tymczasem zadzwonił właściciel domu i powiedział, że sprawdził bojler na dole i że wszystko działa. Uświadomiłam go więc, że mój bojler jest na pierwszym piętrze, w mieszkaniu obok! Sherry posprzątała w tym czasie kuchnię, bo współlokatorzy Wanyu zostawili straszny bałagan zanim wyjechali na Święta. Ale miałyśmy przynajmniej choinkę, którą przystroili :) Moje potrawy zjadłyśmy jako przystawki, oglądając jednocześnie świąteczne odcinki "Przyjaciół" w telewizji :) Potem zaczęłyśmy grać w Monopol, bo Wanyu niedawno kupiła tą grę i koniecznie chciała w nią zagrać :) Na deser było ciasto, które Sherry kupiła w polskim sklepie, bo jak się okazało wszystkie zgadzamy się co do tego
, że polskie ciasta są lepsze niż angielskie :) Potem otworzyłyśmy prezenty - ja dostałam słodycze i połowę od razu zjadłam :) Szczególnie, że siedziałyśmy i grałyśmy w Monopol do 4 rano! :) Zanim wróciłam do domu i poszłam spać była już 5!

  
Nadziewany indyk upieczony przez Wanyu i mój wpis na lodówce u niej w kuchni :)

W piątek rano wzięłam prysznic i zaczęłam się przygotowywać do wizyty u Barbary i Piotra. Kiedy Piotr przyjechał po mnie o 12:30 byłam już gotowa i zeszłam od razu na dół. W samochodzie siedział już bratanek Barbary i jego żona, którzy mieszkają w pobliskim Huddersfield, gdzie pracują w fabryce i zarabiają na samochód. Przyjechali z Polski zaledwie 3 miesiące temu, ale on był już tu wcześniej rok. Wkrótce zjechała się reszta rodziny i do świątecznego stołu usiadło 13 osób! :) Poczułam się jak za dawnych lat, kiedy my zjeżdżaliśmy się na Święta do babci i mimo, iż byłam jedyna osobą spoza rodziny, czułam się mile widziana. Dostałam nawet parę prezentów i świetnie się bawiłam :) Wszystkie zjazdy rodzinne, pod każdą szerokością geograficzną, są do siebie podobne :) Wieczorem Piotr odwiózł nas do domu, bo tego dnia nie działała komunikacja miejska. Objedzona na zapas i zmęczona poszłam jak na mnie dość wcześnie spać, bo już po 22:00! :)

W sobotę zabrałam się dalej za sprzątanie, ale zamiast umyć najpierw naczynia, zabrałam się za papiery. Okazało się, że był to błąd, bo po południu kaloryfery znów przestały grzać i przestała lecieć gorąca woda. Wysłałam kolejnego SMSa do właściciela, który parę godzin później zapukał i powiedział, że wszystko już działa. Zabrałam się od razu za naczynia, bo być może jutro znów nic nie będzie działać? :) Wieczorem zadzwoniłam do domu przez Skype'a i porozmawiałam też z Kingą i  Majką. A w niedzielę zadzwonił do mnie Jan i zapytał czy jadę z nimi do Cowling na świąteczną imprezę organizowaną przez Salty Polski Klub :) Było bardzo miło, zjedliśmy coś i porozmawialiśmy, a po 18:00 odwieźli mnie do domu. Przed snem obejrzałam jeszcze sobie "Sarę", "Psy" i "Psy 2. Ostatnia krew" na YouTubie :)))

  
Wieczór z Bogusławem Lindą :) Przystojny Bogusław Linda w "Sarze" i w "Psach" :)
niedziela, 27 grudnia 2009, annad9

Polecane wpisy

  • Pozegnanie z Anglia!

    681. W poniedzialek wstalysmy z Majka rano i po poludniu pojechalysmy z ich synkiem na spacer do parku do Chorlton. Po godzinie siedzenia na placu zabaw poszlis

  • Wyprowadzka!

    680. W poniedziałek wstałam o 8:45 i na 10:00 pojechałam na ostatni masaż. Tym razem umówiłam się na godzinny masaż całego ciała. Po 11:00 wyszłam i poszłam pie

  • Cuban Fury! :)

    679. W poniedziałek wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. Dostałam maila od promotora, że egzaminator zewnętrzny chce przesunąć datę mojej obrony, bo uni