Zakładki:
Drania
Hospitality Club
Moje fotki
Po angielsku :)
Praca w Anglii
|
niedziela, 29 stycznia 2012
W poszukiwaniu nowego mieszkania
569.
W
poniedziałek wstałam o 10:00 i już o 11:00 wyszłam z domu, wsiadłam we
Free Busa i podjechałam do agencji wynajmu z wypełnioną aplikacją o
mieszkanie, które widziałam w sobotę. Niestety, czekała mnie dość
niemiła niespodzianka - wyliczyli, że za mało zarabiam i że potrzebny mi
będzie żyrant! Pomnożyli bowiem cenę czynszu razy dwa i pół i wyszło
im, że zarabiam za mało o 500 funtów rocznie! Powiedziałam, że pracuję
także dla agencji tłumaczeń i uczę, ale ponieważ nie mam stałej pensji,
okazało się, że to się dla nich nie liczy. Podobnie jak moje
zapewnienia, że stać mnie na to mieszkanie. Poprosiłam więc o aplikację
dla żyranta i zadzwoniłam do Jana, ale był akurat w pociągu w drodze z
Londynu, więc umówiliśmy się, że porozmawiamy później. Zabrałam tą
aplikację i pełna nadziei pojechałam do pracy.
Tym razem
pracowałam od 12:30 do 20:00, więc zdzwoniłam się z Janem po 17:00, jak
już było spokojniej. Wytłumaczyłam mu o co chodzi i umówiliśmy się, że
porozmawia z Sue i ustalimy coś wieczorem, po 23:00. Potem poszłam na
pół godzinną przerwę i położyłam się na trochę w jednym z biur z
wygodnymi fotelami :) Później spotkałam się z dziewczyną i chłopakiem z
Bradford Student Cinema, którzy chcą mi za darmo zrobić animowaną
reklamę festiwalu! :) O 20:00 wyszłam wreszcie z pracy i poszłam prosto
na salsę. Po lekcji potańczyłam trochę, a w drodze do domu odczytałam
SMSa od Jana, że razem z Sue postanowili, że niestety nie będą moimi
żyrantami. Było to dość upokarzające doświadczenie, które sprawiło, iż
sama zaczęłam wątpić, czy mnie stać na to mieszkanie i postanowiłam
poszukać innych możliwości.
We wtorek wstałam znów o 10:00 i
poszłam na 11:00 do pracy. Zadzwoniłam do dwóch kolejnych agencji
wynajmu i umówiłam się na oglądanie 4 kolejnych mieszkań w tym tygodniu,
codziennie rano! Poza tym nadal nie doczekałam się żadnego maila od
Michaela, więc nie wiem co miał na myśli mówiąc, żebyśmy byli w
kontakcie. O 17:00 wyszłam z pracy i poszłam prosto do Galerii II, żeby
przygotować wszystko na pokaz "Stalkera" Tarkowskiego. Przyszło na niego
9 osób i po filmie mieliśmy bardzo ciekawą dyskusję. Niestety, po
wyjściu wszystkich gości, okazało się, że DVD z filmem zniknęło! A muszę
je do końca tygodnia oddać do biblioteki. Szefowa Galerii powiedziała,
że poszuka go jeszcze nazajutrz, a w razie czego zapłacimy bibliotece.
Mam jednak nadzieję, że film się znajdzie, bo jak mam płacić bibliotece,
to sama bym go chętnie zatrzymała! :)
W
środę wstałam o 9:00, zebrałam się i o 10:00 wyszłam z domu. Poszłam do
pobliskiej dzielnicy Little Germany spotkać się z agentem
nieruchomości, który pokazał mi bardzo fajne mieszkanko. Było częściowo
umeblowane, z pralką i zmywarką do naczyń! :) Później podjechaliśmy
jeszcze do drugiego kawałek dalej, ale już mi się mniej podobało. Może
dlatego, że lokator jeszcze tam był i nie mogłam sobie wyobrazić, jak
będzie wygladać całkiem puste, bez jego rzeczy. Poza tym zawsze jak
wchodzę do mieszkania, to staram się wyczuć jego wibracje, ale tutaj on
mi je zakłócał :) Potem wróciłam na chwilę do domu, bo było dopiero po
11:00, a do pracy szłam na 12:30. Jak już doszłam, to się strasznie
zdenerwowałam, bo zobaczyłam, że po podpisaniu stałej umowy i
zwiększeniu godzin dostanę pod koniec tego miesiąca zaledwie 27 funtów
wiecej niż dotychczas! Wiedziałam, że to musi być pomyłka, ale
nerwy mi puściły i się popłakałam, jak rozmawiałam o tym z koleżanką z
pracy. Zadzwoniła za mnie do HR i wszystko mi wyjaśnili, przepraszając
za niedopatrzenie. Okazało
się, że to wyrównanie mojej starej pensji, a resztę zapłacą mi dopiero 3
stycznia, bo nie zauważyli, że mój kontrakt się zmienił! Cała ta sytuacja dobiła mnie jednak psychicznie. W
dodatku oczywiście będę teraz zarabiać wystarczająco dużo, żeby mnie
było stać na to mieszkanie, które widziałam w sobotę i na które agencja
chciała żyranta! Ale już raczej do nich nie wrócę, bo było to zbyt
upokarzające doświadczenie. Poza tym teraz wiem, że stać mnie nawet na
lepsze warunki niż u nich. O 20:00 wyszłam w
końcu z pracy i wróciłam do domu. Zjadłam coś, a potem przed snem
ustaliłam program następnego Ania's World Cinema Salon w Galerii II.
 Nikołaj Grinko, Anatolij Sołonicym i Aleksander Kajdanowski w "Stalkerze" oraz The Reading Rooms. W czwartek zadzwonili z kolejnej agencji i odwołali oglądanie najtańszego mieszkania, jakie udało mi się znaleźć. Przed pracą weszłam do Galerii II i odebrałam DVD z filmem "Stalker", które się znalazło na zapleczu i oddałam je do biblioteki. Pracowałam znów od 12:30 do 20:00, ale ustaliłyśmy z szefową, że od przyszłego tygodnia będę przychodzić codziennie na 7 godzin, pracować 6 godzin 40 minut i brać 20 minut przerwy. W ten sposób łatwiej będzie mi brać urlop, więc będę pracować 13:00-20:00 w poniedziałki, środy i czwartki, a we wtorki i piątki 10:00-17:00. Wyszłyśmy z szefową z pracy tuż przed 20:00 i poszłam na chwilę do domu, zanim spotkałam się z Elą pod polskim klubem o 20:10. Pojechałyśmy do Leeds i wzięłam udział w dwóch lekcjach kizomby. A potem potańczyłyśmy i wyszłyśmy przed północą, a po północy odwiozła mnie do domu.
W piątek wstałam przed 9:00 i o 10:30 byłam już w agencji i złożyłam aplikację o to mieszkanie w The Reading Rooms na Little Germany, które widziałam jako pierwsze w środę. Potem zrobiłam zakupy, a o 11:30 obejrzałam ostatnie mieszkanie, bo się już dawno umówiłam, ale wiedziałam już, że go nie wezmę. Zawiozłam zakupy do domu i poszłam na 12:00 do pracy. Przez Internet zapłaciłam Application fee i prawdopodobnie w środę będę się przeprowadzać! :) Szefowej nie było w pracy i do ostaniej chwili miałam urwanie głowy! Ale załatwiłam sobie minibus na środę i wolne od środy do końca tygodnia. W końcu wyszłam z pracy o 17:00 i poszłam prosto do domu. Zjadłam obiado-kolację i poszłam do łóżka. Zdrzemnęłam się trochę, bo byłam strasznie zmęczona po tym tygodniu poszukiwań, a potem przed snem przeczytałam książkę "Too Far" Richa Shapero.
Wczoraj obudziłam się przed południem i obejrzałam na DVD niesamowity film animowny "Chico & Rita" o parze Kubańczyków. Potem porozmawiałam z rodziną przez Skype'a, aż w końcu zabrałam się za przeglądanie rzeczy i pakowanie. Dzisiaj obudziłam się znów przed południem i ogarnęłam trochę pokój, bo na 14:00 przyszła Sarah na lekcję polskiego. Przyniosła mi po raz ostatni pieniądze, bo umówiłyśmy się, że od taj pory będziemy naliczać godziny i w zamian będzie mi sprawdzać moją pracę doktorancką. O ile ją w ogóle kiedykolwiek napiszę, bo jak na razie nie jestem chyba nadal zarejestrowana na tych studiach. Tuż po jej wyjściu poszłam zrobić pranie, w międzyczasie jedząc obiad. Staram się wyczyścić lodówkę, żeby było mniej rzeczy do przewożenia :) Później zabrałam się za papiery i znów udało mi się je trochę uszczuplić. Przed snem zaś usiadłam do Internetu.
 Książka "Too Far" i płyta "Dawn Remembers" Richa Shapero oraz bohaterowie filmu "Chico & Rita".
niedziela, 22 stycznia 2012
Happy :)
568.
W poniedziałek wstałam rano i poszłam na 12:00 po raz pierwszy w tym roku do pracy. Z maili, które dostałam będąc jeszcze w Polsce wiedziałam, że mam już umowę stałą od początku tego roku oraz większą ilość godzin, tak jak prosiłam. Ale szefowa napisała, że dopiero jak wrocę ustalimy kiedy miałabym zacząć zostawać na wieczory. Byłam więc trochę zdziwiona, że zaproponowała mi, abym już w tym tygodniu przepracowała 32 godziny, zamiast 25, tak jak do tej pory. Ucieszyłam się jednak, bo chcę się przeprowadzić i są mi potrzebne pieniądze na nowe mieszkanie. W dodatku w nowej umowie było napisane, że podskoczyłam 2 stopnie na skali pracowniczej. Na pewno będę więc zarabiać więcej, ale jeszcze nie wiem ile :) Prz tym systemie pracy wyliczenie tego, podobnie jak i urlopu, to niezła zabawa :) Ustaliłam więc z szefową, że moje godziny pracy teraz będą wyglądać następująco: poniedziałki, środy i czwartki od 12:30 do 20:00 (czyli 7 godzin i pół godzinna przerwa na lunch),we wtorki od 11:00 do 17:00 (6 godzin bez przerwy) i piatki od 12:00 do 17:00 (pięć godzin bez przerwy, czyli razem 32 godziny). Ponieważ jednak nie byłam na to przygotowana przychodząc do pracy, postanowiłyśmy, że zostanę tego dnia tylko do 17:00, jak planowałam, natomiast brakujące godziny odrobię w dalszym ciągu tygodnia.
Oprócz wiekszej ilości godzin dostałam też większy zakres obowiązków. Zrobili mnie odpowiedzialną za Advice Centre, mam więc pilnować, żeby wszystko było zrobione. Nie muszę wszystkiego robić sama, bo mamy studentów do pomocy, ale muszę im delegować prace i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku. Wolałabym robić coś innego, ale nie czułam się w pozycji pozwalającej mi na jakieś narzekania, po tym załatwili wszystko po mojej myśli. Pewnie wiedzieli, że stawiają mnie w takiej sytuacji :) Ale niedługo obie studentki, które znają się na najgorszej robocie, wracają po egzaminach do pracy, więc nie będę się przemęczać, muszę ich tylko pilnować. A że się lubimy, to nie powinno być z tym problemu. Mam już doświadczenie z zarządzania ludźmi z Polski (jak pracowałam w IKSie i w WiKu) i nigdy nie było żadnego problemu, a z większością przyjaźnię się do dziś :) Jestem więc dość zadowolona z całej sytuacji :) O 17:00 wyszłam z pracy i poszłam do domu coś zjeść, a potem przebrałam się i poszłam na 20:00 na pierwszą w tym roku lekcję salsy. Dobrze się bawiłam i wytańczyłam się nareszcie, bo dużo osób już znam i byłam proszona do tańca. W pewnej chwili podszedł też Jonathan, ale mu odmówiłam. Takie było moje postanowienie noworoczne :) Obraziłam się na niego po tym, jak nie zatańczył ze mną na balu w Blackpool, tak jak obiecywał.
We wtorek poszłam do pracy na 11:00, na sześć godzin. Rano do mnie dotarło, że zgodziłam się w ten czwartek pracować do 20:00, a przecież byłam już od dawna umówiona na wizytę z moją panią shrink i planowałam potem iść na salsę w Leeds! Mówiłam nawet poprzedniego dnia znajomym na lekcji "Do zobaczenia w czwartek!" Dobrze, że się zorientowałam, bo szefowa następnego dnia szła na trzy dni urlopu! :) Zmieniłyśmy więc znów moje godziny pracy w tym tygodniu i uzgodniłyśmy, że w czwartek i w piątek przyjdę na 9:30 i posiedzę do 17:00, czyli po siedem godzin dziennie, plus półgodzinna przerwa na lunch. Po południu zrobiłyśmy sobie we trzy z szefową i drugą babką, z która pracuję na zmiany, zebranie. Ustaliłyśmy plan działania i zasady współpracy :) Potem zajęłam się czytaniem maili, bo po powrocie miałam ich w skrzynce 660 :) Wychodząc z pracy weszłam do biblioteki i wypożyczyłam film "Stalker" Tarkowskiego, który pokazuję za tydzień w moim salonie filmowym. Po 17:00 zdzwoniłam się z rodziną i ustaliliśmy, że jednak będzie lepiej jak mama pojedzie do Japonii z biurem pielgrzymkowym Pallotynów, bo więcej zobaczy, niż jak by coś zorganizujemy. Zrezygnowaliśmy więc z kupowania biletów, choć było już blisko i o mało co, a pojechałabym w maju do Japonii! :) Ale szczerze mówiąc ulżyło mi i odetchnęłam z ulgą. Kiedyś na pewno tam pojadę! :)
W środę poszłam po raz pierwszy do pracy na 7 godzin, od 12:00 do 20:00, z godzinną przerwą na lunch. Wykorzystałam ją na to, żeby podjechać przed 17:00 do centrum i kupić Raid, bo w nocy coś mnie znowu ugryzło w rękę i w policzek! Na szczęście nie było za bardzo widać, ale musiałam coś z tym zrobić. Przez pozostałe trzy godziny do 20:00 było spokojnie i tak jak podejrzewałam, mogłam się zająć moimi mailami i się nie przemęczać :) Odpisałam między innymi znajomemu z Paryża, Nicolasowi, u którego spędziłam parę dni po Sylwestrze w 2009 roku, a który nale się odezwał, choć dawno nie pisał. Skontaktowałam się też z paroma agencjami w sprawie mieszkania, ale zdenerwował mnie fakt, że oprócz czynszu i bondu (kaucji), chcieli jeszcze dość wysokie Application Fee! Miałam płacić za to, żeby zebrali dla mnie pozytywne referencje i sprawdzili, czy jestem godna zaufania. Wydaje mi się, że właściciel powinien za to płacić, a nie ja, bo ja wiem, że jestem. A tu mam placić im za to, żeby udowodnić że nie jestem wielbłądem. Poradziłam się paru osób i okazało się, że prawo się trochę zmieniło i nie da się tego uniknąć. Po powrocie do domu zjadłam tylko coś i poszłam do łóżka. Przed snem przypomniałam sobie kolejny film Bessona, który dostałam na DVD z Love Film :) Było to "Subway" z Chrisopherem Lambertem i Isabelle Adjani oraz świetną piosenką "It's only mistery" :)
Christopher Lambert i Arthur Simms, wykonujący piosenkę "It's only Mistery" w filmie "Subway".
W czwartek poszłam do pracy na 9:30, niewyspana, bo sąsiadka znów mnie obudziła w środku nocy puszczając radio na cały regulator! W południe poszłam z koleżanką z pracy do Campus House koło The Green, zeby zobaczyć jakie mają jednopokojowe mieszkania. Nawet mi się podobały, ale były dużo droższe niż podawała strona, na której znalazłam o nich informacje i niestety budynek jest w dość podejrzanej części miasta, choć blisko uniwerku, więc się nie zdecydowałam. O 16:30 wyszłam z pracy i poszłam na pocztę, a potem podjechałam Free Busem na dworzec i wsiadłam w pociag do Leeds. Przyjechałam trochę wcześniej, więc weszłam do Primarku, ale nic nie kupiłam. Potem pojechałam do mojej pani shrink i miałam bardzo udaną sesję. Przerwałam ją jednak, bo chciałam być w stanie iść potem na salsę, tak jak zaplanowałam :) W dobrym humorze i pozytywnie nastawiona podjechałam więc do Highlight i wzięłam udział w jednej lekcji, a potem zostałam na imprezie. Wytańczyłam się znów i dobrze się bawiłam, ale byłam zmęczona, skorzystałam więc z okazji i zabrałam się ze znajomym (fryzjerem z naszego pokazu mody Emancipation! :), który wracał wcześniej do Bratfoot, zamiast czekać na kolegę z kursu, który ostatnio wszędzie podwoził mnie i Krystiana. W domu okazało się, że dostałam maila od Michaela, którego poznałam prawie rok temu i który się nie odzywał odkąd wrócił do Szwecji.
W
piątek poszłam znów do pracy na siedem godzin, od 9:30 do 17:00. Nie
wiem czemu, ale zrobiło się straszne urwanie głowy i nie wiem, kiedy mi
minął dzień. Po południu poszłam na Induction dla nowych studentów
Erasmusa i wraz ze znajomym Polakiem z pracy mowiliśmy im o Student
Union. Potem poszłam z nimi na lunch i pogadałam z trzema Polkami, które
przyjechały na półroczną wymianę. Po 14:00 wróciłam do pracy i
wytrzymałam jakoś do 17:00. po powrocie do domu odpisałam Michaelowi,
który pytał co słychać, że wszystko w porządku. I spytałam co u niego.
Odpisał, że też wszystko w porządku, spytał czy nadal tańczę salsę i czy
jest w Leeds jakaś impreza, bo właśnie przyjechał! Jakby nigdy nic, mimo iż się nie odzywał od naszego ostatniego spotkania w lutym zeszłego roku! Nic mu nie napisałam, tylko wysłałam linka do imprezy Rumba Picante, nad którą sama się zastanawiałam. W końcu postanowiłam, że pójdę z ciekawości, żeby zobaczyć czy przyjdzie i czy będzie mi się tłumaczył. Założyłam sukienkę, w której wszyscy mi mówią, że ładnie wyglądam i poszłam na dworzec :) Tam jakiś koleś kupił dla mnie bilet w automacie, bo pociąg miał zaraz odjeżdżać, a tak było szybciej. Nie miałam jednak drobnych, żeby mu oddać, ale powiedział, że nie trzeba i całą podróż zamęczał mnie rozmową. Doszłam do wniosku, że wysłuchując go ciężko zarobiłam te 3 funty i nie miałam już wyrzutów sumienia :)
Z dworca w Leeds poszłam piechotką do Baru Red, gdzie dotarłam już po 22:00. Zapłaciłam za wejście i zamówiłam drinka, ale oprócz mnie było bardzo mało osób. W dodatku część wyglądała raczej na dresiarzy, i to pijanych, niż na tancerzy :) Chociaż muszę przyznać, że w Warszawie na imprezie w Salsa Libre widziałam jednego całkiem nieźle tańczącego dresiarza! :) Ale ci wyraźnie przyszli się tylko napić. Po raz pierwszy byłam na takiej imprezie, na której towarzystwo było tak mieszane i szczerze mówiąc nie było to zbyt miłe uczucie. Dresiarzom albo nie podobała się muzyka, albo próbowali razem tanczyć, wygłupiając się przy tym, ale jak zaczęli przychodzić ludzie na salsę i parkiet zaczął się zapełniać, dali spokój i poszli dalej pić :) Wkrótce do mojego stolika dosiadł się znajomy Gruzin z Włoszką, których znałam z czwartkowych lekcji w Leeds. Kiedy z nimi rozmawiałam zobaczyłam kątem oka Michaela, który właśnie przyszedł i podszedł do baru. Potem usiadł przy dalszym stoliku. Nie wiem, czy mnie nie widział, czy tylko udawał tak jak ja :) W każdym razie postanowiłam, że mu pokażę jak świetnie sobie radzę i poszłam tańczyć. Po jakimś czasie zobaczyłam, że siedzi przy barze. Podeszłam więc do niego i przywitałam się, jakby nigdy nic :) Zatańczyliśmy i porozmawialiśmy, ale tańczyłam i rozmawiałam też z innymi. W pewnym momencie pożegnał się i poszedł, a mnie potem odwiózł do domu jeden ze znajomych tancerzy.
W sobotę obudziłam się dość wcześnie rano i nie mogłam już spać. Zastanawiałam się, czy dać się namówić Michaelowi na kolejne salsa party wieczorem w Leeds. Zanim wyszedł, pytał, czy się wybieram do Azucar, a potem przysłał mi też maila, żebym się dała namówić. Odpisałam, żeby mi dał jakiś powód i przekonał mnie, żebym przyjechała wieczorem. Potem zebrałam się i podjechałam do centrum, bo byłam umówiona z przedstawicielem jednej z agencji wynajmu na oglądanie mieszkania. Spodobało mi się, bo było dwu-pokojowe (choć nie umeblowane) i miało wannę :) Cena też była dobra, więc poszłam od razu do biura po aplikację i dowiedziałam się, że tu też będę musiała zapłacić Application Fee, ale przynajmniej wiem za co. I o 10 funtów mniej niż w dwóch pozostałych agencjach. Później weszłam do sklepu i po 17:00 byłam już w domu. Michael tymczasem odpisał i zaproponował kolację przed salsą. Umówiliśmy się o 20:30 na dworcu i poszliśmy do Malmaison Brasserie na pyszną kolację zakrapianą białym winem :) Świetnie się bawiłam i nie żałowałam już podjętej decyzji. Po 23:00 poszliśmy do Azucar i tańczyliśmy razem cały wieczór nie tylko salsę, ale i kizombę. Tylko jeden taniec zatańczyłam ze znajomym tancerzem, jak Michael wyszedł na papierosa. Niestety, rano miał samolot do Szwecji, więc wyszliśmy już po 2:00, pożegnaliśmy się i wróciłam taksówką do domu.
 Fasada hotelu Malmaison w Leeds i wnętrze hotelowej restauracji (nasz stolik na pierwszym planie :)
Dzisiaj obudziłam się przed południem w świetnym humorze :) Wstałam po 12:00 i ogarnęłam trochę pokój, bo o 14:00 przyszła Sarah na pierwszą w tym roku lekcję polskiego. Ustaliłyśmy, że na razie będzie mi nadal płacić, bo potrzebuję pieniędzy na przeprowadzkę, a jak zacznę studia, to będzie mi w zamian sprawdzać pracę i poprawiać błędy. Wyszła po 16:00, a ja poszłam sobie zrobić obiad. Potem porozmawiałam z rodziną i niestety im nie wszystko się układa tak dobrze jak mnie. Ale cieszyli się moim szczęściem :) W końcu zabrałam się za wypełnianie aplikacji o wynajem mieszkania, bo miałam ją nazajutrz przed pracą zawieźć do agencji. Co prawda Michael zaproponował mi wynajęcie mieszkania po jego babci w Leeds, ale najpierw musieli by się na to zgodzić jego rodzice :) Poza tym miałabym dość daleko do pracy, myślę więc, że nie mam co na nie liczyć :) Odpisałam na jego ostatniego maila i zobaczymy, co będzie dalej. Mówił, że następnym razem da mi znać wcześniej, że przyjeżdża i że będziemy w kontakcie. Mam nadzieję, że tym razem dotrzyma obietnicy. Przed snem poczytałam jeszcze w Internecie o Tango Down - ataku członków grupy Anonymous na polskie strony rządowe :) Jest to protest mający zapobiec podpisaniu przez rząd porozumienia ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), który według nich może zagrozić wolności słowa w Internecie.
niedziela, 15 stycznia 2012
Ostatni tydzień w Polsce
567.
W piątek pospałam do południa i wyspałam się wreszcie trochę, a potem spędziłam dzień w łóżku i na Internecie. W końcu wzięłam kąpiel i po 18:30 pojechałam do baru Rock & Roll, żeby spotkać się ze znajomymi z klubu Fugazi. Bardzo miło spędziliśmy czas, wspominając dawne czasy, chociaż było nas tylko troje. Vicky, jak policzyłyśmy, nie widziałam z 15 lat, odkąd się przypadkiem spotkałyśmy na studiach. Natomiast Youzefa nie widzialam od czasów Fugazi, czyli 20 lat i zupełnie go nie pamiętałam :) Po 23:00 podwiozłam ich i sama też pojechałam do domu. W sobotę pospałam znów do południa, a potem pojechałam z mamą na zakupy. Kupiłam między innymi lekarstwa i 5 par ciepłych rajstop :) Potem wzięłam kąpiel, ubrałam się i na 19:00 podjechałam do znajomych Krystiana. Przegrał mi u nich zdjęcia z Istambułu i potem pojechaliśmy prosto od nich na salsę. Tym razem za dużo nie potańczyłam, bo poprosiło mnie tylko 5 panów, których poznałam w czasie rozpoczynającej imprezę lekcji. Wreszcie wyszliśmy o 3:30 i prawie spowodowałam wypadek! Byłam zmęczona, a samochód zaparowany, w dodatku nie znałam drogi. No i pojechałam prosto tam, gdzie nie było ulicy :) Ale szybko zahamowałam i wykręciłam, więc nic się nam nie stało. Odwiozłam Krystiana i poszłam spać po 4:00 rano.
W niedzielę od rana zabrałyśmy się w domu za gotowanie i sprzątanie, bo po 15 mieliśmy gości. Najpierw na obiad przyjechała ciocia i przyszedł chłopak mojej siostry, ale wyszedł tuż po deserze. Na kolację natomiast przyjechali bracia, jeden z dziewczyną, a potem drugi z żoną. Spotkaliśmy się tak noworoczno-pożegnalnie, bo stwierdziliśmy, że w środku tygodnia będzie trudniej i może nie być kiedy :) Zjedliśmy resztę chałwy, którą przywiozłam z Turcji i potem bracia odwieźli się nawzajem do domów, a ja z mamą podrzuciłam ciocię pod Dworzec Centralny do autobusu. Potem wróciłyśmy do domu i poszłam wcześniej spać. W poniedziełek wstałam znów po południu i cały dzień spędziłam w piżamie i głównie w łóżku. Zaplanowałam sobie, że nigdzie nie będę wychodzić, tylko sobie trochę odpocznę. Uzupełniłam w tym czasie bloga, przejrzałam i wybrałam zdjęcia, które chcę wrzucić na Fotki, a przed snem obejrzałam film Feliksa Falka "Joanna" na Youtube. Jest to obok "Skrzydlatych świn" jeden z czterech filmów, które Telewizja Polska zaproponowała nam na marcowy festiwal w Bratfoot. Po jego obejrzeniu postanowiłam, że nazajutrz pójdę dla porównania do kina na "W ciemności", który wyjatkowo wszedł do kina w czwartek, ze względu na wypadające w piątek święto Trzech Króli.
 "Joanna" - Urszula Grabowska i Sara Knothe oraz Milla Bańkowicz i Robert Więckiewicz u Holland.
We wtorek wstałam jak przyjechał mój najstarszy brat, który zaczął mnie namawiać, żebym zabrała mamę do Japonii. Mama miała jechać z biurem podróży, ale brat zaczął nas przekonywać, że tak wyjdzie taniej. I że za te pieniądze to obie pojedziemy! Mama zaczęła mnie namawiać, mówiąc, że za mnie zapłaci, jeśli wszystko zorganizuję. Cały dzień przesiedziałam w domu, czekając aż przyjdzie mój kuzyn, bo chciał się spotkać i porozmawiać. Nie poszłam więc do kina, szczególnie, że siostra namówiła mnie, żebym poszłam nazajutrz z mamą ze zniżką Środy w Orange. Niestety, w środę rano okazało się, że nie ma już biletów na "W ciemności" na 11:40! Pojechałam więc z mamą do biura pielgrzymek Pallotynów, żeby odebrać pieniądze na wycieczkę do Japonii, gdzie spotykałyśmy znajomego zakonnika, a potem podwiozłam mamę do centrum, żeby kupiła bilety na 18:10, ale też już nie było. W końcu wcale nie poszłam do kina, tylko moja mama poszła z moją siostrą na "Kot w burach", żeby promocja się nie zmarnowała. Ja tymczasem pojechałam do Milanówka, ale zgubiłam się w Pruszkowie :) W końcu około 15:30 dojechałam do Vicky, która poczęstowała mnie pizzą i zrobiła mi masaż tajski! :) Wyszłam od niej o 18:30 i pojechałam do kolejnej znajomej, z którą gadałam do 2:30 i zanim poszłam spać, była 4:00 rano! :)
Czwartek obudziłam się już o 9:00 i umówiłam się z rodzenstwem na wieczór. Mailem spytałam szefową o urlop, bo wieczorem mieliśmy już coś ustalać i może nawet kupować bilety do Japonii. O 12:30 pojechałam do Wola Parku, gdzie spotkałam się z koleżanką ze studiów w Empiku. Poszłyśmy porozmawiać do Sphinxa, a po 15:00 wróciłam już do domu obiad. Wieczorem przyjechał młodszy brat na kolację, a potem podjechałam z nim po jego dziewczynę na dworzec i odwiozłam ich do domu, choć padałam na twarz i ledwo widziałam na oczy w deszczu. Spakowałam się i poszłam spać przed północą. W piątek wstałam o 5:30, bo na 6:10 zamówiłyśmy taksówkę na lotnisko. O 6:30 już byłam z mamą na
miejscu, a autobus do Gdańska ruszył po 7:00. Po drodze czytałam
przewodnik o Japonii i podsypiałam. Na miejscu byłam o 13:40 i podjechałam tramwajem do kuzynki do pracy po
klucz do jej domu. Tam porozmawiałam z mamą przez telefon na temat Japonii, a potem z siostrą, bo postanowiła, że też z nami pojedzie. Po 19:00 kuzynka odwiozła mnie na
lotnisko, ale okazało się, że samolot jest spóźniony pół godziny. Potem okazało się, że zamiast o 20:40, wylecimy o północy.
Po dwóch godzinach czekania dali nam vouchery na jedzeni i picie, ale w
małej restauracyjce na lotnisku nie było już kanapek. Wzięłam więc dwa
rogaliki, herbatę i czekałam aż wybije północ.
W końcu w sobotę po północy wylecieliśmy, ale w Bratfoot byliśmy dopiero po
2:00 w nocy. Wsiadłam więc w taksówkę do domu, ale o 3:00, jak już miałam iść spać, sąsiedzi za ścianą rozpoczęli imprezę, która potrwala do 4:00. W końcu zasnęłam, choć było zimno, mimo iż włączyłam piecyk. Potem obudziłam się przed
południem, bo sąsiadka na górze przesuwała meble, a sąsiad w łazience
wydawał dziwne odgłosy. Nic się nie zmieniło! Zwlekłam się wreszcie z
łóżka po 14:00, wzięłam prysznic i po 15:00 poszłam do Media Muzeum po filmy od Neila. Potem podjechałam do
sklepów po make up i jedzenie. Spowrotem byłam przed 17:00 i zapłaciłam od razu za czynsz, z czego tylko połowę
za te 5 tygodni, co mnie nie było :) Weszłam do łóżka i porozmawiałam przez Skype'a z mamą, siostrą i jej
chłopakiem, który też się zdecydował z nami jechać do Japonii w maju o szczegółach wyjazdu. W końcu
Zasnęłam o 22:00, ale o 23:00 obudzili mnie znów sąsiedzi głośną muzyką za ścianą. Włączyłam Radio Classic i wzięłam się za szukanie nowego mieszkania! Zasnęłam dopiero po 2:00, jak zapadła cisza. A dziś obudziłam się po 10:00 i spędziłam cały dzień w łóżku, uzupełniając bloga, rozmawiając z rodziną przez Skype'a i oglądając dwa filmy od Neila: "Księstwo" Barańskiego i "Wenecja" Kolskiego.

Rafał Zawierucha w ciekawym "Księstwie" oraz Marcin Walewski w polityczno-umownej "Wenecji".
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Istambuł na Sylwestra :)
566.
W piątek wstałam o 9:30, wzięłam kąpiel i zjadłam śniadanie. Krystian w tym czasie dojechał już na lotnisko i zarezerwował mi miejsce koło siebie. O 11:00 wsiadłam w taksowkę i pół godziny później byłam już na lotnisku, choć bałam się, że przez korki i objazdy zajmie mi to o wiele dłużej. Wylot był opóźniony o 40 minut, więc Kinga ze znajomymi czekała na nas na lotnisku w Istambule prawie godzinę, zanim kupiliśmy wizy i odebraliśmy bagaże. Zawieźli nas pod sam hotel Yeni za 70 lir tureckich. Zostawiliśmy bagaże w pokoju i poszliśmy się przejść, coś zjeść oraz wyjąć pieniądze. Wyciągnęłam 500 lir z bankomatu, ale nie starczyły mi na zbyt długo :) Zjedliśmy kolację w jednej z restauracyjek i poszliśmy na spacer. Mieszkaliśmy w starej europejskij części miasta, niedaleko pałacu Topkapi oraz Hagi Sofii i Błękitnego Meczetu Sułtana Ahmeda. Porobiliśmy zdjęcia, a potem ja z Kingą wróciłam zmęczona do hotelu, a Krystian poszedł dalej robić zdjęcia.
 Zdjęcia Hagii Sofii oraz Błękitnego Meczetu Sułtana Ahmeda zrobione pierwszej nocy w Istambule.
W sobotę, 31 grudnia 2011 roku, pospaliśmy do południa, a potem wstaliśmy i poszliśmy do punktu informacji turystycznej, gdzie kupiliśmy bilety na wycieczkę stateczkiem po Bosforze. Mieliśmy pół godziny, więc się rozdzieliśmy i ja z Kingą zjadłyśmy śniadanie w małej restauracyjce (ja kontynentalne, a ona omlet), a Krystian poszedł sobie kupić kebab. Później wsiedliśmy w autobus, który zawiózł nas do portu, gdzie wsiedliśmy na statek i popłynęliśmy pomiędzy dwoma kontynentami, Europą i Azją, pod mostem Bosfordzkim. Zawrociliśmy pod drugim mostem, Mehmeda Zdobywcy, a potem autokar zawiózł nas na wzgórze Pierre Loti z widokiem na Złoty Róg, skąd zjechaliśmy na dół kolejką linową. Po tej wycieczce wróciliśmy do hotelu, przebraliśmy się na Sylwestra i napiliśmy się trochę, aż w końcu wyszliśmy i podjechaliśmy tramwajem do stacji Kabatas, gdzie przesiedliśmy się w kolejkę, która zawiozła nas na plac Taksim, samo centrum obchodów noworocznych! :) Był tam straszny tłum, jak na jakiejś demonstracji, złożony głównie z mężczyzn.
 Przęsło Mostu Bosfordzkiego ze strony europejskiej oraz kolejka linowa ze wzgórza Pierre Loti.
Staliśmy tam w deszczu i czekaliśmy na kolegę Kingi z dziewczyną. Potem razem w piątkę poszliśmy szukać jakiegoś klubu, ale w pierwszym chcieli 60 lub nawet 100 lir za wejście! Poszliśmy więc dalej, choć już dochodziła północ. Zastała nas na ulicy Istiklal, gdzie tłum szedł falami w obie strony gwiżdżąc, krzycząc, śpiewając i tańcząc! :) Niesamowite wrażenie! Około 10 minut po północy dotarliśmy do Klubu 404, gdzie zapłaciliśmy tylko 10 lir od osoby za wejście. Był to typowo turecki klub, w którym obeszliśmy o 1:00 polski Nowy Rok, a o 2:00 angielski :) Potańczyliśmy trochę, a potem postanowiliśmy wrócić do domu, bo Krystiana ochroniarz nie dopuszczał do żadnych dziewczyn i chciał go wyprowadzać, a Kinga chciała co prawda zostać dłużej, ale nie chciała potem sama wracać taksówką. Złapaliśmy więc wspólnie jedną przy placu Taksim i zgodziliśmy się zapłacić 45 lir, choć wiedzieliśmy, że zdzierają z nas dwa razy tyle, co normalnie :) Ale taksówkarz przynajmniej pojechał ekspresowo, po torach tramwajowych, mijając gigantyczny korek! :)
W niedzielę wstaliśmy znów po południu i zjedliśmy razem śniadanie w tej samej restauracyjce co ja z Kingą poprzedniego dnia, a później o 14:00 wsiedlismy w autobus wycieczkowy i objechaliśmy pierwszą trasę, z Europy do Azji, przez most Galata i most Bosfordzki. Potem objechaliśmy drugą trasę, w górę starej części europejskiej, wokół Złotego Rogu. Około 17:00 wysiedliśmy i poszliśmy do Cysterny bazyliki. Po wyjściu wyciągnęłam kolejne 160 lir z bankomatu i poszłyśmy z Kingą coś zjeść, a Krystian tradycyjnie na kebaba. Wróciliśmy przed 20:00 na kolejną trasę, Night Tour, ale okazało się, że rusza tylko raz, o 17:30, ale na szczęście powiedziano nam, żebysmy wrócili o tej przez nazajutrz, mimo iż nasze 24-godzinne bilety były ważne tylko do 14:00. Poszliśmy więc na spacer wzdłuż linii tramwajowej, mijając Kolumnę Konstantyna z pierścieniem oraz meczet Atik Ali Pasha z widokiem na meczet Nuruosmaniye, aż do Aksaray. Tam ja z Kingą skorzystałyśmy z kafejki internetowej, a potem wróciłyśmy tramwajem do hotelu, a Krystian wrócił piechotą, robiąc po drodze zdjęcia i zakupy.
 Widok na Nowy Meczet oraz wnętrze Cysterny bazyliki, największej z 60 cystern w Istambule.
W poniedziałek wstaliśmy rano i nie poszliśmy nawet na śniadanie, tylko zjedliśmy simity, czyli sezamowe obwarzanki, popijając je Aryanem, czyli tureckim kefirem. Pogoda była bardzo ładna i chcieliśmy jeszcze raz objechać wszystkie trasy turystyczne i porobić tym razem zdjęcia w słońcu, a nie w deszczu, który nie opuszczał nas przez dwa ostatnie dni. Objechalismy znów pierwszą, europejsko- azjatycką trasę, ale tym razem postawiliśmy nogę na azjatyckiej ziemi. Potem mieliśmy przerwę, więc poszłam z Kingą na gozleme (tureckie naleśniki). Przed 14:00 wsiedliśmy w drugi autobus i objechaliśmy drugą trasę, europejską, żeby wykorzystać bilety. O 15:00 wróciliśmy na Hipodrom i poszliśmy zwiedzić Błękitny Meczet Sułtana Ahmeda. Mieliśmy czas do 17:00, więc poszliśmy coś zjeść - Krystian tradycyjnie kebaba, a ja z Kingą do restauracyjki obok naszego hotelu, gdzie mieli pyszne jedzenie. Po 17:00 udało się nam pojechać na Night Tour do azjatyckiej części miasta, gdzie mieliśmy 40 minut wolnego czasu na wzgórzu z widokiem na Bosfordzki Most, który nocą zmienia kolory. Wróciliśmy po 21:00 i wyjęłam kolejne 50 lir z bankomatu. Poszliśmy wcześniej spać, żeby nazajutrz znów rano wstać.
 Wnętrze Błękitnego Meczetu Sułtana Ahmeda oraz Bosfordzki Most z azjatyckiej strony miasta.
We wtorek planowaliśmy zacząć od zwiedzania Hagii Sofii od 9:00, ale dotarlismy tam dopiero o 10:00 :) Znów zamiast śniadania były simity i aryan, ale dzięki temu przynajmniej nie staliśmy długo w kolejce. Po zwiedzeniu Hagii Sofii przeszliśmy się Hipodromem, fotografując Fontannę niemiecką, Obelisk Egipski (Teodezjusza), Kolumnę Wężową i Obelisk Konstantyna. Później wsiedliśmy w tramwaj i pojechaliśmy zobaczyć plac Taksim za dnia :) Tam wsiedliśmy w zabytkowy tramwaj, który zawiózł nas prawie pod wieżę Galata. Krystian został na dole, a ja wzięłam jego aparat i pojechałam z Kingą windą na górę za 10 lir. Był to najwyższy punkt widokowy, z jakiego widziałam Istambuł. Potem wróciliśmy piechotką przez most Galata pod nowy Meczet i poszliśmy na Bazar Egipski (Kryty). Tak nas zmęczył ten spacer, że wróciliśmy do hotelu i zdrzemnęliśmy się wszyscy. Po 19:00 ja z Kingą postanowiłam pójść coś zjeść do naszej ulubionej restauracyjki koło hotelu, a potem poszłyśmy na spacer do portu, gdzie wsiadłyśmy na statek, który zawiózł nas do części azjatyckiej i z powrotem. Później wyciągnęłam kolejne 60 lir z bankomatu i weszłyśmy jeszcze do kafejki internetowej, a potem wróciłyśmy do hotelu.
 Wieża Galata widziana z Mostu Galata pełnego wędkarzy oraz stoisko przypraw na Bazarze Egipskim.
W środę wstaliśmy najwcześniej ze wszystkich dni pobytu i po 9:00 byliśmy już pod Pałacem Topkapi. Zdążyliśmy nawet zjeść śniadanie - ja z Kingą sałatki w naszej ulubionej knajpce śniadaniowej, a Krystian w hotelu. Zwiedzanie Pałacu zajęło mi i Kindze niecałe 3 godziny, bo część Haremu i kuchnie pałacowe były zamknięte. Czekając na Krystiana poszłyśmy pod Kościół Św. Ireny, a potem zjadłam loda z gumą arabską. Później we trójkę poszliśmy do portu i popłynęliśmy dwoma statkami do części azjatyckiej, za drugim razem wypływając na pełne morze. Jak wróciliśmy na ląd, kupiłam sobie rybkę prosto z łodzi, a później poszliśmy do Akweduktu Walensa, po drodze zwiedzając meczet Sulejmana. Później poszliśmy obok uniwersytetu i meczetu Beyazit na Wielki Bazar, a stamtąd do hotelu. Zjedliśmy kolację w pobliskiej knajpce, a potem pojechaliśmy tramwajem do starych murów miasta. Wracając przeszliśmy się spacerkiem do hotelu, po drodze robiąc zakupy (ja kupiłam chałwy dla rodziny).
 Jedna z ozdobnych ścian Pałacu Topkapi oraz widok ze statku na Nowy Meczet i Meczet Sulejmana.
W czwartek pospaliśmy trochę dłużej, a potem około 11:00 ja z Kingą poszłyśmy na śniadanie do restauracyjki, która znajdowała się w tym samym budynku, co nasz hotel. Potem się spakowaliśmy, zostawiliśmy bagaże na przechowanie i poszliśmy na spacer. Najpierw przeszliśmy się parkiem pod Pałacem Topkapi, a później wokół murów pałacu wzdłuż wody. Weszliśmy na Arasta Bazar i doszliśmy znów na Hipodrom. Tam się rozdzieliliśmy i ja z Kingą poszłam na zakupy, żeby wydać moje ostatnie liry tureckie :) Po 14:00 spotkaliśmy się wszyscy w hotelu, gdzie przyjechał po nas bus, który zawiózł nas na lotnisko. Kinga poleciała do Alanyi, a nasz samolot do Warszawy znów był opóźniony prawie godzinę. Na lotnisku czekała na mnie mama z siostrą i jej chłopakiem, a w domu na kolację dołączyli do nas jeszcze mój brat z dziewczyną. Posmakowaliśmy chałwy (pistacjowej, czekoladowej i waniliowej) oraz Pashiye, które przywiozłam z Turcji, a potem moja siostra i jej chłopak odwieźli do domu mojego brata z dziewczyną, która jak się okazało jest w ciąży! Po ich wyjściu weszłam do wanny i do łóżka.
 Molo wychodzące prosto w Morze Marmara oraz zachód słońca na lotnisku Ataturka w Istambule.
piątek, 30 grudnia 2011
I po Świętach :)
565.
We wtorek obudził mnie telefon od kuriera, który przyniósł paczkę od cioci ze Stanów. Potem umówiłam się z siostrą, że podjadę na 15:30 do niej do pracy i zabierzemy samochód do mechanika. Zdrzemnęłam się chwilę, a potem wyszłam i dotarłam pod pracę siostry o 15:10, więc musiałam na nią poczekać. Mechanik powiedział, że trzeba wymienić sprzęgło i że będzie to kosztować 680 złotych! Zadzwoniłyśmy z siostrą do brata, który jest współwłaścicielem samochodu i podjęliśmy wspólnie decyzję, że nie mamy wyboru i trzeba go naprawić. Zostawiłyśmy go więc i pojechałyśmy samochodem siostry do sklepów, a potem do domu na obiad. Po deserze coś mnie zmogło i poszłam się zdrzemnąć. Pospałam do 22:00, a potem wstałam, usiadłam do Internetu i przeczytałam przed snem wreszcie książkę Krystiana do końca! :)
W środę po 10:00 rano obudził mnie SMS od Krystiana, który wybierał się na Starówkę i pytał, czy do niego dołączę, ale przekręciłam się tylko na drugi bok i poszłam dalej spać :) Wreszcie wstałam o 12:00, wzięłam kąpiel i zjadłam śniadanie. Brat przywiózł do nas swojego synka, czyli mojego bratanka, a sam wrócił do pracy. Przez telefon udało mi się namówić siostrę, zeby pożyczyła mi wieczorem samochód, bo wybierałam się z Krystianem na salsa party do Hula Kula w Bibliotece Uniwersyteckiej na Dobrej. Kiedy wróciła do domu po pracy dała mi kluczyki i papiery wozu, a ja umówiłam się z Krystianem, że spotkamy się na miejscu o 20:00. Mój brat przyjechał z żoną i chwilę posiedzieliśmy przy herbacie, a potem zebraliśmy się i razem wyszliśmy z domu. Dojechałam do Hula Kula parę minut po 20:00 i spotkałam się z Krystianem i jego przyjacielem, u którego nocuje w Warszawie. Oddałam mu jego książkę "The Man Who Cycled the World" Marka Beaumonta, a on mi klucz do mojego pokoju :)
Impreza zaczęła się o 20:30 i kolega trochę został, a potem poszedł, a my tańczyliśmy do 2:00 w nocy. Jak się roztańczyliśmy poszłam poprosić jakiegoś Kubańczyka, który jednak tańczył tak, że całkiem się pogubiłam :) Większość imprezy przetańczyłam z Krystianem, bo znów wszyscy tańczyli w swoim własnym towarzystwie, a prosić nie było za bardzo kogo, bo panów było mniej niż pań. A jak już mnie jeden poprosił, to okazało się, że nie trzyma rytmu. Po północy zaczęłam się nudzić i najchętniej bym wróciła do domu, ale Krystian rozmawiał z jakąś dziewczyną, a mnie znów poprosił do tańca ten Kubańczyk i już mnie nie opuścił na krok. Chciał się nawet ze mną żenić i wziął mój numer telefonu :) Wyszliśmy tuż przed 2:00 i najpierw odwiozłam Krystiana, a potem pojechałam nabrać trochę benzyny, bo bak był prawie pusty. Zanim poszłam spać była 3:00 rano.
 Mark Beaumont oraz Artur, nauczyciel prowadzący lekcje podstawowych kroków w Hula Kula.
W czwartek wstałam przed południem i zjadłam śniadanie, a potem wzięłam kąpiel, ale coś mnie tak zmogło, że poszłam się zdrzemnąć i wstałam znów dopiero, jak już na dworze było ciemno. Samochód miał być gotowy, ale okazało się, że będzie do odebrania dopiero nazajutrz po południu, więc nie musiałam wychodzić z domu, tylko się spakować na wyjazd do Turcji. Ale jakoś przez cały dzień nie mogłam się za to zabrać. W końcu zjadłam obiad i już miałam się wziąć za pakowanie, kiedy przyszła siostra ze swoim chłopakiem. A po jego wyjściu zadzwoniła jej koleżanka, że zaraz wpadnie na chwilę. Dopiero po jej wyjściu udało mi się wreszcie spakować walizkę, nastawić budzik na 10:00 rano i pójść do łóżka tuż po 23:00. Przed snem napisałam maila do Marka Beaumonta - człowieka, który objechał świat na rowerze :)
wtorek, 27 grudnia 2011
Święta, Święta...
564.
W poniedziałek wstałam i zabrałam się za pranie. Porozmawiałam z właścicielem, że rozliczymy się za okres świąteczny jak wrócę. Potem poszłam do Tree House kupić podstawki dla mojej mamy, a stamtąd do Galeri II, żeby zabrać DVD z "8 i pół" Felliniego z laptopa i oddać je do biblioteki. Później weszłam na chwilę do pracy po płytę DVD z moim Graduation oraz kubki z logo mojego festiwalu. Niestety, ani jedno, ani drugie nie dotarło. Przez to prawie się spóźniłam na autobus na lotnisko! Zostawiłam klucz do mojego pokoju Krystianowi, żeby zostawił u mnie to, czego nie uda mu się zabrać do Polski :) Na lotnisku zabrali mi Christmas Crackers, które dopiero co kupiłam, bo w środku mają kapiszony i nie wolno ich przewozić w bagażu podręcznym! W końcu wsiadłam w samolot i po 20:00 czasu polskiego wylądowałam w Gdańsku. Przyjechała po mnie mama z kuzynką i pojechałyśmy do niej do domu. Po kolacji postanowiłyśmy pójść wcześniej spać.
We wtorek po śniadaniu pojechałyśmy z mamą kolejką do Sopotu i przeszłyśmy się ulicą Bohaterów Monte Casino, czyli monciakiem. Doszłyśmy aż do końca molo, gdzie napiłyśmy się gorącej czekolady w knajpeczce wyglądającej jak stateczek :) Później poszłyśmy na obiad do restauracji "Złota Rybka" na bardzo dobre pierogi z łososiem w sosie koperkowym i zupy - mama zjadła bursztynową z łososiem, a ja francuską z małżami. W końcu wsiadłyśmy w kolejkę i po drodze do domu weszłyśmy do Galerii Bałtyckiej. Wieczorem kuzynka zawiozła nas do domu mojej drugiej kuzynki, jej siostry, gdzie zostałyśmy na kolację. W domu byłyśmy jakoś po 22:00 i znów poszłam wcześniej spać.
 Mewa na molo w Sopocie oraz końcówka molo, gdzie teraz zaczyna się przystań jachtowa.
W środę po śniadaniu pojechałam z mamą na spacer do Gdańska. Przeszłyśmy całą ulicę Długą i weszłyśmy na kawę i herbatę do knajpki "Pikawa". Później kupiłam książkę dla Jana w Galerii Kaszubskiej. W końcu poszłyśmy na obiad do tej samej restauracji, w której pół roku temu jadłam kolację z Francuzami :) Rybki były bardzo dobre i po obiedzie najedzone wróciłyśmy do domu, po drodze zahaczając o dworzec autobusowy, gdzie kupiłyśmy bilety na autobus do Warszawy i znów o Galerię Baltycką. Wieczór spędziłyśmy z moją kuzynką i jej dziećmi, znów idąc wcześniej spać.
 Ratusz i choinka na ulicy Długiej w Gdańsku oraz tzw. Żuraw, dźwig portowy na Długim Pobrzeżu.
W czwartek właściwie cały dzień zajęła nam z mamą podróż autobusem do Warszawy. Po 18:00 siostra odebrała nas z dworca i dojechałam wreszcie do domu :) Czekał już na nas mój brat i wieczorem pojechałam do niego, bo tam stał samochód, ktorym miałam jeździć w czasie mojego pobytu w kraju. Ostatnio zjechałam nim pół Polski z Francuzami pół roku temu, ale od tamtej pory stał i nikt nim nie jeździł. Akumulator miał bardzo słaby, więc żeby go uruchomić, brat musiał go "reanimować". Podjechałam nim pod dom i zadzwoniłam do mamy, która zeszła na dół i pojechała ze mną na zakupy do Tesco. Niestety, jak wyszłyśmy ze sklepu samochód znów nie chciał zapalić i musiałam dzwonić po siostrę, która przyjechała i uruchomiła go podłaczając klemy do silnika jej samochodu. Stało się jasne, że jak czegoś z tym nie zrobię, to sobie nie pojeżdżę. Wieczorem wzięłam wreszcie wymarzoną kąpiel i nareszcie zasnęłam we własnym łóżku :)
W piątek dodzwoniłam się do pobliskiego zakładu samochodowego i ustaliłam, że za 20 złotych naładują mi akumulator, ale będę musiała zostawić im samochód na jakieś 6 godzin. Brat pomógł mi go znów "reanimować", bo inaczej w ogóle by nie ruszył i podjechałam tam, a potem wróciłam piechotką do domu. O 15:00 miałam wizytę u dentystki i musiałam pojechać tramwajem, co było dziwnym uczuciem, bo chyba z siedem lat nie jechałam komunikacją miejską w Warszawie :) Potem wróciłam do domu i po 19:00 poszłam odebrać samochód. Potem pojechałam od razu nabrać benzyny i zapłaciłam 250 złotych za pełen bak. Później pojechałam do centrum do restauracji "Sphinx", gdzie spotkałam się z koleżanką z byłej pracy i jej znajomymi. Imprezowali tam już od 17:00 i jak dojechałam, to już byli lekko wstawieni, a zanim wyszliśmy wreszcie po 1:00, to niektórzy ledwo się trzymali na nogach :) To była taka impreza świąteczno-pożegnalna, bo moja znajoma odeszła właśnie z ich firmy i zaczęła pracę w PKP :) Odwiozłam ją do Sochaczewa, nie zdając sobie sprawy jak to daleko i w domu byłam dopiero po 2:00.
W sobotę wzięłam kąpiel, zjadłam śniadanie i po południu pojechaliśmy do mojego brata i jego żony na przedświąteczną kolację. Było nas razerm 10 osób: ja, moja mama, mój ojciec, dwaj bracia - jeden z dziewczyną, a drugi z żoną i jej bratem oraz siostra i syn mojego brata, który robił za Mikołaja :) Wyglądał w tym przebraniu trochę jak krasnal, ale zabawa była przednia :) Po kolacji moja siostra odwiozła brata i jego dziewczynę, a ja wróciłam z mamą do domu i poszłam wcześniej spać :) W niedzielę odpoczywałyśmy cały dzień w domu i czytałam książkę, którą muszę oddać Krystianowi :) W poniedziałek podjechałam z mamą na małe zakupy przedświąteczne, a wieczorem przyszły do mnie koleżanki z liceum i pogadałyśmy trochę.
We wtorek pojechałam z mamą spotkać się z bratem i zapłacić za telefon i zrobiliśmy zakupy, a potem wzięłam kąpiel i poszłam wcześniej spać, bo nie udało mi się z nikim umówić. W środę podjechałam znów z mama do sklepu, a potem obejrzałam na Youtube film "Skrzydlate świnie", który jest jednym z czterech filmów, o których obejrzenie poprosił mnie Neil, żebym wybrała jeden na Bratfoor Film Festiwal. Średnio mi się podobał, ale zobaczymy pozostałe. Chcielibyśmy zaprosić Wojtka Smarzowskiego i pokazać jego "Różę" oraz "Dom Zły", ale pewnie się to nie uda ze względu na fundusze. Wieczorem pojechałam do mojej koleżanki z podstawówki i posiedziałam u niej do 23:00. W czwartek na 15:00 byłam umówiona do fryzjerki, a potem podjechałam w korkach do brata do pracy i zawiozłam go do Auchan. Tam spotkaliśmy się z jego dziewczyną i potem zawiozłam ich do nich z zakupami. Tego dnia też nie udało mi się z nikim umówić, więc wrociłam do domu i poszłam spać.
 Olga Bołądź i Paweł Małaszyński w filmie "Skrzydlate świnie" oraz reżyser Wojtek Smarzowski.
W piątek zabrałyśmy się z mamą za sprzątanie i przygotowania do Wigilii. Powiesiłam firanki, ubrałyśmy choinkę i posprzątałyśmy duży pokój. W sobotę dokończyłyśmy sprzątanie mieszkania i ostatnie przygotowania. Wszyscy zjechali się przed 16:00 i rozpoczęliśmy Wigilię. Tym razem było nas dziewięcioro - ja, moja mama, siostra z chłopakiem, jeden brat z żoną i drugi brat z dziewczyną oraz jej matką. Po obiedzie dostaliśmy prezenty, a później usiedliśmy do ciast. Po 18:00 starszy brat pożegnał się i pojechał z żoną do jej rodziny, a wkrótce potem siostra z chłopakiem poszli do niego. Po zjedzeniu ciast ja i moja mama pojechałyśmy z drugim bratem, jego dziewczyną i jej mamą na spacer na Starówkę, która była pięknie oświetlona, a potem odwiozłyśmy ich na Tarchomin i wróciłyśmy z mamą do domu.
 Nasza choinka i orzechy i mandarynki, czyli dla mnie symbol Świąt, oraz choinka na pl. Zamkowym.
W niedzielę po śniadaniu pojechałam z mamą, z siostrą i jej chłopakiem na Tarchomin na obiad do brata i jego dziewczyny. W czasie jazdy samochód zaczął trochę nawalać i miałam coraz większy problem z wrzuceniem jedynki. Trochę mnie to zmartwiło, bo bałam się, że nie uda się nam nawet wrocić nim do domu. Oprócz nas na obiedzie była jeszcze mama dziewczyny mojego brata i było bardzo miło. Najedliśmy się znów i obejrzeliśmy zdjęcia mojego brata i jego dziewczyny ze Stanów. W końcu wyszliśmy i udało się nam jakoś dojechać do domu.
Wczoraj pospałam do południa, a potem zjadłam wspólne świąteczne śniadanie z mamą i siostrą. Później miałyśmy chill out, głównie przed telewizorem. Po południu siostra poszła do rodziny swojego chłopaka, a ja do łóżka. Na wieczór umówiłam się z Krystianem, który przyjechał tego dnia do Warszawy. Wzięłam kąpiel, założyłam sukienkę, zabrałam wachlarz oraz buty do tańca, które przywiozłam specjalnie z Anglii i pojechałam po niego na Stegny. Samochód coraz bardziej nawalał i musiałam ruszać z dwójki, bo jedynka już nie wchodziła. Po 22:00 dojechaliśmy do Salsa Libre na imprezę salsową. Podłoga była za śliska i w końcu tańczyłam w butach, w ktorych przyjechałam :) Impreza była ok, ale w Polsce najwyraźniej nie ma zwyczaju, że panie proszą panów, bo byli bardzo zdziwieni, jak ich prosiłam do tańca. Ale jakbym tego nie robiła, to przesiedziałabym całą imprezę, bo prawie wszyscy się znali i tańczyli w swoim towarzystwie. Poza tym okazało się, że tańczą trochę inne układy, do innej muzyki i na dwa sposoby - na jeden i na dwa. A my podobno tańczymy na jeden :) W każdym razie potańczyliśmy do 2:00, ale zanim odzwiozłam Krystiana, w domu byłam po 3:00.
 Logo szkoły tańca Salsa Libre oraz sala ze śliską podłogą w klubie UFF, gdzie odbywają się imprezy .
niedziela, 11 grudnia 2011
Przed wyjazdem
563.
W poniedziałek czułam się na tyle dobrze, że postanowiłam pójść do pracy, szczególnie, ze świeciło piękne słońce. Jednak jak godzinę później wyszłam z domu, to zmoczył mnie deszcz ze śniegiem. Siedziałam więc przy biurku przykrywając nogi futerkiem, a szefowa średnio co godzinę pytała, czy dobrze się czuję. Rano nie użyłam podkładu, jak to zwykle robię, i może przez to nie najlepiej wyglądałam? Na chwilę wpadła do mnie Wanyu i dała mi prezent dla mojej mamy. Szefowa kazała mi wyjść wcześniej z pracy i załatwić coś po drodze. Potem poszłam do domu, zjadłam coś i po 20:00 poszłam z Krystianem na moją ostatnią lekcję salsy przed wyjazdem. Pożegnałam się ze wszystkimi i po 23:00 wróciłam z Krystianem do domu. Poszłam spać po 2:00. We wtorek obudziłam się o 11;00, ale nie czułam się dobrze, więc dałam znać szefowej, że nie przyjdę do pracy. Miałam jechać do School of Management, więc i tak by mnie nie było w biurze, więc pomyślałam, że sobie odpocznę. Pospałam do 15:00, a potem wstałam, zebrałam się i poszłam najpierw do sekretarki złożyć podanie na studia doktoranckie, a potem do Galerii II przygotować wszystko do pokazu filmu "8 i pół" Felliniego. Oprócz mnie obejrzało go jeszcze siedem osób i wszystkim się podobał. Po filmie poszłam do restauracji Ambrozja na kolację z moimi byłymi studentami polskiego. Było bardzo miło i po 22:00 jedna ze studentek oddzwoniła mnie do domu. Tymczasem odezwali się do mnie znów z agencji tłumaczń proponując pracę w czwartek rano, którą przyjęłam. Znów wieczorem siedziałam przy komputerze i poszłam późno spać.
 Marcello Mastroiani w "Osiem i pół" Felliniego oraz współczesna wersja filmu, czyli musical "Nine".
W środę o 11:00 znów dałam szefowej znać, że nie przyjdę ani tego dnia, ani nazajutrz, tylko będę próbować wyzdrowieć do naszego piątkowego Christmas Do. Najpierw obejrzałam na Youtube film "Rubber" - niesamowity, zabawny i bardzo antyhollywoodzki film o pewnej oponie :) Gorąco polecam! Później trochę się zdrzemnęłam, a potem obejrzałam "Giulietta i duchy" Felliniego na DVD. Był jakby kobiecą wersją "8 i pół" i bardzo mi się podobał. Skończyłam go ogladać po północy i poszłam spać. W czwartek wstałam o 7:30, o 8:30 wsiadłam w pociąg do Halifax i o 9:00 byłam w biurze prawniczym, ale nasz klient spóźnił się pół godziny. Tłumaczyłam dla niego z półgodzinną przerwą aż do 13:00. W czasie przerwy poszłam coś kupić mojemu szefowi, bo wylosowałam go w Secret Santa. Potem wróciłam i poszliśmy do sądu, a po 13:00 wsiadłam w pociag i wróciłam do Bratfoot. Zmoczył mnie deszcz, ale mimo to podjechalam Free Busem do sklepów i zrobiłam małe zakupy. Potem wróciłam do domu i poszłam do łóżka. Przysnęłam czekając na Arnaud, który przyjechał na swoje Graduation i miał nas po drodze odwiedzić. W końcu obudziłam się tuż przed tym jak przyszedl ze swoja mamą, ale mieli tylko parę minut i musieli zaraz biec na pociąg do Londynu, skąd mieli samolot do domu. Po ich wyjściu wróciłam do łóżka, ale o 21:00 poszliśmy z Krystianem na dworzec i pojechaliśmy na salsę do Leeds. Wytańczyłam się znów i porozmawiałam z Jonathanem na temat parkingu w Blackpool, gdzie wybieraliśmy się nazajutrz na bal. Zarezerwowałam samochód, ale jak kolega z kursu nas odwiózł do domu, to zgadaliśmy się, że nas nazajutrz podwiezie.
 Scena z filmu "Rubber" oraz Sandra Milo i Giulietta Masina wkolorowym filmie "Giulietta i duchy".
W piątek wstałam o 11:00, odwołałam rezerwację samochodu i zaczęłam się zbierać do wyjścia. O 12:30 doszłam do hotelu Midlands, gdzie był nasz świąteczny obiad. Jedzenie było dość smaczne i było bardzo miło, a na koniec dostałam trzy różne rodzaje czekoladek od Secret Santa :) O 16:00 wyrzucili nas z hotelu i przeszliśmy do pubu, ale tam się z wszystkimi pożegnałam i wróciłam Free Busem do domu. Przebrałam się, pomalowałam i uczesałam, a później doszła do nas znajoma z Leeds, przebrała się u nas i czekaliśmy na transport :) Kolega się spóźnił, ale w końcu przyjechał. O 20:30 dojechaliśmy do Blackpool, a okolo 20:45 dotarliśmy do Blacpool Tower. Nie było jeszcze zbyt dużo ludzi, ale wzięliśmy udział w lekcji bachaty i poznaliśmy parę osób. Jonathan przyjechał z jakąś panną i ani razu ze mną nie zatańczył, choć poprzedniego dnia mi obiecał wspólny taniec. Ale i tak się wytańczyłam i świetnie się bawiłam. Zrobiliśmy też sobie sesję w tych pięknych wnętrzach. W końcu po 2:00 w nocy impreza się skończyła, ale zanim dotarliśmy do domu, było po 4:00, a zanim poszłam spać, minęła 6:00 rano :) Dlatego też całą sobotę praktycznie przespałam, wstałam dopiero wieczorem i zebrałam się, bo o 19:00 szliśmy z Krystianem do Weatherspoon na jego imprezę pożegnalną. Przyszli jego znajomi i było bardzo miło. Przed północą wszyscy się rozeszli, a my stwierdziliśmy, że jestesmy głodni i poszliśmy do restauracji Cyrus po pizzę :) Zjedliśmy ją w domu, rozmawiając, a potem poszliśmy spać. Dziś znów po 9:00 obudzili mnie muzyką sąsiedzi z boku, a potem dołączyła do nich sąsiadka z góry. Zaczęłam więc czytać książkę, a jak się uspokoili, zdrzemnęłam się do 16:00. Potem porozmawiałam z rodziną przez Skype'a. A o 19:00 przyjechał po nas Jan i zabrał do nich na kolację. Nie wiem kiedy minęło ponad pięć godzin i zanim się obejrzeliśmy, było po 1:00! Jan nas odwiózł i po 2:00 poszłam spać :)
niedziela, 04 grudnia 2011
Długie przeziębienie
562.
W
poniedziałek obudziłam się o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy, choć
nadal byłam chora. Ale stwierdziłam, że i tak nie będę leżeć w łóżku,
więc równie dobrze mogę tam przesiedzieć te parę godzin. Wyszłam zresztą
o 16:30 i poszłam na pocztę. W domu zjadłam coś i usiadłam do
Internetu. Potem zdrzemnęłam się, ale obudziłam się o 20:00, przebrałam i
poszłam z Krystianem na salsę. Umówiłam się z Jonathanem,
że odbierze w sobotę w Sheffield moje kubki od faceta ze Sponduly.
Próbowałam nawet od razu się do niego zadzwonić, ale nie odebrał, więc
wysłałam mu SMSa. Jonathan dał mi swój numer telefonu, a ja mu w zamian
dałam numer szefa Sponduly :) Zatańczyłam tylko parę razy, bo nie
najlepiej się czułam i po 23:00 poszliśmy już do domu. Ale spać poszłam jak zwykle po 2:00 w nocy. We
wtorek obudziłam się po 10:00 i o 11:30 byłam już w pracy, żeby
pojechać na 12:00 do School of Management. Niestety, poza mną nikogo nie
było, więc poczekałam na dwóch kolegów z pracy i dopiero przed 13:00 we
trójkę pojechaliśmy tam samochodem jednego z nich. Po godzinie jeden z
nich wrócił do pracy, a my zostaliśmy. Zostawiłam jednak drugiego kolegę i
poszłam porozmawiać z Wanyu, ale że nie było mnie ponad pół godziny, to
się zdenerwował i zadzwonił do recepcji! Na szczęście odebrała znajoma
Polka i zadzwoniła do mnie, żebym lepiej wracała :) Pogadałam z nim do
16:00, a potem wróciliśmy do pracy. Sprawdziłam tylko maile i wyszłam o
16:45. Po drodze weszłam do Richmond Building reception, a potem
wróciłam do domu. Zjadłam szybko coś, a potem wyszłam po 17:00 i poszłam
na dworzec. Wsiadłam w pociąg do Leeds i pojechałam do mojej pani
shrink. Rozpatrywałam za i przeciw doktoratu, po czym wyszłam od niej
trochę pewniejsza, że jednak zacznę go robić i że sobie poradzę :)
Wróciłam do domu i poszłam od razu do łóżka, ale zaczęła mnie strasznie
boleć głowa, aż mi było nie dobrze. Wzięłam Fervex i zasnęłam wreszcie przed północą.
W
środę obudziłam się o 11:00 już bez bólu głowy i na 12:00 poszłam do
pracy w jeansach, bo tego dnia był strajk generalny sektora publicznego i
w ten sposób solidaryzowaliśmy się ze strajkującymi :) Nadal próbowałam
się bezskutecznie skontaktować z facetem ze Sponduly. Wyszłam o 16:30 i
poszłam na pocztę. W domu zjadłam zupę, a potem poszłam do łóżka.
Obejrzałam "The Secretary" (Sekratarka) na Love Film Online, a potem
posiedziałam na Internecie do 1:00, ale i tak nie mogłam zasnąć jak zwykle
do 2:00. W czwartek wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. O 13:00 spotkałam się z sekretarką Media
School, która dała mi formularz o przyjęcie na studia doktorskie do
wypełnienia. Muszę do niego dołączyć referencje od moich promotorów,
więc po powrocie do pracy napisałam do nich maila, ale na razie pozostał
bez odpowiedzi, podobnie jak wszystkie moje wiadomości do faceta ze
Sponduly! Napisałam więc na jego tablicy na Facebooku i zaczęłam dzwonić
znów do niego z pracy, ale nie odbierał. Pocztą przyszły do mnie dwa
nowe filmy z Love Film - "A nos amours" i "The Fifth Element". Wyszłam
znów o 16:30 i poszłam na pocztę. W domu zjadłam zupę i odpoczęłam
trochę. Potem wyszłam znów po 18:00 i poszłam do księgarni Waterstones,
gdzie znajomy fotograf podpisywał książkę ze zdjęciami starego i nowego
Bratfoot. Kupiłam ją i wzięłam od niego autograf, a potem zrobiliśmy
sobie razem parę zdjęć. Później podjechałam Free Busem na uniwerek i tuż
po 19:00 spotkałam się z koleżanką z pracy, z którą poszłam na
rumuńskie jedzenie. Usiadłyśmy w barze w Student Central, gdzie doszła
do nas jeszcze jedna dziewczyna z pracy i mój znajomy fotograf.
Wyszliśmy tuż przed 21:00 i poszłam prosto do Weatherspoon spotkać się z
Wanyu, z którą pogadałyśmy do 23:00. Po przyjściu do domu pożyczyłam
grzejnik od Krystiana, bo było strasznie zimno i zaczęło mnie od tego
zimna łamać w kościach! :) Poszłam do łóżka i zaczęłam przysypiać, ale
czekałam do 2:00 aż wróci z salsy w Leeds.
 James Spader i Maggie Gyllenhaal w "Sekretarce" oraz książka znajomego fotografa w Waterstones.
W piątek po 9:00 obudziła
mnie znów muzyka z góry, włączyłam więc Radio Classic i poszłam dalej
spać. Wzięłam wolne w pracy i całe szczęście, bo nie czułam się dobrze. W
końcu wstałam po 15:00 i poszłam na 16:40 do lekarza. Później
podjechałam Free Busem najpierw do apteki, a potem do sklepu po
jedzenie. Wróciłam do domu i poszłam z powrotem do łóżka. Postanowiłam
już nigdzie nie wychodzić wieczorem,
choć Krystian kupił nam bilety na świąteczne salsa party i od dawna planowaliśmy tą imprezę.
Po 20:00 zabrał więc mój bilet, żeby go komuś sprzedać i wyszedł, żeby
zdążyć na autokar do Leeds. Wtedy
zadzwonił nasz kolega z kursu, który wspominał wcześniej, że może nas
podwieźć. Powiedziałam mu, jak wygląda sytuacja. Chwilę później Krystian
wrócił, bo czegoś zapomniał, więc namówiłam go, żeby oddzwonił do
tego kolegi, bo
już by nie zdążył na autobus. W końcu namówił mnie, żebym też
pojechała, skoro mamy podwózkę.
Ubrałam się więc w moją czerwoną sukienkę i po 22:00 dojechaliśmy we
trójkę pod The Wardrobe. Nie znałam zbyt wielu osób, ale był tam m.in.
Jonathan, który pochwalił moją sukienkę, zatańczył ze mną, a na koniec
pocałował mnie w
rękę. Potem cały wieczór
tańczył z innymi, a ja pół imprezy przegadałam z nową dziewczyną
Piotrka, a drugie pół potańczyłam, choć nie było zbyt dużo miejsca i
nadal
średnio się czułam. Wyszliśmy po 2:00 w nocy i o 3:00 byliśmy już w
domu, ale zanim zasnęłam, była już
6:00 rano! Wczoraj pospałam do 13:00, a potem cały dzień przeleżałam w łóżku oglądając oba filmy z Love Film na DVD. Zaczęłam od "A nos amours"
Maurice'a Pialata, bo grał w nim Cyril Collard, ale średnio mi się podobało, a potem poprawiłam sobie humor "Piątym elementem" (The Fifth Element) Luca Bessona :) Wieczorem Krystian
poszedł z kolegami z pracy do pubu na jego imprezę pożegnalną, ale wrócił z jednym z nich przed północą i próbował mnie z nimi wyciagnąć na imprezę! :) Na szczęście dali spokój i poszli, a ja
wzięłam się za wyszukiwanie i czytanie swoich starych artykułów. Zanim poszłam spać było już po 4:00 w nocy.
 Cyril Collard i Sanderine Bonnaire u Pialata oraz Bruce Willis i Milla Jovovich u Bessona.
Dzisiaj budzik obudził mnie o 12:00, ale wstałam dopiero przed 13:00. O 14:00 przyszła Sarah na naszą ostatnią lekcję przed Świętami i dała mi w prezencie herbatę jabłkowo-cynamonową oraz z owoców leśnych, a ja jej
czekoladki :) Zgodziła się poprawiać w przyszłości moją pracę doktorancką zamiast mi płacić za lekcje. Wyszła po 17:00, a ja poszłam pogadać z Krystianem, a potem chwilę porozmawiałam z mamą przez Skype'a i złożyłam jej życzenia imieninowe. Udało mi się nawiązać wreszcie kontakt z szefem Sponduly, który tłumaczył się jakimiś problemamy rodzinnymi, ale nadal jestem na niego wkurzona, bo wysłałam mu swój adres już ponad miesiąc temu i wcześniej nic nie wspominał, a teraz nagle przestał się odzywać. Obiecał, że w poniedziałek ktoś z jego firmy wyśle mi wreszcie te kubki, ale napisałam mu, że jak nie dojdą do mnie do przyszłego poniedziałku, to już ich nie chcę, tylko ma mi oddać pieniądze. Zobaczymy. Mam nadzieję, że tym razem się uda! Jeśli nie, będę musiała w końcu sama pojechać w przyszłą sobotę do tego Sheffield. Wieczorem założyłam nowego bloga, na którym chcę zacząć pisać recenzję filmów, które oglądam i zaczęłam od tekstu o "Betty Blue (37°2 le matin) Jean-Jacquesa Beineixa, bo mnie od jakiegoś czasu męczył :) Poza tym zabrałam się za wypełnianie papierów na studia. Krystiana nagle coś naszło, żeby wprowadzac jakieś poprawki na mojej stronie i wołał mnie co chwilę do swojego pokoju i coś mi tłumaczył. Zrozumiałam tylko, że ma mi zrobić favicon, co byłoby nawet fajne, ale jak na razie nie udało mu się do końca rozgryźć jak go podłączyć :) Favicom to taki znaczek, który pojawia się w wyszukiwarce obok adresu, np. w przypadku blox.pl to otwarty żółty karton, a ja będę miała niebieskie logo mojego festiwalu :) Poszłam spać po północy, bo jutro chyba idę do pracy. Lekarka mi powiedziała w piątek, że jak mnie nie będzie łamać w kościach, to mam iść, a jak będzie, to zostać w łóżku. Postanowiłam więc, że zobaczę, jak się będę rano czuła i wtedy zdecydować.
niedziela, 27 listopada 2011
Real Rashomon
561.
W poniedziałek obudziłam się chora o 11:00, więc spóźniłam się trochę do pracy na 12:00. W ciągu dnia czułam się coraz gorzej. W końcu o 17:00 wyszłam i poszłam do domu. Zjadłam coś, wzięłam lekarstwo i położyłam się do łóżka. Obudziłam się przed 20:00, ale nie poszłam na salsę. Krystian zresztą też nie. Obejrzałam za to "Rashomona" Akiry Kurosawy na DVD i zaczęłam czytać "The Man Who Cycled the World" Marka Beaumonta. We wtorek obudziłam się przed 11:00 i poszłam na 12:00 do pracy. Nadal źle się czułam, ale wytrwałam jakoś do 16:30 i wtedy poszłam na pocztę. Po drodze zajrzałam do Galerii II i zostawiłam DVD, a wracając z poczty kupiłam dwa soki. Na pokaz "Rashomona" przyszedł Matt oraz chłopak z BSC plus jeszcze 3 osoby, więc ze mną i szefową galerii było nas siedmioro. Po filmie odbyła się jak zwykle dyskusja, a potem Matt zniknął, a ja porozmawiałam z chłopakiem z BSC. W końcu wyszliśmy i o 20:00 byłam już w domu. Krystian poszedł na salsę na uniwerku, a ja do łóżka. Potem zadzwonili z firmy Accent z pytaniem, czy mogę nazajutrz jechać do więzienia w Doncaster i się w końcu zgodziłam, z ciekawości. Potem obejrzałam dokument o "Rashomonie" i poszłam spać po 2:00.
Toshiro Mifune i Machiko Kyo w scenie z filmu "Rashomon" oraz młody Akira Kurosawa. W środę obudziłam się po 10:00 i zadzwoniłam do pracy, że jestem chora i nie przyjdę. Potem wzięłam prysznic i o 12:05 wsiadłam w pociąg do Doncaster z przesiadką w Leeds. Dojechałam tam o 13:20, wsiadłam w taksówkę i 5 minut później byłam już w więzieniu dla młodocianych. Stanęłam w kolejce, w której stał już jakiś pan w garniturze i cały czas mi się przyglądał. Pomyślałam, że to pewnie prawnik, z którym mam się spotkać, ale jak zadzwoniłam na jego komórkę, to nikt nie odebrał. Kiedy podszedł do okienka usłyszałam jednak, że przyszedł do tego samego klienta co ja i spytał, czy tłumacz już jest. Podeszłam więc do niego i przedstawiłam się. Musiałam dać pani w okienku mój paszport, a potem wzięła mi odciski obu palców wskazujących i zrobiła zdjęcie,. Zanieśliśmy rzeczy do samochodu i czekaliśmy w poczekalni na drugiego prawnika. We trójkę poszliśmy do kolejnego budynku więzienia, ale okazało się, że muszę znów pokazać paszport, więc musieliśmy po niego wrócić do samochodu. Pobierali nam też znów odciski palców, musieliśmy przejść przez bramkę i zostaliśmy przeszukani. W międzyczasie dowiedziałam się skąd ten prawnik ma polskie nazwisko i w skrócie, o co jest oskarażony klient. W końcu przeszliśmy do kolejnego budynku, w którym po raz trzeci pobrali nam odciski palców!
Tam dostaliśmy pokój, w którym spotkaliśmy się z 18-letnim chłopakiem oskarżonym o pomoc w porwaniu i próbie morderstwa. Ta historia to prawdziwy Rashomon! Brały w niej udział trzy osoby - ten chłopak, jego starszy kolega i dziewczyna tego kolegi. Wygląda na to, że wersja wydarzeń każdego z nich też będzie się różnić. Chłopak mówił dość dobrze po angielsku, więc nie miałam za dużo pracy. Po dwóch godzinach wyszliśmy i jeden z prawników zaproponował, że mnie podwiezie do Leeds. Tam wsiadłam w pociąg i potem wróciłam Free Busem do domu. Po drodze weszłam jeszcze do sklepu i kupiłam lody (o smaku truskawkowego sernika :) bo umówiłam się z Krystianem, że on zrobi obiad, a ja przyniosę deser. Zjedliśmy jego makaron z sosem, a potem moje lody Strawberry Cheesecake :) Zaraz potem wyszłam z domu i poszłam na 19:30 do Alhambry na balet "Seven for a Secret... Tour 2011" w wykonaniu Rambert Dance Company. Kupiłam tańszy bilet dla studentów za 11 i pół funta, choć moja legitymacja jest już nieważna. Spektakl mi się podobał, ale mnie nie powalił. Najlepsza była trzecia część izraelskiego choreografa. Po przedstawieniu zostałam na spotkaniu z widzami i w domu byłam dopiero po 22:00. Przed snem oglądałam do 2:30 na Youtube zabawne filmiki z serii "Le festival de Kyan".
 Więzienie Doncaster HMP & YOI i Rambert Dance Company w "Roses" choreografa Paula Taylora...
 ... oraz w "Seven for a secret, never to be told" Marka Baldwina i "A Linha Curva" Itzika Galilia.
W czwartek obudziłam się o 11:00 i zdecydowałam się iść do pracy na 12:00, bo nie było szefowej. Pocztą przyszedł do mnie film "Betty Blue" z Love Film. Wyszłam z pracy o 16:30 i poszłam na pocztę. Potem weszłam na chwilę do domu i zostawiłam paszport, z którym chodziłam nadal od poprzedniego dnia w torebce! :) Przebrałam się i poszłam na dworzec, gdzie po 17:20 wsiadłam w pociąg do Leeds. Na peronie spotkałam swojego byłego promotora i całą drogę rozmawialiśmy o pracy i studiach. Stanęło na tym, że być może wrócę do nich na studia doktoranckie, w zależności od mojej sytuacji w pracy. Szef obiecał mi, że do końca listopada podpiszemy umowę stałą. Zobaczymy. W Leeds podjechałam autobusem do Leeds College of Art na bardzo ciekawy Networking Event. Najpierw z trudem zjadłam chili i napiłam się punchu, a potem odbyła się prezentacja firmy Future Artists Marka Ashmore'a, promujacej niezależne filmy, m.in. "The Invisible Circus". Porozmawiałam z nim chwilę po prezentacji. Zanim wyszłam minęła 20:00, więc spóźniłam się na pierwszą lekcję salsy w Highlights. Zapłaciłam za kolejną, ale dołączyłam do Krystiana jeszcze na połowę pierwszej lekcji. Potem odbyła się druga, a później potańczyliśmy do 1:00. Kolega z kursu odwiózł nas do domu, ale spać poszłam dopiero po 2:00.
 Założyciel Future Artists Mark Ashmore i scena z filmu "The Invisible Circus: No Dress Rehearsal".
W piątek po 9:00 obudziła mnie muzyką sąsiadka z góry oraz głos Krystiana rozmawiającego za ścianą przez telefon! Wstałam jednak dopiero o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. Pocztą przyszedł do mnie kolejny film z Love Film - tym razem "The Big Blue" Luca Bessona. Miałam więc do obejrzenia w weekend dwa filmy z kolorem Blue w tytule :) Cudem udało mi się wyjć o 17:00, bo jak zwykle wszyscy czegoś chcieli na ostatnią chwilę. Wyciągnęłam z bankomatu pieniądze na czynsz, a potem pojechałam do sklepu na zakupy i wróciłam do domu po 18:00. Nadal nie najlepiej się czułam, ale Krystian namówił mnie jednak na salsa party w Saltaire, na które wybieraliśmy się od jakiegoś czasu. Zjadłam więc coś, przebrałam się i po 20:30 wsiedliśmy z Krystianem w taksówkę i pojechaliśmy do Caroline Street Social Club na Noche Latina z muzyką na żywo w wykonaniu zespołu Salsa Como Loco. Zaniżaliśmy poważnie średnią wieku i czuliśmy się jak na jakimś dancingu :) Ale mi się podobało. Jak zespół zaczął grać Jonathan poprosił mnie do tańca i zatańczylismy go sami na parkiecie :) Wyglądało to jak jakieś show :) Potańczyłam potem z najlepszymi tancerzemi i nauczycielami, a po 23:00 kolega z kursu znów nas odwiózł do domu. Nagraliśmy jeszcze film, jak tańczymy salsę i znów poszłam spać po 2:00.
Wczoraj obudziłam się o 12:00, zjadłam śniadanie i usiadłam do Internetu. Odpisałam na maile, a potem obejrzałam "Betty Blue" (37°2 le matin) w reżyserii Jean-Jacquesa Beineixa. Film trwał prawie trzy godziny, więc zdałam sobie sprawę, że była to wersja reżyserska, a ja dawno temu widziałam wersję kinową. Nie tylko przypomniałam sobie zatem ten film, ale także zobaczyłam sceny, ktorych wcześniej nie widziałam. Potem obejrzałam kolejny film, który widziałam wiele lat temu i pamiętałam tylko, że zrobił na mnie wtedy ogromne wrażenie, czyli "The Big Blue" (Le grand bleu / Wielki błękit) Luca Bessona. Po filmie porozmawiałam chwilę z Mattem przez Skype'a i powiedziałam mi, że mi przypomina Jean-Marc Barra w tym filmie. Odpowiedział, że jest bardziej przystojny od niego :) Oglądając ten film zrozumiałam, że moje zauroczenie Mattem było spowodowane moim nastoletnim zafascynowaniem tą rolą i samym filmem. Nasze releacje były podobne do tych pomiędzy Jacquesem i Johanną. I Jacques podobnie jak Matt nie mówił zbyt wiele o swoim świecie, więc trudno było do niego wejść. Ta świadomość mi pomogła. Wieczorem poszłam do Krystiana do pokoju i do 2:00 w nocy przegrywaliśmy zdjęcia, lekcje salsy i filmy. Potem wróciłam do siebie do pokoju, ale sąsiedzi balowali do 4:00 rano i znów nie dali mi spać!
-- Jean-Hugues Anglade i Beatrice Dalle u Beineixa oraz Jean-Marc Barr i Rosanna Arquette u Bessona.
Dzisiaj sąsiedzi, którzy poprzedniej nocy balowali do 4:00, obudzili mnie po 10:00, włączając głośno radio i śpiewając "I Will Always Love You"! Potem zaśpiewali jeszcze "All I Want for Christmas" i inne świąteczne piosenki! :) Z łóżka wstałam po 12:00 i puściłam im głośno hinduskie radio, a sama poszłam pod prysznic. Krystian się wkurzył, bo go tym obudziłam :) Jak wróciłam do pokoju, to zmieniłam stację na Radio Classic, bo nie sama nie jestem w stanie słuchać Sunrise Radio :) Zabrałam się za sprzątanie pokoju, bo po 14:00 przyjeżdżała Sarah na kolejną lekcję polskiego. Wyszła po 16:30, a ja poszłam zapłacić za czynsz. Potem zaniosłam do kuchni krzesło i kompter, żeby móc porozmawiać z rodziną przez Skype'a jednocześnie pilnując bigosu :) Zjedliśmy go wspólnie z Krystianem u mnie w pokoju i porozmawialiśmy o jego imprezie pożegnalnej, którą planuje w przyszły lub następny weekend. Po 19:00 poszłam do łóżka i usiadłam znów do komputera. Ale szybko mnie zmogło i zdrzemnęłam się przy muzyce Radia Classic, które skutecznie zagłuszało sąsiadów, a zupełnie nie przeszkadzało mi w zaśnięciu! :) Chyba wreszcie znalazłam na nich sposób! :) Potem zabrałam się za biuletyn Bradford Film Network, po raz ostatni mam nadzieję. Mam zamiar z tego zrezygnować. Zasnęłam dopiero po północy.
niedziela, 20 listopada 2011
Pourodzinowo i pofestiwalowo :)
560.
W poniedziałek budzik obudził mnie o 10:30, bo chciałam sprawdzić, czy biuletyn jest już gotowy do edycji, ale nadal go nie było w sieci. Wysłałam więc przypominającego maila do babki z Fabric. Do pracy poszłam na 12:00 i dzień mi
się strasznie dłużył. babka z fabric się odezwała i napisała, że mogę już edytować biuletyn i go od razu rozesłałam, ale zdałam sobie sprawę, że to trochę nie ma sensu i że nie tak miało być, jak się zgadzałam go robic. W końcu wyszłam o 16:30 i poszłam na pocztę. Potem poszłam do
Bootsa po podkład i wróciłam Free Busem do domu. Zjadłam obiad, porozmawiałam z
Krystianem, a potem się zdrzemnęłam. Po 20:00 poszliśmy na salsę i po lekcji tańczyłam prawie cały czas, bo jak mnie nikt nir prosił, to ja prosiłam do tańca. Po
23:00 wróciliśmy do domu i poszłam spać po 2:00, bo siedziałam znów na Internecie.
We wtorek po 9:00obudziła mnie znów muzyka sąsiadku z góry, więc otworzyłam okno, bo szum samochodów ją zagłuszał, a do niego jestem przyzwczajona i pospałam dalej do
12:00. O 13:00 wsiadłam w pociąg do Halifax i znów tłumaczyłam w sądzie. Tym razem musiałam przyrzec, że będę tłumaczyć. O 14:45 wsiadłam w pociąg do Bratfoot, a potem we
Free Busa i o 15:30 byłam w domu. Podziękowałam wszystkim, którzy złożyli mi życzenia urodzinowe na Facebooku. O 16:30 poszliśmy z Krystianem na obiad do Cyrusa, a o 18:00
wsiedliśmy w pociag do Manchesteru i pojechaliśmy na koncert Red Hot Chili Peppers. O 23:20 wróciliśmy pociągiem
do Bratfoot i po północy byliśmy już w domu. Krystian uparł się, żebyśmy poćwiczyli salsę i nagrał nas jak tańczymy. W końcu po 2:00 w nocy poszłam spać.
W środę obudziłam się po 11:00, ale poleżałam w łóżku do 15:00. Odpisałam na maile, posiedziałam w Internecie i na Facebooku. W końcu wyszłam z domu i
o 16:50 wsiadłam w pociąg do Leeds. O 17:30 dotarłam do Town Hall, gdzie obejrzałam
japoński (czyli dziwaczny) film "Detroit Metal City" (DMC), czyli pierwszą na świecie death
metalową muzyczną komedię romantyczną! Potem zaczął się drugi film, ale powiedziałam, że muszę wyjść wcześniej i poszłam do sklepu na dworcu po zakupy, a potem wróciłam pociągiem o 22:00 do Bratfoot i autobusem do domu. Wyciągnęłam też wreszcie od Krystiana zdjęcia z koncertu RHCP. Wieczorem obejrzałam "Dancing Dreams", czyli dokument z przygotowań grupy nastolatków do wystawienia baletu "Kontakthof" Piny Bausch. W końcu o 3:00 poszłam spać.
 Red Hot Chili Peppers w M.E.N. Arena na moje urodziny oraz dwie twarze bohatera filmu "DMC".
 Dokument "Dancing Dreams" czyli balet "Kontakthof" Piny Bausch w wykonaniu grupy nastolatków.
W czwartek po 9:00 obudziła mnie znów muzyka z góry, więc otworzyłam okno i poszłam dalej spać. W końcu wstałam o 12:00 i usidałam do Interenetu. Po 14:00 wzięłam prysznic, zjadlam śniadanie i o 15:50 wsiadłam w pociąg do Leeds. Obejrzalam dokument "Shut Up Little Man! An Audio Misadventure" w Town Hall, a potem zabawny szwedzki film "Sound of Noise". Spotkałam znajomych bliźniaków i ludzi z Leeds Movie Fans Meetup Group. Zostałam na "Seksmisji", a potem po 22:30 poszłam do Highlights. Zapłaciłam 4 funty za wejście na freestyle i potańczyłam znów do 1:00 w nocy z najlepszymi tancerzami. Potem kolega z kursu mnie odwiózł, ale pod domem gadał jeszcze i zanudzał mnie przez jakieś pół godziny! Jak poszłam na górę było już po 2:00 w nocy. Sprawdziłam maile i spać poszłam dopiero o 4:00!
 Autorzy nagrań z "Shut Up Little Man! " oraz muzyczni terroryści z filmu "Sound of Noise".
W piątek po 9:00 obudziła mnie znowu muzyka sąsiadki z góry, więc usiadłam do Internetu i w końcu wstałam przed 11:00, po 5 godzinach snu, i poszłam na 12:00 do pracy. Po drodze weszłam do biblioteki po film "Rashomon" Akiry Kurosawy na DVD, który w przyszły tygodniu pokazuję w Galerii II. W pracy na szczęście nie było szefowej, więc czas jakoś mi zleciał :) Wyszłam o 17:00 i poszłam do domu przebrać się i coś zjeść. Potem zdrzemnęłam się pół godzinki i przez to spóźniałam się na pociąg o 18:52. Wsiadłam w następny o 19:05 i dotarłam do Town Hall po 19:30 na Galę zamknięcia festiwalu. Stałam przy drzwiach i wciskałam ludziom informacje o dodatkowych pokazach weekendowych. Całkiem nieźle mi szło, ale jak mi dali katalog i kazali namawiać ludzi do kupna po tańszej cenie, to się zacięłam i nic nie byłam w stanie powiedzieć! Nie potrafię niczego ludziom wciskać!
W końcu opanowaliśmy kolejkę i zaczął się film "Shame" (Wstyd). Poszłam na górę i obejrzałam go z balkonu. Byl odważny i podobał mi się, ale nie byłam w stanie współczuć głównemu bohaterowi. Po filmie przeczytałam SMSa od kolegi z kursu salsy o tym, gdzie tego wieczory jest impreza w leeds. Zadzwoniła do Krystiana, żeby mi sprawdził o której jest ostatni autokar do Bratfoot i znalazł ten adres :) Wytłumaczył mi jak tam dojść, ale niestety tak jak się obawiałam, kolega chyba pomyślał, że przyszłam tam dla niegoi że fakt iż mnie zanudził poprzedniej nocy prawie na śmierć zbliżył nas do siebie. Szybko mu to wybiłam z głowy, zatańczyłam z paroma osobami i wyszłam przed 1:00 w nocy, nie dając mu się znowu odwieźć. Wróciłam do domu autokaem po 1:00 w nocy i poszłam prosto do łóżka. Sprawdziłam maile i zasnęłam po 2:00.
 Wschodząca gwiazda Michael Fassbender i jak zwykle świetna Carey Mulligan w filmie "Shame".
Wczoraj sąsiadka z góry obudziła mnie muzyką po 10:00. Poszłam jednak dalej spać do 12:00, zjadłam śniadanie, a potem znów zasnełam i spałam do 14:00. W końcu wstałam i pojechalam do sklepu po podkład i jedzenie. Wróciłam po 16:00 i zrobiła pranie, w międzyczasie jedząc obiad. Potem zdzwoniłam się z rodziną, bo mój brat miał urodziny i wszyscy spotkali się u niego w domu. Krystian wrócił po 20:00 z Yorku i przywiózł coś do jedzenia oraz wino i colę na calimocho. Mieliśmy jechać na imprezę w Scheffield, ale koleżanka, która miała nas zawieżć znów nawaliła, więc umowiliśmy się, że zrobimy sobie salsa party w domu i poćwiczymy wszystkie układy, które znamy i nagramy się, żeby przyjrzeć się ewentualnym błędom. Potańczyliśmy od 23:30 do 1:30 i nagraliśmy się, a potem poszłam spać o 3:00.
Dzisiaj obudził mnie budzik o 12:00 i ledwo się zwloklam z łóżka. Gardło mnie bolało i czułam, że zaraz się rozchoruję. O 13:00 przyszła Sarah na lekcję polskiego, a po 15:00 podwiozła mnie na dworzec, gdzie wsiadłam w pociąg do Leeds i na 16:00 dotarłam do Town Hall. Nikogo jeszcze prawie nie było, więc poszłam do knajpki niedaleko, gdzie napiłam się gorącej herbaty i zjadłam zupę porowo-ziemniaczaną :) Potem o 16:20 wróciłam do ratusza i na 16:45 poszłam na film "The Crisis of Civilisation". Nie dowiedziałam się niczego nowego, tylko utwierdziłam w tym co już wiedziałam, ale dobrze, że taki film powstał, bo może dla kogoś będzie olśnieniem. Po filmie poszłam do Baru Risa na salsę. Było parę znajomych osob, m.in. Piotrek, z którym przetańczyłam pół wieczoru. O 21:00 poszłam do baru Mook, gdzie była impreza na zakończenie festiwalu i darmowe drinki :) O 23:22 wsiadłam w ostatni pociąg i wróciłam do domu :)
 Doktor Nafeez Ahmed, narrator filmu "The Crisis of Civilization" oraz animowana scena z filmu.
|