Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2006

139.

I zdazyl sie cud! :) Od dzis mam wreszcie internet w domu! :))) Od paru godzin siedze i nie moge sie oderwac! :)))

138.

Internet nadal u mnie nie dziala. Juz postanowilam, ze jak wroce z Polski, to w poniedzialek zadzwonie wreszcie z pretensjami do agencji, bo watpie, ze w niedziele mi go zalaza. No chyba, ze zdazy sie cud! Po bibliotece poszlam wczoraj do kina. "Match Point" Woody'ego Allena mnie rozczarowal. Szkoda tych dwoch godzin. Ale "Sniadanie na Pluto" bardzo mi sie podobalo. To taki typowy irlandzki, bajkowy film. No i wspaniale w nim zagral Cillian Murphy, ktorego kariere sledze od 2001 roku, kiedy to po raz pierwszy zobaczylam go w "Jak Harry stal sie drzewem". Pozniej zagral m.in. w filmach: "28 dni pozniej", "Dziewczyna z perla", "Wzgorze nadziei" i "Batman: Poczatek". Po kinie pobieglam do domu, zeby cos zjesc, bo zdazylam juz zgladniec od sniadania. Za chwile przyszedl Sean, napilismy sie piwa i ok. 18:30 poszlismy na dworzec i poejchalismy do Leeds. Klub, w ktorym odbywal sie koncert jest zaraz kolo stacji, ale po drodze weszlismy do jakiegos pubu. W koncu po 20:00 poszlismy do klubu. Bilet kosztowal 11 funtow, ale bylo warto. Najpierw wystapil support - jakis koles z gitara, ktory calkiem fajnie przygrywal. A w koncu na scenie pojawila sie Regina Spektor i przez poltorej godziny nie mozna bylo oderwac od niej oczu! Grala na gitarze i na sentyzatorze Yamaha. Nie bylo z nia zadnej grupy, a w czasie jednej z piosenek, sama wystukiwala sobie rytm na krzesle! Byla naprawde niesamowita, a my stalismy prawie przy samej scenie i Sean zrobil pare bardzo fajnych zdjec. To ja sie przepchalam do przodu, a za nami jacys dwaj podpicy kolesie, co wywolalo zywa dyskusje. Po raz pierwszy widzialam, jak ludzie pod scena dyskutuja o tym, ze ktos na kogos napiero, a to temu komus przeszkadza. Naprawde, dyskutowali na temat tego kto gdzie stoi. U nas na koncercie sie po prostu stoi! :) Gdzie sie da. W kazdym razie tych kolesi wyprosila ochrona, a my zostalismy tam, gdzie bylismy :)

W czasie koncertu, w przerwie miedzy jedna z piosenek, postanowilam, ze krzykne do Reginy cos po rosyjsku, bo co jakis czas ktos cos do niej krzyczal po angielski, wiec pomyslalam, ze to bedzie dla niej mila odmiana. Krzyknelam "Pogawarim pa ruski?" A ona odpowiedziala, ze "da". Potem z tylu jeszcze jakas dziewczyna cos krzyknela po rosyjsku, juz nie pamietam co, a Regina zapytala po rosyjsku "Jak sie macie?" :))) Ale byl ubaw! :) Jakis chlopak stojacy za mna spytal, czy to bylo po hebrajsku, bo Regina jest pochodzenia zydowskiego. Uswiadomilam go wiec, ze to byl rosyjski :) A po koncercie probowalam wmowic ochronie, ze jestem z Rosji i ze chce pogadac z Regina. W pierwszej chwili ochroniarz tak zglupial, ze chcial mnie wpuscic, ale jak chcialam zabrac ze soba Seana, zeby zrobil jej zdjecie, ochroniarz zaoponowal i w koncu w ogole nas nie wpuscili :) Potem pojawila sie ta dziewczyna, ktora tez krzyczala po rosyjsku i chwile porozmawialysmy. Okazalo sie, ze jest Angielka i studiuje rosyjski, ale nie mowi za dobrze, czyli zupelnie tak jak ja! :))) Wyglada na to, ze poza nami, nie bylo tam juz zadnych Rosjan! :))) Sean byl pod wrazeniem i stwierdzil, ze przynajmniej sprobowalismy :) Poszlismy na dworzec, weszlismy do dworcowego pubu na jeszcze jedno piwo, a potem ostatnim pociagiem pojechalismy do Bratfoot. Weszlismy do jakiejs knajpki z kiepskim zarciem, gdzie Sean kupil sobie frytki i hamburgera i troche porozmawialismy. W koncu kolo 1:00 bylam wreszcie w domu i poszlam spac :)

Dzis rano mialam lekkie problemy ze wstaniem. Piwo jeszcze do konca nie wywietrzalo, ale prysznic bardzo mi pomogl :) Nie mialam oczywiscie ochoty nic jesc, wiec ubralam sie tylko i poszlam do pracy. Dlubie od rana w komputerze, uzupelniajac dane i przynajmniej mam spokoj. Ale kolo poludnia zaczelam zasypiac. Poszlam wiec do domu na lunch, ale zamiast cos zjesc, polozylam sie na pol godzinki i zdrzemnelam :) Przypomnialam sobie, ze jak bylam z Gemma w piatek w Walkabout, to wypelnilysmy kupony konkursowe, zeby wziac udzial w przesluchaniu na Cheerleaderki Bratfoot Bulls! :) Pierwsza nagroda to 300 funtow i miejsce w druzynie, druga 100 funtow, a trzecia 50. Na pierwszej mi nie zalezy, bo przeciez wstyd jak beret, ale druga lub trzecia bym nie pogardzila :) Mam jednak nadzieje, ze nie zadzwonia :))) Kiedy tak tanczylysmy i znow swietnie sie bawilysmy, mialam wrazenie, ze te ostatnie tygodnie to byl tylko sen i ze nic zlego tak naprawde sie nie wydarzylo. Wszystko bylo jak dawniej. Gemma powiedziala, ze moze wybierze sie ze mna do Kalifornii. Teraz slucham caly czas polskiego radia i dowiedzialam sie o Zalobie Narodowej. Nie ogladam tu telewizji i nie slucham tutejszego radia, wiec czasem nie wiem, co sie dzieje. Dowiaduje sie wszystkiego z Internetu. Zauwazylam, ze niektore strony zmienily sie dzis w czarno-biale, zdejmujac wszystkie kolory. A w radiu leca tylko spokojne piosenki. Podoba mi sie fakt, ze ludzie potrafia sie jeszcze tak solidaryzowac...

niedziela, 29 stycznia 2006

137.

W poniedzialek po pracy mialam znow sie spotkac z Gemma, ale napisala mi, ze jest u swojej babci i nie wie, jak dlugo jej zejdzie. Odpisalam, zeby dala mi znac i poszlam do biblioteki glownej wypozyczyc pare polskich ksiazek. Przeczytalam "Noc generala" o Stanie Wojennym i w koncu poszlam spac, bo Gemma znow przelozyla spotkanie. We wtorek rano mialam egzamin z "Kreatywnego Pisania". Ubralam sie na galowo, choc tu nie ma takiego zwyczaju, ale widocznie lata przyzwyczajen robia swoje :) Egzamin odbywal sie w sali Great Hall. Znalazlam swoje miejsce, wypelnilam karteczke ze swoimi danymi oraz rog zeszytu A4, w ktorym mialam pisac swoja prace. Potem ten rog sie slini i zakleja, bo prace sa ocenianie anonimowo. Wybralam 3 tematy z 10 i napisalam po jednej stronie wstepu na kazdy: The Media, The Jacket i Under the Bridge. Akurat mialam wene i bardzo dobrze mi sie pisalo, ale zobaczymy jak mi poszlo. Nawet nie wiem jeszcze kiedy beda wyniki :) Wkrotce zaczynam nowy semsetr - tym razem po dwie godziny w kazda srode rano. Bede tez kontynuowac zaocznie zajecia z "Kina Europejskiego". Ciekawe, jak ocenia moj esej? Ale to i tak nie ma zadnego znaczenia, bo nawet jakbym czegos nie zdala, to moge dalej chodzic na zajecia i potem pisac prace poprawkowa. Ale mam nadzieje, ze nie bedzie to konieczne :) Po pracy mialam znow lekcje polskiego i tym razem rozmawialismy o Polsce. Pokazalam im pare zdjec glownych miast i umowilismy sie na piwo do polskiego klubu w piatek 10 lutego, jak wroce z Polski. A w sobote 11 lutego sa urodziny Krystiana, wiec zapowiada mi sie zabawowy weekend :))) W srode na lekcji polskiego mialam powtorke z rozrywki - staram sie realizowac ten sam program w obu grupach.

W czwartek profesor Fell zapytal mnie, czemu chodze taka struta. Powiedzialm mu, ze chodzi o mojego laptopa - okazalo sie, ze nie da sie go naprawic! Powiedzial, zebym sie nie martwila i jakis czas pozniej szefowa dala mi do podpisania papier, na ktorym bylo napisane, ze moge uzywac laptopa nalezacego do uniwersytetu tak dlugo, jak dlugo dla nich pracuje lub dopoki nie kupie sobie nowego! Wzielam wiec do domu ten sam sprzet, na ktorym wczesniej pisalam swoja prace zaliczeniowa :) To wlasciwie bardziej taka maszyna do pisania niz komputer, bo ani filmu na nim nie obejrze, ani nawet zdjec, ale lepsze to niz nic! Szczegolnie, ze co tydzien musze napisac w domu jakis tekst na zajecia i powinnam cos przygotowac na kolejne lekcje polskiego! A moze uda sie go podrasowac? :) Zaczelam robic salatke i zaraz przyszedl Sean, bo umowilismy sie do kina na dokument o Olimpiadzie w Monachium w 1972 roku "One Day in September". Pomyslalam, ze warto zobaczyc dokument na ten temat, zanim obejrze subiektywny film Spielberga, ale ten dokument tez nie byl zbyt obiektywny :) Po kinie poszlismy na jedno male piwo, po drodze spotykajac jedna z moich "uczennic" (ta, ktora kiedys przyszla lekko wstawona na moja lekcje polskiego :) Szla akurat na Bingo, wiec weszlismy z nia do srodka, zeby zobaczyc jak to wyglada. Okazalo sie, ze moj byly "uczen" tam pracuje i stad sie znaja. Powiedzial, ze moge przyjsc kiedy chce, a on mnie wpusci! :) Bo stwierdzilam, ze na razie mam pecha, wiec nie bede grac, ale jak tylko szczescie zacznie mi znow dopisywac, to przyjde :))) Poza tym mielismy jeszcze z Seanem obejrzec film na DVD. Wrocilismy wiec do mnie i na laptopie Seana obejrzelismy bardzo zabawna francuska komedie "Les clefs de bagnole". Potem porozmawialismy troche, ale stwierdzil, ze musze rano isc do pracy, wiec wyszedl wczesniej - okolo polnocy :)

W piatek strasznie nie chcialo mi sie pracowac, wiec udawalam, ze grzebie w bazie danych. Wygladalam na zajeta, wiec szefowa dala mi spokoj i dzien jakos minal. Gemma wrocila do pracy i napisala do mnie maila. Umowilysmy sie na wieczor. Sean spytal w mailu, czy wybiore sie z nim w niedziele wieczorem na koncert Reginy Spector do Leeds. Powiedzialam, ze chcialabym najpierw jej posluchac, wiec zaproponowal, zebym wpadla po pracy (mieszka niedaleko kampusu) to mi pozyczy jej plyte. Przed 16:00 szefowa stwierdzila, ze poniewaz nie ma juz naszych przelozonych, to mozemy isc wczesniej do domu. Wzielam wiec prysznic, przebralam sie na wieczor i poszlam do Seana po plyte Reginy Spector. Puscil mi jej teledysk z sieci. Przypomina mi troche Fione Apple. Urodzila sie w Rosji, ale wyemigrowala z rodzicami do Stanow i teraz mieszka w Nowym Jorku. Napilismy sie piwka i porozmawialismy do 18, bo bylam umowiona z Gemma o 18:30 i musialam wychodzic. Po drodze do centrum dostalam SMS od Gemmy, ze sie spozni i bedzie w Lloydsie przed 19. Weszlam wiec do domu, zeby zostawic plyte i torebke, wzielam wszystko w kieszenie i poszlam. Kupilam sobie piwo, a Gemie wodke z Cola i czekalam. W koncu udalo sie nam spotkac! Zreszta nie tylko nam - jak juz nie raz wspominalam Bratfoot to male miasto i wyglada na to, ze wszyscy chodza do tych samych knajp :))) W Lloydsie byl Rahat i Saj :) Pogadalismy chwile, a potem poszlysmy z Gemma tanczyc. DJ dal nam darmowy bilet na jakas impreze w sobote, wiec postanowilismy, ze nastepnego dnia tez pojdziemy w tan :) Zmienilysmy lokal na Varsity, a w koncu jak zwykle wyladowalysmy w Walkabout. A tam oczywsicie spotkalysmy znow Saja oraz Insana, Rickiego, jego dziwczyne Tess i byla dziewczyne Saja Sue :) Oprocz tego byli tam jacys znajomi Saja, ktorych imion juz nie pamietam, ale kojarzymy sie z widzenia :))) Poszlysmy z Gemma tanczyc i dolaczyl do nas Insan. Pozniej potanczylam jeszcze i pogadalam z jakims Nathanem. W koncu Gemma stwierdzila, ze jest zmeczona i stwierdzilysmy, ze jak jutro tez mamy wyjsc, to czas isc do domu. Okolo 1:00 juz spalam :)

W sobote rano obudzilo mie znow piekne slonce. Zrobilam wreszcie pranie i zadzwonilam do domu. W tym czasie probowali sie do mnie dodzwonic z TV Polonia. Moja znajoma prowadzi tam program dla Polonii i spytala mnie, czy nie zechcialabym powiedziec pare slow na temat nauczania jezyka polskiego za granica. Zgodzilam sie. Mieli do mnie dzwonic w tygodniu, ale nikt sie nie odezwal. W koncu w sobote, jak szlam do buiblioteki, zadzwonila jedna babka, przedstawila sie, ze jest z TV Polonia i powiedziala, ze bede miala wejscie na antene okolo 16:30 polskiego czasu, czyli mojej 15:30. Piec minut pozniej zadzwonila inna babka z TV Polonia, zeby oswiadczyc mi to samo. Wyslalam maila do wszystkich znajomych z ta informacja. Jak wracalam z biblioteki, zadzwonila trzecia zeby powtorzyc mi dokladnie to samo i zdziwila sie, ze ktos juz do mnie dzwonil! :) Ale tam maja balagan! :))) Skonczylam robic pranie, przynioslam je do domu i zaczelam wieszac w szafie, czekajac jednoczensie na telefon. W koncu zadzwonili i kazali mi wisiec na sluchawce. Powisialam tak z 10 minut - co jakis czas, ktos mnie pytal, czy jeszcze jestem i mowil, ze juz wkrotce mnie wpuszcza na antene. W koncu okolo 16:45 powiadomili mnie, ze czas im sie konczy, wiec bardzo mi dziekuja za to, ze czekalam, ale nie zdaze juz nic powiedziec i sie rozlaczylismy! :))) Ale sie ubawilam! :))) Pojechalam wiec do sklepu i zrobilam zakupy na najblizsze pare dni. Gemma odwolala wieczorne wyjscie, bo okazalo sie, ze ma jakas impreze rodzinna. Nawet sie ucieszylam, bo bylam dosc zmeczona. Mialam nadzieje, ze podlacza mi internet do nowego laptpa, ale niestey wieczorem nadal nie dzialal, wiec pojechalam do Hiszpanow i Gosi, zeby pomoc jej wypelnic papiery do umowy o stala prace. Znalazla prace w College'u i dzieki temu moze zrezygnowac wreszcie z tej, ktora miala w Keighley (gdzie wczesniej mieszkala, a teraz dojezdzala co rano z centrum Bratfoot). Potem wrocilam do domu, poczytalam i poszlam spac.

Dzis obudzilam sie o 9:00 i nie moglam juz zasnac. Internet nadal nie dzialal, wiec zapukalam do drzwi faceta, ktory sie opiekuje naszym domem. Okazalo sie, ze go obudzilam, ale musialam wiedziec, czy mam jakies szanse na internet, czy musze isc do bilioteki. Stanelo na tym, ze sie ubralam i siedze teraz w bibliotece uniwersyteckiej (glowna jest w niedziele zamknieta) a on niby cos tam grzebie. Ale nie moglam na niego liczyc, bo nie mam na to czasu! Na 12:45 ide do kina na "Match Point" Woody'ego Allena, a na 15:15 na "Breakfast on Pluto". Potem pewnie cos zjem i jade z Seanem do Leeds na koncert. A potem nie bede znow miala kabla do Internetu - pozyczylam go na weekend z pracy. Dopiero za tydzien przywioze wlasny z Polski. Ale chcialam, zeby mi wszystko podlaczyli przed wyjazdem, bo potem znowu nie wiadomo ile to potrwa! Mieszkam w tym domu juz 5 miesiecy, a Internet nadal nie dziala! I do tej pory nie przykrecili mi klamki, ktora miala byc zrobiona w ciagu tygodnia! Przynajmniej tak mi powiedzieli, jak sie wprowadzalam! A, szkoda gadac! Ale moja cierpliwosc sie konczy, bo za duzo rzeczy sie wydarzylo od poczatku tego roku! Co prawda pzyjaciele bardzo mi pomogli, ale musze jeszcze rozwiazac jakos sprawe komputera. W tym semestrze bede znow musiala ogladac filmy na zajecia z "Kina Europejskiego". Sean powiedzial, ze zawsze moge je ogladac u niego, wiec moze jakos to bedzie? :)

poniedziałek, 23 stycznia 2006

136.

W piatek po pracy poszlam prosto do biblioteki, zeby oddac czesc ksiazek, z ktorych juz skorzystalam i wypozyczyc pare nowych. Nie znalazlam wszystkich cytatow, ktore wykorzystalam poprzednio w czasie pisania mojej pracy, ale za to udalo mi sie znalezc pare nowych. Wydaje mi sie, ze ta praca wyszla mi duzo lepiej niz poprzednia, moze nie ma wiec tego zlego, co by na dobre nie wyszlo? :) W kazdym razie caly wieczor siedzialam w ksiazkach i pisalam, az wreszcie padlam i poszlam spac :) W sobote rano obudzilo mnie piekne slonce. Ucieszylam sie, bo musialam sie wybrac do Leeds, a w brzydka pogode by mi sie nie chcialo. Tam przeszlam sie na piechotke z dworca autobusowego na dworzec pociagowy, zeby sprawdzic ile to trwa. Zajelo mi to troche ponad 10 minut. Z bagazem powinnam chyba liczyc 15, ale jesli autobus mi sie nie spozni, to powinnam miec 25 minut na dojscie do dworca i znalezienie peronu, z ktorego pojade w przyszly czwartek na lotnisko pod Londynem, a stamtad polece do Warszawy. Po drodze mam jeszcze przesiadke w Peterborough, gdzie bede musiala zmienic pociagi, ale mam nadzieje, ze wszystko sie uda bez zadnych spoznien i zgrzytow. Naprawde czuje, ze moj pech sie skonczyl! :)

Na dworcu pociagowym odebralam ze specjalnej maszyny bilet na pociagi, ktory kupialm wczesniej przez internet, a potem poszlam do sklepu z ubraniami, zeby kupic pare rzeczy. Zadzwonil do mnie Krystian i umowilismy sie, ze wieczorem pojdziemy razem do Gosi i Hiszpanow, bo ja wiem, gdzie oni mieszkaja :) Pozniej wrocilam do Bratfoot, po drodze dzwoniac do babci z zyczeniami z okazji jej dnia. Na dworcu w Bratfoot kupilam jeszcze bilet do Leeds na czwartek - w sumie czekaja mnie 3 przesiadki! :) Ale ten bilet byl dosc tani :) Z dworca poszlam do sklepu, bo wiedzialam, ze jak juz wroce do domu, to nie bedzie chcialo mi sie znow wychodzic :) Spisalam cytaty z prawie wszystkich ksiazek i okolo 18 poszlam do biblioteki, zeby je oddac. Przy okazji sprawdzilam maile. Sean napisal mi, ze nie jest dzis w nastroju do imprezy i ze jednak sie z nie wybierze, choc wczesniej byl dosc chetny. Wrocilam do domu i wyslalam do niego SMSa. Odpisal, ze przyjdzie do mnie okolo 19:30. Z chlopakami tez bylam umowiona w domu, wiec spotkalismy sie wszyscy u mnie i poszlismy razem na impreze. Hiszpanie przygotowali panelle i sangrie, a Gosia saltki. Wzielam ze soba zdjecia z naszych poprzednich imprez i wspolnych wycieczek. Poza tym zabralam ze soba wodke, ktora zostala jeszcze z poprzedniej imprezy i pol Zubrowki, ktorej nie zmeczylam w zeszly poniedzialek :)

Bylo bardzo milo. Doszla do nas jeszcze Agata, kolezanka Krystiana, ktora byla tez na ostatniej imprezie u mnie. Pogadalismy, potanczylismy i powspominalismy troche :) W koncu po 2:00 zaczelismy sie zbierac. Agata, Krystian i Piotrek wzieli taksowke, a ja z Seanem poszlismy na piechote. Odprowadzil mnie pod dom i gadalismy jeszcze z pol godziny, ale nie chcial wejsc na gore. W koncu dal sie namowic, bo bylo zimno, a rozmowy jakos nie moglismy skonczyc. No i znow przegadalismy pol nocy, tym razem prawie do 7. W koncu poszlam spac, ale obudzilam sie tuz po 10 rano i zabralam sie dalej za pisanie. Zadzwonilam tez do domu i przegadalam z rodzina ponad godzinke :) W koncu okolo 16 skonczylam pisac, wzielam prysznic i poszlam na 17 do Gosi i Hiszpanow na poprawiny - zaprosili  mnie na fondue :) Bylo pyszne i strasznie sie objadlam :))) W koncu kolo 20 poszlam do domu, zachaczajac po drodze o pub Titusa Salta, bo zadzwonil do mnie Krystian, ze siedza tam w 10 osob (sami Polacy :) Byli razem w kinie na "Marszu pingwinow". Wypilam z nimi jedna cole i pogadalam z paroma osobami, ktorych dosc dawno nie widzialam. I okolo 22 poszlam do domu i wreszcie spac :) A dzis rano przegralam swoja prace z dyskietki do komptera i sprawdzilam trzy razy zanim wymazalam wszystko z laptopa :))) Potem wydrukowalam wszystko i dzis wreszcie udalo mi sie ja oddac! :) Pani w sekretariacie, ktora ja odbierala, spytala, czy to ja jestem ta osoba, ktora miala klopty z komputerem (wyglada na to, ze wszyscy juz tam slyszeli o moich problemach :)

czwartek, 19 stycznia 2006

135.

Wczoraj po pracy mialam kolejna lekcje polskiego. Jak zwykle swietnie sie bawilam, ale coraz mocniej watpie w fakt, ze mozna Angoli nauczyc polskiego :))) Niektorzy maja nawet calkiem niezla wymowe, ale za bardzo kombinuja! :) Ja im daje proste cwiczenie i kaze uzywac mianownika, a oni sie upieraja, zeby stworzyc zdanie z innymi przypadkami, nie majac o nich pojecia. I zawsze sie to konczy bledem, a oni sie zalamuja :))) Ale przynajmniej umowilismy sie z obiema grupami, ze wkrotce pojdziemy razem do polskiego klubu na polskie piwo :) Po polskim zabralam sie za moja prace zaliczeniowa, bo mialam jeszcze w domu 4 ksiazki wypozyczone w zeszlym tygodniu. Ale czulam, ze zasypiam, wiec wylaczylam komputer.

Obudzilam sie o 6 rano i nie moglasm zasnac, wiec zabralam sie znow za moj tekst. Potem wzielam prysznic i zjadalam sniadanie (ostatnio mi sie to nie zdarza :) i poszlam do pracy. Dzis mialam kurs z "oceny" :) U nas chyba czegos takiego nie ma w pracy, a przynajmniej ja sie z tym nie spotkalam. Otoz chodzi o to, zeby przynajmniej raz w roku miec rozmowe oceniajaca. Przelozony ma sie spotkac z pracownikiem, poznac jego problemy i sukcesy w pracy i na tej podstawie zaplanowac plan dzialania na przyszlosc. Nie mialam zielonego pojecie, na jaki kurs tym razem mnie wyslaali i bylam w ciezkim szoku! :))) Na szczescie tym razem oprocz zwyklego ubawu z Angoli mialam okazje porozmawiac z inteligentnym czlowiekiem :) Michael naucza w tutejszej Szkole Zarzadzania i  zgadl, ze jestem z Polski (pewnie po akcencie :) Porozmawialismy sobie o polityce, o 17-wiecznych gazetach w Anglii i o kinie europejskim. Gdyby nie on, pewnie zanudzilabym sie na smierc :))) Na szczescie lunch byl znow na koszt uniwerku :))) Ale to za malo i nie chce juz brac udzialu w zadnych kursach! Te ich zabawy w cwiczenia praktyczne mnie powalaja. Naprawde, zachowuje sie zupelnie jak dzieci! :)

Po kursie nie wiele zdazylam juz zrobic w pracy, szczegolnie, ze szefowa wczesniej sie zmyla, wiec ja tez wyszlam i poszlam do biblioteki. Oddalam zalegle ksiazki i wzielam 6 nowych. Pozostale odnalazlam na polce i polozylam na boku, zeby potem nie musiec ich jeszcze raz wyszukiwac. Chcialam bowiem pojsc do domu po laptopa i siedziec w bibliotece do oporu, czyli az padne, bo od poniedzialku do piatku jest otwarta 24 godziny na dobe! :) Ale wychodzac zapytalam, ile ksiazek moge wyniesc i okazalo sie, ze 8. A ze mam dwie karty - studencka i pracownicza, to moge na raz wziac 16! :) Poszlam wiec do domu z tymi 6, bo nie zabralabym sie za jednym razem, a potem wrocilam jeszcze po 10 :) Zaraz wezme je do domu i zabiore sie za pisanie! Zawsze to przyjemniej pisac we wlasnym lozku, z mozliwoscia posilenia sie czy napicia w kazdej chwili, niz w bibliotece pelnej ludzi. Jak wszystko dobrze pojdzie, to tym razem napisze ten tekst duzo szybciej! :) I moze wreszcie skonczy sie moj pech? :) Jak na razie wszystko wyglada ok (zebym tylko nie zapeszyla :) Wszystko wraca do normy. Nawet Gemma napisala mi SMSa, ze jutro ma operacje, a potem wraca do domu i za tydzien powinna byc juz "na chodzie" :)

środa, 18 stycznia 2006

134.

W czwartek wieczorem napisalam tekst "Sniadanie" na "Kreatywne pisanie" i zaczelam spisywac notatki do tekstu o "Dzikich nocach". Wydawalo sie, ze wszystko jest na dobrej drodze. W piatek rano wyslalam "Sniadanie" znajomej z kursu, zeby mi poprawila ewentualne bledy. Praca minela szybko, a wieczorem poszlam do kina na "Brokeback Mountain"z Seanem, ktory wlasnie wrocil z Francji. Potem pogadalismy troche pod domem, ale nie za dlugo, bo musialam brac sie za pisanie. Bylam jednak zbyt zmeczona i poszlam szybko spac.  W sobote rano poszlam do sklepu, bo lodowka znow byla prawie pusta, a potem do biblioteki. Siedzialam tam od 13 do 18, czyli do zamkniecia. Pozniej wrocilam z laptopem i sterta cytatow do domu. Troche popisalam i poszlam spac. W niedziele ugotowalam ziemniaki i dalej pisalam. Kolo 15 przyszedl Sean na polski obiad - zrazy i bigos :) Bardzo mu smakowalo. Posiedzial do 18 i poszedl, a ja skonczylam tekst, nagralam go na dyskietke i kolo polnocy poszlam spac.

Rano w pracy okazalo sie, ze na dyskietce jest jakas stara wersja tekstu, ktory po prostu zniknal! Poszlam z laptopem do "Kliniki dla komputerow" na uniwerku, zeby mi go wyciagneli, ale nic nie znalezli! A juz mialam nadzieje, ze moj pech sie skonczyl! Niestety, pol dnia zmarnowalam na szukanie tego pliku i naprawde mialam juz tego dosc. Wydrukowalam tylko i oddalam na czas "Sniadanie". A potem napisalam maila do prowadzacej zajecia z "Kina Europejskiego", ze prosze o nowy termin oddania pracy. Poszlam na lunch na konto uniwerku i zastanawialam, co mi sie jeszcze zlego przydarzy. Pomyslalam, ze teraz ktos powinnien mi jeszcze ukrasc pieniadze z konto. Poszlam do bankomatu i wyjelam 10 funtow. I na wyciagu przeczytalam informacje, ze zostalo mi tylko 8 funtow na koncie i nie moge juz nic wiecej wyciagnac! Najnizsza stawka to wlasnie 10 funtow! Prawie dostalam zawalu, bo wydalam najwyzej polowe pensji. Sprawdzilam swoje konto w internecie i okazalo sie, ze pieniadze tam sa! Poszlam jeszcze raz do tego samego bankomatu, wyjelam kolejne 10 funtow i tym rzem dostalam informacje, ze wszystko jest ok! Pomylka? Zlosliwosc rzeczy martwych? Maszyny mnie chyba ostatnio nie lubia!

Po pracy postanowilam otworzyc butelke "Zubrowki" i z "szarotka" w reku zaczelam czytac biografie Kieslowsiego. Niestety, alkohol nie dzialal dosc szybko, wiec poszlam do pobliskiego klubu studenckiego Delius. Pogralam w bilard, wypilam trzy tequile i jednego drinka z moim bylym szefem Sajem, a potem podrzucil mnie do domu. Oczywiscie dorwalam sie znow do butelki i sluchalam muzyki dopoki nie padlam i nie zasnelam :) Rano obudzilam sie na takim kacu, ze bylam tylko w stanie wyslac szefowej SMSa (przekrecajac zreszta jej imie :) ze nie przyjde dzis do pracy, bo zle sie czuje :) Pospalam do poludnia, a potem wzielam prysznic i dalej czytalam biografie Kieslowskiego w lozku. W koncu ubralam sie i poszlam na polski. Humor mi sie juz poprawil i niezle sie bawilam. Kazalam im pisac dialogi - musieli zamowic jedzenie w restauracji. Po powrocie do domu skonczylam ksiazke i poszlam spac. Dzis czuje sie o duzo lepiej. Dostalam nowy termin oddania pracy - musze ja napisac jeszcze raz na poniedzialek, czyli przez ten weekend. Szefowa znow pozyczyla mi laptopa i mam dziwne uczucie "deja vu" :) Znow przesiedze pol weekendu w bibliotece, ale tym razem przynajmnie wiem juz, co mam pisac :) I zrobie sobie przerwe w sobote na "parapetowe" u Gosi i Hipszanow! A picie raczej nie pomoglo :) Teraz nie moge nawet patrzec na alkohol! :) Pomogla za to ksiazka i duch Kieslowskiego :)

czwartek, 12 stycznia 2006

133.

Gemma nadal jest w szpitalu, ale nie chciala, zebym ja odwiedzila. Mamy sie spotkac, jak ja wypuszcza. Wcale sie jej nie dziwie, bo ja tez nie chcialam nikogo widziec, jak lezalam w szpitalu. Wczoraj po pracy udalo mi sie troche przespac, a potem musialam szybko rozgrzewac bigos oraz zrazy i biec na lekcje polskiego! W tym tygodniu rozmawiamy o jedzeniu, wiec pomyslalam, ze przyniose im jakies typowo polskie potrawy, zeby wiedzieli, o czym mowie. Zreszta jak im wytlumaczyc, co to jest bigos, jak oni tu nawet nie maja kiszonej kapusty?! Dlatego wzielam ze soba zapas jedzenia - starczylo dla obu grup i wszystkim bardzo smakowalo, a jeszcze troche zostalo dla mnie :) Potem zaczelam czytac "Dzikie noce" Cyrilla Collarda, zeby je sobie przypomniec, zanim zaczne pisac o filmie, porownujac go z "A orkiestra grala dalej". Na szczescie szefowa pozwolila mi wziac jeden z pracy jeden z laptopow na weekend, wiec jest szansa, ze oddam obie prace na czas. Dzis wieczorem mam zamiar napisac tekst na "Kreatywne Pisanie", ktory musze oddac do poniedzialku, a przez weekend esej z "Kina Europejskiego" na wtorek. Zobaczymy, czy mi sie uda. A moj laptop nadal lezy popsuty w Warszawie. Kupilam dzis bilety do Polski, tym razem Skyeurope z Londynu. Przylatuje 2, a wracam 5 lutego, czyli wpadam doslownie "na weekend". Musze odebrac nowy dowod i paszport, bo inaczej nie wpuszcza mnie do Kalifornii :) A przy okazji, mam nadzieje, zabiore naprawionego juz laptopa! Zatem do zobaczenia za 3 tygodnie!

środa, 11 stycznia 2006

132.

Swieta byly super. Miedzy Swietami a Nowym Rokiem odwiedzilismy "przyjaciol rodziny", a ja spotkalam sie tez z dwoma osobami, ktore poznalam w Balmoralu: Gosia (mieszkala w Keighley, ale teraz wrocila do Bradfoot) i Magda (wyprowadzila sie do Chester, a teraz mieszka w Oxfordzie :) Nowy Rok zaczal sie jednak dosc pechowo - 1 stycznia popsul sie moj laptop, na ktorym mialam pisac dwie prace zaliczeniowe! Udalo mi sie jednak zalatwic pare waznych spraw urzedowych. A pod koniec tygodnia spotkalam sie z przyjaciolmi. I wszystko bylo OK, az do niedzieli... Laptopa nie udalo sie naprawic, choc zawiezlismy go do naprawy w poniedzialek, musialam wiec go zostawic w Polsce! Po sniadaniu pojechalismy na lotnisko i mimo iz bylam przekonana, ze moj bagaz wazy mniej niz powinien, okazalo sie ze mam nadwage i musze zaplacici albo sie przepakowac. Najpierw chcialam zaplacic, ale jak sie dowiedzialam ile, to postanowilam cos wyjac :) Niestety, walizki zostaly juz nadane, wiec musialam czekac, az je przywioza spowrotem. Wyjelam pare letnich ubran i butow, ale nadal mialam kilo nadwagi. Machneli jednak na to reka, bo odprawa praktycznie juz sie skonczyla! Stanelam wiec w kolejce do kontroli bagazu podrecznego. Okazalo sie, ze na dnie plecaka, w torebce, mam pilnik, ktory musze wyjac i wyrzucic do smieci! Zanim sie do niego dokopalam, bylam juz cala mokra! W dodatku przez glosniki caly czas wzywali ostatnich pasazerow na lot do Amsterdamu, wiec jak wreszcie usiadlam w samolocie, bylam juz niezle zdenerwowana i wyczerpana!

Dostalam miejsce przy oknie, a kolo mnie usiadl przystojniaczek, ktory wczesniej stal przede mna w kolejce i chwalil sie bratu, ze umowil sie z pania z kiosku z gazetami na kawe za pol roku (zartownis :) Oczywiscie nie dal mi spac, choc o tym najbardziej marzylam, tylko "zabawial" mnie rozmowa. Wyciagnelam od niego film "Swieci z Bostonu" dolaczony na DVD do gazety, ktora kupil na lotnisku, bo slyszalam, jak mowil do brata w kolejce, ze juz go maja! :) Darek (bo tak mial na imie :) powiedzial, ze w ramach podziekowania musze sie z nim napic polskiej wodki i zrobil mi drinka z wlasnych zasobow :))) Po godzince bylismy w Amsterdami, troche spoznieni i z niemila perspektywa 5 godzin oczekiwania na kolejny samolot. Darek zaproponowal, zebym dotrzymala towarzystwa jemu, jego bratu Mariuszowi i ich koledze panu Bogdanowi. Poszlismy wiec na piwo do jednej z kafejek na lotnisku. Dzieki temu czas znow mi dosc szybko zlecial. W koncu panowie poszli na samolot do Dublina, a ja zainteresowalam sie blizej swoim samolotem. Oczywiscie okazalo sie, ze jest spozniony! Czekajac na odprawe, przysnelam na krzesle! W koncu wsiedlismy do samolotu, ale zanim wystartowalismy, minelo ponad pol godziny! Przez okno widzialam, jak do skrzydla samolotu podjechal samochod i jakis pan polewal je woda (albo jakims specjalnym plynem) Potem jeszcze cos tam sprawdzali i wygladalo, jakby na ostatnia chwile cos naprawiali! W koncu polecielismy!

Kiedy dolecialam do Bradfoot, okazalo sie, ze nie mam klucza do mieszkania! Pojechalam wiec do Gosi i Hiszpanow, ktorzy niedawno przeprowadzili sie do centrum Bratfoot. Przespalam sie u nich na materacu, a w poniedzialek szefowa wyslala mnie do agnecji wynajmu, jak tylko dowiedziala sie, co sie stalo. W agencji powiedzialam, ze klucz mi skradziono. Zamowili mi slusarza, ktory za 35 funtow wymienil mi zamek w mieszkaniu i pobrali 10 funtow za nowy klucz do drzwi wejsciowych, a narazie posluguje sie kodem, ktory mi podali. Obawialam sie, ze ktos, kto ma moje klucze, wszystko juz wyniosl, a ja sie do konca zycia z tego nie wyplace :) Ale na szczescie z mieszkania nic nie zniknelo. Wrocilam wiec do pracy, a potem odebralam swoje bagaze i wreszcie dotarlam do domu! Ale do dzis nie zdazylam sie rozpakowac. Wrzucilam tylko jedzenie do lodowki i poszlam spac. jakby tego wszystkiego bylo jeszcze malo, dowiedzialam sie, ze Gemma jest w szpitalu! Rozmawialam z nia przez telefon, ale nie mialam czasu jej odwiedzic, bo wczoraj mialam pierwsza po przerwie lekcje polskiego, a dzis mam druga. Gemma ma nadzieje, ze dzis albo jutro puszcza ja do domu, ale jesli nie, odwiedze ja w czwartek po pracy. Chociaz powinnam pisac prace zaliczeniowe - jedna na poniedzialek, a druga na wtorek. Ale mam w koncu przed soba caly weekend! :)))

131.

W czwartek przed wyjazdem wyrzucili mnie z pracy okolo 16, mowiac, ze nikt juz nie pracuje! Ja tez juz nie pracowalam, ale chcialam jeszcze posiedziec spokojnie w Internecie :))) Poszlam wiec do biblioteki oddac ksiazki i do sklepu po Guinnessa. Tym razem udalo mi sie kupic 4-pack i pudelko "Crackersow" - nie ciasteczek, tylko "strzelajacych cukierkow"! :) To taka brytyjska tradycja swiateczna :))) Taki duzy "cukierek" ciagnie sie z dwoch stron i jedna osoba odrywa tylko jeden ogonek, a druga zostaje z zawartoscia - zwykle sa to jakies bzdety: korona z papieru, otwieracz do butelek, dlugopis - i obowiazkowo glupi, zupelnie niesmieszny kawal :))) Angole zabawiaja sie w rozrywanie tych "strzelajacych cukierkow" (przy rozdarciu strzelaja, bo jest w nich kapiszon) w knajpach, popijajac piwo, i ciesza sie z tego jak dzieci :)))

W piatek mialam wolne, wiec zabralam sie za gruntowne sprzatanie i wreszcie za pakowanie. Gemma przyslala mi SMSa, ze nie czuje sie najlepiej, wiec odwoluje impreze u niej w domu, ale zamiast tego idziemy po prostu wieczorem do pubu. Mialam dla niej i dla Saja male prezenciki z okazji Swiat, wiec napisalam, ze dojde do nich pozniej, bo oni zaczeli juz o 15, kiedy ja bylam jeszcze w samym srodku sprzatania! :) Wreszcie dotarlam do nich okolo 19:00, mimo ze nie mialam zbyt humoru ani pieniedzy, bo postanowilam przed wyjazdem zaplacici za mieszkanie i splukalam sie prawie do zera :) Bylismy w nowym pubie, znajdujacym sie w bardzo ladnym, zabytkowym budynku. Wnetrze zostalo pieknie odnowione i slicznie to teraz wyglada. Oprocz Gemmy i Saja byl tam jeszcze Matthew, Brian, Insan i Rahat, a pozniej doszedl jeszcze Steve. Pozniej przenieslismy sie do City Vaults, gdzie dolaczyl do nas Shaz. Uswiadomilismy go wszyscy, ze o 4 rano dowozi mnie na lotnisko, bo w przeciwnym wypadku musialabym jechac ostatnim autobusem o 22 i czekac tam do rana :) A ze wszyscy juz troche wypili, to nikt nir moze mnie zawiezc, choc bardzo by chcileli :) Juz wczesniej ustalilismy, ze Shaz najlepiej nadaje sie do tej roboty, bo nie pije :))) W koncu wyladowalismy w Lloydsie, ale ja i Shaz wyszlismy wczesniej do domu, zeby troche sie przespac przed lotniskiem.

Umowilsmy sie, ze zadzwonie do niego o 3:30, zeby go obudzic i zeby przyjechal po mnie o 4 rano. Wzielam tylko prysznic i polozylam sie spac, ale oczywiscie nie moglam zasnac, bo caly czas myslalam, co powinnam jeszcze wziac ze soba i czy wszystko spakowalam :) W koncu przysnelam i wtedy zadzwonil budzik :))) Zadzwonilam do Shaza, wzielam prysznic, zjadlam sniadanie i tuz po 4 pojechalismy na lotnisko. Shaz wreczyl mi jeszcze bombonierke z zyczeniami Wesolych Swiat. W kolejce do odprawy spotkalam Jacka, jednego z bylych mieszkancow naszego wspanialego hotelu Balmoral. Dawno go nie widzialam, ale tak sie zlozylo, ze siedzielismy kolo siebie w samolocie do Amsterdamu, wiec czas mi szybko zlecial :) Potem przeszlismy sie po sklepach na tamtejszym lotnisku i za ostatnie pieniadze kupilam jeszcze whisky dla mojego ojca :) W samolocie do Warszawy lecielismy juz osobno (niestety siedzialam obok jakis obcych ludzi, w dodatku po srodku - koszmar :) ale stalismy razem do odprawy i pozegnalismy sie dopiero wychodzac na sale, gdzie czekaly juz na nas nasze rodziny :) Po mnie przyjechala siostra i obaj bracia :) W domu bylismy okolo 13, prosto na Wigilie :)))