Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
wtorek, 30 stycznia 2007
Szkolnictwo wyższe w Anglii :)

272.

W poniedziałek poszłam do pracy w dość dobrym humorze. Zaczynam się chyba powoli godzić z myślą, że mogłabym tu spędzić parę najbliższych lat (mam jednak nadzieję, że nie więcej niż 3 :) W tym czasie powinnam skończyć studia i będę mogła starać się o tutejsze obywatelstwo. Rano poszłam porozmawiać z szefową, bo w niedzielę brat poprosił mnie, żebym przyjechała za niecałe 2 tygodnie do Paryża. Przełożył swój ślub z marca na piątek 16 lutego i potrzebny mu był drugi świadek (oprócz brata panny młodej). A mi chyba najłatwiej przyjechać, choć trochę mi to teraz nie na rękę. Miałam w czwartek jechać do Manchesteru na koncert Reginy Spektor. Spytałam jednak szefową, czy dostałabym urlop bezpłatny na ślub brata, a ona powiedziała, że mogę wziąć wcześniej 2 dni z nowego urlopu, który zaczyna mi się od kwietnia. Biedna, nie wie jeszcze, że tydzień przed wyjazdem rozchoruje się na dwa dni i będę się leczyć w Wenecji :) A po miesiącu znów się rozchoruję i tym razem będę się leczyć właśnie w Paryżu. Właśnie dlatego, że jadę tam w marcu, nie zależy im aż tak bardzo, żeby jechać teraz. Ale z drugiej strony dawno nie byłam w Paryżu i pewnie mi się humor poprawi, jak już tam będę :)

W czasie lunchu poszłam do domu, a potem zadzwonił do mnie szef z college'u i powiedział, że troje moich studentów pierwszego roku nie jest nadal zarejestrowanych i że jeśli nie zrobią tego dzisiaj, to nie wolno mi ich wpuszczać do klasy! Łatwo mu powiedzieć - jeden z nich to chłopak Agnès (na szczęście jest bezrobotny i nie będzie musiał płacić za kurs :) druga to moja studentka z zeszłego roku, a trzecia osoba to chłopak, który pojechał właśnie na 2 tygodnie do Polski. Jak wróci, czeka go przykra niespodzianka - jak nie zapłaci i się nie zapisze, to nie będzie mógł więcej przychodzić na lekcje. W pracy zabrałam się wreszcie za pisanie tego raportu ze spotkania działu Psychologii, a o 17 poszłam do domu i zabrałam się za przygotowanie kolejnej lekcji polskiego. Tym razem moi studenci musieli odegrać scenki, w czasie których zamawiają coś w restauracji. Umówiliśmy się także na polskie piwo do Polskiego Klubu na ten piątek :) Udało mi się też zarejestrować tą studentkę, a po lekcji poszłam z nią i z drugim studentem do pobliskiej restauracji i siedzieliśmy tam znów do 23! :)

Dzisiaj idąc do pracy wyjęłam pieniądze z bankomatu, bo w czasie lunchu szliśmy do restauracji na urodzinowy lunch Leah. Co prawda miałam mieć w czasie lunchu kolejne spotkanie z moim promotorem, ale na szczęście udało mi się je przenieść na środę po pracy. Zabrałam się za robotę i jak poszłam odbijać coś na ksero, zagadała mnie jedna z wykładowczyń. Spytała, czy nadal chodzę na jakiś kurs na uniwerku. Powiedziałam, że już nie i że w zeszłym roku robiłam to tylko dla zabawy. A ona na to, że w takim razie w tym roku też powinnam na coś pochodzić dla zabawy, bo przecież pracownicy nie płacą. Odpowiedziałam, że chodzę, ale na inny wydział. No i od słowa do słowa, wyciągnęła ode mnie, że piszę pracę doktorancką. Staram się tutaj tym nie chwalić, bo ludzie są różni, a ja nie potrzebuję znów problemów w pracy. A wtedy ta wykładowczyni powiedziała coś, co mnie całkiem rozczuliło - że ona też chciała zawsze zrobić doktorat, ale zrobiła tylko magistra! Nie chciałam jej już dobijać i mówić, że magistra to ja zrobiłam dawno! Niech myśli, że mam coś na kształt licencjatu :) Bo u nich nie trzeba mieć magistra,  żeby robić doktorat - jedno jest niezależne od drugiego. No cóż, co kraj, to obyczaj :)

Dowiedziałam się dziś jeszcze paru innych ciekawych rzeczy, na temat tutejszego systemu edukacji wyższej. W szkole średniej młodzi ludzie składają podania do 6 wybranych uczelni. Kiedy dostają od nich odpowiedzi, muszą wybrać tą, na który chcieli by się najbardziej dostać i jedną rezerwową. Po egzaminach (tzw. A Level), jeżeli uzyskali wymaganą przez uczelnię ilość punktów, mogą rozpocząć studia. Podobno u nas nie jest to zbyt wygórowana ilość punktów, szczególnie w porównaniu z takim Oxfordem, Cambridge czy Durham :))) Kiedyś podobno państwo płaciło za studia, ale teraz studenci sami płacą, czasem zaciągając specjalne pożyczki studenckie, które muszą spłacić, jak zaczną pracować. Muszę się jeszcze dowiedzieć, czy prawdziwe jest moje wrażenie, iż nie trzeba mieć magistra, żeby wykładać na uniwersytecie. Być może chodzi tylko o to, że tutaj dla magistra nie ma żadnego skrótu, który stawiało się by się przed nazwiskiem. I dlatego wydaje mi się, że oprócz doktorów, wykładają tu "zwykli śmiertelnicy", bo przed nazwiskiem mają tylko Mr. albo Mrs. czy Ms. :)

O 12:30 poszłam z 6 pozostałymi pracownicami administracji na lunch do Angelo, żeby obejść uroczyście urodziny, które Leah miała w niedzielę. Przywitałam się z Carlosem, który pracuje w kuchni, gdzie robi pizze, oraz z właścicielem, który już mnie poznaje, jako znajomą Carlosa :) Babki oczywiście się zdziwiły, że mogę kogoś znać, skoro nie jestem z Bratfoot. Pewnie myślały, że po dwóch latach pobytu, nie mam tu żadnych znajomych :))) W każdym razie jedzenie było jak zwykle pyszne, a rozmowa beznadziejna i stwierdziłam, że więcej nie idę z nimi na żadną tego typu imprezę. Nie bawią mnie rozmowy na temat tego, kto jakie warzywo lubi najbardziej. Chciałam się z nimi integrować, ale chyba jednak się poddam. Mogę chodzić na spędy całego wydziału, bo potem przynajmniej idę na piwo z jakimiś wykładowcami :) Ale takie imprezy w babskim towarzystwie, to dla mnie strata czasu i pieniędzy. Mogłam się spokojnie wykręcić tym, że mam spotkanie z promotorem. Chociaż wtedy musiałbym im powiedzieć o moich studiach, a wolę nie. Tylko moja szefowa wie i parę osób z wydziału, które to ze mnie wyciągnęły siłą. Chyba, że się już wygadali i cały wydział wie, a ja się tylko oszukuję :)))

Po powrocie do pracy czas mi szybko zleciał. W domu porozmawiałam z bratem przez SKYPE's. Ustaliliśmy szczegóły i kupiłam bilety na pociąg z Londynu do Paryża na czwartek 15 lutego i z powrotem na niedzielę 18 lutego. Muszę jeszcze tylko dokupić bilet na autobus do Londynu. A pociąg, jak rozumiem, będzie jechał pod Kanałem La Manche. Cóż, kolejne nowe doświadczenie :) Zastanawiam się teraz nad tym, czy nie pojechać do Londynu już w środę i nie pozwiedzać trochę miasta przed wyjazdem do Francji. Muszę tylko znaleźć sobie nocleg. Zaraz się biorę za szukanie na stronie www.hospitalityclub.org - w najbliższym czasie potrzebny mi jest nocleg w Wenecji, Londynie i Paryżu :) A dziś dostałam maila od jakiegoś chłopaka z Dublina, Polaka, który szuka noclegu dla dwóch osób z soboty na niedzielę. Napisałam do niego, że nie ma problemu i czekam teraz na odpowiedź. Byłby moim pierwszym gościem z "Hospitality Club" :) Przekonam się wreszcie jak to działa i będę się mogła podzielić wrażeniami :)

Na 18:30 poszłam do Narodowego Muzeum Mediów na pierwsze spotkanie z cyklu "Nowe Kino Europejskie". Zapisałam się na niego, bo pomyślałam, że może dowiem się czegoś, co przyda mi się do mojej pracy doktoranckiej. Jednym z jej zagadnień będzie "narodowość" filmów, szczególnie w przypadku kina europejskiego. Prowadzący pokazał nam fragmenty 3 filmów: "Bliscy nieznajomi" Patrice'a Leconte, "Bardzo długie zaręczyny" Jean-Pierre'a Jeuneta i "Drżące ciało" Pedro Almodóvara. Potem w małych grupach mieliśmy dyskutować na temat europejskości tych filmów i różnic w porównaniu z kinem hollywoodzkim. Ja znalazłam się w jednej grupie razem z 4 starszymi panami, którzy po paru wypowiedzianych przez mnie zdaniach, spytali oczywiście, czy jestem Francuzką :))) Ogólnie rzecz biorąc nie jestem jak na razie zachwycona tym kursem, bo nie dowiedziałam się niczego nowego, a chwilami odnosiłam wrażenie, że wiem na temat kina europejskiego, o którym pisałam swoją magisterkę, więcej niż prowadzący. Widziałam też chyba więcej europejskich filmów niż on :))) Za tydzień zamiast wykładu ma być pokaz "W stronę morza" Alejandra Amenabara, który oczywiście też już widziałam, tak jak i pozostałe omawiane filmy, ale z chęcią zobaczę go jeszcze raz.

    

Fabrice Luchini i Sandrine Bonnaire u Leconte'a oraz Audrey Tautou u Jeuneta.

    

Javier Bardem u Almodóvara i 7 lat później u Amenabara (wraz z Belén Ruedą :)
niedziela, 28 stycznia 2007
Cisza czy zgiełk? :)

271.

W czwartek w czasie pracy zgłodniałam trochę, bo jak zwykle nie jem rano śniadań. Poszłam więc do stołówki i spotkałam obie Polki, które tam pracują, a których dawno nie widziałam. Zaczęły mi opowiadać o jakiś ludziach, których nie znam. Jakaś dziewczyna wróciła do Polski, nie długo rodzi, a chłopak się jej w Anglii powiesił. Straszna historia, ale czy musiałam ją usłyszeć? Chyba wolałabym nie. Zanim poszłam na lunch zadzwoniła moja była szefowa i spytała, czy mogłabym przyjść jeszcze na ostatnie popołudnie i wytłumaczyć nowej babce system komputerowy, którego używamy. Powiedziałam, że musi spytać moją nową szefową. Ta akurat była pod ręką, więc przekazałam jej słuchawkę. Zgodziła się, żebym poszła do nich od razu po lunchu. Jak odłożyła słuchawkę powiedziała tylko: "Co za okropna kobieta! Powiedziała, że jestem jej winna za jedno popołudnie, kiedy to puściła cię do nas!" Popatrzyła na mnie jakoś przychylniej i powiedziała: "Myślę, że u nas ci jest lepiej" I ma rację, a ja po paru godzinach spędzonych z byłą szefową też bardziej doceniam moją nową pracę.

Moja była szefowa przez kwadrans zdążyła mnie wypytać, czy mam chłopaka, czy byłam dziś w domu na lunch, czy nadal  uczę polskiego i jestem przez to zmęczona, a z każdego, nawet najbardziej niewinnego zdania potrafiła od razu wyciągnąć jakieś wnioski. Jak stamtąd wyszłam, powiedziałam sobie, że moja noga już nigdy więcej tam nie postanie! :))) Wróciłam do mojej nowej pracy i poczułam się dużo lepiej. Ostatnio rzeczywiście coraz lepiej mi się tam układa. Już się na nich nie obrażam, zresztą mam wrażenie, że przestali mnie "wykluczać". Leah powiedziała ostatnio, że we wtorek w czasie lunchu będzie obchodzić swoje urodziny i spytała, czy idę z nimi do Angelo's. Odpowiedziałam, że bardzo chętnie. Zgodziłam się też iść w przyszły czwartek na curry z ludźmi z wydziału Psychologii, żeby się lepiej integrować :) Co prawda w czwartki mam "Kółko francuskie", ale dopiero po 20:00, a na curry idziemy na 17:30. Zobaczę, jak się będę bawić i czy trzej panowie z Psychologii, znów namówią mnie na pójście z nimi do pubu. A może któryś z nich zna francuski i lubi squaty? :)))

Po pracy poszłam do domu i zamiast się na trochę położyć, usiadłam do komputera i wsiąkłam. Wreszcie po 20:00 poszłam do Agnès na "Kółko francuskie". Zastałam ją z dziewczynką - córką jej znajomej Polki - którą się czasem opiekuje. Wkrótce dołączyła do nas Sally - Angielka, którą poznałam kiedyś na kursie w college'u. Pracowała tam w bibliotece, ale rzuciła pracę i pojechała na pół roku do Francji jako wolontariuszka. Teraz chce podtrzymywać znajomość języka, więc trochę z nią porozmawiałam, bo Agnès była zajęta dziewczynką. Wkrótce doszli Nina i Matthew, a potem Conrad. Wszyscy przynieśli wina, tym razem głównie czerwone. Mieliśmy wspólnie zdecydować, czy idziemy do pubu, czy zostajemy na squacie, więc wzięłam tylko pieniądze i niczego nie kupiłam, ale chociaż fakt, że blisko mieszkam się przydał - skoczyłam po otwieracz do wina, bo nie mogliśmy go nigdzie znaleźć :) Porozmawiałam z Conradem o komunizmie, kapitalizmie i anarchizmie :) W końcu zebraliśmy się wszyscy i znów w domu byłam po 2 w nocy! :) Nie dam tak rady co tydzień! :)))

W piątek na szczęście Leah wzięła wolne, więc siedziałam sama w pokoju i znów przez cały ranek dochodziłam do siebie, pijąc dużo wody, żeby wypłukać to wczorajsze czerwone wino :))) Potem zgłodniałam, więc poszłam na dół po kanapkę, a później do domu na lunch. Po powrocie byłam już w całkiem dobrym stanie. Zapomniałam tylko komórki w domu, bo bateria mi się kończyła i podłączyłam ją do ładowarki. Tymczasem czekałam na odpowiedź Jessiki - znajomej Chinki, z która umówiłam się na wieczór - czy mogłybyśmy przenieść nasze spotkanie z 17 na 19, bo przypomniałam sobie, że muszę jeszcze zrobić zakupy. Na szczęście napisała do mnie maila, że nie ma sprawy. Po pracy poszłam więc do domu, zmieniłam buty na wygodniejsze, wzięłam plecak i poszłam do Morrisona. Musiałam się streszczać, bo Gosią z koleżanką zadzwoniły, jak stałam przy kasie, że są już pod moimi drzwiami. Przyszły po bilety na sobotnią wycieczkę do Chester. Okazało się, że nie potrzebują tym razem pomocników, więc postanowiłam nie jechać, bo już tam raz byłam.

Rozpakowałam zakupy, sprawdziłam maile i poszłam do "International" - hinduskiej knajpy, w której jeszcze nigdy nie byłam. Zadzwoniłam do Jessiki i ustaliłyśmy, że poczekam na nią w środku. Poprosiłam stolik na dwóch osób i usiadłam. I wtedy podszedł do mnie ten wykładowca z Irlandii, który jako pierwszy zagadał ze mną na Christmas Do :) Okazało się, że siedział tam akurat wraz z tym wykładowcą, który był w komisji w czasie mojej rozmowy o pracę! :) Zupełnie ich nie zauważyłam! Zapytał czy chcę się do nich dosiąść, ale powiedziałam, że czekam na koleżankę. Ustaliliśmy jednak, że poczekam przy ich stoliku. Kiedy Jessica przyszła, zastała mnie w trakcie rozmowy z nimi. Przedstawiłam ją i poszłyśmy do swojego stolika, bo dawno się nie widziałyśmy i chciałyśmy pogadać, ale jak wychodzili, to nam pomachali :) Jessica przywiozła mi prezent z Chin - czerwoną portmonetkę ręcznej roboty :) Jak zjadłyśmy, poszłyśmy jeszcze do Deliusa na jedno piwo. A potem wróciłam do domu i poszłam wreszcie raz wcześniej spać! :)

Mimo to w sobotę obudziłam się dopiero o 13. Napisałam wreszcie plan mojej pracy doktoranckiej. Ostatnio wreszcie mnie olśniło i wiem już o czym dokładniej będę pisać i o co w tym wszystkim chodzi :) Przynajmniej tak mi się wydaje :))) W każdym razie jestem na pewno bardziej zorientowana niż wcześniej. Usiadłam więc do komputera, ale zamiast wziąć się za pisanie, zaczęłam na "Youtube" oglądać kolejne odcinki serialu "Przyjaciele" :) Skończyłam po 2 w nocy i z rozsądku poszłam spać :) Dziś obudziłam się o 10 i spisałam zrobiłam wreszcie wstępny spis treści mojej dysertacji :) Potem poszłam do sklepu po proszek i płyn do prania i wreszcie się za nie wybrałam. W międzyczasie porozmawiałam przez SKYPE'a z rodziną i ze znajomą z Manchesteru. Później obejrzałam sobie na "Youtube" fragmenty urczystości rozdania Telekamer. A na 19:30 poszłam do kina na "Wielką ciszę" - pełnometrażowy film dokumentalny o zakonie kartuzów w Alpach. Trochę mnie rozczarował  mnie. Podobało mi się tylko parę motywów. Moim zdaniem można go było dużo lepiej zmontować.

    

"Wielka cisza" i zdjęcie Andie MacDowell zrobione w Warszawie, które znalazłam na stronie MSN :)

"Actress Andie MacDowell smiles at a press conference in Warsaw, Poland on Jan. 22. MacDowell is in Poland to receive a honorary prize during a gala for best TV personalities named by a weekly magazine (ALIK KEPLICZ, Associated Press)"

środa, 24 stycznia 2007
Surrealizm w pełni :)

270.

W poniedziałek w pracy szefowa zleciła mi parę rzeczy do zrobienia, więc już się nie nudzę. Jestem za to wciąż niewyspana, więc w czasie lunchu po prostu się położyłam i potem ledwo wstałam, żeby wrócić do pracy! :) Dostałam list od mojego szefa z college'u, na końcu którego podany był telefon, na który w razie wątpliwości kazał zadzwonić. Zadzwoniłam więc, bo zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi, a numer był do Polki, która pracuje w college'u. Pomyślałam więc, że ją prędzej zrozumiem :) Okazało się, że chodzi o ocenę, jaką studenci wystawiają każdemu kursowi od 1 do 4. Mój pierwszy rok dostał 2, a drugi 3, więc nie jest tak źle, szczególnie, że pod uwagę brano też obsługę administracyjną. Na temat samego kursu pojawiły się bardzo pozytywne komentarze :) Po powrocie do domu znów poszłam do łóżka i wstałam dopiero tuż przed 19 i poszłam na kolejną lekcję polskiego. Tak jak podejrzewałam, student który w czwartek na "Kółku Francuskim" obiecywał mi, że się zjawi, nie dotarł na lekcję. Przyszedł za to po dłuższej przerwie chłopak Agnès. Przerobiliśmy temat jedzenia i restauracji. Za tydzień będą więc musieli zacząć się "produkować" :) A ja będę tylko sobie siedzieć i słuchać :)

 We wtorek idą c do domu na lunch spotkałam Agnès - odkąd się przeprowadziła parę domów dalej, często się widujemy, mam więc okazję poćwiczyć język :) Wieczorem, po powrocie z pracy porozmawiałam przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru. Miałam co prawda od razu iść spać, ale usiadłam do komputera i zanim się obejrzałam, minęła 19. Spytałam znajomą, czy może się dowiedzieć o koncert Reginy Spektor, który ma się odbyć u nich na uniwerku w czwartek 15 lutego. Chciałabym się na niego wybrać, a i ją może namówię, bo przesłałam jej linka, żeby posłuchała Reginy i spodobała się jej (www.reginaspektor.com) W czasie naszej rozmowy zadzwonił domofon. Nikogo się nie spodziewałam, więc byłam tym bardzo zdziwiona. Podeszłam do domofonu i przeprowadziłam bardzo surrealistyczną rozmowę z Patrykiem, którego nie widziałam od września zeszłego roku. Brzmiała mniej więcej tak:  Patryk: " - Cześć. Jesteś nadal na mnie obrażona?" Ja: "A kto mówi?" "- Patryk." "A znamy się?" (mój śmiech). "- No to na razie". "- Nie, nie jestem na ciebie obrażona" "- To na razie." "- Na razie." I poszedł. A my dokończyłyśmy naszą rozmowę i około 23 poszłam wreszcie spać :)

Dzisiaj w pracy znów była nasza praktykantka, która przychodzi co tydzień. O 13:30 miałam wziąć udział w zebraniu wydziału Psychologii i robić notatki, a potem spisać protokół, a ona miała się temu przyglądać. Nie jestem chyba najlepszym przykładem, od którego miałaby się uczyć :) W każdym razie poszłam wcześniej na lunch i po drodze spotkałam chłopaka Agnès :) Teraz chyba będziemy się często spotykać :))) W skrzynce znalazłam list ze szpitala, z którego wynikało, że nie musimy nic płacić za hospitalizację brata. Jeden problem z głowy! :) A po lunch poszłam na to zebranie i było całkiem miło :) Najgorsze to spisywanie tego potem i obrabianie, żeby miało ręce i nogi. Ale przynajmniej załapię się na imprezę, bo planowali dziś, żeby pójść w któryś czwartek na curry i zostałam zaproszona :) Potem poszłam do domu i zjadłam coś przed kolejną lekcją polskiego. Zabraliśmy się za trzeci przypadek i oni  już wymiękają. A przed nami jeszcze 3, bo o wołaczu nie będę im nawet wspominać! :) A muszę ich jeszcze przygotować do sprawdzianów, dzięki którym dostaną na koniec certyfikat. 30 lekcji to stanowczo za mało! Przed snem porozmawiałam sobie jeszcze przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru, a potem z José, który wrócił już z Maroka do Hiszpanii! :)

    

Regina Spektor - na tych zdjęciach wygląda trochę jak Fiona Apple i podobnie śpiewa :)

PS. Zapomniałam napisać, że na ulicach Bratfoot pojawiły się reklamy jednego z banków po polsku! Powiedziała mi o nich jedna z moich studentek i razem na lekcji rozszyfrowaliśmy, o co chodzi. Moim zdaniem są naprawdę niezłe :) Jedna brzmi "Znasz li ten bank?" a druga "Cud nad Tamizą" :) Lubię takie gry słowne. Z pewnością wymyśił je jakiś Polak.

poniedziałek, 22 stycznia 2007
Bez pracy nie ma kołaczy :)

269.

W środę poszłam wreszcie do pracy i opowiedziałam mojej szefowej wszystko, co mi się ostatnio przydarzyło. Pewnie pomyślała, że połowę z tego po prostu zmyśliłam, bo patrzyła na mnie jakoś dziwnie, ale co ja poradzę, że mam pecha? :) Zabrałam się za odpowiadanie na zaległe maile i dzięki temu miałam przynajmniej co robić, bo inaczej zanudziłabym się na śmierć :) Przyjęli ostatnio nową dziewczynę na praktyki. Rano sprząta biuro, a potem ma nam pomóc. Spytała mnie, czy nie mam czegoś, co mogła by zrobić. Nawet gdybym miała, to bym jej nie dała :) W czasie lunchu poszłam jak zwykle do domu i zjadłam barszcz, który rodzina przywiozła mi z Polski. Kupiłam też wreszcie znaczki i wysłałam list z ksero paszportu i karty EIHC (European Helth Insurance Card) mojego brata. Wracając do domu po pracy zajrzałam na squat, żeby spytać Agnès, czy idzie ze mną w czwartek do kina, ale powiedziała, że organizujemy "Kółko francuskie", postanowiłyśmy więc przenieść film na weekend. W domu usiadłam jak zwykle do komputera, ale nie na długo, bo o 19 miałam już kolejną lekcję polskiego z drugim rokiem. Znów się załamali i musiałam ich przepraszać, za to że język polski jest taki trudny i ma tyle przypadków! :)

W czwartek w pracy skończyłam odpisywać na maile i zaczęłam się nudzić. Jak poszłam do domu na lunch, w skrzynce pocztowej znalazłam swoją kartę EIHC. W Polsce bratu udało się ją załatwić od ręki, ale jest ważna tylko 3 miesiące. A ja czekałam tydzień, ale za to moja jest ważna 5 lat! :) Dostałam też z college'u jakieś materiały, a wraz z nimi opakowanie na płyty CD. Fajnie, przyda się :) Po pracy poszłam od razu do łóżka, ale za długo nie pospałam, bo jeden z moich byłych studentów polskiego przysłał mi SMS, w którym pytał, czy idę z nim i jego znajomymi na piwo. Odpisałam, że mam wieczorem "Kółko francuskie" i poszłam dalej spać. Pól godziny później zadzwonił do mnie Conrad - Anglik który wychował się w Belgii - żeby się dowiedzieć o której i gdzie się umawiamy. Sam od razu przeszedł na francuski, więc miałam już lekką wprawę przed wieczorem. Po rozmowie z nim znów zasnęłam, ale tuż przed 20 obudził mnie budzik, więc zaczęłam się powoli zbierać. Wzięłam ze sobą ciasteczka, które kupiłam wracając z pracy i pomyślałam o tym, żeby zabrać ze sobą 3 piwa, które od 2 tygodni stały u mnie w lodówce, ale pomyślałam, że przecież nie idę na imprezę, tylko na konwersacje! Okazało się jednak, że Conrad przyniósł białe wino, więc skoczyłam do domu po te piwa :)

Oprócz Agnès, mnie i Conrada na pierwsze po dłuższej przerwie "Kółko" na squacie przyszedł jeszcze Jacenty, który następnego dnia wracał już na dobre do Francji. Porozmawialiśmy trochę o polityce i o zbliżających się u nich wyborach, ale wkrótce zaczęli się schodzić inni squatterzy i nie dało się już dłużej porozmawiać po francusku. Conrad wkrótce się zmył, ale ja tak się rozbawiłam, że nie tylko wypiłam te piwa, ale posmakowałam też wina! :) Wkrótce doszli jeszcze wolontariusze, Matthieu i Nina, z butelką białego i czerwonego wina :) Zaczęłam rozmawiać z jednym z moich studentów polskiego, którego ostatnio nie było na lekcjach i obiecał mi, że przyjdzie w poniedziałek. Ale nie jestem pewna, czy dotrzyma obietnicy, bo jak wypił zaczął mi mówić, jaka to jestem piękna i koniecznie chciał mnie pocałować :) Pewnie będzie się teraz wstydził pokazać :) Ja w każdym razie świetnie się bawiłam, słuchając komplementów na temat mojej urody od Anglika i na temat mojej świetnej znajomości ich języka od Francuzów :) I zanim się obejrzałam była 2 rano! :)

W piątek obudziłam się na lekkim kacu i po drodze do pracy modliłam się tylko o to, żeby nikt nic ode mnie nie chciał! Moje modlitwy najwyraźniej zostały wysłuchane, bo Leah zniknęła na cały dzień i siedziałam sama w pokoju, stawiając pasjanse i serfując po Internecie. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyłam, że na niemieckich stronach na temat Bollywoodu można znaleźć linki do mojego bloga! Odsyłają one do wpisy numer 143 z lutego zeszłego roku, kiedy to umieściłam zdjęcia paru gwiazd Bollywoodu. Nie znam niemieckiego, więc nie wiem, co tam jest napisane, ale nieźle mnie ten fakt ubawił! :) Na lunch poszłam jak zwykle do domu, a po powrocie zadzwoniła do mnie babka, która zajęła moje miejsce sekretarki z Graduate School. Próbując przez pół godziny wytłumaczyć jej coś dosyć prostego, pomyślałam sobie, że nie będą mieli z nią łatwo, bo ta praca wymaga przede wszystkim dobrej znajomości komputera. I poczułam małą satysfakcję :) A potem wróciłam do domu i padłam do łóżka :)

W sobotę obudziłam się koło południa i najpierw poszłam na zakupy, bo lodówka zaczęła znów świecić pustkami. Potem zabrałam się wreszcie za sortowanie prania, którego uzbierało się tyle, że wyprałam tylko połowę, a resztę zostawiłam na przyszły weekend. Było to spowodowane również tym, że skończył mi się proszek i płyn do prania, a z kasą już bardzo krucho. Byle do czwartku i do wypłaty! :) Jak skończyłam pranie, poszłam do biblioteki poszukać jakiś książek na temat tożsamości narodowej w filmach, bo w przyszły wtorek mam kolejne spotkanie z promotorem, a niewiele ostatnio ruszyłam. Wybrałam sobie 7 książek i jeden film na DVD, z którymi poszłam od razu do Gosi. Umówiłyśmy się, że pomogę jej dokończyć ćwiczenia, które zadali jej na kursie. Zanim skończyłyśmy minęła 22. Zjadłyśmy jeszcze kolację, a potem Gosia namówiła mnie, żebym wróciła autobusem, chociaż to tylko 2 przystanki, bo bardzo padało. Nic nie jechało, ale kiedy już miałam iść na piechotę, przyjechał autobus, ale droższy niż moje przygotowane 60 pensów. Kierowca zgodził się mnie jednak zabrać. Może dlatego, że tak lało? :) W domu zaczęłam czytać te książki i poszłam spać dopiero o 4 rano!

W niedzielę znów pospałam do południa. Byłam umówiona z rodziną na rozmowę przez SKYPE'a, ale znudzili się czekaniem aż wstanę i pojechali na spacer do lasu. Umówiliśmy się, że zadzwonią jak wrócą. Zabrałam się więc za oglądanie wypożyczonego filmu dokumentalnego "State of Fear. The Truth about Terrorism" o 20-letniej historii walki z terroryzmem w Peru. Nie miałam pojęcia, że jeszcze parę lat temu działy się tam takie rzeczy! Film pokazuje na jakich zasadach działa terroryzm i jak z nim walczyć. Na tym tle to, co się teraz dzieje w Stanach nie nastraja zbyt optymistycznie, bo podobnie jak w Peru może tam dojść do zamiany demokracji na dyktaturę. Po filmie porozmawiałam przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru, a potem zadzwoniła Agnès i spytała, czy może sobie u mnie ugotować obiad :) Nadal nie mają kuchenki na squacie, ale w tym tygodniu planują ją kupić. Kiedy Agnès zabrała się za gotowanie makaronu, zadzwoniła wreszcie moja rodzina i zaczęłam ustalać z bratem szczegóły naszego wyjazdu do Portugalii, prawdopodobnie w czerwcu tego roku. Umówiliśmy się, że szczegóły dogadamy jeszcze przez maila.

  

Zdjęcie z filmu "State of Fear" i świetny Ben Whisha w "Pachnidle" Toma Tykwera.

Na 17:15 poszłyśmy z Agnès na "Pachnidło" w reżyserii Toma Tykwera. Nie czytałam książki, ale słyszałam wiele pochwał na temat tego filmu. Po pokazie miałam jednak mieszane uczucia. Nie podlega wątpliwości, że był świetnie zrobiony, ale nie jestem pewna, czy Tykwerowi udało się "pokazać" zapach. Podczas seansu babka siedząca w tym samym rzędzie zaczęła obierać mandarynkę, więc miałam dodatkowe efekty zapachowe, ale to zupełny przypadek :) Myślę, że rozczarowało mnie zakończenie i wolałabym, żeby film skończył się w momencie, w którym Jean-Baptiste zrozumiał, że gdyby nie zabił przypadkiem swojej pierwszej ofiary, mógłby ją po prostu kochać i cieszyć się jej zapachem. Po tej scenie film powinien się moim zdaniem skończyć, ale być może w książce to zakończenie ma lepsze wytłumaczenie. Myślę, że teraz po nią sięgnę. Po filmie wróciłam na chwilę z Agnès do domu, żeby zabrała resztę swoich rzeczy, a potem na 20:15 wróciłam do Muzeum na film "Eros".

  

"Eros" - Robert Downey Jr. u Stevena Soderbergha i Christopher Buchholtz u Antonioniego.

Były to trzy historie opowiedziane przez 3 reżyserów: Wong Kar-Waia, Stevena Soderbergha i Michelangelo Antonioniego. Film bardzo mnie rozczarował. Wong kar-Wai od jakiegoś czasu w swoich filmach ("Days of Being Wild", "In the Mood for Love" czy "2046") opowiada w kółko tą samą historię i zaczynam powoli wspominać z rozrzewnieniem jego starą, dobrą trylogię: "Chungking Express", "Fallen Angels" i "Happy Together". Po historii Stevena Soderbergha spodziewałam się wszystkiego, co najgorsze, włącznie z jakimiś zboczeniami, tymczasem bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i tylko jego etiudę tak naprawdę dało się oglądać bez znudzenia. Na ostatniej w reżyserii Michelangelo Antonioniego wynudziłam się za to za wszystkie czasy! Już "Po tamtej stronie chmur" współreżyserowane przez niego wraz z Wimem Wendersem było bardzo pretensjonalne, ale teraz przeszedł chyba sam siebie! Może czas odejść na emeryturę?

czwartek, 18 stycznia 2007
Blog to nie sztuka! :)

268.

Pisanie bloga to nie sztuka - wystarczy tylko poświęcić temu terapeutycznemu zajęciu trochę czasu. I blog sam w sobie też sztuką nie jest. Ale może się nią stać, dowodem na co jest parę blogów, których tu nie wymienię :) Dlaczego ludzie czytają blogi? Bo chcą poznać zdanie innych? Zobaczyć, jak się żyje innym? Poznać nieznane? Nie wiem, nie znam odpowiedzi na te pytania. Sama czytam parę blogów, bo mnie zainteresowały. Być może trzeba by to zatem nazwać czystą ludzką ciekawością? Niektóre z nich dają mi do myślenia, a oto chyba chodzi. Z innych czerpię konkretne informacje. Mój należy chyba do tych drugich, bo kogo przecież tak naprawdę obchodzi moje życie? Ale jak się żyje w tym kraju, to już chyba interesuje wiele osób. Tak sobie tłumaczę niezmienną popularność mojego blogu, który przecież nie jest dziełem sztuki :)

A teraz z zupełnie innej beczki. Zawsze myślałam, że pojadę kiedyś auto-stopem do Portugalii i tam po raz pierwszy w życiu zobaczę ocean. Jako nastolatka nie mogłam sobie nawet wyobrazić, że mogłabym go zobaczyć gdziekolwiek indziej. Tymczasem po raz pierwszy Atlantyk zobaczyłam w Nowym Jorku, na Long Island. Zrobiłam zdjęcie mojej ręki, jak dotyka oceanu. Ostatnio widziałam go parę miesięcy temu, jak byłam we Francji, a w międzyczasie w Kalifornii udało mi się zobaczyć Pacyfik. O tym, że zobaczę kiedyś Ocen Spokojny w ogóle nie marzyłam, bo wyjazd do Stanów wydawał mi się tak samo możliwy, jak lot na Marsa. Teraz myślę, że może i tam kiedyś polecę? ;) W każdym razie postanowiłam z bratem pojechać do Portugalii i tam wreszcie dotknąć oceanu, tak jak to zawsze planowałam :) On zresztą też :) Wcześniej wybieram się jeszcze do Wenecji i do Paryża, a miałam przecież przestać wreszcie jeździć i zacząć oszczędzać. Co ja poradzę, że jak to tutaj mówią "trawa nie rośnie na moich nogach"? :)

Przez parę ostatnich dni nic ciekawego się nie działo. Nie poszłam w poniedziełek do pracy. W czasie lunchu przyszła do mnie Gosia, żeby sprawdzić ceny biletów do Wenecji i wygląda na to, że jednak ze mną nie pojadą. Potem namówiła mnie, żebym poszła do niej na obiad. W drodze powrotnej zrobiłam zakupy, bo w ramach rewanżu zaprosiłam ją do siebie na wtorek. Jak wróciłam do domu znów nie było ogrzewania i ciepłej wody, więc wysłałam SMSa do babki z agencji, a potem poszłam na kolejną lekcję polskiego. Mówię wam, przypadki to straszna rzecz! Inne języki ich nie mają i jakoś sobie radzą! Naprawdę współczuję moim studentom :) Po lekcji poszłam na herbatę z jedną z nich, a po powrocie do domu przekonałam się, że znów jest ciepło. We wtorek w południe obudził mnie budzik, więc zabrałam się za robienie obiadu. Zjadłam go z Gosią, która zostawiła u mnie zakupy i poszła z powrotem do pracy. Wpadła po nie wieczorem, A ja dorwałam się znów do nowo-odzyskanego Internetu i nadrobiłam wreszcie zaległości w czytaniu. I stąd się wziął ten tytuł i pierwszy akapit...

poniedziałek, 15 stycznia 2007
Zobaczyć ocean i umrzeć! :)

267.

W środę, po tym jak napisałam poprzedni wpis na bloga i wrzuciłam część zdjęć na www.fotki.com/annad9, udałam się jak zwykle do domu na lunch. Od rana coraz bardziej bolała mnie głowa, więc o jedzeniu tak naprawdę nie było mowy, ale chciałam chociaż poleżeć z godzinkę na łóżku. W tym czasie zadzwoniła do  mnie pani z agencji wynajmu mówiąc, że właśnie dostała mój list i w pełni się ze mną zgadza! Zaczęła mi tłumaczyć, że oni co prawda reprezentują właściciela, ale to on dokonuje wszelkich napraw (prawdopodobnie zatrudnia po prostu tańszych "fachowców" po znajomości) i że oczywiście mam prawo nie płacić za te 5 dni bez ogrzewania i ciepłej wody! Na koniec powiedziała jeszcze, że wkrótce odpisze mi oficalnie na ten list, a teraz chciała tylko potwierdzić, że go dostała. Przyznam, że byłam bardzo miło zaskoczona, bo chociaż tego dokładnie w duchu oczekiwałam, to przecież mogłam usłyszeć coś całkiem innego.

Głowa bolała mnie coraz bardziej, a kiedy przyszedł czas powrótu do pracy, czułam że zaraz mi eksploduje. Jednocześnie brakowało mi tchu, więc otworzyłam na oścież okno, a potem zadzwoniłam do roboty, żeby powiedzieć dramatycznym głosem, że umieram, w związku z czym do pracy już dziś nie wrócę. Zadzwoniłam do przychodni i pielęgniarka przez telefon zaleciła mi paracetamol. Zapisała mnie też na wizytę w czwartek rano. Udało mi się na chwilę zasnąć, ale jak się obudziłam, ból stawał się coraz silniejszy. Do tego w dodatku doszły drgawki i naprawdę myślałam, że umieram. Wzięłam szybko-wchłaniający paracetamol w płynie, ale mój organizm równie szybko się go pozbył. Za drugim razem wreszcie przyswoił lekarstwo i ból zaczął powoli przechodzić. Po 19 przyszła Gosia i przyniosła mi całe opakowanie paracewtamolu. Ćmiło mnie już tylko lekko nad lewym okiem, ale udało mi się z nią przełknąć kawałek ciasta. Po jej wyjściu przekonałam się jeszcze, że nie ma ogrzewania i gorącej wody, po czym znów nie mogłam zasnąć.

W czwartek wstałam rano i poszłam do lekarza. Nadal nie było ciepłej wody, ale pomyślałam iż idąc z nieumytą głową wyglądam na bardziej chorą. W poczekalni spotkałam znajomą Francuzkę i ponarzekałyśmy sobie na angielską służbę zdrowia :) Lekarz kazał mi odstawić lekarstwo, ktore niedawno zaczęłam brać, mówiąc że moje wczorajsze samopoczucie (lub raczej jego brak) było jego skutkiem ubocznym. Potem powiedział, że mam wirusa grypy, ale nie grypę (zawsze mam według nich jakiegoś wirusa - dobrze, że nie HIV :) więc muszę pić dużo wody i odpoczywać. Wróciłam więc do domu i odpoczywałam :) Około 14 przyszła Gosia, żebym jej pomogła w papierkowej robocie z kursu, który właśnie robi. Zjadłyśmy razem obiad, a potem zabrałyśmy się za jej ćwiczenia. Po jej wyjściu usiadłam do komputera, a wieczorem weszłam do zimnego łóżka i stwierdziłam, że mam dość. Pytałam nawet Gosię, co myśli na temat mojej ewentualnej przeprowadzki do niej i zaczęłam się poważnie nad tym zastanawiać.

W piątek obudziłam się zmarznięta i wściekła. Kaloryfery nadal nie grzały, a woda w kranie była lodowata. Planowałam, że posiedzę cały dzień w domu i wreszcie trochę pochoruję, ale tak się tym zdenerowawałam, że postanowiłam się wyprowadzić natychmiast i zarządać zwrotu pieniędzy. Zaczęłam już nawet radzić się Shaza i rozmawiać o tym z Gosią. Umówiłyśmy się, że przyjdę do niej po moją walizkę, żebym miała się w razie czego w co spakować, a potem pojadę do agencji i dowiem się, o co w tym wszystkim chodzi! W jednej chwili dzwonią do mnie z przeprosinami, a tego samego dnia wieczorem wszystko zaczyna się od początku! Wychodząc znalazałm w skrzynce list z agencji. Wynikało z niego, że przepraszają i że właściciel nie tylko zgodził się na to, bym za grudzień zapłaciła mniej, ale także zaproponował (w ramach dobrej woli, jak to zaznaczono :) abym podpisała kolejną umowę w lutym na tych samych warunkach pieniężnych, co do tej pory, choć czynsz miał wtedy wzrosnąć.

Wróciłam od Gosi z walizką i po krótkiej rozmowie z mamą przez telefon, pojechałam do agencji. Rozmawiałam z tą samą babką, z którą rozmawiałam w środę i która wysłała do mnie ten list. Powiedziała, że będę dziś miała ciepłą wodę i ogrzewanie, bo dała czas właścicielowi do wieczora, a jak jego "fachowcom" nie uda się naprawić bojlera, to ona wyśle tam swoich, dużo droższych. Ustaliłyśmy, że na razie zostaję, ale nad kontraktem nad kolejne pół roku (luty - sierpień) jeszcze się zastanowię. Znając mnie to z lenistwa się nie wyprowadzę, ale przynajmniej nie zapłacę za 7 dni, w czasie których właściciel nie wywiązywał się ze swoich obowiązków i w ten sposób dam mu nauczkę. Weszłam do Morrisona obok i zrobiłam małe zakupy, a po drodze do domu spotkałam Agnès, która wróciła właśnie z Francji! :) Umówiłyśmy się na niedzielę, a ja poszłam wreszcie wziąć prysznic i pozmywać naczynia! Potem okazało się, że również Internet zaczął działać (a jednak cuda się zdarzają:) więc usiadłam do komputera i do 3 w nocy wrzucałam między innymi resztę zdjęć na "fotki" :)

W sobotę obudziłam się o 14 i od razu usiadłam do komputera, żeby nadrobić zaległości (to się nazywa głód wiedzy :) Wieczorem porozmawiałam z całą rodziną przez SKYPE'a, a potem jeszcze ze znajomą z Manchesteru na chacie. Potem znów oddałam się lekturze i tak mnie zastał ranek :) Rano porozmawiałam przez SKYPE'a z przyjaciółką z Polski, a potem około 11 poszłam wreszcie spać :) Obudził mnie dzwonek domofonu. Wstałam nieprzytomna i otworzyłam drzwi Agnès, z którą się umówiałam, że zajrzy do mnie, jak znajdzie chwilę. Otworzyłam jej zaspana i w piżamie, ale miałam wytłumaczenie, że jestem przecież chora :) Poczęstowałam ją piwkiem i orzeszkami ziemnymi, bo tylko to znalałam :) Wczoraj sprowadziła się ze swoim chłopakiem Tomem, ktory chodzi w tym roku do pierwszorocznej grupy na polski (choć ostatnio go nie było :) parę domów dalej. Na tej samej ulicy, na której mieszkam, jakiś czas temu opustoszał fajny szeregowy domek z ogródkiem. Przechodząc tamtędy do pracy często myślałam, że byłby z niego fajny "squat:. Okazało się, że oni pomyśleli to samo :)))

Idea "squatu" polega w skrócie na tym, że "squatterzy" otwierają pustostan i wprowadzają się do niego. Nie wolno im się włamać siłą (w tym wypadku okazało się, że drzwi do jednego z mieszkań w tym szeregowym domku były otwarte) ale na to też są sposoby. Po jakimś czasie pojawia się zwykle właściciel (czasem z policją) spisywany jest protokół i dostają nakaz opuszczenia pustostanu w jakimś określonym czasie. Do tego czasu spokojnie go sobie zajmują, a czasem nawet odwołują się do sądu i mieszkają w jednym miejscu dość długo. Zwykle polega to jednak na częstych przeprowadzkach z jednego miejsca na drugie. "Squatterzy" trzymają się razem i dlatego do pozostałych mieszkań wprowadzą się wkrótce ich znajomi. Poszłam z Agnès zobaczyć jej nowy "squat", w którym mają nawet gorącą wodę (zwykle jest tylko zimna) i na ścianie znalazłam obrazek jakiejś polskiej błogosławionej zakonnicy! Najwyraźniej przedtem mieszkał tu ktoś z Polski :)

Zagrałyśmy z Agnès w jakąś francuską grę planszową, której nazwy nie pamiętam, a potem przyszła ją odwiedzić znajoma Polka. Po raz kolejny w życiu przekonałam się, że Polacy za granicą nie darzą się zaufaniem (przyznaję, że sama nie jestem tu bez winy). Zamiast doszukiwać się od razu wspólnych znajomych z Polski, zapadała między nami niezręczna cisza, gdy tylko Agnès wyszła na chwilę z pokoju. Pamiętam, że jak byłam u niej wcześniej na imprezie i był tam jeden Polak, to z wszystkim prawie porozmawiałam, a z nim nie znalazłam wspólnego języka. Teraz było podobnie i choć potem trochę się rozkęciłyśmy, to nadal patrzyłyśmy na siebie dość podejrzliwie. Ciekawe co o tym myślą inne narodowości, bo to chyba przecież widać gołym okiem. Wykręciłam się wkrótce tym, że musze oddać znajomej krzesła i odniosłam je wreszcie do Gosi. Myślałam, że mi po drodze kręgosłup wysiądzie, ale jakoś je dotaskałam :) Wypiłam z nią i jej chrześnicą herbatkę, a potem stwierdziły, że jadą ze mną w lutym do Wenecji. Później wróciłam do domu i usiadłam oczywiście do komputera z mocnym postanowieniem, że następnego dnia nie pójdę jeszcze do pracy, tylko dalej poleniuchuję :)

środa, 10 stycznia 2007
Dwa lata pracy w Anglii!

266.

Dzisiaj mijają dwa lata, odkąd rozpoczęłam pracę w Anglii. Dzięsiąty stycznia 2005 roku to był poniedziałek - mój pierwszy dzień w Social Services w Spriengfield Complex. Jakieś dwa tygodnie później zaczęłam pisać tego bloga, więc niedługo będę obchodzić kolejną rocznicę :) Trudno mi sprawdzić, kiedy to dokładnie było, bo w międzyczasie dwa razy go przenosiłam i dlatego teraz wygląda jakbym zaczęła go pisać w kwietniu 2005, ale tak naprawdę była to połowa stycznia. W tym czasie 3 razy spotkałam się z atakiem w komentarzach od ludzi, którym mój blog się nie podobał. Cóż, nikogo chyba nie zmuszam, żeby go czytał :) Zaczęłam go pisać po to, by nie powtarzać się w mailach do rodziny i przyjaciół. Przesłałam im po prostu linka i od tej pory mogli śledzić moje przygody w obcym kraju. Po jakimś czasie okazało się, że czytają go też ludzie, których nie znam. Nie rozumiem dlaczego :) Ale cieszę się, że niektórym pomogłam podjąć decyzję o wyjeździe. 

Jak już wspomniałam trzem osobom się nie spodobał (z pewnością było takich osób więcej, ale nie podzielili się swoimi odczuciami :) Rozumiem, że niektórym nie podoba się głównie fakt, iż dzielę się tutaj faktami i czasem emocjami, a nie przemyśleniami. Te pozostawiam dla siebie. Ale jest to mój świadomy wybór. Gdybym chciała teraz zmienić styl i wychodząc od jakiegoś wydarzenia, snuć rozmyślania na dany temat, nawiazując także do swoich wcześniejszych doświadczeń, musiałabym chyba zacząć zupełnie nowy blog, bo tutaj mi to już jakoś nie pasuje :) W taki właśnie sposób piszą autorzy moich ulubionych blogów, na które zaglądam: mięsożerca (http://miesozerca.blox.pl/html), socjopatyczna malkontentka (http://socjopatycznamalkontentka.blox.pl/html) i żydóweczka (http://zydoweczka.blox.pl/html) - podani w kolejności alfabetycznej, która odpowiada też kolejności, w jakiej trafiałam na ich strony :) Ale to nie jest mój styl. "So take it or leave it." Albo innymi słowy: "It's my way or the highway" :)

Poza tym nie piszę o przeszłości, tylko o teraźniejszości. To nie jest mój pierwszy wyjazd za granicę, ale nie piszę tu o moim pierwszym dłuższym pobycie w Stanach (7 miesięcy), ani nawet o drugim (3 miesiące), a o trzecim wspominam tylko dlatego, że doszło do niego w czasie, kiedy ten blog już istniał. Gdybym wcześniej odkryła to medium, prawdopodobnie zaczęłabym go używać, zamiast pisać listy (pierwszy pobyt) i maile (drugi pobyt). Ten blog od początku miał być formą kontaktu z rodziną i przyjaciółmi, a nie formą sztuki czy nawet dziennikarstwa. To tylko blog! Kiedy odkrylam, że znajduje się na liście "Top 100 najczęściej czytanych blogów" na stronie "Gazety", byłam tym bardzo zaskoczona. Ale jeżeli czytają go nieznani mi ludzie (którzy także mnie nie znają), bo coś im to daje, to świetnie! Zawsze staram się odpowiadać na wszelkie pytania. I to by było na tyle. A teraz, jeśli pozwolicie, zabiorę się do wrzucania zdjęć na www.fotki.com/annad9 :)

wtorek, 09 stycznia 2007
Rutyna

265.

W piątek pospałam do południa, a potem zadzwoniłam do przychodni, żeby umowić się na wizytę. Okazało się jednak, że nie ma w ogóle szans na to, żeby dostać się do lekarza i że mogę jedynie zobaczyć się z pielegniarką, jeśli to coś nie cierpiącego zwłoki. Wymyśliłam więc, że boli mnie przejechana stopa i musi mi ją ktoś obejrzeć. Umówili mnie na 14, więc musiałam wstawać i się zbierać. Umówiłam się też z Gosią, że przy okazji zaniosę jej pożyczony od niej na Święta garnek i zabiorę materac oraz resztę pościeli, bo jej nowy dom jest niedaleko mojej przychodni. U pielęgniarki spytałam o tą Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EHIC), ale odesłała mnie z tym pytaniem do recepcji. Kazała mi się też zapisać na wizytę na poniedziałek, żeby lekarz dał mi skierowanie na prześwietlenie stopy. Właściwie to bolały mnie tylko siniaki, ale pomyślałam, że prześwietlenie nie zaszkodzi :) A w recepcji dostałam książeczkę z informacją na temat EHIC i formularz, który należy wypełnić, żeby ją dostać. Pomyslałam, że może wyślę go w imieniu mojego brata, ale okazało się, że sama mogę się o nią postarać, bo tutaj mogą się o nią starać tylko rezydencji UK, a brat musi ją sobie załatwić w Polsce. Ale znalazłam przynajmniej adres, gdzie ma to zrobić!

Po wizycie u lekarza poszłam do Gosi z garnkiem i umówilłm się z nią na wieczór, bo przypomniałam sobie, że mijają właśnie dwa lata od mojego przyjazdu do Anglii! Zaprosiłam też Malwinę z kolegą i umówiłam się z nią, że wpadnie tuż po pracy i pomoże mi przygotować sushi na wieczór. Potem wróciłam do domu i zabrałam się za sprzątanie. Przygotowałam też wszystkie składniki do sushi i zaczęłam gotować ryż, ale trochę go przypaliłam! Na szczęście przyszła Malwina i go uratowała, a wraz z nim całe moje sushi! :))) Po jej wyjściu zabrałam się jeszcze za sałatki i dalszy ciąg przygotowań. Wstępnie umówiliśmy się wszyscy na 22, bo Gosia musiała się najpierw przeprowadzić do nowego domu. Od Malwiny i jej kolegi dostałam matę do zwijania sushi oraz kartkę z gratulacjami z okazji 2 lat pobytu w Anglii :) Tutaj można znaleźć kartkę na każdą okazję i każde urodziny, więc zupełnie niezależnie od siebie Gosia z chrześnicą też wpadły na ten sam pomysł - kupienia mi kartki dla 2-latki :) Posiedzieliśmy do 1 w nocy, popijając sushi japońskim winem śliwkowym, które brat przywiózł mi z Polski.

  

Sushi widziane z góry i ujęcie wraz z sałatkami (z owoców morza i z tuńczyka :)

W sobotę pospałam znów do południa, a potem usiadłam do książek o Kieślowskim, które muszę oddać we wtorek do biblioteki. Później położyłam się do łóżka i trochę pospałam, ale obudziłam się około 20 i oczywiście całkiem już odechciało mi się spać. Zabrałam się więc za sprzątanie papierów i przygotowania do lekcji polskiego. Około 3 nad ranem próbowałam znów pójść spać, ale bez powodzenia. Zamiast tego usiadłam do komputera i do łóżka padłam dopiero o 8 rano! :) W związku z tym w niedzielę obudziłam się o 14:00 i wróciłam do przygotowań lekcji polskiego. Potem zadzwoniłam do rodziny i przegadałam z nimi ponad godzinę, na co zeżarło mi cały kredyt na karcie telefonicznej! Od pierwszego stycznia nie działa mi w domu Internet, więc nie mogłam z nimi porozmawiać przez SKYPE'a, tak jak to zwykle ostatnio robimy. Dawno do nich nie dzwoniłam i najwyraźniej w tym czasie telefony podrożały! Usiadłam więc i napisałam list z pretensjami do mojej agencji wynajmu, w którym oświadczyłam im również, że nie zapłacę za te 5 dni, kiedy nie miałam ogrzewania i ciepłej wody. Wyrzuciłam z siebie wszystko, co mi leżało na sercu (włącznie z problemem z Internetem) a trochę się tego nazbierało!

W poniedziałek wstałam wreszcie rano i poszłam do pracy, chociaż nadal czułam, że jestem przeziębiona i nie mogłam spać w nocy, bo miałam duszności. Powiedziałam szefowej, że o 13:40 mam wizytę u lekarza i wspomniałam o braku ogrzewania oraz ciepłej wody i przejechanej stopie. Musiała chyba pomyśleć, że coś zmyślam! :))) A co ja poradzę, że mam pecha?! :))) W każdym razie powiedziała, że mam się nie przemęczać i żebym pomogła przy zbieraniu pisemnych prac semestralnych od studentów. Ponieważ nadszedł właśnie dead-line i większość studentów wręczała swoje prace na ostatnią chwilę, mieliśmy więc zarezerowaną większą salę, w której ustawiliśmy stoły i w cztery osoby na zmianę odbieraliśmy te prace od studentów, wręczając im potwierdzenia. Zanim się obejrzałam, minęła 12 i poszłam do domu na lunch. Nie mam ostatnio siły, żeby gotować, a i apetytu też mi brak, więc zjadłam tylko trochę sałatki z chlebem i wróciłam do pracy. Wysłałam list do mojej agencji i formularz o European Health Insurance Card (EHIC), a potem poszłam do lekarza.

Lekarka stwierdziła, że nie potrzebne mi prześwietlenie, bo stopa wygląda na całą i jak siniaki się zagoją, wszystko powinno być w porządku. Powiedziała też, że nic mi nie może pomóc na przeziębienie i że nie wydaje jej się, abym miała nawrót astmy, mimo że mam kłopoty z oddychaniem. Nie powiedziała mi zatem nic ciekawego, ale przynajmniej nie musiałam siedzieć w pracy :) Wróciłam tam jednak, bo nie miałam wcześniej czasu, żeby sprawdzić pocztę. Usiadłam więc do Internetu i sprawdziłam maile. Dostałam potwierdzenie biletu do Wenecji, ktróry wygrała moja siostra, jak lecieliśmy do Dublina i który dała mi w prezencie. Za miesiąc znów będę musiała więc rozchorować się na dwa dni, dlatego postanowiłam teraz chodzić do pracy, mimo że nie czuję się najlepiej. Ponieważ po drodze trochę zmokłam, weszłam w dmu pod prysznic, żeby się ugrzać, a potem od razu do łóżka na godzinke. O 18:30 zwloklam się i dowlokłam na 19 do college'u na kolejną lekcję polskiego, która polegała właściwie na powtórce dotychczas przerobionego materiału, bo przez te 3 tygodnie prawie wszystko zapomnieli!

Dzisiaj dotarłam znów do pracy, mimo kataru i ogromnej chęci przeleżenia całego dnia w łóżku :) Usiadłam od razu do sprawdzania firmowych maili, których zebrało się prawie 300 (na szczęście większość to spamy :) Potem szefowa poszła na jakieś spotkanie, a ja zabrałam się za uzupełnianie wpisów na blogu. W pewnym momencie zadzwonił telefon i jakaś pani zaczęła do mnie mówić po polsku! Okazało się, że dzwoni z Teatru Wielkiego w Warszawie. Przed Świętami wysłałam do niej maila i stwierdziła, że zamiast mi odpisywać, oddzwoni :) Byłam ogromnie zaskoczona, bo zdążyłam już zapomnieć, że o cokolwiek ją pytałam, ale było to bardzo pozytywne zaskoczenie! :) W czasie lunchu poszłam do domu, żeby coś przekąsić i przekonać się, że nadal nie działa mi Internet. Nie mogę w związku z tym wrzucić najnowszych zdjęć z naszych podróży na "fotki". Wieczorem zabrałam się jednak za nie w domu i obrobiłam tak, żeby móc je jutro wrzucić w czasie pracy :)

O 18 poszłam do college'u, żeby odbić na ksero brakujące rozdziały książki do nauki polskiego. Jeden z ochroniarzy najwyraźniej się nudził i przyszedł do biura, w którym jest ksero, żeby z kimś pogadać. I opowiedział mi, jak to było, kiedy kino Odeon obok Alhambry było jeszcze otwarte! Był wtedy dzieckiem, ale pamięta, że ludzie przychodzili na 3 godziny przed sesansem i śpiewali wspólnie piosenki do akompaniamentu na żywo. Oprócz 3 sal kinowych była tam także sala taneczna, czyli Ballroom - zupełnie jak w wieży w Blackpool. Szkoda, że zbudowano nowy, brzydki budynek dla dawnego Narodowego Muzeum Fotografii, Filmu i Telewizji, zwanego dziś Narodowym Muzeum Mediów, zamiast otworzyć je w Odeonie! W końcu w Muzeum teraz też są 3 sale kinowe. Szkoda, bo bardzo chciałabym to zobaczyć.

Skończyłam kserowanie i poznałam nową nauczycielkę francuskiego, która zaczęła ze mną rozmawiać po francusku, gdyż po moim akcencie sądziła, że jestem Francuzką :) Później poszłam do biblioteki i oddałam wreszcie wszystkie zalegle książki. A potem wróciłam do domu i do obrabiania zdjęć. Zjadłam też pyszne ciasto, które dostałam od Malwiny, a które upiekła jej mama. Nie mam ostatnio apetytu, ale na babkę się skusiłam :) Po 21 przyjechały do mnie Malwina z Gosią po stół i dwa krzesła - więcej nie weszło do samochodu. Zapomniałam oddać Malwinie matę do sushi, więc wysłałam jej SMSa, żeby zajrzała wracając od Gosi, ale odpisała, że umówimy się w weekend. Postanowiłam więc pójść trochę wcześniej spać, ale znów nie mogłam zasnąć. Chroniczny katar, ból głowy i brak snu wkrótce mnie chyba wykończą! :)

Pożegnanie

264.

W środę rano wsiedliśmy w autobus i dwie godzinki później byliśmy już w Yorku. Zrobiliśmy sobie spacer po mieście, zwiedzając Westminster i jedząc pyszny obiad w jednym z najstarszych pubów w Anglii. York to chyba najładniejsze miasto w okolicy i wszyscy ulegliśmy jego urokowi. A ja zdecydowałam się nawet pójść po raz drugi do Jorviku i "zwiedzić" wioskę Wikingów, mimo że za pierwszym razem ledwo mogłam oddychać. Jorvik mieści się w budynku i zwiedzanie odrestaurowanej wioski Wikinów polega na tym, że wsiada się w wagoniki i objeżdża wnętrze, słuchając jednocześnie lektora w wybranym języku. Wydawało mi się, że ktoś z moich znajomych mówił ostatnio, że już tam nie śmierdzi, zabrałam więc rodzinę na przejażdżkę w czasie. Zapach, niestety, pozostał tem sam, co chyba zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że są tam wypchane zwierzeta. Ale przynajmniej odbiliśmy sobie nasze imiona pieczątkami z runami, a brat dał sobie wybić monetę, która kiedyś ma być podobno dużo więcej warta niż te półtora funta, które za nią zapłacił :)

    

"Krzywa uliczka" w Yorku i "biała broń" w sklepie przy wyjściu z Jorviku :)

Potem tuż obok Jorviku brat znalazł Whisky Shop i wsiąkł, wychodząc oczywiście z pełną torbą! I wszyscy byli zadowoleni :) Po powrocie do domu odwiedziła nas Gosia z chrześnicą, które zaprosiliśmy na ciasto z galaretki - specjalność mojej siostry :) A potem odporwadziliśmy Gosię kawałek do domu w drodze do Tesco, gdzie rodzeństwo chciało jeszcze zrobić ostatnie zakupy przed wyjazdem. Siostrze udało się w Yorku znaleźć herbatę waniliową i kupiła kilka na prezenty, ale brat chciał się jeszcze zaopatrzyć w Guinnessa. A ja zrobiłam od razu małe zakupy, żebym miała co jeść do końca tygodnia po ich wyjeździe. Przez te dwa tygodnie wydałam tyle pieniędzy, że teraz na pewno nie będę się już rozbijać po resturacjach, tylko będę musiała właczyć ostry plan oszczędnościowy! :))) Ale w koncu raz się żyje, nie? ;)

W czwartek rano poszliśmy do Wetherspoon na obiecane, typowo angielskie śniadanie. To znaczy ja oczywiście je sobie darowałam, bo nie przepadam za tłustym żarciem, ale siostra i brat chcieli spróbować :) Potem pobiegłam z bratem do paru sklepów, bo chciał jeszcze kupić parę prezentów. Jak wróciliśmy, dokończyli pakowanie i poszliśmy na Interchange. tam wsiedliśmy w pociąg do Leeds, gdzie się pożegnaliśmy i wsadziłam ich do pociągu do Londynu. Przynajmniej się o nich nie martwiłam, choć wkrótce zaczęłam się martwić, czy zdążą w Londynie na autobus, który miał ich zawieźć na lotnisko. Ale wkrótce dostałam od nich wiadomość, że wszystko jest w porządku i są już w drodze do Luton. W międzyczasie zdążyłam wrócić do domu i wyczerpana położyć się do łóżka :) Potem jednak wstałam i na 18 poszłam do kina na ostatni pokaz dokumentu "Us vs. John Lennon", o tym jak administracja Nixona śledziła Lennona i chciała go deportować z kraju. Film w założeniu miał też pokazać, że wojna jest zła, Irak niczym nie różni się od Wietnamu, a Bush od skompromitowanego Nixona. Potem dla równowagi poszłam jeszcze na 20 do IMAXu na komedię "Noc w Muzeum" z Benem Stillerem i nieźle się ubawiłam. A potem padłam z mocnym postanowieniem, że nareszcie się wyśpię! :)))

  

John Lennon i Yoko Ono oraz Ben Stiller w Muzeum :)

Nowy Rok!

263.

W poniedziałek 1 stycznia spotkaliśmy się rano na śniadaniu i okazało się, że mojego brata strasznie boli żołądek. Zaczął podejrzewać, że zaszkodził mu wczorajszy obiad u "Chińczyka". W każdym razie czuł się coraz gorzej i w końcu zadzwoniłam po karetke. Nie było to łatwe, bo nigdy wcześniej nie było takiej potrzeby i nie miałam nawet pojęcia, na jaki numer dzwonić! W końcu jednak udało mi się dowiedzieć, że 999 i 15 minut później do drzwi zapukała bardzo miła lekarka i pielęgniarz. Brat o własnych siłach doszedł do karetki, a ja poszłam razem z nim jako tłumacz. Od razu na miejscu zrobili mu parę badań, a potem spokojnie, bez sygnału, pojechaliśmy do szpitala. W BRI (Bratfoot Royal Infirmary) przyjęto nas na ostry dyżur. Bratem od razu zajęła się młoda pani doktór i podała mu morfinę, żeby powstrzymać boleści. Założyli mu też taki fartuszek, jak na filmach! :) Potem podłączyli go do kroplówki i przewieźli do innej sali. Tam siedzieliśmy parę godzin, zanim zawieźli go na górę.

Brat wylądował na jednej z dużych sal, na której łóżka były przedzielone parawanami i każdy pacjent miał nad sobą takie ramię zakończone ekranem, na którym za opłatą mógł oglądać telewizję lub korzystać z Internetu :) Domyśleliśmy się, że skoro zawieźli go na górę, to dzisiaj już raczej nie wyjdzie :) Ale teoretycznie miał o tym wkrótce zadecydować lekarz. Zanim jednak ktokolwiek się nami zainteresował, minęła 21! Odwiedziny skończyły się o 20 i byłam jedyną osobą, której nie wyrzucili, bo ktoś musiał tłumaczyć. Teoretycznie powinni zadzwonić po tłumacza, ale pewnie za drogo by ich to kosztowało, szczególnie w dzień wolny od pracy. W końcu kiedy zaczęłam się chamsko kręcić po sali i z nudów zaglądać w każdy kąt, podeszła do nas jakaś lekarka, która zdecydowała, że brat zostaje na noc. Wydaje mi się, że mój brat zawsze się tego obawiał, ale w praktyce, nie było to wcale takie straszne. Czuł się już dobrze i musiał tylko przeczekać noc. A ja wróciłam do domu i musiałam uspokajać mamę, która wyobrażała sobie już wszelkie najgorsze możliwe scenariusze! :)

We wtorek o 9:00 obudził mnie SMS od brata, żebym jak najszybciej przyjechała, bo go wypuszczają. Wstałam więc, ubrałam się i  wsiadłam w taksówkę, tylko po to, żeby oczywiście dowiedzieć się, że nie ma tak hop siup! Najpierw trzeba mu jeszcze raz pobrać krew i przede wszystkim załatwić papierkową robotę! A że Anglicy, jak wiadomo, są flegmatyczni, wypuścili nas dopiero o 14:00! W dodatku nadal nie wiemy, czy nie będzie trzeba za to wszystko zapłacić. Brat ma teraz miesiąc na to, żeby załatwić sobie European Health Insurance Card (EHIC), albo za całą zabawę będzie trzeba zapłacić jakieś 500 funtów! Tutaj wyrobienie takiej karty trwa tydzień, góra półtora, ale obawiam się, że w Polsce może mu to zająć trochę dłużej. No cóż, zobaczymy, co będzie. Najważniejsze było, że mu pomogli i że wreszcie nas wypuścili! Po szpitalym śniadaniu brat był już taki głodny, że zaraz po przyjściu do domu poszliśmy szukać jakiejś restuaracji z typowo angielskim śniadaniem. Skończyło się jednak na tym, że poszliśmy do sklepu, kupiliśmy bekon i zjedliśmy w domu.

Potem oboje z bratem padliśmy wyczerpani, a mama z siostrą poszly na zakupy i dały się nam wyspać. Spotkaliśmy się dopiero o 17 i poszliśmy razem na obiad do włoskiej restauracji, w której pracuje Carlos. Zamieniłam z nim parę słów i zjedliśmy pyszny obiad, a bratu udało się nawet zamówić danie z mięsem homara! I w ten sposób udało mu się zrealizować swoje marzenia - zobaczyć ocean i zjeść homara! :))) Jak byliśmy w szpitalu, w pewnym momencie nawet zażartował, że teraz może już umrzeć, bo widział ocean! Po czym zamknął oczy i głowa mu opadła. Wtedy nie wydawało mi się to zabawne, biorąc pod uwagę jak wyglądał, leżąc wyczerpany pod kroplówką! Ale z drugiej strony wiedziałam, że już się lepiej czuje, bo zaczął żartować. A poczucie humor to coś, co nigdy go nie opuszcza! Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Byłam jednak tym wszystkim tak wyczerpana, że postanowiłam nie iść w środę do pracy. Zresztą we wtorek mieliśmy zwiedzać York, a że szpital pokrzyżował nasze plany, postanowiliśmy pojechać do niego w środę.

    

"Zobaczyć ocean i umrzeć" - ten widok rzeczywiście zapierał dech w piersiach! :)

 
1 , 2