Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 30 stycznia 2008
Lavazza Gold :)

396.

W poniedziałek w pracy poszłam do szefowej Psychologii i powiedziałam jej, że pod koniec lutego odchodzę z pracy. Powiedziała, że bardzo przykro jej to słyszeć i że ogłosi to w środę na zebraniu Działu Psychologii. Potem wręczyłyśmy z pozostałymi babkami z administracji prezent urodzinowy Lindzie i zaśpiewałyśmy jej "Happy Birthday" :) Na lunch poszłam do domu i zjadłam zupę, a potem zabrałam się za robotę. Zdenerwował mnie tylko trochę ogólny mail od mojej głównej szefowej, która twierdziła, że ma dobrą wiadomość. Cóż, nie dla mnie. Otóż duch zmarłej żony znów powraca! :) Idealna Ingrid zgodziła się podobno wrócić jako pracownik czasowy z agencji i to już w połowie lutego! A to oznacza, że będę musiała z nią przepracować ostatnie trzy tygodnie! To naprawdę jakiś koszmar :) Pewnie wszyscy pomyślą, że odchodzę, bo ona wraca! :) Ale w tym momencie zrobiło mi się już całkiem wszystko jedno :) Po pracy położyłam się spać, a potem poszłam na polski, na który przyszły te dwie nowe studentki, które wcześniej pojawiły się na pierwszym roku. Udało mi się je przekonać, żeby dołączyły raczej do tej klasy, dzięki czemu podniosą trochę liczbę studentów :) Na pierwszym roku mam dość ludzi i nie potrzebuję więcej, a poza tym za dobrze mówią po polsku. Problemy mają bardziej z pisaniem, a na tym właśnie skupiamy się na drugim roku. Po lekcji usiadłam do Internetu, a poszłam spać, ale długo nie mogłam zasnąć.

We wtorek poprawił mi się trochę humor. Doszłam do wniosku, że chwila przerwy i odpoczynku od pracy dobrze mi zrobi. Już się nie mogę doczekać i całkiem mi się już nie chcę chodzić to tej roboty. Ale przynajmniej nie muszę się też specjalnie zmuszać, bo jest mi już wszystko jedno. Zaczęłam się zastanawiać i wyszło mi, że gdybym dostała tą pracę, o którą się teraz staram, to miałabym tydzień przerwy, ale właśnie zdałam sobie sprawę, że wtedy zaczyna się 14-ty Bratfootzki Międzynarodowy Festiwal Filmowy! :) I trwa 2 tygodnie, więc nie miałabym nic przeciwko temu, żeby nie mieć przez ten czas pracy i siedzieć całe dnie w kinie! :) A potem przydałby mi się tydzień odpoczynku :) No a później jest Wielkanoc i jadę do Polski, więc najlepiej by było, jakbym nową pracę zaczęła pod sam koniec marca lub na początku kwietnia :) Może do tej pory znajdę sobie coś, co będę naprawdę chciała robić? Zobaczymy! :) W czasie lunchu poszłam z 4 babkami z administracji na lunch z okazji urodzin, które akurat Leah obchodziła. Jak zwykle było strasznie nudno i ulżyło mi, że to już ostatni raz się z nimi męczę :) Chociaż pewnie w piątek 29-ego lutego pójdziemy na lunch z okazji mojego odejścia. Bo nie chcę robić wieczornego Leaving Do. Wieczorem zaczyna się festiwal i wolę iść na uroczyste otwarcie, niż pić z ludźmi, których średnio lubię :) Ale jeszcze zobaczę. Może umówię się na godzinkę lub dwie z paroma najfajniejszymi osobami?

Po pracy byłam umówiona z Cheryl do kina. Cheryl pracowała u nas przez jakiś czas jako pracownik czasowy z agencji. Bardzo się polubiłyśmy, ale rzadko mamy czas, żeby się spotkać. Ale to się być może zmieni, jak zostanę bez pracy i z nadmiarem czasu, a Cheryl też będzie siedzieć w domu, bo jak się okazało jest w ciąży! Zupełnie mnie zaskoczyła tą wiadomością! Jakiś czas temu rozeszła się ze swoim chłopakiem, ale potem wrócili do siebie i zamieszkali razem. On kupił dom w Shipley i planują się poprać. Klaus pracuje na tutejszym uniwerku, ale jest z Danii i za dwa lata, jak skończy mu się kontrakt, pewnie będzie chciał wyjechać. Cheryl jest czarnoskóra i parę lat od niego młodsza. Razem tworzą bardzo fajną parę :) Bardzo się cieszę, że udało się nam spotkać. Na 20:15 poszłyśmy do Muzeum na bardzo zabawną komedię romantyczną "Dan in Real Life" z Juliette Binoche. Dwie godziny zabawy - tego nam obu było trzeba! :) Po filmie poszłyśmy do pubu Titusa Salta chwilę pogadać. Pojawił się tam Sergiusz, ale mu "delikatnie" powiedziałam, że dawno się nie widziałyśmy i chcemy porozmawiać, więc na szczęście sobie poszedł :) Cheryl powiedziała, że nie chcą z Klausem wiedzieć, czy będą mieli chłopca czy dziewczynkę, a na razie swoje nienarodzone dziecko nazywają pieszczotliwie "Lavazza Gold " :) Bo jest tak maleńkie jak ziarnko ich ulubionej kawy :))) Potem przyjechał po nią Klaus i odwieźli mnie do domu :)

    

Steve Carell, Juliette Binoche i Dane Cook w "Dan in Real Life" oraz ziarnka kawy Lavazza Gold :)

Dzisiaj nie miałam nawet czasu iść na lunch. O 12:30 było zebranie działu Psychologii, więc o 12:00 zjadłam coś ciepłego na stołówce, a potem poszłam prosto na zebranie. Szefowa zaczęła od tego, że pod koniec lutego odchodzę, więc to moje ostatnie zebranie z nimi i w związku z tym przyniosła tort czekoladowy, żeby mi w ten sposób podziękować za moją pracę dla nich! Zrobiło mi się bardzo miło. Na pytanie, dokąd się przenoszę odpowiadałam, że nie wiem i że potrzebuję po prostu odpoczynku :) Szkoda, że jak Rachel zrezygnowała i odeszła, to zlikwidowali jej stanowisko i zrzucili wszystkie obowiązki na mnie. W przeciwnym razie ubiegałabym się o tą posadę i myślę, że byłabym dość zadowolona z tej pracy. Ludzie są tam naprawdę mili, a robota lekka, łatwa i przyjemna :) Tymczasem zrzucili na mnie dwie prace i nie wiem, czego się spodziewali! Ale trudno - widocznie tak miało być. W każdym razie ponieważ cały dział Psychologii już wiedział, że odchodzę, napisałam maila do wszystkich babek z administracji, zapraszając je 29-ego na lunch z okazji mojego odejścia. Chciałam, żeby się dowiedziały ode mnie, a nie od innych :) Ale i tak już chyba wiedziały, bo prawie nie zareagowały. Choć wydaje mi się, że przeżywały między sobą za moimi plecami :) Wyszłam pół godziny wcześniej z pracy, bo miałam tylko pół godziny na lunch i poszłam spać. Potem porozmawiałam chwilę z rodziną przez SKYPE'a i poszłam na polski. A zaraz idę spać :)

niedziela, 27 stycznia 2008
Hrabia Jan Potocki

395.

W czwartek poszłam do pracy, a potem na lunch całego działu administracji. Jedna z babek powiedziała przy dziewczynie z mojego pokoju, że ja już przecież niedługo odchodzę. Nie wiem, czy Leah tego nie usłyszała, czy tylko udała, że nie słyszy, ale w ogóle się nie zdziwiła. A może po prostu już wiedziała? Później po raz pierwszy skorzystałam ze swojej nowej karty Visa, która teraz jest ważna do kwietnia 2011 roku! :) Poprzednia była ważna tylko do lipca tego roku, więc może i lepiej, że mi wymienili? Muszę się jeszcze przejść do banku i spytać, czemu nie mogłam w Polsce wyciągać pieniędzy z bankomatów. Pod koniec pracy Wanyu przyszła do mnie do biura i odebrała coś, co mi przysłała mailem z prośbą o wydrukowanie. Tymczasem Severine napisała maila, że przyjeżdża znów za tydzień! A Susana zaprosiła mnie SMSem na wieczór na pokaz filmu "What the Bleep Do We Know?" w Tree House, ale po pierwsze już go kiedyś widziałam, a po drugie wieczorem miałam polski. Zaproponowałam Wanyu, żebyśmy poszły tam po lekcji. Akurat trwała dyskusja, więc usiadłyśmy w innym pokoju i posiedziałyśmy godzinkę popijając Smirnoff Ice. Po 22 byłam już w domu i położyłam się wcześniej do łóżka.

W piątek poszłam do pracy zadowolona, że to juz koniec tygodnia. Na lunch poszłam do domu, a potem wróciłam do pustego biura, bo Leah wzięła popołudni wolne. Zrobiłam więc notatki z czwartkowej lekcji polskiego i przesłałam je paru osobom, którzy nie mogły poprzedniego dnia przyjść na lekcję. Wracając z pracy wyjęłam pieniądze z bankomatu i poszłam na zakupy do Lidla. Strasznie wiało, a że miałam dwie ciężkie siatki, więc w drodze powrotnej  wsiadłam w autobus. W domu wyjęłam zakupy i spakowałam w plecak dwa białe wina, które właśnie kupiłam, oraz camemberta i na 20:00 poszłam do pubu Titusa Salta na Kółko Francuskie. Oprócz mnie i Conrada przyszła Susana ze znajomą pól Włoszką, pół Francuzką oraz Anne Laure z Belgii ze znajomymi, Paulina i Andy. Po jakimś czasie poszliśmy do akademika do Anne Laure i tam doszedł jeszcze do nas Victor i Hatem, a jeszcze później Sally i Tom. Siedzieliśmy u niej w kuchni do jakiejś 3 w nocy, pijąc białe wino i jedząc pasztet, camemberta, brie i bagietki. Potem wróciłam do domu i padłam do łóżka.

W sobotę obudziłam się o 9:00 rano z bólem głowy. Wzięłam proszek przeciwbólowy, napiłam się wody, otworzyłam okno i poszłam dalej spać. Po południu wysłałam SMSa do Majki, żeby się upewnić, że wsiadła w autobus do Bratfoot. Jakby nie potwierdziła, to pewnie jeszcze długo nie wstałam bym z łóżka. Prysznic trochę pomógł, ale zamiast śniadanie zjadłam tylko 2 mandarynki :) Odebrałam Majkę z dworca i podjechałyśmy do mnie. Zostawiłyśmy jej ciężką torbę pełną wódki u mnie i poszłyśmy zwiedzać Narodowe Muzeum Mediów. Majka jeszcze w nim nie była, a ja ostatnio z Magdą, też na kacu :) Majka nie czuła się wcale lepiej ode mnie, bo poprzedniej nocy była na imprezie z Polakami :) Ale jakimś cudem zwiedziłyśmy całe muzeum :) Tam doszła do nas Magda, która dojechała późniejszym autobusem. Poszłyśmy na herbatę do Love Apple, a potem o 17:00 do Omar Balti na curry. Dziewczynom bardzo smakowało i najedzone poszłyśmy do domu. Tam zaczęłyśmy tańczyć salsę. Zanim udało mi się je wreszcie wyciągnąć z domu, dochodziła 20:00. A o tej właśnie porze byłyśmy już umówione w Leeds na imprezę z polską wódką :)

Wsiadłyśmy w pociąg do Leeds, gdzie okazało się, że zanim się przesiądziemy i dojedziemy do celu podróży, będzie prawie dochodzić 22:00! Wsiadłyśmy więc w taksówkę i pojechałyśmy do Kaśki, która powiedziała mi przez telefon, gdzie jechać. To znajoma Ellie z pracy, z którą wymieniłam parę maili i telefonów, ale dopiero teraz poznałyśmy się osobiście. Kaśka mieszka ze swoim chłopakiem Anglikiem, który studiował z Ellie. Oprócz nich był jeszcze chłopak Ellie i jakaś ich koleżanka, więc razem z nami osiem osób. Wyciągnęłyśmy soki, Żubrówkę, Wiśniówkę i Soplicę oraz koreczki śledziowe i śledzie w śmietanie :) Kaśka zrobiła kanapeczki z gotowanym jajkiem, więc było bardzo swojsko :) Anglikom oczywiście bardzo smakowały polskie wódki :) Wyszłyśmy od nich przed 1:00 w nocy i podjechałyśmy taksówką do Viva Cuba na salsę :) Potańczyłyśmy trochę, ale dziewczyny były zmęczone, więc około 2:30 wyszłyśmy i zadzwoniłam po taksówkę. Miała przyjechać dopiero za 20 minut, więc przeszłyśmy się jeszcze na spacer po Leeds nocą i doszłyśmy pod drzewko "Solidarności", a potem wsiadłyśmy pod ratuszem w taksówkę i po trzeciej byłyśmy w domu. Od razu wszystkie zasnęłyśmy :)))

Dzisiaj obudziłyśmy się około 10, ale zanim wstałyśmy była 11. Zjadłyśmy wspólne śniadanie w piżamach, a potem przegrałam sobie od Majki płytę Reginy Spektor, a ona ode mnie Hey Unplugged. Zgrałyśmy też od razu wszystkie zdjęcia. W końcu wyszłyśmy z domu i odprowadziłam je na Interchange. Dziewczyny wsiadły w autobus do Manchesteru, a ja do domu :) Tam coś zjadłam, a potem na 16:30 poszłam do kina na "Rękopis znaleziony w Saragossie" ze Zbyszkiem Cybulskim. Nigdy nie widziałam go w całości, bo w telewizji zawsze puszczali go po nocy, a teraz przesiedziałam całe 3 godziny i nawet nie zasnęłam! :) Na sali było ze 20 osób, ale jak film się skończył, to większość była chyba zawiedziona, że nic się na koniec nie wyjaśniło. Ja też miałam pewne problemy ze zrozumieniem, więc po powrocie do domu usiadłam do Internetu i zaczęłam szukać czegoś więcej na temat wolnomularstwa. Porozmawiałam też na ten temat chwilę z Majką przez SKYPE'a. Autor powieści, Jan Potocki, pisał ją przez wiele lat, a wkrótce po tym, jak ją ukończył, w dość oryginalny sposób popełnił samobójstwo. Oryginał był napisany po francusku i dopiero po ponad 30 latach został przetłumaczony na polski.

         

Zbyszek Cybulski w filmie "Rękopis znaleziony w Saragossie" Wojciecha Jerzego Hasa.

środa, 23 stycznia 2008
Heath Ledger...

394.

W poniedziałek byłam w pracy, potem poszłam do domu na lunch, a jak wróciłam do pracy odwiedziła mnie w biurze Patrycja. Wydrukowałam aplikację o nową pracę i zdjęcia z naszego polskiego Christmas Do, żeby pokazać je studentom. Potem Patrycja odprowadziła mnie do domu i poszłam spać na godzinkę. Na 19 dotarłam na kolejną lekcję polskiego. Wieczorem Susana miała dać mi znać, czy idzie z koleżanką z Włoch na salsę do Love Apple, ale jak po lekcji włączyłam komórkę, to nie było żadnego SMSa, więc poszłam do sklepu po owoce w puszkach, a potem do domu. Wlazłam w piżamę i usiadłam do Internetu. I wtedy dostałam SMSa, że dziewczyny są na salsie, ale już nigdzie nie poszłam, tylko usiadłam do Internetu, a potem położyłam się spać.

We wtorek znów to samo - praca, lunch w domu, znów praca. Przed wyjściem z pracy wydrukowałam testy na polski i aplikację o dofinansowanie studiów doktoranckich. W domu weszłam do łóżka i zaczęłam ręcznie wypełniać ankietę o pracę, bo on-line nie można. Potem przyszła Gosia, żeby sprawdzić coś w Internecie, ale nie działał, więc oddałam jej pożyczone pieniądze i poszła do domu. A ja postanowiłam położyć się raz wcześniej spać. I wtedy dostałam SMSa od Neila, że Heatha Ledgera znalezionego martwego w mieszkaniu w Nowym Jorku. Usiadłam więc znów do Internetu i przeczytałam, że prawdopodobnie wziął za dużo leków. Podobno odkąd zagrał Jokera w nowym filmie o Batmanie (wcześniej grał go Jack Nicholson), nie mógł spać. To by tłumaczyło ten tragiczny wypadek.

     

 Heath Ledger w "Tajemnicy Brokeback Mountain" i jako Joker w "Mrocznym rycerzu".

Dzisiaj poszłam znów do pracy i wydrukowałam jedną ze stron aplikacji, którą dwa razy źle wypełniłam. Później odbiłam tą aplikację na ksero i wysłałam ją wreszcie do kadr. Teraz czekam na rozmowę o pracę :) Jak wychodziłam z roboty, zadzwonił Philipp i spytał, czy przyjdę do centrum spotkać się z nim i Uxią na kawie, ale powiedziałam, że jestem zmęczona i poszłam do domu spać. Potem wstałam i poszłam na polski. Zrobiłam im test i pokazałam zdjęcia z naszej imprezy, a później próbowałam ich zmusić, żeby powiedzieli coś od siebie po polsku i muszę stwierdzić, że jestem jednak beznadziejną nauczycielką :) Po lekcji dostałam SMSa od Sally, że idzie z Philippem i paroma znajomymi na koncert. Chcieli, żebym do nich dołączyła, ale oczywiście wybrałam powrót do domu i zaraz idę spać.

PS. "Katyń" Wajdy nominowano do Oscara. A ja go jeszcze nie widziałam...

niedziela, 20 stycznia 2008
Wycieczka do Lincoln :)

393.

W piątek w pracy byłam cały dzień zajęta. Lunch zjadłam w domu, a po pracy przyszła do mnie Gosia. Sprawdziłyśmy w Internecie coś na temat nowej pracy, o którą chce aplikować. Potem poszłyśmy razem do Lidla, gdzie Gosia pożyczyła mi pieniądze na zakupy i na weekend. Wróciłam do domu, wypakowałam zakupy, przebrałam się i na 20:30 poszłam do pubu Titusa Salta. Po chwili przyszedł Conrad, a potem doszła Susana z koleżanką z Włoch. Później pojawili się jeszcze Tom i Sally oraz Patrycja - jedna ze studentek z Polski z koleżanką z Litwy, Łotwy czy Estonii (nie pamiętam :) Patrycja uczyła się kiedyś francuskiego i całkiem dobrze rozumie, tylko boi się jeszcze trochę mówić. Ale jak będzie częściej przychodzić, to szybko nabierze praktyki. Około 22 poszliśmy w piątkę - bez Sally, Toma i koleżanki Patrycji - do Victora. Conrad przyniósł  butelki wina i mieliśmy jeszcze sery z zeszłego tygodnia, a Susana przyniosła jeszcze Fois Gras, więc znów była wyżerka :) Patrycji się chyba spodobało i myślę, że za tydzień znów przyjdzie :))) Około 1 w nocy zebraliśmy się wszyscy i wyszliśmy, bo ja musiałam rano wstać, a i reszta miała jakieś plany. Przygotowałam jeszcze wszystko na rano i poszłam spać.

W sobotę wstałam przed 9 i godzinę później byłam już pod uniwerkiem, gdzie wsiadłam w autobus jadący na wycieczkę do Lincoln. Wtedy zadzwonił do mnie Taras i znów gadał z pół godziny, a potem zasnęłam. W Lincoln byliśmy tuż przed południem i mieliśmy czas do 17:30. Poszłam więc najpierw z Gosią i Kingą do katedry. Tam szukałyśmy Lincoln Imp, czyli diabełka zamienionego przez anioła w kamień, bo według legendy rozrabiał w kościele :) Ktoś nam powiedział, że jak wrzucimy 20 pensów, to się podświetli i dopiero wtedy go zobaczyłyśmy :) Poszłyśmy zjeść obiad, a potem zamiast zwiedzać zamek, poszłyśmy w dół ulicą Steep Hill, czyli Strome Wzgórze i doszłyśmy aż do dworca pociągowego. Wracając na górę zwiedziłyśmy Usher Gallery i około16:30 byłyśmy z powrotem, a że została nam jeszcze godzinka, to poszłyśmy na herbatę. Po 17 ruszyliśmy i przed 20 byliśmy już w Bratfoot. Przebrałam się i poszłam do Jacksona po kartkę i czekoladki, a potem do portugalskiej restauracji na urodziny Susany. Stamtąd poszliśmy do Revolution potańczyć, ale wytrzymałam tylko do północy :) Wróciłam do domu i po północy usłyszałam, że ktoś próbuje otworzyć moje drzwi! Przez wizjer zobaczyłam babkę i faceta, którzy powiedzieli, że pomylili drzwi!

Dzisiaj obudziłam się przed południem i usiadłam do Internetu. Muszę do piątku złożyć podanie o nową pracę, więc nagrałam na płytę wszelkie potrzebne mi do tego informacje, które potem w pracy tylko wkleję i ją wydrukuję. Nagrałam też zdjęcia z Polskiej Wigilii, bo chcę je wydrukować w pracy na kolorowej drukarce i potem pokazać studentom, żeby mogli sobie powybierać, które zdjęcia by chcieli. Mogę im je później wysłać mailem. Potem zadzwoniła do mnie Majka, która chciała pojechać sobie do Cumbrii, że spóźniła się na pociąg! Zaproponowałam, żeby przyjechała do mnie, to wybierzemy się gdzieś do parku, albo nawet do Shipley Glen. Po jakimś czasie zdecydowała jednak, że jedzie do domu i zadzwoni do mnie wieczorem. Porozmawiałam z rodziną przez Skype'a, a w międzyczasie ugotowałam zupę, którą będę jadła w tym tygodniu i zrobiłam sobie obiad. Przejrzałam zdjęcia z Lincoln i wrzuciłam je na "Fotki". Posłuchałam też wreszcie płyt Kazika, które sobie kupiłam, jak byłam w Polsce na Święta. Zrobił się już wieczór, a ja nadal nie zabrałam się za przygotowania do polskiego, a w połowie lutego mam wizytację! Zamiast tego przegadałam cały wieczór z Majką :) 

    

Katedra, w której kręcili "Kod Da Vinci" i Lincoln Imp (więcej na www.fotki.com/annad9)

czwartek, 17 stycznia 2008
Mam dość! :)

392.

We wtorek wieczorem udało mi się iść wcześniej spać, ale wcześniej szukałam czegoś w torebce i zorientowałam się nie mam swojej karty do bankomatu! Szukałam jej wszędzie i nie znalazłam, więc zadzwoniłam do Barclaysa i ją zablokowałam. Pamiętam, że w poniedziałek rano zapłaciłam nią jeszcze za bilet z Manchesteru do Leeds :) W banku powiedzieli mi, że prześlą mi nową w ciągu 4 dni, a na razie zostałam bez pieniędzy :) Mogę iść do banku z paszportem i coś wyjąć, ale nie mam czasu! Pracuję w tych samych godzinach, co bank, a nie mam zamiaru tracić lunchu. Mam co jeść, więc pomyślałam, że przetrwam jakoś do weekendu, a w tym czasie może nowa karta dojdzie pocztą? Przed snem posłuchałam sobie jeszcze Hey Unplugged, bo chodzi za mną ta płyta :) Szczególnie dwa duety - "Angelene" P J Harvey z Agnieszką Chylińską i "Candy" Iggy'ego Popa z Jackiem "Budyniem" Szymkiewiczem. Z piosenek samej grupy Hey podobają mi się nowe aranżacje "Dreams" czy "Zazdrości", ale najlepsze jest "Mimo wszystko". Szkoda, że nie ma "One of them"...

    

Agnieszka Chylińska i Kasia Nosowska oraz Jacek "Budyń" Szymkiewicz i zespół Hey :)

W środę w pracy miałam nadal dużo pracy, ale chcę im pokazać, że się wciąż staram i będą jeszcze żałować, jak odejdę :) Na lunch poszłam do domu i zjadłam, co tam znalazłam w lodówce. Potem wróciłam do pracy i dzień szybko mi zleciał. W domu położyłam się do łóżka, ale nie zasnęłam, tylko poleżałam i trochę odpoczęłam. Wyłączyłam komórkę, bo wciąż ktoś do mnie dzwonił, albo wysyłał SMSy. Potem wstałam i poszłam na polski z trzecim rokiem. Pożaliłam im się trochę i powiedziałam, że tracę pracę, więc nie wiem, czy będę ich uczyć w przyszłym roku. Dziewczyny z Manchesteru namawiają mnie, żebym tam poszukała pracy. A poza tym mam już trochę wszystkiego dość i może zmiana dobrze by mi zrobiła? Po lekcji poszłam do domu i jak tylko zamknęłam drzwi i zdjęłam buty, ktoś zapukał. Sąsiad z boku pytał, czy mam Internet. Powiedziałam, że jeszcze nie wiem, bo dopiero wróciłam i że mam nadzieję, bo umówiłam się z Majką, że prześlę jej SKYPEm zdjęcia z Małanki. Zaczął coś gadać i nie mógł wyjść! A na koniec zaproponował, żebyśmy się wymienili numerami, żeby sobie pomagać. Oczywiście wybiłam mu to z głowy. Przesłałam Majce zdjęcia, a potem zadzwonił Taras i gadał godzinę. Mam ich dość! :)

Dzisiaj nie było szefowej w pracy, więc znalazłam moment, żeby odpisać na zaległe maile. Na lunch poszłam znów do domu i zjadłam zupę. Później wróciłam do pracy, co nie było łatwe. Jestem zmęczona, więc prosto po pracy tylko coś zjadłam i poszłam od razu do łóżka. Pospałam prawie godzinkę, a potem ledwo się zwlokłam. Muszę naprawdę rzucić te lekcje! :) Tyle, że jak na razie wygląda na to, że może to być jedyne moje źródło utrzymania! :))) W każdym razie zwlokłam się z łóżka i poszłam na kolejną lekcję polskiego. Jak przyszłam, były tylko 3 osoby, ale w końcu dobili do 10. Poprawiałam ich dialogi z restauracji, a potem mieliśmy je ćwiczyć jako tzw. role play, czyli improwizacje w parach. Tymczasem jedna ze studentek, która jest nauczycielką, zaczęła mi mówić, że powinniśmy uczyć się wolniej, po trochu, bo mamy za mało praktyki. Inni studenci, którzy też są nauczycielami, też zaczęli mi mówić, jak powinnam ich uczyć. Musiałam im wytłumaczyć, że mamy tylko 30 godzin w roku i że musimy się przygotować do testów, żeby zaliczyli rok. Zrobiło się trochę nieprzyjemnie, więc po lekcji poszłam na piwo z Wanyu i trochę się jej wyżaliłam. O 22 byłam już w domu i zaraz idę spać, bo mam dość.

wtorek, 15 stycznia 2008
Małanka, czyli ukraiński Sylwester :)

391.

W niedzielę budzik obudził mnie o 10:30, bo o 11:30 miałam autobus do Manchesteru. Dałam się dziewczynom namówić na Małankę, czyli ukraińskiego Sylwestra. Ortodoksi obchodzą Boże Narodzenie i Nowy Rok później niż my. Majka zadzwoniła więc do Ukraińskiego Klubu w Manchesterze i wszystkiego się dowiedziała. Umówiłyśmy się, że przyjadę jeszcze raz do nich, ale zapowiedziałam już, żeby się mnie więcej nie spodziewały w tym roku :) A przynajmniej dopóki nie zrobi się ładnie i ciepło. Zapraszam je za to do siebie i mają przyjechać za 2 tygodnie na weekend 26-27 stycznia. W każdym razie przyjechałam o 12:30 na dworzec w Manchesterze, gdzie czekała już na mnie Magda. Podeszłyśmy kawałek i spotkałyśmy się z Majką, która szalała na wyprzedażach, bo akurat są przeceny! :) Jak przyszłyśmy, weszłyśmy jeszcze do dwóch sklepów i Majka kupiła sobie marynarkę i buty :) Potem podjechałyśmy do Salford i poszłyśmy do Muzeum Lowry'ego. Laurence Stephen Lowry był tamtejszym malarzem. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, ale muszę przyznać, że podobały mi się jego obrazy. Kojarzył mi się trochę z Bruno Schulzem. Potem Majka pojechała do domu się przebrać, a ja zabrałam się z Magdą do niej na pyszną zupę pomidorową! :)

    

Laurence Stephen Lowry i postacie z jego późniejszych obrazów oraz jego portret Anny.

O 19 byłyśmy umówione w centrum. Majka trochę się spóźniła, ale w końcu się spotkałyśmy i pojechałyśmy do Ukraińskiego Klubu. Zapłaciłyśmy po 10 funtów za wejście i usiadłyśmy przy jednym ze stolików. Na początku było dość pustawo, ale ludzie zaczęli się powoli schodzić. Do tańca przygrywał zespół "Czerwona Kalina", ale minęło trochę czasu, zanim ktokolwiek zaczął tańczyć. Umówiłyśmy się nawet z dziewczynami, że jak do 23 nikt nas nie poprosi do tańca, to jadą ze mną taksówką do centrum, bo o 23:30 miałam autobus do Bratfoot. Ale niestety, jak chłopaki wypili, to zrobili się odważniejsi i zaczęli tak nami wywijać i cały czas dolewać nam wódki, że oczywiście nigdzie nie pojechałam! :))) Uciekł mi ostatni autobus, ale zupełnie się tym nie przejęłam, bo była to najlepsza impreza, na jakiej byłam od dawna! :) Szwedzki bufet był pyszny i ludzie ślicznie śpiewali. Poćwiczyłam też trochę mój zardzewiały już ukraiński. A na koniec wymieniłam się numerem telefonu z Tarasem, chociaż prawie cały wieczór zajmowali się nami jego brat Jurko i jego kolega Wołodia. Magda dała swój numer Wołodii, a Majka Andriejowi :) Bo stwierdziłyśmy wcześniej, że za rok na Małankę trzeba już przyjść ze swoimi tancerzami :))) W końcu wybiła północ i zaczął się nowy rok, a wkrótce potem zabawa się skończyła :)

    

Zespół "Czerwona Kalina" i pierwsi tancerze na parkiecie (więcej na www.fotki.com/annad9).

Wsiadłyśmy w taksówkę i Taras już do mnie zadzwonił, żeby porozmawiać :) Pojechałam do Majki i gadałyśmy jeszcze do 4 w kuchni, zanim wreszcie poszłyśmy spać! :) O 5:45, czyli po niecałych godzinach snu, obudził mnie budzik. Na 6 miałam zamówioną taksówkę, więc tylko się ubrałam, pożegnałam z Majką i pojechałam na dworzec. Tam musiałam sobie kupić nowy bilet i o 6:30 wsiadłam w autobus do Leeds. Do Bratfoot nic nie jechało, więc nie miałam za bardzo wyboru. Od razu poszłam spać i jak się godzinę później obudziłam, to przestałam nareszcie być pijana, a zaczęłam mieć kaca :))) W Leeds wsiadłam od razu w autobus do Bratfoot, ale okazało się, że na autostradzie był wypadek i zamiast pół godziny, jechał ponad godzinę! Dzięki temu przynajmniej trochę znów pospałam, ale do Bratfoot dojechałam o 9:45, czyli godzinę po tym, jak powinnam była pojawić się w pracy i złożyć wymówienie :))) Poza tym nadal nie najlepiej się czułam i rozważałam nawet możliwość zostanie w domu, do którego dotarłam wreszcie o 10 :) Ale jak wzięłam prysznic, to od razu lepiej się poczułam i o 10:30 byłam już w pracy :) Powiedziałam, że zapomniałam nastawić budzika, a potem zapytałam jeszcze chamsko szefową, czy mogę zamiast 22 lutego złożyć wymówienie od piątku 29 lutego, czyli pod koniec miesiąca :) Zgodziła się.

Wróciłam do biura i wydrukowałam swoją rezygnację i wręczyłam ją szefowej. Przepraszała mnie, że tak wyszło i musiałam ją pocieszać, że wszystko będzie dobrze i że sobie poradzę :))) Potem zadzwonił do mnie Taras i gadaliśmy o niczym z 15 minut :))) Ponieważ musiałam odrobić prawie dwie godziny spóźnienia, więc nie poszłam do domu na lunch, tylko zjadłam całkiem dobry makaron z kalafiorem w sosie serowym w stołówce. A potem zabrałam się z energią do pracy. Starczyło mi jej zaledwie do 15, kiedy to zaczęłam przysypiać na siedząco :) Ale jakoś udało mi się dotrwać do tej 17 i dotrzeć do domu. Miałam ochotę iść od razu spać, ale rodzina koniecznie chciała porozmawiać ze mną przez SKYPE'a, więc udało mi się położyć tylko na 15 minut. A na 19 musiałam już iść do college'u na polski! :) Na lekcji jak zwykle trochę się rozruszałam, ale i tak wróciłam do domu marząc tylko o swoim łóżeczku. Tymczasem zadzwonił Taras i zamiast coś zjeść musiałam z nim gadać o niczym przez pół godziny! Potem zadzwoniła Magda i zgadałyśmy się, że dzwonił do nas obu jakiś nieznany nam numer i że to Jurko! Chociaż żadna z nas nie dała mu numeru, to najwyraźniej wyciągnął je od chłopaków! Wyłączyłam więc telefon i poszłam wreszcie o 23 do łóżka, co w moim przypadku jest rzadkością :)

Dziś rano zadzwonił do mnie z tego numeru Jurko, brat Tarasa. Powoli zaczynam mieć ich dosyć! :) Nie poszłam znów do domu na lunch, tylko zjadłam bardzo dobrą lasagne w stołówce, żeby nadrobić wczorajsze spóźnienie :) Potem znalazłam jakieś ogłoszenie o pracę na uniwerku! Aplikacje składa się do piątku 25 stycznia, a rozmowa jest tydzień później. A to oznacza, że gdybym dostała tą robotę w piątek 8 lutego, to miałabym tylko tydzień przerwy. Albo nawet wcale, jeśli by im zależało, abym zaczęła wcześniej. Wtedy zamiast 10-ego marca, po 4 tygodniach przerwy, mogłabym zacząć od razu 3-ego, bo przecież będę już wolna. Nie wiem, czy chcę tam pracować, ale teraz nie mam za bardzo wyboru :) Muszę się starać o każdą pracę tutaj, jaką się tylko da! :))) Nadal zachęcam wszystkich do spróbowania swoich sił w Anglii, ale mam nadzieję, że będziecie się uczyć na moich błędach! :) Nie mówię, że macie się nie obijać - jak będziecie za dobrze pracować, to będą na was zrzucać całą robotę! Ale nie ufajcie Anglikom! Choć moja znajoma z Polski mówi, że nie można po prostu ufać szefom :) A zatem nigdy nie mówcie szefowej, że macie dość i chcecie zmienić pracę! Nie powtarzajcie mojego błędu, który popełniłam w chwili słabości, licząc na to, że wkrótce dostanę pracę tam, gdzie studiuję :)

sobota, 12 stycznia 2008
Bezrobotna :)

390.

W piątek rano w pracy dostałam maila od wykładowcy psychologii, który chciał się bić z wykładowcą socjologii, jak byliśmy w pubie po naszym służbowym Christmas Do :) Przepraszał mnie w nim za swoje zachowanie pisząc, że alkohol i testosteron to nie najlepsza mieszkanka. Po tym wyznaniu poczułam się jeszcze bardziej winna, bo jestem pewna, że gdyby poszli do tego pubu beze mnie, to do niczego by nie doszło :) Potem odezwałam się do szefa z college'u, który powiedział, że mogę przyjąć nowych uczniów na pierwszy rok, jeśli uważam, że sobie poradzą. Zadzwoniłam więc do nich i potwierdziłam, że się zgadzam, bo nie mieliśmy jeszcze żadnego testu, więc nic na razie nie stracili. A później przyszła szefowa i powiedziała, że rozmawiała z kadrami i niestety w niczym mi nie pomogą, a ona musi zacząć szukać kogoś nowego na moje stanowisko. W związku z tym poprosiła, żebym dała jej wypowiedzenie, bo inaczej ona będzie musiała mnie zwolnić. Powiedziała, że może mi dać jedynie 6 tygodni, a potem musi już zacząć kogoś szukać. A obie chciałybyśmy uniknąć sytuacji, w której to ona musiałaby mnie zwolnić, bo dla mnie oznaczałoby to, że nie znajdę już pracy na uniwerku, a co za tym idzie, stracę studia. Wolę teraz sama zrezygnować i starać się o nową pracę niż być wyrzucona.

W czasie lunchu jak zwykle byłam w domu, a potem wróciłam do pracy i zaczęłam przyzwyczajać się do myśli, że będę tam przychodzić jeszcze tylko przez półtora miesiąca. Prawdę mówiąc poczułam ulgę, choć nie tak to wszystko miało się potoczyć. Po pracy poszłam do mojego promotora i powiedziałam, jak teraz wygląda moja sytuacja. Zaproponował mi staranie się o jakiś fundusz i ogólnie był bardzo pomocny. Potem poszłam do domu i porozmawiałam przez SKYPE'a z mamą. Powiedziałam jej, żeby się nie martwiła, bo jakoś to będzie. Potem porozmawiałam jeszcze z koleżanką z Polski, jednocześnie popijając wino domowej roboty, które dostałam od mojego ojca w prezencie pod choinkę. Wypiłam prawie całą butelkę, a resztę zabrałam ze sobą do pubu, gdzie o 20:30 umówiliśmy się na Kółko Francuskie. W pubie spotkałam Ruth z pracy, nasze studentki z Polski i ludzi z mojej pierwszej pracy tutaj :) Na nasze Kółko przyszło z 16 osób, a jak już wszyscy byli, poszliśmy do Victora do akademika. Tam piliśmy wino i Żubrówkę z sokiem jabłkowym, zagryzając camembertem, pasztetem i hiszpańską szynką. Po raz pierwszy dołączyła do nas Susana z Portugalii i po dłuższej przerwie pojawił się też Andy, który wrócił nie dawno z Francji. Uxia zostawała u mnie na noc, więc po 3 poszłyśmy do domu spać.

Dzisiaj obudziłyśmy się około południa i zrobiłam Uxii kawę, a potem weszłam pod prysznic. Poszłyśmy razem do Philippa, ale ja nie mogłam długo zostać, bo byłam umówiona z Gosią. Poszłyśmy razem do Lidla i kupiłyśmy homara oraz kraby. Potem przyszłyśmy z tym wszystkim do mnie i przygotowałyśmy sobie wyżerkę. Zrobiłyśmy sałatkę i otworzyłyśmy butelkę białego wina. Kraby były na przystawkę, ale strasznie się nad nimi namęczyłyśmy :) Potem rozebrałyśmy homara na części pierwsze, ale nadal byłyśmy trochę głodne, więc na koniec zjadłyśmy chlebek z francuskim pasztetem, który został z wczorajszego Kółka Francuskiego i na deser czekoladę. W międzyczasie zrobiłam pranie, a potem zgrałyśmy zdjęcia Gosi z Polski. Próbowałyśmy je wysłać jej znajomym, ale zrobiło się już późno, więc Gosia poszła do domu, a ja przed snem obejrzę sobie zaraz koncert Hey Unplugged, który dostałam od Świętego Mikołaja :) A potem zobaczymy, co będzie :) Być może wkrótce przestanę prowadzić tego bloga, bo jego tytuł stanie się nie aktualny :))) Ale myślę, że wszystko będzie dobrze i nawet się nie martwię, choć wiem, że teoretycznie powinnam. Nawet jeśli przez jakiś tydzień czy miesiąc nie miałabym pracy, to dobrze mi to tylko zrobiło, bo bym odpoczęła i może zajęła się trochę moimi studiami? :)

    

Homar i kraby - w garnkach i potem na talerzu, gotowe do jedzenia :)

czwartek, 10 stycznia 2008
Kamień z serca :)

389.

W poniedziałek był deadline składania wszystkich prac pisemnych, co oznaczało, że w pewnym momencie będę musiała zejść na dół i pomóc. Wszystkie babki z administracji szły na zmianę do foyer na piętrze D i przyjmowały prace od studentów. Na początku udało mi się tego uniknąć, bo było spokojnie. Zabrałam się więc za opisywanie zdjęć z Chester, a potem wydrukowałam pracę studenta z Polski, który był jeszcze w kraju i prosił, żebym ją za niego złożyła. Koło południa poszłam z nią na dół i nieopatrznie spytałam, czy im nie pomóc. Miałam nadzieję, iż powiedzą, że nie, a ja zaproponuję wtedy, że teraz pójdę na lunch, a później którąś z nich zmienię. Niestety, usłyszałam, że mogłabym pomóc rozkładać prace na stole, co oznaczało stanie, podczas gdy reszta sobie siedziała. Jak tylko zrobiło się trochę luźniej wyrwałam się do domu na lunch. Po lunchu wróciłam do pracy i usiadłam przy stole, przy którym studenci składali pracę. Zrobiła się już jak zwykle niezła kolejka i nerwowa atmosfera. Jednemu chłopakowi tak się trzęsły ręce, że nie mógł mi wręczyć swoich prac! Zajęłam się nim jednak i jakoś udało się nam dojść do tego, gdzie jedna się kończy, a druga zaczyna :)

Już od rana nie najlepiej się czułam i wszystko mnie bolało, a potem było tylko gorzej, bo trzeba było te wszystkie prace zanieść do nas na górę. Dwie dziewczyny wzięły jakieś wózki i jeździły z nimi windą, a ja wzięłam jeden stos i poszłam schodami. Potem wzięłam następne i zrobiłam parę rundek, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że się wykręcam od roboty. Jak wreszcie usiadłam za biurkiem, to miałam już serdecznie dosyć. Do tego doszedł fakt, że szefowa twierdziła, że dała mi jakiś papier, a ja zupełnie nie mogłam sobie tego przypomnieć ani go znaleźć i zaczęłam myśleć, że tracę rozum! Poszłam więc do domu i położyłam się na godzinkę do łóżka. Potem wstałam i poszłam do college'u na pierwszą po przerwie lekcję polskiego. Była też na niej Agnès, bo ją zaprosiłam, a że była przecież w odwiedzinach u Toma, to przyszła razem z nim. Po lekcji poszli do Cineworld na "I am legend" (Jestem legendą), ale ja nie dałam im się namówić. Miałam naprawdę wszystkiego dość i chciałam już tylko iść spać. Umówiłam się więc z nimi na wtorek i poszłam do domu.

We wtorek poszłam do pracy załamana i niemal wpadając w depresje. Myślałam cały czas o tej formie, której nie mogłam sobie przypomnieć. Miałam poczucie, że jest mi już wszystko jedno, więc kiedy szefowa przyszła do mnie z kolejnym problemem, sama nie wiem kiedy rozmowa potoczyła się w stronę tego, że to jednak nie jest praca dla mnie i że muszę sobie poszukać innej. O dziwo szefowa stanęła po mojej stronie i powiedziała mi nawet, że istnieje coś takiego jak redemployment czyli możliwość przeniesienia na inne stanowisko na uniwerku. Trzeba się tylko skontaktować z kadrami i wtedy każde ogłoszenie, zanim ukaże się w prasie, trafi najpierw do mnie i będę mogła się o nie ubiegać. I jak się dogadamy, to ogłoszenie w ogóle się nie ukaże. Postanowiłam, że spróbuję, a jednocześnie będę się normalnie starać o tą pracę w szkole, w której studiuję, jak tylko ukaże się ogłoszenie. Ustaliłam z szefową, że skontaktuję się z kadrami i prawdę mówiąc cieszę się, że tak wyszło, bo nie muszę już przed nią niczego ukrywać. Wróciłam do domu i padłam na łóżko i zasnęłam. O 19 zadzwonił budzik, ale napisałam SMSa do Agnès, że spotkam się z nią następnego dnia, bo nie mam siły się ruszyć z domu.

W środę poszłam do pracy w dużo lepszym humorze i wyspana, choć nadal trochę chora. Przez cały dzień właściwie nie rozmawiałam z szefową, bo w sumie nie było o czym. Wysłałam maila do babki z kadr i czekam, aż się ze mną umówi na rozmowę. Po lunchu w domu zabrałam się za odpisywanie na służbowe maile i dzień mi jakoś zleciał. Szczególnie, że wyszłam z pracy trochę wcześniej i na 17 poszłam do lekarza. Babka przepisała mi maść na cerę, bo już mi się kończyła, ale powiedziała, że nic mi nie poradzi na chore gardło czy zimno, które właśnie mi zaczęło wychodzić na wardze. Po wyjściu od niej poszłam od razu do apteki, a potem do domu. Zjadłam coś i na 19 poszłam na kolejną lekcję polskiego, oczywiście nieprzygotowana i jak zwykle poszłam na żywioł :) A po lekcji poszłam w deszczu na autobus i podjechałam do Westgate na squata, żeby się zobaczyć jeszcze raz z Agnès zanim wróci do Francji. Zjadłam u nich dwa pierogi i zupę z marchewką, a potem piliśmy piwo, wino i jedliśmy żółty ser :) Było parę znajomych osób, ale po 23:00 zostałam już tylko ja i jeszcze jeden Polak, więc wzięliśmy taksówkę i go odwiozłam, bo nie był już za bardzo w stanie :)

Dzisiaj obudziłam się przed budzikiem i usłyszałam jakby chrobotanie w ścianie. Brzmiało tak, jakby między ściany weszła jakaś mysz i próbowała mi się dostać do środka! Nie wiem co to było, ale mam nadzieję, że to nie mysz lub że nie wejdzie! :) W pracy prawie cały dzień nie było szefowej, bo miała jakiś kurs, ale szefowa Psychologii dbała o to, żebym miała co robić :) I wszystko świetnie mi szło, aż zaczęłam nawet niemal żałować, że odchodzę :) Przed południem przyszedł student, którego pracę złożyłam w poniedziałek pod jego nieobecność i dał mi wielką tabliczkę czekolady Milka :) Przegadaliśmy znów prawie godzinę, a potem poszłam na lunch. Po powrocie zabrałam się za program TurnItIn, który pokazuje, czy w danej pracy znajduje się plagiat czyjegoś dzieła. Na 19 poszłam do college'u na lekcję, a tam czekały już na mnie 3 osoby - matka z synem i jej przyjaciółka - które spytały, czy mogą zacząć chodzić na polski. Powiedziałam, że muszę spytać szefa, ale że jeśli chcą, to mogą dziś zostać i zobaczyć, czy pierwszy rok im odpowiada, czy też woleli by pójść od razu na drugi rok, bo bardzo dobrze mówili po polsku. Po lekcji poszłam z Wanyu do Tree House chwilę porozmawiać, a potem do domu.

niedziela, 06 stycznia 2008
Z Manchester do Chester :)

388.

Wczoraj wyszłam z domu po 19 i poszłam na Interchange. Przed 21 byłam już w Manchesterze i czekałam na dworcu na dziewczyny. Poszłyśmy najpierw do jakiegoś pubu, gdzie przy barze pokłóciłam się z Magdą z jakimś chamskim i zarozumiałym Anglikiem. Potem wręczyłam Majce kartkę z okazji roku pobytu w Manchesterze :) Później poszłyśmy do klubu 5th Avenue, ale zawyżałyśmy tam sporo średnią wieku, więc po jednym drinku przeniosłyśmy się do klubu Fab. Tam już była dużo lepsza muzyka i świetna zabawa :) Przy barze jakiś dwóch chłopaków z Polski piło wódkę, a ze mną zagadał Alex z kolegą :) Okazało się, że byli obaj w Gdańsku, ale zimą i Bałtyk był zamarznięty :) Uświadomiłam im, że do Gdańska to się jedzie latem, jak jest gorąco, a nie zimą i namówiłam ich, żeby się wybrali do Krakowa. Potańczyłam trochę z Aleksem, a Magda z jakimś Irlandczykiem, ale dochodziła już 2 w nocy, więc postanowiłyśmy zbierać się do domu. Majka wróciła do siebie, a ja tym razem pojechałam spać u Magdy na materacu. Położyłyśmy się o 3 i trochę pokaszlałam, zanim zasnęłam.

Dziś budzik obudził nas o 8 rano, więc pospałyśmy zaledwie 5 godzin, a już o 10 miałyśmy pociąg do Chester. Zjadłyśmy śniadanie i poszłyśmy na przystanek, ale okazało się, że autobus jeszcze nie jeździ, więc wsiadłyśmy w taksówkę i pojechałyśmy na Oxford Road Station. Tam spotkałyśmy się z Majką i poszłyśmy na herbatę. Potem wsiadłyśmy w pociąg i o 11 byłyśmy już w Chester. Najpierw poszłyśmy do katedry, która jest naprawdę duża i ma piękne krużganki. Potem przeszłyśmy się po uliczkach Starego Miasta i poszłyśmy na obiad do włoskiej restauracji Bella Italia. Tam wypiłam z Magdą i niewielką pomocą Majki butelkę białego wina na spółkę i w świetnych humorach poszłyśmy nad rzekę Dee.  Popstrykałyśmy trochę zdjęć na moście, a potem podziwiałyśmy akcję strażacką. Nie wiemy za bardzo, o co chodziło, ale chyba sprawdzali, czy im działa wyciągnik. W każdym razie podnieśli przód wozu strażackiego na podnośnikach, więc zrobiłyśmy sobie zdjęcia, że niby go podnosimy do góry jedną ręką :) A potem poprosiłyśmy kogoś, żeby nam zrobił zdjęcie, jak siedzimy pod kołami wozu :)))

    

Wieża z zegarem i organy w katedrze w Chester (więcej zdjęć na www.fotki.com/annad9).

Później zrobiłyśmy sobie jeszcze sesję zdjęciową w altance nad rzeką i weszłyśmy po drodze do kościoła Św. Jana Chrzciciela. Potem przeszłyśmy koło ruin amfiteatru rzymskiego do murów, skąd widać było rzymskie ogrody i murami przeszłyśmy z powrotem do katedry, a stamtąd poszłyśmy na stację i tuż przed 17 wsiadłyśmy w pociąg do Manchesteru. Dziewczyny odprowadziły mnie na dworzec autobusowy, gdzie napiłam się herbaty i zjadłam jakąś kanapkę. Potem się pożegnałyśmy i pojechałam do Bratfoot. O 19:35 byłam już na Interchange'u, ale postanowiłam poczekać do 19:50 na autobus do mnie :) Wtedy zadzwoniła do mnie Cheryl z życzeniami szczęśliwego Nowego Roku i przegadałam z nią cała drogę do domu :) Potem wzięłam prysznic i po wyjściu z łazienki porozmawiała z rodziną przez SKYPE'a, bo już do mnie wydzwaniali :) Później pogadałam jeszcze z dziewczynami z Manchesteru i wysłałam Magdzie wszystkie zdjęcia z dzisiejszej wycieczki. Do Majki jakoś nie chciały przejść, ale mają sobie przekazać. Poza tym Magda przesłała mi wreszcie zdjęcia z wyborów, a Majka dała mi płytkę ze zdjęciami z Sylwestra :) Zaraz je obejrzę, a potem biorę lekarstwa i idę spać :)))

    

Altana nad rzeką Dee i katedra w Chester z zewnątrz, widziana od strony starych murów miasta.

sobota, 05 stycznia 2008
3 lata w Anglii! :)

387.

W środę poszłam po raz pierwszy w tym roku do pracy, ale na szczęście nie było szefowej, więc zabrałam się za prywatne rzeczy. Na lunch poszłam do domu i przekonałam się, że nadal nie mam Internetu, więc w pracy wrzuciłam na fotki zdjęcia z Polski i uzupełniłam bloga. Potem zadzwoniłam do agencji, żeby im zgłosić problemy z Internetem. Podali mi jakiś kod i powiedzieli, żebym w razie czego zapukała do mieszkania numer 4, bo tam mieszka ktoś, kto się zna na komputerach. Po pracy zapukałam więc tam, ale nikogo nie było. Zostawiłam na drzwiach karteczkę po polsku, bo już wcześniej zauważyłam, że mieszkają tam Polacy. Po jakimś czasie przyszła sąsiadka z dołu i powiedziała, że nikt w całym domu nie ma Internetu. Pocieszyło mnie to trochę i postanowiłam w takim razie iść do łóżka i napisać recenzje dla Neila z "Placu Zbawiciela" i "Jasminum" do katalogu festiwalu. Przebrałam się w piżamę i wtedy zapukał sąsiad z dołu :) Wziął ode mnie ten kod, który mi podali w agencji i powiedział, że napisze do nich jutro maila, bo ktoś podobno włamał się nam do sieci i zmienił ustawienia. Poszłam do łóżka i zabrałam się za pisanie, ale wtedy zadzwoniła Agnès i spytała, czy może wpaść z Tomem i jego psem Iskrą, żeby się ze mną zobaczyć. Przyszli i napiliśmy się herbaty, umawiając się na następny dzień do kina. W końcu skończyłam pisać te recenzje i poszłam spać.

W czwartek szefowej nadal nie było w pracy, więc poprawiłam jeszcze swoje recenzje i wysłałam je Neilowi. Za oknem zaczął padać śnieg, ale szybko topniał, więc na lunch poszłam do domu. Nie chciało mi się nic robić do jedzenia, więc zjadłam resztki sałatki z poprzedniego dnia. Wróciłam do pracy i okazało się, że zostawiłam komórkę w domu. Po pracy weszłam do sklepu i kupiłam warzywka z dipem. Po powrocie do domu zobaczyłam, że ktoś próbuje naprawić nasz Internet, bo majstrowali coś przy serwerze. Okazało się, że Agnès już do mnie dzwoniła. Tego dnia dostałam akurat program Muzeum pocztą, więc umówiliśmy się, że przyjdą z Tomem i coś wybierzemy. Zdecydowaliśmy się na "Eastern Promises" Davida Cronenberga o 17:45. Film był strasznie brutalny i bardzo mi się podobał :) Scena w łaźni, o której już czytałam, przejdzie chyba do historii kina :) Vincent Cassel był jak zwykle piękny w swojej brzydocie i razem z Viggo Mortensen mówili świetnie po rosyjsku. Cassela po rosyjsku słyszałam już w "Birthday girl" (Dziewczyna na urodziny), ale muszę przyznać, że Viggo brzmiał nie gorzej od niego. Polecam ten film, ale tylko tym, którzy nie są zbyt wrażliwi :) Po filmie poszliśmy do znajomych Polaków na małe piwko i o 22 byłam już w domu i usiadłam do Internetu, bo okazało się, że już go naprawili. Około 23 poszłam spać.

    

Viggo Mortensen z Vincentem Casselem i z Naomi Watts w "Eastern Promises".

W piątek szefowa przyszła do pracy, więc zabrałam się za robotę. W czasie lunchu przyszła do mnie Gosia, żeby odebrać karton papierosów i obgadać wyjazd do Hiszpanii, ale powiedziałam jej, że jeszcze nic nie wiem, bo najpierw muszę zmienić pracę. Z maila dowiedziałam się za to, że moja przyjaciółka ze Stanów, którą w grudniu widziałam po raz pierwszy od 10 lat, dostała właśnie nową pracę, o którą się starała. Może i mnie się wkrótce uda? :) Bo tej mam już serdecznie dość :))) Sprawdzałam już, ale nadal nie ma tego ogłoszenia, o którym wspominała babka po moim ostatnim interview. Rozumiem, że jej zachęta do tego, żebym znów spróbowała oznacza, że tym razem da mi tę robotę? :) Po wyjściu z pracy weszłam na chwilę do sklepu, żeby coś skupić i w ten sposób rozmienić pieniądze, a potem stanęłam w deszczu na przystanku pod domem i czekałam na autobus, żeby pojechać do Morrisona na zakupy. Oczywiście przyjechał dopiero po jakiś 10 minutach, jak już byłam prawie cała mokra :) W dodatku jechał strasznie wolno i długo, bo były korki, nie śpieszyłam się więc z zakupami, bo wiedziałam, że powrotny bezpośrednio do domu mam dopiero za godzinę. Po powrocie do domu wzięłam się za pisanie pracy doktoranckiej, ale mnie zmogło i około północy poszłam spać :)

Dziś obudziłam się po 10, zjadłam śniadanie i zabrałam się za pisanie, jednocześnie gotując bigos :) Udało mi się napisać 3 strony tekstu! :) Wiem, że to niewiele, ale będę miała przynajmniej z czymś pójść w przyszłym tygodniu do mojego promotora. Wykorzystałam cytaty z gazety i dwóch książek, które przywiozłam teraz ze sobą z Polski. Może w tygodniu uda mi się jeszcze coś dopisać? Bo dziś już nic nie zrobię. Za chwilę idę na autobus i jadę do Manchesteru. Umówiłyśmy się z Majką i Magdą na tańce, żeby odbić sobie Sylwestra :) Poza tym dzisiaj mijają trzy lata odkąd przyjechałam do Anglii. Trzy lata temu 5 stycznia to była środa. Wieczorem dotarłam do Bratfoot i rozpoczęłam nowe życie :) Nadal cieszę się, że podjęłam wtedy taką decyzję. Będziemy więc dziś świętować mój trzeci rok w Anglii. Jednocześnie dziś Majce mija rok, a jutro Magdzie, odkąd przyjechały do Manchesteru i spotkały się w hostelu, zanim każda z nich znalazła sobie dom. Jutro rano jedziemy więc świętować dalej, ale tym razem robiąc sobie wycieczkę w Chester. Chcemy trochę pozwiedzać, a poza tym chodziło o to, żeby pojechać gdzieś indziej, a nie ciągle spotykać się w Bratfoot lub Manchesterze :) Następnym razem chcemy się wybrać do Liverpoolu. Ale to pewnie dopiero jak się zrobi cieplej :) A teraz lecę już na autobus! :) Napiszę jak było i wrzucę parę zdjęć jak wrócę, czyli jutro wieczorem :)

 
1 , 2