Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
W poszukiwaniu nowego mieszkania

570.

W poniedziałek wstałam o 10:00 i już o 11:00 wyszłam z domu, wsiadłam we Free Busa i podjechałam do agencji wynajmu z wypełnioną aplikacją o mieszkanie, które widziałam w sobotę. Niestety, czekała mnie dość niemiła niespodzianka - wyliczyli, że za mało zarabiam i że potrzebny mi będzie żyrant! Pomnożyli bowiem cenę czynszu razy dwa i pół i wyszło im, że zarabiam za mało o 500 funtów rocznie! Powiedziałam, że pracuję także dla agencji tłumaczeń i uczę, ale ponieważ nie mam stałej pensji, okazało się, że to się dla nich nie liczy. Podobnie jak moje zapewnienia, że stać mnie na to mieszkanie. Poprosiłam więc o aplikację dla żyranta i zadzwoniłam do Jana, ale był akurat w pociągu w drodze z Londynu, więc umówiliśmy się, że porozmawiamy później. Zabrałam tą aplikację i pełna nadziei pojechałam do pracy.

Tym razem pracowałam od 12:30 do 20:00, więc zdzwoniłam się z Janem po 17:00, jak już było spokojniej. Wytłumaczyłam mu o co chodzi i umówiliśmy się, że porozmawia z Sue i ustalimy coś wieczorem, po 23:00. Potem poszłam na pół godzinną przerwę i położyłam się na trochę w jednym z biur z wygodnymi fotelami :) Później spotkałam się z dziewczyną i chłopakiem z Bratfoot Student Cinema, którzy chcą mi za darmo zrobić animowaną reklamę festiwalu! :) O 20:00 wyszłam wreszcie z pracy i poszłam prosto na salsę. Po lekcji potańczyłam trochę, a w drodze do domu odczytałam SMSa od Jana, że razem z Sue postanowili, że niestety nie będą moimi żyrantami. Było to dość upokarzające doświadczenie, które sprawiło, iż sama zaczęłam wątpić, czy mnie stać na to mieszkanie i postanowiłam poszukać innych możliwości.

We wtorek wstałam znów o 10:00 i poszłam na 11:00 do pracy. Zadzwoniłam do dwóch kolejnych agencji wynajmu i umówiłam się na oglądanie 4 kolejnych mieszkań w tym tygodniu, codziennie rano! Poza tym nadal nie doczekałam się żadnego maila od Michaela, więc nie wiem co miał na myśli mówiąc, żebyśmy byli w kontakcie. O 17:00 wyszłam z pracy i poszłam prosto do Galerii II, żeby przygotować wszystko na pokaz "Stalkera" Tarkowskiego. Przyszło na niego 9 osób i po filmie mieliśmy bardzo ciekawą dyskusję. Niestety, po wyjściu wszystkich gości, okazało się, że DVD z filmem zniknęło! A muszę je do końca tygodnia oddać do biblioteki. Szefowa Galerii powiedziała, że poszuka go jeszcze nazajutrz, a w razie czego zapłacimy bibliotece. Miałam jednak nadzieję, że film się znajdzie, bo jak mam płacić bibliotece, to sama bym go chętnie zatrzymała! :)

W środę wstałam o 9:00, zebrałam się i o 10:00 wyszłam z domu. Poszłam do pobliskiej dzielnicy Little Germany spotkać się z agentem nieruchomości, który pokazał mi bardzo fajne mieszkanko. Było częściowo umeblowane, z pralką i zmywarką do naczyń! :) Później podjechaliśmy jeszcze do drugiego kawałek dalej, ale już mi się mniej podobało. Może dlatego, że lokator jeszcze tam był i nie mogłam sobie wyobrazić, jak będzie wygladać całkiem puste, bez jego rzeczy. Poza tym zawsze jak wchodzę do mieszkania, to staram się wyczuć jego wibracje, ale tutaj on mi je zakłócał :) Potem wróciłam na chwilę do domu, bo było dopiero po 11:00, a do pracy szłam na 12:30. Jak już doszłam, to się strasznie zdenerwowałam, bo zobaczyłam, że po podpisaniu stałej umowy i zwiększeniu godzin dostanę pod koniec tego miesiąca zaledwie 27 funtów wiecej niż dotychczas!


Wiedziałam, że to musi być pomyłka, ale nerwy mi puściły i się popłakałam, jak rozmawiałam o tym z koleżanką z pracy. Zadzwoniła za mnie do HR i wszystko mi wyjaśnili, przepraszając za niedopatrzenie. 
Okazało się, że to wyrównanie mojej starej pensji, a resztę zapłacą mi dopiero 3 stycznia, bo nie zauważyli, że mój kontrakt się zmienił! Cała ta sytuacja dobiła mnie jednak psychicznie. W dodatku oczywiście będę teraz zarabiać wystarczająco dużo, żeby mnie było stać na to mieszkanie, które widziałam w sobotę i na które agencja chciała żyranta! Ale już raczej do nich nie wrócę, bo było to zbyt upokarzające doświadczenie. Poza tym teraz wiem, że stać mnie nawet na lepsze warunki niż u nich. O 20:00 wyszłam w końcu z pracy i wróciłam do domu. Zjadłam coś, a potem przed snem ustaliłam program następnego Ania's World Cinema Salon w Galerii II.

  
Nikołaj Grinko, Anatolij Sołonicym i Aleksander Kajdanowski w "Stalkerze" oraz The Reading Rooms.


W czwartek zadzwonili z kolejnej agencji i odwołali oglądanie najtańszego mieszkania, jakie udało mi się znaleźć. Przed pracą weszłam do Galerii II i odebrałam DVD z filmem "Stalker", które się znalazło na zapleczu i oddałam je do biblioteki. Pracowałam znów od 12:30 do 20:00, ale ustaliłyśmy z szefową, że od przyszłego tygodnia będę przychodzić
codziennie na 7 godzin, pracować 6 godzin 40 minut i brać 20 minut przerwy. W ten sposób łatwiej będzie mi brać urlop, więc będę pracować 13:00-20:00 w poniedziałki, środy i czwartki, a we wtorki i piątki 10:00-17:00. Wyszłyśmy z szefową z pracy tuż przed 20:00 i poszłam na chwilę do domu, zanim spotkałam się z Elą pod polskim klubem o 20:10. Pojechałyśmy do Leeds i wzięłam udział w dwóch lekcjach kizomby. A potem potańczyłyśmy i wyszłyśmy przed północą, a po północy odwiozła mnie do domu.

W piątek wstałam przed 9:00 i o 10:30 byłam już w agencji i złożyłam aplikację o to mieszkanie w The Reading Rooms na Little Germany, które widziałam jako pierwsze w środę. Potem zrobiłam zakupy, a o 11:30 obejrzałam ostatnie mieszkanie, bo się już dawno umówiłam, ale wiedziałam już, że go nie wezmę. Zawiozłam zakupy do domu i poszłam na 12:00 do pracy. Przez Internet zapłaciłam Application fee i prawdopodobnie w środę będę się przeprowadzać! :) Szefowej nie było w pracy i do ostaniej chwili miałam
urwanie głowy! Ale załatwiłam sobie minibus na środę i wolne od środy do końca tygodnia. W końcu wyszłam z pracy o 17:00 i poszłam prosto do domu. Zjadłam obiado-kolację i poszłam do łóżka. Zdrzemnęłam się trochę, bo byłam strasznie zmęczona po tym tygodniu poszukiwań, a potem przed snem przeczytałam książkę "Too Far" Richa Shapero.

Wczoraj obudziłam się przed południem i obejrzałam na DVD niesamowity film animowny "Chico & Rita" o parze Kubańczyków. Potem porozmawiałam z rodziną przez Skype'a, aż w końcu zabrałam się za przeglądanie rzeczy i pakowanie. Dzisiaj obudziłam się znów przed południem i ogarnęłam trochę pokój, bo na 14:00 przyszła Sarah na lekcję polskiego. Przyniosła mi po raz ostatni pieniądze, bo umówiłyśmy się, że od taj pory będziemy naliczać godziny i w zamian będzie mi sprawdzać moją pracę doktorancką. O ile ją w ogóle kiedykolwiek napiszę, bo jak na razie nie jestem chyba nadal zarejestrowana na tych studiach. Tuż po jej wyjściu poszłam zrobić pranie, w międzyczasie jedząc obiad. Staram się wyczyścić lodówkę, żeby było mniej rzeczy do przewożenia :) Później zabrałam się za papiery i znów udało mi się je trochę uszczuplić. Przed snem zaś usiadłam do Internetu.

  
Książka "Too Far" i płyta "Dawn Remembers" Richa Shapero oraz bohaterowie filmu "Chico & Rita".
niedziela, 22 stycznia 2012
Happy :)

569.

W poniedziałek wstałam rano i poszłam na 12:00 po raz pierwszy w tym roku do pracy. Z maili, które dostałam będąc jeszcze w Polsce wiedziałam, że mam już umowę stałą od początku tego roku oraz większą ilość godzin, tak jak prosiłam. Ale szefowa napisała, że dopiero jak wrócę ustalimy kiedy miałabym zacząć zostawać na wieczory. Byłam więc trochę zdziwiona, że zaproponowała mi, abym już w tym tygodniu przepracowała 32 godziny, zamiast 25, tak jak do tej pory. Ucieszyłam się jednak, bo chcę się przeprowadzić i są mi potrzebne pieniądze na nowe mieszkanie. W dodatku w nowej umowie było napisane, że podskoczyłam 2 stopnie na skali pracowniczej. Na pewno będę więc zarabiać więcej, ale jeszcze nie wiem ile :) Przy tym systemie pracy wyliczenie tego, podobnie jak i urlopu, to niezła zabawa :) Ustaliłam więc z szefową, że moje godziny pracy teraz będą wyglądać następująco: poniedziałki, środy i czwartki od 12:30 do 20:00 (czyli 7 godzin i pół godzinna przerwa na lunch),we wtorki od 11:00 do 17:00 (6 godzin bez przerwy) i piatki od 12:00 do 17:00 (pięć godzin bez przerwy, czyli razem 32 godziny). Ponieważ jednak nie byłam na to przygotowana przychodząc do pracy, postanowiłyśmy, że zostanę tego dnia tylko do 17:00, jak planowałam, natomiast brakujące godziny odrobię w dalszym ciągu tygodnia.

Oprócz wiekszej ilości godzin dostałam też większy zakres obowiązków. Zrobili mnie odpowiedzialną za Advice Centre, mam więc pilnować, żeby wszystko było tam zrobione. Nie muszę wszystkiego robić sama, bo mamy studentów do pomocy, ale muszę im delegować prace i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku. Wolałabym robić coś innego, ale nie czułam się w pozycji pozwalającej mi na jakieś narzekania, po tym jak załatwili wszystko po mojej myśli. Pewnie wiedzieli, że stawiają mnie w takiej sytuacji :) Ale niedługo obie studentki, które znają się na najgorszej robocie, wracają po egzaminach do pracy, więc nie będę się przemęczać, muszę ich tylko pilnować. A że się lubimy, to nie powinno być z tym problemu. Mam już doświadczenie z zarządzania ludźmi z Polski (jak pracowałam w IKSie i w WiKu) i nigdy nie było żadnego problemu, a z większością przyjaźnię się do dziś :) Jestem więc dość zadowolona z całej sytuacji :) O 17:00 wyszłam z pracy i poszłam do domu coś zjeść, a potem przebrałam się i poszłam na 20:00 na pierwszą w tym roku lekcję salsy. Dobrze się bawiłam i wytańczyłam się nareszcie, bo dużo osób już znam i byłam proszona do tańca. W pewnej chwili podszedł też Jonathan, ale mu odmówiłam. Takie było moje postanowienie noworoczne :) Obraziłam się na niego po tym, jak nie zatańczył ze mną na balu w Blackpool, tak jak obiecywał.

We wtorek poszłam do pracy na 11:00, na sześć godzin. Rano do mnie dotarło, że zgodziłam się w ten czwartek pracować do 20:00, a przecież byłam już od dawna umówiona na wizytę z moją panią shrink i planowałam potem iść na salsę w Leeds! Mówiłam nawet poprzedniego dnia znajomym na lekcji "Do zobaczenia w czwartek!" Dobrze, że się zorientowałam, bo szefowa następnego dnia szła na trzy dni urlopu! :) Zmieniłyśmy więc znów moje godziny pracy w tym tygodniu i uzgodniłyśmy, że w czwartek i w piątek przyjdę na 9:30 i posiedzę do 17:00, czyli po siedem godzin dziennie, plus półgodzinna przerwa na lunch. Po południu zrobiłyśmy sobie we trzy z szefową i drugą babką, z która pracuję na zmiany, zebranie. Ustaliłyśmy plan działania i zasady współpracy :) Potem zajęłam się czytaniem maili, bo po powrocie miałam ich w skrzynce 660 :) Wychodząc z pracy weszłam do biblioteki i wypożyczyłam film "Stalker" Tarkowskiego, który pokazuję za tydzień w moim salonie filmowym. Po 17:00 zdzwoniłam się z rodziną i ustaliliśmy, że jednak będzie lepiej jak mama pojedzie do Japonii z biurem pielgrzymkowym Pallotynów, bo więcej zobaczy, niż jak my coś zorganizujemy. Zrezygnowaliśmy więc z kupowania biletów, choć było już blisko i o mało co, a pojechałabym w maju do Japonii! :) Ale szczerze mówiąc ulżyło mi i odetchnęłam z ulgą. Kiedyś i tak na pewno tam pojadę! :)

W środę poszłam po raz pierwszy do pracy na 7 godzin, od 12:00 do 20:00, z godzinną przerwą na lunch. Wykorzystałam ją na to, żeby podjechać przed 17:00 do centrum i kupić Raid, bo w nocy coś mnie znowu ugryzło w rękę i w policzek! Na szczęście nie było za bardzo widać, ale musiałam coś z tym zrobić. Przez pozostałe trzy godziny do 20:00 było spokojnie i tak jak podejrzewałam, mogłam się zająć moimi mailami i się nie przemęczać :) Odpisałam między innymi znajomemu z Paryża, Nicolasowi, u którego spędziłam parę dni po Sylwestrze w 2009 roku, a który nagle się odezwał, choć dawno nie pisał. Skontaktowałam się też z paroma agencjami w sprawie mieszkania, ale zdenerwował mnie fakt, że oprócz czynszu i bondu (kaucji), chcieli jeszcze dość wysokie Application Fee! Miałam płacić za to, żeby zebrali dla mnie pozytywne referencje i sprawdzili, czy jestem godna zaufania. Wydaje mi się, że właściciel powinien za to płacić, a nie ja, bo ja wiem, że jestem. A tu mam płacić im za to, żeby udowodnić że nie jestem wielbłądem. Poradziłam się paru osób i okazało się, że prawo się trochę zmieniło i nie da się tego uniknąć. Po powrocie do domu zjadłam tylko coś i poszłam do łóżka. Przed snem przypomniałam sobie kolejny film Bessona, który dostałam
na DVD z Love Film :) Było to "Subway" z Chrisopherem Lambertem i Isabelle Adjani oraz świetną piosenką "It's only Mistery" :)

  
Christopher Lambert i Arthur Simms, wykonujący piosenkę "It's only Mistery" w filmie "Subway".

W czwartek poszłam do pracy na 9:30, niewyspana, bo sąsiadka znów mnie obudziła w środku nocy puszczając radio na cały regulator! W południe poszłam z koleżanką z pracy do Campus House koło The Green, zeby zobaczyć jakie mają jednopokojowe mieszkania. Nawet mi się podobały, ale były dużo droższe niż podawała strona, na której znalazłam o nich informacje i niestety budynek jest w dość podejrzanej części miasta, choć blisko uniwerku, więc się nie zdecydowałam. O 16:30 wyszłam z pracy i poszłam na pocztę, a potem podjechałam Free Busem na dworzec i wsiadłam w pociag do Leeds. Przyjechałam trochę wcześniej, więc weszłam do Primarku, ale nic nie kupiłam. Potem pojechałam do mojej pani shrink i miałam bardzo udaną sesję. Przerwałam ją jednak, bo chciałam być w stanie iść potem na salsę, tak jak zaplanowałam :) W dobrym humorze i pozytywnie nastawiona podjechałam więc do Highlight i wzięłam udział w jednej lekcji, a potem zostałam na imprezie. Wytańczyłam się znów i dobrze się bawiłam, ale byłam zmęczona, skorzystałam więc z okazji i zabrałam się ze znajomym (fryzjerem z naszego pokazu mody Emancipation! :), który wracał wcześniej do Bratfoot, zamiast czekać na kolegę z kursu, który ostatnio wszędzie podwoził mnie i Krystiana. W domu okazało się, że dostałam maila od Michaela, którego poznałam prawie rok temu i który się nie odzywał odkąd wrócił do Szwecji.

W piątek poszłam znów do pracy na siedem godzin, od 9:30 do 17:00. Nie wiem czemu, ale zrobiło się straszne urwanie głowy i nie wiem, kiedy mi minął dzień. Po południu poszłam na Induction dla nowych studentów Erasmusa i wraz ze znajomym Polakiem z pracy mówiliśmy im o Student Union. Potem poszłam z nimi na lunch i pogadałam z trzema Polkami, które przyjechały na półroczną wymianę. Po 14:00 wróciłam do pracy i wytrzymałam jakoś do 17:00. Po powrocie do domu odpisałam Michaelowi, który pytał co słychać, że wszystko w porządku. I spytałam co u niego. Odpisał, że też wszystko w porządku, spytał czy nadal tańczę salsę i czy jest w Leeds jakaś impreza, bo właśnie przyjechał! Jakby nigdy nic, mimo iż się nie odzywał od naszego ostatniego spotkania w lutym zeszłego roku! Nic mu nie napisałam, tylko wysłałam linka do imprezy Rumba Picante, nad którą sama się zastanawiałam. W końcu postanowiłam, że pójdę z ciekawości, żeby zobaczyć czy przyjdzie i czy będzie mi się tłumaczył. Założyłam sukienkę, w której wszyscy mi mówią, że ładnie wyglądam i poszłam na dworzec :) Tam jakiś koleś kupił dla mnie bilet w automacie, bo pociąg miał zaraz odjeżdżać, a tak było szybciej. Nie miałam jednak drobnych, żeby mu oddać, ale powiedział, że nie trzeba i całą podróż zamęczał mnie rozmową. Doszłam do wniosku, że wysłuchując go ciężko zarobiłam te 3 funty i nie miałam już wyrzutów sumienia :)

Z dworca w Leeds poszłam piechotką do Baru Red, gdzie dotarłam już po 22:00. Zapłaciłam za wejście i zamówiłam drinka, ale oprócz mnie było bardzo mało osób. W dodatku część wyglądała raczej na dresiarzy, i to pijanych, niż na tancerzy :) Chociaż muszę przyznać, że w Warszawie na imprezie w Salsa Libre widziałam jednego całkiem nieźle tańczącego dresiarza! :) Ale ci wyraźnie przyszli się tylko napić. Po raz pierwszy byłam na takiej imprezie, na której towarzystwo było tak mieszane i szczerze mówiąc nie było to zbyt miłe uczucie. Dresiarzom albo nie podobała się muzyka, albo próbowali razem tanczyć, wygłupiając się przy tym, ale jak zaczęli przychodzić ludzie na salsę i parkiet zaczął się zapełniać, dali spokój i poszli dalej pić :) Wkrótce do mojego stolika dosiadł się znajomy Gruzin z Włoszką, których znałam z czwartkowych lekcji w Leeds. Kiedy z nimi rozmawiałam zobaczyłam kątem oka Michaela, który właśnie przyszedł i podszedł do baru. Potem usiadł przy dalszym stoliku. Nie wiem, czy mnie nie widział, czy tylko udawał tak jak ja :) W każdym razie postanowiłam, że mu pokażę jak świetnie sobie radzę i poszłam tańczyć. Po jakimś czasie zobaczyłam, że siedzi przy barze. Podeszłam więc do niego i przywitałam się, jakby nigdy nic :) Zatańczyliśmy i porozmawialiśmy, ale tańczyłam i rozmawiałam też z innymi. W pewnym momencie pożegnał się i poszedł, a mnie potem odwiózł do domu jeden ze znajomych tancerzy.

W sobotę obudziłam się dość wcześnie rano i nie mogłam już spać. Zastanawiałam się, czy dać się namówić Michaelowi na kolejne salsa party wieczorem w Leeds. Zanim wyszedł, pytał, czy się wybieram do Azucar, a potem przysłał mi też maila, żebym się dała namówić. Odpisałam, żeby mi dał jakiś powód i przekonał mnie, żebym przyjechała wieczorem. Potem zebrałam się i podjechałam do centrum, bo byłam umówiona z przedstawicielem jednej z agencji wynajmu na oglądanie mieszkania. Spodobało mi się, bo było dwu-pokojowe (choć nie umeblowane) i miało wannę :) Cena też była dobra, więc poszłam od razu do biura po aplikację i dowiedziałam się, że tu też będę musiała zapłacić Application Fee, ale przynajmniej wiem za co. I o 10 funtów mniej niż w dwóch pozostałych agencjach. Później weszłam do sklepu i po 17:00 byłam już w domu. Michael tymczasem odpisał i zaproponował kolację przed salsą. Umówiliśmy się o 20:30 na dworcu i poszliśmy do Malmaison Brasserie na pyszną kolację zakrapianą białym winem :) Świetnie się bawiłam i nie żałowałam już podjętej decyzji. Po 23:00 poszliśmy do Azucar i tańczyliśmy razem cały wieczór nie tylko salsę, ale i kizombę. Tylko jeden taniec zatańczyłam ze znajomym tancerzem, jak Michael wyszedł na papierosa. Niestety, rano miał samolot do Szwecji, więc wyszliśmy już po 2:00, pożegnaliśmy się i wróciłam taksówką do domu.

  
Fasada hotelu Malmaison w Leeds i wnętrze hotelowej restauracji (nasz stolik na pierwszym planie :)

Dzisiaj obudziłam się przed południem w świetnym humorze :) Wstałam po 12:00 i ogarnęłam trochę pokój, bo o 14:00 przyszła Sarah na pierwszą w tym roku lekcję polskiego. Ustaliłyśmy, że na razie będzie mi nadal płacić, bo potrzebuję pieniędzy na przeprowadzkę, a jak zacznę studia, to będzie mi w zamian sprawdzać pracę i poprawiać błędy. Wyszła po 16:00, a ja poszłam sobie zrobić obiad. Potem porozmawiałam z rodziną i niestety im nie wszystko się układa tak dobrze jak mnie. Ale cieszyli się moim szczęściem :) W końcu zabrałam się za wypełnianie aplikacji o wynajem mieszkania, bo miałam ją nazajutrz przed pracą zawieźć do agencji. Co prawda Michael zaproponował mi wynajęcie mieszkania po jego babci w Leeds, ale najpierw musieliby się na to zgodzić jego rodzice :) Poza tym miałabym dość daleko do pracy, myślę więc, że nie mam co na nie liczyć :) Odpisałam na jego ostatniego maila i zobaczymy, co będzie dalej. Mówił, że następnym razem da mi znać wcześniej, że przyjeżdża i że będziemy w kontakcie. Mam nadzieję, że tym razem dotrzyma obietnicy. Przed snem poczytałam jeszcze w Internecie o Tango Down -
ataku członków grupy Anonymous na polskie strony rządowe :) Jest to protest mający zapobiec podpisaniu przez rząd porozumienia ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), który według nich może zagrozić wolności słowa w Internecie.
niedziela, 15 stycznia 2012
Ostatni tydzień w Polsce

568.

W piątek pospałam do południa i wyspałam się wreszcie trochę, a potem spędziłam dzień w łóżku i na Internecie. W końcu wzięłam kąpiel i po 18:30 pojechałam do baru Rock & Roll, żeby spotkać się ze znajomymi z klubu Fugazi. Bardzo miło spędziliśmy czas, wspominając dawne czasy, chociaż było nas tylko troje. Vicky, jak policzyłyśmy, nie widziałam z 15 lat, odkąd się przypadkiem spotkałyśmy na studiach. Natomiast Youzefa nie widzialam od czasów Fugazi, czyli 20 lat i zupełnie go nie pamiętałam :)  Po 23:00 podwiozłam ich i sama też pojechałam do domu. W sobotę pospałam znów do południa, a potem pojechałam z mamą na zakupy. Kupiłam między innymi lekarstwa i 5 par ciepłych rajstop :) Potem wzięłam kąpiel, ubrałam się i na 19:00 podjechałam do znajomych Krystiana. Przegrał mi u nich zdjęcia z Istambułu i potem pojechaliśmy prosto od nich na salsę. Tym razem za dużo nie potańczyłam, bo poprosiło mnie tylko 5 panów, których poznałam w czasie rozpoczynającej imprezę lekcji. Wreszcie
wyszliśmy o 3:30 i prawie spowodowałam wypadek! Byłam zmęczona, a samochód zaparowany, w dodatku nie znałam drogi. No i pojechałam prosto tam, gdzie nie było ulicy :) Ale szybko zahamowałam i wykręciłam, więc nic się nam nie stało. Odwiozłam Krystiana i poszłam spać po 4:00 rano.

W niedzielę od rana zabrałyśmy się w domu za gotowanie i sprzątanie, bo po 15:00 mieliśmy gości. Najpierw na obiad przyjechała ciocia i przyszedł chłopak mojej siostry, ale wyszedł tuż po deserze. Na kolację natomiast przyjechali bracia, jeden z dziewczyną, a potem drugi z żoną. Spotkaliśmy się tak noworoczno-pożegnalnie, bo stwierdziliśmy, że w środku tygodnia będzie trudniej i może nie być kiedy :) Zjedliśmy resztę chałwy, którą przywiozłam z Turcji i potem bracia odwieźli się nawzajem do domów, a ja z mamą podrzuciłam ciocię pod Dworzec Centralny do autobusu. Potem wróciłyśmy do domu i poszłam wcześniej spać. W poniedziełek wstałam znów po południu i cały dzień spędziłam w piżamie i głównie w łóżku. Zaplanowałam sobie, że nigdzie nie będę wychodzić, tylko sobie trochę odpocznę. Uzupełniłam w tym czasie bloga, przejrzałam i wybrałam zdjęcia, które chcę wrzucić na Fotki, a przed snem obejrzałam film 
Feliksa Falka "Joanna" na Youtube. Jest to obok "Skrzydlatych świn" jeden z czterech filmów, które Telewizja Polska zaproponowała nam na marcowy festiwal w Bratfoot. Po jego obejrzeniu postanowiłam, że nazajutrz pójdę dla porównania do kina na "W ciemności", który wyjatkowo wszedł do kina w czwartek, ze względu na wypadające w piątek święto Trzech Króli.

  
"Joanna" - Urszula Grabowska i Sara Knothe oraz Milla Bańkowicz i Robert Więckiewicz u Holland.

We wtorek wstałam jak przyjechał mój najstarszy brat, który zaczął mnie namawiać, żebym zabrała mamę do Japonii. Mama miała jechać z biurem podróży, ale brat zaczął nas przekonywać, że tak wyjdzie taniej. I że za te pieniądze to obie pojedziemy! Mama zaczęła mnie namawiać, mówiąc, że za mnie zapłaci, jeśli wszystko zorganizuję. Cały dzień przesiedziałam w domu, czekając aż przyjdzie mój kuzyn, bo chciał się spotkać i porozmawiać. Nie poszłam więc do kina, szczególnie, że siostra namówiła mnie, żebym poszłam nazajutrz z mamą ze zniżką Środy w Orange. Niestety, w środę rano okazało się, że nie ma już biletów na "W ciemności" na 11:40! Pojechałam więc z mamą do biura pielgrzymek Pallotynów, żeby odebrać pieniądze na wycieczkę do Japonii, gdzie spotykałyśmy znajomego zakonnika, a potem podwiozłam mamę do centrum, żeby kupiła bilety na 18:10, ale też już nie było. W końcu wcale nie poszłam do kina, tylko moja mama poszła z moją siostrą na "Kot w burach", żeby promocja się nie zmarnowała. Ja tymczasem pojechałam do Milanówka, ale zgubiłam się w Pruszkowie :) W końcu około 15:30 dojechałam do Vicky, która poczęstowała mnie pizzą i zrobiła mi masaż tajski! :) Wyszłam od niej o 18:30 i pojechałam do kolejnej znajomej, z którą gadałam do 2:30 i zanim poszłam spać, była 4:00 rano! :)

W czwartek obudziłam się już o 9:00 i umówiłam się z rodzenstwem na wieczór. Mailem spytałam szefową o urlop, bo wieczorem mieliśmy już coś ustalać i może nawet kupować bilety do Japonii. O 12:30 pojechałam do Wola Parku, gdzie spotkałam się z koleżanką ze studiów w Empiku. Poszłyśmy porozmawiać do Sphinxa, a po 15:00 wróciłam już do domu na obiad. Wieczorem przyjechał młodszy brat na kolację, a potem podjechałam z nim po jego dziewczynę na dworzec i odwiozłam ich do domu, choć padałam na twarz i ledwo widziałam na oczy w deszczu. Spakowałam się i poszłam spać przed północą.
W piątek wstałam o 5:30, bo na 6:10 zamówiłyśmy taksówkę na lotnisko. O 6:30 już byłam z mamą na miejscu, a autobus do Gdańska ruszył po 7:00. Po drodze czytałam przewodnik o Japonii i podsypiałam. Na miejscu byłam o 13:40 i podjechałam tramwajem do kuzynki do pracy po klucz do jej domu. Tam porozmawiałam z mamą przez telefon na temat Japonii, a potem z siostrą, bo postanowiła, że też z nami pojedzie. Po 19:00 kuzynka odwiozła mnie na lotnisko, ale okazało się, że samolot jest spóźniony pół godziny. Potem okazało się, że zamiast o 20:40, wylecimy o północy. Po dwóch godzinach czekania dali nam vouchery na jedzeni i picie, ale w małej restauracyjce na lotnisku nie było już kanapek. Wzięłam więc dwa rogaliki, herbatę i czekałam aż wybije północ.

W końcu w sobotę po północy wylecieliśmy, ale w Bratfoot byliśmy dopiero po 2:00 w nocy. Wsiadłam więc w taksówkę do domu, ale o 3:00, jak już miałam iść spać, sąsiedzi za ścianą rozpoczęli imprezę, która potrwała do 4:00. W końcu zasnęłam, choć było zimno, mimo iż włączyłam piecyk. Potem obudziłam się przed południem, bo sąsiadka na górze przesuwała meble, a sąsiad w łazience wydawał dziwne odgłosy. Nic się nie zmieniło! Zwlekłam się wreszcie z łóżka po 14:00, wzięłam prysznic i po 15:00 poszłam do Media Muzeum po filmy od Neila. Potem podjechałam do sklepów po make up i jedzenie. Spowrotem byłam przed 17:00 i zapłaciłam od razu za czynsz, z czego tylko połowę za te 5 tygodni, co mnie nie było :) Weszłam do łóżka i porozmawiałam przez Skype'a z mamą, siostrą i jej chłopakiem, który też się zdecydował z nami jechać do Japonii w maju o szczegółach wyjazdu. W końcu zasnęłam o 22:00, ale o 23:00 obudzili mnie znów sąsiedzi głośną muzyką za ścianą. Włączyłam Radio Classic i wzięłam się za szukanie nowego mieszkania! Zasnęłam dopiero po 2:00, jak zapadła cisza. A dziś obudziłam się po 10:00 i spędziłam cały dzień w łóżku, uzupełniając bloga, rozmawiając z rodziną przez Skype'a i oglądając dwa filmy od Neila: "Księstwo" Barańskiego i "Wenecja" Kolskiego.

  
Rafał Zawierucha w ciekawym "Księstwie" oraz Marcin Walewski w polityczno-umownej "Wenecji".

poniedziałek, 09 stycznia 2012
Istambuł na Sylwestra :)

567.

W piątek wstałam o 9:30, wzięłam kąpiel i zjadłam śniadanie. Krystian w tym czasie dojechał już na lotnisko i zarezerwował mi miejsce koło siebie. O 11:00 wsiadłam w taksowkę i pół godziny później byłam już na lotnisku, choć bałam się, że przez korki i objazdy zajmie mi to o wiele dłużej. Wylot był opóźniony o 40 minut, więc Kinga ze znajomymi czekała na nas na lotnisku w Istambule prawie godzinę, zanim kupiliśmy wizy i odebraliśmy bagaże. Zawieźli nas pod sam hotel Yeni za 70 lir tureckich. Zostawiliśmy bagaże w pokoju i poszliśmy się przejść, coś zjeść oraz wyjąć pieniądze. Wyciągnęłam 500 lir z bankomatu, ale nie starczyły mi
na zbyt długo :) Zjedliśmy kolację w jednej z restauracyjek i poszliśmy na spacer. Mieszkaliśmy w starej europejskij części miasta, niedaleko pałacu Topkapi oraz Hagi Sofii i Błękitnego Meczetu Sułtana Ahmeda. Porobiliśmy zdjęcia, a potem ja z Kingą wróciłam zmęczona do hotelu, a Krystian poszedł dalej robić zdjęcia.

  
Zdjęcia Hagii Sofii oraz Błękitnego Meczetu Sułtana Ahmeda zrobione pierwszej nocy w Istambule.

W sobotę, 31 grudnia 2011 roku, pospaliśmy do południa, a potem wstaliśmy i poszliśmy do punktu informacji turystycznej, gdzie kupiliśmy bilety na wycieczkę stateczkiem po Bosforze. Mieliśmy pół godziny, więc się rozdzieliśmy i ja z Kingą zjadłyśmy śniadanie w małej restauracyjce (ja kontynentalne, a ona omlet), a Krystian poszedł sobie kupić kebab. Później wsiedliśmy w autobus, który zawiózł nas do portu, gdzie wsiedliśmy na statek i popłynęliśmy pomiędzy dwoma kontynentami, Europą i Azją, pod mostem Bosfordzkim. Zawrociliśmy pod drugim mostem, Mehmeda Zdobywcy, a potem autokar zawiózł nas na wzgórze Pierre Loti z widokiem na Złoty Róg, skąd zjechaliśmy na dół kolejką linową. Po tej wycieczce wróciliśmy do hotelu, przebraliśmy się na Sylwestra i napiliśmy się trochę, aż w końcu wyszliśmy i podjechaliśmy tramwajem do stacji Kabatas, gdzie przesiedliśmy się w kolejkę, która zawiozła nas na plac Taksim, samo centrum obchodów noworocznych! :) Był tam straszny tłum, jak na jakiejś demonstracji, złożony głównie z mężczyzn.

  
Przęsło Mostu Bosfordzkiego ze strony europejskiej oraz kolejka linowa ze wzgórza Pierre Loti.

Staliśmy tam w deszczu i czekaliśmy na kolegę Kingi z dziewczyną. Potem razem w piątkę poszliśmy szukać jakiegoś klubu, ale w pierwszym chcieli 60 lub nawet 100 lir za wejście! Poszliśmy więc dalej, choć już dochodziła północ. Zastała nas na ulicy Istiklal, gdzie tłum szedł falami w obie strony gwiżdżąc, krzycząc, śpiewając i tańcząc! :) Niesamowite wrażenie! Około 10 minut po północy dotarliśmy do Klubu 404, gdzie zapłaciliśmy tylko 10 lir od osoby za wejście. Był to typowo turecki klub, w którym obeszliśmy o 1:00 polski Nowy Rok, a o 2:00 angielski :) Potańczyliśmy trochę, a potem postanowiliśmy wrócić do domu, bo Krystiana ochroniarz nie dopuszczał do żadnych dziewczyn i chciał go wyprowadzać, a Kinga chciała co prawda zostać dłużej, ale nie chciała potem sama wracać taksówką. Złapaliśmy więc wspólnie jedną przy placu Taksim i zgodziliśmy się zapłacić 45 lir, choć wiedzieliśmy, że zdzierają z nas dwa razy tyle, co normalnie :) Ale taksówkarz przynajmniej pojechał ekspresowo, po torach tramwajowych, mijając gigantyczny korek! :)

W niedzielę wstaliśmy znów po południu i zjedliśmy razem śniadanie w tej samej restauracyjce co ja z Kingą poprzedniego dnia, a później o 14:00 wsiedlismy w autobus wycieczkowy i objechaliśmy pierwszą trasę, z Europy do Azji, przez most Galata i most Bosfordzki. Potem objechaliśmy drugą trasę, w górę starej części europejskiej, wokół Złotego Rogu. Około 17:00 wysiedliśmy i poszliśmy do Cysterny bazyliki. Po wyjściu wyciągnęłam kolejne 160 lir z bankomatu i poszłyśmy z Kingą coś zjeść, a Krystian tradycyjnie na kebaba. Wróciliśmy przed 20:00 na kolejną trasę, Night Tour, ale okazało się, że rusza tylko raz, o 17:30, ale na szczęście powiedziano nam, żebysmy wrócili o tej przez nazajutrz, mimo iż nasze 24-godzinne bilety były ważne tylko do 14:00. Poszliśmy więc na spacer wzdłuż linii tramwajowej, mijając Kolumnę Konstantyna z pierścieniem oraz meczet Atik Ali Pasha z widokiem na meczet Nuruosmaniye, aż do Aksaray. Tam ja z Kingą skorzystałyśmy z kafejki internetowej, a potem wróciłyśmy tramwajem do hotelu, a Krystian wrócił piechotą, robiąc po drodze zdjęcia i zakupy.

  
Widok na Nowy Meczet oraz wnętrze Cysterny bazyliki, największej z 60 cystern w Istambule.

W poniedziałek wstaliśmy rano i nie poszliśmy nawet na śniadanie, tylko zjedliśmy simity, czyli sezamowe obwarzanki, popijając je Aryanem, czyli tureckim kefirem. Pogoda była bardzo ładna i chcieliśmy jeszcze raz objechać wszystkie trasy turystyczne i porobić tym razem zdjęcia w słońcu, a nie w deszczu, który nie opuszczał nas przez dwa ostatnie dni. Objechalismy znów pierwszą, europejsko- azjatycką
trasę, ale tym razem postawiliśmy nogę na azjatyckiej ziemi. Potem mieliśmy przerwę, więc poszłam z Kingą na gozleme (tureckie naleśniki). Przed 14:00 wsiedliśmy w drugi autobus i objechaliśmy drugą trasę, europejską, żeby wykorzystać bilety. O 15:00 wróciliśmy na Hipodrom i poszliśmy zwiedzić Błękitny Meczet Sułtana Ahmeda. Mieliśmy czas do 17:00, więc poszliśmy coś zjeść - Krystian tradycyjnie kebaba, a ja z Kingą do restauracyjki obok naszego hotelu, gdzie mieli pyszne jedzenie. Po 17:00 udało się nam pojechać na Night Tour do azjatyckiej części miasta, gdzie mieliśmy 40 minut wolnego czasu na wzgórzu z widokiem na Bosfordzki Most, który nocą zmienia kolory.  Wróciliśmy po 21:00 i wyjęłam kolejne 50 lir z bankomatu. Poszliśmy wcześniej spać, żeby nazajutrz znów rano wstać.

  
Wnętrze Błękitnego Meczetu Sułtana Ahmeda oraz Bosfordzki Most z azjatyckiej strony miasta.

We wtorek planowaliśmy zacząć od zwiedzania Hagii Sofii od 9:00, ale dotarlismy tam dopiero o 10:00 :) Znów zamiast śniadania były simity i aryan, ale dzięki temu przynajmniej nie staliśmy długo w kolejce. Po zwiedzeniu Hagii Sofii przeszliśmy się Hipodromem, fotografując Fontannę niemiecką, Obelisk Egipski (Teodezjusza), Kolumnę Wężową i Obelisk Konstantyna. Później wsiedliśmy w tramwaj i pojechaliśmy zobaczyć plac Taksim za dnia :) Tam wsiedliśmy w zabytkowy tramwaj, który zawiózł nas prawie pod wieżę Galata. Krystian został na dole, a ja wzięłam jego aparat i pojechałam z Kingą windą na górę za 10 lir. Był to najwyższy punkt widokowy, z jakiego widziałam Istambuł. Potem wróciliśmy piechotką przez most Galata pod nowy Meczet i poszliśmy na Bazar Egipski (Kryty). Tak nas zmęczył ten spacer, że wróciliśmy do hotelu i zdrzemnęliśmy się wszyscy. Po 19:00 ja z Kingą postanowiłam pójść coś zjeść do naszej ulubionej restauracyjki koło hotelu, a potem poszłyśmy na spacer do portu, gdzie wsiadłyśmy na statek, który zawiózł nas do części azjatyckiej i z powrotem. Później wyciągnęłam kolejne 60 lir z bankomatu i weszłyśmy jeszcze do kafejki internetowej, a potem wróciłyśmy do hotelu.

  
Wieża Galata widziana z Mostu Galata pełnego wędkarzy oraz stoisko przypraw na Bazarze Egipskim.

W środę wstaliśmy najwcześniej ze wszystkich dni pobytu i po 9:00 byliśmy już pod Pałacem Topkapi. Zdążyliśmy nawet zjeść śniadanie - ja z Kingą sałatki w naszej ulubionej knajpce śniadaniowej, a Krystian w hotelu. Zwiedzanie Pałacu zajęło mi i Kindze niecałe 3 godziny, bo część Haremu i kuchnie pałacowe były zamknięte. Czekając na Krystiana poszłyśmy pod Kościół Św. Ireny, a potem zjadłam loda z gumą arabską. Później we trójkę poszliśmy do portu i popłynęliśmy dwoma statkami do części azjatyckiej, za drugim razem wypływając na pełne morze. Jak wróciliśmy na ląd, kupiłam sobie rybkę prosto z łodzi, a później poszliśmy do Akweduktu Walensa, po drodze zwiedzając meczet Sulejmana. Później poszliśmy obok uniwersytetu i meczetu Beyazit na Wielki Bazar, a stamtąd do hotelu. Zjedliśmy kolację w pobliskiej knajpce, a potem pojechaliśmy tramwajem do starych murów miasta. Wracając przeszliśmy się spacerkiem do hotelu, po drodze robiąc zakupy (ja kupiłam chałwy dla rodziny).

  
Jedna z ozdobnych ścian Pałacu Topkapi oraz widok
ze statku na Nowy Meczet i Meczet Sulejmana.

W czwartek pospaliśmy trochę dłużej, a potem około 11:00 ja z Kingą poszłyśmy na śniadanie do restauracyjki, która znajdowała się w tym samym budynku, co nasz hotel. Potem się spakowaliśmy, zostawiliśmy bagaże na przechowanie i poszliśmy na spacer. Najpierw przeszliśmy się parkiem pod Pałacem Topkapi, a później wokół murów pałacu wzdłuż wody. Weszliśmy na Arasta Bazar i doszliśmy znów na Hipodrom. Tam się rozdzieliliśmy i ja z Kingą poszłam na zakupy, żeby wydać moje ostatnie liry tureckie :) Po 14:00 spotkaliśmy się wszyscy w hotelu, gdzie przyjechał po nas bus, który zawiózł nas na lotnisko. Kinga poleciała do Alanyi, a nasz samolot do Warszawy znów był opóźniony prawie godzinę. Na lotnisku czekała na mnie mama z siostrą i jej chłopakiem, a w domu na kolację dołączyli do nas jeszcze mój brat z dziewczyną. Posmakowaliśmy
chałwy (pistacjowej, czekoladowej i waniliowej) oraz Pashiye, które przywiozłam z Turcji, a potem moja siostra i jej chłopak odwieźli do domu mojego brata z dziewczyną, która jak się okazało jest w ciąży! Po ich wyjściu weszłam do wanny i do łóżka.

  
Molo wychodzące prosto w Morze Marmara oraz zachód słońca na lotnisku Ataturka w Istambule.