Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 28 lutego 2007
Nagła zmiana akcji! :)

282.

W poniedziałek rano poszłam do pracy z mocnym postanowieniem, że będę się integrować z moim wydziałem i myśleć pozytywnie. Postanowiłam być szczera z szefową i nabrałam pewności, że wszystko się jakoś ułoży. Tymczasem mina mi trochę zrzędła, kiedy okazało się, że jak trzeba coś zrobić, a nie ma komu, to oczywiście pada na mnie. Mam nadzieję, że już wkrótce zatrudnią kogoś nowego i dadzą mi wreszcie spokój :) A tymczasem musiałam przejąć obowiązki Rachel, która od 3 miesięcy jest na zwolnieniu, a teraz okazało się, że Pauline z pokoju obok bierze wolne, więc do mojego pokoju przyniosła wszystkie ocenione eseje, które studenci mają teraz odbierać. W dodatku Leah wzięła sobie dzień wolnego, więc byłam sama w pokoju i co chwilę ktoś mnie odrywał od roboty (lub Internetu :) Po pracy porozmawiałam chwilę z bratem na SKYPE'a na temat naszego wyjazdu do Portugalii, a potem poszłam na kolejną lekcję polskiego, w czasie której zrobiłam im pierwszy test i nagrywałam ich, jak mówią po polsku, na dyktafon. Niektórzy się zestresowali, ale ogólnie rzecz biorąc nie było tak źle. A potem prosto po lekcji poszłam spać, bo ostatnio jakaś zmęczona jestem. To chyba przesilenie wiosenne :)

We wtorek od rana wymieniałam maile z Neilem, który już wkrótce przyjeżdża na festiwal. Umówiliśmy się, że zajrzy do mnie w sobotę 10 marca rano i odbierze pozostałe polskie filmy, które oceniałam. Przez resztę dnia przychodzili studenci, żeby odebrać swoje ocenione prace egzaminacyjne. Tym razem jednak Leah, która wróciła już do pracy, dzieliła ze mną ten obowiązek. Dała mi jeden Memory Stick z paczek dla studentów pierwszego roku Pomocy Społecznej. Przyda się :) Pod koniec dnia, kiedy Leah poszła już do domu, przyszła do mnie szefowa i spytała, czy nie mam nic przeciwko temu, żeby przejąć kolejny obowiązek, który kiedyś był podzielony między wszystkich. Zupełnie zaskoczona powiedziałam, że tak, a potem dopiero do mnie dotarło, co się stało. Wróciłam do domu załamana i zastanawiałam się nawet, czy iść na kurs "Nowe Kino Europejskie", tak mi się wszystkiego odechciało. Poszłam jednak i jakoś wytrzymałam, choć facet opowiadał o Dogmie '95 i pokazywał fragmenty filmów. Oczywiście widziałam wszystkie w całości, a w 1995 byłam świadkiem narodzin Dogmy, więc znów niczego nowego się nie nauczyłam. Zestresowana poszłam znów wcześniej spać.

Dziś rano poszłam do szefowej i powiedziałam, że bardzo mi przykro, ale nie mogę wziąć na siebie tego obowiązku, na który się wczoraj zgodziłam. Powiedziałam jej, że dla mnie oznaczałoby to prawdziwą klęskę i zmarnowane dwa lata. Dałam jej też do zrozumienia, że zmusiłoby mnie to do szukania nowej pracy. Prawdę mówiąc byłam gotowa od razu złożyć wymówienie, zapomnieć o studiach i wyprowadzić się z Bratfoot, a wtedy być może nie mogłabym już kontynuować tego bloga z Anglii :) Na szczęście dla mnie zaskoczona szefowa powiedziała, że nie chcę, abym znienawidziła swoją pracę i zmuszała się co dzień rano do przyjścia do niej. Wróciłam więc do swoich obowiązków, a jak już ochłonęłam, to pomyślałam, że w razie czego, zamiast się zwolnić, powinnam iść przynajmniej na 3 miesiące na zwolnienie z powodu depresji :))) Po pracy poszłam do domu i położyłam się na pół godzinki do łóżka. Wtedy dotarło do mnie, że byłam chyba po pracy umówiona z moim promotorem. Zadzwoniłam więc do niego, przeprosiłam i przełożyłam spotkanie na przyszły tydzień. A potem poszłam na kolejną lekcję polskiego i zrobiłam drugiemu rocznikowi test. Później zabraliśmy się za kolejny przypadek i znów musiałam ich przepraszać, za to, że język polski jest taki trudny. Podziwiam ich i jednocześnie jest mi ich żal  :)

niedziela, 25 lutego 2007
Impreza za imprezą 2! :)

281.

W piątek rano obudziłam się przed 8:00, zebrałam manatki i poszłam do domu, żeby wziąć prysznic. Moi goście z Kraju Basków jeszcze spali, ale umówiliśmy się, że ich rano obudzę. Wzięłam prysznic, przebrałam się, umówiłam z nimi na wieczór i poszłam do pracy. W czasie lunchu ugotowałam sobie pyszny obiadek, a potem w pracy dokończyłam to, co miałam dokończyć i zaczęłam przysypiać na siedząco :) W końcu wzięłam trzy obrazy, które jedna z pracownic przyniosła, bo się przeprowadza i nie ma co z nimi zrobić. Zostawiłam je w domu i pobiegłam do sklepu po ser camembert. Po drodze spotkałam moich Basków, którzy wracali właśnie z tego sklepu, do którego szłam! Gdyby mi powiedzieli, to bym ich poprosiła kupienie tego sera i nie marnowałabym czasu! Ale cóż, najwyraźniej nie pomyśleli. Wróciłam w ciągu pół godziny i zabrałam się za przygotowanie przekąski do wina - camembert, melon i winogrona oraz parmezan z pomidorami. Od Basków dostałam kolejny prezent - wisiorek i kolczyki! Nie chciałam go przyjąć, ale prawie się obrazili, więc w końcu się zgodziłam. Wisiorek od razu założyłam, ale nie mam przekutych uszu, więc kolczyków nie będę nosić, bo nie mam zamiaru nic sobie przekuwać! :)

Wkrótce przyszła Gosia, a potem Agnès i oglądając zdjęcia z Paryża napiliśmy się różowego wina z Francji. Potem Gosia poszła do domu, bo była zmęczona, a Baskowie około 20 zebrali się i pojechali na lotnisko. Poprosiłam Agnès, żeby poczekała ze mną za Shaza, który się spóźniał, bo nie chciałam z nim sama siedzieć. Umówiłyśmy się, że jak przyjdzie, to wręczę mu kartkę z podziękowaniami, a potem pójdę z nią do jakiegoś klubu "1 in 12" na anarchistyczny kabaret. Shaz powiedział, że nas podwiezie i nawet wszedł z nami na górę, ale nie został. Dosiadłyśmy się z Agnès do Sally, którą znam z "Kółka Francuskiego", i jej przyjaciół. Pierwszy wystąpił zespół Punky Muzzle, który wykonywał znane przeboje z nowymi tekstami, np. zamiast "Let it be" śpiewając "LSD" :) Muszę przyznać, że byli naprawdę dobrzy. W międzyczasie do klubu przyszli wolontariusze - poprzebierani, bo wtedy wstęp był za darmo :) Później wystąpił dużo gorszy zespół Monte Casino grający garażowy rock - dużo hałasu, mało treści. Potem było losowanie i wygrałam książkę z wszystkimi tekstami z "Latającego Cyrku Monthy Pythona:, a ostatnim punktem programu był pokaz żonglowania ogniem. Po tym wszyscy zaczęli tańczyć do muzyki puszczanej z płyt. Paru młodych chłopców próbowało mnie zagadywać, co uznałam za urocze i świetnie się bawiłam, aż w końcu przed 3 zdecydowałam wracać do domu i spać wreszcie we własnym łóżku :)

W sobotę obudziłam się po południu, zjadłam śniadanie i pojechałam do dużego Morrisona na zakupy. Po drodze porozmawiałam z mamą przez telefon, aż mi padła bateria :) Potem poszłam zrobić pranie, a w międzyczasie zrobiłam sałatkę z kurczaka i ugotowałam obiady na nadchodzący tydzień. Jak kończyłam pranie na chwilę przyszła Agnès, bo wysłałam jej wiadomość, że mam dla niej 5 funtów, które mi poprzedniego dnia pożyczyła w klubie. Potem wzięłam prysznic, zjadłam obiad i pojechałam do Saltaire na imprezę. Debz z pracy zaprosiła mnie już chyba po raz trzeci, ale dopiero teraz do niej dotarłam. Przyjechałam spóźniona o godzinę, ale jeszcze po mnie schodzili się goście. Zaskoczyło mnie, że nie słychać żadnej muzyki - goście siedzieli w kółku, rozmawiali i pili. Jak już się napili, to impreza się rozkręciła i porozmawiałam sobie z paroma osobami. Zagadywał mnie znów jakiś młody chłopak (gdyby wiedział, ile mam lat, uciekłby z krzykiem :) a potem dwóch trochę starszych, lubiących bardzo chodzić na siłownię :) W końcu nad ranem, jak już zostało tylko 7 osób, zaczęliśmy grać w grę towarzyską Cranium i musiałam tłumaczyć wszystkim, co oznacza słowo "ascetyczny", bo nikt nie wiedział! :) Sprawdzili od razu w słowniku i powiedzili, że mam rację. Oczywiście, że miałam rację! Ale co oni moga wiedzieć o "ascetycznym trybie życia"? :) Wreszcie o 5 rano wszyscy wymiękli i poszli spać, a ja pojechałam do domu taksówką.

Dzisiaj obudziłam się znów koło południa, wzięłam prysznic i na 13:30 poszłam spotkać się pod "Chińczykiem" z chrześnicą Gosi. Szłyśmy na otwarty bufet, więc nie jadłam śniadania, ale i tak nie zmieściłam zbyt dużo :) Około 15 wróciłam do domu i zabrałam się za uzupełnianie wpisów na blogu, ale Internet przestał mi działać, więc pościeliłam sobie łóżko i na 17 poszłam do Muzeum na "Apocalypto" Mela Gibsona. Muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia. Film był dość drastyczny, ale miał coś w sobie i dawał niezłego kopa :) Na pewno niełatwo się go oglądało, ale o niebo lepiej niż "Pasję"! Potem poszłam na chwilę do domu, trochę posprzątałam i na 20 poszłam znów do muzeum, tym razem na film "Ostatni król Szkocji" z Forestem Whitakerem. To świetny film, z jedną drastyczną sceną, którą oglądało mi się gorzej niż cały film Gibsona. A może było to spowodowane nadmiarem przemocy? W każdym razie film był bardzo dobry i wspominał pod koniec o akcji w Entebbe, o której dowiedziałam się z filmu Irvina Kershnera "Atak na Entebbe". Wszystko się ze sobą łączy... Potem wróciłam do domu, dokończyłam ten wpis i zaraz idę spać, bo imprezy przez trzy noce pod rząd trochę mnie zmęczyły:)

    

"Apocalypto" i "Ostatni król Szkocji" z nominowanym do Oscara Forestem Whitakerem.

Duchy przeszłości :)

280.

W poniedziałek rano poszłam do pracy i musiałam opowiadać, jak było w Paryżu i na dowód pokazać parę zdjęć ze ślubu. Szefowa i Leah pochwaliły sukienkę panny młodej. W czasie lunchu zjadłam to, co znalazłam w lodówce, bo nie miałam nawet czasu zrobić zakupów. Potem wróciłam do pracy i jakoś czas mi zleciał. Wieczorem poszłam na kolejną lekcję polskiego z pierwszym rokiem. Przygotowywałam ich do pierwszego sprawdzianu, który muszę im zrobić za tydzień i do końca lutego przesłać wyniki do szefa :) Rozmawialiśmy więc o członkach rodziny i o tym, gdzie mieszkają - okazało się, że większość w domu z ogródkiem :) Umówiliśmy się też na sobotę na piwo do Polskiego Klubu, a po lekcji poszłam z Tomem do Agnès na "chwilkę" na herbatę. Zanim od nich wyszłam, była już 23, a że usiadłam jeszcze do komputera, to spać poszłam dopiero o 2 rano! :)

We wtorek poszłam do pracy trochę niewyspana, ale jakoś doczekałam do lunchu. Zjadłam resztki wczorajszych resztek i wróciłam do pracy :) O 17 poszłam do domu, a na 18:30 do Muzeum na kolejny film pokazywany w ramach kursu "Nowe Kino Europejskie". Był to duński film w reżyserii Nielsa Ardena Opleva, wyprodukowany przez firmę Zentropa Larsa von Triera pod tytułem "We Shall Overcome". Akcja rozgrywała się pod koniec lat 60. Głównym bohaterem był Fritz, który zafascynowany Martinem Luterem Kingiem postanowił przemóc strach i stawić czoła sadystycznemu dyrektorowi szkoły. Historia była oparta na faktach, ale film trochę zbyt "amerykański". Po filmie poszliśmy w parę osób na piwo do Titusa Salta, ale nie udało mi się powiedzieć prowadzącemu, że chwilami mnie wkurza, bo za szybko się zmył! :) A to był główny powód, dla którego tam poszłam! :)

    

"We Shall Overcome" i jeszcze raz "Labirynt Fauna" (bo tego filmu nigdy dość :)

W międzyczasie umawiałam się SMSami z chłopakiem, który miał przylecieć z kolegą z Hiszpanii. Po dwóch "Żywcach" pobiegłam po nich na Interchange, a tam się okazało, że to para - chłopak i dziewczyna, a nie dwóch kolegów. Dla mnie to tam żadna różnica, ale rozglądałam się i szukałam dwóch chłopaków :) W dodatku nie byli Hiszpanami, tylko pochodzili z Kraju Basków. Zaprowadziłam ich do domu, ale pod drzwiami okazało się, że nie mam klucza :) Pobiegłam z powrotem do pubu i na szczęście się znalazł, ale moi goście musieli stwierdzić, że jestem nieźle zakręcona :))) Powinnam ich chyba przyjąć na trzeźwo a nie po dwóch piwach :))) Powiedziałam im, że pójdę dziś spać do znajomych, a oni będą spali w moim łóżku. Rozmawiałam już wstępnie z Agnès, że mogłabym w razie czego spać gdzieś u nich na squacie, ale zaprotestowali i nie chcieli mnie puścić. Dałam im kolację, a oni mi czekoladki w prezencie, a potem podpompowali sobie jeszcze trochę materac i około 2 w nocy poszliśmy wszyscy spać.

W środę rano moi goście obudzili się na podłodze. Powietrze z materaca prawie całkiem uciekło i chyba będę musiała go wyrzucić. Zadzwoniłam do Gosi i spytałam, czy mogłabym wieczorem spać u niej. Zgodziła się i umówiłyśmy się, że przyjdę do niej po lekcji polskiego. W połowie dnia szefowa stwierdziła, że się źle czuje i poszła do domu, więc do końca dnia już się nie przepracowywałam :) Po pracy wróciłam do domu i jak moi goście przyszli, poszłam na polski. To była świetna lekcja, bo po raz pierwszy odniosłam wrażenie, że zaczynają łapać, o co chodzi z przypadkami! :) Byli nawet w stanie podać mi wyraz w odpowiedniej formie! Niesamowite! :))) Po lekcji wróciłam znów do domu, wzięłam śpiwór i poszłam do Gosi. Oglądała akurat "List w butelce" w telewizji, więc obejrzałyśmy go razem do końca, a potem poszłam spać w pokoju gościnnym.

W czwartek rano stwierdziłam, że zapomniałam ręcznika, więc się nie myję - Święto Lasu :) W pracy dokończyłam wreszcie raport ze środowego zebrania wydziału Pomocy Społecznej i zabrałam się za przygotowania do sobotniego Dnia Otwartego wydziału Psychologii. Szefowa dziś nie przyszła, tylko wysłała mi maila i pewnie do końca tygodnia już jej nie będzie. W czasie lunchu poszłam do domu, zjadłam pizzę i zostawiłam śpiwór, a po powrocie do pracy skończyłam przygotowania na sobotę. Resztę zostawiłam na następny dzień, tyle że tym razem mam czas do środy. Chwilami odnoszę wrażenie, że zostałam sama nie wiedząc kiedy sekretarką wydziału Psychologii! :))) Rachel jest od 3 miesięcy na zwolnieniu na stres, a ja przejęłam większość jej obowiązków. Nie narzekam, bo dzięki temu mam co robić, a poza tym są tam bardzo fajni ludzie i lubię chodzić na ich zebrania, choć nie lubię potem pisać z nich raportów :))) Dwie wykładowczynie zapraszały mnie na kawę, w podziękowaniu za to, że tak im pomagam. Odpowiedziałam, że nie ma za co, bo to przecież moja praca. A że była już prawie 17, wykręciłam się, że idę już do domu, bo i tak nie pijam kawy :)

Po pracy weszłam na chwilę do Agnès na herbatę i zanim się obejrzałam, dochodziła już 18 i musiałam biec do muzeum. W międzyczasie dostałam SMSa od Insana, który od dawna nie dawał znaku życia, że z okazji urodzin zaprasza w piątek wieczór na opijanie. Odpisałam, że jak będę wolna i dadzą znać, gdzie są, to może później do nich dołączę. Potem poszłam na film "Bobby" Emilia Esteveza o zamachu na Roberta Kennedy'ego. Nie był to dobry film - zbyt łopatologicznie propagandowy - ale miał parę dobrych momentów. Poza tym zagrało w nim tyle gwiazd, że trudno było mi odmówić sobie przyjemności zobaczenia ich wszystkich razem na ekranie. Potem zaczęłam czytać program zbliżającego się festiwalu filmowego, który właśnie się pojawił, a na 20:15 poszłam na  "Miss Potter" z Renée Zellweger w tytułowej roli autorki poczytnych książeczek dla dzieci. Zdjęcia kręcono w tutejszej okolicy, między innymi w angielskiej "Krainie Tysiąca Jezior", czyli Lake District, zwanego też w skrócie Cumbria. Bardzo przyjemnie się go oglądało - chwilami był śmieszny, a chwilami smutny, jak życie Miss Beatrice Potter i jednocześnie każdego z nas.

    

L. Lohan, E. Wood, S. Stone, M. Sheen i H. Hunt oraz E. McGregor z R. Zellweger.

Kiedy po filmie włączyłam komórkę, dostałam SMSa od Gemmy, która nie odzywała się też od paru miesięcy. Napisała, że coś jej się w życiu nie układa i spytała, czy możemy się spotkać, żeby pogadać. Nagle sobie wszyscy o mnie przypomnieli. Nie odpisałam jej, bo bateria w telefonie mi całkiem padła.. Poczekałam chwilę w domu na Hiszpanów, a kiedy przyszli, dałam im klucz do domu i poszłam ze śpiworem i butelką białego francuskiego wina do Agnès  na "Kółko francuskie" :) Oprócz Agnès i Toma była już tam Nina oraz dwie nowe wolontariuszki z Francji. Oprócz tego siedział u nich Rosjanin, którego już kiedyś wcześniej poznałam, a potem doszli jeszcze trzej Hiszpanie - jeden z wolontariuszy i dwaj koledzy, którzy przyjechali na tydzień, żeby go odwiedzić. Impreza jak zwykle się rozkręciła i rozmawialiśmy nie tylko po francusku, ale we wszystkich możliwych językach :))) W końcu o 3 wolontariusze się zebrali, a ja z nimi, bo umówiliśmy się, że przenocuję u nich, w pokoju Matthieu, który pojechał akurat do Francji. Na miejscu umyłam tylko zęby i od razu poszłam spać.

niedziela, 18 lutego 2007
Paris, Paris! :)

279.

W środę poszłam ostatni raz do pracy. Szefowej nie było, więc się nie przemęczałam. Mimo to nie miałam prawie na nic czasu. Najpierw zabrałam się za obrabianie zeskanowanego tekstu, bo chciałam to skończyć przed wyjazdem. Podokańczałam też inne zaległe rzeczy. I zanim się obejrzałam, była już 12, poszłam więc na spotkanie wydziału Pomocy Społecznej, żeby robić notatki w czasie ich zebrania. Miało to trwać godzinę, tymczasem skończyło się po ponad dwóch! Na szczęście mieli zamówiony lunch, zjadłam więc parę kanapek i nie poszłam już do domu na obiad. Zamiast tego wyszłam z pracy pół godziny wcześniej. I całe szczęście, bo musiałam jeszcze zrobić kanapki i zdążyłam coś zjeść przed wyjazdem. A o 17:20 byłam już w autobusie, który jechał do Londynu. Dotarłam tam o 22:30, a o 23 byłam już u "znajomej znajomej" :) Wypiliśmy herbatę i porozmawialiśmy we trójkę, razem z jej współlokatorem. Aż około północy poszliśmy wreszcie spać.

W czwartek pospałam do 10:30 i wreszcie trochę się wyspałam. Potem zebrałam się do wyjścia, pożegnałam i pojechałam na Waterloo Station. Chciałam tam zostawić bagaż, ale płaci się 6 funtów za 24 godziny, a chciałam go zostawić tylko na dwie, więc stwierdziłam, że to bez sensu. Poszłam zatem pod London Eye i Akwarium z walizką. Przeszłam się kawałek wzdłuż Tamizy, a potem zjadłam obiad we włoskiej restauracji. Później pstryknęłam jeszcze parę zdjęć i poszłam z powrotem na dworzec. Sprawdzili mi od razu paszport i bagaż, ale nikt się nie przyczepił do mojego prezentu ślubnego - zestawu sztućców, choć teoretycznie uzbrojona w 6 noży, tyle samo widelców i łyżek, stanowiłam pewne zagrożenie :) Nie zabrali mi też wody, którą kupiłam na drogę, tak jak ma to miejsce na lotniskach. W końcu zaczęli nas wpuszczać do pociągu i po 16 ruszyliśmy.

  

Eurostar na dworcu Waterloo i London Eye w słońcu.

Siedziałam przy oknie i przez większość czasu czytałam książkę o Hansie Franku, szefie Generalnego Gubernatorstwa. Pożyczył mi ją jeden z wykładowców, który jest jej autorem - ten sam, z którym prowadziłam kiedyś korespondencję mailową na temat historii Europy Wschodniej. Po prawie dwóch godzinach jazdy dojechaliśmy do tunelu pod Kanałem La Manche, a po 20 minutach wyjechaliśmy z niego już we Francji! :) Przed 20 byłam już w Paryżu, a o 20:30 wysiadłam z metra na stacji "Ponte de l'Alma", prosto na podświetloną wieżę Eiffla. Dotarłam przed czasem pod dom, w którym wynajmowaliśmy mieszkanie, więc weszłam do kawiarenki obok, zamówiłam piwo i wysłałam SMSa do właściciela, że już na niego czekam. Przyszedł i pokazał mi mieszkanie, a potem wyszłam razem z nim, żeby znaleźć jakąś kwiaciarnię w okolicy.

Weszłam do jednej z restauracyjek z zamiarem zjedzenia kolacji, kiedy dostałam wiadomość od brata, że zaraz będą. Czekałam więc na nich pod drzwiami domu, aż wreszcie weszłam znów do tej samem kawiarenki i tym razem zamówiłam herbatę. W końcu dojechali - mój brat, jego narzeczona i jej brat. Rozpakowaliśmy się i udaliśmy się wynajętym przez nich na lotnisku samochodem w poszukiwaniu otwartego sklepu :) Nie było to łatwe, bo minęła juz 22. Niedaleko domu kupiliśmy sery, bagietkę, masło i pomidory, a potem pojechaliśmy do dzielnicy La Défense do supermarketu. Niestety, był już zamknięty. Wróciliśmy więc do domu, po drodze zatrzymując się na Champs-Élysées, bo tylko tam sklepu były jeszcze otwarte, a musiałam kupić nożyczki do paznokci, bo mi się jeden złamał i chciałam go koniecznie obciąć przed ślubem :)

W piątek wstaliśmy około 10, zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy przygotowania do ślubu. Mój brat z bratem narzeczonej pojechali do Konsulatu załatwiać resztę formalności, tymczasem ja i narzeczona brata poszłyśmy po kwiatki. Właściciel tej kwiaciarni, którą znalazłam poprzedniego dnia, nie wytrzymał i po odrzuceniu kolejnej róży zaproponował, żebyśmy poszły gdzieś indziej. Po drodze weszłyśmy do fryzjera, żeby uczesali narzeczoną. Miałam problemy z wytłumaczeniem, o co nam dokładnie chodzi, bo nie wiedziałam nawet jak jest lakier do włosów po francusku! Nigdy nie byłam we Francji u fryzjera i to specjalistyczne słownictwo było mi całkowicie obce. Potem pod domem spotkałyśmy braci i razem poszliśmy do drugiej kwiaciarni po dwie czerwone róże. W domu dokończyliśmy przygotowania i na 13 pojechaliśmy do Konsulatu.

Wpuszczono nas na teren Pałacyku, w którym znajduje się polski Konsulat, do małej salki z Orłem w koronie i portretem Kościuszki na ścianach. Tam odbyła się ceremonia ślubna, którą nagraliśmy na wideo i obcykaliśmy dwoma aparatami. Było to dość trudne, biorąc pod uwagę, że było nas tam tylko czworo, plus pani Konsul, która po wypiciu szampana pozwoliła nam zrobić sobie sesję zdjęciową w salce i na schodach Konsulatu. Zanim wyszliśmy, minęła godzina, choć sama uroczystość trwała najwyżej pół godzinki. Z zaczętą butelką szampana podjechaliśmy pod wieżę Eiffla, a potem na Montmartre, gdzie zjedliśmy obiad w restauracji "Le Moulin de la Galette", w której przed nami bywali impresjoniści :) Przeszliśmy się też do Sacre-Coeur i podziwialiśmy zachód słońca nad miastem. Po powrocie do domu chciałam jeszcze iść do kina, ale okazało się, że ostatnie seanse są około 20, a dochodziła już 21, więc wróciłam do domu i poszłam spać.

    

Sacre-Coeur nocą i "mrugająca" wieża Eiffla :)

W sobotę rano po śniadaniu poszliśmy na Wieżę Eiffla, która stała dosłownie parę ulic dalej. Kolejka nie była taka wielka, więc całość zajęła nam niecałe 3 godziny :) Potem wróciliśmy do domu, zjedliśmy lunch i pojechaliśmy zwiedzać. Korki były trochę mniejsze niż w piątek, ale i tak przejazd i znalezienie parkingu zajmowało nam dość dużo czasu. Najpierw pojechaliśmy pod Luwr i przeszliśmy się po Ogrodach des Tuileries. Później podjechaliśmy do Notre-Dame, gdzie akurat trwała akcja "Free Hugs" :) A potem podjechaliśmy do dzielnicy Marais, na plac de Vosges. Ponieważ zapadł już zmrok, pojechaliśy do domu, po drodze kupując coś na kolację, a ja zaopatrzyłam się w 3 wina "na drogę" :) Zjedliśmy i pojechaliśmy zwiedzać Paryż nocą. Byliśmy pod Kościołem Św. Eustachego i przejechaliśmy obok Centrum Georgesa Pompidou oraz Ratusza.

    

Widok z trzeciego piętra Wieży Eiffla oraz piramida projektu Ieoh Minga Pei przed Luwrem.

Ponieważ była to nasza ostatnia noc w Paryżu, mieliśmy iść do jakiegoś klubu potańczyć, ale jak podjechaliśmy o 23 pod La Scalę, okazało się, że dopiero otwierają, a impreza tak naprawdę rozkręci się dopiero o 2 w nocy. Podeszliśmy więc jeszcze raz pod ślicznie podświetlony Luwr, gdzie zaczepił mnie jakiś tubylec i nie odstąpił na krok, dopóki nie wsiadłam do samochodu :) Wróciliśmy do domu, a ja poszłam na spacer pod wieżę Eiffla, żeby porobić jeszcze zdjęcia. O każdej pełnej godzinie przez 10 minut wieża mrugała światłami jak choinka. Przeszłam się na Trocadero, gdzie wiele osób podziwiało "mrugającą wieżę" i pstrykało zdjęcia, a potem wróciłam mostem dla pieszych. Spakowałam walizkę, weszłam po raz ostatni do wanny, aż wreszcie po 1 w nocy poszłam spać.

W niedzielę rano zjedliśmy śniadanie i zabraliśmy się za sprzątanie mieszkania. Po 10 przyszedł właściciel i odebrał klucze. Na 11:30 pojechaliśmy do Notre-Dame na Mszę międzynarodową (po francusku, angielsku i po łacinie! :) Zaraz po niej brat zawiózł mnie na dworzec Paris-Nord, a oni pojechali prosto na lotnisko. Wsiadłam w pociąg Eurostar i przejechałam znów pod Kanałem La Manche. O 15:30 byłam w Londynie, a że miałam 2 godziny do autobusu, przeszłam się znów pod Akwarium i London Eye, zjadłam pysznego gofra i poszłam spacerkiem na Victoria Station. Autobus był parę minut spóźniony, ale do Bratfoot przyjechałam parę minut wcześniej. Wsiadłam w autobus do domu, gdzie dotarłam o 22:30. Sprawdziłam po raz pierwszy od 4 dni maile i wrzuciłam wpis na bloga. A jutro rano muszę wstać do pracy, więc idę spać :)

wtorek, 13 lutego 2007
Dywanik u szefowej! :)

278.

Obudziłam się wczoraj rano z myślą, że właściwie jak już zaczęłam chorować, to mogłabym zostać jeszcze z jeden dzień w domu. Ale pomyślałam, że wezmę prysznic, a potem zadecyduję. Na szczęście orzeźwił mnie na tyle, że zebrałam się i poszłam do pracy. Na pytania, czy czuję się już lepiej odpowiadałam, że tak. Zabrałam się za odpowiadanie na maile, których jak zwykle trochę się zebrało. A potem poszłam do domu na lunch. Gosia co prawda dzwoniła wcześniej, żeby mnie spytać, czy wpadnę do niej na zupę ogórkową, ale musiałam iść na pocztę, więc z przykrością odmówiłam. Jak byłam w Wenecji Neil przysłał mi SMSa z pytaniem, czy jestem w Bratfoot, bo będzie wieczorem w mieście i chciał odebrać filmy, które wybrałam na tegoroczny festiwal. Ponieważ byłam we Włoszech, umówiliśmy się, że prześlę mu je w poniedziałek pocztą, więc w czasie lunchu musiałam się tym zająć i zostało mi za mało czasu, żeby iść do Gosi. Poza tym miałam już gotowy obiad z poprzedniego dnia. Poszłam więc najpierw na pocztę i wysłałam Neilowi filmy, a potem poszłam do domu na lunch.

Po lunchu zabrałam się za skanowanie kolejnego rozdziału dla wydziału Psychologii. A potem poszłam do szefowej, żeby zadać jej parę pytań i wylądowałam na dywaniku! Powiedziała, że jak już jestem, to chciałaby ze mną porozmawiać i zamknęła drzwi, a ja poczułam, jak robię się cała czerwona na twarzy. Po chwili się opanowałam, ale trochę się jednak zdenerwowałam, bo myślałam, że od razu mi powie, że nie przedłużają ze mną umowy. Tymczasem zaczęła od tego, czy mam jakieś problemy, bo nikt w całym departamencie tyle nie choruje co ja. W dodatku jestem jeszcze wciąż na okresie próbnym, o czym nie wspomniała, ale o czym ja świetnie pamiętam! Tak pomiędzy wierszami powiedziała mi, że jeśli to się jeszcze raz powtórzy, to będę miała kłopoty. A ja jej zasugerowałam, że zależy mi na tej pracy i mam zamiar dłużej tu zostać. Zapewniła mnie też, że jestem częścią tego departamentu, więc na razie chyba nie mają zamiaru mnie zwolnić. Ale wiem już, że w marcu nie mogę się znów rozchorować, żeby pojechać do Paryża. Będę musiała chyba przełożyć bilet na kiedy indziej!

Po pracy poszłam do domu i ugotowałam obiad na dwa pozostałe dni. W środę prosto po pracy jadę do Londynu i będę spała jedną noc u koleżanki mojej znajomej z Manchesteru. Przed 18 przyszła do mnie chrześnica Gosi, żebym pomogła jej wypełnić podanie o studia. Właśnie kończyłyśmy, kiedy przyszła Gosia i jej koleżanka z pracy, żeby zobaczyć zdjęcia z Wenecji. Wypiłyśmy po piwku i zjadłyśmy czekoladę oraz parę ciasteczek. Potem chrześnica Gosi i jej koleżanka pojechały do Balmoralu, bo obie teraz tam mieszkają, a Gosia pomogła mi jeszcze dopić ostatnie piwko :) Czekałyśmy cały czas na Malwinę, która miała dojechać później, ale się nie doczekałyśmy. W końcu odprowadziłam Gosię na przystanek autobusowy, a po jej wyjściu przyjechał kolega Malwiny, żeby odebrać listy dla niej, mówiąc że zasnęła. Usiadłam więc do komputera i zabrałam się za wrzucanie zdjęć z Wenecji na moją stronę www.fotki.com/annad9. Polecam! :)

Dzisiaj wstałam rano i poszłam do pracy w dość dobrym humorze. Zabrałam się za podpisywanie zdjęć z Wenecji i czas mi jakoś zleciał do lunchu. Poszłam do domu i porozmawiałam z bratem przez SKYPE'a. Nie udało mu się kupić biletów na Béjarta, ale może spróbuję kupić wejściówkę. Napisałam też maila do właściciela mieszkania, które wynajmujemy, żeby się z nim umówić na odbiór kluczy, bo będę pierwsza w Paryżu. Mój brat z narzeczoną i jej bratem dolecą dopiero godzinę później, a zanim dojadą z lotniska to będzie jeszcze później. Po lunchu wróciłam do pracy i dowiedziałam się, że szefowa jedzie jutro do Londynu i do końca tygodnia nie będzie jej w pracy. Zgodziła się też, żebym wyszła jutro trochę wcześniej. Po pracy wróciłam do domu, zjadłam coś, porozmawiałam znów z bratem przez SKYPE'a, a potem na 18:30 poszłam do Muzeum na kolejne spotkanie z cyklu "Nowe Kino Europejskie" i po raz kolejny się załamałam.

Jest to kurs dla dorosłych ludzi, którzy w dodatku za niego płacą. Nie wiem zatem, dlaczego traktuje się nas tam jak idiotów? Przynajmniej ja się czuję tak traktowana, kiedy prowadzący tłumaczy, co to jest hegemonia. Albo stwierdza, że na pewno nikt nie widział filmu "Niebo" Toma Tykwera i tłumaczy, kto to jest Tykwer i jakie filmy zrobił! A ja z nim robiłam wywiad! I widziałam prawie wszystkie jego filmy! I nie życzę sobie, by mnie pouczał facet, który widział mniej europejskich filmów ode mnie. I żeby mówił, że Kieślowski dużo palił (zgadza się) i pił (jak każdy w komunistycznej Polsce!) i dlatego umarł młodo! Ja też mieszkałam w komunistycznej Polsce i jeszcze żyję! Może dlatego, że nie palę? To jest jednak frustrujące, jak człowiek mieszka w kraju, w którym wszędzie zaniżany jest poziom intelektualny. Na uniwersytecie czułam się jak w liceum. Całe szczęście, że nie robię tych studiów magisterskich, bo co tydzień wracałabym z nich sfrustrowana, a tak przynajmniej jak się spotykam z moim promotorem, to czuję, że wie więcej ode mnie, ale nie zaniża poziomu.

Po powrocie do domu porozmawiałam przez SKYPE'a z przyjaciółką z Polski, a potem ze znajomą z Manchesteru. W końcu zabrałam się za pakowanie walizki, bo jutro o 17:20 mam pociąg do stolicy i nie będę już miała na to czasu. Dostałam maila od właściciela mieszkania w Paryżu i umówiłam się z nim na 20:40, bo przed 20 dopiero dojadę do dworca Paris Nord. Dostałam też maila przez Hospitality Club od jakiegoś Hiszpana, który pyta, czy może zanocować u mnie z kolegą we wtorek i środę. Przyjeżdżają szukać mieszkania, bo od kwietnia zaczynają w Leeds pracę jako dentyści. Oczywiście odpisałam, że nie ma sprawy :) Widzę, że nareszcie zaczyna się to rozkręcać. Choć jak się zapisywałam do HC, to myślałam, że nikt nie będzie chciał mnie odwiedzić, bo tu nic ciekawego nie ma :) Ale okazuje się, że Bratfoot też ma powodzenie :)))

niedziela, 11 lutego 2007
Karnawał w Wenecji! :)

277.

Mało brakowało, a w ogóle nie poleciałabym do Włoch. W czwartek o 6 rano poszłam na dworzec autobusowy i wsiadłam w autobus do Leeds, który zatrzymuje się prawie na każdym przystanku. Jest jeszcze drugi, który jedzie szybciej, ale miał przyjechać dopiero10 minut później. Pomyślałam, że tak wcześnie rano nie będzie żadnych korków i będzie jechał szybko. Zapomniałam tylko o jednym, a mianowicie o tym, że kierowca będzie przestrzegał rozkładu jazdy. Przynajmniej na dwóch przystankach stał i czekał, aż wybije godzina odjazdu, a ja wychodziłam z siebie! :) Autobus do Liverpoolu miałam o 7:05, a na dworzec w Leeds dojechaliśmy o 7:03! Pobiegłam do autobusu, ale kierowca wcale się nie spieszył, więc spokojnie bym zdążyła. A ja już się martwiłam, że będę musiała zaraz zawiadomić mojego gospodarza, że nie przyjadę, bo nie zdążyłam na autobus, który miał mnie zawieźć na czas na samolot, zupełnie jak moi niedoszli goście z Dublina :) Na szczęście zdążyłam!

Kiedy dojechaliśmy do Liverpoolu, zaczął tam padać śnieg. Zrobiłam więc parę zdjęć po drodze na lotnisko, bo to tutaj rzadkość. Bez problemu zdążyłam na samolot, w międzyczasie wymieniając wiadomości z moim gospodarzem z Wenecji, który napisał mi, że będzie na tym samym lotnisku co ja zaledwie 2 godziny wcześniej :) Poradził mi, żebym od razu na lotnisku kupiła bilet na autobus, który dojeżdża prosto do niego i wtedy nie będę miała problemów z językiem. Bo tam mówią po angielsku, a ja bałam się, że nie będę umiała nawet poprosić o bilet po włosku. Co prawda jak byłam we Włoszech jakieś 11 lat temu, to jakoś się dogadywałam, ale już prawie wszystko zapomniałam :) Na szczęście na lotnisku rzeczywiście nie miałam żadnych problemów i pół godziny później byłam już w Mestre. Mój gospodarz, Tom, miał na mnie czekać na przystanku, ale zamiast tego napisał mi SMSa, jak do niego trafić, bo mieszkał dosłownie ulicę dalej.

Tom przyjmuje bardzo dużo gości w ramach Hospitality Club. Tego dnia wrócił właśnie w Niemiec i jak się okazało, były to jego urodziny! Ale o tym dowiedziałam się dopiero po powrocie ze sklepu, kiedy rozmawiałam z Rosjanką z Sankt Petersburga., która przyjechała na 3 tygodnie do Włoch i następnego dnia jechała już do Florencji, a stamtąd do Rzymu. Ponieważ ona też nie miała dla niego żadnego prezentu, więc powiedziała mu wiersz po rosyjsku, a ja zaśpiewałam "Sto lat!" po polsku. Potem Tom powiedział wiersz po włosku - początek "Boskiej komedii" Dantego, a jego przyjaciel Misza, który przyszedł go odwiedzić, fragment wiersza Tarasa Szewczenki po ukraińsku :))) Tego wieczoru przyjechała jeszcze Francuska z Kanadyjczykiem z Qubecu i przywieźli Tomowi jakąś butelkę alkoholu, więc rozmawiałam nie tylko po angielsku, ale także po rosyjsku, ukraińsku i francusku :) A w środku nocy dojechały jeszcze dwie Słowaczki :)))

Ponieważ było nas 7 osób, a Tom ma tylko 3 pokoje, 3 łóżka i 2 materace, więc musieliśmy się trochę ścisnąć. Ja miałam do wyboru materac z dziewczynami lub łóżko z Tomem, wybrałam więc łóżko :) Jak się obudziłam w piątek rano, Toma już nie było, bo poszedł odebrać z dworca chłopaka swojej przyjaciółki, która miała dojechać później. On jest Włochem, a ona Litwinką, ale teraz też mieszka we Włoszech. Przy śniadaniu porozmawiałam chwilę ze Słowaczkami (każda z nas w swoim języku :) i umówiłyśmy się, że się spotkamy na mieście. Wymieniłyśmy się numerami komórek i one poszły zwiedzać, a ja suszyłam jeszcze głowę. Tom powiedział, że chętnie pokaże mi miasto, ale musi trochę popracować (ma własną firmę komputerową) umówiliśmy się więc, że spotkamy się później na placu Świętego Marka. Wsiadłam więc w autobus i 15 minut byłam już w Wenecji, na Piazzale Roma. Stamtąd przeszłam się wzdłuż rzeki, przepłynęłam gondolą na drugą stronę i doszłam do najsłynniejszego mostu w Wenecji - Ponte di Rialto.

  

Ponte di Rialto i scena na Placu Św. Marka.

Później doszłam do Placu Św. Marka, na którym stała już wielka scena i trwały przygotowania do uroczystej inauguracji karnawału. Wjechałam na dzwonnice Św. Marka i zwiedziłam Bazylikę Św. Marka :) Potem przeszłam się Placykiem Weneckim, gdzie trwało przedstawienie teatru Commedia dell'arte, a potem wróciłam pod scenę, bo o 15:30 miałam się tam spotkać z Tomem i ze Słowaczkami. Słowaczki dotarły, ale Toma znalazłyśmy dopiero godzinę później. Była już z nim Litwinka i razem obejrzeliśmy wybory najpiękniejszej panny w Wenecji. Kandydatki ubrane były w piękne, wyszywane złotem suknie i wszystkie wyglądały pięknie :) Potem obejrzeliśmy jeszcze przedstawienie ze sztucznymi ogniami, skoczkami i ludźmi na szczudłach, które skończyło się po 19. Zrobiło się już ciemno i trochę chłodno, a ja w dodatku od śniadania nic nie jadłam, poszliśmy więc na pizzę - podobno najlepszą w Wenecji (tak przynajmniej twierdził Tom :)

Słowaczki poszły się spotkać ze swoją koleżanką, a my na placyk, na którym trwał koncert salsy. Wkrótce doszedł do nas chłopak tej Litwinki i bawiliśmy się we czwórkę. Na rozgrzewkę wypiłam jedno piwo, a potem drugie :) W końcu Tom pomógł mi zamówić coś bardziej typowego dla Włoch - pyszną mieszankę czerwonego wina z sokiem i owocami oraz zieloną oliwką :) Potem poszliśmy na kolejny plac, gdzie trwała dyskoteka. Tam zjedliśmy kolejny kawałek pizzy na wynos, a potem poszliśmy potańczyć. Rozgrzałam się tak skutecznie, że tańczyłam już z rozpiętą kurtką :))) W końcu impreza się skończyła, a my poszliśmy na autobus. Tom powiedział, że jak chcę, to możemy pójść jeszcze do jakiegoś pubu w Mestre, gdzie tez trwały karnawałowe koncerty, ale jak już dojechaliśmy do domu, to mi się odechciało. Czułam, że mam gorączkę, a po alkoholu zrobiłam się zmęczona. Porozmawiałam chwilę z nową parą, która właśnie dojechała (Włoch i Węgierka) a potem wzięłam swój śpiwór i położyłam się na łóżku, póki jeszcze było wolne :)))

W sobotę wstałam dopiero tuż przed południem. Wzięłam kąpiel i zjadłam śniadanie. Tom miał mi co prawda ugotować prawdziwą włoską pastę, ze składników, które kupiłam pierwszego dnia w sklepie, ale zrobiło się późno, więc powiedział, że mnie odprowadzi na autobus, a po drodze zjemy najlepsze tramezzini w mieście :) Kupił mi trzy kanapki o kształcie trapezu, każdą z innym nadzieniem, żebym miała na drogę :) Powiedział, żebym koniecznie przyjechała znów latem, na trochę dłużej, i że być może mnie odwiedzi w Anglii. Powiedział, że jestem piękna, seksowna i w ogóle najwspanialsza na świecie. I że nie mówi tego każdej dziewczynie:) Cóż, miło było to wszystko usłyszeć, nawet jeśli mówi to PRAWIE każdej :))) Taka podróż do Włoch potrafi jednak poprawić kobiecie samopoczucie ;) Na lotnisku w Treviso wsiadłam do samolotu do Liverpoolu. Tam miałam godzinkę czasu, kupiłam więc coś na drogę i chleb, bo wiedziałam, że w domu już nic nie mam. Potem wsiadłam w autokar do Leeds, gdzie przesiadłam się w autobus do Bratfoot i po 21 byłam już w domu. Porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a, a potem dorwałam się do Internetu i zanim poszłam spać dochodziła już 4 rano :)

Dziś obudziłam się dopiero o 13 i poszłam na zakupy. Kupiłam dla brata prezent na ślub i spotkałam Gosię z jej koleżanką z pracy. Pomogłam im zamówić taksówkę i zapakować jej rzeczy, bo przeprowadzała się właśnie z powrotem do hotelu Balmoral. Potem zaniosłam prezent do domu i na 17 poszłam do kina na izraelski film "The Syrian Briade" Erana Riklisa, w ramach "UK Jewish Film Festival on tour". Była to historia rodziny panny młodej, mieszkającej na Wzgórzach Golan, która miała wyjść za mąż za aktora sitcomu z Syrii, którego znała tylko z telewizji. To bardzo dobry, zabawny i jednocześnie wzruszający film, dający do myślenia, który polecam każdemu, kto tylko ma szansę go zobaczyć. Po filmie poszłam na chwilę do domu i zjadłam wreszcie obiad. A na 19:15 poszłam na "Babel" w reżyserii Alejandro Gonzáleza Iñárritu.

    

"The Syrian Bride" Erana Riklisa i Gael Garcia Bernal w filmie "Babel" Alejandro Gonzáleza Iñárritu.

"Babel" to dla mnie film o tym, że Amerykanie są swojego rodzaju "nadludźmi", którzy uważają, że należy im się lepsze traktowanie niż pozostałym mieszkańcom te planety. Za jedną zranioną Amerykankę musi umrzeć przynajmniej jeden "arabski terrorysta". Znamienne było to, jak rządy różnych krajów traktują swoich obywateli. Rząd USA dba o to, by pomóc swoim obywatelom i wysyła helikopter po zranioną Amerykankę. Tym czasem w Maroku ludzie są bici przez przedstawicieli tamtejszej władzy, która chce się przypodobać Amerykanom. Tymczasem rząd amerykański podobnie traktuje obywateli pobliskiego Meksyku. Jednym słowem "są równi i równiejsi". Zdaję sobie świetnie sprawę, że nie o takie konkluzje chodziło reżyserowi, ale nic na to nie poradzę. Iñárritu chciał pokazać, jak wszystko co robimy ma znaczenie i wpływ na życie innych. Naprawdę mieszkamy teraz w "globalnej wiosce" McLuhana!

Po filmie poszłam do sklepu, żeby kupić parę rzeczy do jedzenia i piwo na jutro. Wieczorem ma przyjść Gosia, jej chrześnica i ta koleżanka, która się dziś przeprowadzała, na oglądanie zdjęć z Wenecji. Trochę się boję iść jutro do pracy, bo nie wiem jak szefowa zareagowała na fakt, że nie było mnie w czwartek i piątek w pracy. Domyślam się, że nie była zachwycona. Ale nawet jeśli mieli by mnie zwolnić z pracy, to warto było :) Widziałam Wenecję zimą i choć nie było śniegu, to był karnawał i cofnęłam się w czasie o te 11 lat :) Poza tym udało mi się rozwiązać zagadkę, która przez te lata mnie męczyła. Kiedy byłam po raz pierwszy na wieży Św. Marka i zrobiłam zdjęcia miasta z widoku ptaka, na jednym z nich widać okrągłą wieżę z krętymi schodami. Zawsze się zastanawiałam, co to za budynek. Teraz znów zrobiłam mu zdjęcie i pokazałam je Tomowi, a on powiedział mi, że to Scala Contarini Del Bovolo. Może wkrótce wrócę znów do Wenecji, żeby wejść na te schody? :)

    

Scala Contarini Del Bovolo i wybory najpiękniejszej panny w Wenecji :)

czwartek, 08 lutego 2007
Wenecja zimą! :)

276.

Obudziłam się w środę około 5 rano z okropnym bólem głowy. Wzięłam proszek i poszłam dalej spać. Potem wstałam i poszłam do pracy, czując że naprawdę zaczyna mnie łamać w kościach, ale jak na złość katar i kaszel mi się skończył! Nie wyglądałam więc chyba zbytnio na chorą, ale choroba dopada człowieka nagle, w środku nocy, prawda? Rano zgłodniałam, więc wyjęłam pieniądze z bankomatu i kupiłam sobie kanapkę. Co prawda staram się oszczędzać, ale pomyślałam, że i tak potrzebuję drobne na jutro na autobus, więc przynajmniej od razu je rozmienię. Rano muszę na 7 dojechać do Leeds, skąd mam autokar do Liverpoolu. Tam wsiądę w autobus na lotnisko i polecę do Treviso. A stamtąd muszę jakoś dojechać do Wenecji i spotkać się z moim gospodarzem, u którego spędzę dwie najbliższe noce. Skontaktowaliśmy się SMSami i stwierdził, że jakoś sobie poradzimy, chociaż będzie już pewnie u niego nocować z 8 osób :) Powinnam chyba założyć, że wcale nie będę spać, tylko czeka mnie jedna, długa impreza :)))

Przed południem poszłam na otwarte warsztaty, w czasie których specjalistka od naszego systemu SAINT pokazała mi, jak mam zrobić coś, nad czym od paru dni główkowałam z moją szefową. Potem poszłam na lunch, a po nim prosto na spotkanie dotyczące SAINTa. Robiłam straszne miny i mrużyłam oczy, żeby szefowa zobaczyła, jak źle się czuję, ale ani kaszel ani katar mi jakoś nie wychodził. A naprawdę źle się czuję, szczególnie jak pomyślę o tym, co robię. Ale nic na to nie poradzę. Nie mam wyboru. Wiem, że robię źle, ale dopóki nie wyrządzam tym nikomu krzywdy... A nie wyrządzam, bo nikt nie będzie nawet musiał za mnie pracować. Wszystko będzie na mnie czekać, jak wrócę i przynajmniej znów przez parę dni będę miała co robić. To się nazywa relatywizm! :)))

Po pracy przyszłam do domu i zaczęłam składać na łóżku rzeczy do spakowania. A potem poszłam na lekcję polskiego, na której przerabialiśmy kolejny przypadek. Wyciągnęli też ze mnie, po co jadę do Paryża i życzyli, żebym się dobrze bawiła. Mam im potem wszystko dokładnie opowiedzieć, jak się spotkamy za 2 tygodnie. Za tydzień bowiem college jest zamknięty i nie ma zajęć. Będę mogła trochę odpocząć i posprawdzać ćwiczenia, które im kazałam zrobić. Po lekcji wróciłam do domu i zabrałam się za pakowanie. Położyłam się spać około północy, a już o 5 rano obudził mnie budzik. Wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie, zrobiłam sobie kanapkę na drogę i napisałam maila do szefowej. Zaraz wychodzę, a po powrocie napiszę, jak było. Trzymajcie za mnie kciuki! :)

wtorek, 06 lutego 2007
Jak kropla w morzu :)

275.

W poniedziałek poszłam do pracy wmawiając sobie, że się źle czuję, żeby się lepiej wczuć w chorobę :) I rzeczywiście to działa - od razu poczułam się gorzej :) Zabrałam się znów za skanowanie i ranek szybko mi upłynął. W czasie lunchu weszłam na pocztę i kupiłam dwa znaczki - jeden do Portugalii, a drugi miejscowy - oraz kartkę okolicznościową z napisem "Thank You". Kartka jest dla Shaza, za to że mi pomógł załatwić sprawę mieszkania. Wrócił właśnie z Hiszpanii i zadzwonił do mnie w niedzielę wieczorem, jak byłam u Gosi. Pomyślałam więc, że jak go następnym razem zobaczę, to mu ją wręczę. Zapytał, czy chcę z nim jechać w maju na ślub znajomych do Barcelony i zaczynam się poważnie nad tym zastanawiać :) Taka okazja! :))) Po powrocie do pracy przygotowałam do wysłania nową umowę o mieszkanie oraz list do hotelu w Portugalii, w którym chcę zarezerwować nocleg na koniec lipca. Mailem mi się nie udało, dodzwonić się za bardzo nie mogłam, SMS na komórkę też nie podziałał, więc pomyślałam, że teraz spróbuję to załatwić pocztą :) Potem zeskanowałam ostatni rozdział i zaczęłam go obrabiać. Nawet nie zauważyłam, jak wybiła 17.

Po pracy poszłam do domu i szybko coś zjadłam. A potem poszłam na kolejną lekcję polskiego z pierwszym rokiem. Ostatnio ćwiczymy zamawianie dań i napojów w restauracji. Muszą wychodzić parami na środek i odgrywać scenki rodzajowe. Muszę jednak przyznać, że trochę się załamałam, bo niektórzy nie potrafili prawie nic powiedzieć, albo tak źle wymawiali zdania, że w ogóle nie mogłam ich zrozumieć! Zaczęłam im więc tłumaczyć wszystko od początku, ale teraz mamy tydzień przerwy w lekcjach i w tym czasie pewnie znów wszystko zapomną! :) Po lekcji wyszłam z Tomem, bo mieszka z Agnès na tej samej ulicy. Jak przechodziliśmy koło squatu, zaproponował, żebym weszła na chwilę, więc poszłam do nich na herbatę. Była już tam Nina, wolontariusz z Polski i jeszcze jakaś Polka, która dała mi broszurkę o prawach ludzi pracujących w Anglii. Pomyślałam, że wątpię, abym się po 2 latach pracy tutaj dowiedziała jeszcze czegoś nowego, ale poczytam. Potem umówiłam się jeszcze z Agnès, że we wtorek wybierzemy się razem do muzeum na film "W stronę morza" Amenàbara i poszłam do domu.

Dzisiaj obudziłam się przed budzikiem i stwierdziłam, że jest mi zimno. Na szczęście była ciepła woda i kaloryfery też teoretycznie grzały, ale w pokoju jest chłodno i ciągnie od okna. Od razu poczułam, że mnie gardło boli i mam katar, więc poszłam do pracy z miną cierpiętnicy. Jak już wspomniałam, to najwyraźniej działa, bo jedna z dziewczyn spytała, czy się dobrze czuję, a jak powiedziałam że nie, to przyniosła mi jakieś lekarstwo. Wzięłam, ale i tak wiem, że mi nie pomoże i coś już czuję w kościach, że w czwartek bardzo poważnie się rozchoruję! :) Tak poważnie, że nie będę mogła pójść do pracy, tylko będę musiała się leczyć we Włoszech :))) Dostałam odpowiedź od jednego członka "Hospitality Club" z Wenecji, który powiedział, że co prawda w ten weekend będzie już u niego nocować 7 osób (w tym 3 czy 4 Polaków :) ale jakoś sobie poradzimy :))) Chyba, że ktoś jeszcze się do mnie odezwie, ale chyba już się na to nie zapowiada.

W czasie lunchu porozmawiałam ze starszym bratem przez SKYPE'a. Powiedział, że załatwił już dla nas 3-pokojowe mieszkanie w Paryżu. Kupiłam też wreszcie bilet na autobus do Londynu. Postanowiłam jechać w środę 14 lutego prosto po pracy i zanocować w stolicy, a rano trochę po niej pospacerować, zanim po 16 wsiądę do pociągu i pojadę do Paryża. W pracy od razu wydrukowałam sobie ten bilet i teraz jestem już gotowa na oba wyjazdy. Muszę się jeszcze tylko spakować. Potem do 17 nudziłam się strasznie, bo nie miałam już co robić. Chciałam poprosić szefowa, żeby mi znalazła coś do roboty, ale gdzieś zniknęła. Usiadłam więc do Internetu, a potem przyszedł jeden z wykładowców i mnie zagadał. Przez niego wyszłam z pracy o 17:15! Nie potrafię mu jakoś zwrócić uwagi, że od 10 minut już nie pracuję i chcę iść do domu! :) Mimo, że dziś byłam już głodna i w brzuchu mi burczało. W domu zjadłam coś szybko i poszłam do college'u załatwić robotę papierkową, bo teraz biuro jest otwarte tylko w poniedziałk i wtorki wieczorem, a w środę i czwartek już nie.

Na 18:30 pobiegłam do kina. Dziś w ramach kursu "Nowe Kino Europejskie" był pokaz filmu "W stronę morza". Pod salą stał pracownik muzeum i pytał każdego, czy chodzi na kurs. Jak się odpowiedziało, że tak to dawał bilet, a nawet dwa. Nie wiem, czy myślał, że jestem z kimś, ale wzięłam oba i zadzwoniłam szybko do Agnès. Niestety, nie odebrała komórki. Wysłałam jej SMSa i zadzwoniłam jeszcze raz. W końcu spytałam parę, która stała koło mnie i rozmawiała po hiszpańsku, czy chcą za darmo jeden bilet. Oczywiście bardzo się ucieszyli, a ja poszłam na salę. Okazało się, że Agnès już jest w środku i ma wyłączoną komórkę :) Przed filmem była świetna reklama Macintosha (a właściwie dwie :) którego odgrywał aktor w średnim wieku, w jeansach i w bluzie, z rękami w kieszeniach. Koło niego stał aktor w szarym garniturze, który uosabiał PeCeta :))) Mac zagadywał PeCeta, który w końcu zaczął kichać, bo złapał jakiegoś wirusa, a potem się zawiesił :) Ktoś miał naprawdę świetny pomysł na reklamę :)

Agnès powiedziała mi, że nie była pewna czy przyjść na ten film. Właśnie dowiedziała się, że umarła jej babcia, która bardzo długo chorowała, podobnie jak bohater "W stronę morza". Jutro rano jedzie do Francji na pogrzeb i wróci pewnie dopiero za tydzień. Powiedziałam, że film powinien się jej spodobać, bo ma dość pozytywne przesłanie, ale żeby przygotowała się na to, że będziemy płakać. I rzeczywiście, łzy w czasie seansu leciały nam rzęsiście. Nie jest to jednak ckliwe, grające na emocjach kino, tylko świetnie zrobiony film z pięknymi zdjęciami i mądrym przesłaniem, żeby szanować wolność jednostki -oczywiście dopóki nie zagraża ono wolności innych - wolność dokonania najważniejszego wyboru, dotyczącego naszej śmierci, skoro na narodziny nie mieliśmy wpływu. Myślę, że powinni ten film pokazywać w szkołach, w telewizji, w sejmie -żeby ci, którzy próbują nam mówić, jak mamy żyć, trochę się zastanowili i zaczęli szanować zdanie innych. Ech, marzenia!

  

Javier Bardem - przed wypadkiem i z Belén Ruedą przy dźwiękach "Nessun Dorma" Pucciniego.

poniedziałek, 05 lutego 2007
Roztańczony weekend :)

274.

W sobotę obudziłam się przed południem i wzięłam prysznic. Trochę pomógł, ale nadal nie czułam się najlepiej :) Nie udało mi się zmusić do sprzątania, choć po 14:00 miałam mieć gości. Spodziewałam się przyjazdu Polaka z Dublina, który skontaktował się ze mną przez Hospitality Club. Zjadłam śniadanie, wzięłam prysznic i wróciłam znów do łóżka! :) W końcu minęła 14, a tu żadnej wiadomości, choć umawialiśmy się, że zadzwoni, jak już z kolegą wylądują. W końcu poszłam do sklepu, bo stwierdziłam, że nie mam nawet dość chleba, żeby ich przyjąć i jak wróciłam odebrałam maila, w którym napisał, że spóźnili się na samolot, więc nie przylecą. I że mają nadzieję, że nie popsuli mi za bardzo planów na weekend. Cóż, gdybym wiedziała wcześniej, że nie przyjadą, to poszłabym na 14:30 do Alhambry na balet z Sankt Petersburga (http://www.spbt.ru/). Tego dnia wystawiali w Bratfoot po raz ostatni "Śpiącą królewnę", a ja już dawno sobie obiecałam, że pójdę ich zobaczyć. Postanowiłam więc pójść wieczorem na ich ostatnie przedstawienie. Wcześniej odwiedziła mnie Malwina i odebrała list.

Po 19:00 poszłam do Alhambry i zobaczyłam pełen teatr i długą kolejkę do kasy. Nigdy chyba nie widziałam tam tylu osób! I tak długiej kolejki! Na szczęście znalazło się jedno miejsce na dole, w siódmym rzędzie, w dodatku za połowę ceny. Jako studentka mam prawo w dniu spektaklu kupić tańszy bilet, więc zamiast prawie 30 funtów, zapłaciłam niecałe 15 :) I całe szczęście, bo inaczej bym przepłaciła! Przez pierwsze 15 minut nikt nie tańczył, tylko wszyscy chodzili po scenie i dużo machali rękoma! Potem kurtyna opadła i przez jeden utwór mogliśmy ją podziwiać, a nawet dość dokładnie się jej przyjrzeć! Już zaczęłam myśleć, że chyba robią nas w konia za te pieniądze, ale wtedy wreszcie zaczął się balet. Muszę jednak stwierdzić, że nie był porywający. Chwilami myślałam nawet, że przysnę. Wolę jednak balet współczesny, niż te sztuczne, egzaltowane pozy. Dekoracje i kostiumy były bardzo kolorowe, a wykonawcy bardzo dobrzy, ale zabrakło tego czegoś... Po przedstawieniu miałam iść na imprezę organizowaną przez squatterów w jakimś starym, zamkniętym pubie, ale wysłałam Agnès wiadomość, że nie mam siły i idę spać. Trzy imprezy pod rząd to już chyba za dużo, nawet dla mnie :)))

W niedzielę obudziłam się tuż po południu i jedząc śniadanie porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a. Ustalam wciąż z bratem szczegóły naszego wyjazdu do Portugalii. Potem na 13:45 poszłam do muzeum na "A Prairie Home Companion" Roberta Altmana. To jego ostatni film i swoisty testament, w którym porusza temat śmierci. Zagrało w nim parę gwiazd, takich jak Kevin Kline, Meryl Streep, Woody Harelsoon, Tommy Lee Jones czy Virginia Madsen i Lindsey Lohan. Bardzo mi się podobał, bo w piękny sposób opowiadał o przemijaniu. Po filmie poszłam do St. George Hall i kupiłam od razu bilet na wieczorne przedstawienie "Lord of the Dance", bo nie chciałam, żeby powtórzyła się historia z Alhambry - stanie w długiej kolejce, z obawą, że zabraknie biletów. Tym razem zapłaciłam jednak prawie 30 funtów, bo tam nie mają zniżek dla studentów. Potem wsiadłam w autobus i pojechałam do Gosi na pyszny, domowy, polski obiad. Oprócz mnie była tam jeszcze jej chrześnica i koleżanka z pracy. Wyszłyśmy około 19, a na 20 poszłam na przedstawienie.

    

"A Prairie Home Companion" i jedna z tancerek z przedstawienia "Lord of the Dance".

"Lord of the Dance" (http://www.lordofthedance.com) to kolejne przedstawienie w choreografii Michaela Flatley'a. Pierwszy raz zobaczyłam fragmenty jego "Riverdance" ("Taniec rzeki") w czasie Eurowizji w 1994 roku i tak jak większość ludzi byłam zachwycona. Parę lat później byłam w Teatrze Wielkim w Warszawie na "Tańcu żywiołów". Pamiętam, jak musiałam się wtedy starać o akredytację, bo na bilet nie było mnie stać. A teraz podeszłam po prostu do kasy i zapłaciłam. Niestety, sam Michael Flatley już nie tańczy, a jego miejsce zajął młodszy tancerz, który nie ma jednak takiej charyzmy. To trochę tak jak z filmami Woody'ego Allena - odkąd jego postać grają młodsi aktorzy, to mimo iż wypowiadają jego teksty, to już nie to samo. W dodatku większość tancerek wyglądało jak lalki Barbie z doczepianymi włosami :) Ale i tak przedstawienie podobało mi się o wiele bardziej, niż rosyjski balet klasyczny :) Wolę jednak taniec nowoczesny. W Paryżu mamy się wybrać z bratem na Béjarta. Już się nie mogę doczekać! :) W każdym razie po tym weekendzie uświadomiłam sobie dlaczego wolę kino od teatru - tam nie trzeba klaskać i potem ręce tak nie bolą! :)))

Impreza za imprezą! :)

273.

W środę w pracy poszłam rano do stołówki, bo znów trochę zgłodniałam. Spotkałam jak zwykle obie pracujące tam Polki. Muszę chyba marnie wyglądać, bo jak któraś z nich siedzi na kasie, to albo każą mi taniej płacić, albo wziąć więcej za te same pieniądze, co w sumie na jedno wychodzi :) Jak wróciłam z domu po lunchu usiadłam do skanowania fragmentów książek dla wykładowców psychologii. Anglicy myślą, że skanowanie jest bardzo trudne i jak mówi, że potrafi, to wszyscy go podziwiają, po czym oddają mu całą robotę :) Ale nie mam nic przeciwko temu, bo sprawia mi to przyjemność. Po pracy poszłam się spotkać z moim promotorem. Oddałam mu wstępny plan rozdziałów mojej pracy doktoranckiej i ustaliliśmy, że do końca maja mam napisać pierwszy rozdział. Będzie dotyczył historii polskiej kinematografii i powinien być dosyć łatwy, jak na początek. Po godzinnym spotkaniu z promotorem poszłam na chwilę do domu, a potem na kolejną lekcję polskiego z drugim rokiem. Przerobiliśmy kolejny przypadek. Jak tak dalej pójdzie, to w tym tempie może się do końca roku wyrobimy?

W czwartek około 12 poszłam znów do stołówki, żeby zjeść zupę, bo w czasie lunchu postanowiłam pójść na spotkanie z Markiem Gatleyem - scenarzystą i dramatopisarzem. Jego największe osiągnięcie to co prawda parę sztuk, a ostanio pisanie scenariuszy kolejnych odcinków telewizyjnego tasiemca "Casualty" (http://www.bbc.co.uk/drama/casualty/), którego i tak nie oglądam, bo nie mam telewizora, ale facet opowiadał dość ciekawie i bez nadęcia o pisaniu. Po pracy poszłam na chwilę do domu, a na 17:30 do pobliskiej hinduskiej restauracji "Omar Khan's" na curry z całym wydziałem Psychologii. Siedziałam obok tego samego wykładowcy, z którym po "Christmas Do" wracałam autobusem do domu (jak tak dalej pójdzie, będę mu musiała nadać jakieś imię :) i z którym teraz przegadałam pół wieczoru. A potem oczywiście jak wszyscy się rozchodzili, to znów poszliśmy razem w jedną stronę. Odprowadził mnie do pubu, w którym miałam mieć kolejne "Kółko francuskie". A że było pół godziny za wcześnie, namówiłam go na drinka, żeby się nie siedzieć samej w pubie.

Godzinę i jeden drink później przyszedł Conrad - Anglik, który parę lat spędził z rodzicami w Belgii i który przez parę ostatnich lat nie rozmawiał w ogóle po francusku. Ale teraz robi duże postępy i z każdym spotkaniem idzie mu coraz lepiej i szybciej :) Conrad wykłada socjologię na uniwersytecie w Leeds i interesuje się polityką. Przedstawiłam ich sobie, a potem mój znajomy poszedł do domu, a ja z Conradem przeszliśmy na francuski. Powiedział, że pierwszy raz słyszał, jak mówię po angielsku :))) Zaproponował też, że przeczyta i poprawi pierwszy rozdział mojej dysertacji, zanim oddam go promotorowi. To bardzo miło z jego strony. Po jakimś czasie zadzwoniłam do Niny i Matthieu, a potem do Toma, ale okazało się, że nikt z nich nie przyjdzie, więc przegadałam z Conradem cały wieczór, aż nas wreszcie po północy wyrzucili z pubu :) Jak wróciłam do domu sprawdziłam jeszcze maile i dodałam komentarze do paru blogów, choć po jednym Forsterze i trzech Żywcach to nie był chyba najlepszy pomysł, a potem około 2 w nocy poszłam wreszcie spać (podobnie jak co czwartek ostatnio :)))

W piątek zaczęłam wymieniać maile na temat "wschodnich granic Europy" z jednym z naszych wykładowców. Zaczęło się od żartu, że mogłabym wykładać ten przedmiot, bo ja i moja rodzina znamy go z autopsji :) Po dwóch czy trzech mailach, w których wspomniałam m.in. Jałtę i Katyń, zapytał mnie, czy długo studiowałam historię! :))) Jasne, całą podstawówkę, liceum i niestety także trochę w czasie studiów, bo na dziennikarstwie jest dużo przedmiotów historycznych i politycznych. W każdym razie kolejna osoba jest tu w szoku, że mam o czymkolwiek pojęcie, bo przecież pracuję w administracji, czyli pewnie skończyłam naukę w wieku 16, góra 18 lat. No ale co innego mają myśleć. Skoro my sami jesteśmy przekonani, że możemy znaleźć pracę najwyżej w fabryce, w restauracji lub na budowie? A ja sama przyznaję, że się uważam za szczęściarę, bo pracuję w biurze! Ale na szczęście są tacy Polacy, którzy szukają w tej pracy zgodnej z wykształceniem i udaje im się ją znaleźć. Ja też sobie powtarzam, że wiecznie w tej administracji pracować nie będę, choć swojego zawodu nie mogłabym tu przecież wykonywać.

W czasie lunchu w skrzynce pocztowej znalazłam bilety do Paryża, które kupiłam we wtorek przez Internet. Nie przypuszczałam, że przyjdą tak szybko! Ale pocztę to tu jednak mają sprawną :))) Po pracy przyszła do mnie Gosia, żebym zgrała jej na komputer zdjęcia z Chester. Jak się ich zbiera więcej, to nagrywam je na płytkę. W pewnym momencie zadzwonił domofon, więc pomyślałam, że to pewnie Malwina, bo dałam jej wcześniej znać, że przyszedł do niej jakiś list. Tymczasem w słuchawce usłyszałam głos Patryka: "Znasz kogoś, kto szuka lokatora?". Jak zwykle trochę mnie zaskoczył, więc odpowiedziałam, że nie, ale jak coś usłyszę, to dam mu znać na komórkę. Powiedział, że nie ma już komórki. Odpowiedziałam, że w takim razie nie dam mu znać. A on na to znów "To na razie" i poszedł. Gdyby nie było Gosi, pewnie zaproponowałabym, żeby wszedł na górę i byśmy po ludzku pogadali, ale oni się nie cierpią, więc powiedziałam tylko "Na razie" i jakby nigdy nic wróciłam do Gosi. Myślałam, że uda mi się ją namówić na piwo Polskim Klubie z moimi studentami, ale była zmęczona i poszła do domu.

Tuż po 19:00 dotarłam do klubu, w którym siedziały już trzy osoby. Zagadywał ich jeden ze stałych bywalców, który już nas kojarzy i jak się okazuje, zna nawet moje imię, nie wiem skąd. Po jakimś czasie doszła jeszcze jedna dziewczyna z kolegą, ale powiedzieli, że nie zostaną długo, bo idą na jakąś imprezę. Na koniec doszli jeszcze Tom z Agnès i impreza się rozkręciła. W pewnym momencie Agnès poprosiła barmana, żeby puścił jakąś polską muzykę. Wygrzebał więc jakąś płytę z dość fajnymi piosenkami (m.in. "Dmuchawce, latawce, wiatr" Urszuli, "Ostatni" Edyty Bartosiewicz czy "Z Tobą odeszły anioły" Wilków). Zaczęłam śpiewać, zbierając komplementy na temat swoich umiejętności wokalnych, a potem Agnès zapropnowała, żebyśmy zatańczyły i zaczęła mną wywijać :) Jacyś panowie z sąsiedniego stolika zaczęli coś do nas krzyczeć po włosku! No jednym słowem wariactwo! :))) Potem podrywałam jeszcze młodszego barmana, aż w końcu po północy nas wyrzucili i zamknęli klub :)))