Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 27 lutego 2008
Trzęsienie ziemi! :)

405.

We wtorek rano było zebranie działu administracji. Szefowa powiedziała, że wkrótce wreszcie ukaże się ogłoszenie na moje stanowisko. Czyli cała ta gadka o tym, żebym złożyła rezygnację, bo ona będzie wtedy miała więcej czasu, żeby znaleźć kogoś na moje miejsce, to był jeden wielki kit. Gdybym znalazła nową pracę i dała jej 4 tygodnie wypowiedzenia, wyszłoby na to samo! Jestem trochę rozżalona całą tą sytuacją, bo wydaje mi się, ze Angielce by tego nie zrobiła. Na lunch poszłam do domu, a po pracy coś zjadłam i na 17:45 poszłam z Cheryl do kina na "Motyl i skafander" (Le Scaphandre et le papillon). To bardzo dobry film z Mathieu Amalriciem, Marie-Josée Croze i Emmanuelle Seigner, oparty na książce, której autor Jean-Dominique Bauby był sparaliżowany i kontaktował się ze światem mrugając jedynie jedną powieką. Po filmie spotkałam się na chwilę z Wanyu i zajrzałam na salę, gdzie leciał film "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". Było tam ze 20 osób, między innymi dwoje moich studentów z drugiego roku. Potem wróciłam do domu i około 23 poszłam spać. Dwie godziny później obudził mnie dziwny dźwięk, jakby coś spadło z hukiem na podłogę. Zapaliłam światło, ale niczego nie zauważyłam. Pomyślałam, że to może jakaś mysz próbuje się dostać do mojego ciepłego mieszkanka? :) Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 1 w nocy, więc poszłam dalej spać.

  
Mathieu Amalric i Marie-Josée Croze w "Motyl i skafander" ze zdjęciami Janusza Kamińskiego
.

Dziś rano w pracy dowiedziałam się, że około 1 w nocy nawiedziło nas największe od 25 lat w Anglii trzęsienie ziemi! Już wiem, co mnie w nocy obudziło! :) Szefowej nie było, więc zabrałam się za wrzucanie na stronę www.fotki.com/annad9 zdjęć z Newcastle. Potem jedna z wykładowczyń Psychologii wręczyła mi kartkę i prezent, który z wyglądu wzięłam za pudełko czekoladek. Tymczasem jak otworzyłam je w domu w czasie lunchu, okazało się, że jest to japońska laleczka Kokeshi! :) Ma mi przynieść spokój i ciszę :) Po lunchu na biurku znalazłam kolejną kartkę, tym razem od wykładowcy, który zawsze przekręcał moje imię. Teraz na kopercie napisał Anaya :))) Przed wyjściem z pracy wysłałam dwie aplikacje na nowe stanowiska i napisałam parę maili. W domu usiadłam do Internetu i uzupełniłam listę moich spotkań z promotorem. Udało mi się mu ją przesłać zanim na 19:00 poszłam na kolejną lekcję polskiego. Tym razem zmusiłam studentów 3 roku do dyskusji :) Ustawiłam krąg z krzeseł i kazałam im tam usiąść, żeby nie mogli korzystać ze swoich notatek. Całkiem nieźle im poszło :) Potem wróciłam do domu i zabrałam się za testy z polskiego oraz uzupełnianie bloga. Wymieniłam też parę zdań z siostrą przez SKYPE'a na temat mojego przyjazdu na święta wielkanocne.

  

Japońska laleczka Kokeshi z regionu Tohoku i kartka z życzeniami powodzenia :)

poniedziałek, 25 lutego 2008
Weekend w Newcastle :)

404.

W czwartek rano wydrukowałam swoje CV i poszłam z nim na 9:15 do Działu Karier. Spotkała się tam ze mną babka, która pokazał mi, jak się piszę angielskie CV. Tak naprawdę większość tych rzeczy wiedziałam, więc była to trochę strata czasu. Szczególnie, że zaczęła mi opowiadać, że była w Polsce, bo ma tam przyjaciółkę, która ma syna Roberta, a on dziewczynę, która jest aktorką. Nazywa się Anna Antonowicz. Zagrała w paru filmach, między innymi w "Jeszcze raz", ale prawdę mówiąc w życiu o niej nie słyszałam. A Robert podobno zajmuje się polityką. Zaczęła mi pokazywać ich zdjęcia. W końcu dała mi jakieś dwa prospekty, które z tego wszystkiego chyba najbardziej mi się przydadzą. Wracając do pracy zaszłam jeszcze do International Office, gdzie dostałam listę pięciu linków z adresami organizacji, w których można się starać o dofinansowanie na studia podyplomowe, czyli tzw. Postgraduate. Na lunch poszłam do domu, a potem wróciłam do pracy. Po pracy poszłam prosto do domu i zabrałam się za porządkowanie papierów z college'u i na 19 poszłam na kolejną lekcję polskiego. Po lekcji poszłam z Wanyu do Tree House wypić do końca butelkę Lambrini, którą przyniosła do mnie w sobotę. O 22 byłam już w domu.

  

Anna Antonowicz w ciąży z narzeczonym Robertem i z Przemkiem Cypryańskim w "Jeszcze raz".

W piątek w pracy czas mi szybko upłynął. Na lunch poszłam do domu, a po pracy poszłam z plecakiem do Lidla na zakupy. Spotkałam tam najpierw Dylana, jednego ze squatterów, a potem Ninę. W międzyczasie zadzwonił do mnie Conrad i powiedział, że nie przyjdzie wieczorem na Kółko Francuskie. Po zakupach poszłam prosto do Gosi, żeby zostawić u niej mojego laptopa. Był u niej nasz znajomy, który niedawno otworzył sklep z polskimi produktami. Podobno interes idzie mu całkiem dobrze. Muszę się do niego przejść i zobaczyć, co ma. Wzięłam od niego ulotki, żeby rozdać je moim studentom. Potem wróciłam do domu autobusem, wypakowałam zakupy i szybko coś zjadłam, zanim poszłam do pubu Titusa Salta na Kółko. Oprócz mnie doszła tylko Susana, Patrycja i Anne Laure. Umówiłyśmy się więc spokojnie na sobotę rano na wyjazd do Newcastle. Nie siedziałyśmy zbyt długo w pubie, tylko wyszłyśmy o 22, żeby się wyspać i wstać rano bez problemów. Jak już wychodziłyśmy, zadzwonił do mnie Philipp i spotkałyśmy się z nim po drodze. Odprowadził mnie do domu. Zabrałam się za pakowanie i poszłam spać o 23:00.

W sobotę budzik obudził mnie przed 7:00. Wzięłam prysznic i wyszłam z domu o po 7:20. Anne Laure i Patrycja już były na dworcu, więc kupiły mi bilet i o 7:35 wsiadłyśmy w pociąg do Leeds. Tam spotkałyśmy się z Susaną i wsiadłyśmy w pociąg do Newcastle. Usiadłyśmy razem, choć miałyśmy różne miejscówki, bo osobno kupowałyśmy każdy bilet. Ale nie rozmawiałyśmy zbyt długo, tylko poszłyśmy spać. Okazało się, że Anne Laure i Susana nie spały zbyt dugo. W Newcastle byłyśmy o 10 rano. Poszłyśmy do hostelu załatwić wszelkie formalności. Okazało się, że dopiero po 11 będziemy mogły zająć pokój, poszłyśmy więc na kawę, a tam dołączyła do nas Majka i Gosia, które przyjechały kolejnym pociągiem. Po 11 poszłyśmy do hostelu zostawić tam bagaże. Okazało się, że zamiast 8 łóżek, tak jak zarezerwowałyśmy, w pokoju było ich 10. Nie udało się nam zamienić pokoju na mniejszy, poszłyśmy więc zwiedzać miasto. Najpierw weszłyśmy do kościoła św. Jana Chrzciciela, a potem dotarłyśmy do anglikańskiej katedry św. Patryka. Później zwiedziłyśmy Czarną Bramę i wieżę warowną zamku. Stamtąd poszłyśmy do hiszpańskiej restauracji na tortillę i paellę.

  

Anglikańska katedra św. Mikołaja i Czarna Brama oraz nasza paella z owocami morza.

Po obiedzie zrobiłyśmy sobie spacer wzdłuż rzeki Tyne, aż do mostu Milenijnego. Potem wróciłyśmy do centrum i poszłyśmy znów na kawę :) A że większość dziewczyn była zmęczona, postanowiłyśmy wrócić do hostelu i trochę odpocząć. W naszym pokoju zastałyśmy dwie babki po 50-tce, które właśnie wychodziły na miasto. Powiedziały nam, że przyjeżdżają tu co miesiąc z Yorku, żeby zabalować. Newcastle jest znane jako miejsce, gdzie odbywa się wiele wieczorów panieńskich i kawalerskich, czyli tzw. Hen i Stag parties. Położyłyśmy się na naszych piętrowych łóżkach i część zasnęła, a część tylko poleżała. W końcu po 20:00 zaczęłam je budzić. Przebrałyśmy się i wyszłyśmy na miasto :) Najpierw weszłyśmy do jakiegoś strasznie głośnego pubu, a potem do The Box, które miało bardzo kosmiczny wystrój i gdzie było ciszej. Po jednym drinku poszłyśmy dalej. Dziewczyny nie były jednak nastawione zbyt zabawowo. Anne Laure stwierdziła, że jest głodna i wylądowałyśmy przy okrągłym stole w chińskiej restauracji :) Zjadłyśmy po zupie, bo było tam dość drogo, a potem pochodziłyśmy jeszcze po mieście, aż wreszcie około północy wróciłyśmy do hostelu. Wzięłam prysznic i poszłam spać. Jednak przez niemal całą noc zabawowe panie skutecznie dbały o to, żebyśmy się nie wyspały :)

  

Most Milenijny z The Sage Gateshead w tle oraz z rzeźbą i żółtym autobusem.

W niedzielę wstałam przed 10 i wzięłam prysznic. Spakowałyśmy się i przed 11 oddałyśmy klucze, a potem poszłyśmy do wspólnej kuchni zrobić sobie śniadanie. Dziewczyny jadły tosty, a ja z Patrycją odgrzałyśmy sobie wczorajszą paellę, którą wzięłyśmy na wynos. Potem postanowiłyśmy iść do Informacji Turystycznej, żeby nam wytłumaczyli, jak dojechać w trzy miejsca, które chciałyśmy tego dnia zobaczyć. Zostawiłyśmy plecaki w hostelu i wyszłyśmy. Niestety, najbliższa Informacja Turystyczna była zamknięta. Wróciłyśmy więc nad rzekę i tam dostałyśmy mapkę oraz instrukcję, jak dojechać do Whitley Bay. Musiałyśmy wrócić do centrum, pod monument. Wsiadłyśmy więc w autobus i kupiłyśmy całodzienny bilet. Potem wsiadłyśmy w metro i pojechałyśmy nad morze. Musiałyśmy się po drodze przesiąść, zahaczyłyśmy więc o sklep Sainsbury. Nad morzem trafiłyśmy akurat na mały deszczyk i tęczę. Po krótkiej sesji zdjęciowej pojechałyśmy znów metrem do Segedunum, czyli muzeum historii Rzymian w Anglii. Kiedyś przechodził tamtędy Mur Hadriana, ale nic już nie zostało, więc zawiedzione wsiadłyśmy znów w metro i pojechałyśmy zobaczyć Anioła Północy - wielki pomnik po drugiej stronie rzeki. Okazał się bardzo fotogeniczny. W końcu wróciłyśmy do centrum i do hostelu, bo Majka i Gosia miały i 17:30 pociąg.

  

Greys Monument, czyli kolumna z postacią Charlesa Greya na szczycie oraz Anioł Północy.

W hostelu zrobiłyśmy sobie kawę i herbatę, a potem Gosia i Majka poszły na pociąg, a my wzięłyśmy plecaki i poszłyśmy szukać greckiej restauracji. Niestety, była zamknięta, więc wylądowałyśmy we włoskiej restauracji Franky and Benny's. Nie byłam zbyt głodna, więc nie dałam rady zjeść całego spaghetti carbonara. W końcu około 19 zaczęłyśmy iść w stronę dworca. O 19:20 ruszyłyśmy pociągiem do Leeds. Dziewczyny poszły spać, ale mi się jakoś nie chciało. Do Leeds dojechałyśmy o 21, ale okazało się, że pociąg do Bratfoot mamy dopiero za pół godziny. Poszłyśmy więc kupić bilety, a potem na peron. Tam Susana spotkała jakiegoś znajomego, który wsiadł z nami do pociągu. W Bratfoot wsiadłyśmy w taksówkę i najpierw podrzuciłyśmy Anne Laure i Patrycję do akademika, a potem mnie do Gosi do domu. Susana pojechała sama dalej i miała na koniec zapłacić, ale umówiłyśmy się, że kupimy jej po piwie :) U Gosi wgrałam od razu jej zdjęcia do swojego laptopa. Potem spakowałam go i wróciłam autobusem do domu. Nie znalazłam żadnych śladów niczyjej obecności, więc postanowiłam przestać wreszcie chodzić wszędzie z laptopem. Rozpakowałam plecak i przegrałam swoje zdjęcia z aparatu, a potem poszłam spać.

Dzisiaj wstałam rano lekko zmęczona. W pracy zaczęłam niemal przysypiać przy biurku :) Nadal co jakiś czas ktoś mnie pyta, czy to prawda, że odchodzę i gdzie się przenoszę. Nie za łatwo prowadzi się takie rozmowy, jak nie ma się kolejnej pracy. Pewnie myślą, że jestem nienormalna i nie rozumieją po prostu, że jestem zbyt dumna. Mogłam się przecież bić z moją szefową, ale wolę odejść i znaleźć sobie coś innego. Na lunch poszłam do domu, a potem zabrałam się za skanowanie czegoś dla szefowej Działu Psychologii. Przyszła do mnie pod koniec pracy i powiedziała, że chociaż nie pracuje w piątek, to przyjdzie na moje Leaving Do po 17. Miło z jej strony. Szkoda, że nie mogłam po prostu zacząć pracować dla nich. Ale cóż, stało się. Po pracy weszłam do łóżka i pospałam do 18:30. Potem wstałam i na 19 poszłam na kolejną lekcję polskiego. Przyszła na nią nauczycielka rosyjskiego, która co roku obserwuje moją lekcję i pisze jakiś raport. Przyniosłam jej prawie wszystkie potrzebne papiery i teraz nareszcie będę miała na jakiś czas spokój. Musiałam jej tylko po lekcji przesłać mailem jedną stronę i tak zwaną wizytację wewnętrzną mam już za sobą :) Potem usiadłam do uzupełniania bloga i obrabiania zdjęć z Newcastle. Jutro mam nadzieję wrzucę jej już na swoją stronę. A teraz idę już spać, bo dochodzi północ :)

środa, 20 lutego 2008
Zima! :)

403.

W poniedziałek w pracy unikałam szefowej, a ona mnie :) Nie miałyśmy za bardzo ochoty ze sobą rozmawiać. Ona ma chyba wyrzuty sumienia, a ja czułam się coraz bardziej rozgoryczona. Jak powiedziałam znajomym Anglikom, jak ze mną postąpiła, to reagowali tak samo, mówiąc że nie może tego zrobić. A ja im na to, iż wiem, że nie może, a jednak to robi :) A że nie chce wojny, to wolę odejść po dobroci. Ale już po raz drugi mam tą samą sytuację, że moja szefowa robi coś, czego nie wolno i czego pewnie nigdy by nie zrobiła wobec kogoś z Anglii. Pewnie mogłabym ją nawet oskarżyć o to, że mnie prześladuje, bo jestem Polką. Ale po co mi to? Za dumna na to jestem. Wydrukowałam w pracy brakujące testy na polski, póki mam jeszcze dostęp do drukarki. Na lunch poszłam do domu i wtedy przypomniałam sobie, że miałam iść na rozmowę do Działu Kariery (Careers :) Chciałam, żeby mi poradzili, jak mam napisać swoje CV, bo chcę je rozesłać po agencjach. Po pracy byłam umówiona z promotorem, ale jego drzwi zamknięte, a zawsze są uchylone, jak na mnie czeka. Poszłam do sklepu, myśląc że jeśli na mnie czeka, to zadzwoni, ale nikt nie zadzwonił, więc poszłam do domu. Zabrałam się za papierów do college'u ciąg dalszy :) A na 19 poszłam na polski. Jak wróciłam do domu, okazało się, że ktoś się po raz drugi włamał do mieszkania na dole! Mimo, że mieli w weekend tak jak ja założony nowy zamek. Zadzwonili na policję, a ja długo nie mogłam zasnąć.

We wtorek zaspałam do pracy. Zapomniałam najwyraźniej nastawić budzik i obudziłam się w momencie, w którym powinnam wychodzić. Wzięłam prysznic, zapakowałam laptopa do plecaka i dotarłam do pracy na 9:00. Kiedy przyszłam do domu na lunch, sąsiadom z dołu wymieniali framugę, ale powiedzieli, że i tak się stąd pod koniec lutego wyprowadzają. Wcale im się nie dziwię. Sama się zastanawiam jak długo będę jeszcze musiała nosić wszędzie ze sobą laptopa w plecaku! Ale na razie postanowiłam brać go wszędzie ze sobą, nawet wieczorem, choć jak na razie włamywacz działał zawsze w ciągu dnia, jak wszyscy byli w pracy. Przed 17 wypełniłam jeszcze aplikację o fundusz na studia i opowiedziałam Sarah o tym, co się dzieje u nas w domu. Odpisałam swojemu promotorowi, który jednak na mnie czekał, tylko poszedł na chwilę do biura obok, w którym urzęduje mój drugi promotor. Wytłumaczyliśmy sobie to nieporozumienie i próbowaliśmy ustalić jakiś inny termin. Zaproponowałam mu środę lub czwartek, ale nie dostałam odpowiedzi. Napisałam też do Careers, prosząc o nowy termin spotkania, co pozostało również bez odpowiedzi. Potem wróciłam do siebie i usiadłam do Internetu. O 19:30 zadzwoniła Kaśka, więc poszłam do Muzeum, gdzie spotkałam się z nią i jej chłopakiem. Poszliśmy na „Ofiarowanie” Tarkowskiego. Film trwał 2 i pół godziny, ale wcale mi się nie dłużył. Na dworzu leżał śnieg. W domu byłam przed 23:00.

  
Erland Josephson jako Alexander w nastrojowym "Ofiarowaniu" Andrieja Tarkowskiego.

Dzisiaj rano nadal wszędzie leżał śnieg, który rozpuścił się dopiero około południa. A może właściwie to był mróz? Wzięłam znów plecak z laptopem do pracy. Siedziałam sama w pokoju, więc zadzwoniłam do banku i spytałam dlaczego nie mogłam w Polsce wyjąć pieniędzy z żadnego bankomatu. Oczywiście nie znaleźli przyczyny, ale zapewnili mnie, że w Wielkanoc nie będę miała takich problemów. Zadzwoniłam też do Muzeum i dostałam adres mailowy babki, której przesłałam listę filmów, żeby wydrukowała mi bilety jeszcze przed festiwalem. Potem Magda napisała, że złamała w weekend jakąś kostkę w nodze, więc nie może jechać w weekend do Newcastle. A miałyśmy tam obchodzić jej imieniny! Nawet Majka dała się w końcu namówić na ten wyjazd, więc szkoda, że nic z tego nie wyjdzie. Umówiłam się jeszcze na czwartek rano z Działem Karier, za zgodą szefowej, a potem poszłam do domu na lunch. Po powrocie do pracy zadzwoniłam do mojego promotora i umówiliśmy się na 17. Wydrukowałam więc tą aplikacje o fundusz i poszłam z nią do niego. Omówiliśmy ją i powiedziałam mu, że znalazłam dziś dwa nowe ogłoszenia o pracę na uniwerku (jedno u nich w dziale) i że będę się o nie starać. A potem poszłam do domu i coś zjadłam, zanim na 19 poszłam na kolejną lekcję polskiego. Zaraz idę spać, ale chcę sobie nastawić budzik na 4 rano, bo dziś w nocy mam być całkowite zaćmienie księżyca! :) Ciekawe, czy uda mi się coś zobaczyć? :)

  

Rzadki widok w Bratfoot i w Anglii w ogóle - śnieg i mróz na trawie i drzewach :)

 

Białe dachy Bratfoot i futryna drzwi sąsiadów ze śladami odcisków palców ściąganych przez policję.

niedziela, 17 lutego 2008
V-day :)

402.

W czwartek w pracy nadal nie było szefowej, więc odpisałam tylko na służbowe maile, a resztę roboty zostawiłam na przyszły tydzień. Na lunch poszłam do domu i zadzwoniłam do mojego szefa z college'u, który próbował zapanować nad moją listą studentów. Wspólnymi siłami udało się nam jakoś ustalić, ilu mam studentów mam na każdym roku. Po pracy zabrałam się więc za uzupełnianiu papierów do college'u i za ostateczny program festiwalu, żeby go wydrukować w pracy i zanieść później do kina. Potem na 20:00 postanowiłam iść na "Lust Caution" (Ostrożnie, pożądanie) Anga Lee. Jak już wychodziłam z domu spotkałam sąsiadów z dołu, którzy powiedzieli mi, że ktoś się do nich włamał i wyniósł wartościowe rzeczy. Już jakiś czas temu dzwonili do mnie z agencji mówiąc, że do dwóch mieszkań na dole ktoś się włamał, więc przyjdą mi wkrótce założyć nowy zamek. Doszli do wniosku, że ktoś musi mieć klucze, bo nie było właściwie śladu tych włamań. Ale nie martwiłam się tym za bardzo, gdyż w moim mieszkaniu nikt przede mną nie mieszkał, a zresztą mój zamek był zmieniany dwa lata temu, jak zginął mój klucz. No i przypomniałam ludziom z agencji, że spłoszyłam kogoś próbującego się dostać do mojego mieszkania ze dwa tygodnie temu i że dzwoniłam do nich w tej sprawie. Ale teraz na wszelki wypadek wróciłam na górę i spakowałam laptopa do plecaka, bo to jedyna wartościowa dla mnie rzecz i poszłam do kina z plecakiem :) Film średnio mi się podobał (może dlatego, że spodziewałam się drugiego "In the Mood for Love" :) ale zdjęcia autorstwa Rodrigo Pieto, którego pamiętam z festiwalu Camerimage w Łodzi, były piękne. A tu Tony Leung zagrał bardzo nietypową dla niego negatywną rolę. W domu byłam przed 23 i poszłam od razu spać.

  

Tony Leung i Wei Tang w nastrojowym "Uwaga, pożądanie" Anga Lee.

W piątek w robocie nadal było nudno, zabrałam się więc za szukanie przepisów na sushi w Internecie. Potem wydrukowałam listę filmów, które chcę zobaczyć na tegorocznym festiwalu. Zebrało się ich ponad 60, ale nie świadczy to bynajmniej o wysokim poziomie programu, a jedynie o tym, że z powodu braku pracy mam zamiar przez dwa tygodnie siedzieć w kinie, więc idę nawet na stare filmy, które już widziałam. Poza tym wybieram się też na filmy, których nie będę mogła obejrzeć do końca, bo mam lekcje polskiego i będę musiała wyjść przed końcem (na przykład "Z odzysku" Sławomira Fabickiego). W końcu i tak kupiłam karnet, więc nie płacę osobno za każdy film, tylko 80 funtów za całość. Neil przysyła mi SMSa, pisząc że jest na Festiwalu w Berlinie, na konferencji prasowej Wajdy po pokazie "Katynia". Obiecał, że jak się spotkamy na festiwalu, to mi opowie, co ciekawego powiedział Wajda. Na lunch poszłam do domu, a potem prosto do lekarza, ale okazało się, że to tylko strata czasu. Po pracy weszłam po drodze do sklepu po coś do jedzenia, a na 17:45 poszłam do kina na "No Country for Old Men" (To nie jest kraj dla starych ludzi) braci Coen. Film był oczywiście pełen przemocy, jak to u braci Coen, ale kończył się dość dla nich nietypowo i ogólnie bardzo mi się podobał. Spotkałam tam Libby, którą poznałam na ostatnim Kółku Francuskim. Po filmie byłam umówiona z ludźmi z Kółka na "Ne touchez pas la hache" (Don't Touch The Axe) Jacquesa Rivette'a o 20:00, więc ją namówiłam, żeby do nas dołączyła. Przyszła Sally, Andy i Tom, więc w piątkę poszliśmy na film, który chwilami był dość zabawny, raczej wbrew intencjom reżysera :) Po filmie doszła do nas Susana i oni wszyscy poszli do klubu 1in12, a ja do domu i poszłam spać.

  
Javier Bardem u braci Coen oraz
Jeanne Balibar i Guillaume Depardieu u Jacquesa Rivette'a.

W sobotę pospałam trochę dłużej, a potem pojechałam do Leeds do biblioteki oddać książki. Kupiłam sobie dzienny bilet, więc pomyślałam, że może pójdziemy wieczorem na salsę do Viva Cuba. Rozesłałam SMSy, ale wszyscy napisali, że są zajęci. Wracając weszłam do banku, żeby się upewnić, iż tym razem będę mogła wyciągać w Polsce pieniądze w bankomatów, ale kazali mi zadzwonić i załatwić to telefonicznie. Wróciłam do domu autobusem i trochę posprzątałam. Po 14 przyszła Kinga i sprawdziła sobie u mnie maile. W tym czasie znajomy Polak zakładał mi dodatkowy zamek. Gosia dołączyła do nas po 15. Zamek został skończony, więc zabrałyśmy się za gotowanie ryżu na sushi. Potem się podzieliłyśmy obowiązkami i zabrałyśmy się za obieranie i krojenie pozostałych składników. W międzyczasie piłyśmy Żywca i przegrywałyśmy zdjęcia Gosi z Lincoln i Liverpoolu. Kinga obejrzała też moje zdjęcia ze Stanów, które przywiozłam ostatnio z Polski. Potem zwijałyśmy maki i wkładałyśmy je do lodówki. Zrobiłyśmy 4 rodzaje sushi: z tuńczykiem z puszki wymieszanym z majonezem i świeżym ogórkiem, z krewetkami i mango, oraz ze świeżym tuńczykiem i ze świeżym łososiem, połączone z awokado i marchewką. W końcu przygotowałyśmy stół i nalałyśmy sobie japońskiego wina śliwkowego. Z resztki tuńczyka i ogórka zrobiłyśmy jedną sałatkę, a z krewetek i mango drugą.

Jak już się najadłyśmy, a jeszcze dużo zostało, napisałam do Wanyu, żeby przyszła. Przyniosła ze sobą butelkę Lambrini, bo nie chciała pić wina. Przegrałam Gosi jej zdjęcia na płytkę i obie z Kingą poszły, a Uxia tymczasem przysłała mi SMSa, że chce jednak iść na salsę. Wanyu namawiała mnie, żebym poszła, choć byłam już dosyć zmęczona. Obejrzałyśmy razem moje zdjęcia ze Stanów, a potem umówiłam się z Uxią, że dojadę na jakąś 22, przebrałam się i wyszłam razem z Wanyu z domu. Podjechałam autobusem do Leeds i o 22 byłam już w Viva Cuba. Kupiłam sobie colę i usiadłam sama przy stoliku. Zaczęłam wysyłać SMSy do Uxii, żeby czas mi szybciej minął i żebym się czuła mniej nieswojo siedząc tam samej :) Uxia przyjechała ok. 22:30 z nową wolontariuszką z Niemiec, Lisą. Poszłyśmy tańczyć i wkrótce przyczepili się do nas jacyś panowie. Dziewczyny z nimi gadały, a ja dalej tańczyłam. Po północy zaczęłam tańczyć i rozmawiać z jakimś chłopakiem, który studiuję Historię na uniwersytecie w Leeds. Tom dał mi swój numer telefonu, żebym mu dała znać o następnym Kółku Francuskim, bo mówi trochę po francusku. Mówił, że zanim zaczął tu studiować, pracował jako fotograf w Paryżu. W końcu po 1 w nocy przyjechał po nas samochodem znajomy wolontariusz i o 2 byłyśmy już u Uxii i Lisy w domu. Uxia oddała mi swoje łóżko i dała mi ręcznik i piżamkę, więc wzięłam prysznic i poszłam spać.

  

Nasze domowej roboty sushi oraz klub Viva Club w Leeds, gdzie w soboty tańczy się salsę.

Dziś obudziłam się o 8 rano, ubrałam się i wyszłam. Wsiadłam w autobus i pojechałam na dworzec autobusowy w Leeds. Tam wsiadłam w autobus do Bratfoot i o 10 byłam już w domu. Zabrałam się za pranie, bo zebrały się już dwie duże pralki ubrań. Zresztą naprawdę nie mam już co na siebie założyć, więc nie miałam wyboru. Kiedy skończyłam pranie, położyłam się na łóżku i zasnęłam. Obudziłam się o 17 i zabrałam się z papiery z college'u. Porozmawiałam też z rodziną przez SKYPE'a o moim przyjeździe na Wielkanoc. Najpierw chcę pojechać z Severine do Gdańska, a potem do Krakowa i wrócić przez Kazimierz. Muszę teraz załatwić noclegi, więc poprosiłam mamę, aby zapytała swoją siostrę, a moją ciocię, czy możemy się zatrzymać u niej w Gdańsku. Brata ma mama zapytać, gdzie najlepiej nocować w Krakowie, bo studiował tam 5 lat na Jagiellonce i ma tam do dziś jakiś znajomych. Mam też nadzieję, że odbierze Severine z dworca, bo mówi trochę po francusku i po angielsku, a ona przyjeżdża przede mną. Około 19:30 zadzwonił do mnie Sergiusz i zapytał czy może skorzystać u mnie z Internetu. Okazało się, że jutro leci do Mediolanu i chciał sprawdzić parę szczegółów, a właśnie odłączyli im sieć w domu. Nie pamiętał nawet, o której ma samolot, więc spytał, czy może przyjść na 10 minut. Wyszedł przed 21, czyli prawie godzinę później :) Ja w tym czasie ogarnęłam wreszcie ten cały bałagan, jaki miałam w papierach z college'u. Wiem dokładnie, ile muszę jeszcze wydrukować testów, póki mam jeszcze możliwość zrobić to w pracy. Potem zabrałam się za uzupełnianie bloga i wreszcie poszłam spać.

środa, 13 lutego 2008
Czarny poniedziałek?

401.

W poniedziałek zaczęłam się powoli martwić. Dotarło do mnie, że kończąc pracę na uniwersytecie, rezygnuję ze wszystkiego. Tracę nie tylko pracę, ale także studia i lekarza, bo jestem zapisana do przychodni uniwersyteckiej. Muszę poszukać sobie innego lekarza w okolicy. Mam nadzieję, że nie stracę też mojego fajnego mieszkanka! Jednym słowem wpadam powoli w depresję :) Cieszę się, że sobie odpocznę w marcu, pójdę na festiwal i pojadę na Wielkanoc do Polski, ale martwię się tym, co będzie potem. Być może będę musiała znów przez jakiś czas popracować dla agencji? A najbardziej mnie wkurza, że muszę nadal przychodzić do pracy! Wiadomość już się rozeszła, bo parę osób przyszło zapytać, czy to prawda, że odchodzę. Pytają dokąd, to mówię im, że chcę odpocząć, bo co mam powiedzieć? Trochę głupio się z tym czuję. Pewnie sobie myślą, że jakaś dziwna jestem, bo z Polski - zostawiam jedną pracę, chociaż jeszcze nie mam drugiej! :) Mam tylko nadzieję, że moją szefową gryzą wyrzuty sumienia, jak to słyszy. A w dodatku koło południa przyszła idealna Ingrid! Rano miała jakieś interview, bo szuka sobie stałej pracy. Usiadła przy biurku Rachel, na przeciwko mnie, i teraz wszyscy przychodzą z nią pogadać i powiedzieć jej, jak się cieszą, że ją widzą. Nie wiem, czy wytrzymam tu jeszcze 3 tygodnie! :)

Na lunch poszłam do domu, ale zjadłam tylko banana, a potem położyłam się na łóżku i zasnęłam :) Przed wyjściem z domu zjadłam śledzika, a że wcześniej jadłam dwie kanapki na śniadanie, to jakoś wytrzymałam (a przynajmniej się przespałam :) Potem wróciłam do pracy, gdzie już drugi tydzień siedzę nad raportem z zebrania działu Psychologii. Odpisałam na maile, wysłałam CV w dwa miejsca, ponudziłam się i wreszcie przed 17, jak już nikogo nie było, wyszłam z pracy. Philipp przysłał mi SMSa, że jest na dole, więc poszłam na chwilę się z nim zobaczyć, a potem poszłam do domu i usiadłam do komputera. Po 18 zadzwoniła do mnie Anne Laure, która nie mogła do mnie trafić. Wytłumaczyłam jej jak dojść i usiadłyśmy do Internetu, żeby kupić bilety do Newcastle. W międzyczasie zadzwoniła jej mama, a ja zadzwoniłam do Patrycji, Majki i Magdy, żeby potwierdzić, że wszystkie jadą. W końcu zarezerwowałyśmy nocleg dla 6 osób i zabrałyśmy się za kupowanie biletów na pociąg. Jak chciałyśmy kupić dla wszystkich na raz, to cena była dużo wyższa za bilet. Postanowiłyśmy więc kupować po jednym. Anne Laure kupiła dwa, po czym dostała wiadomość, że wyczerpała swój limit zakupów na dzień! Poszła więc do domu, a ja kupiłam jeszcze bilet dla siebie, a Susana dla siebie. Magda powiedziała, że też sama sobie kupi. Majka tymczasem powiedziała, że jednak nie jedzie.

We wtorek jak przyszłam do pracy, idealna Ingrid już tam była. Pochód ludzi, którzy mówią mi, jaka szkoda, że odchodzę, a jej jak się cieszą, że ją widzą, wciąż przetacza się przez nasze biuro :) W dodatku już ze dwie osoby spytały, czy byłam tu tylko pracownikiem czasowym. Pewnie widok idealnej Ingrid podsuwa im pomysł, że tylko ją zastępowałam. Tak się właściwie cały czas tutaj czułam... W czasie lunchu poszłam znów do domu, ale tym razem zjadłam zupę, zanim się położyłam na 10 minut na łóżku. Zabrałam ze sobą płytę z przegranymi zdjęciami z Liverpoolu i wysłałam parę mailem chłopakowi z Polski, który był z nami na wycieczce. Napisałam mu, że jeśli chce więcej, to mu mogę pożyczyć płytkę ze wszystkim zdjęciami, więc przyszedł i wziął ją ode mnie. Przez końcem pracy odwiedził mnie jeszcze znajomy student z Hiszpanii i pogadaliśmy z pół godziny, dzięki czemu czas mi szybciej upłynął :) Jak wróciłam do domu, położyłam się od razu do łóżka i zabrałam się za rozgryzanie programu festiwalu. Wyszło mi, że skoro nie pracuję i mam czas w ciągu dnia, bardziej mi się opłaci kupić karnet. Miałam się wieczorem spotkać z Cheryl, ale się nie odezwała, dopiero po 19 przysłała mi SMSa pisząc, że zostawiła komórkę w domu. Nie odpisałam jej już, tylko poszłam po prostu wcześniej spać.

Dzisiaj przyszłam do pracy i okazało się, że mojej szefowej nie ma do końca tygodnia. Oczywiście nie raczyła mnie o tym powiadomić, choć wszystkie telefony do niej są automatycznie przekierowywane do mnie, jak nie odbiera. Zabrałam się więc za odpisywanie na moje prywatne maile, bo zdążyłam już się zapuścić, a obiecałam paru osobom, że do nich napiszę. Miałam na przykład wysłać Severine maila z datami mojego przyjazdu do Polski, bo przyjedzie mnie wtedy odwiedzić i jedziemy razem z Warszawy do Krakowa :) Ale dziś właśnie zaczęłam się zastanawiać i dotarło do mnie, że nie będę nadal miała pracy pod koniec marca, co do czego nie miałam wcześniej pewności. Jak poszłam do domu na lunch, sprawdziłam czy mogę zmienić mój bilet :) Wróciłam do pracy i usiadłam do sprawdzania wszystkich możliwości. Zdecydowałam się pojechać wcześniej i wrócić tak samo, gdyż zamiana biletu w obie strony mijałaby się z celem. Równie dobrze mogłabym po prostu kupić nowy bilet. Dopłaciłam zaledwie 21 funtów i lecę teraz do Polski w poniedziałek 17, zaraz po zakończeniu festiwalu, a wracam we wtorek 25 marca i biorę się ostro za szukanie jakiejś fajnej pracy :) Do czerwca i tak mam college, więc muszę się jakoś utrzymać, choćby pracując dla agencji. A potem już nic nie będzie mnie tu trzymać...

Wyszłam z pracy, jak już nikogo nie było, o 16:55, bo na 17 szłam z Wanyu do kina na "In the Valley of Elah" (W dolinie Elah). Wanyu się spóźniła i musiałam jej powiedzieć, co się wydarzyło. Bohater grany przez Tommy Lee Jonesa, weteran wojny w Wietnamie, szukał swojego syna, który zaginął zaraz po powrocie z Iraku. Film był dosyć dobry i miał silną wymowę antywojenną, choć jednocześnie był bardzo patriotyczny - amerykańska flaga grała bardzo ważną rolę. Ale reżyser chciał chyba pokazać, że ta wojna, podobnie jak Wietnam, jest niepotrzebna. A nawet jeszcze gorsza. I że będzie miała wpływ na nowe pokolenie Amerykanów. W jednej ze scen jakiś głos w radiu mówi: Wszyscy mówią o tych, co zginęli. A ja się zastanawiam, co będzie z tymi, którzy przeżyli to piekło. I wracają." Po filmie zapłaciłam 80 funtów za karnet na festiwal, a później poszłyśmy do Omar Balti na curry. W domu byłam o 21:30 i nie miałam już siły wyjść, ale po 22:30 miałam spotkać się z Niną, która przyjechała przedwczoraj do Bratfoot. Przed 23 zadzwonił do mnie Paweł, żeby spytać, czy przyjdę do Deliusa, więc powiedziałam mu, że zobaczę. Ale niestety nie miałam już siły, więc zamiast na piwo zabrałam się znów za program festiwalu, a potem poszłam wcześniej do łóżka.

  

Charlize Theron z Tommy Lee Jonesem oraz Susan Sarandon w filmie "W Dolinie Elah".

niedziela, 10 lutego 2008
Titus Salt po raz trzeci :)

400.

W piątek pospałam10 minut dłużej niż zwykle, a potem wstałam i weszłam pod prysznic. Pod prysznicem zobaczyłam, jakie sobie poprzedniego dnia nabiłam siniaki. Poślizgnęłam się i przewróciłam, obijając się o łóżko. Potem znalazłam jeszcze jakieś czyste eleganckie ubranie i obiecałam sobie, że w ten weekend zrobię już na 100 % pranie, bo nie mam już prawie nic czystego! :) O 9 wyszłam z domu i poszłam do School of Health na rozmowę o pracę. Miałam się o 9:15 zgłosić na recepcji, ale byłam przed czasem. Siedziały tam już i czekały 4 babki. Usiadłam w kawiarence, bo tam już nie było miejsca i dosiadły się do mnie jeszcze dwie. Razem było nas 7. Zostałyśmy wszystkie razem zaproszone na górę do dużej sali, gdzie przeprowadzono tzw. assesment centre. To znaczy kazano nas ze sobą współpracować, żeby zobaczyć, jak sobie radzimy w grupie. Nie miałam za bardzo motywacji, ale wypowiedziałam się parę razy. Potem zaprowadzili nas do mniejszej sali, gdzie była kawa i herbata. Tam kazali trzem pierwszym zostać, a resztę zabrali na obchód budynku :) Pokazali nam, gdzie miałybyśmy pracować. Ale ja już wiedziałam, że to nie miejsce dla mnie, bo powiedzieli, że pracują na okrągło cały rok i nie można brać długich urlopów :) W końcu przyszła moja kolej na interview i pierwsze pytanie, jakie mi zadano brzmiało: "Skończyłaś w Polsce dziennikarstwo. Dlaczego chcesz tu pracować jako sekretarka?" No i uświadomili mi, że nie chcę :)

Po rozmowie o pracę poszłam do domu i się przebrałam. Powiedziałam wcześniej mojej szefowej, że przyjdę dopiero o 13, bo tyle to miało trwać, więc posiedziałam po prostu godzinkę w domu. A potem przyszłam i jakby nigdy nic zabrałam się za robotę. Czas szybko mi upłynął i o 17 wyszłam i poszłam do domu. Usiadłam do komputera i zabrałam się za szukanie pracy. Potem poszłam do Lidla po jedzenie, bo miałam już pustą lodówkę. Potem usiadłam znów do Internetu, ale po 20:00 dostałam SMSa od Susany, że jest już w pubie. Poszłam więc do Titusa Salta i znalazłam ją na dole. Potem doszła jeszcze Anne Laure i jej koleżanka Shabnam. Za chwilę przyszedł Conrad i postanowiliśmy się wszyscy przenieść na górę, bo tam było więcej miejsca. Później dołączył do nas Tom, ale Severine przysłała mi SMSa, że nie przyjdzie. Anne Laure z koleżanką wyszły jako pierwsze, a my we czwórkę poszliśmy do Conrada, bo Susana miała znów jak zwykle bagietki, camemberta i Fois Gras. U Victora w telewizji leciała akurat bardzo zabawna komedia "Hot Fuzz" (Hot Fuzz - Ostre psy :) Polecam szczególnie ten fragment http://www.youtube.com/watch?v=ORcC5sWSu-E&feature=related :) Posiedziałam aż się skończyła i przed północą wróciłam do domu, bo w sobotę musiałam wcześnie rano wstać.

  

"Hot Fuzz - ostre psy" :) Simon Pegg i Nick Frost oraz reszta ekipy z miasteczka Sandford :)

W sobotę budzik obudził mnie po 8:00, zupełnie jakbym szła do pracy. O 8:45 byłam już pod uniwersytetem, bo jechałam jako pomocnik na wycieczkę do Liverpoolu. Gosia była ze mną w autokarze numer 3, a chłopak którego poznałam w zeszłym tygodniu razem z kolegą w autokarze numer 4. U nas jechały jeszcze Anna Laure i Shabnam. W Liverpoolu byliśmy tuż przed 11 i poszłyśmy z Gosią i z chłopakami prosto do Tate Gallery. Tam my zamówiłyśmy śniadanie i czekałyśmy na Majkę, a panowie poszli pstrykać zdjęcia w Dokach Alberta. Chciałyśmy zobaczyć rzeźbę "Pocałunek" Rodina, martwiłam się tylko, że może być płatna. Tymczasem okazało się, że stoi przy samym wejściu i można ją obejrzeć za darmo ze wszystkich stron! :) Spotkałam przy niej Majkę, która zrobiła jej całą sesję zdjęciową :) Zjadłyśmy z Gosią śniadania, a Majka napiła się z nami kawy. Potem zrobiłyśmy sobie dalszy ciąg sesji zdjęciowej, tym razem na 3 aparaty :) Potem poszłyśmy zwiedzać resztę Tate Gallery, a tam dołączyli do nas panowie. Mieli tam m.in. rzeźby Moore'a i Degasa oraz obrazy Picassa, Pollocka i Warhola. W końcu wyszliśmy i ruszyliśmy w miasto. Najpierw znaleźliśmy synagogę na Princes Road, ale niestety była zamknięta. Później poszliśmy do Katedry Katolickiej, a stamtąd do Anglikańskiej, w której zwijali akurat wystawę o Annie Frank.

 

"Pocałunek" Auguste'a Rodina oraz synagoga przy Princes Street.

  

Dwie liverpoolskie katedry metropolitańskie: katolicka i anglikańska.

Później poszliśmy do Chinatown, gdzie akurat zaczął się pokaz Tai Chi z mieczami z okazji Chińskiego Nowego Roku. Tam znaleźliśmy chiński bufet i poszliśmy coś zjeść. Stamtąd doszliśmy do kościoła Św. Łukasza, który nazwałam kościołem-wydmuszką, bo zostały z niego jedynie ściany. Przeszliśmy przez centrum, aż doszliśmy do Mathew Street, czyli uliczki Beatlesów. Tam Gosia i Majka zostały w Cavern Pub, a ja z chłopakami poszłam szukać The Super Lamb Banana, czyli żółtego pomnika autorstwa Taro Chiezo. Zdążyliśmy się jeszcze napić piwka z dziewczynami, zanim wróciliśmy na 17:30 do Doków Alberta, gdzie czekały już na nas autokary. Niestety, jeden z naszych studentów wsiadł do innego autokaru, o czym nie raczył nas zawiadomić, więc czekaliśmy na niego pół godziny! Do Bratfoot zjechaliśmy przed 20, więc szybko się przebrałam i o 20:30 byłam już w Titus Salt pub na urodzinach Krystiana. Kiedy została nas mniej więcej połowa, przenieśliśmy się do Reflexu, gdzie trochę sobie potańczyłam. Około 3 wyszliśmy i poszliśmy do jednego z fast foodów, bo chłopaki byli głodni. W końcu pojechali taksówką do domu, a ja wróciłam do siebie i około3:30 leżałam już w łóżku i spałam.

 

Pokaz szkoły Tai Chi z mieczami oraz kościół-wydmuszka pod wezwaniem Św. Łukasza.

 

The Super Lamb Banana oraz przepięny zachód słońca nad rzeką Mersey.

W niedzielę obudziłam się przed południem i nie miałam zupełnie ochoty zrobić żadnej z zaplanowanych rzeczy. Za oknem świeciło piękne słońce, ale wolałam zostać w domu. Wzięłam laptopa do łóżka i obrobiłam zdjęcia z Liverpoolu, żeby je wrzucić na moją stronę (http://public.fotki.com/annad9). Potem usiadłam do Internetu. Porozmawiałam też przez telefon z Majką i przesłałam je większość zdjęć przez SKYPE'a, ale jak zaczęła mi słać swoje, to wszystko się zapchało i nic z tego nie wyszło. Miałam zrobić pranie, ale dopatrzyłam się, że jeszcze na tydzień wystarczy mi czystych ubrań. Ale potem naprawdę muszę już zrobić pranie! :) Wreszcie około 21 dostałam SMSa od Severine z pytaniem, czy spotkam się z nią za pół godziny, żeby się pożegnać. Następnego dnia rano miała autobus do Lille. Umówiłyśmy się więc, ze przyjdzie do mnie i pójdziemy gdzieś do pubu. Przyszła i zaczęła jeść hamburgera z frytkami, którego kupiła na przeciwko. W tym czasie doszedł do nas Philipp i poszliśmy we trójkę do pubu Titusa Salta (po raz trzeci pod rząd :) Wypiliśmy po jednym, po czym odprowadziliśmy Severine na przystanek autobusowy, a potem wróciliśmy do pubu. Usiedliśmy koło ognia i grzaliśmy nogi :) Wypiliśmy po dwa Guinnessy, a potem zgadaliśmy się, że Philipp uczył się masażu, więc odprowadził mnie do domu i zrobił mi masaż pleców. Wyszedł po 1:00, a ja poszłam od razu spać.

czwartek, 07 lutego 2008
Happy New Year! :)

399.

W środę była Środa Popielcowa, o czym tym razem o dziwo pamiętałam :) W pracy nie było szefowej, ale miałam dużo roboty, więc się nie obijałam. Na lunch poszłam do domu na pizzę, a potem zajrzałam na piętro L, odwiedzić tego chłopaka z Polski, który ta jak ja jedzie w sobotę na wycieczkę do Liverpoolu jako pomocnik. A po powrocie wysłałam maila do Polki, o której mi wspomniał, a która też pracuje na uniwerku. Po pracy wzięłam się wreszcie za papierkową robotę dla college'u. I wtedy zadzwonił Eryk! Tak mnie zaskoczył, że nie poznałam go po głosie! :) Jakiś czas temu spytałam go, kiedy przyjedzie mnie odwiedzić w Anglii, więc zadzwonił teraz, żeby mi powiedzieć, że będzie w marcu w Londynie. Mam nadzieję, że nie przyjedzie akurat na Wielkanoc, jak mnie nie będzie! Albo na początku marca, jak będzie trwał festiwal! Najlepiej jakby przyjechał pod koniec, jak już wrócę z Polski. Powiedział, że zadzwoni w niedzielę i poda mi szczegóły swojego przyjazdu. Na 19 poszłam na polski, a po lekcji wróciłam do domu i czekałam na Philippa i Severine, którzy poszli do kina na rumuński film "4 months, 3 weeks and 2 days" ("4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni").

Po 22 Philipp zadzwonił, że już idą, więc wyszłam do nich i poszliśmy razem do Jacksona kupić coś do picia. Wybieraliśmy się do Toma na squat. Przechodząc koło uniwerku zobaczyliśmy UBU bus, czyli darmowy minibus, który rozwozi studentów, żeby wrócili bezpiecznie do domu. Wsiedliśmy do niego razem z grupą rozbawionej młodzieży, która kazała się zawieźć pod klub Revolution! :) Potem kierowca zawiózł nas do Toma, który w każdą środę organizuje kawiarnię i gotuje coś do jedzenia. Tym razem był całkiem dobry makaron i pyszne ciasto, które podrzucił Javad. Posiedzieliśmy u Toma do północy, a potem zaczęliśmy się zbierać, aż w końcu wyszliśmy we trójkę i doszliśmy razem do uniwerku. Wtedy Severine i Philipp stwierdzili, że idziemy do Atrium pograć na fortepianie. Powiedzieli, że zawsze wracając tędy tak robią. Weszliśmy więc do środka i Severine grała, a ja z Philippem tańczyłam balet :) Potem Philipp poszedł sprawdzić pocztę, a ja dalej ćwiczyłam taniec nowoczesny :) Poza nami na szczęście nikogo tam nie było, tylko jakiś ochroniarz z raz przeszedł :) W końcu po 1:00 odprowadzili  mnie do domu i poszłam spać. To był bardzo miły wieczór :)

    

Tak wygląda nasze Atrium w Richmond Building, gdzie pracuję: wewnątrz i z zewnątrz :)

Dzisiaj jest pierwszy dzień Chińskiego Nowego Roku! :) Rano w pracy nadal zasuwałam, tylko chwilami robiąc sobie przerwy, żeby sprawdzić pocztę i odpowiedzieć na maile Majki i Magdy. Od jakiegoś czasu pisujemy do siebie codziennie i podtrzymujemy się nawzajem na duchu :) Na lunch poszłam do domu i zjadałam ostatnią pizzę (i całe szczęście, bo tuczą :) W skrzynce znalazłam program 14 Bratfootzkiego Festiwalu Filmowego! :) Po pracy wróciłam do domu i zabrałam się za papierkową robotę. Jakiś facet z college'u napisał, że przyjdzie dziś do college'u, żeby się ze mną spotkać. Zebrałam więc wszystko, co ode mnie chciał (tak mi się przynajmniej wydawało :) i poszłam na polski. Okazało się, że wysłał mi jakiegoś maila na moją skrzynkę w college'u, do której nie pamiętam nawet mojego nicka, o haśle już nie wspominając :) Potem przyszedł David i wpisałam się do kartki, którą kupi dla Wanyu z okazji Chińskiego Nowego Roku :) Na lekcji polskiego zrobiłam im pierwszy z ośmiu testów :) Po lekcji poszliśmy z Wanyu i Davidem porozmawiać, ale o 21:30 Wanyu wsiadła w UBU bus i pojechała, a my poszliśmy do domu. A jutro rano mam rozmowę o nową pracę! :) Dobranoc :)

wtorek, 05 lutego 2008
Ostatki! :)

398.

Wczoraj Sue z International Office, które organizuje wycieczki dla studentów zagranicznych napisała mi w mailu, że do Liverpoolu pojedzie z nami jako helper Polak, który też pracuje na uniwerku. Podała mi maila do niego i poprosiła, żebym mu napisała, jak to w praktyce wygląda, bo się chłopak stresuje :) Napisałam więc do niego maila, a potem poszłam na lunch do domu. Zjadłam pół bardzo dobrej pizzy ze szpinakiem :) Po lunchu zebrałam się wreszcie w sobie i poszłam do szefowej, żeby jej powiedzieć, że w ten piątek rano mam rozmowę o pracę, więc przyjdę dopiero po 13:00. W sobotę dostałam list, w którym School of Health zapraszało mnie na interview od 9:15 do 13. Czeka mnie najpierw jakiś sprawdzian grupowy! :) No cóż, zobaczymy jak to wygląda :))) Chciałam zaproponować szefowej, że odrobię te 3 i pół godziny, ale Majka mi napisała, że jeśli pracodawca wie, że szukam pracy, to musi mnie zwolnić, więc nic nie powiedziałam. Szefowa też nic nie powiedziała, a myślę, że chociaż tyle jest mi winna. Spytała, gdzie mam to interview, ale powiedziałam, że wolę nie mówić, żeby nie zapeszyć :) Po pracy zjadłam resztę pizzy i zabrałam się za porządkowanie papierów, ale musiałam przerwać i iść na polski. Po lekcji napisałam SMSa do Philippa, że jestem zmęczona i nie przyjdę do niego na kolację, na którą zaprosił mnie razem z Severine i Uxią poprzedniego dnia. Gdybym miała drobne na autobus, to może bym się nawet przejechała, ale nie czułam się najlepiej. Zamiast tego poszłam chociaż raz spać przed północą :)

A dziś w pracy okazało się, że w Atrium jest Research Showcase Day, czyli każda z ośmiu szkół, z których składa się uniwerek, chwaliła się tym, jakie prowadzi się u nich badania. Leah miała to koordynować z naszej strony, ale okazało się, że nasze stoisko było bardzo ubogie. W dodatku ktoś inny to zorganizował i Leah nie miała nawet rozpiski, kto ma kiedy siedzieć przy naszym stoisku. Kiedy zniknęła, przyszedł jeden z akademików z taką rozpiską, wzięłam ją więc na dół do Atrium, w poszukiwaniu naszego stoiska. Zamiast tego znalazłam stoisko School of Informatics, przy którym stali akurat obaj moi promotorzy :) Podeszłam więc do nich i zaczęliśmy rozmawiać. Od jednego dowiedziałam się, że na tegoroczny festiwal filmowy do Bratfoot oprócz Michaela Palina i Kennetha Branagha przyjedzie Mike Figgis, a drugi przedstawił mnie komuś z ich szkoły jako ich "research student" :) Fajnie to brzmi i szkoda mi chyba będzie, jak stracę te studia... W każdym razie rozejrzałam się jeszcze raz i zobaczyłam, że Leah której szukałam siedzi sobie przy stoliku z Ruth i piją kawę z "duchem zmarłej żony"! :) Nikt jeszcze tego nie potwierdził, ale wszystko wskazuje na to, że idealna Ingrid przyjdzie do nas do pracy już w ten poniedziałek! Dobrze by było, żebym dostała tą pracą i mogła powiedzieć, że wiem dokąd odchodzę! Być może będę się więc musiała pożegnać z moimi miesięcznymi wakacjami w marcu :) Zobaczymy :) Na lunch poszłam znów do domu i zjadłam całą pyszną pizzę z warzywami :)

Potem wróciłam do pracy i jak byłam akurat u Sarah w biurze, przyszła Leah i powiedziała, że ktoś mnie szuka. Okazało się, że przyszedł mnie odwiedzić ten chłopak, który jedzie z nami w sobotę do Liverpoolu jako pomocnik w jednym z 6 autokarów. Pracuje w dziale zamówień i zostawił w Polsce żonę i dójkę dzieci. Robi tu kurs księgowości w college'u i za jakieś 2 lata ma zamiar wrócić do nich do kraju. Okazało się, że zna Gosię, więc w sobotę pójdziemy wszyscy razem zwiedzać Liverpool, razem z jego kolegą i Majką. Przed końcem pracy odwiedził mnie jeszcze znajomy student Pomocy Socjalnej, Javier z Hiszpanii. Szuka własnego mieszkania, więc dałam mu namiary na moją agencję i może zostaniemy sąsiadami? :) Wyszliśmy razem z uniwerku i poszłam do bankomatu po pieniądze, a potem do Jacksona po mleko. Później wróciłam do domu i zadzwonił do mnie Conrad, pytając czy jestem w domu, bo mógłby mi przywieźć aparat fotograficzny, który zostawiłam u niego na urodzinach. Powiedziałam mu, że umówiłam się wieczorem ze znajomą, więc muszę wyjść przed 20. Przyszedł przed 19 i rozmawialiśmy na temat Wielkanocy w Polsce. Severine na pewno przyjedzie, a Conrad powiedział, że też się zastanowi i da mi znać. Napiliśmy się herbaty i potem wyszliśmy razem, bo musiałam iść do Lidla zanim go zamkną po śledzie. Kupiłam jeszcze po drodze piwo Lech i poszłam do Gosi na ostatki :) Zjadłyśmy rolmopsy z chlebkiem i wypiłyśmy po dwa piwka, a potem wsiadłam w autobus i wróciłam do domu :)

niedziela, 03 lutego 2008
Urodziny Conrada! :)

397.

W czwartek w pracy byłam dość zajęta. Na lunch poszłam do domu, ale wróciłam wcześniej, bo umówiłam się z Sarah, że wyjdziemy razem z pracy przed 17 i podprowadzę ją w stronę dworca, a sama pójdę do cukierni kupić pączka, bo to przecież Tłusty Czwartek, o czym mi rodzina przypomniała :) Poszłam więc po pracy do Greggsa, ale zwykłych pączków już nie było (pewnie Polacy wykupili :) więc musiałam się zadowolić podłużnym kremowym donatem :) Ciekawe, czy z cukierni się dziwili, czemu tyle osób przychodzi i kupuje pączki? Może pomyśleli, że to jakaś nowa moda i teraz zaczną piec więcej, a tu nikt nie przyjdzie? :))) I im się zmarnują! :) Może trzeba ich uświadomić, żeby za rok na Tłusty Czwartek przygotowali więcej pączków? Bo oni tu dopiero we wtorek obchodzą Pancake Day, czyli Dzień Naleśników :) I wtedy po raz ostatni przed postem jedzą takie grube, tłuste i słodkie naleśniki. Potem wróciłam do domu i położyłam się do łóżka, zanim na 19 poszłam na ostatni w tym tygodniu polski. Po lekcji poszłam jak zwykle do pubu z Wanyu, która uczy chińskiego. Włączyłam komórkę i odebrałam SMSa od Severine, która właśnie przyjechała z Francji, że czeka na mnie pod domem. Odpisałam jej, że jestem w pubie, ale okazało się, że i tak już poszła na squat. W domu byłam przed 23 i poszłam spać.

W piątek pogoda bardzo się popsuła. Na weekend zapowiadali śnieg i spadł grad. Potem około południa zrobiło się znowu ładnie i jak szłam do domu na lunch, to nawet świeciło słońce. Dopiero jak wróciłam do pracy, to zaczął wiać silny wiatr i w końcu około 15 szefowa przyszła i powiedziała, że jak ktoś ma daleko do domu, to może już iść do domu. Według zasad uniwerku szefowa działu może zwolnić pracownika w przypadku złych warunków pogodowych. Teoretycznie trzeba ten czas potem odrobić, chyba że od razu nam powie, że nie musimy. Sarah dojeżdża do domu pociągiem, więc wyszła. Leah i Ruth zostały do 16:30, bo po pracy szły prosto do pubu, więc ja też siedziałam, bo nie chciałam wychodzić przed nimi. Dopiero jak one poszły i nasz dział prawie opustoszał, wyszłam i w domu wskoczyłam od razu do łóżka :) Miałam na 17:45 iść do muzeum na "Alicja w miastach" Wendersa, ale zamiast tego poszłam po prostu spać :) Wstałam dopiero o 19:30 i zaczęłam przegrywać płyty dla Susany, bo mieliśmy po pubie jechać do niej. Ale jak dotarłam o 20:30 do pubu, to Conrad powiedział, że nie zostaje długo, bo musi przygotować jutrzejsze urodziny, więc zostaliśmy tylko we czwórkę: ja, Susana, Tom i Severine :) Potem doszły jeszcze Valentine i jej angielska koleżanka, która całkiem dobrze mówiła po francusku, ale nie zostały długo.

Stwierdziliśmy więc, że do Susany pojedziemy kiedy indziej. Zamiast tego poszliśmy do Jacksona po piwo razem z Hatemem, który tam do nas dołączył, poszliśmy do znajomych Polaków. Tam było już paru squterów i impreza trwała z najlepsze. Severine i Tom wyszli około 23, a ja z Susaną tuż przed północą. Poczekałam z nią na taksówkę, a potem poszłam w stronę domu. Ale nie dotarłam, bo Patrycja przysłała mi SMSa, że jest z kolegą w Polskim Klubie. Tymczasem zadzwonił do mnie Victor i spytał, gdzie jesteśmy. Odpowiedziałam mu, że ja to już w drodze do domu i powiedziałam, żeby zadzwonił do Hatema, który został jeszcze na imprezie, to mu wytłumaczy, jak tam dojść. W Polskim Klubie trwał akurat jakiś koncert - facet grał na gitarze i śpiewał po angielsku. Na sali było paru Anglików, pewnie jego znajomych, i śpiewali razem z nim niektóre piosenki. Patrycja dostała słowotoku, więc postanowiliśmy wyjść, żeby nie przeszkadzać innym. Kolega Patrycji chciał już iść do domu, ale namówiłyśmy go, żebyśmy po drodze weszli na chwilę do nowo-otwartego klubu. Chciałam go zobaczyć w środku, bo jak wracam z lekcji polskiego, to słyszę czasem stamtąd muzykę i byłam ciekawa jak wygląda w środku. Potem odprowadzili mnie do domu i poszli do akademika.

W sobotę obudziłam się przed południem, ale poleżałam sobie jeszcze w łóżku. Spadł śnieg, ale szybko się roztopił. W końcu wzięłam prysznic i trochę ogarnęłam pokój. O 15:30 miała dojechać Uxia z Guille oraz Severine i Victor i mieliśmy razem pojechać do Conrada na jego urodziny. O 15 wyszłam z domu i poszłam do Muzeum Mediów, żeby kupić mu jakąś kartkę. Długo się zastanawiałam i w końcu napisałam SMSa do Severine, żeby do  mnie dołączyła i pomogła mi coś wybrać. Uxia dała mi już znać, że się spóźnią z Guille i że dojadą sami, a Victor miał wyłączony telefon. Usiadłam i czekałam na odpowiedź od Severine, kiedy podszedł do mnie jakiś chłopak i spytał, czy mam czas, żeby odpowiedzieć na parę pytań, bo przeprowadza ankietę dla Muzeum. Miał na imię Andrew i studiował w tutejszej Szkole Zarządzania. Na koniec spytałam go, czy nie wie, do kogo w Muzeum należy przesłać swoje CV, żeby się starać tu o pracę. Poradził mi, żebym spytała w recepcji. Tam powiedziano mi, że mogę po prostu przynieść im CV, a oni je przekażą do działu Kadr. Severine odpisała, że dopiero jedzie i żebyśmy się spotkały już u mnie, więc w końcu zdecydowałam się kupić Conradowi kalendarz z czarno-białymi zdjęciami Paryża oraz kartkę z DVD. Do kartki dołączona jest płyta DVD z kroniką filmową z wydarzeniami z roku urodzenia solenizanta. Conrad urodził się w 1986 roku, więc trochę się wtedy wydarzyło :) W końcu wróciłam do domu i zaczęłam oglądać to DVD :)

Severine dojechała do mnie po 16 i spakowałyśmy wszystkie prezenty do Conrada do jednej dużej torby. Severine przywiozła mu z Francji jakąś książkę i książeczkę z przysłowiami oraz mały kalendarz z czarno-białymi zdjęciami Paryża :) Zdecydowałyśmy więc, że damy mu ten duży kalendarz, a mały został dla mnie :) Od Severine była jeszcze butelka białego wina, a ode mnie Żubrówka. W końcu przed 18 wyszłyśmy z domu i wsiadłyśmy w autobus. Po drodze do Conrada weszłyśmy jeszcze do polskiego sklepu i dokupiłyśmy waniliowe Ptasie Mleczko :) Jak do niego dotarłyśmy, oprócz jego dziewczyny Kitty i jej brata Sama był tam juz Javad i jakaś dziewczyna. Poszłyśmy do kuchni, żeby w czymś pomóc i Severine przygotowała "zupę z szampana", a ja robiłam tosty. Wkrótce ludzie zaczęli się schodzić. Wytłumaczyłam Uxii i Guille jak dojechać, a potem zadzwonił Victor. Czekaliśmy na niego do 21, ale w końcu Uxia i Guille musieli wychodzić, żeby wrócić z powrotem do Leeds. Wręczyliśmy więc Conradowi prezenty i całe szczęście, bo Victor i tak w końcu nie dojechał. Severine grała z Conradem i Javadem w Backgammona, a ja gadałam z Kitty i Samem. Umówiliśmy się, że pójdziemy razem do gejowskiego klubu, bo Sam jest gejem (a szkoda :) Później dojechał jeszcze Martin i wreszcie o 6 rano wsiadłyśmy z nim w taksówkę i pojechaliśmy do mnie. Severine wzięła od mnie plecak i poszła spać na squacie.

    

Pierwszy (i ostatni? :) śnieg w tym roku oraz plansza do gry w Backgammona (tryktraka).

Dzisiaj obudziłam się przed południem, napiłam się czegoś, otworzyłam okno i poszłam dalej spać. Wstałam dopiero około 18 i nic nie zrobiłam z rzeczy, które na dziś zaplanowałam. Do niczego się nie nadawałam :) Mieszanie szampana z białym winem i na koniec jeszcze Żubrówką, to nie jest dobry pomysł :) Chciałam sobie przejrzeć zdjęcia, które zrobiłam na imprezie, ale okazało się, że zostawiłam u Conrada aparat fotograficzny. Usiadłam więc do komputera i porozmawiałam przez SKYPE'a z Majką, a potem z rodziną. Majce opowiedziałam, że na wczorajszej imprezie Kitty powiedziała mi, że już nie są z Conradem razem. Wynajmują nadal razem mieszkanie, ale są tylko przyjaciółmi. Potem zaczęła mi mówić, ile to o mnie słyszała, bo Conrad wciąż o mnie mówi! Że powinnam go uczyć polskiego, bo chce się nauczyć i że chciałby pojechać do Polski :) Że powinien mieć dziewczynę, która mówi po francusku (niekoniecznie Francuzkę :) Potem powiedziała jeszcze, że jestem bardzo ładna i że cieszy się, że mnie nareszcie poznała :) Jednym słowem zaczęłam się zastanawiać, czy nie przez mnie się rozeszli, bo Kitty była o mnie zazdrosna! :) Mam nadzieję, że nie! W każdym razem jest bardzo fajna i mamy się jeszcze spotkać. Wymieniłyśmy się numerami telefonu, a jej brat namawia mnie na jakąś fajną imprezę gejowską w Leeds na początku marca :)