Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
czwartek, 26 lutego 2009
And the Oscar goes to...

422.

Jeszcze przed niedzielą próbowałam się zorientować i pytałam znajomych, czy jakaś brytyjska stacja telewizyjna będzie transmitować Oscary na żywo, ale nie udało mi się niczego dowiedzieć. W niedzielę wieczorem Kinga przysłała mi SMSa, że mogę przyjechać do niej i obejrzeć relację, ale jak sprawdziłam w Internecie, okazało się, że to tylko półgodzinny program o Oscarach, a nie relacja z samej ceremonii. Myślałam nawet o tym, żeby przytargać z korytarza telewizor, który ktoś jakiś czas temu tam porzucił. Ale okazało się, że nie ma wtyczki, tylko kabel kończy się gołymi drutami :) Poddałam się więc i postanowiłam śledzić przebieg ceremonii na Stopklatce. Dopiero po jakiejś godzinie i ośmiu wręczonych Oscarach udało mi się znaleźć stronę internetową, na której puszczali relację na żywo! :) Co prawda okno było dość małe i nie dało się powiększyć, a dźwięk trochę słaby, ale dało się to oglądać :) Zresztą możecie się sami przekonać o jakości tej strony :) http://www.yourglobaltv.com/antiguaandbarbuda/ABS.htm.
Najważniejsze, że udało mi się ją znaleźć akurat przed pojawieniem się na ekranie Janusza Kamińskiego! :) Dzięki temu byłam świadkiem jedynego polskiego akcentu i jednocześnie historycznej chwili, bo Kamiński był pierwszym operatorem wręczającym Oscara w historii tej nagrody. Ceremonia miała się skończyć o 4:30 tutejszego czasu., ale trwała do 5 rano :) A ja wytrwałam razem z nią :)))

W poniedziałek miałam lekcję dopiero o 12:30, więc po jakiś 5 godzinach snu poszłam na dwie godziny do pracy. Potem zjadłam obiad i poszłam na mój kurs do college'u. Ponieważ byłam niewyspana wszystko mnie denerwowało i trudniej mi było przełknąć to, co się tam dzieje. Te zajęcia mnie wykańczają! Niby są na poziomie magisterskim, ale mnie poważniej traktowano w Polsce w liceum! Tutaj traktuje się dorosłych ludzi jak dzieci, a oni tak się właśnie zachowują. W dodatku ich poziom umysłowy też ma dużo do życzenia. Jednym słowem załamałam się ponownie poziomem niby wykształconych ludzi w tym kraju. I pomyśleć, że oni otrzymają na koniec taki sam dyplom z Uniwersytetu w Leeds jak ja! :) Moim zdaniem jest między nami przepaść, a nie należę do osób o bardzo wysokim mniemaniu o sobie i mojej wiedzy. Wręcz przeciwnie, słuchając w zeszły piątek rozmowy Jeana i Conrada doszłam do wniosku, że mam jeszcze bardzo duże braki. Wytrzymałam jednak do końca zajęć, a potem poszłam do kina na świetny film Sama Mendesa "Revolutionary Road" (Droga do szczęścia), w którym Kate Winslet zagrała moim zdaniem dużo lepiej niż w "The Reader" (Lektor).

    
Statuetki Akademii Filmowej oraz Kate Winslet i Leonardo DiCaprio w "Revolutionary Road.

Nie zawsze zgadzam się z decyzjami Akademii. W tym roku dotyczyło to nagrody dla Kate Winslet, która moim zdaniem powinna była dostać Oscara za rolę w "Revolutionary Road", a nie za "The Reader". Ktoś mógłby powiedzieć, że w obu filmach zagrała podobnie, ale o ile w pierwszym cały czas rozumiałam bohaterkę i odczuwałam jej emocje, o tyle w drugim zupełnie do mnie nie przemówiła, a jej motywacja była dla mnie całkiem niezrozumiała. Ale na samą nagrodę jako taką Kate na pewno zasłużyła. Może niekoniecznie za tę rolę, ale często jest tak, że Oscara dostaje ktoś, komu do tej pory przechodził wciąż koło nosa, więc Akademia się w końcu ulitowała :) Nie wiem, czy inna aktorka nominowana w tej kategorii zasłużyła bardziej na tę nagrodę, bo nie widziałam ani "Changeling" (Oszukana) ani "Frozen River", a zarówno Meryl Streep w "Doubt" jak i Anne Hathaway w "Rachel Getting Married" były bardzo dobre, ale nie powalające. Z pewnością uważam jednak, że Oscara za pierwszoplanową rolę męską powinien był w tym roku otrzymać Mickey Rourke, nie ujmując niczego wspaniałemu jak zwykle Seanowi Pennowi ani pozostałym nominowanym. Do tej pory nie widziałam jeszcze tylko "The Curious Case of Benjamin Button" (Ciekawy przypadek Benjamina Buttona), więc trudno mi oceniać rolę Brada Pitta, ale Rourke na pewno przebił pozostałych.

Co do nagród dla aktorów drugoplanowych, to nie będę się wypowiadać, bo wiadomo było, że Heath Ledger dostanie Oscara za to, że nie dostał go za "Brokeback Mountain". A że nie widziałam jeszcze filmu "Vicky Christina Barcelona", trudno mi też coś powiedzieć na temat roli Penelope Cruz, ale zobaczę nowy film Allena w tym tygodniu i wtedy wyrobię sobie zdanie. Z pozostałych nominowanych w głównych kategoriach filmów nie widziałam jeszcze "Tropic Thunder" (Jaja w tropikach) ani "WALL-E" i nie wiem, kiedy uda mi się je obejrzeć. Nie wspominam już nawet o filmach nominowanych tylko do nagród czysto technicznych, takich jak
"The Dutchess" (Księżna), "Wanted" (Ścigani), "Hellboy II: The Golden Army" (Hellboy: Złota armia), "Iron Man" i "Australia", czy animowane "Bolt"(Piorun) i "King Fu Panda". Podobnie sprawa ma się z nominowanymi w tym roku filmami zagranicznymi, z których widziałam tylko niesamowity "Waltz with Bashir" (Walc z Bashirem). "Der Baader Meinhof Komplex" (Baader-Meinhof) przegapiłam, ale wkrótce wybieram się na "Entre les murs" (Klasa). Z dokumentów przegapiłam "Man on Wire" (Człowiek na linie), na którego się wybierałam, ale nie dotarłam, za to wkrótce mam zamiar zobaczyć "Encountres at the End of the World" (Spotkania na krańcach świata). A nominowanych filmów krótkometrażowych i animowanych nie będę pewnie miała okazji zobaczyć.
środa, 25 lutego 2009
Jeszcze cięższy tydzień! :)))

421.

W zeszłym tygodniu był tzw. "half term", czyli tygodniowa przerwa w zajęciach w college'u. A to oznaczało, że miałam wolny cały poniedziałek i pozostałe wieczory tygodnia. Przepracowałam tylko 18 godzin dla agencji w Providencie - we wtorek i środę do 17:00 oraz 2 godziny rano w czwartek - i to było wszystko :) W związku z tym po powrocie z pracy miałam czas dla siebie i mogłam sobie obejrzeć "Trzy kolory" Kieślowskiego, które kupiłam w Yorku na DVD. We wtorek obejrzałam "Niebieski", w środę "Biały" i w czwartek ponownie "Czerwony", plus dodatki. Kiedy obejrzałam "Biały" dostałam SMSa od Hiszpana, którego poznałam 3 tygodnie temu na urodzinach Kennetha i który właśnie wrócił z Madrytu. Mówił co prawda, że się odezwie jak wróci, ale myślałam, że już wrócił i się nie odezwał :) Umówiliśmy się, że pojedziemy do Yorku, bo jeszcze tam nie był i chce jechać, jak tylko będzie miał wolne z pracy. Myślę, że trzeba będzie mu nadać jakieś imię, bo pewnie się tu jeszcze pojawi :) Powiedzmy więc, że ma na imię Julio :)

    
Juliette Binoche w "Niebieskim" i Julie Delpy w "Białym" Kieślowskiego.

W czwartek po dwóch godzinach pracy dla Providenta poszłam na 3 godziny do radia zmontować rozmowę, którą przeprowadziłam ze znajomą z Bułgarii, a która ma być wyemitowana w programie "Central and Eastern European Block" :) A potem wybrałam się do kina na "Doubt" (Wątpliwość) z Meryl Streep. Nie rozumiem, czemu nominację do Oscara dostała Viola Davis, która pojawiła się na ekranie tylko raz i tylko na 5 minut! Nie twierdzę, że źle zagrała, ale podobnych ról było w tym roku wiele. Sam film też nie był powalający. Dużo bardziej podobał mi się "Milk" (Obywatel Milk) z nominowanym do Oscara Seanem Penn, którego obejrzałam w piątek. Interesujący był też w tym filmie James Franco, który do tej pory jakoś specjalnie się nie wyróżniał w filmach i którego kojarzyłam zaledwie ze średniej roli w "Spidermanie". Tutaj udowodnił, że potrafi grać i myślę, że jeszcze o nim usłyszymy.

    
Nominowani do Oscara - Meryl Streep w "Doubt" i Sean Penn w "Milk".

W piątek po filmie przyszła do mnie Kingę i zabrałyśmy się za gotowanie i przygotowanie sałatek na sobotę. Zaprosiłam znajome małżeństwo oraz parę naszych wspólnych znajomych, bo chciałam, żeby się poznali. Razem miało nas być 6 osób, więc Kinga kupiła cztery polskie ciasta (szarlotkę, karpatkę, jabłecznik i ciasto z galaretką owocową) oraz polski chleb. Ja kupiłam polędwicę sopocką oraz ogórki Krakusa i zrobiłam dwie sałatki. Każda z nas kupiła też po dwie butelki wina :) A wieczorem poszłam tradycyjnie na Kółko Francuskie do pubu, na którym pojawiła się nowa osoba, którą znałam tylko ze zdjęcia :) Jean jest Francuzem, ale ostatnie 8 lat mieszkał w Kanadzie, w Montrealu. Do Bratfoot przyjechał, żeby zrobić doktorat na wydziale "Peace Studies". Opowiadał bardzo ciekawe rzeczy o Kanadzie i świetnie się dogadał z Conradem. Oprócz nas na Kółko przyszedł jeszcze Pete, ale nie został długo. Było trochę głośno, a on ma kłopoty ze słuchem, więc poszedł wcześniej, a my zostaliśmy aż
do 1 rano, kiedy to wyproszono nas z pubu :)

W sobotę posprzątałam trochę mieszkanie, a potem poszłam do Alhambry na "Evitę". Początkowo miałam wrażenie, że wszystko leci z playbacku, szczególnie że Seamus Cullen, wykonawca roli Che Guevary, zaczął ruszać ustami później niż zaczął śpiewać! :))) Później jednak było już lepiej i wszyscy śpiewali na żywo. Siedziałam w trzecim rzędzie, więc dokładnie widziałam co się dzieje, ale trochę gorzej widziałam ekran ze słowami piosenek. Z tego co wiem na sali było wiele osób niedosłyszących, więc chyba dla nich były te napisy, bo w końcu musical był po angielsku, a nie po włosku, jak "Aida" :) Tam też były napisy, ale to akurat było zrozumiałe. Tak sobie nawet pomyślałam, że być może bardziej bym lubiła operę, gdyby zawsze była tłumaczona :) A tak to wolę balet :))) Ale wracając do "Evity" - strona taneczna przedstawienia była naprawdę słaba. Spodziewałam się tam jakiegoś ognistego argentyńskiego tanga. Ale występująca w tytułowej roli  Racheal Wooding była bardzo dobra. Miała wyższy głos niż Madonna, ale niektóre piosenki wykonała dużo lepiej.

    
Seamus Cullen jako Che i Racheal Wooding jako Evita oraz jeszcze raz 3 kobiety z "Trzech kolorów".

Po przedstawieniu wróciłam do domu i zaraz doszła Kinga, a potem goście. Pojedliśmy i pogadaliśmy parę godzin, aż jedna para moich znajomych zebrała się do domu przed północą, a druga została do jakiejś pierwszej w nocy. Wychodząc zabrali ze sobą i odwieźli do domu Kingę. I całe szczęście, bo wypiła sama 2 butelki wina i zaczęła się powtarzać :) Szczerze mówiąc trochę za dużo wypiła, a że nie jest przyzwyczajona, to cieszyłam się tylko, że moi znajomi wyszli wcześniej i nie widzieli jej w takim stanie, a przede wszystkim nie słyszeli co wygadywała :) Ci, którzy ją odwieźli już od dawna ją znają, ale też chyba byli lekko zaskoczeni, podobnie jak ja. Następnego dnia pospałam trochę dłużej, a potem przegadałam pół dnia z rodziną przez Skype'a. Na 18 poszłam do klubu 1in12 na tzw. Language Exchange, czyli "Wymianę językową":) Sally po raz któryś z kolei zorganizowała takie spotkanie dla ludzi, którzy chcą się uczyć innych języków i szukają kogoś do takiej zamiany język za język. Tom zrobił pierogi, a potem puścili "La Vita e bella" (Życie jest piękne), ale większość ludzi poszła na dół do baru dalej rozmawiać. Po 22 wróciłam wreszcie do domu i zaczęłam żałować, że nie mam
telewizora, bo chciałam obejrzeć na żywo ceremonię wręczenia Oscarów...
wtorek, 17 lutego 2009
Ciężki tydzień :)

420.

W poniedziałek zadzwonili do mnie z agencji i spytali, czy mogę zamiast we wtorek, środę i pół czwartku przesunąć pracę w tym tygodniu o jeden dzień i pracować środa, czwartek i pół piątku. Powiedziałam, że niestety nie mogę zostać cały dzień w czwartek. W piątek spodziewałam się gości, z którymi miałam się spotkać w Yorku, więc ostatecznie mogłabym przyjść do pracy. Ale oddzwonili i powiedzieli, żebym w takim razie nie przychodziła w ogóle we wtorek, tylko w środę i pół czwartku. To oznacza, że moja kolejna tygodniówka będzie znacznie niższa niż normalnie. Ale trudno, dodatkowy dzień wolnego dobrze mi zrobił :) Wieczorem zerwałam się za zajęć, tzn. powiedziałam, że muszę wyjść wcześniej, bo wypadło mi coś ważnego. Dobrze, że nie spytali co, bo przecież nie powiedziałabym, że muszę iść do kina! :) Wybrałam się na jedyny pokaz filmu "Trzy kolory: Czerwony" Kieślowskiego, bo dawno nie widziałam go w kinie. Spotkałam na pokazie parę znajomych, których poznałam kiedyś na kursie o Kinie Europejskim. Był to jedyny kurs w Muzeum, na który się wybrałam, bo poziom mają beznadziejny. Ale dzięki temu poznałam bardzo fajne małżeństwo, które też interesuje się kinem. Zaprosiłam ich do siebie w przyszły weekend, bo bardzo dawno się nie widzieliśmy. I jak się dowiedziałam, że nie widzieli pozostałych części trylogii Kieślowskiego, to sobie ją wreszcie kupię i im pożyczę :)

    
Irene Jacob w "Czerwonym" i Kate Winslet z Davidem Krossem w filmie "The Reader".


"Czerwony" nie zrobił już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś, ale odkryłam znów nowe rzeczy, bo spojrzałam na niego z innej perspektywy - to przecież ostatni film Kieślowskiego. I chociaż od początku tak zapowiadał, teraz rzeczywiście jest to faktem. Postanowiłam też przypomnieć sobie pozostałe części trylogii. Po pokazie wybrałam się na film "The Reader" (Lektor) z Kate Winslet i Ralphem Fiennesem, ale mnie rozczarował. Rozumiem, że Winslet dostała nominację do Oscara, bo dała się postarzeć. Ale nie rozumiem motywów działań jej bohaterki, ani głównego bohatera. Być może powinnam przeczytać książkę, bo moim zdaniem film nie oddał w pełni ich motywacji. W tym tygodniu wybrałam się jeszcze na "Rachel Getting Married" z Anne Hathaway, która jest nominowana do Oscara za rolę w tym filmie. I moim zdaniem zasługuje na nią bardziej niż Winslet w "Lektorze". Ale muszę jeszcze zobaczyć pozostałe nominowane filmy. Pracuję nad tym :) Być może Winslet zasłużyła bardziej na nominację za rolę w "Revolutionary Road" (Droga do szczęścia), ale o tym przekonam się dopiero w przyszłym tygodniu, jak zobaczę ten film.

    
Nominowana do Oscara Anne Hatheway w "Rachel Getting Maried" i Westminster w Yorku.


W piątek rano pojechałam do Yorku, gdzie spotkałam się z moimi znajomymi z Edynburga. Zwiedziliśmy razem miasto i na wieczór zajechaliśmy do Bratfoot. Poszliśmy na curry do Omara Balti, gdzie dołączyła do nas Kinga, która wyciągnęła nas potem do Varsity na tańce. Nie zabalowaliśmy jednak długo, bo nie byliśmy zmęczeni, a rano jechaliśmy zwiedzać Manchester. Umówiliśmy się z Kingą na Interchange'u o 11 i pojechaliśmy razem do Manchesteru. Na obiad poszliśmy do Chińczyka w Chinatown. Z powrotem w Bratfoot byliśmy około 20 i zrobiliśmy sobie nasiadówę w domu. A w niedzielę najpierw dotarliśmy do Bombay Store'u, a potem do Muzeum Mediów i na koniec do Saltaire. Zjedliśmy obiad u nas u Chińczyka, gdzie był lepszy wybór niż w Chinatown w Manchesterze :) A potem odprowadziłam znajomych na dworzec i jak wróciłam do domu, to padłam wyczerpana do łóżka :) Przespałam też prawie cały poniedziałek, bo w tym tygodniu college jest zamknięty i nie mam zajęć. Dopiero wieczorem wyszłam z domu i poszłam do St. George's Hall na "Aidę" w wykonaniu Mołdawskiego Chóru i Orkiestry Narodowej. Spotkałam tam koleżankę, której dawno nie widziałam, z grupą znajomych. A teraz mam zamiar obejrzeć "Trzy kolory" Niebieski".

    
Stara część Manchesteru i plakat do "Aidy" Verdiego, wyprodukowanej przez Ellen Kent.

poniedziałek, 09 lutego 2009
Równie kulturalna zima :)

419.

W grudniu jednego dnia spadł śnieg! :) Wydawać by się mogło, że to nic nadzwyczajnego, ale tutaj to jednak rzadkość. Oczywiście zamknięto od razu college i anulowano moje lekcje, za które jednak mimo wszystko dostanę pieniądze :) To był czwartek, więc przepracowałam tylko 3 godziny w Provident Financial, gdzie pracuję z agencji, bo to prywatna firma i tak łatwo nie puszcza pracowników do domu :) W pierwszy weekend poszłam z Gosią do ratusza zobaczyć wystawę poświęconą Polonii i trafiłyśmy akurat na targi skierowane do Polaków. Wśród paru obecnych instytucji, takich jak Policja i związki zawodowe, dostrzegłam też stoisko lokalnego radia BCB - Bratfoot Community Radio - i zagadałam z nimi. Dostałam wizytówkę od Johna, który powiedział, że szukają ludzi do robienia programu "Central and Eastern European Bloc". Wymieniliśmy się mailami i rozpoczęłam z nimi darmową współpracę. To lokalne radio niekomercyjne i prawie wszyscy są tam wolontariuszami. A ja nie robię tego dla pieniędzy, tylko po to, żeby móc
sobie wpisać do CV doświadczenie w angielskim radiu  :) A zresztą piątki i tam mam wolne, więc zaczęłam przychodzić i robić przyśpieszony kurs radiowy :) Pracowałam w dwóch rozgłośniach w Polsce, więc była o właściwie tylko kwestia przypomnienia :)

W ten sam weekend wybrałam się z Kółkiem Francuskim na głośny izraelski film animowany "Waltz with Bashir" (Walc z Bashirem). Rzeczywiście robi niesamowite wrażenie i bardzo się nam wszystkim podobał. Polecam! Następnego dnia pojechałam z Kingą i Shazem do Xscape na sztuczny stok, bo Kinga z okazji swoich urodzin postanowiła nauczyć się zjeżdżać na desce :) Wieczorem byłyśmy znów zaproszone przez moich byłych uczniów na obiad świąteczny, a po obiedzie poszłyśmy jeszcze zabalować do niedawno otwartego nowego klubu Tokyo. W grudniu wybrałam się jeszcze do kina na "Gomorrah", ale byłam raczej rozczarowana. Później poszłam jeszcze z Kingą na pokaz Singalong filmu "Mamma Mia" :) Na dole ekranu były teksty piosenek i wszyscy je śpiewali razem z aktorami, jak na karaoke! Wariactwo kompletne, ale zabawa przednia :) Obejrzałam też bardzo dobry film "Lemon Tree" o konflikcie palestyńsko-izraelskim.

Ponieważ bilety na Święta do Polski były bardzo drogie, postanowiłam tym razem zostać w Anglii, szczególnie, że byłam w zeszłym roku w Polsce aż 4 razy. Kupiłam za to bilet  na Wielkanoc
na 2 tygodnie :) Zorganizowałam też Christmas Do w Polskim Klubie dla moich studentów polskiego. Akurat na górze była impreza taneczna i świetnie się wybawiliśmy. A potem pojechałam na Święta do Manchesteru, żeby spędzić je z Majką i jej chłopakiem, którzy też zostali w Anglii. Nagotowaliśmy 12 potraw i potem nie mogliśmy tego zjeść :) Święta upłynęły nam zatem głównie na jedzeniu i na oglądaniu filmów na DVD :) Obejrzeliśmy bardzo dobry brytyjski film "Somers Town" o Polakach w Anglii, a potem "Iluzjonistę" i 10 odcinków "Londyńczyków" :) No cóż, to taka telenowela, tyle tylko, że jej akcja dzieje się akurat w Londynie, a nie gdzie indziej :)

Po Świętach wróciłam do domu i w środę 31 grudnia poleciałam do Paryża na Sylwestra :) Ewa mnie namówiła, żebym
przyjechała na imprezę, którą jej przyjaciel organizował w mieszkaniu niedaleko Gare du Nord :) Samolot trochę się spóźnił, w dodatku jakimś cudem weszłam znów na salę odlotów, mijając barierki ochronne. Sama nie wiem, jak to zrobiłam :) Na miejsce zajechałam na 21:30, kiedy impreza trwała już w najlepsze :) O północy wypiłam butelkę bezalkoholowego szampana dla dzieci, który Ewa specjalnie dla mnie kupiła, bo nadal nie piłam alkoholu :) Oczywiście większość ludzi nie mogła się nadziwić, że Polka, a nie pije :) Towarzystwo było międzynarodowe i świetnie się bawiłam i wytańczyłam :) Nad ranem padliśmy wszyscy pokotem na jednym materacu i pospaliśmy do południa :) Po południu poszliśmy coś zjeść, a potem ja pojechałam do przyjaciółki Ewy, która mieszka pod Paryżem, żeby u niej zanocować jedną noc. Trzy pozostałe noclegi załatwiłam sobie przez Hospitality Club. Następnego dnia pojechałam więc do miasta z plecakiem i tak cały dzień zwiedzałam Paryż z Ewą, Kennethem i ich przyjaciółmi.

Wieczorem wsiadłam w metro i pojechałam spotkać się z Nicolasem, u którego miałam zostać na najbliższe trzy noce. Zostawiłam u niego rzeczy i pojechaliśmy do jego znajomych na poprawiny Sylwestra. Zostało im tyle jedzenia, że zaprosili parę osób, żeby się nie zmarnowało :) Sylwestra spędziłam w gronie 20-latków, a ta impreza zdominowana była przez 30-latków :) taka typowa nasiadówa :) W dodatku większość z nich była podobnie jak Nicolas celnikami :) Nasłuchałam się więc niesamowitych historii! :))) W końcu około2 nad ranem wróciliśmy do niego ostatnim metrem i poszliśmy spać. Następnego dnia Nicolas szedł rano do pracy, a ja miałam się spotkać z Ewą i Kennethem. Niestety, oni się źle czuli i zostali w domu, a mi całkiem padła komórka. Pojechałam więc zwiedzić katakumby, bo Paryż już znam, ale pod miastem jeszcze nie byłam :) Potem wróciłam do domu, żeby się spotkać z Nicolasem. Pojechaliśmy na Plac Bastylii, gdzie był umówiony ze znajomym. Ja poszłam coś zjeść, a oni na drinka. Doszłam potem do nich i wróciłam razem z Nicolasem do domu. Posiedzieliśmy trochę i ustaliliśmy plan na dzień następny. On znowu szedł do pracy, więc musiałam się sama sobą zająć, bo Ewa i Kenneth rano mieli samolot, a ja wracałam dopiero dzień później.

Następnego dnia pojechałam zatem na wieżę Montparnasse, z której jest dobry widok na miasto, o ile jest dobra widoczność. Tego dnia akurat nie była :) Potem chciałam jeszcze wejść na jedną z wież Notre-Dame, ale jak zobaczyłam kolejkę, to zrezygnowałam. Do katakumb stałam półtorej godziny i miałam już dosyć kolejek :) Poszłam więc do Les Halles i poszukałam kina, do którego miałam iść na dwie części filmu "Mesrine" z Vincentem Casselem. W przerwie między filmami poszłam coś zjeść, a potem wróciłam do kina, gdzie dołączył do mnie Nicolas. Po filmie wróciliśmy do domu i poszliśmy spać, boja rano miałam samolot. Niestety, z powodu śniegu lot opóźnił się o 4 godziny, z czego 3 spędziliśmy siedząc już w samolocie. Stewardesy zaczęły nawet sprzedawać jedzenie i picie, bo wszyscy zgłodnieli. W końcu doleciałam do Notthingham, gdzie musiałam poczekać godzinę na kolejny autobus do Bratfoot, bo mój oczywiście już dawno uciekł. Nie zdążyłam więc na lekcję angielskiego, którą miałam z jedną dziewczyną, ale szefowa zdecydowała, że i tak mi za nią zapłaci, bo to nie moja wina, że spadł śnieg i samolot się spóźnił :) Nie poszłam też na zajęcia, bo za godzinę się kończyły, tylko od razu spać :)

Od mojego powrotu do Bratfoot prawie codziennie wymieniałam maila z Nicolasem, aż do jego wyjazdu w połowie stycznia do Singapuru. Obiecał, że jak wróci to się odezwie i pokaże mi zdjęcia. Powiedział też, że jestem zawsze mile widziana w Paryżu, a ja zaprosiłam go do Bratfoot. Ale na razie w najbliższych miesiącach jest w rozjazdach i ma już wszystko zaplanowane, więc nie wiem, czy znajdzie czas. A ja obiecałam sobie, że będę oszczędzać pieniądze i nigdzie już nie polecę, aż do mojego wylotu do Polski na Święta. W styczniu
poszłam z Kółkiem Francuskim na bardzo ciepły film "Conversations with my Gardener" (Dialogue avec mon jardinier). Później wzięłam udział w konferencji MECSA na temat Mediów, która odbywała się w Muzeum, a była współorganizowana przez moich promotorów. Nagrałam trzy wywiady z uczestnikami i w weekend je zmontowałam, żeby mogły pójść jak najszybciej na antenę. Ale mimo to puścili je dopiero tydzień później. W dodatku mi powiedzieli, że puszczą mój materiał w sobotę o 11:45, nastawiłam więc budzik na 11 i zaczęłam słuchać radia. Po godzinie się zdenerwowałam, a okazało się, że mój materiał poszedł o 10:45, czyli chwilę przed tym jak wstałam i włączyłam radio! :) Przespałam zatem swój debiut radiowy w UK :) Ale później przegrałam to sobie na płytę CD :)

Od stycznia zaczęłam oglądać filmy nominowane w tym roku do Oscara, które pokazują teraz w Muzeum Mediów. Zaczęłam od pierwszej części "Che" z Benicio del Toro i trochę się zawiodłam. Mam nadzieje, że druga część będzie lepsza, bo na tej się trochę wynudziłam. Potem obejrzałam bardzo dobry "Slumdog Millionaire" (Slumdog. Milioner z ulicy) gdzie najbardziej podobała mi się ostatnia scena :))) Później wybrałam się jeszcze na kontrowersyjny film "Defiance" (Opór) i przyznam, że nadal mam mieszane uczucia. Potem poszłam na "Choke" (Udław się), a że byłam jedyna osobą, która wybrała się na te film w poniedziałkowy wieczór, puścili go tylko dla mnie :) W Polsce musi być chyba minimum 5 osób. W każdym razie świetnie się na nim bawiłam, siedząc sama w kinie i śmiejąc się w głos :) Z Kółkiem Francuskim obejrzałam jeszcze wzbudzający skrajne emocje film "A Christmas Tale" ( Un conte de Noel), która mi się całkiem spodobał.

W zeszły weekend miałam pisać drugi już esej na mój kurs (pierwszy zaliczyła :) ale w sobotę zrobiłam sobie przerwę, bo były urodziny Kennetha. Poszłam więc obiecując sobie, że nie zostanę długo :) Około północy przenieśliśmy się wszyscy od nich z domu do klubu 1in12, a potem około 3 wróciliśmy znów do nich, bo klub już zamykali. Poderwałam Hiszpana z Madrytu (albo to on mnie poderwał? - myślę, że po prostu dałam mu się poderwać :) i zabalowałam do 6 rano! :) Za pisanie zabrałam się więc dopiero około 16 i skończyłam w poniedziałek o 3 nad ranem. Poszłam spać, a jak się obudziłam wszędzie było biało, bo w nocy znów spadł śnieg. College znów zamknęli i przedłużyli termin składania prac, a ja znów zarobiłam za dwie godziny pracy, które przesiedziałam w domu. Przez cały dzień nic nie robiłam, aż wreszcie wieczorem wyszłam z domu i poszłam obejrzeć "The Wrestler" (Zapaśnik) Darrena Aronofsky'ego z Mickeyem Rourke. Film zrobił  na mnie piorunujące wrażenie i potem cały wieczór słuchałam końcowej piosenki Bruce'a Springsteena.

We wtorek college nadal był zamknięty, ale poszłam do pracy do Providenta. Tylko wieczorną lekcję miałam odwołaną. W czwartek zorganizowaliśmy wyjątkowo Kółko Francuskie, bo w piątek nowy członek kółka organizował imprezę, na którą byliśmy zaproszeni. Impreza była tematyczna ("Lata 80-te" albo inaczej "Zły gust" :) i trzeba się było przebrać. W piątek kupiłam więc różowe cienie do oczu, żeby pasowały do mojego stroju :) A potem poszłam do radia BCB i złożyłam projekt programu autorskiego, oczywiście o filmach :) Za jakiś czas mają mi dać znać, co o tym myślą. Być może będę miała swój własny program? Będę też pomagać przy bloku Środkowo i Wschodnio-Europejskim. Po wizycie w radiu poszłam do kina na świetny film "Frost/Nixon", a potem zaczęłam się przygotowywać do imprezy. Wszyscy byli fajnie przebrani i impreza była bardzo udana. Ale najlepsze wejście miało
czterech chłopaków, którzy przebrali się za zespół The Kiss :) Naprawdę zrobili furorę! :) Na ranem zaczęliśmy w kuchni grać na garnkach i pokrywkach, więc znowu świetnie się bawiłam, choć nadal w ogóle nie piję alkoholu :)

W sobotę po południu poszłam z Kingą do Alhambry na "Jezioro Łabędzie" w wykonaniu baletu z Sant Petersburga. Ostatnio widziałam parę wersji "Łabędziego Jeziora" - klasyczną, gejowską Matthew Bourne'a i na lodzie :) Myślę, że w najbliższym czasie nie wybiorę się już na kolejną. Wybieram się za to wkrótce na
"Aidę", na "Evitę" i na występ chińskich mnichów :) Poza tym mam zamiar obejrzeć pozostałe oscarowe filmy. W ten weekend wzięłam się jednak za pranie i sprzątanie, bo w przyszły weekend mam gości z Edynburga :) W piątek jadę się z nimi spotkać w Yorku i wieczorem wracamy do Bratfoot. W sobotę planujemy zwiedzić Manchester, a w niedzielę Bratfoot, Lister Park i Saltaire. Mam nadzieję, że śnieg już do tej pory przestanie padać, bo dziś znów zrobiło się biało. Postaram się dzielić na bieżąco wrażeniami, a teraz idę już spać, bo ustały śpiewy moich hinduskich sąsiadów, którzy ostatnio skutecznie pozbawiają mnie snu :) 

    
Zaspy śniegu w Bratfoot i zespół The Kiss - wokalista zaśpiewał mi piosenkę z Misia Uszatka! :)
Zdjęcia z grudnia i stycznia można zobaczyć na: http://public.fotki.com/annad9/
Kulturalna jesień :)

418.

W drugiej połowie września zaczął się festiwal "Bite the Mango". Neil mnie zaprosił na otwarcie, więc poszłam z nim na imprezę ina film "The Fall" (Siła uczuć), a potem na kontynuację imprezy do klubu. Nie wybrałam się już potem na żaden film festiwalu, bo nie miałam pieniędzy. Jak byłam w Hiszpanii dostałam maila od szefa z college'u z informacją, że z powodu braku chętnych zlikwidowano lekcje francuskiego, które miałam prowadzić. A to oznaczało, że miałam tylko trzy klasy polskiego w poniedziałek, środę i czwartek wieczorem. Musiałam więc zacząć szukać pracy i oszczędzać na mieszkanie i na życie. Udało mi się załatwić państwowe stypendium na ten podyplomowy kurs dla nauczycieli i z niego zapłaciłam 
za czynsz! Przełożyłam poniedziałkową grupę na wtorek, bo w poniedziałki wieczorem miałam zajęcia. Czwartkowe lekcje polskiego zostały wkrótce zlikwidowane z powodu za małej ilości uczniów, ale szef dał mi w zamian pierwszy rok francuskiego w Queensbury. Musiałam tam dojechać autobusem, ale na szczęście okazało się, że jeden z uczniów przejeżdża przez Bratfoot, więc mnie podwozi. Na początku byłam bardzo zestresowana tymi lekcjami, ale dwa miesiące pracy latem we francuskiej firmie bardzo się przydały :)

W październiku poszłam na film "The Boy in the Striped Pyjamas" (Chłopiec w pasiastej piżamie), bo czytałam książkę i chciałam zobaczyć, jak ją przeniosą na ekran. Muszę powiedzieć, że nawet im się to udało. Potem poszłam na zabawną amerykańską komedię polityczną z Kevinem Costnerem "Swing Vote" i na świetny film Guya Richie "Rocknrolla" (Rock'n'Rolla) - już się nie mogę doczekać zapowiedzianej drugiej części! :) Potem wraz z Kółkiem Francuskim poszliśmy na "I've Loved You So Long" (Il y a longtemps que je t'aime) i poznałam nowych ludzi, którzy w tym roku tworzą nasze Kółko - Ewę z Francji i jej chłopaka Kennetha z Norwegii oraz Anglika Pete'a, którego poznałam na imprezie pożegnalnej Philippa. Philipp wyjechał najpierw do Ethiopii, a teraz jest w Ugandzie i zaprasza, ale to trochę daleko :) Pod koniec miesiące poszłam jeszcze na niesamowity balet Stephen Petronio Company. Najbardziej podobała mi się muzyka - piosenki Rufusa Wainwrighta. Od tamtej pory słuchałam w kółko jego piosenek na Youtube. To on śpiewał tym swoim niesamowitym głosem "Alleluja" Cohena w pierwszej części "Shreka".
Pod koniec października poleciałam do Polski na ślub kuzynki. To było traumatyczne przeżycie i od tamtej pory postanowiłam przez rok nie pić alkoholu :)

Na początku listopada poszłam jeszcze z Ewą na zabawny Les Ballets Trockadero de Monte Carlo. Obie nie miałyśmy pieniędzy, bo nie pracowałyśmy, więc weszłyśmy po prostu po pierwszej przerwie, jak widzowie wracali na swoje miejsca i usiadłyśmy tam, gdzie było wolne. Na następnej przerwie podeszła do mnie pani z obsługi i spytała o bilety, ale na szczęście udało mi się ją jakoś zagadać. Na ostatnią część przedstawienia przesiadłyśmy się jednak gdzie indziej. Byłam już na tym balecie w Polsce, a teraz przynajmniej widziałyśmy z Ewą 2/3 za darmo :) Odkąd wróciłam z Hiszpanii starałam się o zasiłek.Tym razem się uparłam i po doniesieniu tysiąca dokumentów wreszcie dostałam parę funtów! W listopadzie byłam jeszcze w kinie na
dokument o Liverpoolu Terence'a Daviesa "Of Time and the City"  (O czasie i mieście) i na przezabawne, choć tragiczne "Burn After Reading" (Tajne przez poufne :) Potem wybrałam się jeszcze na rozczarowujący film "W." Oliviera Stone'a o George'u W. Bushu i znów z Kółkiem Francuskim na "Let's Talk about the Rain" (Parlez-moi de la pluie) świetnego duetu Agnès Jaoui i Jean-Pierre'a Bacri.

W drugim tygodniu listopada zaczęłam nową pracę z agencji, tym razem z Brook Street. To już trzecia agencja pośrednictwa pracy, a którą współpracuję odkąd przyjechałam do Anglii. Znaleźli mi pracę na pół etatu i niedaleko domu, tak jak chciałam. Pracuję w każdy wtorek, w każdą środę i 3 godziny w czwartek, a piątki mam wolne. W poniedziałki chodzę na kurs i zaczęłam jeszcze uczyć obcokrajowców angielskiego w college'u. Pracuję więc w sumie 28 godzin tygodniowo w trzech pracach i zarabiam na utrzymanie, ale nie na podróże :) Mimo to w połowie listopada poleciałam na weekend do Francji odwiedzić Katie i Christopha w Angers. W moje urodziny (o kórych nikt nie wiedział :) Benoit zaprosił nas na imprezę do Niort, na którą przyszedł też Jerome i Benjamin, którzy w tym czasie wrócili z Bratfoot. Spotkaliśmy się więc całą paczką po raz pierwszy od wakacji :) Kupiłam sobie dwie płyty Rufusa Wainwrighta w prezencie i trzy sery, które kazali mi zostawić na lotnisku! Oddałam je zatem z bólem serca Katie, która mnie odwiozła na samolot. Pod koniec listopada byłam jeszcze na jedno-dniowej wycieczce w Newcastle z uniwerku i bardzo miło spędziłam dzień z Neilem i jego znajomym.

    
Stephen Petronio Company i zespół wyłącznie męski Les Ballets Trockadero de Monte Carlo :)
Więcej zdjęć z września, października i listopada na: http://public.fotki.com/annad9/
niedziela, 08 lutego 2009
Lato filmów :)

417.

W dniach 13-15 czerwca odbył się 7-my Fantastic Film Weekend, w czasie którego obejrzałam z kolegą "Grindhouse Double Feature", czyli "Planet Terror" Rodrigueza i "Death Proof" Tarantino, jeden po drugim, z przerwą na reklamy stylizowane na lata 70. Po "Planet Terror" bałam się potem zasnąć, :) Ale uważam, że film Rodrigueza jest o wiele lepszy od Tarantino, który się tym razem nie popisał. Jestem jak najbardziej za "Girl Power", ale ten film po prostu nie miał za bardzo sensu. W czerwcu obejrzałam jeszcze dokument "Terror's advocate" (L'Avocat de la Terreur) o Jacquesie Vergesie i francuską komedię
"Welcome to the Sticks" (Bienvienue chez les Ch'tis) o tym, jak to okropnie jest na północy Francji. Poleciła mi go moja znajoma, która przez jakiś czas mieszkała w Lille :) Wybrałam się też po pracy na nowego Indianę Jonesa, ale tak mnie głowa rozbolała, że musiałam wyjść z kina! W piątek 27 czerwca poszłam po raz ostatni do pracy z agencji, a od 1 lipca zaczęłam pracować dla IMA UK. Musiałam co prawda dojeżdżać, ale ludzie byli bardzo fajni i bardzo miło spędziłam te dwa miesiące lata.

W lipcu pracowałam na różnie zmiany i nie miałam za bardzo czasu, żeby chodzić do kina. Ale wybrałam się z kolegą na nowego Batmana do Imaxu. Musiałam się przekonać, czy Heath Ledger zasłużył na Oscara, którego pewnie w tym roku otrzyma. Nie widziałam jeszcze wszystkich nominowanych filmów, ale muszę przyznać, że jego rola była bardzo dobra. Poza tym widziałam bardzo dobry kameralny amerykański film "The Visitor" (Spotkanie) i angielski "The Edge of Love" o poecie Dylanie Thomasie, w którym zagrał jeden z moich ulubionych ostatnio aktorów Cillian Murphy. W połowie czerwca przyleciał mój brat i po raz pierwszy usiadłam w Anglii za kółkiem! Wynajęłam samochód na weekend i pojechaliśmy do Oxfordu. Mieliśmy bilety na pokazy lotnicze Air Tattoo, ale niestety po raz pierwszy od 38 lat pokazy zostały odwołane! Zwiedziliśmy więc miasto i porobiliśmy zdjęcia samolotom zza płotu :) A pod koniec lipca przyleciał mój ojciec, z którym pojechałam do Leeds, do Londynu i do Yorku. Sam wybrał się jeszcze do Blackpool, jak byłam w pracy.
    
Hiam Abbas w "Spotkaniu" oraz S. Miller, K. Knightley i C. Murphy w "The Edge of Love".
Więcej zdjęć z lipca na: http://public.fotki.com/annad9/fotki/.

W sierpniu poleciałam na 5dni do Polski na okrągłe urodziny mojej mamy. A potem wróciłam do Bratfoot i zaczęłam znów chodzić do kina. Obejrzałam smutny film z naszym papieżem w tle
"The Pope's Toilet" (El Bano del Papa) i dokument "A Complete History of My Sexual Failures", w którym najpierw było śmiesznie, a potem straszno, by w końcu zakończyć się z nutą nadziei na przyszłość. Później poszłam na taki sobie filmik "Married Life" i na dwa dobre filmy francuskie: "Summer Hours" (L'Heure d'ete) Oliviera Assayasa i "Paris" Cedrica Klapsicha. Większość czasu zajmowała mi jednak praca, która szczególnie na początku była dość stresująca. Musiałam używać na codzień trzech języków (angielski, francuski i polski), w dodatku przez telefon! Firma zajmuje się organizowaniem pomocy osobom, którym popsuł się samochód za granicą - Anglikom we Francji i Francuzom w Anglii, ale także Polakom mieszkającym w Anglii i kupującym tu ubezpieczenia, którym nie udało się bezproblemowo dojechać do kraju. Musiałam za nich wszystko załatwić w garażu czy hotelu. Ciekawe doświadczenie.

    
Chris Wait w "A Complete History of My Sexual Failures" i Romain Duras w "Paris".
Zdjęcia z Polski na: http://public.fotki.com/annad9/fotkipl/.

Kontrakt miałam na dwa miesiące, więc skończyłam tam pracę w sobotę 30 sierpnia. Na koniec mieliśmy imprezę pożegnalną, bo wraz ze mną kończyli pracę także Katie i Christoph, którzy wracali do Francji. Przyjechał za to Jerome, który mieszka w Niort, gdzie mieści się siedziba firmy IMA. Na początku września poszłam z Kingą do Alhambry na "The Aluminum Show", które miało być podobne do "Snow Show", ale w efekcie było dużo gorsze. Następnego dnia poleciałyśmy we trójkę z Krystianem  na półtora tygodnia do Hiszpanii :) Odwiedziliśmy naszych przyjaciół Roberto i Rocio w Santiago, potem Sonię i jej chłopaka w La Corunii, a później spotkaliśmy się z Jose Luisem w Astordze, skąd pojechaliśmy do Madrytu. Z Madrytu pojechaliśmy do Pamplony odwiedzić Esthere, a potem do Barcelony, gdzie spotkaliśmy się z Indrą. Stamtąd pojechaliśmy do Dolores, która mieszka w Ontinyencie koło Valencii. Stamtąd wróciliśmy na samolot do Madrytu. Zrobiliśmy 4 tysiące kilometrów i to ja cały czas prowadziłam :) Było super! :)

    
Izraelska grupa taneczna z "The Aluminium Show".
Więcej zdjęć z wyjazdu tutaj: http://public.fotki.com/annad9/spain/page29.html.
Ciąg dalszy międzyczasu :)

416.


W następnym tygodniu obejrzałam dwa filmy, jeden po drugim tego samego dnia, bo tak jest taniej :) Nie miałam już zajęć w college'u, a pracę kończyłam o 17, więc mogłam spokojnie iść na dwa filmy, jeden około 18, a drugi około 20. Najpierw zobaczyłam francuski "Un secret" (Sekret) w którym zagrali Patrick Bruel, Ludvine Sagnier, Julie Depardieu, Cecile de France i Mathieu Amalric, który jest ostatnio rozchwytywany przez reżyserów :) Była to opowieść o rodzinie, która ukrywa wstydliwy sekret z czasów wojny. Potem poszłam na rosyjski film "Mongol" (Mongoł :) w reżyserii Sergieja Bodrova. Zagrali w nim mongolscy aktorzy, którzy mówili w swoim ojczystym języku. Polecam gorąco ten film i czekam z niecierpliwością na zapowiedzianą drugą część. Bardzo mi się spodobała muzyka, szczególnie końcowa piosenka "Xox tolbton" (Blue Spot) mongolskiego zespołu Altan Urag. Teledysk z filmu do tej piosenki można zobaczyć tutaj http://www.imdb.com/title/tt0416044/. Od tamtej pory mam już ich całą płytę "Made in Altan Urag". Zespół łączy tradycyjny tuwiański śpiew gardłowy z muzyką rockową, co daje niesamowity efekt.

  
Mathieu Amalric w "Sekrecie" i Tadanobu Asano jako Czyngis-chan w "Mongole".

Mimo, że skończyły się już zajęcia w college'u, spotkałam się z szefem, żeby podsumować miniony rok i zdecydować coś na przyszły. Z powodu utraty pracy na uniwerku miałam oczywiście znowu ochotę wyjechać na stałe z Bratfoot, bo studia już mnie tu nie trzymały. Ale szef po raz kolejny mnie przekonał, żebym została, bo będzie lepiej. Zaproponował mi pracę na pół etatu i zapewnił, że będę mogła zrobić podyplomowy kurs dla nauczycieli na koszt college'u. Powiedział, że będę uczyć trzy razy w tygodniu wieczorem polskiego, a dwa razy przed południem francuskiego. Razem miałabym 11 godzin lekcji tygodniowo, co już pozwoliłoby mi się utrzymać, choć zarabiałabym mniej niż do tej pory. Ale pracowałabym też dużo mniej! Mogłabym sobie znaleźć jakąś pracę na pół etatu na uniwerku i kontynuować studia doktoranckie. Niestety, jak się później okazało nic z tych planów nie wyszło... Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

W weekend poszłam więc zadowolona z kolegą do Peel Parku na festiwal Mela. Przyjechało duże wesołe miasteczko i było tam wiele innych atrakcji. Kolega wziął udział w ćwiczeniach Ju-Jitsu, a ja zatańczyłam sobie z hinduskimi tancerkami :) W następny weekend wybrałam się na doroczną paradę mera miasta i występy różnych zespołów. Tym razem pojawił się nawet polski zespół ludowy! Śpiewali "Płynie Wisła, płynie" i inne piosenki :) Prosto po paradzie wsiadłam w autobus do Manchesteru i pojechałam odwiedzić Majkę. Odebrała mnie z dworca ze swoim chłopakiem i najpierw pojechaliśmy do sklepu, a potem do niej. Przywiozłam ze sobą homara, z którego zrobiliśmy sałatkę, a Majka zrobiła pyszne zielone curry. Zostałam u niej na noc, a następnego dnia wróciłam do Bratfoot :) A później nic ciekawego się nie działo, poza tym, że poszłam na rozmowę o pracę do filii francuskiej firmy IMA, która zajmuje się tak zwanym "assistance". Benoit był tam szefem i powiedział mi po prostu, że jeśli chcę, to mogę tam popracować przez wakacje. Postanowiłam spróbować :)


  
Ja w akcji w czasie festiwalu Mela w Peel Parku i homar rozebrany na części pierwsze :)
Więcej zdjęć na http://public.fotki.com/annad9/mela/page4.html.
Znów w tak zwanym międzyczasie :)

415.


Witam wszystkich po przerwie! :) Od teraz będę pisać tylko o najważniejszych wydarzeniach, głównie kulturalnych, a nie opisywać każdy dzień po dniu :)  Nareszcie, co? :) Jestem jak zwykle zajęta, więc nie znajdę codziennie czasu na wpisy. Ale najpierw zrobimy szybki skok w czasie wstecz i napiszę, co się wydarzyło zaraz po moim ostatnim wpisie z czerwca. Na stronie znalazłam nieopublikowane notatki z kolejnych dwóch tygodni, do piątku 13 czerwca 2008 roku :) A zatem:

W sobotę zrobiłam z Majką sushi :) To znaczy uczyłam ją jak się zwija "maki". Zaprosiłam też kolegę, żeby posmakował i zobaczył, że potrafię zrobić coś do jedzenia :) A potem poszłyśmy z Majką na imprezę w klubie ukraińskim. Kolega też chciał iść, ale wybiłam mu to z głowy :) I potem żałowałam, bo w przeciwieństwie do zabawy w Manchesterze, tu nas nikt nie poprosił do tańca i się nie wybawiłyśmy. Zresztą za późno przyszłyśmy, bo impreza już się kończyła. Wsiadłyśmy więc w taksówkę i pojechałyśmy do centrum. Poszłyśmy do
Lloydsa, gdzie o dziwo spotkałyśmy Piotrka! To były jego urodziny i byłam nawet zaproszona na imprezę, ale musiałam odmówić, ze względu na przyjazd Majki. Okazało się, że impreza się już skończyła, goście poszli do domu, a Piotrek sam wyszedł z domu i poszedł się zabawić :) Był już w takim stanie, że zaczął opowiadać jakieś dziwne historie Majce na ucho i po jej minie widziałam, że ma dosyć, więc powiedziałam, że musimy już iść :) Wróciłyśmy więc do domu i poszłyśmy spać trochę zawiedzione :)

W sobotę odespałyśmy imprezę i zjadłyśmy śniadanie dopiero po południu, śpiewając przy tym różne polskie piosenki :) Tak nas jakoś naszło :))) A potem Majka wróciła do Manchesteru, a ja dostałam SMSa od Philipa, że wieczorem jest mecz Polska-Niemcy i żebym przyszła dopingować swoich :))) Namówiłam Gosię i Kingę, która wzięła ze sobą szalik Legii czy Polonii (nie znam się, ona jest fanką futbolu, nie ja :))) i poszłyśmy. Ubrałam się w barwy narodowe - czerwona sukienka i biała koszula na wierzch :) Zabawa była przednia. Spotkałyśmy znajomych Polaków, którzy śpiewali hymn narodowy i jakieś przyśpiewki, typu "Polska najlepsza jest" :) Nic to jednak nie pomogło i oczywiście przegraliśmy, zresztą z pomocą Łukasza Podolskiego :))) Ale dawno się tak nie ubawiłam, obserwując bardziej kibiców w pubie niż mecz :))) Zastanawiałam się nawet na tym, że skoro śpiewają wciąż, że "Polska najlepsza jest", to co robią w Anglii? :) Czemu się nie spakują i  nie wrócą? ;)


  
Zabawa w ukraińskim klubie i ja w barwach narodowych przed meczem Polska-Niemcy ;)