Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 28 lutego 2010
The Simpsons! :)

458.

W czwartek chciałam wziąć prysznic przed pójściem do lekarza, ale jak wstałam po południu, okazało się, że znów nie mam ciepłej wody i ogrzewania. Pomyślałam, że to chwilowe i wystarczy poczekać. Niestety, czas leciał i w końcu musiałam się wściekła ubrać. Czekałam na Jana, który miał przyjechać o 15:45, ale nie było go i nie dzwonił. Pomyślałam, że może o mnie zapomniał i już miałam dzwonić po taksówkę, kiedy zadzwonił, że jest na dole. Zeszłam o kulach i pojechaliśmy na 16:10 do lekarza. Zanim weszłam do gabinetu było po 16:30. Lekarka obejrzała moją stopę i dała mi zwolnienie na przynajmniej 2 tygodnie, w czasie których mam zacząć chodzić na fizjoterapię. Potem pojechaliśmy do nich do domu, gdzie Sue się mną zajęła i zjedliśmy razem kolację. Później Jan mnie odwiózł  i przed snem skończyłam jeszcze oglądać czwarty sezon Simpsonów :)

W piątek pospałam znów do południa, a potem pooglądałam Simpsonów. Spytałam Krystiana, czy mógłby podrzucić moje zwolnienie na uniwerek i claim form do college'u, żeby mi zapłacili za dotychczasowe lekcje. Poprosiłam szefa w college'u, żeby znalazł kogoś na moje zastępstwo, bo martwię się, że może mnie nie być dłużej w pracy. Przez najbliższe dwa tygodnie, albo i więcej, będzie ich uczył jakiś chłopak, który prowadził już jakieś krótkie kursy polskiego dla college'u. Dobrze, że ma mnie kto zastąpić, bo w czerwcu chcę się przecież całkiem wynieść z Bratfoot. Chłopak będzie miał pracę :) Po wyjściu Krystiana zadzwoniłam do domu. A potem znów oglądałam Simpsonów (piąty sezon :) Znów pojawiła się ciepła woda i ogrzewanie, ale nie chciało mi się brać prysznica i postanowiłam poczekać z tym do soboty.

Ale w sobotę od rana znów nie miałam ogrzewania i ciepłej wody. Wysłałam SMSa do właściciela, ale nikt się do mnie nie odezwał. Po południu przyszła Severine, która przyjechała na weekend do Bratfoot i robiła pranie w pralni na przeciwko. Potem doszła jeszcze Agnes i posiedziały godzinkę. Później zadzwoniłam znów na chwilę do domu. Ponarzekałam na ten rok, który miał być lepszy, a jak na razie przyniósł trzęsienia ziemi na Haiti i w Chile oraz choroby. W pracy znajomy dostał infekcji ucha i miał przez to problemy ze wzrokiem. Ale jemu przynajmniej przesłali kartkę z życzeniami, żeby wracał do zdrowia, a mi szefowa nie wierzyła, dopóki nie dostałam zwolnienia od lekarza. Teraz pewnie prześlą mi kartkę, ale teraz to się nią mogą wypchać! Na pocieszenie zaczęłam oglądać szósty sezon Simpsonów :) Wieczorem wpadła Wanyu i pożyczyła mi gotówkę na zakupy.

Dzisiaj obudził mnie telefon od Krystiana, którego poprosiłam znów o zrobienie mi zakupów. Dojechał po południu i zaczął oglądać u mnie jakiś mecz. Jak wyszedł zobaczyłam, że zapomniał komórki. Wrócił po nią, jak rozmawiałam z Janem przez telefon. Wkrótce po jego wyjściu przyszła Severine z Martinem po pranie, które wczoraj u mnie zostawiła. Porozmawialiśmy trochę, a potem zebrali się i pojechali do siebie. Potem zadzwoniła do mnie Wanyu, a po jej telefonie przyszła Agnes :) Po jej wyjściu zobaczyłam, że leci ciepła woda z kranu, więc poszłam wziąć prysznic. Woda leciała bardzo małą strużką i nie była zbyt gorąca, ale przynajmniej trochę się odświeżyłam i założyłam nową koszulę. A potem zabrałam się za bloga i wrzucanie zdjęć z Gwadelupy na stronę, a nie ma ich za wiele. Cyknęłam tylko ze 100 komórką. No a przed snem oczywiście obejrzałam kolejne odcinki szóstego sezonu Simpsonów :)


Rodzina Simpsonów w komplecie! :) Zdjęcia z Gwadelupy są na
www.fotki.com/annad9.
środa, 24 lutego 2010
Próżnia

457.

W czwartek rano zadzwoniłam do przychodni i spytałam, co mam robić. Powiedzieli, żebym przyszła na wizytę do pielęgniarki. Próbowałam znaleźć kogoś z samochodem, kto mógłby mnie zawieźć, ale wszyscy byli zajęci. Ubrałam się więc i zadzwoniłam po taksówkę, za którą zapłaciłam 3 funty!. Pielęgniarka mnie opatrzyła i kazała przyjść ponownie w piątek. Udało jej się przynajmniej oderwać gazę, której ja nie mogłam się pozbyć, jak po powrocie odwinęłam bandaże. Dała mi też zupełnie inną skarpetkę elastyczną, taką aż do kolana, a nie tylko za kostkę. Powiedziała, że to pomoże na mój uszkodzony mięsień łydki, który mnie cały czas bolał. Wróciłam do domu i pouczyłam się trochę do testu Life in the UK, z książki od Sabriny, którą mi podrzucił Krystian. W końcu poszłam spać, umówiona z Shazem, że mnie jutro wszędzie podrzuci.

W piątek zamiast o 10:00, budzik obudził mnie o 11:00. Widocznie źle go nastawiłam. Cały czas jestem na prochach i trudno mi się skoncentrować. Zebrałam się szybko i na 11:30 Shaz zawiózł mnie do przychodni. Pielęgniarka znów mnie opatrzyła i dała opatrunki na weekend. Napisała mi zaświadczenie, ale nie dała zwolnienia. Powiedziała, że mam sama zdecydować, kiedy mogą wrócić do pracy. Już zdecydowałam, że w tym tygodniu raczej mnie nie zobaczą :) Potem Shaz zawiózł mnie do bankomatu, z którego wyjęłam pieniądze na test Life in the UK, który kosztuje 34 funty! W ośrodku egzaminacyjnym pojawiłam się jako pierwsza. Umówiliśmy się z Shazem, że zadzwonię do niego jak skończę. Tymczasem zorientowałam się, że nie mam komórki i że pewnie wypadła mi u niego w samochodzie.

O 13 razem z jakimiś 10 osobami zaczęłam test. Okazało się, że pytania nie są dokładnie takie same jak te w książce od Sabriny. Z tego powodu zamiast 5 minut zajęło mi to 10 minut, bo musiałam chwilę pomyśleć :) Na pytania z książki odpowiadałam prawie automatycznie :) W każdym razie jako pierwsza ukończyłam test z wynikiem pozytywnym :) Musiałam jednak poczekać na certyfikat. W międzyczasie usiadłam do komputera i napisałam maila do Krystiana, żeby zadzwonił do Shaza i powiedział mu, że moja komórka została u niego w samochodzie. Tymczasem Shaz usłyszał już moją komórkę, jak dostałam od kogoś SMSa i przyjechał po mnie i zawiózł mnie do domu. Zadzwoniłam ze Skype'a do pracy, żeby powiadomić szefową, że nie przyjdę. Była na jakimś zebraniu, więc porozmawiałam z babką z recepcji. Potem zorientowałam się, że kończą mi się środki przeciwbólowe. Wanyu była zajęta i nie chciałam jej przeszkadzać, spytałam więc Krystiana, czy zrobi mi zakupy.

W sobotę po południu Krystian przyniósł mi jedzenie (pomylił się tylko co do trzech rzeczy) i tabletki. Przegrał mi też ze 20 filmów, żebym miała co oglądać przez ten tydzień, jak będę siedziała w domu. W międzyczasie wpadła Agnes, która dowiedziała się od Conrada o moim stanie. Po ich wyjściu zaczęłam oglądać odcinki dziewiątej serii (Krystian przegrał mi tylko pięć środkowych serii, bo spieszył
się już do wyjścia) "The Simpsons"! :) W niedzielę pospałam wreszcie dłużej, a potem próbowałam porozmawiać z rodziną przez Skype'a, ale komputer mi się przegrzewał i wyłączał, albo połączenie się urywało. W końcu daliśmy sobie spokój. Zabrałam się za uaktualnianie bloga, bo chcę już zamknąć ten rozdział i zapomnieć moją jedyną tegoroczną podróż. Teraz zaczynam odkładać pieniądze na naturalizację :)


Rodzina Simpsonów w komplecie: Homer, Marge, Lisa, Maggie i Bart.

W poniedziałek budzik obudził mnie przed południem i wysłałam SMSa do szefowej, że nie przyjdę do pracy. Nie miałam siły, żeby wstać i zadzwonić do niej ze Skype'a. Podniosłam się z łóżka dopiero po południu i wzięłam prysznic na siedząco. A potem postanowiłam obejrzeć jakieś zabawne filmy. Zaczęłam od "Ice Age: Dawn of the Dinosaurs" (Epoka lodowcowa 3: Era dinozaurów) z polskim dubbingiem. Ubawiłam się i zupełnie mi nie przeszkadzało, że nie widziałam drugiej części, tylko pierwszą :) Najbardziej podobał mi się nowy bohater, Buck. A potem obejrzałam komedię "It's complicated" (To skomplikowane), na którą miałam się wybrać po powrocie do kina. Potem zostały mi już same poważne filmy, więc zaczęłam oglądać ósmy sezon Simpsonów :)

  
Buck z "Epoki lodowcowej 3" oraz Meryl Streep, Steve Martin i Alec Baldwin w "It's complicated".

We wtorek wstałam przed południem i zadzwoniłam do szefowej. Nie brzmiała na zbyt zadowoloną ani też przejętą moim losem. Spytała tylko, kiedy wrócę do pracy. Odpowiedziałam, że nie wiem i że pójdę do lekarza, a potem dam jej znać. Po południu ktoś zadzwonił do drzwi domofonem, ale zanim dowlokłam się do okna, zobaczyłam jak Agnes odchodzi. Tak myślałam, że to ona, bo pozostali informują mnie zanim przyjdą, ale ona nie ma angielskiej komórki. Wieczorem pojawiła się znowu, tym razem Tomem, więc wpuściłam ich na górę. Tymczasem zadzwoniła Wanyu, która właśnie skończyła lekcję i spytała, co mi kupić. Przyniosła zakupy i posiedziała trochę, jak Agnes i Tom już poszli. Szczerze mówiąc była dużo bardziej pomocna niż oni. Miałam wrażenie, że przyszli tylko po to, żeby skorzystać z Internetu, a nie żeby mnie odwiedzić.

Dzisiaj mija tydzień od mojego powrotu. W tym czasie prawie nie wychodziłam z mieszkania i czułam się zawieszona w próżni. Na obiad jadłam jakieś gotowe obiadki, bo nie jestem w stanie nic sobie ugotować. Dużo piłam i leżałam w łóżku, no i widzę poprawę, ale nadal nie mogę chodzić. Rany zaczęły mi się wreszcie goić, opuchlizna zeszła, tylko został krwiak i coś jakby guz przy kostce. Kiedy zadzwonił do mnie Jan, namówił mnie na to, żebym zamówiła wizytę u lekarza na jutro. Powiedział, że po mnie przyjedzie i mnie zabierze, a potem Sue zaprasza mnie na kolację. Zadzwoniłam więc do przychodni i umówiłam się na wizytę. A potem napisałam maila do szefowej i przeczytałam zaległe maile z pracy. Było ich dokładnie 333 :) Później pooglądałam czwarty sezon Simpsonów i poszłam spać :)
poniedziałek, 22 lutego 2010
Piekło

456.

W niedzielę rano poprosiłam współtowarzyszy podróży, żeby mi wykupili receptę. Pojechali we trójkę razem z naszą gospodynią i przywieźli mi kule, ale powiedzieli, że po przepisaną przez lekarza skarpetkę uciskową na kostkę muszę jechać z nimi, bo muszę ją najpierw przymierzyć. Apteka była już zamknięta, więc ustaliliśmy, że zrobimy to następnego dnia rano. Żel, który mi przywieźli dał mi trochę ukojenia, ale czułam się coraz gorzej, zarówno fizycznie, a co za tym idzie psychicznie. Szczególnie, że znowu zostałam sama, bo wszyscy pojechali na jakąś pobliska plażę. Przez pierwsze pół godziny dosłownie wyłam. Potem zaczęłam płakać. A później wreszcie się ruszyłam i jakoś wzięłam prysznic. Rany nadal się nie goiły, a kostka nadal była spuchnięta, mimo że poprzedniego wieczoru przykładałam do niej lód. Próbowałam czytać książkę, żeby skupić myśli na czymś innym. Ale najszczęśliwsza byłam, gdy udawało mi się zasnąć, bo tylko wtedy nie czułam bólu.

Obudził mnie ich przyjazd, ale nie siedzieli długo. Charlotte miała coś do roboty, a Krystian i Sabrina pojechali na karnawał do Pointe-a-Pitre. Karnawał był powodem mojego przyjazdu. Początkowo miałam lecieć w kwietniu, na Wielkanoc, ale Sally mnie przekonała, że karnawał to najlepszy czas na przyjazd. Niestety, widziałam go tylko w telewizji, nie licząc poprzedniej soboty i karnawału dzieci. Najgorsze było to, że byłam na miejscu, a nic nie mogłam zrobić i nigdzie nie mogłam się ruszyć. Nie wolno mi było wejść do wody, nie mogłam się opalać, zwiedzać, tańczyć, nic. Od trzech dni non stop coś mnie bolało i brałam ciągle proszki przeciwbólowe. Moi znajomi nie pomagali mi w żaden sposób, ani fizycznie, ani psychicznie. Gdyby mieli inne podejście, być może wybrałabym się przynajmniej z nimi na plaże i położyła gdzieś w cieniu. Ale ich docinki nastrajały mnie bardzo negatywnie, a potem ta żółć się ze mnie wylewała. Odpoczywałam tylko we śnie.

W poniedziałek rano udało mi się doprosić, żeby zawieźli mnie do apteki po skarpetkę uciskową. Aptekarz założył mi coś w stylu szyny, która mnie ściskała, ale opatrzył mi przynajmniej rany, które wciąż się babrały. Dał mi jakąś biogazę, która podobno miała mi się nie przyklejać do rany. Wróciliśmy do domu i oni pojechali na kajaki, a ja znowu wyłam z żalu i bezsilności. Potem zaczęłam czytać książkę przygotowującą do testu Life in the UK, który miałam zdawać w piątek, zaraz po powrocie. Wieczorem Krystian wrócił do domu bez Sabriny, która zabrała się z Sally i jej znajomymi na karnawał do St. Francois. Zebrałam siły, wzięłam prysznic i też chciałam jechać, ale okazało się, że są straszne korki i trzeba by straszny kawał dojść, a potem jeszcze zaczął padać deszcz. Namówiłam więc Krystiana na przejażdżkę na plażę i po raz ostatni zamoczyłam zbolałe stopy w morzu.

We wtorek rano pojechałam z Krystianem jeszcze raz do tej samej apteki, bo okazało się, że te "szyny", które nam sprzedali są na prawą, a nie na lewą nogę. Okazało się jednak, że na lewą będą mieć dopiero w czwartek. Wzięliśmy więc inną skarpetkę uciskową, bo tego dnia czekało mnie osiem godzin lotu do Paryża i musiałam mieć jakieś zabezpieczenie na nogę. Sabrina zanocowała z Sally u jej znajomych i wróciła dopiero po południu. Po mojej namowie pojechali z Krystianem po Sally i przywieźli ją, żebyśmy mogły się pożegnać. W międzyczasie spakowałam walizkę i modliłam się jak o zbawienie, żeby lot nie był opóźniony ani odwołany. Dopiero poprzedniego dnia oczyścili lotnisko z popiołu i otworzyli na nowo. Chciałam być jak najszybciej w domu, niezależna, z dala od tej wyspy.

  
Kaja, kot Charlotte, który dotrzymywał mi towarzystwa oraz lotnisko w Pointe-a-Pitre.

Na lotnisku zajęła się mną obsługa i wozili mnie wszędzie na wózku inwalidzkim. Wszystko było bardzo profesjonalnie zorganizowane. W samolocie jednak okazało się, że nie mam więcej miejsca na nogi, tak jak prosiłam, zagadałam więc ze stewardem i przesiadłam się na cztery krzesła tuż pod ekranem. Na leżąco obejrzałam sobie film "Gamines" (Sisters) z Sylvie Testud, a potem "Bridget Jones Diary" (Dziennik Bridget Jones) z francuskim dubbingiem :) W środę rano w Paryżu na Orly czekała już na mnie obsługa lotniska z wózeczkiem i zawieźli mnie prosto do taksówki. Godzinę później, czyli 4 godziny przed odlotem, byliśmy na Charles de Gaulle. Do 12 musiałam czekać na wózek, a potem w dodatku okazało się, że samolot jest godzinę spóźniony. W końcu wylądowaliśmy w Bratfoot i na wózku zajechałam znów do taksówek. Wkrótce nareszcie byłam w domu! Wieczorem przyszła mnie odwiedzić Wanyu z Zico, przynieśli pizzę i zakupy. Dzięki nim poczułam się lepiej.

  
Sylvie Testud w filmie "Gamins" i Rene Zellweger jako Bridget Jones.
Czyściec

455.

W piątek rano zapakowaliśmy wszystkie rzeczy i przed 10:00 wyprowadziliśmy się z wynajmowanego mieszkania. Pojechaliśmy po Sally i wyruszyliśmy na podbój lewego skrzydła, górzystej Basse-Terre. Zaczęliśmy od góry, czyli od północy i zatrzymaliśmy się najpierw w Sainte Rose, żeby zwiedzić kolejną destylarnie rumu, tym razem z działającym pociągiem, który obwiózł nas po okolicy. Dzięki temu nie musiałam za dużo chodzić, tylko dojść z samochodu do pociągu. Wszędzie nadal było pełno pyłu z wulkanu z wyspy Montserrat. Potem pojechaliśmy za Pointe Noire, gdzie wsiedliśmy na statek Nautilus ze szklanym dnem, którym popłynęliśmy pod Wyspę Gołębi. Tam był półgodzinny postój, w czasie którego Krystian, Sabrina i Sally nurkowali w maskach, a ja robiłam im zdjęcia. Do końca wyjazdu nie wolno mi było wejść do wody. Jak wracaliśmy, słońce zaczęło już zachodzić, pojechaliśmy więc bez żadnych postojów prosto na miasta Basse-Terre, które znajduje się na samym dole prawego skrzydła. Zatrzymaliśmy się na noc u dwóch Polek, znajomych Sabriny i Sally, które przyjechały tam na 2 tygodnie wakacji.

  
Pociąg obwożący nas po destylarni w Sainte Rose oraz przeszklony dół łodzi Nautilus.

W sobotę rano zaczęłam się trochę martwić. Do tej pory robiłam dobrą minę do złej gry i chodziłam na coraz bardziej spuchniętej nodze. Ale nie zauważałam żadnej poprawy, a nawet miałam wrażenie, że jest coraz gorzej. Dlatego jak jedna z Polek zaproponowała, żebym poszła z nią do pobliskiego szpitala, bo chciała żeby lekarz przebadał jej synka, od razu się zgodziłam. Na ten dzień mieliśmy zaplanowany 3-godzinny spacer na wulkan i z powrotem, a wiedziałam już, że nie dam rady nigdzie dojść. Rany nadal mi się paprały, zamiast się goić, a pod kostką pojawiły się wylewy. Zaczęłam się coraz bardziej martwić, bo tą właśnie nogę miałam 14 lat temu złamaną w kostce! Krystian podwiózł nas więc do przychodni, a z reszta pojechał na wulkan. Po 3 godzinach wyszłyśmy, ja po rentgenie, który wykazał, że noga nie jest złamana, tylko skręcona. Lekarz spytał, czy chcę kule, ale ja nie wiem czemu nie wzięłam. Za parę godzin wyjeżdżaliśmy, a wydawało mi się, że będę musiała je oddać. Dotelepałam się na tej biednej nodze do domu....

Jak pozostali wrócili z wulkanu, zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w dalszą podróż. Po drodze jechaliśmy po strasznie górzystej drodze, na końcu której było widać jeden z wielu tamtejszych wodospadów. Niestety, trzeba było kawałek podejść, żeby go zobaczyć, pokuśtykałam więc, choć wiedziałam już, że nie powinnam chodzić na tej nodze. Potem wróciliśmy na główną drogę i wróciliśmy do Le Gosier, gdzie spotkaliśmy się z Charlotte, która miała nas gościć przez 3 ostatnie noce. Charlotte, która należy zarówno do HC (Hospitality Club) jak i CS (Couch Surfing), spotkała się z nami na plaży w Le Gosier, bo to było jedyne znane nam miejsce w okolicy. Cały czas się śmiała i początkowo miałam wrażenie, ze może jest lekko podpita, ale okazało się, że ma zawsze taki świetny humor. Zażartowała nawet parę razy na temat mojego opłakanego stanu. Po czym pojechała z koleżankami na jakąś imprezę, a Krystian i Sabrina pojechali spotkać się z Sally i jej przyjaciółmi. Zostałam sama i mogłam
wreszcie zapłakać nad swoją dolą.

  
Centrum szpitalne w Basse-Terre oraz wodospad i roślinność zasypana popiołem z wulkanu.
niedziela, 21 lutego 2010
Raj

454.

W czwartek podjechałam autobusem na lotnisko, gdzie spotkałam się z Krystianem. Wszędzie nadal leżał śnieg i była potworna mgła, więc część samolotów odwołano, a część była spóźniona. Nasz na szczęście odleciał o czasie i po południu byliśmy już w Paryżu. Podjechaliśmy metrem do hostelu, pokonując po drodze straszną ilość schodów, po których musiałam wciągać i ściągać swoją 18-kilową walizkę. W recepcji przyjął nas nieźle podpity koleś i z pół godziny gadał, zanim wreszcie dał nam klucze do pokoju. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy w miasto :) Najpierw podjechaliśmy na Trocadero i przeszliśmy pod Wieżę Eiffla. Krystian kupił bilet i wszedł na drugie piętro (najwyższe trzecie piętro było zamknięte), a ja w tym czasie poszłam na spacer. Spotkaliśmy się godzinę później i podjechaliśmy na Montmartre. Tam zjedliśmy obiado-kolację, a potem wróciliśmy do hostelu. Krystian wziął baterię do aparatu i poszedł dalej robić zdjęcia, a ja postanowiłam pójść wcześniej spać, bo ile przecież można zwiedzać Paryż? :)

  
Widok na wieżę Eiffla z Trocadero i karuzela z zachodem słońca nad Sekwaną.

W piątek pojechaliśmy na lotnisko Orly i wsiedliśmy w samolot firmy Corsair do stolicy Gwadelupy, Pointe-a-Pitre. Gwadelupa jest regionem zamorskim Francji i należy do Unii Europejskiej, a jej walutą jest euro. W samolocie obejrzałam film "R.T.T" z Kadem Meradem, a potem przezabawne półtora-godzinne show komediowe Gada Elmaleha, z którego wyniosłam moje hasło przewodnie tego wyjazdu: "C'est mignon" :) Po ośmiu godzinach lotu wylądowaliśmy w Pointe-a-Pitre, gdzie na lotnisku czekała już na nas Sabrina. Niestety, nie wiedzieliśmy gdzie szukać naszego samochodu, więc minęło trochę czasu zanim udało się nam wszystko załatwić i pojechać do Le Gosier, do Sally. Z nią pojechaliśmy do naszego mieszkania, a potem na plażę La Datcha. W pobliskiej budce kupiliśmy cos do jedzenia i piwo na wieczór, a potem wróciliśmy do Montauban, dzielnicy Le Gosier, w której wynajmowaliśmy mieszkanie przez tydzień.

  
Melanie Doutey i Kad Merat w "R.T.T" oraz Gad
Elmaleh na scenie. C'est mignon :)

W weekend postanowiliśmy zafundować sobie chill out :) W sobotę wyspaliśmy się porządnie, potem zrobiliśmy zakupy, a później pojechaliśmy na plaże La Datcha, gdzie doszła do nas Sally. Po południu pojechaliśmy we czwórkę do Pointe-a-Pitre na karnawał. Miała być parada dzieci, ale udało nam się tylko załapać na konkurs na dziecięcą królową i króla karnawału. O 18 zrobiło się ciemno, więc wróciliśmy do Le Gosier i poszliśmy na imprezę do pobliskiego klubu, gdzie ludzie tańczyli salsę. Zabalowaliśmy do 3 rano, schodząc jako ostatni z parkietu :) Niedzielę zaczęliśmy znów od zakupów, bo na 14:00 zaprosiliśmy ludzi z HC i CS na imprezę na plaży. Przyszło około 20 osób i zabawa była bardzo udana. Potem w parę osób przenieśliśmy się do Sally na werandę, ale nie siedzieliśmy u niej długo, bo w planach mieliśmy wycieczkę na pobliską wyspę Les Saintes i musieliśmy wcześnie rano wstać.

  

Plaża La Datcha w Le Gosier i przedstawiciele jednej ze szkół na dziecięcym karnawale.

  
Najlepsza z trzech kandydatek na dziecięcą królową oraz zespół taneczny w akcji.

W poniedziałek były urodziny Krystiana. Zerwaliśmy się rano i pojechaliśmy do portu, żeby wsiąść na prom do Les Saintes. Niestety, nie mogliśmy znaleźć wejścia. Jak udało nam się wreszcie  zaparkować i ruszyliśmy do bramy, okazało się, że jest zamknięta, a wejście jest z drugiej strony! Jak dobiegaliśmy do portu, zobaczyliśmy jak nasz prom właśnie odpływa. Podeszliśmy do kasy, żeby się upewnić, a tam babka zapytała ile nas jest. Okazało się, że dla trzech osób opłacało im się zawrócić prom, który ledwo co wypłynął! :) Godzinkę później byliśmy już na Terre-de-Haut, jednej z wysepek tworzących Les Saintes. Krystian wynajął rower, a ja z Sabriną poszłyśmy zwiedzać wyspę piechotą. Najpierw udaliśmy się wszyscy do fortu napoleońskiego, jedynego na Karaibach. Tam zadzwonił do mnie telefon i wyświetlił się numer Krystiana, choć rano zostawił z pośpiechu komórkę w samochodzie. Dzwoniła jakaś dziewczyna, żeby nam powiedzieć, że nasz samochód jest otwarty, a ona znalazła w nim komórkę i umówiła się z nami na spotkanie po powrocie.

Potem poszliśmy na plażę de Pompierre. Tam się rozdzieliliśmy i Krystian pojechał na zachód wyspy, a my postanowiłyśmy wejść na najbardziej wysuniętą na wschód część wyspy i zrobić zdjęcia klifów. Wejście na górę nie było trudne, bo trzymałyśmy się szlaku, ale potem postanowiłyśmy nie wracać, tylko przedrzeć się przez gąszcz i zejść po stromej skale :) Jakimś cudem się nam to udało i wróciłyśmy do portu, gdzie spotkałyśmy się z Krystianem. Okazało się, że zgubił bilet powrotny na prom, ale nas pamiętali, bo w końcu po nas rano wracali :) A że powiedziałam, iż to jego urodziny, to nie kazali mu drugi raz płacić :) To był szalony dzień! :) Wróciliśmy do Pointe-a-Pitre i spotkaliśmy się z bardzo miłą młodą dziewczyną, która zauważyła, że nasz samochód ma otwarte okno, zadzwoniła na policję, a oni kazali jej sprawdzić, czy w aucie nie ma czegoś cennego. Znalazła komórkę Krystiana, którą mu oddała, a my wróciliśmy wreszcie szczęśliwie do domu i z Sally wyprawiliśmy Krystianowi małą imprezę urodzinową, z tortem, oglądaniem zdjęć i salsą :)

  
Piana spod naszego promu płynącego z Gwadelupy na Les Saintes i plaża de Pompierre.

We wtorek znów trochę dłużej pospaliśmy, a potem podjechaliśmy po Sally i wyruszyliśmy na podbój prawego skrzydła Gwadelupy, która
wygląda jak motyl. My mieszkaliśmy na samym środku i najpierw postanowiliśmy zwiedzić prawe skrzydło, zwane Grande-Terre, a dopiero potem lewe, Basse-Terre. Najpierw zatrzymaliśmy się na pięknej plaży w Sainte-Anne, a potem pojechaliśmy na północ do destylarni rumu rodziny Damoiseau. Tam zwiedziliśmy destylarnię, a potem posmakowaliśmy trzech rodzajów rumu i z dziewięciu rodzajów ponczu (z wyjątkiem Krystiana, który prowadził :) Kupiłam poncz z imbirem i żen-szeniem, a potem pojechaliśmy na najdalej wysunięty na wschód koniec wyspy, Pointe des Chateaux. Weszliśmy na cypel, skąd podziwialiśmy zachód słońca. A potem pojechaliśmy do St. Francois, gdzie byliśmy umówieni z jakimiś 15 osobami z CS na kreolską kolację. Poszliśmy najpierw na targ, a potem spotkaliśmy się z pozostałymi osobami w restauracji. Jedzenie było jak dla mnie trochę za ostre, ale przystawka i lody były bardzo dobre :) A po jedzeniu poszliśmy wszyscy na imprezę, na której tubylcy grali muzykę Gwo Ka na bębnach Ka, a parę osób tańczyło jak w transie. W końcu zebraliśmy się i wróciliśmy znów na środek wyspy.

  
Mapa Gwadelupy z okolicznymi wyspami i destylarnia rumu rodziny Damoiseau.

  
Pointe des Chateaux, czyli najdalszy punkt na wschodzie i świąteczne dekoracje w St. Francois.

W środę podjechaliśmy znów po Sally i namówiliśmy też jej współlokatorkę Corrinę, żeby się z nami zabrała. W piątek wracała już na stałe do Niemiec, więc dała się przekonać. Tym razem pojechaliśmy zobaczyć najdalej wysunięty na północ kraniec Grande-Terre. Po drodze zatrzymaliśmy się w Petit-Canal i zamówiliśmy łódkę, która o 16:00 wypływała na 2 godziny na Mangrove (namorzyny). W Port-Louis chcieliśmy się przejechać pociągiem po plantacji trzciny cukrowej, ale okazało się, że jest popsuty, pojechaliśmy więc całkiem na północ, na Pointe Nord, gdzie podziwialiśmy północne klify. A potem zatrzymaliśmy się na plaży w Pointe d'Enfer (Brama Piekieł), gdzie prawie się utopiłam! :) Na 16:00 wróciliśmy do Petit Canal i podziwialiśmy drzewa z korzeniami nad wodą. Zatrzymaliśmy się na jednej z wysepek, gdzie zastał nas zachód słońca. A potem wróciliśmy do domu, bo
Sabrina postanowiła pójść następnego dnia rano z Sally do pracy, a ja i Krystian też chcieliśmy wcześnie wstać, żeby pojechać na pobliską wyspę Marie-Galante.

  
Klify w Pointe Nord i Mangrove, czyli namorzyny, z drzewami, które mają korzenie nad wodą.

W czwartek rano pojechałam z Krystianem do portu i popłynęliśmy wielkim promem na Marie-Galante. Tam, według planu, wypożyczyliśmy skuter, żeby zjechać na nim całą wyspę. Krystian prowadził, ale potem mieliśmy się zamienić. Chciałam tylko, żebyśmy dojechali do jakiegoś większego miasta, żebym mogła chwilę poćwiczyć na parkingu, zanim ja zacznę prowadzić. Po drodze zatrzymaliśmy się na jednej z plaż, a potem wsiedliśmy znów na skuter i pojechaliśmy do Caspetterre, gdzie mieliśmy coś zjeść. Krystian cały czas się popisywał i jechał jak szalony, jakby to był motor, a nie skuter. Powiedziałam mu, żeby uważał, ale powiedział, że wszystko jest pod kontrolą. Tuż przed Caspetterre wjechał na żwir i zaczął hamować. W sekundę przewróciliśmy się na lewa stronę i pojechaliśmy po asfalcie... Naprzeciwko nas jechał samochód, z którego wysiadł, jak się okazało, jedyny lekarz na wyspie. Zabrał nas do pobliskiej apteki i opatrzył.

Krystianowi prawie nic się nie stało, bo poprzedniego dnia trochę się spalił, więc założył jeansy i bluzę z długim rękawem. Ja natomiast miałam ranę na dłoni i łokciu, siniaka na biodrze, największą i najgorszą ranę na kolanie oraz spuchniętą kostkę, bo na nią spadł cały ciężar skutera. Z prędkością 20 kilometrów na godzinę dojechaliśmy do portu i oddaliśmy skuter 2 godziny przed czasem. Krystian zapłacił 150 euro za zniszczenia. Podeszliśmy do najbliższej kawiarenki i kupiliśmy coś do picia. Doczekaliśmy do promu i wróciliśmy do Pointe-a-Pitre, gdzie czekały na nas w porcie Sabrina i Sally. Na sąsiedniej wyspie Montserrat wybuchł wulkan i wyrzucił w powietrze straszna ilość popiołu, która spadała teraz na ziemie jak śnieg. Jak doszliśmy do samochodu, cały był zasypany popiołem! Niesamowicie to wyglądało! Wróciliśmy do domu, gdzie próbowałam wziąć prysznic, ale rany w kontakcie z wodą za bardzo mnie bolały. Napiłam się calimocho i poszłam zbolała spać.
czwartek, 04 lutego 2010
Odlot :)

453.

Zaraz idę na dworzec i wyjeżdżam. Mam złe przeczucia co do tej podróży. Wydaje mi się, że wydam strasznie dużo pieniędzy, a nie będę się dobrze bawić i że będziemy się kłócić. Jak na razie wszystko idzie nie tak, jak trzeba. Nabiłam sobie wielkiego siniaka na kolanie i nie czuję tej radości, jaka mi normalnie towarzyszy przy każdej podróży. Mam tylko nadzieję, że się mile rozczaruję! :)

PS. Po powrocie.
Niestety, miałam rację i moje wakacje w raju zmieniły się w wakacje w piekle.
Ale zacznijmy od początku...

środa, 03 lutego 2010
Przed odlotem :)

452.


W niedzielę wstałam w południe, wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Włączyłam komputer i właśnie miałam się zabrać za pisanie eseju, kiedy przyszła Severine z Martinem. Pogadaliśmy chwilę, ale jak chcieli wyjechać, okazało się, że z obu stron domu mają zastawiony wyjazd! Zaczęliśmy więc dzwonić domofonem do wszystkich moich sąsiadów i szukać właścicieli obu samochodów. Udało nam się znaleźć jednego, który przestawił swój wóz i wreszcie wyjechali. Pół godziny później przyjechał Jan z Sue i oddali mi polskie filmy na DVD, które im pożyczyłam. Jeden z nich chciałam pokazać wieczorem na Language Exchange. Jak wyszli zadzwoniłam szybko do domu, żeby porozmawiać pół godzinki z rodzinką, zanim przyjdzie Krystian, żeby poćwiczyć salsę przed wyjazdem.

Tymczasem Krystian zadzwonił, że się nie wyrobi i że zobaczymy się dopiero wieczorem. Przyszła za to Susana, żeby mi oddać pieniądze za prezent dla Conrada, które wyłożyliśmy
za nią z Jeanem. Jak wyszła zjadłam szybko obiad i na 18 poszłam do Tesco. Tam spotkałam się z Sabriną, która przyszła z paroma wolontariuszami, a potem doszli do nas jeszcze Krystian i Piotrek. Poszliśmy wszyscy razem na Language Exchange, gdzie była już Agnes. Przyniosłam kartkę dla Sally, żeby ludzie mogli ją podpisać. O 20 próbowałam pokazać "Ostatnia akcję" na DVD, ale film się zawieszał, więc zaczęliśmy oglądać fińską komedię "Star Wreck. In the Pirkinning". W sali było jednak bardzo zimno i ludzie zaczęli się powoli wykruszać, więc przerwaliśmy film i o 21 byłam już w domu.

W poniedziałek zabrałam się wreszcie na poważnie za pisanie eseju. Nikt mi już nie przeszkadzał i nie próbował mnie nigdzie wyciągnąć. Pisałam do wieczora, a potem poszłam do biblioteki wydrukować parę rzeczy, a w końcu na kolejną lekcję polskiego. Nagrałam moich studentów, jak ćwiczyli dialog w restauracji :) A potem wróciłam do domu i do 4 rano pisałam esej, aż padłam :) We wtorek pospałam do południa, a potem dokończyłam pisanie. Dzięki temu na 14:45 mogłam pójść spokojnie do kina na francuski film "Prorok" (Un prophete / A Prophet). Film trwał dwie i pół godziny, ale tak wciągał, że w ogóle nie było czuć czasu! Najbardziej podobał mi się pomysł pojawiającego się w celi Malika Reyeba. Po seansie poszłam na polski, a potem na drinka z Wanyu, Zico i Krystianem, z którym poćwiczyłam wreszcie trochę salsę. Całkiem nieźle nam idzie :)

  
Kapitan "Star Wrecka" :) Oraz Tahar Rahim i Hichem Yacoubi jako Malik i Reyeb w "Proroku".

Dzisiaj obudziłam się o 6:00 rano i nie mogłam już zasnąć, więc zaczęłam się pakować. W końcu o 9:00 znów się położyłam i pospałam do 12:00. A potem wstałam, dokończyłam pakowanie i zadzwoniłam do domu, żeby się pożegnać. W końcu musiałam się zbierać, ale przypomniałam sobie jeszcze, że muszę wypełnić tzw. claim form, żeby dostać po powrocie pieniądze z college'u. Wyszłam z domu później niż planowałam, więc się spieszyłam. Niosłam też ciężką torbę pełną książek z biblioteki. No i poślizgnęłam się i przewróciłam na zakręcie! Podarłam jeansy na kolanie i poszłam brudna i w podartych spodniach na zajęcia! Oddałam wreszcie esej i o 20 wróciłam po zajęciach do domu, zła że akurat teraz musiałam sobie nabić siniaki i że znów napadał śnieg! Mam nadzieję, że do jutra stopnieje i że nie odwołają nam samolotu do Paryża! :)