Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 27 lutego 2012
Oscary - niespodzianka :)


575.

W poniedziałek obudziłam się przed 9:00, ale wstałam o 9:30. Wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i o 10:30 wyszłam z domu. Jadąc Free Busem do pracy spotkałam Kingę i Gosię i razem poszłyśmy kawałek, ale ja skręciłam do Health Centre na Drop In Session. Czekałam w poczekalni od 11:00 do 12:00, a tymczasem zadzwonił do mnie Ismail. Nie odebrałam i za jakiś czas dostałam SMSa, że ma dla mnie niespodziankę i że mam zgadnąć, a potem spytał do której pracuję. Powiedział, że przyjedzie i spotkamy się znów po 20:00 na kampusie. W końcu po 12:00 zostałam wywołana i weszłam do lekarki, która mnie zbadała i pobrała mi przy okazji krew. Wyszłam od niej po 12:00 i o 12:40 byłam już w pracy. Chciałam zaplanować, jak odpracuję jutrzejszy czas wolny, ale okazało się, że źle policzyłyśmy z szefową moje godziny i że już wypracowałam 4 nadgodziny wolnego! Powinnam pracować 6 godzin i 24 minuty dziennie i brać 36 minut lunchu, jeśli chcę pracować codziennie tyle samo czasu. A to mi ułatwi liczenie, jak wezmę wolne w tygodniu. Poszłam więc aż na godzinę na lunch, a potem doczekałam jakoś do 20:00, nudząc się strasznie. Ismail napisał, że przyjedzie pociągiem o 20:35, więc spytałam go, co mam kupić na kolację i sama poszłam do Tesco, żeby było szybciej. Kupiłam wszystko, co potrzeba i czekałam na niego na dworcu. Poszliśmy do mnie i ugotował pyszny makaron. Potem pokazał mi zdjęcia i filmy taneczne na swoim Facebooku, a później zjedliśmy ciasto i poszliśmy spać.

We wtorek rano wstaliśmy, wzięliśmy prysznic i zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. W pewnym momencie powiedział o mnie "moja kobieta" :) Nie zdążylismy nawet zjeść śniadania, tylko poszliśmy od razu na Interchange i on pojechał do Manchesteru, a ja do pracy na 10:00. Dopiero na miejscu zorientowałam się, że zapomniałam zabrać ze sobą paru rzeczy, m.in. filmu "Memento" Christopha Nolana, który wieczorem pokazywałam w moim salonie filmowym. Poszłam na zebranie, ale czułam, że mi się oczy kleją i że przysypiam. W końcu wyszłam z pracy o 12:30 i podjechałam do domu. Nie znalazłam filmu, więc pomyślałam, że może jednak zabrałam go już do pracy. Potem poszłam do firmy obok, żeby tłumaczyć dla starszego Polaka, który szuka pracy jako malarz pokojowy, ale niestety nie mówi po angielsku. Advisor dla którego tłumaczyłam był mną zachwycony i specjalnie pode mnie zarezerwował kolejne spotkanie, tak abym mogła przyjść. Potem podpisał mi Claim Form i wróciłam do pracy. Okazało się, że filmu tam nie ma, więc wyszłam o 16:30, poszłam na pocztę i podjechałam znów do domu. Znalazłam film i poszłam do Galerii II. Oprócz mnie i szefowej Galerii przyszło jeszcze osiem osób i po filmie jak zwykle była dyskusja. Później wróciłam piechotką do domu, zjadłam tradycyjnego śledzika i weszłam nareszcie do gorącej wanny! :) W czasie kąpieli sączyłam whiskey z colą, a potem przed snem obejrzałam na Internecie kolejny odcinek "Spadkobierców". Na grającą w nim babcię Marię Czubaszek jest teraz w Polsce nagonka, bo wyznała, że miała dwie aborcje, których nie żałuje. I że nie chce i nigdy nie chciała mieć dzieci. Tak jak ja :) Nareszcie ktoś poruszył głośno ten temat!

  
Carrie-Anne Moss i Guy Pearce w filmie "Memento" oraz Maria Czubaszek w serialu "Spadkobiercy".

W środę wstałam z trudem z łóżka o 9:30, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i poszłam na Interchange. Free Bus znów mi zwiał sprzed nosa, choć byłam na dworcu dużo wcześniej, ale się schował za innym autobusem. Poszłam więc pod ratusz i tam w niego wsiadłam. Dokładnie o 11:00 zapukałam do drzwi mojego promotora, ale okazało się, że zapomniał o naszym spotkaniu i powiedział, że zaraz przychodzi do niego inna studentka. Umówiliśmy się zatem, że wrócę o 11:45, więc poszłam do pracy czegoś się napić. Wróciłam i porozmawiałam chwilę z obydwoma moimi promotorami. Ustaliliśmy plan działania i teraz powinnam się zabrać do roboty :) W pracy byłam już o 12:15, ale mimo iż mam tyle nadgodzin i chciałam teraz brać godzinę lunchu, to poszłam na lunch tylko na pół godziny, bo nikogo by nie było na recepcji. Zjadłam makaron Ismaila i napisałam mu SMSa, że był bardzo dobry i że mu dziękuję. Potem się wynudziłam i w końcu wyszłyśmy z szefową tuż przed 20:00 i podwiozła mnie do domu, gdzie byłam już o 20:10. Wstawiłam moją pierwszą pralkę z ręcznikami i zrobiłam sobie kolację. Wtedy zadzwonił Ismail i porozmawialiśmy chwilę. A przed snem obejrzałam kolejny odcinek serialu "Spadkobiercy" i posłucham salsowych piosenek Marca Anthony'ego :)

W czwartek o 10:00 obudził mnie budzik, ale nauczona przykładem poprzedniego dnia, zanim wstałam z łóżka, wysłałam SMSa do szefa Bratfoot City of Film, by potwierdzić nasze spotkanie o 11:30. Odpisał, że wydawało mu się, iż mieliśmy się spotkać o 11:00, ale że nie ma problemu. Zaczęłam się zbierać, ale musiałam poczekać na ciepłą wodę, żeby wziąć prysznic, bo zapomniałam wcześniej włączyć boiler. Wyszłam z domu po 11:00 i poszłam prosto do National Media Museum na spotkanie. Porozmawialiśmy o wspólnych projektach na przyszłość i możliwościach dotacji. Potem wyszłam o 12:15 i postanowiłam wrócić do domu, bo zostawiłam tam komórkę. Do pracy dotarłam na 13:00, a że szefowej nie było, to cały dzień się obijałam. Wieczorem dowiedziałam się, że One World Week przesunęli o tydzień, więc przesunęłam też swój IFF 2011 Replay. Teraz zamiast w St. Patrick i Mother's Day odbędzie 24 i 25 marca. W końcu wyszłam z pracy o 20:00 i poszłam do domu, a o 21:00 spotkałam się na dworcu z koleżanką z salsy. Pojechałyśmy do Leeds i ona poszła na lekcję salsy, a ja na kizombę. Potem zostałyśmy na imprezie, ale ona pojechała wcześniej z kolegą z pracy, a ja zostałam dłużej. Mój kolega kupił mi bilet na koncert Los Van Van, więc mu oddałam £26, które za mnie wyłożył. To podobno legenda salsy kolumbińskiej, a ich koncert to wielkie wydarzenie. Po północy wyszłam z innym kolegą z kursu, który zgodził się podwieźć mnie do domu, ale jak już dojeżdżaliśmy do Bratfoot, coś mnie tknęło i włożyłam rękę do kieszeni, ale nigdzie nie mogłam znaleźć klucza. Wróciliśmy więc do klubu i znalazłam go na podłodze! Kolega odwiózł mnie jeszcze raz i po 1:00 poszłam wreszcie spać.

   Romantyczny Marc Anthony oraz zespół Los Van Van - czyli wykonawcy muzyki salsowej :)

W piątek wstałam o 8:30 i na 10:00 poszłam do pracy. W ciągu dnia miałam kolejne spotkanie z chłopakiem, który organizuje pokazy filmowe w Leeds i w Bratfoot. Okazało się, że chce, żebym mu pomogła w organizacji pokazu polskich filmów w Polskim Klubie. W sobotę wybierałam się na wycieczkę do Liverpoolu i miałyśmy jechać ze znajomą Polką jako helperki, ale babka z pracy poprosiła nas, żebyśmy się rozdzieliły i każda z nas pojechała z kimś innym. Zgodziłyśmy się, choć niezbyt chętnie, a w dodatku okazało się, że będę musiała wydrukować listę studentów jadących na wycieczkę i przynieść ją nazajutrz rano. Oczywiście pod koniec dnia zaczęło się szaleństwo i musiałam zamknąć recepcję o 16:30, żeby wydrukować tą  listę! Cudem udało mi się wyjść z pracy o 17:00. Poszłam do domu coś zjeść, a potem wyszłam po 20:00 i poszłam do Polskiego Klubu na No Hands. Zespół, w którym gra mój znajomy, B A R (Best Among Ruins) miał grać jako pierwszy. Ale 21:00 dawno minęła, a koncert się nie zaczynał. Poszłam więc na górę i dosiadłam się do nich. Pogadaliśmy i jak zebrało się więcej ludzi, w końcu zagrali. Na żywo brzmieli lepiej niż ich nagraniach, które do tej pory słyszałam. Ich muzyka nadawałaby się idealnie do filmu. Po ich występie pożegnałam się i poszłam do domu, bo nazajutrz jechałam do Liverpoolu, ale i tak zanim poszłam spać, dochodziła już północ.

  
Zespół Best Among Ruins (B A R) oraz widok z okna nowego Muzeum Liverpoolu.

W sobotę wstałam o 7:00, wzięłam prysznic i już przed 8:00 byłam gotowa, więc poszłam po drodze wyrzucić śmieci i potem spacerkiem pod uniwerek. Dotarłam tam już o 8:10, ale nikogo jeszcze nie było! Pięć minut później podjechał Free City Bus, którym nie pojechałam, bo bałam się, że się spóźnię! :) W końcu ludzie zaczęli się schodzić. Rozdałam listy studentów, ale okazało się, że zapomniałam wydrukować na nich numery biletów, więc musieliśmy je sobie dopisać :) Potem wybrałam sobie autokar i wsiadłam do niego razem z babką z The Hub, ktora wypytała mnie prawie o całe moje życie w pół godziny, zanim wreszcie udało mi się ustalić z nią, że teraz mogę się zdrzemnąć :) Polka, z którą pracuję miała mniej szczęścia, bo jej współ-helperka gadała całą drogę :) Jak dojechałyśmy do Liverpoolu, marzyłyśmy tylko o tym, żeby się ich pozbyć :) Ale okazało się, że one myślą, iż spędzą z nami cały dzień! Na początek ustaliliśmy, że pójdziemy na wycieczkę z szefem Students' Union, który mieszka w Liverpoolu i przyjechał się z nami spotkać, żeby nam pokazać miasto. Ruszyliśmy z nim z Albert Dock o 11:00, a skończyliśmy o 13:00 przy katedrze katolickiej. Wtedy się zmyłyśmy i poszłyśmy we dwie do hiszpańskiej restauracji La Tasca na paellę i sangrię na koszt firmy :) Potem się rozdzieliłysmy i ona poszła do sklepów szukać sukeinki na ślub kuzynki, a ja poszłam do nowego muzeum - Museum of Liverpool.

O 17:00 byłam z powrotem w dokach i ruszyliśmy, a pod uniwerkiem byliśmy już o 18:30. Weszłam do sklepu, kupiłam czerwone winko i poszłam do domu. Włączyłam pralkę, weszłam do wanny, a potem obejrzałam "Memento Mori", czyli "Memento" Nolana w kolejności chronologicznej. Tymczasem pranie nadal trwało i zorientowałam się, że nastawiłam je na za długi program. Przekręciłam więc na końcowkę i wyjęłam mokre z pralki, wycisnęłam i powiesiłam. Zobaczyłam, że Ismail dzwonił po północy, ale już do niego nie oddzwaniałam, a i tak zanim poszłam spać minęła 2:00 w nocy! W niedzielę obudziłam się po 8:00, przewiesiłam pranie i poszłam dalej spać. Kolejna pobudka była przed południem i wtedy włączyłam wodę. W końcu wstałam o 12:00, jak zadzwonił budzik. Zabrałam się za sprzątanie, a że Sarah dała znać, iż się spóźni, to zdążyłam nawet zjeść śniadanie. Dotarła na polski 14 minut po 13:00, a wyszła o 15:45. Wtedy ugotowałam makaron według drugiego przepisu Ismaila, a potem zadzwoniłam do rodziny i porozmawiałam z mamą i siostrą przez Skype'a. W końcu zabrałam się za ostatnie sprzątanie, bo po 18:00 przychodziły do mnie babki z pracy. Przyszły tylko dwie, jedna po drugiej, chociaz zaprosiłam cztery. Pokazałam im mieszkanie i zjadłyśmy po kawałku Tiramisu, a potem porozmawiałyśmy do 22:00. Jak wyszły zorientowałam się, że tej nocy rozdawane są Oscary i zaczęłam szukać strony, na której mogłabym je obejrzeć. Udało sie znów na Ustream.tv :)

poniedziałek, 20 lutego 2012
Przedwczesne Walentynki :)

574.

W poniedziałek obudziłam się znów jak zwykle przed budzikiem, wzięłam kąpielo-prysznic i zaczęłam się zbierać do wyjścia. Posprzątałam mieszkanie, bo wiedziałam, że po pracy wrócę prosto z Ismailem, z którym byłam umówiona po 20:00 na kampusie. Po drodze na Interchange wyrzuciłam śmieci z imprezy i dwuosobowy materac, bo do niczego się już nie nadawał i muszę kupić nowy. Do pracy dojechałam na 13:00 i sprawdziłam maile oraz Facebooka :) Odpisałam paru osobom i umówiłam się z moimi promotorami na spotkanie w przyszłym tygodniu. W końcu wyszłam z pracy o 20:00 i poszłam do Richmond Building. Nie widziałam nigdzie Ismaila, więc usiadłam w Atrium koło okna, żeby wysłać do niego wiadomość, ale akurat przyszedł i zapukał w szybkę za mną :) Wyszłam więc do niego i poszliśmy do Tesco po zakupy. Kupił wszystko, co było mu potrzebne do przygotowania kolacji i poszliśmy do mnie. Po raz pierwszy użyliśmy mojego piecyka, w kórym ugotował warzywka z krewetkami i serem, a potem zrobił deser, a w międzyczasie zatańczyliśmy w salonie salsę :) Potem dałam mu śpiwór, ale zanim poszliśmy spać, była 2:00 w nocy, miałam więc walentynkową randkę 14-tego lutego rano zamiast wieczorem i było bardzo miło :) Nie dość, że tanczy salsę, mówi po francusku, gotuje, to jeszcze masuje! :)

We wtorek wstałam o 8:30, wzięłam prysznic, a potem zjedliśmy wspólnie śniadanie i o 9:30 poszliśmy na Interchange. Ismail poszedł na pociąg do Manchesteru, a ja wsiadłam we Free Busa i pojechałam do pracy na 10:00. Byłam niewyspana, głodna i było mi zimno, więc ledwo wytrzymałam do 17:00. W końcu wyszłam z pracy i poszłam piechotką do domu, bo mi akurat zwiał autobus sprzed nosa, a po 17:00 było jeszcze jasno i nawet nie tak zimno. Zima już się skończyła i zaczęła się wiosna. W domu dokończyłam to, co zostało z obiadu ugotowanego przez Ismaila i napiłam się białego wina z 7Up :) Potem zamiast iść do wanny, tak jak planowałam, poszłam prosto do łóżka. Obudził mnie dopiero telefon od znajomego, z którym się umówiłam, że przyjdzie o 19:00 po USB z filmem "Jasminum" Kolskiego, o czym zupełnie zapomniałam! Na szczęście plusem wideofonu jest to, że miałam czas coś na siebie wrzucić, zanim zdążył wjechać na górę :) Dałam mu też książkę, którą kupiłam dla Jana w Polsce, bo wiedziałam, że będą się wkrótce widzieć, a potem wróciłam do łóżka i poszłam dalej spać. Tuż przed północą obudził mnie telefon od Ismaila, ale nie zdążyłam odebrać. Napisałam mu więc, że jestem na randce, z moim łóżkiem, i że mnie właśnie obudził. Życzył mi więc dobrej nocy i poszłam dalej spać.

W środę obudziłam się o 8:00, bo między 8:00 a 13:00 miał znów przyjść pan z BT, ale znowu zasnęłam, bo wiedziałam, że będzie najpierw dzwonić wideofonem. Tymczasem o 10:00 facet zapukał do drzwi, bo wszedł razem z listonoszem, więc otworzyłam mu w szlafroku! Potem poszłam wziąć prysznic, ubrałam się i pozmywałam wreszcie naczynia z walentynkowej kolacji :) W międzyczasie facet z BT zrobił mi dziurę w ścianie i założył nowe gniazdko. Wyszedł po 12:00, więc ustawiłam szybko meble z powrotem na miejsce, podłączyłam telefon i poszłam na Interchange. Free Bus uciekł mi jednak sprzed nosa, więc poszłam na inny przystanek i wsiadłam w niego 10 minut później, żeby podjechać pod górkę :) W pracy byłam o 13:00, a że szefowej pół dnia nie było, to strasznie się wynudziłam. Wkrótce dostałam wiadomość z BT, że mój telefon już działa, a później, że Internet też już jest podłączony. O 18:00 przyszła koleżanka z pracy, żeby ze mną porozmawiać i przyniosła mi spaghetti, które sama zrobiła. Szef spytał ją, czy by nie została, więc wyszła dopiero o 20:00, a ja zaraz po niej. Poszłam do sklepu Sainsbury, gdzie spotkałam się z Kingą oraz z Gosią i poszłyśmy do mnie. Napiłyśmy się białego wina i porozmawiałyśmy. Wyszły o 21:30, a ja wymieniłam baterie w telefonie i rzeczywiście działał, ale Internetu nie mogłam jakoś znaleźć, więc poszłam do łóżka po 22:30, ale zasnęłam dopiero po północy.

W czwartek obudziłam się przed południem i już nie udało mi się zasnąć, bo na zmianę pisali do mnie SMSy, a potem dzwonili Ela i Ismail. Odrzuciłam po raz pierwszy połączenie z nim, bo akurat pisałam SMSa do Eli! :) W końcu dogadałam się z nią i umówiłyśmy się na wieczór na salsę do Leeds, a wtedy poprosiłam Ismaila, żeby zadzwonił jeszcze raz i nareszcie udało mi się z nim porozmawiać. Spytał, co robię wieczorem, więc powiedziałam, że pracuję do 20:00, a potem jadę z dziewczynami do Leeds na lekcję kizomby i salsa party, a on na to, że chciał wieczorem przyjechać, ale że w takim razie przyjedzie kiedy indziej! Powiedziałam, żeby następnym razem dał mi znać wcześniej. Na 13:00 pojechałam znów do pracy Free Busem i czas mi bardzo szybko zleciał, więc zanim się obejrzałam była już 20:00 i szłam do domu. Napiłam się whiskey z colą, ale przed 21:00 przyjechały już po mnie dziewczyny, więc przelałam drinka w kubek plastikowy i pojechałyśmy do Leeds. Poczekałyśmy aż się zacznie następna lekcja i one poszły na salsę, a ja na kizombę i całkiem nieźle mi szło :) Nawet mnie pochwalił jeden z tancerzy, który jest dosyć dobry i z którym mi się dobrze tańczy, bo w przeciwieństwie do niektórych, potrafi prowadzić. Potem zostałyśmy na salsa party i wyszłyśmy dopiero po północy. Jak wracałyśmy zadzwonił Ismail. Oddzwoiłam do niego, jak wróciłam już do domu, więc spać poszłam dopiero po 1:00.

W piątek wstałam o 8:30 i na 10:00 pojechałam do pracy. Siedziałam na tyłach biura i wreszcie udało mi się zaplanować, co pokażę na IFF 2011 Replay, a co na IFF 2012. Zaczęłam więc nareszcie powoli wszystko organizować, bo od powrotu z Polski nie mogłam się jakoś za to zabrać. Potem spytałam szefową, czy mogę pożyczyć telefon z biura, bo ten, który został po poprzedniej lokatorce był do wyrzucenia. Baterie wypłynęły i przestał działać. Zadzwoniłam też do BT, żeby się dowiedzieć, jak mam odbierać Internet i okazało się, że przesłali mi modem pocztą, a ja dostałam powiadomienie z Royal Mail, że mam się po coś zgłosić, ale nie skojarzyłam faktów! O 16:00 zamknęłyśmy recepcję i o 16:30 zeszłyśmy do baru na Leaving Do jednego z porterów. Postawił mi colę, ale pół godziny później musiałam już iść, bo byłam o 17:00 umówiona z Kingą. Spotkałyśmy się w Sainsbury, zrobiłyśmy małe zakupy i pojechałyśmy do mnie. Najpierw zjadłyśmy coś na szybcika, a w tym czasie upiekłam bagietkę i takie danie, jakie mi zrobił Ismail. Wypiłyśmy calimocho i butelkę białego wina, wzięłam prysznic, zjadłyśmy i poszłyśmy do Gosi, żeby Kinga się przebrała i poszłyśmy do klubów. Wypiłyśmy drugie calimocho, a w klubie Tequila jeszcze po dwa drinki: Screaming Orgasms i Shrek. W końcu poszłyśmy do Tokyo i zostałyśmy tam do 3:00.  Po wyjściu zjadłyśmy kurczaka i frytki i poszłam do domu spać.

   Logo Tequila Nightclub, czyli nowego klubu powstałego na miejscu Walkabout oraz logo Tokyo.

W sobotę obudziłam się wcześnie rano i usłyszałam, że za oknem pada deszcz. Ale jak wstałam wreszcie o 12:00, to było piękne słońce. Wyszłam więc przed 13:00 i poszłam na Interchange. Tam wsiadłam w autobus i podjechałam do polskiego sklepu po ciasto. Potem poszłam na pocztę i po drodze spotkałam Alę, która właśnie przejeżdżała i kawałek mnie podwiozła. Wsiadając jednak uderzyłam się kątem jej drzwi od samochodu w skroń i poczułam, że rośnie mi guz. Podeszłam na pocztę i odebrałam wreszcie modem, a po drodze do domu weszłam jeszcze do paru sklepów, m.in. po kapcie. Potem wróciłam do domu i nareszcie udało mi się podłączyć do Internetu! :) W tym momencie przyszła Kinga i poszłyśmy razem do paru kolejnych sklepów, m.in. do Morrisona po jedzenie. Jak wróciłyśmy do mnie, to ugotowałyśmy sobie obiad i pogadałyśmy trochę z Krystianem przez Skype'a. Potem próbowałyśmy wstawić pralkę, ale wyglądało na to, że nie jest podłączona do prądu, bo nie reagowała, jak wciskałyśmy przyciski. Nie udało się nam znaleźć gniazdka, więc w końcu  Kinga wyszła, a ja weszłam do wanny, a potem usiadłam do Internetu i poszłam spać dopiero po północy.

Dzisiaj obudziłam się po 8:00, ale wstałam dopiero po 9:00. Zjadłam śniadanie i zabrałam się za gotowanie, bo postanowiłam sobie, że przygotuję już sobie lunch box, żeby je zabrać nazajutrz do pracy. Potem usiadłam do netu i zadrobiłam zaległości, m.in. wrzucając zdjęcia z Polski na Fotki. Potem zadzwonił do mnie Ismail, który na weekend pojechał do Edynburga i porozmawialiśmy o wszystkim i o niczym :) Powiedział, że być może przyjedzie we wtorek, ale że da mi jeszcze znać. W południe coś mnie zmogło, więc się zdrzemnęłam godzinkę. W końcu wzięłam prysznic, posprzątałam i porozmawiałam z rodziną przez Skype'a. Byli akurat wszyscy, włącznie z ojcem, u mojego brata, który obchodził piątą rocznicę ślubu, więc pokazałam im wszystkim moje nowe mieszkanko :) Potem wrzuciłam zdjęcia z Turcji na Fotki i dokończyłam obiad z piątku, czyli to, czego mnie nauczył Ismail, a później znowu się zdrzemnęłam. Wstałam dopiero o 18:00 i wyszłam, po drodze wyrzucając śmieci. Jak o 18:30 doszłam do restauracji Ambrozja, to mojej szefowej i jej męża jeszcze nie było, więc poszłam szybko do polskiego sklepu obok po colę i śledzika. Potem zjedliśmy obiad w restauracji, a na deser pojechaliśmy do mnie, na herbatkę i ciasto. Mąż szefowej włączył mi pralkę i podkręcił temperaturę boilera, ale nie chciało mi się już włączać prania. Wyszli o 22:00, a ja przed snem napiłam się whiskey z colą i usiadłam do Internetu.

poniedziałek, 13 lutego 2012
Parapetówka :)

573.

W poniedziałek wstałam znów rano, zaraz po 9:00, bo jakoś nie chce mi się długo spać w moim nowym mieszkanku! Może wcześniej tyle spałam, bo tamto miejsce działało na mnie depresyjnie? :) Wzięłam prysznic i jak się zbierałam do pracy, to zadzwonił nauczyciel salsy z Manchesteru, nazwijmy go Ismail, żeby zapytać, jaka jest pogoda w Bratfoot :) Nie zdążyłam przez to zjeść śniadania, tylko poszłam od razu na Interchange, złapałam Free Bus i podjechałam pod uniwerek. O 13:00 byłam już w pracy i nareszcie sprawdziłam maile i Facebooka po całym weekendzie bez Internetu! :) Zapłaciłam też za imprezę rozdania nagród w dziedzienie nauczania mediów, na którą się wybieram w kwietniu do Londynu. Skontaktowałam się od razu z Richardem Kwietniowskim i umówiliśmy się na spotkanie, bo przyjadę na 3 dni. Potem zaprosiłam babki z pracy na ciasto, ale dopiero na przyszłą niedzielę, bo w tą nie mogą. Wyszłam z pracy o 20:00 i poszłam do Richmond Building coś załatwić, a potem na salsę. Przetańczyłam znów pół imprezy z Jonathanem i innymi, a później koleżanka Ala podwiozła mnie do domu. Postanowiłam w sobotę zrobić parapetówkę, więc zrobiłam listę gości, których chcę zaprosić :) W końcu tuż po północy poszłam spać.

We wtorek po 8:00 obudził mnie SMS od firmy BT przypominający mi, że ktoś przyjdzie założyć mi Interenet w czwartek między 8:00 a 13:00. Jakbym nie wiedziała! :) Zjadłam śniadanie, wzięłam prysznic i o 9:25 byłam na Interchange'u. Miałam co prawda o 9:30 spotkać się w szefową w Union, ale coś mi się pomieszało, więc wsiadłam w 662 i pojechałam prosto do School of Management. Zorganizowaliśmy tam tzw. Mini re-freshers Fayre, więc rozłożyliśmy ulotki i siedzieliśmy do 15:00. Porozmawiałam z Polkami z Erazmusa i z paroma innymi osobami, a potem zjadłam Jacket Potato na lunch i popiłam herbatą ze Staff Roomu, a póżniej jeszcze wzięłam sobie gorącą czekoladę. Też moglibyśmy mieć tak wyposażony pokój dla pracowników! :) Po 15:00 wróciliśmy do Union, więc sprawdziłam maile, a potem o 17:00 poszłam do Galerii II, żeby podłączyć sprzęt. To były akurat urodziny chłopaka z Bratfoot Student Cinema (BSC), który pomógł mi się przeprowadzić, więc 4 osoby przyszły z ciastem i zaśpiewaliśmy mu “Sto lat”. Potem zjedliśmy po kawałku ciasta i puściłam “Timecode” Mike'a Figgisa. Na pokazie było znów jak zwykle 7 osób :) A po filmie odbyła się tradycyjnie ciekawa dyskusja. Potem spakowałam wszystko i wyszłam z parą znajomych, od których dostałam łóżko oraz stolik, i pojechaliśmy do mnie na makowca. Pokazałam im mieszkanie, porozmawialiśmy i jak wyszli po 22:00, wysłałam wreszcie SMSem zaproszenie paru osobom na sobotnią parapetówę. 

W środę obudziłam się o 8:00, bo coś zmarzłam. Okazało się, że piecyk mi się popsuł! Znalazłam 3-letnią gwarancję, którą na szczęście na niego wykupiłam, zapakowałam makaron z tuńczykiem i serkiem na lunch, aż w końcu wzięłam kąpiel, ale gorącej wody znów wystarczyło tylko na pół wanny! Potem spakowałam ciasta, bo mijał im termin przydatności do spożycia, wyszłam przed 12:00 i pojechałam do Argosa wymienić piecyk. W międzyczasie wymieniłam się paroma SMSami z nauczycielem salsy z Manchesteru, który zaproponował drinka w czwartek wieczorem! Chciał przyjechać, ale niestety w czwartki pracuję do 20:00, a potem chodzę na salsę, więc zaproponowałam, że wyślę mu swój plan zajęć, a on da mi znać, kiedy też jest wolny. Potem wsiadłam we Free City Bus i pojechałam  na uniwerek. Nowy piecyk zostawiłam na recepcji w Richmond Building, żeby go nie tachać do Student Central i z powrotem. Przed 13:00 byłam już w pracy i poszłam prosto na zebranie z babkami z recepcji. Potem sprawdziłam maile oraz Facebooka, na którym pojawiły się wreszcie zdjęcia z piątkowej imprezy :) Później załatwiłam, że będę płacić rachunki Yorkshire Water i British Gas online i zaprosiłam wreszcie pozostałe osoby na parapetówę. Wyszłam po 20:00 z pracy, odebrałam piecyk z recepcji i wsiadłam w Safety Busa, który o 20:45 dowiózł mnie do domu. Skręciłam mój nowy piecyk i włączam go, ale musiałam wywietrzyć pokój, więc zjadłam kolację w salonie, a potem posłuchałam płyty “Dawn Remembers” Richa Shapero i Marii Taylor, która jest uzupełnieniem do jego książki “Too Far”. Spać poszłam przed północą, bo nazajutrz rano spodziewałam się fachowca z BT w sprawie Interentu! :)


  

Podzielony na cztery cześci ekran w filmie “Timecode” Mike'a Figgisa i CD “Dawn Remembers”.

W czwartek obudziłam się o 6:00 rano i już nie mogłam zasnąć. O 9:00 zadzwonił telefon i inżynier z BT poinformował mnie, że będzie za 15 minut, żeby podłączyć sieć. Wstałam więc i założyłam szybko spodnie i sweter na piżamę :) Jednak po jakiś dwóch godzinach prób powiedział, że trzeba zorganizować kolejny termin, bo będą musieli ciagnąć kabel na drugie piętro na zewnątrz budynku! Pojachałam więc lekko załamana na 13:00 do pracy, bo wiedziałam już na pewno, że w weekend znów nie będę miała Internetu. Szefowej na szczęście nie było w pracy, więc przesiedziałam cały dzień w sieci i napisałam maila do babki z mojej agencji wynajmu, że jeszcze parę rzeczy nie działa, np. zamek w drzwiach się zacina, ten w łazience w ogóle się nie zamyka i że trzeba naprawić rączkę od prysznica, bo na kąpiel nie mam dość gorącej wody, a jak biorę prysznic, to zawsze mam zalaną całą łazienkę. Potem o 17:00 poszłam na zebranie, na którym była darmowa pizza :) W końcu wyszłam z pracy po 20:00 i poszłam znów na Safety Bus, ale niestety tym razem był inny kierowca, który objechał najpierw pół miasta i jak wreszcie mnie dowiózł na dworzec, to pociąg zwiał mi prosto sprzed nosa, chociaż mówiłam mu, o której muszę być na Interchange'u. Wkurzona wsiadłam w autobus i o 22:00 dojechałam wreszcie do Highlight w Leeds, ale lekcja kizomby już się zaczęła! Wkurzona kupiłam więc sobie dwie whisky z colą i porozmawiałam z Piotrkiem oraz Jonathanem. Próbowali mi poprawić humor, inni też, ale średnio się bawiłam, więc jak zobaczyłam, że znajomy fryzjer się zbiera, spytałam go, czy mnie nie podwiezie. Dzięki temu w domu byłam tuż po 1:00 i poszłam od razu spać.

W piątek wstałam o 8:30 i na 10:00 podjechałam do pracy. Studentka, która miała mi pomagać po południu rozchorowała się, więc za zgodą szefowej już o 16:00 zamknęłam recepcję i wyszłam o 16:30. Pojechałam prosto do Wilkinson na zakupy, ale kupiłam tylko wieszak na drzwi w łazience i coś do jedzenia, bo coś mi się nie chciało robić dużych zakupów, więc dość szybko wróciłam do domu. Zjadłam obiad i zdrzemnęłam się do 20:30. Potem wstałam, założyłam czerwoną sukienkę i pojechałam na “Black and Red salsa party” do Leeds. Na imprezie była też Ala, z którą trochę porozmawiałam i Piotrek, z którym potańczyłam :) Ale ogólnie impreza była średnia, więc byłam trochę rozczarowana, szczególnie po dwóch ostatnich weekendach, które spędziłam bardzo miło. Jeden znajomy z poniedziałkowych lekcji zaproponował mi podwózkę, ale obawiałam się, że będzie mi truł całą drogę i się przystawiał, bo jak się dosiadł do mnie na kanapie, to prawie na mnie usiadł :) Dlatego też spytałam innego kolegę z kursu, czy mnie nie podwiezie, bo wiedziałam, że chociaż z nim nigdy jeszcze nie jechałam, to przynajmniej nie będzie robił żadnych podchodów i miałam rację :) Wyszliśmy po północy, więc po 1:00 byłam już w domu i o 2:00 poszłam spać.

W sobotę przed 10:00 rano obudził mnie telefon z agencji wynajmu, że o 10:00 pryjedzie ktoś naprawić zamki w drzwiach i prysznic. Ubrałam się więc znów szybko i rzeczywiście po 10:00 przyjechał jakiś mechnik z dziwnym akcentem i już do 11:00 wszystko było naprawione! :) Po jego wyjściu zebrałam się szybko i o 12:00 wyszłam z domu. Podjechałam do sklepów i kupiłam parę brakujących rzeczy do domu oraz jedzenie, ale babka w kasie w Morrisonie nie chciała mi sprzedać dwóch butelek czerwonego wina, bo nie miałam przy sobie żadnego dowodu tożsamości z datą urodzenia! Powiedziałam jej, że już nie pamiętam kiedy miałam 25 lat i że nie wyjdę bez tych win, więc w końcu mi je dała :) W domu zabrałam się za gotowanie i zrobiłam z moich ciężko wywalczonych win calimocho oraz sangrię :) W końcu wzięłam znów kąpiel z gorącą wodą tylko na pół wanny i ubrałam się. Nadmuchałam pojedyńczy materac, żeby było jeszcze parę miejsc do siedzenia i zaczęli się schodzić goście. W sumie było 15 osób, z czego 7 dziewczyn (z pracy i z salsy) oraz 8 chłopaków (z pracy, z BSC, z salsy oraz mój ex Matt i Shaz, którego wieki nie widziałam), choć bałam się, że będzie więcej babek. Po 23:00 parę osób wyszło, m.in. Matt, który wrócił jednak, bo mu uciekł ostatni pociąg do Bingley. Jak wszyscy wyszli, zapytał, czy może spać w salonie. Wyszedł w niedzielę przed południem, a ja zabrałam się za sprzątanie, bo o 14:00 przychodziła Sarah na polski. Tymczasem zadzwonił nauczyciel salsy z Manchesteru i umówiliśmy się nazajutrz po 20:00 koło mojej pracy. Zamiast na salsę idę więc na randkę :) Jak Sarah wyszła przed 17:00, poszłam się zdrzemnąć, a potem wstałam, zjadłam coś i przed północą poszłam dalej spać :)

poniedziałek, 06 lutego 2012
Nowe mieszkanko :)


572.

W czwartek rano zjadłam śniadanie, wzięłam prysznic i usiadłam do Internetu. Około południa zabrałam się za sprzątanie, ale zadzwoniła Wanyu i przegadałyśmy godzinkę. W końcu spakowałam resztę rzeczy i sprzątnęłam pokój. Potem zjadłam obiad, otworzyłam okno, zmyłam podłogę i wyszłam przed 16:00 z domu. Najpierw poszłam do The Hub, żeby mi zeskanowali paszport i dali legitymację studencką. Tam spotkałam się z kierowcą i wzięliśmy kluczyki do minibusa, a babka w recepcji dała mi też zezwolenia na parking, więc poszłam do pracy i dałam je szefowej. Kolega z BSC już na nas czekał, wyciągnęliśmy parę krzeseł z tyłu, żeby łóżko weszło i pojechaliśmy. Po drodze zadzwoniłam do znajomej i jej mąż dał nam wskazówki, jak mamy jechać :) Trafiliśmy do nich bez problemu, a że łóżko na szczęście było w częściach, więc nie było problemu z jego zapakowaniem. Podobnie ze stolikiem. Zapakowanie obu mebli zajeło nam może z 15 minut i zaraz potem pojechaliśmy do mojego nowego mieszkania. Kolega z BSC musiał wkrótce iść, ale kierowca skręcił mi łóżko, a ja skręciłam stolik :) W międzyczasie przyszedł hydraulik do boilera, bo coś kapało i przy okazji włączył mi lodówkę.

Później pojechaliśmy jeszcze do mojego starego domu zabrać resztę rzeczy. Najpierw zatrzymaliśmy się przy bankomacie, a potem zapłaciłam 25 funtów i oddałam klucze do starego domu. Kierowca mnie odwiózł do nowego domu i pojechał sobie, a ja pościeliłam łóżko i poszukałam rzeczy, które były mi potrzebne do wyjścia. Ela zadzwoniła i upewniła się, że nadal chcę iść na salsę. Potwierdziłam, mimo iż byłam zmęczona i najchętniej weszłabym do mojej nowej wanny i wzięła najpierw kąpiel :) W pewnym momencie zorientowałam się, że zapomniałam zabrać plakaty ze starego domu, więc skontaktowałam się z właścicielem i umówiłam się na ich odbiór nazajutrz. Potem się przebrałam, wypiłam herbatę, wzięłam proszki od bólu głowy i wyszłam. Spotkałam się z Elą koło Interchange'u i pojechalyśmy do Leeds. Tam ona poszła na lekcję salsy, a ja na kizombę. Potem zaczęła się impreza, na której zostałam do końca, bo nie szłam nazajutrz do pracy. Kupiłam też od razu bilet na piątkową imprezę z muzyką na żywo. Po 1:00 wróciłam z kolegą z kursu, bo Ela pojechała przed północa, i spędziłam pierwszą noc w moim nowym mieszkanku! :)

W piątek obudziłam się przed 7:00, bo nie spałam za dobrze, jak to na nowym miejscu. Nie miałam Internetu, ale z przyzwyczajenia usiadłam do komputera i sprawdziłam wszystkie okoliczne sieci :) Niestety, wszystkie miały hasła, więc byłam odłączona od sieci do poniedziałku. Zebrałam się i najpierw pojechałam do agencji wynajmu zawieźć listy, które znalazłam w swojej skrzynce, a potem kupiłam trzy ciasta w pobliskim polskim sklepie. Wracając chciałam wejść do starego mieszkania po plakaty, ale właściciel napisał mi SMSa, żebym wróciła po 14:00. Poszłam więc do domu zanieść zakupy i postanowiłam wyjść jeszcze raz i kupić coś do jedzenia. Zrobiłam zakupy w Morrisonie i wróciłam znów na chwilę do domu, a potem wyszłam po raz trzeci i pojechałam najpierw do Argosa, gdzie kupiłam krzesło, a potem do starego domu. Zwinęłam plakaty i wróciłam do siebie. Zabrałam się za sprzątanie i rozpakowywanie, ale mnie zmogło i poszłam się zdrzemnąć. Potem chciałam wziąć prysznic, ale skończyła się akurat ciepła woda w boilerze! Nie umyłam więc włosów tylko spięłam u góry i zrobiłam lakierem. W końcu woda była trochę cieplejsza, więc szybko wzięłam prysznic i poszłam się ubrać. Wyprasowałam fioletową bluzkę na jedno ramię i po 20:30 poszłam na dworzec. Pociąg do Leeds był dopiero za 20 minut, więc poszłam na górę i zobaczyłam autokar jadący do Leeds. Zapłaciłam mniej niż za pociąg i o 21:10 byłam już na miejscu. Przyszłam prosto na lekcję.

Tańcząc zobaczyłam, że jest nauczyciel z Manchesteru, z kórym zatańczyłam dwa razy w Blackpool. Ucieszyłam się na jego widok, przywitaliśmy się i zatańczyliśmy. Potem zatańczyłam z Piotrkiem, który poprzedniego dnia wrócił z Kuby, gdzie spędził 3 tygodnie. Nauczył się nowych sztuczek i tak mną powywijał, że musiałam pójść się czegoś napić. Jak stałam z koleżanką przy barze, podszedł ten nauczyciel i zaczął ze mną rozmawiać. No i praktycznie nie opuścił mnie już na dłużej aż do końca imprezy. Większość tańców przetańczyłam właśnie z nim. A że lubię z nim tańczyć, to świetnie się bawiłam. Na koniec wziął mój numer telefonu. Tymczasem kolega z kursu, który poprzedniego dnia odwiózł mnie do domu, zaczął być zazdrosny, że się z kimś obściskuję i zrozumiałam, że tym razem nie będę miała podwózki. Koleżanka zapytała jednak Jonathana, czy on by mnie nie podwiózł i zgodził się. Pożegnałam się z nauczycielem, który wracał do Manchesteru, a potem poszłam z Jonathanem, który po drodze powiedział mi, że uprawia celibat od 5 lat, czym mnie trochę zaskoczył. Właściwie to nigdy nie wiem, czy mam mu wierzyć :) Z jego wiekiem to też jakaś niejasna sprawa. Pod drzwiami poczekał aż wejdę do domu zanim odjechał. A w międzyczasie dostałam SMSa od nauczyciela z Manchesteru, w dodatku po francusku, bo na koniec się zgadaliśmy, że on jest z Francji, choć myślałam, że z Hiszpanii. Przez to wszystko nie mogłam zasnąć, mimo iż dochodziła 4:00 w nocy :)

W sobotę obudziłam się znów około 7:00 i nie mogłam już zasnąć, więc w końcu wstałam i o 10:00 wyszłam z domu. Podeszłam do banku po pieniądze, a potem podjechałam po śmietnik, świeczkę do łazienki i jeszcze jedno krzesło składane. Wróciłam do domu i zabrałam się ostro za kuchnię i łazienkę. Dopiero jak dochodziła 17:00 i zrobiłam już trochę miejsca na stole, zjadłam parę kromek chleba, bo od rana nic nie jadłam i zgłodniałam. Potem dalej układałam rzeczy w łazience i kuchni, a resztę wynosiłam do pokoju. W końcu moja sypialnia była cała zastawiona, ale skończyłam pozostałe pomieszczenia, do których jutro mam wpuścić gości! Po 21:00 weszłam więc nareszcie do wanny, ale jak się napełniła do połowy, przestała znów lecieć gorąca woda. Kapiel była więc przyśpieszona, ale i tak poczułam się po niej lepiej. Po wyjściu z wanny usiadłam z laptopem na sofie, ale oczy zaczęły mi się zamykać, więc zabrałam go do łóżka, żeby obejrzeć jakiś film. Dokończyłam średnio śmieszną komedię francuską “Les bronzes: Au soleil” i po północy poszłam spać.

W niedzielę obudziłam się znów po 7:00 i znów nie mogłam już zasnąć, ale poleżałam w łóżku do 11:00. Potem zjadłam śniadanie i zabrałam się dalej za układanie rzeczy. Wreszcie około 13:30 Sarah zadzwoniła, żeby mi powiedzieć, że nie przyjdzie na polski, bo spadł śnieg, a ona jest przeziębiona. Dało mi to więcej czasu na dokończenie rozpakowywania i rzeczywiście skończyłam w momencie, w którym pierwsza koleżanka z salsy zadzwoniła do drzwi. Widziałam ją przez wideofon, a zanim wjechała na górę, zdążyłam jeszcze umyć zęby. Niedługo później przyjechały dwie pozostałe Polki. Znamy się wszystkie z salsy i zaprosiłam je na ciasto, bo ta pierwsza zawsze narzekała, że na lekcji czy na imprezach nigdy nie mamy czasu pogadać. Posiedziałyśmy więc prawie do 21:00 i obgadałyśmy wszystkich z salsy :) A potem weszłam do wanny i przed snem obejrzałam jeszcze "Top Gun" po francusku :) Na początku wrażenie było dziwne, ale potem sie przyzwyczaiłam :) W koncu przed północą poszłam wreszcie spać.  

   Bohaterowie filmu "Les bronzes: Au soleil" oraz Kelly McGillis i Tom Cruise w filmie "Top Gun".

czwartek, 02 lutego 2012
Koniec z Internetem! :)

571.

W poniedziałek obudziłam się przed południem i przeczytałam
maila z agencji, że mogę się w środę wprowadzić do nowego domu! :) Do pracy poszłam na 13:00 z plecakiem pełnym rzeczy, których chcę się pozbyć i z laptopem, żeby go naprawić. Nie zdążyłam jednak zrobić połowy rzeczy, które zaplanowałam (na przykład napisać raportu z wydatków na mój festiwal, który miałam wysłać do końca miesiąca), a laptop nadal buczy, jak zrobię głośniej, co utrudnia mi oglądanie i słuchanie czegokolwiek oraz rozmowy z rodziną przez Skype'a. Pan w Call Centre próbował coś z tym zrobić, ale w końcu stwierdził, że muszę zrobić system recovery :( A ja nie mam pojęcia, gdzie mam teraz płytki systemowe! :) Tymczasem dostałam umowę z agencji mailem oraz wiadomość od Michaela z linkiem do filmu z kizombą (http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=R5LgeKNzpLk). Napisał, że ten film sprawił, iż pomyślał o mnie :) How sweet! :) W końcu wyszłam z pracy o 20:00 i poszłam prosto na salsę. Na lekcji było znów za mało facetów, w dodatku jeden był lekko podpity i wykręcał nam ręce :) Po lekcji zatańczyłam po raz pierwszy w tym roku z Jonathanem, bo miałam dobry humor :) W domu byłam po 23:00 i wyrzuciłam od razu do śmieci 4 torby rzeczy, których postanowiłam się pozbyć. Potem przeczytałam jeszcze umowę wynajmu i wreszcie poszłam spać.

We wtorek obudziłam się przed 7:00 i nie mogłam już zasnąć, więc usiałam do Internetu. Potem dostałam SMSa od brata, żebym zadzwoniła do mamy, więc od razu to zrobiłam. Okazało się, że mama poprzedniego dnia
zasłabła w sklepie i była na pogotowiu. Teraz czuła się już dużo lepiej, ale ustaliłyśmy, że pójdzie wkrótce do lekarza i zrobi sobie wszystkie badania. W końcu wstałam i na 10:00 poszłam do pracy. Usiadłam na tyłach biura i napisałam wreszcie ten raport, w którym rozliczyłam się z pieniędzy z Cultural Fund. Był to mój ostatni dzień przed urlopem do poniedziałku, więc próbowałam się dowiedzieć, co z moimi studiami i okazało się, że dopiero poprzedniego dnia wydano zgodę, więc dobrze, że się zaczęłam dopytywać, bo to był ostatni dzień na wypełnienie wszystkich formalności, żeby zacząć studia od stycznia. Gdybym tego nie załatwiła, to mogłabym zacząć dopiero od września, a ja mam nadzieję, że dzięki temu będę płacić niższy Council Tax :) W czasie przerwy na lunch poszłam więc do the Hub i zaniosłam podpisaną aplikację, a teraz muszę jeszcze tylko donieść kopię mojego paszportu. Odpisałam wreszcie Michaelowi na maila i poszłam na zebranie, a potem na herbatkę z babkami z pracy, bo szefowa wygrała poczęstunek od naszej firmy cateringowej :) W międzyczasie znajoma zaproponowała mi stolik i łóżko za darmo, więc umówiłyśmy się na ich odbiór na czwartek.

Wyszłam z pracy o 16:30, bo szłam na pocztę z przesyłką, więc dzień mi
minął bardzo szybko i bezboleśnie :) W domu zdrzemnęłam się na początek do 20:00, bo nie jestem przyzwyczajona do tak wczesnego wstawania i po prostu mnie zmogło :) Potem zjadłam obiad i usiadłam znów do Internetu. Jan się odezwał na Skypie, bo przyszły do nich jakieś listy do mnie i pytał, jak może mi je dostarczyć oraz czy rozwiązałam już sprawę mieszkania. Odpisałam, że jeszcze nic nie załatwiłam (co było zgodne z prawdą, bo umowę podpisywałam dopiero nazajutrz), ale że mam już dość moich sąsiadów i że może skorzystałabym z zaproszenia Sue i na razie wprowadziła się do nich :) Jak byłam u nich przed Świętami, to Sue popiła i zaczęła powtarzać w kółko, że mają wolny pokój i że mogę się do nich wprowadzić :) Jan nawet to nagrał na komórkę, pewnie żeby jej to potem pokazać, więc postanowiłam, że sobie zażartuję. Półtorej godziny później Sue mi odpisała z jego konta, że niestety Jan ma problemy ze spaniem i śpi teraz w ich sypialni dla gości, więc nie jest już wolna. Normalnie nie mam więcej pytań. Drugi raz ich proszę o pomoc i dtugi raz mi odmawiają! Całe szczęście, że ich nie potrzebuję, ale co by było, gdybym naprawdę uwierzyła w ich zapewnienia i naprawdę poptrzebowała pomocy? Nie odpisałam im, tylko przed snem, zamiast się pakować, rozmawiałam na Facebooku z Krystianem do północy o jego "love life"! :)

W środę wstałam o 8:30, o 9:30 wyszłam z domu i o 10:00 rano byłam już w agencji wynajmu. Podpisałam umowę i dostałam klucze do nowego mieszkania oraz do garażu, bo mam teraz własne miejsce parkingowe! Szkoda tylko, że nie mam samochodu :) Ale i tak się przyda, np.
jak wynajmę samochód, albo ktoś mnie odwiedzi. Wróciłam do domu Free Busem i zjadłam śniadanie, a potem zaczęłam znosić rzeczy na dół. Po 11:00 przyjechał Leon minubusem z pracy i pomógł mi się do niego zapakować. W końcu o 13:00 pojechaliśmy na Little Germany i wnieśliśmy wszystko do mojego nowego domu. Dwa przejazdy windą później wszystko już było w salonie. Wróciliśmy na uniwerek, oddałam klucze od minubusa i poszłam do domu. Zamówiłam numer stacjonarny i Internet w firmie BT, a później poszłam do banku, żeby podać im mój nowy adres. Potem wróciłam do nowego mieszkania powiesić ubrania w szafie. Wychodząc znalazłam jeszcze jedno pudło na korytarzu, z ważnymi dokumentami, m.in. umową najmu! Zlało się kolorem z drzwiami, o które było oparte i go z Leonem nie zauważyliśmy! Zaniosłam je na górę, szczęśliwa, że się znalazło :) W końcu poszłam na Interchange i podjechałam Free Busem do Tesco na mini zakupy. Potem wróciłam do domu i zjadłam obiad. Przed snem porozmawiałam znów do północy z Kingą i z Krystianem na Facebooku.

  
Moja agencja wynajmu i Wisława Szymborska, zmarła tego dnia wieczorem w swoim mieszkaniu...

Dzisiaj mam zamiar posprzątać w starym domu, zapłacić jeszcze za ten tydzień za czynsz i oddać klucze. A to oznacza, że przez tydzień nie będę miała Internetu w domu, tylko w pracy! A to oznacza koniec z Internetem do poniedziałku! Nie wiem jak dam radę :) Zastanawiam się nawet, co ja będę robić w domu do przyszłego czwartku, kiedy to firma BT założy mi Internet i telefon stacjonarny? :) Na szczęście mam przegrane parę filmów, to sobie pooglądam :) Wszystko zależy jednak od tego, czy uda się nam dzisiaj z kolegami przywieźć i wstawić łóżko do mojej nowej sypialni :) Jeśli nie, to być może zostanę jeszcze jedną noc w starym domu, ale mam nadzieję, że dziś już na dobre przeprowadzę się do nowego mieszkania! :) Wieczorem wybieram się na salsę do Leeds (jutro zresztą też, jak już wszystko rozpakuję i poukładam :) A w sobotę planuję chill out, no chyba, że ktoś będzie chciał mnie koniecznie odwiedzić i zobaczyć nowe mieszkanko. Był pomysł, żebym zorganizowała parapetówkę, ale jak zaczęłam pytać chłopaków, którzy mi pomagają w przeprowadzce, to okazało się, że na tą sobotę mają już jakieś plany, więc myślę, że przełożę to na przyszły tydzień. Nie będę przynajmniej musiała organizować jej dwa razy. Natomiast w niedzielę przychodzi Sarah na polski, a potem trzy Polki, które poznałam na salsie, na herbatkę. Taki jest plan, a co z tego wszystkiego wyjdzie, to sie okażę! Byle do poniedziałku :)


Moje nowe mieszkanko w Little Germany, ale ze starymi meblami. Teraz będzie wyglądać inaczej :)