Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 29 listopada 2006
Spać mi się chce! :)

246.

Od poniedziałku popsuła się pogoda. Co prawda jak się budzę rano do pracy to jest już jasno, ale pochmurno. Trudno wtedy zwlec się z łóżka. Na szczęście mam blisko do pracy. Do lunchu czas jakoś zlatuje, a w domu mogę się chociaż na chwilę położyć. W poniedziałek zjadłam odgrzany szybko bigos od Gosi i pospałam sobie pół godzinki, ale niewiele to pomogło, bo potem było mi jeszcze trudniej się zwlec i wrócić do pracy :) Na szczęście zanim się obejrzałam była już 17. Trochę to wszystko bez sensu - czekam, żeby dzień jak najszybciej upłynął, a potem narzekam, że tygodnie i lata mi tak szybko lecą! :) Po pracy wróciłam do domu i znów się na chwilę położyłam - to chyba przesilenie zimowe? :))) Potem wstałam i poszłam na kolejną lekcję polskiego. Jak zwykle się rozkręciłam i poczułam, że to co robię ma sens :) Po powrocie do domu zaznaczyłam w książce do polskiego, co powinnam z niej skserować i poczytałam wreszcie, jak wytłumaczyć drugiej grupie przypadki! :) Poczułam się gotowa :)

We wtorek około jedenastej tak zgłodniałam, że kupiłam sobie kanapkę z kurczakiem. Myślałam, że będzie na ciepło, bo koło opisu w nawiasach była literka (H). Pomysłałam, że to znaczy "hot", ale dostałam zimną kanapkę, bo okazało się, że (H) znaczy "halal", czyli z koszernego mięsa! :))) A tylko takie mięso mogą jeść muzułmanie (z judaizmem łączy ich więcej niż obie strony chcą przyznać :) Podgrzałam ją więc w mikrofalówce i potraktowałam jako obiad, bo w czasie lunchu poszłam na kurs MetaLib. W ciągu godziny dowiedziałam się, jak przeszukiwać bazę danych w naszej bibliotece. Po powrocie do pracy przetestowałam zastosowanie MetaLibu w praktyce i okazało się, że mi się za bardzo nie przyda, bo nie wyszukuje słowa kluczowego w tekście, a taką miałam nadzieję. Po pracy poszłam do college'u, żeby odbić na ksero część podręcznika do polskiego z biblioteki uniwersyteckiej. W domu byłam dopiero po 18 i usiadłam na trochę do komputera, a potem coś zjadłam i poszłam wcześniej spać.

Dzisiaj byłam trochę mniej zmęczona. W czasie lunchu zabrałam się za przygotowanie paru rzeczy do jedzenia, kótre od jakiegoś czasu leżały w lodówce i czekały, aż mi się wreszcie znów zacznie gotować. Ostatnio bowiem nie chciało mi się nawet zrobić obiadu! Po lunchu miałam iść na ten głupi kurs z EndNote, ale nie dostałam na to pozwolenia, więc wróciłam do pracy. W pewnym momencie przyszła moja nowa szefowa i przyniosła mi ulotkę "Jak korzystać z EndNote"! Z jednej strony to bardzo miły gest, ale z drugiej oznacza zapewne "Nie musisz już w ogóle iść na ten kurs!" Takie było moje założenie, ale chciałam, żeby ode mnie to wypłynęło, a nie od nich! :) Dochodzę do wniosku, że to chyba ze mną coś jest nie tak. Mam dobrze płatną, niezbyt wymagającą pracę, gdzie nikt wreszcie nie wtyka nosa w moje życie przywatne, a ja narzekam! :) Czego ja jeszcze chcę? Może po prostu bardziej wymagającej pracy i bardziej przyjaznej atmosfery?! :))) Po pracy poszłam na polski i w dość jasny i wyraźny sposób wytłumaczyłam im "accusative", czyli biernik :) Tym razem obeszło się bez większych problemów - wystarczy, że się porządnie przygotuje i już jest ok! :) Ok, idę spać. Zasłużyłam na odpoczynek! :)

niedziela, 26 listopada 2006
Marsz, marsz Polonia! :)

245.

W sobotę wreszcie się trochę wyspałam. Zjadłam śniadanie i wzięłam się za kolejną książkę, z której spisałam cytaty o filmach Kieślowskiego. Potem znów zasnęłam. Kiedy się obudziłam, stwierdziłam, że mam ochtę gdzieś wyjść, bo od siedzenia w domu chodzę już po ścianach, więc spytałam Gosię, czy nie ma ochoty na spacer. Zaprosiła mnie na obiad mówiąc, że później możemy się gdzieś przejść. Zjadłyśmy spaghetti, a potem namówiłam ją, żebyśmy poszły na piwo do Titusa Salta. Nie miałam ochoty siedzieć w domu. W pubie był akurat jakiś wieczór kawalerski czy panieński. Uczestnicy przebierają się wtedy w różne kostiumy. Tutaj była akurat grupa starszych już trochę osób i wszystkie panie były przebrane za pokojówki, a panowie mieli na sobie pończoszki i buty na obcasie :) Wiekszość z nich miała też eleganckie białe koszule i marynarki, ale jeden miał gorset, czarne boa i stringi :) Wyglądali uroczo i widać było, że nie są przewrażliwieni na swoim punkcie i potrafią się bawić :)))

Kiedy Gosia poszła do łazienki i zostałam sama przy stoliku, podeszła do  mnie pewna Polka z chłopakiem, którą znam z widzenia, ale której imienia nie pamiętam i spytała, czy czekam na pozostałych. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, o co chodzi, ale potem przypomnialam sobie, że wracając wczoraj z lunchu do pracy spotkałam Krystiana, który powiedział, że w sobotę w Polskim Klubie jest impreza andrzejkowa, na którą wybiera się tam z paroma osobami i spytał, czy też chcę iść. Kiedy wróciła Gosia, powiedziałam jej, że prawdopodobnie wkrótce zejdzie się tu większa ilość znajomych osób, z których części z pewnością nie chciałybyśmy widzieć :) Postanowiłyśmy jednak zostać i obserwowałyśmy, jak się zbierają. Agata, była dziewczyna Krystiana, podeszła do nas żeby się przywitać i spytała, czemu się do nich nie dosiądziemy. Powiedziałyśmy, że może później. W końcu pojawili się Krystian i Piotrek, którzy też do nas podeszli. Nagle pojawił się też jeden z moich studentów pierwszego roku. Powiedział, że przyszedł z kolegami, ale jak się dowiedział, że tyle tu Polek, wyraził chęć zapoznania się z nimi :) Przedstawiłam go dziewczynom i przez tu musiałyśmy się z Gosią do nich dosiąść :)))

Okazało się, że na tą imprezę andrzejkową w Polskim Klubie, na którą wszyscy się wybierali, nie ma już biletów. Ale brat jednej z dziewczyn zadzwonił do niej i powiedział, że do klubu można wejść, bo impreza zamknięta jest tylko na górze. Postanowili więc mimo wszystko się tam przejść. Dołączyłyśmy do nich z Gosią, choć chłopaki zdążyli mnie już wkurzyć paroma tekstami. Ale pomyślałam, że trzeba zobaczyć polską zabawę, bo taka okazja może się już nie powtórzyć :))) I muszę przyznać, że warto było :))) Usiedliśmy na dole w większym gronie, z którego paru osób nie znałam. Po jakimś czasie zauważyliśmy, że ludzie z góry schodzą na dół do toalety, a potem wracają na górę. Dziewczyny poszły więc zobaczyć, co się tam dzieje. Wróciły i powiedziały, że nie ma tam już prawie miejsca, żeby potańczyć. Po jakimś czasie postanowiłam zobaczyć na własne oczy "jak się bawi Bratfoot" (jak to krzyczał jeden z DJów :) Poszłam z Gosią na górę i przeszłyśmy się po sali. Panowała tam atmosfera, jak na wiejskim weselu - niektórzy panowie spali już na siedząco :) Wiekszość szalała jednak na parkiecie, aż się podłoga trzęsła! :))) My też trochę potańczyłyśmy.

Jednym słowem impreza przypominała typowe polskie wesele lub zabawę w remizie strażackiej. Brakowało tylko mordobicia :) I w pewnym momencie zapowiadało się już na to, że zaraz się zacznie rozróba! :) Do naszego stolika podszedł jakiś pan i zaczął coś mówić. Brat jednej z dziewczyn złapał go za szyję i chyba wbił mu palec w tętnicę, bo pan grzecznie usiadł, albo może raczej osunął się bezsilnie na pobliską ławkę. Kiedy złapał już oddech, pobiegł na górę i wrócił za chwilę z całą bandą. Najpierw jednak wyłonił się z niej "negocjator", który zapytał brata tej dziewczyny, czy jest jakiś problem. Ten odpowiedział, że nie ma żadnego, ale tamten pan zaczął się pienić. I nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby się nie okazało, że jeden członek tej bandy jest jego dobrym znajomym! :) Konflikt został więc zażegnany, a "negocjator" pilnował potem cały czas, żeby nie było więcej problemów :) Ale nie wiem, czy po naszym wyjściu nie doszło jeszcze do jakiejś rozróby, no bo co to za zabawa, jeśli nie było rozpierduchy? ;)

Dziś obudziłam się dosyć wcześnie rano i usiadłam do komputera. Potem położyłam się znowu spać i obudziłam się po południu. Pogoda była dość ładna, więc umówiłam się z Gosią na spacer. Poszłam do niej i pojechałyśmy razem do Lister Parku. Obejrzałyśmy wystawę w Cartwright Gallery, ale jak stamtąd wyszłyśmy zaczęło się już ściemniać! Przeszłyśmy się więc tylko chwilę po parku i jak wróciłyśmy autobusem do centrum, było już całkiem ciemno. Poszłam do Gosi na pyszną kapustę z grzybami, a potem zebrałam się do domu. Obejrzałam dwa z 9 filmów które przysłał mi Neil - "Sobowtóra" Bodo Koxa i ""Ugór" Dominika Matwiejczyka. Ten drugi bardziej mi się podobał, ale zastanawiam się, czy którykolwiek z nich byłby zrozumiały dla tutejszej widowni. W "Sobowtórze" najbardziej podobała mi się główna aktorka, która idalnie potrafiła naśladować Krystynę Jandę, ale nikt by tego przecież tutaj nie zauważył! Smaczku dodaje fakt, że jedną z ról zagrała tam Joanna Szczepkowska, a obie panie bardzo się nie lubią :) Na chwilę pojawił się tam też Krzysztof Ibisz. Drugi film pewnie bardziej by się spodobał tutejszej widowni, bo dzieje się na wsi i idealnie odzwierciedla ich wyobrażenia o Polsce :) Po wczorajszej imprezie zaczęłam jednak dochodzić do wniosku, że chyba coś w tym jest :)))

piątek, 24 listopada 2006
Co za dzień!

244.

Rano zapytałam szefową, czy mogę iść w środę na kurs z EndNote, ale powiedziała że nie, bo Rachel jest na zwolnieniu! Dostała 2 tygodnie na stres, a być może nie będzie jej jeszcze dłużej! Kurczę, nie mam nic przeciwko Rachel, nawet ją lubię, ale to jest jakaś paranoja! Jej prawie nigdy nie ma w pracy, bo robi kurs psychologii! Swoją drogą pomyślałam, że chyba powinnam zmienić przychodnię, to może wtedy też bym zaczęła dostawać zwolnienie na parę tygodni z powodu stresu albo depresji! Chyba mam więcej powodów, niż Angole, skoro mieszkam sama w obcym kraju, mam dwie prace i jeszcze robię studia w wolnym czasie (którego już prawie nie mam! :) Obiecałam sobie, że już o nic ich nie poproszę! Mieli mnie puścić tylko na dwa głupie kursy. Jeden zdecydowałam się już zrobić w czasie lunchu, czyli w moim własnym czasie. Ale drugi niestety trwa dłużej i muszą mnie na niego zwolnić. Postanowiłam jednak, że sama się tego nauczę albo zapytam w bibliotece, czy nie mają jakiegoś kursu po godzinach pracy. Wkurzyłam się i jak zwykle uniosłam się honorem! Nie chce im nic zawdzięczać! Mogę im nawet oddać te niecałe 300 funtów, które wydział zapłaci za moje studia! Nie rozumiem tylko z jakiej paki śmią jeszcze wysuwać żądania typu raporty od moich promotorów! Skoro w żaden sposób mi nie pomagają, a moje studia nie są związane z moją pracą, to co ich do cholery obchodzi jak mi idzie? Jak na razie jak po grudzie, w dużym stopniu dzięki ich "pomocy"!

W mojej "pigeonhole", czyli przegródce na pocztę, znalazłam dziś płyty CD od Neila i menu od jednego z wykładowców, który organizuje obiad świąteczny. Napisałam maila do Neila, że filmy doszły i że nie powinnam mieć problemu z obejrzeniem ich przed Świętami, tak jak się umawialiśmy. A potem podkreśliłam dania ze świątecznego menu, które chcę zamówić i włożyłam menu do koperty. Muszę jeszcze tylko dorzucić tam 10 funtów zaliczki, a potem włożyć kopertę do przegródki tego wykładowcy. Przyszedł jednak do mnie wcześniej i spytał, jak mi się pracuje. Przejmuje się mną chyba trochę, bo był jedną z trzech osób w komisji, jak mnie przyjmowali do pracy. Wygląda na to, że czuje się w jakiś sposób za mnie odpowiedzialny :) Byłam akurat wkurzona tym kursem, więc miałam ochotę mu powiedzieć, że mam już dość tej roboty i żałuję, że zmieniłam pracę, bo w poprzedniej też miałam problemy, ale przynajmniej mniej pracy i czasem puszczali mnie wcześniej do domu! Innymi słowy, tam miałam większe luzy i prawdopodobnie miałabym więcej czasu na moje studia. Myślę, że nie robili by mi też problemu z pójściem na pół dnia na głupi kurs, który pewnie w dodatku i tak okaże się kompletnie nieprzydatny! Ale oczywiście powiedziałam, że pracuje mi się bardzo dobrze, dziekuję. I że pójście z nimi na świąteczny obiad będzie dla mnie czystą przyjemnością. Długo się nad tym zastanawiałam, ale w końcu zdecydowałam się iść i zintegrować się z moim wydziałem. Teraz mi się oczywiście odechciało!

Prawie cały dzisiejszy dzień spędziłam w Internecie, czytając artukuł na temat gwałtu, a potem wypowiedzi na forum. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam brać udział w dyskusji. Najpierw nie ujawniłam swojej płci - unikałam m.in. czasowników, które mogły by ją określić. Paru panów rozpoczęło ze mną kulturalną dyskusję. Potem poszłam na lunch i z komputera w domu wypowiedziałam się już pod innym nickiem, jako kobieta. Oczywiście wkrótce zostałam zmieszana z błotem i wyzwana od "wojujących feministek" :) Nie uważam, żeby bycie feministką było czymś uwłaczającym (sama chciałabym takową zostać, jak dorosnę :) ale ci panowie bynajmniej nie używali tego określenia jako komplementu. W końcu postanowiłam więcej się nie wypowiadać i teraz tylko śledzę rozwój wydarzeń. I muszę przyznać, że przykro się robi, jak się czyta wypowiedzi niektórych panów. Przykro i straszno. I smutno. Cieszę się, że nie mam tak tragicznych doświadczeń, jakimi dzieliły się tam niektóre osoby, ale przeraża mnie myśl, że gdyby coś takiego mi się kiedyś przydarzyło, zostałabym tak samo potraktowana - wyśmiana, wyszydzona i jeszcze bardziej poniżona. Przynajmniej w naszym pięknym kraju, bo wydaje mi się, że w Anglii przynajmniej prawo jest lepiej egzekwowane, choć mentalność niektórych panów wcale nie lepsza, a i pociecha z tego marna. Chyba mam już dość dzisiejszego dnia i chcę, żeby się już skończył. Idę spać.

czwartek, 23 listopada 2006
40 funtów na godzinę! :)

243.

Dzisiaj miałam już większe problemy ze wstaniem. W ogóle wszystkiego mi się odechciało. Wiem już, że czeka mnie ciężki weekend, w czasie którego będę musiała nadrobić wszelkie zaległości i przeczytać 6 książek! W przyszłym roku zrezygnuję chyba z lekcji polskiego, bo nie daję już rady. Szczególnie, że powinnam wkrótce zacząć pisać swoją pracę doktorancką! :) Przed lunchem przyszła do mnie jedna z wykładowczyń, która kiedyś na samym początku jak zaczęłam tam pracować, spytała mnie czy nie zechciałabym wziąć udziału w badaniu i odpowiedzieć odpłatnie na parę pytań. Wydaje mi się trochę dziwna, bo cały czas błogo się uśmiecha, jakby była na haju :) Podejrzewam ją o nieszkodliwą dla otoczenia chorobę psychiczną :))) W każdym razie przyszła dziś do mnie i spytała, czy mogłabym wziąć udział w tym badaniu, zupełnie jakbyśmy rozmawiały o tym wczoraj. W pierwszej chwili w ogóle nie wiedziałam o co jej chodzi, ale po chwili sobie przypomniałam i powiedziałam, że mogę zaraz do niej przyjść.

Poszłam do jej biura, które wygląda prawie jak cela pustelnika - jest w nim tylko biurko i komputer oraz wieszak na ubrania, na którym stoi mały, podobno posuty telewizor i wygląda jak współczesna rzeźba (wiedziałam, że coś jest z nią nie tak :))) Usiadłyśmy na przeciwko siebie i ona ciągle z tym błogim uśmiechem na twarzy spytała mnie, czy może nagrywać naszą rozmowę. Odpowiedziałam, że nie mam nic przeciwko temu. Dała mi do przeczytania ulotkę jakiegoś leku, a potem zadała mi 15 pytań na temat tego, gdzie w tej ulotce można znaleźć dane informacje. Na koniec spytała, co ogólnie myślę o tej ulotce i czy można by ją jakoś ulepszyć. Całość zajęła nam pół godzinki, za które zapłaciła mi 20 funtów (to najwyższa stawka za pół godziny, jaką tu kiedykolwiek zarobiłam :))) Powiedziała, że za jakieś pół roku znów mnie zaprosi do badania. Cóż, nie mam nic przeciwko temu - 20 funtów piechotą nie chodzi, jak to mówią :) Ani nie leży na ulicy! :)))

Wróciłam na chwilę do biura i zaraz wyszłam na lunch. Poszłam do college'u, gdzie byłam umówiona z jakąś kobietą, która miała mi pomóc załatwić wreszcie kartę pracownika, dzięki której będę mogła wchodzić do nowego budynku college'u. Bez tej karty nie mogę przejść przez bramkę i choć rzadko tam bywam, wybieram się wkrótce na kurs dla nauczycieli i karta będzie mi potrzebna. Poza tym dzięki niej będę chyba mogła korzystać z biblioteki college'u, a mają tam podobno dużo ciekawych filmów na DVD :) Później weszłam na chwilę do domu i zjadłam jakieś kanapki, bo nie miałam już czasu, żeby ugotować sobie obiad. Poza tym nie chciało mi się nawet rozgrzać ostatniej mrożonej pizzy :) Wróciłam do pracy i moja nowa szefowa dała mi nową robotę do zrobienia, która prawdopodobnie zajmie mi parę kolejnych dni :)

Odpisałam na maila Neilowi, konsultantowi zagranicznemu tutejszego festiwalu filmowego, który poprosił żebym obejrzała parę polskich filmow, które mi prześle pocztą, i zdecydowała czy warto je pokazać. Zgodziłam się i teraz czekam na przesyłkę. I tak zostałam tajnym konsultantem festiwalu :))) Udało mi się też wreszcie przed wyjściem dodzwonić do restauracji, która serwuje rosyjskie, ukraińskie i polskie jedzenie. Zamówiłam u nich stolik na grudzień, bo wybieram się do nich z moimi studentami polskiego z obu grup. Muszę tylko wydrukować im menu i zebrać po 10 funtów zaliczki. W restauracji powiedzieli mi, że w tym tygodniu przeprowadzają się do nowego lokalu w centrum, więc pewnie wrótce wybiorę się do nich z zamówieniem i zaliczką - jak tylko dogadam sprawę do końca z moimi studentami.

Po pracy przyszłam do domu i usiadłam do komputera. Po 19 byłam umówiona z Gosią, więc nie było sensu się kłaść do łóżka, choć chciało mi się spać. Stwierdziłam, że lepiej czymś się w tym czasie zajmę i poszperałam w sieci. Potem zebrałam się i wyszłam z domu. Pogoda jest deszczowa i nie zachęca do spacerów, szczególnie, że wieje dość silny wiatr, ale dotarłam jakośdo Alhambry, gdzie spotkałam się z Gosią i stamtąd poszłyśmy do niej. Pomogłam jej wypełnić aplikację o pracę na uniwerku. W międzyczasie zadzwonił do mnie Shaz i spytał, czy nie mam ochoty pojechać w weekend do kina na "Casino Royale". Powiedział, że pomyślał o mnie, bo wie, że lubię filmy (ale nie takie! :))) Uświadomiłam go, że w ten weekend jestem bardzo zajęta, a na "Casino Royale" już byłam i wyszłam w połowie :) Uparty jest! A już myślałam, że chłopak dał sobie spokój :) Potem wróciłam do domu i postanowiłam iść trochę wcześniej spać, co niniejszym czynię :)))

środa, 22 listopada 2006
Król jest nagi!

242.

Obudziłam się dziś przed budzikiem i bez większych problemów wstałam i poszłam do pracy, choć poszlam wczoraj spać po 1 w nocy. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili i pytali, czy już się lepiej czuję. I muszę przyznać, że dziś czuję się dużo lepiej i mimo że nie jestem całkiem zdrowa, czuję że mogę wreszcie pracować. Zaczęłam od maili, których w tym czasie zebrało się prawie 100. W międzyczasie odebrałam parę telefonów, ale muszę przyznać, że powrót do pracy nie był taki straszny, jak się tego obawiałam. Jedyny problem tkwi w tym, że spędzam tam prawie całe dnie i nie mam już czasu na inne rzeczy, które są dla mnie dużo ciekawsze, ale z których niestety się nie utrzymam. Mam tu na myśli lekcje polskiego i pracę doktorancką. Czuję, że obu poświęcam zbyt mało czasu i że czas to zmienić. Dlatego koniec z imprezami! :) Od dziś prowadzę życie pustelnicze! :)))

W czasie lunchu poszłam do domu i przesłałam sobie mailem wszystko co do tej pory przygotowałam do pisanie pracy doktoranckiej. Potem usiadłam na chwilę nad książkami do nauki polskiego i zaznaczyłam w nich strony, na których jest mowa o przypadkach. W międzyczasie zjadłam pizzę, bo to wymagało najmniej przygotowań, po czym wróciłam do pracy. Wydrukowałam materiały do pracy doktorskiej, żeby pokazać promotorowi, że coś przez ten czas zrobiłam. Miałam się z nim spotkać wczoraj, ale przełoźylam to na dzisiaj, bo nie chciałam wczoraj wychodzić z domu, tylko trochę się wreszcie podleczyć. Wyszłam więc z pracy o 16:55, żeby na 17 zdążyć na spotkanie z moim promotorem w budynku naprzeciwko.

Kiedy przyszłam, był u niego akurat mój drugi promotor, ale stwierdził, że nie zostanie, więc sami przez godzinę omawialiśmy plan mojej pracy. Mój główny promotor stwierdził, że jego zdaniem plan 3-letni, jaki mu przedstawiłam, jest dość ambitny, ale może się uda :) Potem podał mi tytuły paru książek, które jego zdaniem powinnam przeczytać. Ustaliliśmy strategię na przyszłość i umówiliśmy się na kolejne spotkanie za miesiąc. Bardzo się cieszę, że tak dobrze trafiłam, bo naprawdę świetnie się z nim dogaduję. Czuję jednak, że powinnam poświęcić temu więcej czasu. A czas to jest coś, czego najbardziej mi brakuje... Chciałabym móc wrócić po pracy do domu i po prostu nic nie musieć! Tymczasem jak wróciłam do domu po naszym spotkaniu, musiałam się już zbierać na kolejną lekcję polskiego.

Przyszłam z pewnym planem w głowie, myśląc że bez problemu uda mi się im wytłumaczyć, o co chodzi w przypadkach. Tymczasem dzisiejsza lekcja całkowicie wymknęła mi się spod kontroli! Doszło do tego, że oni zaczęli tłumaczyć sobie nawzajem, o co chodzi i kłócić się o to, od czego powinniśmy zacząć - czy od nauki form kolejnych przypadków na pamięć, czy od zrozumienia każdego przypadku po kolei. Sytuacja stała się dość groteskowa - stałam na środku sali i chciało mi się śmiać. Zdawałam sobie świetnie sprawę, że jestem po prostu nieprzygotowana, ale myślałam, że jak zwykle jakoś to będzie. Tymczasem moi studenci zaczęli szukać wytłumaczeń w książkach, które ze sobą przynieśli i czytać sobie nawzajem różne wytłumaczenia przypadków, odwalając tym samym moją robotę!

Po lekcji podeszła do mnie Teresa, której ostatnio dawno nie było i powiedziała, że chciałaby ze mną porozmawiać na osobności. Zaczęła od tego, że czuje się zagubiona i żebym nie brała tego do siebie, ale wydaje jej się, że te lekcje powinny być bardziej przemyślane. Stałyśmy pod collegem i rozmawiałyśmy chyba przez pół godziny. Bardzo dobrze zdawałam sobie sprawę, że ma całkowitą rację, ale starałam się bronić i usprawiedliwiać, bo nie mogłam się przyznać do tego, że jedynym problemem jest moje nieprzygotowanie, spowodowane odwiecznym brakiem czasu! Nawet jak jestem trochę wolniejsza, mam tyle innych rzeczy do zrobienia, że nie wiem, w co ręce włożyć. Albo wiem, że jest go niewiele i nie ma co zaczynać czegoś powazniejszego, tylko robię to, co zajmie mi go najmniej i nie jest zbyt trudne. Na przykład piszę bloga :)

wtorek, 21 listopada 2006
Tam i z powrotem! :)

241.

Po czterech godzinach snu weszłam po raz ostatni do wanny (w domu tego nie mam - tylko prysznic :) Potem zjadłam śniadanie, dokończyłam pakowanie i pojechaliśmy na lotnisko. Byliśmy tam o 6 rano, czyli ponad godzinę przed odlotem. Pożegnałam się z mamą, siostrą i bratem, a potem przeszłam przez odprawę. Znowu kazali mi zdejmować buty - jak ja tego nienawidzę! Czuję się wtedy upokorzona (szczególnie, że miałam na nogach czerwone skarpetki :))) Kupiłam sobie dwie wody do picia na drogę. W samolocie zasnęłam i obudziłam się dopiero jak dolatywaliśmy do Liverpoolu. Tam wsiadłam w autobus do miasta. Przy Trzech Gracjach wsiadłam do metra i pojechałam na drugą stronę rzeki, do Hamilton Square. Pozwiedzałam trochę, ale okazało się, że nie ma tam za bardzo co robić, więc wróciłam metrem do centrum.

     

Stacja mera James Street w Liverpoolu i Muzeum Wirral po drugiej stronie rzeki Mersey.

Na 12 poszłam do kina Odeon na "Casino Royale". Normalnie w życiu bym nie poszła na ten film, ale wiedziałam, że będę musiała wyjść przed końcem i że przynajmniej nie będzie mi żal :) A jak się kończy, zobaczę kiedyś na wideo :))) Wyszłam więc po półtorej godziny seansu i podeszłam na dworzec autobusowy, który jest dwie  ulice dalej. Wsiadłam w autobus do Leeds i zasnęłam. Wysiadajac w Leeds rozmawiałamz Gosią przez telefon i całe szczęście, że spytała mnie, czy przywiozłam jej papierosy, bo zupełnie zapomniałam o walizce! :) Wróciłam po nią, a potem wsiadłam w jakiś autobus, który objechał chyba całą okolicę, bo do dworca w Bratfoot dotarł dopiero po 50 minutach! Tam wsiadłam w autobus do siebie i po 7 środkach transportu oraz 6 przesiadkach dotarłam wreszcie po godzinie 17:00 do domu! :) Wzięłam prysznic, porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a i z dziwnym wrażeniem, że nie wstanę chyba rano do pracy, poszłam spać :)))

W poniedziałek rano całkowicie zlekceważyłam budzik. Obudziłam się ponownie o 9:30 i zadzwoniłam do lekarza, żeby zamówić sobie wizytę na popołudnie. Niestety, okazało się, że jedynym dostępnym lekarzem jest ten, który nie dał mi kiedyś zwolnienia na stres. Obiecałam sobie wtedy, że już nigdy więcej do niego nie pójdę, ale nie miałam wyboru. Powiadomiłam koleżankę z pracy, że idę do lekarza i żeby przekazała szefowej, że skontaktuję się z nią, jak już będę coś wiedziała, a potem poszłam dalej spać. O 12:30 obudził mnie telefon od Gosi. Umówiłyśmy się, że po lekarzu przyjdę do niej na obiad. Poszłam więc do lekarza, a ten oczywiście zaczął coś marudzić, że nie mogę czekać, aż objawy choroby całkowicie mi minął, tylko powinnam chodzić do pracy, żeby zapomnieć o tym, że źle się czuję (swoją drogą ciekawe podejście - przestań myśleć o tym, że jesteś chory, to wyzdrowiejesz? :))) Potem z łachy dał mi zwolnienie na dwa dni, mówiąc żebym w środę poszła już do pracy. Stwierdziłam, że jak w środę nadal będę się źle czuła, to najwyżej pójdę do innego lekarza i tyle.

Poszłam do Gosi na pyszny domowy obiad, a potem do sklepu, bo lodówka świeciła już pustkami. Do domu dotarłam po 17, tak jakbym wróciła z pracy :) Porozmawiałam chwilę z mamą i z siostrą przez SKYPE'a, a potem zabrałam się za przygotowania do kolejnej lekcji polskiego. Dostałam ostatnio list, że w tym lub przyszłym tygodniu mogę się spodziewać wizytacji, więc przygotowałam plan lekcji i program na cały rok. I całe szczęście, bo w college'u spotkałam mojego szefa, który powiedział mi, że będzie dziś siedział u mnie na lekcji przez pierwszą godzinę. Postanowiłam więc zrobić powtórzenie wszystkiego, czego do tej pory się nauczyliśmy, żeby mu pokazać, że po 7 lekcjach moi uczniowie potrafią już się przedstawić i zapytać nawzajem o różne rzeczy. Po godzinie szef wziął mnie na bok i powiedział, że wszystko ładnie pięknie, ale powinnam mówic do nich więcej po polsku! Nawet jeśli nie zrozumieją, to mają się domyślać. Nie przekonał mnie :)

Po lekcji polskiego wyszłam z jedną z moich uczennic, która w zeszłym roku chodziła do grupy dla początkujących, a teraz znów przychodzi na pierwszy rok, bo w środy nie może. Poza tym niewiele się nauczyła w zeszłym roku, bo ma problemy z nauką i dysleksję. Ostatnio nie było jej na paru lekcjach, bo zmarła jej ciotka. Kiedy byłam w Polsce przyszłała mi SMSa z życzeniami urodzinowymi :) A teraz spytała, czy pójdę z nią coś zjeść, bo nie miała czasu na obiad i jest głodna, a mi chce coś postawić z okazji moich urodzin. Zgodziłam się pójść z nią do pobliskiej restauracji, mówiąc jednak że nie jestem głodna i tylko czegoś się napiję, ale chętnie jej potowarzyszę. Wiedziałam, że nie muszę rano wstawać, a dla niej to dużo znaczy, bo jest dość nieśmiała i prawie nigdy nie wychodzi z domu. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy do 23, a potem odprowadziłam ją na ostatni autobus i sama też poszłam do domu.

Dzisiaj pospałam do południa, a potem zabrałam się za zdjęcia i uzupełnianie bloga :) Przełożyłam też dzisiejsze spotkanie z moimi promotorami na jutro po pracy. Powoli zaczynam się już przyzwyczajaćdo myśli, że wrócę jednak jutro do roboty :))) W czwartek jest wypłata, a za 4 i pół tygodnia Święta, więc chyba jakoś wytrzymam do końca roku ;) Czas szybko zleci. Poza tym odpoczęłam już trochę. Wczoraj nadal byłam jeszcze nieprzytomna, ale dzisiaj to już po prostu leniuchuję :) Przed 20 przyszła do mnie Gosia, prosto po pracy, żeby odebrać kartę z aparatu, z kórej przegrałam jej zdjęcia na pulpit. Przygotowuję dla niej cała płytę CD, ale jest jeszcze za mało zdjęć, więc postanowiłyśmy, że poczekamy z wypalaniem. Przyjęłam ją ciasteczkami "Jaffa Cakes", czyli czymś w rodzaju "Delicji" i pizzą :) Umówiłyśmy się też, że pomogę jej w czwartek wieczorem wypełnić aplikację o pracę na uniwersytecie. Po jej wyjściu usiadłam znów do komputera.

Sto lat! Sto lat! :)

240.

W środę rano zadzwoniłam do braci i spytałam, co robią wieczorem. Byli równie zaskoczeni, co moja siostra :) Umówiliśmy się, że spotkamy się wszyscy wieczorem na urodzinowej kolacji. Potem pojechałam z siostrą na lotnisko po mamę. Wróciła właśnie w 2-tygodniowej wycieczki po Indiach. Powiedziała, że zrobiłam jej bardzo miłą niespodziankę swoim przyjazdem :) Prosto z lotniska pojechałyśmy spotkać się z moim bratem. Pojechaliśmy razem coś załatwić, ale była tak duża kolejka, że zawieźliśmy go do pracy i poszliśmy z nim na obiad do pobliskiej stołówki. Potem wróciłyśmy znów we trzy sprawdzić, czy kolejka się przesunęła, ale nadal było dużo ludzi. Zajęłyśmy więc kolejkę i poszłyśmy do pobliskiej kawiarenki Antrakt w budynku Teatru Wielkiego na herbatę. Po godzince wróciłyśmy i tym razem udało się nam wszystko załatwić. Pojechałyśmy więc po drugiego brata do pracy, po drodze szukając jakiegoś dobrego tortu. Nie udało się nam nic znależć. Podjechałyśmy więc pod pracę brata i czekałyśmy chwilkę aż wyjdzie. Przyszedł i wręczył mi różę. Tymczasem zadzwonił do nas drugi brat, że jest już w domu i możemy go też zabrać. Po drodze udało mi się w końcu kupić tort i pojechaliśmy wreszcie do domu! Zrobiliśmy kolację i zjedliśmy tort. Mimo zaskoczenia, udało mi się zebrać całą rodzinę na raz i jestem bardzo zadwolona ze swoich urodzin :) Wieczorem obejrzałam sobie jeszcze "Matriksa" w TVN "na deser" :)

Czerwona czy niebieska, Neo? :) Więcej zdjęć na www.fotki.com/annad9

W czwartek rano byliśmy umówione z bratem, że zabierze mnie, moją mamę i siostrę do Poznania. Jechał na jakieś spotkanie służbowe, więc ustaliliśmy, że wysadzi nas koło rynku, my sobie trochę pozwiedzamy, a potem wrócimy razem do Warszawy. Siostra wzięła wolne do końca tygodnia, tłumacząc to moim nagłym przyjazdem :) W Poznaniu byliśmy w samo południe, ale zanim podeszłyśmy pod ratusz, koziołki zdążyły już się schować :( Przeszłyśmy się po rynku, a potem usiadłyśmy w jakiejś kawiarence i zjadłyśmy deser :) Później pochodziłyśmy jeszcze po mieście i zwiedziłyśmy dwa kościoły. W końcu brat po nas podjechał i podjechaliśmy wszyscy do pobliskiej katedry w Ostrowie Tumskim. Potem pojechaliśmy do Ikei na obiad i stamtąd ruszyliśmy z powrotem do Warszawy. Dojechaliśmy tam okolo 20, podrzuciliśmy mamę i siostrę do domu, a mnie brat zawiózł do centrum, bo byłam umówiona z przyjaciółką, która ma małe dziecko i nie mogła przyjść na picie w weekend :) Posiedziłyśmy w Green Coffee do 22, a potem podwiozła mnie do brata. On wsiadł w służbowy samochód, a ja jechałam za nim drugim samochodem aż na Pragę. Tam zostawiliśmy samochód służowy, potem odwiozłam brata i sama pojechałam do domu. Prowadziłam po raz pierwszy od wakacji i muszę przyznać, że tego jednak się nie zapomina :)))

    

Ratusz w Poznaniu i widok z Ratusza na Rynek.

W piątek wreszcie się trochę wyspałam. Wstałam przed południem, znalazłam swoje książki o Kieślowskim i parę innych rzeczy, które chciałam zabrać do Anglii, a potem pojechałam z mamą i siostrą do znajomej dentystki. Byłyśmy przed czasem, więc weszłyśmy do pobliskiego sklepu, w którym moja mama i siostra widziała kiedyś moją koleżankę, z którą straciłam kontakt i nie udało mi się jej zawiadomić, że przyjeżdżam. Spotkałyśmy tam mamę jej chłopaka, która podała mi jej nowy numer komórki. Zadzwoniłam do niej i umówiłam się z nią na sobotę. Potem poszłam na szybki przegląd zębów, ale na szczęście trzymają się dobrze :) Później pojechałyśmy do domu zawieźć zakupy i załatwić coś w spółdzelni. Potem siostra zawiozła mnie i mamę na Starówkę, gdzie byłyśmy umówione z moim drugim bratem na obiad. Miałyśmy trochę czasu, więc poszłyśmy na spacer po Starym i Nowym Mieście,a ja pstrykałam zdjęcia jak japoński turysta! :))) W jakiejś kawiarence zjadłyśmy gofry i napiłyśmy się kawki i herbatki :) W końcu dotarłyśmy do Pierogarni, w której byłyśmy umówione z moim bratem. Dotarł do nas trochę później, bo stał w korku. Pierogi były naprawdę pyszne, a Pierogrania bardzo domowa :)

    

Kolumna Zygmunta i Zamek Królewski w Warszawie.

Po obiedzie poszliśmy do Kinoteki, żeby zobaczyć czy są jeszcze bilety na "Paradise Now" - palestyński film nominowany do Oscara, który przegapiłam w Anglii, a który bardzo chciałam zobaczyć. W Warszawie grali go w ramach festiwalu "Ale Kino", ktory organizuje jeden z moich dawnych znajomych, Piotr Kobus. Udało mi się kupić bilet na 18:30, a że miałam jeszcze pół godziny, poszliśmy do pobliskiego sklepu Wólczanki i brat wybrał sobie koszulę, którą kupiliśmy mu na zbliżające się urodziny (moje wypadają 15, a jego 19 listopada :) Odprowadziliśmy mamę na przystanek, ja poszłam do kina, a brat pojechał do Arkadii, gdzie był później umówiony z naszą siostrą. "Paradise Now" podobał mi się, ale nadal mam mieszane uczucia co do tamtejszego konfliktu. Po filmie podjechałam tramwajem na Plac Konstytucji, gdzie byłam umówiona z ludźmi ze studiów na piwo :) Dostałam od nich super prezenty - otwieracz do butelek z Pałacem Kultury i magnes na lodówkę oraz bardzo uśmiechniętego sztucznego kwiatka z materiału :) Około północy dojechał mój brat z siostrą, ale ona była zmęczona i pojechała do domu, a my zostaliśmy do jakiejś 2 w nocy! :))) Potem wróciliśmy do domu taksówką i zamiast iść spać, zaczęliśmy oglądać "Constantine" w telewizji :) W końcu jednak nas zmogło i poszliśmy spać :)))

     

Warsaw by Night - Pałac Kultury i Nauki oraz Rotunda na ulicy Marszałkowskiej :)

W sobotę rano obudziliśmy się oboje na lekkim kacu :) Po południu byliśmy umówieni na rodzinny obiad. Pojechałam z bratem po drugiego brata i jego dziewczynę, a siostra w tym czasie zajmowała się dwoma córkami koleżanki, bo już wcześniej jej to obiecała, nie wiedząc, że przyjeżdżam. Zjechaliśmy się wszyscy po południu i zjedliśmy razem obiad. Potem był tort tiramisu i oglądanie zdjęć z Indii. Porobiliśmy też sobie wspólne zdjęcia. W końcu wszyscy zaczęli się rozjeżdżać. Najpierw odwieźliśmy jednego brata z dziewczyną , a potem drugiego brata do domu. W drodze powrotnej weszłyśmy z siostrą do Auchan, gdzie kupiłam zamówione przez znajomych z Anglii wodkę i papierosy :))) W domu zaczęłam się pakować, aż przyjechały moje znajome, z którymi zabrałyśmy się do pobliskiego klubu. Okazało się, że jest tam impreza zamknięta, więc zostawiłyśmy kartkę, że przenosimy się do pubu koło Wola Parku, ale tam okazało się, że wszystkie stoły są zarezerwowane. Poszłyśmy więc do Silver Screenu i usiadłyśmy w tamtejszym barze. Siostra pojechała po brata, a do nas doszła jeszcze jedna dziewczyna, więc razem było nas pięć. Przed północą dojechała jeszcze siostra z bratem i o północy zabrali mnie do domu :) Po drodze podwieźliśmy dwie koleżanki, a dwie pozostałe pojechały razem do domu taksówką, bo okazało się, że mieszkają teraz prawie koło siebie! Świat jest mały! :) W domu dokończyłam pakowanie.

wtorek, 14 listopada 2006
Niespodzianka! :)

239.

W piątek zabrałam się dalej za to, co zleciła mi szefowa. Poszłam zadać jej parę pytań, bo trochę się w tym pogubiłam. W czasie lunchu poszłam jak zwykle do domu, a potem wróciłam do pracy. Wtedy okazało się, że szefowa i parę dziewczyn ode mnie z działu idą wieczorem na przedstawienie, w którym występuje jedna z nich. Zaczęły się w mojej obecności umawiać, gdzie pójdą wcześniej coś zjeść. Oczywiście nikt mnie wcześniej nie zapytał, czy z nimi idę. A poza tym Leah spóźniła się rano prawie godzinę, bo komunikacja jak zwykle szwankuje, ale wyszła razem z nimi przed 17. Tak, im wolno. A ja siedziałam do 17, ale oczywiście odechciało mi się pracować. Po pracy poszłam prosto do Morrisona, żeby zrobić zakupy na imprezę urodzinową. Kupiłam kapustę kiszoną i składniki na parę sałatek. Potem wróciłam do domu, szybko coś zjadłam i na 20 poszłam do pubu Titusa Salta. Usiadłam przy stoliku i czekałam, aż ktoś przyjdzie na "Kółko francuskie". Zaprosiłam ludzi z uniwerku, z moich lekcji francuskiego oraz Ninę i Matthieu. Wspominał że on zajrzy trochę później, więc o 21 wysłałam do niego pytanie, czy chociaż on przychodzi, bo jak nie, to idę do domu. Napisał, żebym w takim razie przyszła do niego. Odpisałam, że wracam do siebie, bo mam co robić, a już straciłam bez sensu godzinę.

Zabrałam się za gotowanie kapusty z grzybami i rodzynkami. Usiadłam też wreszcie nad książkiami z biblioteki i przepisałam parę użytecznych cytatów. W końcu około 3 rano poszłam spać. Obudziłam się o 9:00 i zabrałam się dalej za książki. Zostały mi tylko 4 z 13, ale mogę je dłużej potrzymać, a pozostałe musiałam oddać w poniedziałek. Porozmawiałam w międzyczasie z siostrą przez SKYPE'a,a potem nie wiem skąd nabrałam ochoty na to, żeby posłuchać Kaczmarskiego. Znalazłam parę jego piosenek w Internecie i słuchałam ich, robiąc sałatki na wieczór. Wreszcie wzięłam prysznic, ubrałam się i wyszłam z domu. Wiał straszny wiatr i byłam zmęczona, poza tym miałam dwie siatki pełne jedzenia, postanowiłam więć, że pojadę autobusem. Szczególnie, że teoretycznie powinnam do Malwiny dojechać jednym autobusem prosto spod domu. Niestety, jak już przyjechał, zawiózł nas na dworzec i tam kazał wszystkim wysiąść, bo na górze ponoć była zbita szyba. Pewnie od tego wiatru. Parę minut później podjechał drugi autobus i tym wreszcie udało mi się dojechać na miejsce.

Wyjęłam jedzenie z siatek i poszłam do Tesco po alkohol. Kupiłam 40 butelek piwa i dwa duże Smirnoffy Ice. Potem zamówiłam taksówkę i poprosiłam o pomoc we wniesieniu ich na górę. Sama nie dałabym sobie rady z dwoma kartonami piwa i do tego jeszcze dwoma butelkami :) Ponieważ lodówka była pełna, chłopaki nalali zimnej wody do wanny i tam włożyli piwa. Powoli zaczęli się zbierać goście. Dostałam super prezenty - suszarkę do włosów, ciepły szlafrok na zimę i kapcie z piórami! :))) Potem było "Sto lat!" i impreza zaczęła się rozkręcać. Ja tak się rozkręciłam, że od jakiejś 1 w nocy już nic nie pamiętam, tylko jakieś pojedyńcze obrazy. Na przykład pustą wannę :) A to oznacza, że wypiliśmy wannę piwa :))) W końcu około 3 wsiadłam z Krystianem i z Piotrkiem w taksówkę i pojechaliśmy do nich. Posiedziałam u nich godzinkę i przed 4 byłam w domu. Tyle, że zapomniałam u nich prezenty (dobrze, że nie w taksówce! :)

Obudziłam się w niedzielę rano z kacem gigantem. O 14 miałam iść z Gosią i jej chrześnicą na chińczyka, więc weszłam pod prysznic, ale nie pomógł. Wróciłam do łóżka i wysłałam do nich SMS-a, że i tak nic nie przełknę i że jeśli mam do siebie dojść do wieczora, to muszę jeszcze pospać. Na 19 byliśmy bowiem znów umówieni na łyżwy, tym razem w większym towarzystwie. Właściwie to w czasie imprezy prawie wszyscy się deklarowali, ale potem oczywiście większości przeszło. W końcu wstałam około 17, porozmawiałam trochę z siostrą przez SKYPE'a, a potem zjadłam wreszcie śniadanie :) W końcu ubrałam się i poszłam na łyżwy. Pojeździłyśmy z Malwiną, Gosią i jej chrześnicą przez jakieś półtorej godziny i wreszcie wszystkie wymiękłyśmy :) Mi się udało nawet wywrócić schodząc z lodowiska, bo sie potknęłam. Na lodzie jednak nie przewróciłam się ani razu! :) Nabiłam więc sobie kolejnego siniaka, do pary z krwiakiem nieznanego pochodzenia  na biodrze :) A w domu zamiast iść spać, obejrzałam po raz setny "Pulp Fiction" - większość tekstów znam już na pamięć! :)

W poniedziałek poszłam połamana i chyba jeszcze na lekkim kacu do pracy :) Jakoś dotrwałam do lunchu, w czasie którego spotkałam się ze znajomą Chinką, która dała mi prezencie czerwoną chusteczkę :) Potem poszłam do domu zjeść obiad i zabrałam większość książek, żeby je po drodze oddać do biblioteki. Stamtąd poszłam do mojej starej pracy, żeby pomóc znów mojej byłej szefowej. Wyszłam od nich parę minut po 17, ale chciałam już dokończyć, to co robię. Stamtąd poszłam od razu prosto do Krystiana, żeby zabrać swoje prezenty. Zaproponował mi obiad, więc trochę u nich posiedziałam, aż Piotrek wrócił z pracy. O 18:30 musiałam jednak wyjść, żeby zdążyć do domu, zostawić tam torbę z prezentami i na 19 pobiec do college'u na kolejną lekcję polskiego. Potwierdziliśmy z moimi studentami, że na obiad świąteczny idziemy w sobotę 16 grudnia. A po lekcji poszłam jeszcze do Malwiny odebrać parę moich misek, które zostały u niej po imprezie. Pomogłam jej też wypełnić aplikację o moją była pracę :) Odprowadziła mnie z kolegą do domu, napili się herbaty, a jak wyszli wzięłam prysznic, spakowałam się wreszcie i poszłam spać. 

We wtorek wreszcie się wyspałam, a potem poszłam do lekarza. Nie czyłam się najlepiej i chciałam się dowiedzieć, co mi jest, zanim pojadę do Polski. Nie pisałam o tym wcześniej na blogu, bo to miała być niespodzianka dla całej rodziny! :))) Umówiłam się tylko wcześniej ze znajomymi, że spotkamy się w weekend :) Pani doktór powiedziała mi, że to infekcja wirusowa i że powinnam pić dużo płynów i odpocząć w domu. Pojechełam więc do domu odpoczywać i pić dużo płynów! :) Wsiadłam w autobus do Leeds, a tam szukałam przez pół godziny biblioteki uniwersyteckiej, żeby wyrobić sobie u nich kartę. W końcu mi się to udało i stamtąd poszłam na dworzec autobusowy w Leeds. Wsiadłam w autobus do Liverpoolu i poszłam spać. W Liverpoolu przesiadłam się na autobus na lotnisko, nadałam plecak jako bagaż główny i poszłam do kawiarenki napić się herbaty i zjeść resztę sałatek z sobotniej imprezy, które zabrałam ze sobą :) W końcu przeszłam przez odprawę i pochodziłam po sklepach. Samolot był spóźniony 15 minut, ale podrodze nadrobił. Po dwóch godzinach i pięciu minutach lotu wylądowałam na Etiudzie w Warszawie. Poszłam na główne lotnisko, wyjęłam pieniądze z bankomatu i wsiadłam w taksówkę. Przed północą byłam w domu. Otworzyła mi zaskoczona siostra. Poszłyśmy spać około 2 w nocy :)

czwartek, 09 listopada 2006
Reprezentacja studentów

238.

Wczoraj rano padał deszcz i zrobiło się brzydko. W pracy jak zwykle nudy na pudy, tyle tylko, że nowa szefowa zleciła mi pracę, nad którą mogę teraz siedzieć i dłubać, udając że pracuję, a tak naprawdę buszować w Internecie. Około południa poszłam na chwilę do stołówki, żeby szybko coś zjeść, zanim ktoś w ogóle zauważy, że wyszłam z pokoju :) Potem wróciłam i godzinę później poszłam na lunch. Udałam się do biblioteki i zaraz przy wejściu spytałam, gdzie się odbywa kurs Metalib. Okazało się, że oni o żadnym kursie nic nie wiedzą, więc stwierdziłam, że sama poszukam. Zeszłam na dół, gdzie mieści się centrum komputerowe i znalazłam jakiś kurs, weszłam do środka i usiadłam. Po chwili zobaczyłam, że na stole przy wejściu leżą jakieś wydruki i lista. Tytuł kursu był zupełnie inny, a na liście nie było mojego nazwiska :) Wyszłam więc po angielsku, zanim się zaczęło :))) Usiadłam przy jednym z komputerów i odnalazłam maila, w którym przeczytałam o tym kursie. Oczywiście okazało się, że pomyliłam dni! :) Odbędzie się on w czasie lunchu we wtorek 21 i 28 listopada! :)

Pobuszowałam trochę po bibliotece i znalazłam dwie książki do nauki polskiego, które w dość jasny sposób tłumaczą przypadki. Obiecałam mojej drugorocznej grupie, że wreszcie się tym zajmiemy, ale nie wiedziałam za bardzo, jak to ugryźć. No bo jak wytłumaczyć komuś dlaczego końcówka wyrazu wciąż się zmienia, skoro u nich ten wyraz zawsze pozostaje taki sam! Koniugację jakoś rozumieją, ale z deklinacją jest już dużo gorzej! Na szczęście udało mi się to wreszcie rozgryźć! :) Z tymi książkami poszłam do mojej starej pracy, która znajduje się tuż obok biblioteki. Moja była szefowa bardzo się ucieszyła na mój widok i była dla mnie bardzo miła. Spytała, czy widziałam ogłoszenie o moją byłą pracę i czy złożę aplikację :) Odpowiedziałam, iż to by była trochę niezręczna sytuacja, ale pomyślę. Wciąż się zastanawiam, ale myślę, że jest jakiś powód, dla którego mam zostać w mojej nowej pracy, tylko jeszcze nie wiem jaki :) Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiem :)

O 17 wyszłyśmy razem i nawet podprowadziła mnie kawałek, bo już było ciemno. Poszłam do domu i znów padłam na pół godzinki na łóżko. Potem wstałam i przygotowałam materiał na kolejną lekcję polskiego. Kiedy przyszłam do college'u okazało się, że wszystkie sale na naszym piętrze są zamknięte i wszyscy czekają na zewnątrz. Poszliśmy więc do barku, bo o tej porze zwykle jest pusty. Usiedliśmy na wygodnych kanapach i wtedy zdałam sobie sprawę, że tam nie ma tablicy! Zaczęłam więc ich przepytywać z godzin i dat, bo tego się ostatnio uczymy. Poza tym umówiliśmy się wstępnie na sobotę 16 grudnia na obiad świąteczny. Po pół godzinie stwierdziliśmy, że wracamy do sali, bo tam jest za głośno i nie ma tablicy. Na górze okazało się jednak, że nasza sala jest nadal zamknięta. Żeby nie tracić już więcej czasu zabrałam ich do pokoju dla pracowników, do którego mam klucz. Było tam akurat tyle krzeseł, ile ludzi i mała tablica, które bardzo się przydała :)

Dzisiaj znów wyszło słońce i nowa szefowa się do mnie parę razy uśmiechnęła. Może czuje, że się waham, a oni nie znaleźli by teraz nikogo od tak hop siup na moje stanowisko :) Zresztą dopiero zakończyli proces rektutacyjny, a tu musieliby zaczynać od początku :) Może ją tym nastraszę, żeby była dla mnie milsza? :) Powiem, że moja była szefowa chcę, żebym składała papiery na byłe stanowisko :))) Zadzwoniła dziś i poprosiła, żebym przyszła znów do nich w poniedziałek po południu. Niedawno mieli Radę Egzaminacyjną i ktoś musi wrzucić oceny do systemu, a nikt tam nie zna SAINTA, więc dzwoni po mnie :) A mi to nawet odpowiada, bo przynajmniej wiem, co robię :) Czego nadal nie mogę powiedzieć o mojej nowej pracy. To znaczy mogę powiedzieć, co dziś robiłam! Czytałam artykuły i wpisy na forach na temat tego, czy prezydent Lech K. (a może premier Jarosław. K? :) nazwał mnie nieudacznicą czy nie :) Ja się nią w każdym razie nie czuję! :)

W czasie lunchu poszłam do domu, a potem wróciłam do pracy i znów siedziałam w Internecie. Od czasu do czasu odebrałam telefon lub odpisałam na maila. Potem tak się zaczytałam w blogu Wojtka Orlińskiego, ze nie zauważyłam nawet, kiedy wybiła 17! :) Nie we wszystkim się z nim zgadzam, ale czyta się to dobrze, a poza tym widzę przed sobą jego twarz, jakby mówił na żywo :) Poznaliśmy się kiedyś i widywaliśmy się czasem na zlotach Tetryków i pokazach prasowych. I powiem szczerze, że  wiele przyjemniej mi się to czyta niż blogi osób, których nie znam. Dlatego do tej pory dziwi mnie, czemu moje wypociny czyta tyle obych osób? Może mi ktoś wytłumaczyć ten fenomen? Ten blog był od początku przewidziany jako źródło informacji dla krewnych i znajomych na temat tego, jak sobie radzę sama w kraju, w którym nigdy wcześniej nie byłam. A radzę sobie chyba całkiem dobrze, szczególnie biorąc pod uwagę, że jestem przecież nieudolna :)))

Po pracy zjadłam coś i poszłam na ostatnie spotkanie Student Reps. Zastanawiałam się co prawda nad tym, czy nie pójść zamiast tego na 18:30 do kina na pokaz "Historii przemocy", której do tej pory nie widziałam. Ale dostałam dziś maila, z którego dowiedziałam się, że wyjazd na ten darmowy weekend w Cumbrii jest w piątek o 18 i że jeśli chcę, to mogę jechać :) To znaczy, jeśli będę na 3 z 4 treningów, a że na pierwszy nie dotarłam, to musiałam iść dziś na ostatni! :) Najpierw jak zwykle była rozgrzewka, czyli tzw. "niekończące się zdanie" :) Prowadząca powiedziała pierwsze słowo, a potem rzuciła żółtą piłeczkę do następnej osoby, które musiała dodać słowo i rzucić komuś piłkę. Na mnie trafiło dwa razy i coś tam dorzuciłam. Potem dostaliśmy inne zadanie - tzw. role play. Angole to uwielbiają :) Uważają, że odgrywanie pewnych scenek pomoże nam, kiedy naprawdę znajdziemy się w podobnej sytuacji. Musiliśmy więc odegrać scenę spotkania przedstawicieli studentów i wykładowców. Ja byłam szefową departamentu :) Niezła zabawa :)))

wtorek, 07 listopada 2006
Survival! :)

237.

Cóż, poniedziełek był jak zwykle ciężki. Zmuszanie się do czegokolwiek nigdy za dobrze mi nie wychodziło. A w poniedziałek rano muszę się zmusić, żeby pójść do pracy. Namówiłam Malwinę, żeby starała się o moją byłą pracę i sama chwilami się zastanawiam, czy nie złożyć też aplikacji. Ale po pierwsze nie chcę jej robić konkurencji, a po drugie ile razy zatęsknię, przypominam sobie, jak mnie była szefowa wykańczała psychicznie i od razu mi przechodzi :) Poza tym tam byłam jednak chowana pod kloszem, a tutaj naprawdę muszę się spotykać z ludźmi, odbierać telefony i odpisywać na maile. Wymaga to ode mnie więcej energii i zaanagażowania, ale chyba wyjdzie mi na dobre w przyszłości (muszę się jakoś pocieszać :) W poprzedniej pracy miałam o wiele mniej obowiązków i były one łatwiejsze. Albo teraz wydają mi się łatwe, po roku spędzonym na tamtym stanowisku. Może tu będzie podobnie i za rok stwierdzę, że to dziecinnie proste? Oby! :)))

W czasie lunchu odgrzałam sobie mrożoną pizzę na obiad, a potem wróciłam do pracy i rozesłałam do wszystkich maile i SMSy z informacją, że w piątek w pubie Titusa Salta odbędzie się "Kółko francuskie". Nikt mi nie odpisał, ale mam nadzieję, że ktoś przyjdzie, bo zawiadomiłam Matthieu i Ninę, ludzi z uniwersytetu i moich byłych studentów z college'u. Moją grupę przejęła Angielka, z którą rozmawiałam raz przez telefon, a teraz prowadzimy bogatą korespondencję mailową. Wydaje się bardzo miła i powiedziała, że przekaże studentom wiadomość. Sama nie może przyjść, ale ma nadzieję, że w przyszości uda się jej wyrwać. Planuję już następne "Kółko" w czasie festiwalu win, który rozpocznie się 20 listopada :) Po pracy padłam na pół godzinki na łóżko, a potem poszłam na kolejną lekcję polskiego. Umówiliśmy się, że w połowie grudnia pójdziemy na świąteczny obiad do Peel Pubu, gdzie podobno podają wschodnioeuropejskie jedzenie (głównie rosyjskie i polskie :)

Dzisiaj rano poszłam do mojej nowej szefowej i spytałam, kiedy wreszcie wytłumaczy mi, o co w tym wszystkim chodzi :) Umówiłyśmy się na 10, wróciłam więc za godzinę i zaczęłam zadawać jej pytania. Z jej odpowiedzi wyłonił mi się dość dziwny obraz tutejszego szkolnictwa wyższego. Wygląda na to, że co jakiś czas, a dokładniej niemal co roku, zmieniają wykładana moduły, czyli pojedyńcze zajęcia. Zależy to przede wszystkim od tego, czy mają nauczyciela danego przedmiotu. Innymi słowy nauczają tego, czego potrafią akurat nauczać zatrudnieni aktualnie wykładowcy. W związku z tym osoba, która w tym roku skończy np. socjologię oraz taka, która skończyła ją rok czy dwa lata temu, otrzymuje taki sam tytuł i dyplom, choć tak naprawdę uczyła się czego innego i moim zdaniem ma całkiem inne kwalifikacje! Podobno teraz próbują to ujednolicić i w najbliższym czasie wszyscy będę się uczyć tego samego. Może się mylę, ale wydaje mi się, że u nas to wygląda trochę inaczej. Poza tym w Polsce studiując dziennie ma się przeważnie zajęcia 5 razy w tygodniu, a nie tak jak tutaj zwykle od 3 do 5 zajęć w tygodniu! Czasowo kwalifikuje się to raczej bliżej naszych studiów wieczorowych lub zaocznych!

Kupilam dziś wreszcie bilet do Polski na maj :) Potem moja była szefowa zadzwoniła do mojej nowej szefowej, żeby zapytać ją, czy puści mnie jutro na pół dnia do nich, bo potrzebują pomocy. Taka była pomiędzy nimi umowa i pod takim warunkiem moja była szefowa pozwoliła mi wcześniej chodzić do mojej nowej pracy, żebym się wdrażała. Dobrze się składa, bo w czasie lunchu planowałam pójść na godzinny kurs do biblioteki, w czasie którego nauczą mnie podobno jakiegoś programu, który jest przydatny przy studiach doktoranckich. Wyjdę więc z jednego biura przed 13, a do drugiego dojdę po 14 :) Nikt nie zauważy nawet, że moja przerwa na lunch była dłuższa niż godzina :) Ciekawa jestem bardzo, czego moja była szefowa chce ode mnie. Na pewno będzie mnie wypytywać, czy jestem zadowolona z nowej pracy. Muszę się już dziś nastawić psychicznie na tą rozmowę.  Tak sobie nawet myślę, że może powiem jej, dlaczego tak naprawdę od nich odeszłam...

Po pracy poszłam na chwilę do domu, zjadłam coś i wróciłam na uniwerek na kolejny kurs Student Reps :) Tym razem na początku mieliśmy znów zadanie grupowe - najwyraźniej chcą nas nauczyć gry zespołowej :) Każda grupa dostała taki sam zestaw klocków Lego. Jedna osoba z każdej grupy poszła na korytarz zobaczyć, jak wygląda ludzik zbudowany przez jednego z wykładowców, a potem odpowiadając tylko "Tak" lub "Nie" miała pomóc reszcie grupy zbudować takiego samego ludzika. W naszej grupie było 6 osób (oprócz mnie sami panowie i z dwoma z nimi byłam również poprzednim razem w grupie :) i całkiem nieźle udała się nam ta sztuka! Potem był wykład na temat asertywności, a później dostaliśmy kolejne zadanie. Najpierw każdy sam miał zaznaczyć, jakie przedmioty zabrałby ze sobą, gdyby samolot z naszą grupą na pokładzie rozbił się na pustyni, a potem mieliśmy ustalić wspólną listę priorytetów :) Z 15 punktów wspólnych aż 9 miało tą samą kolejność, co na mojej liście, ale jak nam potem przeczytali, co się tak naprawdę najbardziej przydaje w takiej sytuacji, okazało się, że za równo ja, jak i moja grupa zgadliśmy tylko, co jest najmniej przydatne z tej listy, a mianowicie sól! :)))

W domu, zamiast iść wcześniej spać, obejrzałam parę moich ulubionych scen z "Pulp Fiction", a potem po raz kolejny "Matrix Reloaded". Pierwszą część znam niemal na pamięć i uważam za genialny film, dzieło samo w sobie. Część druga i trzecia bardzo mnie zawiodły, ale przyznam, że teraz bejrzałam dwójkę z przyjmnością z powodu paru scen, które wciąż powalają. Szkoda, że chwilami widać zbyt dużą ingerencję grafikii cyfrowej, przez co walki Neo z agentem Smithem przypominają za bardzo grę komputerową. Ale nadal jest tam parę smaczków, które z przyjmnością sobie przypomniałam. Teraz powinnam chyba wypożyczyć trzecią część, żeby przypomnieć sobie, jak się to wszystko kończy i być może znaleźć jakieś nowe znaczenie, którego wcześniej nie dostrzegałam? Z chęcią obejrzałabym też jeszcze raz jedynkę!:)

Acha, dostałam ostatnio wiadomość od serwisu WAYN (Where Are You Now?) że Eryk przysłał mi dwa maile. Aby je przeczytać, musiałam się zalogować na ich stronie. A tam znalazłam tylko wiadomość o tym, że Eryk namawia mnie, żebym się tam zalogowała (błędne koło! :) W dodatku mam dziwne wrażenie, że logując się, udostępniłam wszystkie swoje kontakty z hotamila, a trochę się ich przez te lata nazbierało. Od tamtej pory dostaję co chwilę wiadomość, że ktoś z moich znajomych dołączył do klubu WAYN! Wydaje mi się to co najmniej podejrzane i domyślam się, że dostali tak jak ja wiadomość, że znajdą tam maila ode mnie. A tymczasem znaleźli tylko informację, że ja się zapisałam na tej stronie i ich też do tego namawiam! To chyba działa jak niekończący się łańcuszek! Chciałabym w tym miejscu przeprosić wszystkich, którzy przeze mnie zalogowali się na stronę WAYN! Ja już usunęłam stamtąd moje konto! I wam radzę zrobić to samo!

 
1 , 2