Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 28 listopada 2007
Niespodzianka :)

377.

Poniedziałek minął mi dość szybko. W pracy nadal niewiele się dzieje. Na szczęście miałam do zeskanowania jakiś dokument, więc się nie nudziłam. Dostałam też propozycję ciekawej współpracy z Polski, ale na razie to niespodzianka :) Napiszę, o co dokładnie chodzi w grudniu, jak już będę znała więcej szczegółów. Na lunch poszłam jak zwykle do domu, a po pracy prosto do łóżka. Pospałam godzinkę, a potem wstałam o 18:30 i o mało nie spóźniłam się na polski, bo zaczęłam na ostatnią chwilę szukać materiałów na lekcję :) Dograliśmy ze studentami już prawie wszystkie szczegóły naszego "Christmas Do", czyli świątecznej kolacji w Cartwright Hotel. Znów parę osób mi zapłaciło i muszę wkrótce policzyć, ile w sumie dostałam, bo na bieżąco wydaje te pieniądze, a potem będę musiała je na raz wyjąć z konta i zapłacić. Na szczęście college zapłacił mi wreszcie w zeszłym tygodniu, a uniwerek płaci w środę. Po lekcji poszłam dalej spać, bo jestem ostatnio bardzo zmęczona.

We wtorek w pracy umówiłam się z Esthere, że spotkam się z nią w domu w czasie lunchu i wpuszczę ją do domu. Esthere była tutaj w zeszłym roku wolontariuszką i teraz przyjechała nas odwiedzić, więc zaproponowałam, żeby zatrzymała się u mnie na noc. Zanim przyszła zdążyłam trochę ogarnąć mieszkanie i ugotować zupę, którą razem zjadłyśmy. Potem wróciłam do pracy na jeszcze 3 godziny. Wracając do domu kupiłam piwo, a potem razem z Esthere zrobiłyśmy pieczywo czosnkowe, wykorzystując masło czosnkowe, które zostało z piątku i zasmradzało lodówkę :) Po18 przyszła Nina z Tonym i Ilją, więc towarzystwo było znów bardzo międzynarodowe (Francuzka, Anglik, Rosjanin, Hiszpanka i Polka :) Po wypiciu 8 piw i zjedzeniu prawie całego pieczywa postanowiliśmy iść do Deliusa. Tam napiliśmy się jeszcze po piwku, a potem doszedł do nas Philipp (Niemiec) i Paweł (Polacy przeważyli :) Posiedzieliśmy do 23, a potem wróciłyśmy z Esthere do domu i poszłyśmy od razu spać, bo ona rano wracała do Leeds.

Dzisiaj rano mieliśmy kolejny Access Day, czyli taki Dzień Otwarty dla tzw. dojrzałych studentów, którzy chcą po ukończeniu college'u kontynuować naukę na uniwerku. Tak naprawdę polega to na reklamowaniu im naszego działu Psychologii, żeby w przyszłym roku przyszli do nas i zostawili tu pieniądze :) Pomagałam to zorganizować, więc do południa czas minął mi jak z bicza strzelił. Na lunch poszłam do domu i zjadłam resztę chleba czosnkowego z wczoraj :) Potem przeczytałam na naszej stronie internetowej (http://www.brad.ac.uk/chancellor/freeimran/message.php) krótkie podziękowanie naszego rektora Imrana Khana. Po pracy znów poszłam do łóżka. Obawiam się, że to już zaczyna być taką nową świecką tradycją! :) Kiedyś nie byłam chyba aż tak zmęczona. Pocieszam się, że to jakieś przesilenie (zimowe czy jesienne, wszystko jedno :) Ale obawiam się, że się po prostu starzeję :) Na 19 poszłam na polski i dostałam bigos od jednej z moich studentek. Po lekcji wróciłam do domu i usiadłam do pisania, ale czas już iść do łóżka :)

niedziela, 25 listopada 2007
Ślimaki - gwóźdź programu :)
376.

W poniedziałek w pracy najpierw musiałam krótko opowiedzieć, jak było we Francji, a potem zabrałam się za odpisywanie na maile. Na głównej stronie uniwerku przeczytałam, że zbierane są podpisy na rzecz uwolnienia Imrana Khana, naszego rektora, który został aresztowany w Pakistanie. W czasie lunchu poszłam do domu na barszcz, a potem wróciłam do roboty i starałam się po prostu unikać szefowej. Po 17 poszłam do domu i położyłam się na godzinkę do łóżka. Potem wstałam i na 19 poszłam na kolejną lekcję polskiego. A po lekcji szybko znów poszłam spać.

We wtorek rano w pracy znów było zebranie i dowiedziałam się, że nasz wydział czekają duże zmiany i mimo iż niby nikt nie ma stracić pracy, to może zostać zdegradowany. Domyślam się, że byłabym pierwsza na liście, więc chciałabym już naprawdę zmienić pracę. W czasie lunchu poszłam znów na barszcz do domu. A po pracy poszłam prosto spać. Miałam iść do kina na francuską komedię "Prête-moi ta main" (I Do: How to Get Married and Stay Single) ale nie poszłam. Spałam 8 godzin i obudziłam się po 2 w nocy, ale po godzinie znów zasnęłam.

W środę na moje konto wpłynęły z Francji pieniądze za bilety pociągowe. W pracy przeczytałam, że kampania mająca na celu uwolnienie Imrana Khana odniosła skutek. Zebrano 2000 podpisów i w środę go uwolniono, więc pojawi się na Graduation w grudniu i wręczy absolwentom dyplomy (http://www.brad.ac.uk/admin/pr/pressreleases/2008/freeimran-names.php). O 12 zjadłam szybki lunch na stołówce, bo o 12:30 miałam zebranie wydziału Psychologii. Potem dzień szybko mi zleciał. Po pracy zabrałam się za wrzucanie zdjęć z Francji na "Fotki". O 19 poszłam na polski, a potem wróciłam do domu i poszłam spać.

W czwartek w pracy odbiłam na xero książeczki, z których uczę pierwszy rok polskiego. Na lunch zjadłam w domu zupę warzywną, a po pracy obrabiałam dalej zdjęcia. Potem poszłam na polski, a po lekcji z Wanyu i Davidem do Tree House. W domu byłam po 22. Zabrałam się za uzupełnianie blog, a później do 2 w nocy siedziałam nad zdjęciami :) Jednocześnie słuchałam w kółko piosenki "Tais-toi mon coeur" zespołu Dionysos (http://www.youtube.com/watch?v=BqITfERuFc0). Po raz pierwszy usłyszałam ją w Lille. Potem Geoffrey puścił ich koncert na DVD w czasie gdy graliśmy w sobotę w karty. Gorąco polecam!

          

Nasz rektor Imran Khan i zespół Dionysos oraz frontman Mathias Malzieu w akcji.

W piątek prawie cały dzień szefowa była na zebraniu, więc miałam wreszcie czas, żeby odpisać na prywatne maile. Dokończyłam też obrabianie zdjęć z Francji. Na lunch poszłam do domu i znalazłam zawiadomienie, że w grudniu będę miała interview o tą nową pracę, o którą się starałam! :) Po pracy pojechałam od razu do Morrisona na zakupy. Po powrocie do domu zabrałam się za sprzątanie i za przygotowanie ślimaków. Po 20 przyjechali Conrad i Javad, którzy przywieźli czosnek i zabrali się za robienie masła czosnkowego :) Potem doszedł Patrique, którego nie lubię i nie wiem nawet, kto go zaprosił. Później przyszedł jeszcze Victor z dwoma kolegami - Hatemem i Karlem. A na koniec doszedł Maciek.

Pierwsza porcja ślimaków była bardzo dobra, ale drugą niestety przypaliłam - całe szczęście, że były w muszelkach, więc się nie spaliły, tylko trochę przywarły :) Ale też były całkiem dobre. Zresztą wszyscy goście mieli już wtedy smak przytępiony alkoholem :) Conrad przywiózł 3 butelki wina, ja kupiłam jedno wino i jednego Żywca, a Victor przyniósł jeszcze 8 piw :) Maciek jako pierwszy poszedł do domu, po nim Karl, a z pozostałymi pojechaliśmy po 2 w nocy do Hi5. Tam spotkaliśmy jeszcze Sally, a potem wróciłam z Victorem na piechotę do centrum i około 5 nad ranem poszłam spać :)

W sobotę spałam do południa. Za oknem padało i nic mi się nie chciało, więc posiedziałam jakiś czas w Internecie, a potem poszłam znów spać. O 19 byłam umówiona z Philippem, ale zaproponowałam, żebyśmy spotkali się o 19:30 w sklepie, bo szliśmy na urodziny mojej znajomej i musiałam jej jeszcze kupić kartkę urodzinową. Miałam dla niej "Ptasie Mleczko", ale kupiliśmy jej jeszcze butelkę czerwonego wina i pojechaliśmy autobusem do Shipley. Tam poszliśmy do restauracji Rosino, gdzie swoje urodziny obchodziła Mel, znajoma Debz, która niedawno odeszła od nas z pracy, bo wróciłam na studia pedagogiczne.

Oprócz nich dwóch i ich partnerów nie znałam tam nikogo, dlatego zaprosiłam Philippa, bo jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Tymczasem on zaczął sobie wyobrażać, że to coś znaczy i przyssał się do mnie, więc Debz pomyślała, że jesteśmy razem i nie wierzyła mi, jak zaprzeczałam! :) Zaraz się rozniesie plotka po robocie! :))) Impreza jak zwykle była drętwa, więc wyszliśmy przed północą i pojechaliśmy taksówką na imprezę Peace Studies, gdzie spotkałam Maćka, Karla, Aldo i jeszcze parę znajomych osób :) Ale byłam już zmęczona i po 2 w nocy zebrałam się do domu. Przed snem posłucham jeszcze płyty od Philippa.

Dziś obudziłam się o 10, a że pogoda była dość ładna, więc o 12 wyszłam z domu i poszłam na zakupy. Na Fosters Square spotkałam się z Gosią i Kingą i razem poszłyśmy do paru sklepów. Kupiłam nowe buty i kurtkę, a potem poszłyśmy do Chińczyka na bufet. Później rozjechałyśmy się wszystkie, żeby zostawić w domu zakupy i po 16 spotkałyśmy się znów u mnie, razem z Pawłem i Niną, żeby spróbować parę ślimaków, które specjalnie dla nich zostawiłam :) Po ich wyjściu zrobiłam pranie i porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a, ale zaraz idę do łóżka, żeby trochę poczytać, a potem iść wcześniej spać :)

    

Ślimaki prosto z puszki oraz po przygotowaniu ich do spożycia :)

wtorek, 20 listopada 2007
Wróciłam! :)

375.

W środę rano poszłam na autobus i pojechałam na lotnisko. Kiedy wylądowałam w Paryżu na lotnisku Charlesa de Gaulle'a, okazało się, że metro też strajkuje i nie mam czym dojechać z lotniska do Paryża. Tego się prawdę mówiąc nie spodziewałam. Myślałam, że bez problemu dojadę do miasta, a potem jakoś do Severine do domu, bo wydawało mi się, że strajk obejmie głównie pociągi dalekobieżne. Dlatego też jak tylko usłyszałam, że parę osób koło mnie w samolocie umawia się, że wezmą wspólnie taksówkę, spytałam, czy mogę się do nich dołączyć. Ale jak włączyłam komórkę, przeczytałam SMSa od Severine, że przyjeżdża po mnie na lotnisko i że mam się z niego nie ruszać :) Potem do mnie zadzwoniła i powiedziała, że właśnie rusza z domu, więc powinna być za jakieś dwie godziny. Ze zwiedzania Paryża musiałam zatem zrezygnować :) Ale nie żałowałam zbytnio, bo w tym roku byłam tam już 2 razy i 2 razy na wieży Eiffela! :)

Severine pojawiła się po półtorej godziny mojego czekania. W tym czasie kupiłam francuską gazetę filmową i usiadłam sobie na słoneczku, żeby ją poczytać. Pozwiedzałam też trochę lotnisko :) Okazało się, że Severine zaparkowała gdzieś pod mostem, więc musiałyśmy biegać po autostradzie :) Na szczęście miała urządzenie, które mówiło jej, gdzie ma jechać :) Ruszyłyśmy więc w drogę i po drodze zajechałyśmy do Fontainebleau. Niestety było już późno i tamtejszy zamek był zamknięty. Zrobiło się też ciemno i zimno, więc poszłyśmy do kawiarenki na coś ciepłego do picia. Potem zrobiłyśmy sobie krótki spacer po mieście i obok teatru zobaczyłyśmy fragment lasu Fontainebleau, znanego z wielu gatunków fauny i flory. W końcu dojechałyśmy do domu Severine w Romilly sur Seine. Zanim jej mama wróciła wypiłyśmy parę aperitifów i zjadłyśmy naleśniki na słono oraz pyszne ślimaki w maśle czosnkowym! :) A przed snem sprawdziłam maile.

    

Pałac w Fontainebleau i miejsce spotkań praczek w Romilly sur Seine.

W czwartek wstałyśmy dopiero o 11, choć planowałyśmy pozwiedzać jeszcze po drodze, ale zanim wyjechałyśmy było już po południu, musiałyśmy więc zrezygnować z oglądania pobliskiego Troyes. Pojechałyśmy prosto do Reims i zaczęłyśmy od zwiedzania piwnic Pommery, gdzie produkuje się szampana. Założyła je Madame Louise Pommery, ale teraz właścicielem jest firma Vranken. Po degustacji zdecydowałam się kupić butelkę półwytrawnego szampana o bardzo ciekawym smaku. I z tą butelką poszłyśmy zwiedzać katedrę w Reims :) Tam grupa Azjatek z Chin, Tajwanu i Filipin spytała nas, czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcia :) Widocznie wyglądałyśmy, jak typowe Francuzki, w dodatku z butelką szampana w ręku :) Jedna z nich była z Hong Kongu i dała mi swojego maila oraz numer telefonu, żebym zadzwoniła, jak będę kiedyś w Hong Kongu, bo powiedziałam, że chciałabym tam kiedyś pojechać :)

    

Moja butelka szampana Pommery i odbicie katedry w Bibliotece Narodowej naprzeciw.

W katedrze znajduje się witraż Marca Chagalla, utrzymany głównie w niebieskich kolorach, łączący postacie ze Starego i Nowego Testamentu. Kiedy wychodziłyśmy, słońce zaczęło akurat zachodzić, tworząc niesamowity efekt i wpadając do środka nie tylko przez witraże, ale także pod drzwiami katedry. Później poszłyśmy jeszcze na spacer po mieście i na coś do jedzenia, gdzie dołączyła do nas przyjaciółka Severine. Potem w jednym ze sklepów zostałyśmy poczęstowane Beaujolais Nouveau, czyli młodym winem, które tego dnia trafiło akurat do sklepów. W każdy trzeci czwartek listopada obchodzi się święto Beaujolais, więc jak już dojechałyśmy do Lille, to pojechaliśmy z jej chłopakiem Geoffreyem do klubu, w którym pracuje jego współlokator i wypiliśmy jeszcze dwie butelki :) A potem piliśmy piwo na koszt szefa klubu, chociaż chciał już zamykać, ale powiedziałam mu, że to moje urodziny. W domu byliśmy o 7 rano! :)

W piątek obudziłam się jako pierwsza o 10 rano. Idąc do łazienki obudziłam przypadkiem Severine, która spała z Geoffreyem w salonie, bo on oddał mi swój pokój. Chłopaki spali dalej, a my poszłyśmy zwiedzać Lille. Najpierw pojechałyśmy na dworzec Flandres, a stamtąd obok Opery przez plac generała de Gaulle'a doszłyśmy do Centrum Informacji Turystycznej na placu Rihour, które znajduje się w starym kościele. Po wyjściu wsiadłyśmy do rykszy ciągniętej przez rower, czyli tak zwanej taksówki rowerowej :) Po krótkiej wycieczce krajoznawczej wysiadłyśmy pod ratuszem, który zwiedziłyśmy i skąd poszłyśmy do kościoła Zbawiciela. Stamtąd doszłyśmy do centrum na obiad i tym razem zjadłyśmy małże. Potem kupiłyśmy jeszcze gorące kasztany i już po ciemku zwiedzałyśmy dalej miasto. Później dołączyli do nas Geoffrey i jego drugi współlokator i poszliśmy do kina na super film "99 francs". Na koniec pojechaliśmy znów do klubu na piwo.

    

Giełda książek, gdzie kupiłam "Pianę dni" Borisa Viana i zdjęcie z filmu "99 franków".

W sobotę wstałyśmy znów z Severine przez południem i poszłyśmy dalej zwiedzać miasto. Tym razem zaczęłyśmy od spaceru wokół Cytadeli Vauban, gdzie co chwilę mijali nas ludzie uprawiający jogging :) Stamtąd poszłyśmy na obiad do chińskiej restauracji, gdzie mieli żabie udka, więc oczywiście zamówiłam sobie porcję. Doszedł do nas Geoffrey i po obiedzie poszliśmy razem koło teatru Sebastopol na plac Republiki, gdzie znajduje się Prefektura Policji oraz Muzeum Sztuk Pięknych, do którego zajrzeliśmy. Koło metra zebrał się tłum ludzi i okazało się, że odbywają się tam zawody w Tecktoniku - tańcu techno, który polega na popisywaniu się przed przeciwnikiem, a publiczność decyduje, kto wygrywa pojedynek. Potem wróciliśmy do domu na raclette - topiony ser z ziemniakami. Po uczcie pojechałam z Severine na koncert salsy, ale się spóźniłyśmy, więc poszłyśmy na piwo, a potem w domu i graliśmy w karty do 3:30 rano :)

    

Żabie udka z chińskim piwem i zawody w Tecktoniku koło metra przy pl. Republiki.

W niedzielę wstałyśmy z Severine o 7 rano i odprowadziła mnie na pociąg. Po drodze dostałyśmy mandat na 45 euro w metrze, bo nie miałyśmy drobnych i nie kupiłyśmy biletu. Najważniejsze jednak, że TGV o 8:17 odjechało zgodnie z planem i o 9:20 byłam już w Paryżu. Miałam bilet dopiero na pociąg o 11, ale z powodu strajku mogłam wsiąść w którykolwiek, a nie chciałam ryzykować i jechać na ostatnią chwilę. Obudziłam się już w Paryżu i poszłam na śniadanie koło dworca Północnego. Panowie siedzący przy sąsiednim stoliku próbowali wyjść z moim plecakiem, twierdząc że się pomylili, ale ich na czas powstrzymałam. A w środku były aż dwie butelki szampana - moja i druga dla Pawła od Severine! Potem okazało się, że nie ma metra na lotnisko, ale Air France na szczęście podstawiło darmowe autobusy. Lot przespałam, a z lotniska wzięłam taksówkę i po krótkiej rozmowie z rodziną przez SKYPE'a poszłam spać :)

    

Paris Gare du Nord i reklamy TGV do Londynu (więcej na www.fotki.com/annad9)

wtorek, 13 listopada 2007
Dywanik :)

374.

W poniedziałek rano szefowa przysłała mi maila pytając, czy możemy przełożyć nasze spotkanie z przyszłego tygodnia na ten i zaproponowała, żebyśmy spotkały się po lunchu. Na lunch poszłam więc do domu i próbowałam znów wypełnić aplikację o nową pracę, ale nie udało mi się jej wysłać, więc postanowiłam, że wydrukuję ją w pracy i wyślę pocztą wewnętrzną. Na szczęście po lunchu szefowa była zajęta i nie udało się nam porozmawiać, więc przełożyła to na wtorek rano. Pomyślałam, że wolałabym iść na dywanik przed końcem pracy, a nie nad ranem, kiedy będę musiała jeszcze cały dzień zostać w robocie. Ale trudno. Wróciłam więc do domu i po raz kolejny usiadłam do wypełniania tej aplikacji :) Tym razem zachowałam wszystko w osobnym dokumencie i przesłałam do siebie mailem :) Stwierdziłam, że taka wydrukowana aplikacja wygląda lepiej niż wypełniona ręcznie, więc postanowiłam to następnego dnia wkleić i od razu wydrukować, bo jakoś nie udawało mi się jej zachować, tak żeby nie stracić danych. Na 19 poszłam na lekcję polskiego i omówiłam z drugim rokiem ostatni przypadek. Teraz zaczniemy wreszcie pisać! :) Potem wróciłam do domu i poczytałam dalej książkę Palina "Nowa Europa".

Dziś od rana byłam trochę zdenerwowana, bo o 11 miałam dywanik u szefowej, a nie wiedziałam dokładnie, o co chodzi. Domyślałam się tylko, że moje ostatnie chorobowe. Zanim poszłam do niej do biura wypełniłam więc aplikację o nową pracę (na wypadek gdyby z tej chcieli mnie zwolnić :) Okazało się jednak, że szefowa zaczęła z zupełnie innej beczki! Najpierw spytała, jak się czuję, a potem jak stoję z moimi obowiązkami. Jak omówiłyśmy bieżące sprawy, powiedziała, że ma do mnie kilka uwag. Zaczęła od tego, że jak odbieram telefon, to nie brzmię, jakbym była szczęśliwa ze swojej pracy (ciekawe dlaczego :) Chce mnie więc wysłać na kurs odbierania telefonu :) Mam się nauczyć uśmiechać, bo to "słychać" przez telefon :) Nie wie, że już byłam na jednym takim kursie i wydawało mi się, że świetnie sobie radzę z telefonem! Ale powiedziała, że miała na mnie skargi (niech zgadnę od kogo :) Potem przywaliła mi jeszcze mówiąc, że robię tylko tyle, ile się ode mnie wymaga, nie wykazując żadnej inicjatywy, a za to mi tu płacą. A dopiero na koniec wyskoczyła z tekstem, że jak będę tak często chorować, to będę miała problem. I to nawet nie u nas na wydziale, tylko zaczną mnie ścigać z góry - zdaję się, że zajmują się tym w kadrach.

Po rozmowie z szefową zaczęłam się starać i nawet poszłam 10 minut później na lunch. Bo przecież nie mam pewności, że dostanę tę nową pracę, która mi się podoba. A wtedy będę musiała dłużej zostać w tej. Od lunchu do 17 zasuwałam więc jak mały robocik, żeby zrobić przed wyjazdem wszystko, co miałam do zrobienia. Jednocześnie wysłałam aplikację o nową pracę pocztą wewnętrzną i teraz będę czekać na interview. Wyszłam z pracy chwilę po 17 i spotkałam się z Cheryl, z którą poszłyśmy do sklepu, a potem do mnie pogadać. Okazało się, że też ma problemy w pracy, poważniejsze ode mnie i też będzie wkrótce musiała zmienić robotę. Namawiałam ją, żeby szukała sobie pracy na uniwerku :) O 19 przyjechał po nią chłopak, a o 20spotkałam się z Conradem i poszliśmy do akademika na międzynarodową imprezę kulinarną. Zaprosiła mnie na nią Belgijka, którą poznałam jakiś czas temu w pubie i która ostatnio wyciągnęła mnie na curry do Omara Balti. Każdy miał coś przygotować, więc przyniosłam mozarellę i pomidory, bo to mi zostało w lodówce, a przecież zaraz wyjeżdżam prawie na tydzień! :) Conrad źle się czuł i poszedł wkrótce do domu, a ja zostałam do 21:30. Potem poszłam się wreszcie pakować! :) I zaraz idę spać. A jutro lecę do Paryża. Czy dojadę stamtąd do Lille i z powrotem to się okaże, bo akurat francuska kolej zaczęła strajkować! :)

niedziela, 11 listopada 2007
Za stara na imprezy :)

373.

W czwartek rano w pracy poszłam razem z wszystkimi babkami z administracji, włącznie z szefową, na kurs z Windows Office 2007. W tym samym czasie nowe Windowsy zostały instalowane na naszych komputerach i po powrocie od razu zaczęłyśmy ich używać. Na lunch poszłam do domu, a po pracy na spotkanie z promotorem, któremu właśnie niedawno urodził się syn. Pogratulowałam mu, a on jak zwykle zapewniał mnie, że świetnie mi idzie. Ustaliliśmy tylko, że muszę spędzać więcej czasu na pisaniu pracy, więc powiedziałam, że mam zamiar aplikować o nową pracę na uniwerku, u nich na wydziale. Powiedział, że to dobry pomysł, żeby pracowała na wydziale, na którym studiuję, bo wtedy mogę powiedzieć, że moje studia są związane z pracą :) Poza tym powiedział, że będziemy mieli wtedy większe pole manewru i że być może będzie mógł na kogoś wpłynąć i Na koniec dał mi hiszpańskie czekoladki z orzeszkami, które od kogoś dostał, bo on i żona mają uczulenie :) A potem na 19 poszłam na polski i część osób zapłaciła mi już za to, co chcą zjeść na naszej imprezie bożonarodzeniowej. Po lekcji poszłam więc na małe piwko z Wanyu z 50 funtami w kieszeni :) Potem Wanyu namówiła mnie, żebyśmy pojechały UBusem, czyli darmowym autobusem, który rozwozi studentów do domów :) A przed snem poczytałam znów "Nową Europę".

W piątek w pracy dostałam upomnienie od działu kadr, że jak nie prześlę im podpisanej przez szefową formy Self Certificate, że byłam tydzień chora, to mi za niego nie zapłać. Zupełnie o tym zapomniałam, więc teraz ją wydrukowałam i poszłam do szefowej po podpis. Podpisała, ale powiedziała, że Anglicy nie chorują dłużej niż 3 dni i umówiła się ze mną na rozmowę za 2 tygodnie. Coś czuję, że znów wyląduję na dywaniku :) Potem włączył się alarm przeciwpożarowy i musieliśmy wszyscy wyjść z budynku. Wtedy zadzwoniła do mnie Gosia i zaprosiła mnie na spaghetti, na lunch poszłam więc do niej. Po pracy poszłam na przystanek pod domem, żeby pojechać do Morrisona po zakupy, ale Shaz zadzwonił, że jest tuż obok, więc przyjechał i mnie podwiózł. Dzięki temu wróciłam wcześniej do domu i zabrałam się za sprzątanie i przestawianie mebli :) O 20 przyjechały dziewczyny z Manchesteru. Potem doszedł Conrad, Yoann i Fabrice oraz Nina i Tony. Po północy poszliśmy wszyscy do klubu "1 in 12", gdzie była już Sally i Sarah, a potem doszedł Philip z kolegą. Fabrice i Yoann poszli do domu, ale zadzwonili tuż przed 3, że ktoś ich zaatakował i Fabrice dostał butelką w głowę tuż koło domu! Philip z kolegą pojechali z nimi do szpitala, gdzie siedzieli do 6 rano. A ja z dziewczynami wróciłyśmy do domu i gdzieś po 4 rano poszłyśmy spać.

W sobotę obudziłyśmy się około 10, wzięłyśmy prysznic i koło południa poszłyśmy na curry. Tak jak podejrzewałam Omar Balti był jeszcze zamknięty, więc poszłyśmy do Kashmiru, bo dziewczyn koniecznie chciały zjeść curry! :) Niestety, żadna z nas nie dała rady zjeść więcej niż połowę, resztę zabrałyśmy więc na wynos :) Poszłyśmy na chwilę do Muzeum Mediów, gdzie doszła do nas Kinga, która zrobiła właśnie pranie w pralni koło mnie, a potem poszłyśmy razem na Interchange. Dziewczyny pojechały do domu, a ja poszłam do kina na "Siódmą pieczęć" Ingmara Bergmana. Dziewczyny się śmiały, że na pewno zasnę, ale nie zasnęłam, a film bardzo mi się podobał. Potem na 16 poszłam do Aldo na ostatnia lekcję angielskiego. Za tydzień mnie nie ma, a on niedługo wyjeżdża, więc nie będę już go uczyć. Muszę poświęcić więcej czasu moim studiom. Wróciłam do domu i po 19 przyszła Kinga, żeby wysłać ode mnie maila do KLMu z zażaleniem, bo pobrali jej drugi raz pieniądze z konta za zmianę biletu, a to przecież ich wina, że odwołali loty i że musiała zmienić datę powrotu. W dodatku zrobili jej przez to debet i bank pobrał jej 30 funtów kary! Zażądałyśmy więc rekompensaty za straty moralne :) Wkrótce po jej wyjść padłam wyczerpana spać, chociaż miałam iść na Gaudi Party w starym pubie, gdzie squatowcy organizowali nielegalną imprezę :)

Dzisiaj obudziłam się o 9 i przeczytałam SMSa od Philipa, który o 2 w nocy napisał mi, ze że impreza jest super i żebym przyszła :) Zaczęłam więc żałować, że nie poszłam :) Chyba się starzeję, bo po raz pierwszy mi się zdarzyło, żebym była zbyt zmęczona, żeby pójść na imprezę! :) Potem porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a, zjadłam śniadanie, wzięłam prysznic i zaczęłam wypełniać aplikacja o nową pracę na uniwerku. Ale jak próbowałam ją zachować, to wszystko zniknęło, więc postanowiłam, że wydrukuję ją jutro w pracy i wypełnię ręcznie. Po 15 przyszła Kinga i pojechałyśmy na polski obiad do Cartwright Hotel. Tam czekała już Malwina z chłopakiem, których Gosia zaprosiła z okazji moich urodzin! Tymczasem Gosia się rozchorowała i nie przyszła, a ja chciałam już przekonać Kingę, żebyśmy sobie dały spokój, ale wtedy powiedziała, że czekają na nas goście. A poza tym byłam umówiona z dziewczyną, która tam pracuję, że przekażę jej coś dla jednego z moich studentów, a chłopaka jej siostry, więc pojechałyśmy. Potem doszedł jeszcze Piotrek i po obiedzie pojechaliśmy wszyscy do mnie na piwo, które zostało z piątku, a na 20 poszliśmy do Muzeum na mocny film Koterskiego "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". Przyszli też na niego niektórzy moi studenci. Po powrocie do domu poczytałam jeszcze "Nową Europę" i po 23 poszłam spać.

    

"Siódma pieczęć" Bergmana i "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" Marka Koterskiego.

środa, 07 listopada 2007
Persona

372.

W poniedziałek w pracy nie miałam za dużo roboty. Na lunch zrobiłam sobie żurek z paczki, który kupiłam w Morrisonie i zjadłam go z polskim chlebem. Potem prosto po pracy weszłam do łóżka, ale nie spałam, tylko poczytałam "Nową Europę". Później wstałam i na 19:00 poszłam na polski. Po drodze starałam się nie znaleźć się na linii ognia i nie oberwać fajerwerkiem :) Już od soboty wszędzie puszczano sztuczne ognie z okazji Bonfire Night, ale w poniedziałek nastąpiła kulminacja i grzmiało jak na wojnie! Wspominałam już o tym święcie, więc nie będę się powtarzać, tylko załączę linka do zeszłorocznej notki na ten temat z listopada 2006 (http://annad9.blox.pl/2006/11/Bonfire-Night.html). Po lekcji wróciłam do łóżka i dalej czytałam książkę Palina.

We wtorek rano w pracy było zebranie i okazało się, że od teraz nie będę już mogła sobie tak chorować. Szefowa niby to ogólnie zauważyła, że kazali jej od tego tygodnia wypełniać tabelę, w której ma zaznaczać, jaka była przyczyna nieobecności pracownika. Wiem, że piła do mnie, ale przynajmniej znowu się przekonałam, że mam szczęście, bo dopiero teraz to wprowadzili, po tym jak już wzięłam sobie tydzień chorobowego :) Na lunch poszłam do domu i tym razem zrobiłam sobie barszcz z koncentratu kupionego w Morrisonie i zjadłam go z puree. Po pracy weszłam na chwilę do domu, a potem na 17:45 poszłam do Muzeum na "Personę" Bergmana. Zdjęcia bardzo mi się podobały, ale wydaje mi się, że sam film trochę się zestarzał. Po filmie położyłam się o łóżka i już o 20 poszłam spać! :)

Dzisiaj w pracy znów nie było szefowej! :) Mogłaby tak częściej brać wolne, bo mam wtedy czas, żeby wreszcie odpisać na zaległe maile :) Severine napisała mi, że od 13 listopada we Francji planowany jest wielki strajk środków komunikacji, jest więc szansa, że moje bilety pociągowe będą do wyrzucenia i że nie wrócę z Francji, bo nie zdążę z Lille na samolot z Paryża :))) W czasie lunchu znów zjadłam barszcz w domu, a po pracy poszłam do Muzeum i wręczyłam wreszcie "Ptasie Mleczko" Sofinie, która tam pracuję. Znamy się z widzenia i parę razy wpuściła mnie za darmo na film, więc chciałam się jej odwdzięczyć i już od jakiegoś czasu na nią polowałam :) Zaprosiła mnie już jakiś czas temu na swoje wesele, które odbędzie się za rok, a teraz powiedziała, że kupili z narzeczonym dom i że muszę przyjść ich odwiedzić i go zobaczyć :)

Potem poszłam do domu coś zjeść, a na 19 dotarłam znów do college'u na kolejną lekcję polskiego. Po lekcji poszłam do restauracji Omar Balti na curry. Zaprosiła mnie na nie Francuzka, którą parę tygodni temu poznałam w uniwersyteckim pubie i z którą wymieniłyśmy się numerami. Miała przyjść ze znajomymi na Kółko Francuskie, ale do tej pory jeszcze nie dotarli :) A dziś zaprosiła mnie na spotkanie ludzi z Facebook, chociaż nie mam konta na tej stronie. Poza Hospitality Club nie dałam się już nikomu namówić na żadne Couch Service, MySpace czy Facebooki! :) Posiedziałam chwilę z nimi, ale szczerze mówiąc wynudziłam się strasznie, więc zaraz po jedzeniu stwierdziłam, że muszę jutro rano wstać do pracy i poszłam do domu.

    

Liv Ulman i Bibi Andersona w "Personie" Bergmana oraz restauracja Omar Balti :)

niedziela, 04 listopada 2007
Straż dzienna!

371.

W środę poszłam do pracy pewna, że szefowej nadal nie ma w pracy, a tymczasem okazało się, że jest! Miała wrócić z urlopu dopiero w czwartek, ale najwyraźniej zmieniła zdanie. Zapytała mnie o zdrowie, ale czułam wyrzut w jej głosie, że znowu pozwoliłam sobie zachorować. I znów zaczęłam myśleć o zmianie pracy :) W czasie lunchu poszłam do domu, ale ponieważ zupa, którą miałam zjeść skwaśniała, wiec stanęło tylko na kanapkach. Po powrocie do pracy zaczęłam prawie zasypiać przy komputerze. Dlatego po powrocie z pracy poszłam prosto do łóżka i spałam jak zabita do 18:30. Potem wstałam i poszłam na polski. Po lekcji zabrałam się za czytanie książki "New Europe" Michaela Palina z Latającego Cyrku Monty Pythona o jego podróży przez kraje wschodniej Europy. Palin wspomina w swojej książce nazwisko Ryszarda Kapuścińskiego i widać, że nawiązuje do jego sposobu pisania, ale mimo iż jego książkę bardzo dobrze się czyta, to nie udało mu się doścignąć mistrza.

    

Ryszard Kapuściński i Michael Palin - jeden z członków grupy Latający Cyrk Monty Pythona.

W czwartek w drodze do pracy weszłam do sklepu i kupiłam butelkę Pepsi, żeby się obudzić, bo czułam, że inaczej nie usiedzę przy biurku, tylko zasnę. Rano Leah i szefowa poszły na spotkanie działu administracji, a ja na 9:30 na prezentację Windows Office 2007. Bardzo mi się podobają nowe Windowsy! W dodatku jako studentka mogę je sobie zainstalować za darmo! :) A właściwie dokładniej na koszt uniwerku. Muszę się tylko załogować i znaleźć czas, żeby je ściągnąć :) Lunch zjadłam w biurze, żeby wyjść pół godziny wcześniej z pracy. Poszłam prosto do Muzeum na film o Michaelu Moorze "Manufacturing Dissent: Uncovering Michael Moore" w reżyserii Ricka Caine'e i Debbie Melnyk. Zaczęło się od tego, że chcieli zrobić z nim wywiad, a skończyło się na tym, że zrobili film, po którym z dużo większym sceptycyzmem patrzy się na jego filmy. Po filmie poszłam na chwilę do domu, a na 19 do college'u na polski. Po lekcji pojechałam taksówką do jednej z moich studentek na Polish Party. Oprócz mnie dotarł jeszcze jeden z moich studentów. Wypiłam dwa Tyskie, a potem zaczęły się gry i zabawy (jak to angielskiej imprezie :))) Zabrałam się więc już po 23 z 6 innymi osobami jedną taksówką do centrum.

    

Michael Moore oraz reżyserzy filmu "Manufacturing Dissent" Debbie Melnyk i Rick Caine.

W piątek rano okazało się, że szefowej znów nie ma w pracy. W domu na lunch znowu zjadłam tylko kanapki, bo nie chciało mi się nic gotować. Potem w pracy nadrobiłam wreszcie zaległości w odpisywaniu na maile, a po pracy pojechałam do Morrisona na zakupy. O 19 wróciłam do domu i zaraz  przyszedł Philip, przynosząc 2 butelki wina od Severine i parę książek, które od mnie pożyczyła. Po jego wyjściu trochę posprzątałam i za chwilę przyszedł Conrad. Poszliśmy razem do pubu Titusa Salta, a tam doszedł do nas jeszcze Benôit. O 22 wróciliśmy do mnie po jedzenie i picie, a potem wsiedliśmy w taksówkę i pojechaliśmy do Toma na squat, gdzie już była Sally. Umówiłam się SMSami z Philipem, że za jakiś czas idziemy do Hi5 i że tam do nas dojdzie. Przyszedł ze swoimi znajomymi i o 3, jak zamknęli klub, wróciliśmy wszyscy do Toma. Pół nocy przegadałam z Conradem o polityce, aż w końcu około 5 rano wzięliśmy w parę osób taksówkę do centrum :)

W sobotę budzik obudził mnie o 10 rano. Z trudem wstałam, wzięłam prysznic i na 11 poszłam na masaż nadgarstka. Potem wróciłam znów do łóżka i pospałam do 15:30. O 16 poszłam na zupę ogórkową do Gosi, która zaprosiła mnie i Kingę na polskie jedzenie. Na deser były "Jeżyki" i "Ptasie Mleczko", które kupiłam specjalnie na tę okazję poprzedniego dnia w Morrisonie. Chciałam wyciągnąć dziewczyny na polski obiad do Cartwright Hotel, ale powiedziały, że tak będzie taniej. Poza tym za tydzień w Muzeum grają znów polski film - tym razem "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" Koterskiego - umówiłyśmy się więc, że wtedy tam pójdziemy, a potem pojedziemy razem do kina. Wróciłam do domu o 19, porozmawiałam chwilę z rodziną przez SKYPE'a, a potem poszłam do łóżka poczytać "Nową Europę" Palina. Ale byłam bardzo zmęczona, więc już o 22 zgasiłam światło i poszłam spać.

Dzisiaj obudziłam się o 7 rano. Odebrałam SMSa od Philipa, który po północy pytał gdzie jestem i co robię. Poczytałam wiadomości w sieci i dowiedziałam się o stanie wyjątkowym w Pakistanie. Doczytałam się między innymi, że Imran Khan - rektor naszego uniwerku i jednocześnie przyjaciel męża Elizabeth Hurley, Aruna Nayara - znalazł się w areszcie domowym. Ale podobno parę godzin później uciekł. Ciekawe, czy te wydarzenia będą miały jakieś odbicie w mieście i na uniwerku? Pewnie dowiem się jutro w pracy. Dostałam też maila od Maćka, że o 18 robi pokaz dokumentu o Kubie, więc przesłałam tą informację do Conrada, bo wiedziałam, że jego może to zainteresować. A potem poszłam z powrotem spać i wstałam dopiero o 13, jak zadzwonił budzik. Wzięłam prysznic i na 14 poszłam spotkać się z Aldo na kolejnej lekcji angielskiego. O 16:30 poszłam do Gosi zanieść jej parę polskich filmów do obejrzenia, a ona poczęstowała mnie obiadem. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nawet nie pomyślałam jeszcze o jedzeniu!

Wyszłam od Gosi tuż po 17 i weszłam do domu po okulary i pieniądze, a potem poszłam do Muzeum na rosyjski film "Straż dzienna" (Dniewnoj dozor). Jest to druga część trylogii, której pierwszą część - "Straż nocną" (Nocnyj dozor) - obejrzałam na początku zeszłego roku z Seanem. Okazało się, że film zacznie się o 17:45 i że pokażą go w IMAXie. Tymczasem spotkałam jedną z moich studentek, która szła z koleżanką na jakiś inny film, więc poszłyśmy razem do baru i kupiłam sobie Pepsi, bo nadal byłam dość zmęczona, a nie chciałam zasnąć w czasie filmu. Ale to mi raczej nie groziło, bo siedziałam przez dwie godziny wbita w fotel i wpatrzona w ekran :) Efekty specjalne nie ustępowały w najmniejszym stopniu tym z Hollywood, a fabuła i dialogi były dużo mniej sztampowe. Główną rolę Antona świetnie zagrał Konstantin Khabensky, którego po raz pierwszy widziałam w 2003 roku w filmie "Niebo, samolot, dziewczyna" na Warszawskim Festiwalu Filmowym. A Alekseia Chadova grającego Kostję znam z filmu "Wojna" Aleksieja Bałabanowa. Zagrał też w "9-tej kompanii", której niestety do tej pory nie widziałam.

    

Plakat do filmu "Straż dzienna" (Day Watch) i Konstantin Khabensky jako Anton.