Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
piątek, 29 grudnia 2006
Dalszy ciąg zwiedzania :)

261.

W środę obudziłam się o 4 rano i nie mogłam już zasnąć. Cały czas się martwiłam, co będzie dalej z tą wodą i ogrzewaniem. Usiadłam do Internetu i zaczęłam czytać blog http://zydoweczka.blox.pl/html i nie mogłam się oderwać! :) Wreszcie około 10 przyszło rodzeństwo na śniadanie i wtedy zdzwoniłam do agnecji wynajmu, żeby zrobić im awanturę. Nikt nie odebrał, więc zadzwoniłam znów do właściciela. A on mi mówi, że nic się nie da zrobić do 2 stycznia, bo teraz nikt nie pracuje! Zdenerwowałam się strasznie, bo jakoś wytrzymałam do tej środy, ale czułam, że nie wytrzymam już ani dnia dłużej! Właściciel powiedział, że w takim razie przyjedzie i da mi klucz do wolnego mieszkania w budynku obok, żebyśmy mogły przynajmniej z mamą korzystać z łazienki. Ale musiałybyśmy wychodzić na dwór! To równie dobrze mogę chodzić do rodzeństwa się myć! Nie wytrzymałam nerwowo i zaczęłam płakać. I w takim stanie zobaczył mnie właściciel, kiedy przyjechał, żeby dać mi ten klucz. Powiedział, że naprawdę do 2 stycznia nic mi nie poradzi, zadzwoniłam więc do Shaza, żeby może on coś mi poradził. No i poradził, żebym postraszyła właściciela, że jak nie będę miała ciepłej wody i ogrzewania, to nie zapłacę za następny miesiąc, bo prawo jest po mojej stronie. Myślałam o tym, ale trochę się bałam to zrobić. Pomyślałam jednak, że chyba wie, co mówi, bo w końcu pracuje dla Social Services. Wysłałam więc właścicielowi SMSa, że dziś się wyprowadzam i wyszliśmy wreszcie z rodziną z domu na spacer.

Wsiedliśmy w autobus i podjechaliśmy do Keigley. Tam wsiedliśmy w kolejkę parową, która zawiozła nas do Haworth. Przeszliśmy się po miasteczku, aż w końcu usiedliśmy w jednym z pubów na kawę i ciacho. Trochę kropiło, ale na szczęście dało się zwiedzać. Potem zaczęło się ściemniać, więc zeszliśmy z powrotem na stację i wsiedliśmy znów w kolejkę parową. Później przesiedliśmy się w autobus i wróciliśmy do Bratfoot. W autobusie oczywiście wszyscy zasnęliśmy na godzinkę. Obudziliśmy się, jak dojechaliśmy do centrum. Mieliśmy iść gdzieś na obiad, ale nie mogliśmy się dogadać gdzie, więc stwierdziłam, że idziemy do domu i zjemy kapustę z grzybami, która została ze Świąt. Zanim weszłam do mieszkania, dotknęłam kaloryfera na korytarzu i był gorący! A w domu okazało się, że kaloryfery grzeją i leci gorąca woda! :) Od razu weszłam na pół godziny pod prysznic, żeby się wreszcie ugrzać! :))) Wygląda na to, że wystaczyło ich postraszyć, że się nie zapłaci, żeby nagle udało się zaprawić usterkę! Tu ich najbardziej boli! Mam jednak nadzieję, że już nigdy więcej mi się ta wiedza nie przyda! W każdym razie zjedliśmy kolację i poszliśmy znów wcześnie spać, bo rano czekała nas kolejna wycieczka! :)

    

Nasi konduktorzy z ciuchci parowej i "trabant" zaparkowany na uliczce w Haworth :)))

W czwartek wstaliśmy o 8:00, bo o 9:00 musieliśmy już być na dworcu. Ja poszłam trochę wcześniej, żeby kupić bilety, a oni doszli później. Wsiedliśmy w autobus do Manchesteru i po godzince jazdy już tam byliśmy. Trochę padało, ale i tak poszliśmy zwiedzać miasto. Nie ma tam za wiele do oglądania, więc zdążyliśmy przejśc wszystko w niecałą godzinkę. Poszliśmy między innymi pod ratusz, do Chinetown i na Canal Street, czyli na udekorowaną teczowymi flagami ulicę Gejów i Lesbijek. Potem wróciliśmy na dworzec i wsiedliśmy w autobus do Liverpoolu. Podróż znów trwała godzinkę i na szczęście w tym czasie trochę się wypogodziło. Mgła się rozproszyła, a zza chmur zaczęło wychodzić słońce :) Przeszliśmy się więc przez centrum i poszliśmy zwiedzać katedry. Najpierw poszliśmy do katolickiej i tuż obok, jak przechodziłam przez ulicę, taksówka przejechała mi po nodze! Poważnie, czarna taksówka przejechała mi kołem po lewej stopie! Przerażony taksówkarz wyskoczył i spytał, czy moge ruszać palcami, bo jeśli nie, to zawiezie mnie zaraz do szpitala! Powiedziałam, że mogę i że nigdzie nie jadę, bo musimy zwiedzać :) I pokuśtykałam dalej :))) Noga mnie trochę bolała, ale mogłam iść! :)

    

Główny plac w Manchesterze i koło w Liverpoolu.

Poszliśmy do drugiej katedry i rodzina poszła ją zwiedzać od wewnątrz, a ja poszłam się przejść po parku, bo jak tam kiedyś byłam to akurat padało, a teraz było piękne słońce. Porobiłam zdjęcia i poczekałam, aż rodzina do mnie dojdzie. Później poszliśmy nad wodę i na obiad do Tate Gallery. Po obiedzie przeszliśmy się obok Trzech Gracji, uliczką Matthews i doszliśmy z powrotem do centrum. Tam brat poszedł do sklepu FC Liverpool, a ja z mamą i z siostrą na karuzelę, z której robiłyśmy zdjęcia! :) W końcu poszliśmy do jakiegoś pubu na coś do picia, a stamtąd na dworzec. W domu byliśmy przed 22. Poszłam jeszcze do sklepu po chleb, bo zabrakło, a jak wróciłam, wreszcie dokładnie obejrzałam swoją lewą stopę :) Mam na niej wielkiego siniaka, ale przynajmniej nic nie jest złamane czy zmiażdżone. Trochę boli, ale nie spuchła i mogę chodzić! Dlatego dziś udaliśmy się na kolejną wycieczkę :) Pospaliśmy trochę dłużej, a koło południa podjechaliśmy do Bingley zobaczyć tamę Five Rise Locks, a potem podjechaliśmy do Saltaire, gdzie napiliśmy się kawki i zwiedziliśmy park. Stamtąd namówiłam ich na wycieczkę do Shipley Glen i zdążyliśmy wrócić na przystanek zanim się ściemniło. Po powrocie do Bratfoot poszliśmy na obiad do Walkabout, bo brat od dawna chciał zjeść steaka z kangura. Nawet był dobry i miał miękkie mięsko :) Potem weszliśmy jeszcze do sklepu, a w domu napiliśmy się herbaty i obejrzeliśmy zdjęcia. I znów idziemy wcześniej spać, bo jutro czeka nas kolejna wycieczka! :)))

    

Pięcio-poziomowa tama w Bingley i wąwóz Shipley Glen.

wtorek, 26 grudnia 2006
Święta, Święta i po Świętej! :)

260.

W piątek rano spotkaliśmy się wszyscy u mnie na śniadaniu a potem poszliśmy na Interchange. Tam okazało się, że mam stary rozkład jazdy i kolejny autobus na lotnisko będzie prawie za godzinę! Pojechaliśmy więc taksówką, a potem i tak czekaliśmy, bo samolot się spóźnił. Zamiast być w Dublinie przed południem, wylądowaliśmy po południu i prawie półtorej godziny jechaliśmy potem autobusem do centrum, bo były straszne korki! W końcu wysiedliśmy na O'Connell Street i wsiedliśmy w autobus wycieczkowy, który nas obwózł po mieście. Wysiedliśmy z niego pod fabryką Guinnessa, bo nie było kolejki. Wjechaliśmy najpierw na górę, na jedną pintę, a potem ja z siostrą zostałam na górze, a brat z mamą poszli zwiedzać. Jak wrócili, wsiedliśmy znów w autobus wycieczkowy, który nas zawiózł do starej destylarnii Jamesona, ale niestety okazało się, że właśnie ją zamknęli! Otworzą ją dopiero w marcu na Świętego Patryka. Poszliśmy więc na drinka do Temple Bar a potem na pyszny irlandzki obiad. Na koniec przeszliśmy się spacerkiem z powrotem na O'Connell Street i tam wsiedliśmy w autobus na lotnisko. Samolot znów się spóźnił, ale nam już było wszystko jedno :) W czasie lotu siostra wygrała bilet Ryanair, który dała mi w prezencie. Wzięliśmy taksówkę do domu i po kolacji, brat z siostrą poszli do siebie, a my z mamą przekonałyśmy się, że nie mamy ogrzewania i ciepłej wody.

  

Sztuka współczesna w Dublinie i Święty Mikołaj wkradający się ludziom do mieszkań :)

W sobotę rano okazało się, że nadal nie ma ciepłej wody. Zadzwoniłam do agencji, ale oczywiście nikt nie odbierał. Wszyscy zaczęli już pewnie świętować "po angielsku", czyli pić na umówr. Przypomniałam sobie, że mam numer do właściciela domu, bo kiedyś do mnie dzwonił w jakiejś sprawie i sobie go zachowałam. Zadzwoniłam więc z pretensjami, a on powiedział, że trzeba włączyć bojler, który znajduje się w mieszkaniu obok. Po ponad półrocznym mieszkaniu w tym domu dowiedziałam się, że mój bojler znajduje się u moich sasiadów i ogrzewa trzy mieszkania! Wiedziałam, że koło mnie mieszka para Polaków z dzieckiem, poszłam więc do nich zapukać. Tymczasem otworzył mi jakiś starszy Angol i powiedział, żebym weszła. Pan miał na sobie rozchełstaną koszulę, a na stole stała zaczęta butelka jakiegoś alkoholu. Pokazał mi bojler i zaczął wciskać jakieś przyciski. Coś zaczęło brzęczeć, więc stwierdziliśmy, że chyba działa. Poszliśmy do Morrisona kupić resztę rzeczy, a potem do Sainsbury i stamtąd do Kashmiri na obiad. Brat chciał posmakować curry, więc zamówił "Kashmir masala", ja jak zwykle "prawns korma", a mama i siostra nie chciały ryzykować, więc wzięły omlety. Potem wróciliśmy do mnie i okazało się, że kaloryfery już grzeją i jest ciepła woda. Zmyliśmy więc naczynia i brat poszedł się spotkać z Malwiną, a my obejrzałysmy "Barbórkę" na DVD. Kiedy rodzeństwo zebrało się do wyjscia, postanowiłam wziąć prysznic, ale okazało się, że znów leci lodowata woda z kranów! Zapukałam znów do sąsiada. Tym razem nie miał już na sobie żadnej koszuli, a butelka była prawie pusta :) Znów coś wcisnęliśmy i wróciłam do domu, ale woda nadal była lodowata. Zniechęcona poszłam spać, obiecując sobie, że rano pójdę do nowego domu Gosi, żeby się wykąpać.

W niedzielę rano obudziłam się po 9:00, zmarznięta, chora i z zimnem na wardze! W mieszkaniu było chłodno i wilgotno, a z kranów oczywiście nadal leciała lodowata woda. Jeszcze leżąc w łóżku zadzwoniłam znów do właściciela i chyba go obudziłam. Powiedział, że przyjedzie przed południem i zobaczy, co się dzieje. Wstałyśmy z mamą i poszłyśmy do mojego rodzeństwa, żeby się wykąpać. Potem wszyscy razem przyszliśmy do mnie na śniadanie i zabraliśmy się za przygotowanie Wigilii. Zapukał właściciel i powiedział, że jest ciepła woda. Rzeczywiście, przez jakąś godzinkę wszystko działało i udało się nam nawet pozmywac naczynia. Potem zapukał jeden z pracowników agencji, bo okazało się, że ten mój sąsiad, to jego ojciec. Powiedział, że bojler sam się wyłącza i że trzeba zawołać hydraulika, ale w Święta nikt nie pracuje, więc musimy sobie jakoś poradzić do środy. Około 16 usiedliśmy do stołu zastawionego śledziem w śmietanie, cykorią, łososiem z rusztu i przystawkami. Najpierw jednak podzieliliśmy się opłatkiem i wypiliśmy barszcz z jajkiem. Po obiedzie zrobiliśmy sobie przerwę, a potem były słodycze, owoce i kolacja. Brat nie zjadł za dużo, bo ta masala mu zaszkodziła i cały dzień źle się czuł. W końcu rodzeństwo poszło do siebie, a my poszłyśmy spać. W poniedziałek obudziłam się znów chora i zmarznięta. O ciepłej wodzie nie było oczywiście co marzyć! Rodzeństwo przyszło na śniadanie, a potem oglądaliśmy moje zdjęcia na komputerze. Potem zjedliśmy obiad i tak leniwie nam minął dzień. Poszliśmy wcześniej spać, żeby dziś rano wstać :)

Dzisiaj obudziłam się znów zmarznięta i woda nadal jest lodowata, ale jutro rano zadzwonię do agencji i zrobię taką awanturę, że się nie pozbierają! A tymczasem dziś znów poszłam do rodzeństwa, żeby wejść do wanny. Potem wróciłam do domu i stwierdziłam, że jestem chora, więc rodzina poszła do kościoła, a ja poszłam spać. Potem zjedliśmy śniadanie i zanim się zebraliśmy do wyjścia, było po 12:00. Poszliśmy na przystanek, ale autobus nie przyjechał. Zaczęliśmy się zastanawiać, że właściwie nie widzieliśmy dziś po drodze żadnego autobusu i doszłam do wniosku, że chyba w ogóle nie jeżdżą! Przeszliśmy się w stronę Interchange'u, który był zamknięty na cztery spusty - jeszcze nigdy nie widziałam, żeby zamknęli dworzec! U nas autobusy jeżdżą nawet w Święta! Zrobiliśmy więc sobie spacerek po dzielnicy Little Germany, a wracając zajrzeliśmy do The Leisure Exchange, czyli centrum rozywki, które na szczęście było otwarte. Poszliśmy więc pograć w kręgle. Brat zajął pierwsze miejsce, a ja drugie, ale potem zagraliśmy w bilard i się odegrałam :) Do domu wróciliśmy około 16:00, jak już się zrobiło ciemno. Zjedliśmy obiad, a potem pooglądaliśmy stare polskie teledyski na "Youtube" :) Po kolacji umówiłam się z rodzeństwem na rano i znów poszliśmy wszyscy wcześniej spać.

    

Samochód-biedronka w Little Germany i brat uskuteczniający pchnięcie kulą :)

czwartek, 21 grudnia 2006
Dzień pełen wrażeń! :)

259.

Wczoraj rano obudziłam się sama przed 7:00 i stwierdziłam, że to nawet dobrze, bo zdążę jeszcze trochę posprzątać! Zabrałam się za kuchnię i łazienkę i o mało co, a spóźniłabym się do pracy. Wiedziałam, że czeka mnie ciężki dzień. W pracy wszyscy byli pół przytomni, o ile w ogóle dotarli :) Najwytrwalsi zostali w ostatnim pubie do północy, aż zostali wyrzuceni i zamknięto za nimi drzwi :))) Gdyby to nie był wtorek, tylko weekend i gdybym nie miała tylu spraw na głowie, sama chętnie zostałabym z nimi dłużej! :) W czasie lunchu umówiłam się z Gosią, która odbierała właśnie klucze do nowego domu, że spotkamy się u mnie i mi je da. Wieczorem bowiem miała być dowieziona pralka. Tymczasem zadzwonili do mnie z firmy dostarczającej nam łóżko, że już jadą! Zadzwoniłam więc do Gosi mówiąc jej, żeby na nich zaczekała. W końcu zabrałam z pracy wszystkie kartki świąteczne i prezenty (głównie czekoladki :) i poszłam na lunch po 14, czyli później niż zwykle!

Spotkałyśmy się z Gosią i jej koleżanką po drodze. Zaprosiłam je na kawę, wzięłam klucz od Gosi, zjadłam szybko jakieś resztki obiadu z poniedziałku i wróciłam do pracy. Wszyscy przychodzili się pożegnać i życzyć nam wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku. W końcu po 16 nie było już prawie nikogo. Wyszłam o 17 i poszłam szybko do nowego domu. Dostawca pralki już na mnie czekał. Całe szczęście, że udało mi się dosyć szybko otworzyć drzwi, choć nie było to łatwe! :) Po jego wyjściu zabrałam się za sprzątanie łazienki i kuchni. Złożyłam też sama łóżko, po raz pierwszy z życiu i jestem z tego bardzo dumna! :) Potem na 19 wróciłam do domu, żeby się spotkać z Gosią, zahaczając po drodze o sklep, bo uświadomiłam sobie, że mam za mało chleba. Kiedy przyszłam, Gosia czekała już na mnie z dwoma koleżankami, które pomogły nam zanieść do nowego domu odkurzacz i pościel.

Zabrałam się z Gosią za składanie odkurzacza i okazało się, że potrzebny jest do tego śrubokręt gwiazdkowy! Zadzwoniłam więc do Shaza z pytaniem, czy ma taki śrubokręt! Okazało się, że był już w drodze do nas, ale powiedział, że podskoczy do pracy i go weźmie. Na wszelki wypadek wziął dwa rodzaje śrubokrętów, bo nie mogliśmy się za bardzo dogadać przez telefon, o jaki mi chodzi :) Złożyliśmy odkurzacz i Gosia wzięła się za odkurzanie, a ja za pompowanie materaca, a potem mycie szafy. Shaz głównie nam przeszkadzał :) Potem wypisałam mu adresy na kartkach świątecznych, które chce wysłać do znajomych w Polsce i bał się, że porobi błędy :) Wyrobiliśmy się ze wszystkim do 22, więc podrzuciliśmy Gosię pod dom, a potem pojechaliśmy do Leeds.

Po drodze dostałam SMSa od siostry, że prawdpodobnie będą spóźnieni. I rzeczywiście - czekałam na nich prawie pół godziny! Shaz tymczasem siedział w samochodzie pod samym wejściem, gdzie nie wolno parkować, ale na szczęście nikt nie kazał mu odjechać. Co jakiś czas informowałam go, że już za chwilę pociąg powinien przyjechać, bo takie dostawałam informacje od obsługi dworca. Tymczasem na podany przez nich peron zajechały kolejno trzy pociagi, a moja rodzina oczywiście wysiadła dopiero z trzeciego! :) Udało się nam zmieścić do samochodu i po jakiś 20 minutach byliśmy już u mnie. Shaz pojechał do siebie, a my zjedliśmy kolację, a potem zaczęliśmy się zbierać do nowego domu Gosi. Pobiegłam jeszcze szybko do sklepu, żeby kupić im jakieś soki, bo u Gosi kuchnia jeszcze nie działa, a moje rodzeństwo stwierdziło, że wody to oni pić nie będą i że musi być sok! :) Jak musi, to musi :))) Kiedy doszliśmy do nowego domu było już po północy. Upewniłam się, że wszystko jest jasne i wróciłyśmy z mamą do mnie. Poszłyśmy spać po 1 w nocy!

Dziś rano jako jedyna z całego towarzystwa musiałam iść do pracy. Mama się co prawda obudziła, ale po moim wyjściu poszła dalej spać. A w pracy dziś były nudy na pudy! Do pudełek czekoladek w kuchni zdążyłam się już przyzwyczaić - w końcu są Święta - ale dziś dodatkowo pojawił się tort czekoladowy, bo jedna z dziewczyn ma urodziny. Spytałam ją nawet ile ma lat, ale sama nie chciałam jej zdradzić mojego wieku. Pobiegła za mną do mojego pokoju i powiedziała, że tak nie wolno i że ona mi powiedziała, więc ja też muszę :) W końcu to ze mnie wyciągneła, razem z Leah, która siedzi przy sąsiednim biurku. Oczywiście nie mogły uwierzyć i powiedziały, że nie wyglądam na moje lata :))) O 13 poszłam do domu na obiad, gdzie już się zebrała cała rodzina. A potem wróciłam do pracy i siedziałam do 17, choć Leah na przykład stwierdziła, że nie ma nic do roboty, więc wychodzi i idzie na zakupy! Cóż, są równi i równiejsi...

Po pracy weszłam na chwilę do domu, żeby zostawić torebkę i zmienić buty na wygodniejsze, a potem poszłam się spotkać z rodziną pod Alhambrą. Poszliśmy do sklepów przy Forster Square. Na koniec dotarliśmy do Tesco i wydaliśmy na jedzenie ponad 100 funtów! Musiałam wezwać taksówkę, bo inaczej byśmy się nie zabrali! :) Ale przynajmniej kupiliśmy większość rzeczy na Wigilię i pierwszy dzień Świąt, bo postanowiłam, że przez te dwa dni nie będę wchodzić z domu. Potem zjedliśmy kolację i umówiliśmy się na rano. Jak się dowiedzialam, że w piątek nie pracuję, to kupiłam nam wszystkim w prezencie bilety do Dublina :) Musieliśmy zatem być o 9 rano na Interchange'u, żeby zdążyć na autobus na lotnisko. Brat z siostrą poszli spać do nowego domu Gosi, a ja z mamą zostałam u mnie i też się wkrótce położyłyśmy do łóżka.

Christmas Do :)

258.

We wtorek przyszłam do pracy jak zwykle o 8:45. Dopiero po drodze pomyślałam, że właściwie to mogłam spytać szefową, czy nie powinnam przyjść wcześniej, bo o 12 mieliśmy już wszyscy jechać na świąteczny obiad. Ale z drugiej strony dlaczego miałabym zmieniać godzinę swojego przyjścia? W każdym razie popracowałam tylko trochę ponad 3 godzinki, a potem wszyscy zaczęli się zbierać. Umówiłam się już wcześniej z jedną z wykładowczyń, że mnie podwiezie. Razem z nami jechała jeszcze jedna wykładowczyni i dwóch wykładowców, z którymi siedziałam z tyłu. Okazało się, że podjechaliśmy pod tą włoską restaurację w Shipley, w której byłam kiedyś z Sajem, Gemmą i Jose! Jak mi zaczęto tłumaczyć gdzie to jest, to doszłam do wniosku, że to musi być gdzieś indziej. Na szczęście jednak była to ta restauracja, o której od początku myślałam i koło której jeździ autobus do centrum.

Kiedy weszliśmy do środka, było tam już parę osób, które z drinkami w ręku stały przy barze i czekały na pozostałych. Przypomniałam sobie, że nie wyjęłam pieniędzy z bankomatu, poszłam więc do sklepu obok, ale jak podeszłam do bankomatu okazało się, że nie mam przy sobie karty! Zostawiłam ją w kieszeni kurtki, a rano założyłam na siebie szpanerski korzuszek, żeby jakoś wyglądać :) Wszystkim bardzo się podobał, ale szkoda, że przez niego zapomniałam o pieniądzach! :) Wróciłam więc do restauracji i poprosiłam Ruth, żeby pożyczyła mi 20 funtów - 10 na obiad i 10 na drinki oraz autobus do domu! :) Mam włączony ostry program oszczędnościowy, bo rodzina zaraz przyjeżdża i pewnie wydam na nich majątek! :))) Kupiłam więc tylko sok pomarańczowy i porozmawiałam z jednym z wykładowców, który jak się okazało pochodzi z Irlandii.

W końcu wszyscy się zebrali i usiedliśmy do stołu, a właściwie do stołów, które znajdowały się w dwóch pomieszczeniach. Ja usiadłam na przeciwko dziewczyn z mojego departamentu, a koło mnie usiadła moja nowa szefowa. Ponieważ stoły były ustawione w podkowę, więc siedziałam plecami do mojej głównej szefowej :) Najpierw podano przystawki - ja zamówiłam sobie pyszny pasztet i tosty. Potem wszyscy dostali taką samą zupę warzywną. Na drugie danie miałam łososia w pysznym sosie z krewetkami, a na deser tiramisu. W międzyczasie wypiłam trochę białego wina, którym mnie częstowano, bo parę osób kupiło po butelce i nalewali wszystkim na około :) W końcu każdy dostał prezent (mnie przypadł domek, w który się wstawia świeczkę :) i powoli zaczęliśmy się zbierać, żeby pójść do pubu po drugiej stronie ulicy. Wyliczyłam, że powinno mi wystarczyć na jakieś dwa piwa, więc poszłam z nimi :)

Część osób już tam siedziała, bo wyszli wcześniej z restauracji, a ja wyszłam z ostatnią grupą. Zajęłam miejsce pod oknem i poszłam do baru, żeby coś sobie kupić. Tam oczywiście jeden z wykładowców zapytał, czego się napiję i kupił mi piwo. Panuje tu taki zwyczaj, że jak ktoś idzie do baru, to pyta wszystkich na około, czego się napiją i tak każdy po kolei stawia każdemu kolejkę. Niestety, wiedziałam że nie stać mnie na to, żeby komukolwiek postawić kolejkę. Dlatego wytłumaczyłam temu wykładowcy, że zapomniałam karty i że postawię mu przy następnej okazji. Trochę mi było głupio, ale wiedziałam, że im więcej wypiją, tym będą chętniejsi do stawiania i nie będą już pamiętać, kto za co płacił :))) Poza tym dobrze się bawiłam i nie chciałam jeszcze wracać do domu.

Ludzie siedzący przy moim stoliku zaczęli w pewnym momencie grać w grę w zgadywanie. Nie wiem, jaka jest fachowa nazwa, ale widziałam nieraz jak się w to gra na amerykańskich filmach :) Nie wolno nic mówić, tylko pokazywać. Najpierw pokazują, czy to film, książka czy na przykład program telewizyjny. Potem pokazują ile wyrazów i ile sylab w każdym wyrazie. Fajna zabawa, choć oczywiście ani razu nie udało mi się zgadnąć pierwszej :) Jak spytali, czy ja chcę coś pokazać, to powiedziałam, że nie potrafię, bo nic mi nie przychodziło do głowy, poza prostymi tytułami filmów, które by zaraz zgadli :) A potem zaczęli grać w pokera, a że tego też nie umiem, dosiadłam się do stolika obok, przy którym siedział ten wykładowca z Irlandii i z kimś rozmawiał. A obok niego siedziało trzech młodych wykładowców i pomachali na mnie, żebym dosiadła się do nich. Oczywiście skorzystałam z zaproszenia, choć ten Irlandzyk przypadł mi do gustu :)

Bardzo fajnie mi się rozmawiało z trzema przedstwicielami katedry Psychologii! :) Było tak miło, iż stwierdzili, że muszę iść z nimi do kolejnego pubu, do którego się zaraz wybierają. Zgodziłam się i wyszłam z pubu z trzema panami, odprowadzana spojrzeniami wszystkich dziewczyn z administracji :))) Oddaliliśmy się trochę od przystanku autobusowego, ale nadal wiedziałam gdzie jestem i że mam jeszcze dwie godziny do ostatniego autobusu, więc się nie martwiłam :) Wszyscy trzej panowie byli bardzo mili i rozmowni, więc się nie nudziłam. Potem doszła do nas część ludzi z poprzedniego pubu, którym wychodząc powiedzieliśmy, gdzie idziemy. I znów zrobiło się tłoczno :)

Porozmawiałam z organizatorem całej imprezy, chwaląc go, bo po tym jak po raz pierwszy sama zorganizowalłm świąteczne wyjście dla moich studentów wiem, że to nie jest proste i zawsze ktoś będzie z czegoś niezadowolony. W końcu około 22 zebrałam się z jednym z trzech panów, któremu obiecałam, że pokażę mu gdzie jest przystanek i że pojedziemy razem z powrotem do centrum. Pożegnaliśmy się i wyszliśmy razem. Podjechaliśmy pod ratusz, a potem rozeszliśmy się w dwie przeciwne strony. Jak dotarłam do domu, dochodziła 23, więc wzięłam tylko prysznic i poszłam jak najszybciej spac, ale oczywiście nie mogłam zasnąć. Co prawda nie wypiłam dużo, ale jednak zawsze :) W końcu zasnęłam około północy!

poniedziałek, 18 grudnia 2006
W poszukiwaniu żywej choinki :)

257.

Dziś rano obudziłam się przed budzikiem. Od rana chodzę podekscytowana i czuję, że powoli rośnie mi poziom adrenaliny! :) Sama myśl, że moja rodzina przyjeżdża już za dwa dni, a ja muszę przygotować wszystko na czas sprawiła, że wstałam wcześniej niż zwykle :))) Ranek upłynął mi w błyskawicznym tempie. Odebrałam parę telefonów i odpisałam na parę maili, a resztę czasu spędziłam na pisaniu recenzji dla Neila. Pisanie recenzji z "Barbórki" poszło mi dużo szybciej niż tekst o "Skazanym na bluesa". Ale w końcu skończyłam i jeszcze przed lunchem wysłałam mu oba mailem. Odpisał pytaniem, co znaczy słowo "laicki" (laic), bo on nigdy się z nim nie spotkał. Napisałam mu, że znalazłam je w słowniku, a on na to, iż wie, że takie słowo istnieje, ale nigdy nie słyszał, aby ktoś go w Anglii używał. Zamieniliśmy je więc na"secular" :) Potem przesłał mi poprawioną wersję do autoryzaji, bo napisałam mu, że może zmieniać, ile tylko chce. Niestety, parę jego zmian musiałam skorygować, bo mijały się z prawdą. Musiałam mu na przykład wytłumaczyć, że główna bohaterka filmu pracuje w kopalni, nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że nie ma innej pracy, nawet dla absolwentki gimnazjum. W końcu dopracowaliśmy recenzję "Barbórki" do zadowalającego nas oboje stanu, a ja mogłam iść do domu na lunch :)

W domu wypisałam kartki świąteczne dla wszystkich pracownic administracji. A po lunchu zajęliśmy się z Neilem recenzją "Skazanego na bluesa" :) Napisał mi, że w moi tekście brakuje powodów, dla których widzowie mili by iść na ten film. Odpowiedziałam mu, że ja w ogóle nie widzę powodu, dla którego tutejszych widzów miałyby interesować polskie filmy! :) Przypomniałam mu, że rok temu na "Weselu" Wojtka Smarzowskiego pół sali stanowili moi studencji polskiego. A przecież to bardzo dobry film! Pocieszyłam go jednak, że w tym roku mam nowych uczniów i większość z nich uczy się polskiego nie dlatego, że mają polskie korzenie, ale dlatego że mają partnerów, przyjaciół lub współpracowników z Polski. I moim zdaniem polskie filmy mogą być ciekawedla tych, któzy interesują się Polską w ogóle. Albo ewentualnie dla kogoś, kto chciałby zobaczyć "egzotyczny" film z "Dzikiego Wschodu" :) Dlatego postanowiliśmy przedstawić "Skazanego na blusa" jako wschodnio-europejską wersję hasła "żyć szybko, umierać młodo", porównując Reidla do Morrisona czy Joplin :) Właśnie przeczytałam po raz kolejny ostatnią wersję obu tekstów i muszę przyznać, że jestem z nich bardzo zadowolona. Szczególnie, że w katalogu festiwalu, mimo dość znacznej pomocy ze strony Neila, bedą podpisane moim nazwiskiem! :)

Wychodząc z pracy wrzuciłam wszystkim pracownicom adminitracji życzenia do przegródek, żeby znalazły je jutro rano, jak przyjdą do pracy. Po 17 miałam się spotkać z Gemmą, ale oczywiście odwołała spotkanie, bo się rozchorowała. Cóż, jakoś nie byłam specjalnie zaskoczona. Byłabym bardzo zaskoczona, gdyby udało się nam wreszcie spotkać! Nie widziałyśmy się już chyba z pół roku, czyli od czasu, kiedy znalazła sobie nowego chłopaka. Oczywiście napisała, że muszę koniecznie w nowym roku wpaść do niej i jej rodziców na rodzinny obiad, ale wątpię, że do tego dojdzie. Ja się już w każdym razie do niej nie odezwę. Mam dość takiego umawiania się. Wiem, że "obiecanki-cacanki" to tutaj normalka, ale ja nie mam zamiaru dłużej tego tolerować. Po prawie dwóch latach pobytu w Anglii stwierdzam oficjalnie, że z Anglikami nie da się przyjaźnić! Bo oni po prostu nie wiedzą, co to przyjaźń. I to widać gołym okiem na każdym kroku. A ja nie chcę się do nich upodobnić, więc lepiej będę się trzymać od nich z daleka, bo to może być zaraźliwe :)

Zamiast na drinka z Gemmą poszłam więc do domu, zostawiłam tam prezent i kartkę dla niej, po czym poszłam na zakupy. Najpierw zajrzałam do Netto, bo jak chodziłam w sobotę z Gosią po sklepach, to widziałam tam małą żywą choinkę. Nie wzięłam jej wtedy ze sobą, bo miałyśmy już jedną siatkę, a miałyśmy jeszcze iść po odkurzacz i po prostu nie dałybyśmy rady. Ale dziś już niestety nie było po niej nawet śladu! Co prawda w Tesco kupiłam w piątek coś na kształt choinki, ale jest tak malutka, że nie można nawet powiesić na niej bombek czy lampek, bo od razu by się połamała. To tylko taka ozdoba, którą możemy postawić na świąteczny stół. Pomyślałam jednak, że przydała by się taka nieduża, żywa choinka, którą mogłabym postawić na małym, niskim, czarnym stoliku w rogu pokoju, żeby pachniało lasem :) Bo ta choineczka, którą kupiłam jest co prawda żywa, ale wcale nie pachnie i wygląda tak:

Po przejściu już po wszystkich sklepach w okolicy sptałam Gemmy SMSem, gdzie kupię małą, żywą chionkę. Przez jakiś czas nie było odpowiedzi, wysłałam więc SMSa z tym samym pytaniem do Shaza. Wtedy dostałam odpowiedź od Gemmy, żebym spróbowała w dużym Morrisonie. Chwilę potem zadzwonił Shaz,więc go spytałam, do której jest otwarty duży Morrison. Powiedział, że do 20:00 i że podjedzie po mnie za pół godziny, to pojedziemy tam razem sprawdzić. Wróciłam więc do domu, żeby coś zjeść i chwilę odpocząć. Po 20 przyjechał Shaz i pojechaliśmy do Morrsiona... a potem do "garden Cente" na Canal Street, a później jeszcze do centrum handlowego "White Rose"... i nigdzie nie było żywych choinek! Odwiózł mnie zatem do domu i umówiliśmy się, że zadzwoni w środę, bo jest wolny wieczorem i mógłby pojechać ze mną do Leeds odebrać moją rodzinę z dworca. A choinkę będziemy musieli kupić razem, jak już przyjadą! :)

Filmy pełne niespodzianek! :)

256.

W piątek rano poszłam do pracy wolnym kroczkiem i na luzie. Moja nowa szefowa miała pracować w domu i przesłać mi plan zajęć na drugi semestr, jak skończy go układać, a ja miałam go rozesłać do wszystkich i wrzucić na naszą stronę. Około południa napisała do mnie w mailu, że nie się nie wyrobi i że zrobimy to w poniedziałek, więc zajęłam się swoimi sprawami. W czasie lunch poszłam do domu i zjadłam obiad, a potem wróciłam do pracy i poszperałam w Internecie. Po pracy wróciłam na trochę do domu, a potem o 18 spotkałam się pod collegem z Gosią. Poszłyśmy najpierw razem do bankomatu, gdzie wyciągnęłam dla niej pieniądze na czynsz za pierwsze tygodnie, w czasie których moja rodzina będzie mieszkać w jej nowym domu, a potem przeszłyśmy się po sklepach. W jednym z nich dorabia jeden z byłych studentów Graduate School. Pokazał nam, jakie mają odkurzacze, ale Gosia nie zdecydowała się na żaden. Na koniec doszłyśmy do Tesco, gdzie kupiłam jedzenie, a Gosia deskę do prasowania i whisky na prezent. Potem poszłyśmy do niej na piwko i  w drzwiach spotkałyśmy jej współlokatorkę, która własnie się wyprowadzała! Bez zapowiedzi, bez słowa, bo ostatnio się nie widują i nie rozmawiają. Nie siedziałam u niej długo, bo byłam już zmęczona. Umówiłyśmy się na sobotę rano i wreszcie poszłam do domu spać.

W sobotę obudził mnie budzik. Zwlokłam się jakoś i weszłam pod prysznic. Potem napiłam się tylko wody i wyszłam. O 10 spotkałam się z Gosią pod sklepem, w którym kupiła pralkę i umówiła się na środę na oglądanie kuchenek elektrycznych. Pralkę mają dowieźć w środę w czasie lunchu. Gosia ma nadzieję, że klucze dostanie już we wtorek wieczorem. Potem poszłyśmy do innego sklepu, w którym oglądałyśmy łóżka. Gosia kupiła pojedyńcze łóżko do drugiej sypialni, które mają dostarczyć w środę wieczorem, kiedy ja tam będę, a Gosia w pracy. Właściciel wziął mój numer telefonu i powiedział, że na pewno do mnie zadzwoni. Powiedziałam mu, że jestem bardzo zajęta, bo zaczął ze mną flirtować, a wyglądał na 60 lat! Nigdy nie zrozumiem tego fenomenu! Poza tym myślał, że Gosia to moja matka! Nie mogłam się już doczekać, kiedy wszystko załatwimy i wyjdziemy z jego sklepu! Na koniec poszłyśmy jeszcze kupić odkurzacz. Niestety nie było już tego, który oglądałyśmy poprzedniego dnia wieczorem, ale Gosia powiedziała, że widziała go w innym sklepie. Stamtąd było przynajmniej bliżej do jej domu i mniej dźwigania :) Weszłyśmy do niej na chwilę, żeby wzięła aparat fotograficzny i żeby coś zjeść, bo obie już od rana zgłodniałyśmy. Potem wzięłyśmy odkurzacz i podjechałyśmy z nim do mnie autobusem.

U mnie zgrałam Gosi zdjęcia i nagrałam je na płytę. Pożyczyła ode mnie walizkę i poszła, a ja wzięłam się za pranie. Potem coś zjadłam i wzięłam prysznic. W końcu postanowiłam wypisać kartki świąteczne dla wszystkich, którzy mieli przyjść wieczorem na kolację. Zanim się obejrzałam było już po 17. Wyszłam z domu o 17:30 i o dziwo doszłam do restuarcji w 10 minut! Co prawda szłam dosyć szybkim krokiem, ale to jednak kawałek! W restauracji czekała już jedna z moich studentek z pierwszego roku ze swoim chłopakiem z Polski i mój student hinduskiego pochodzenia. Za chwilę przyszli Barbara i Piotr z drugiego roku. Poszliśmy usiąść do stolika. Basia i Piotr dali mi przezent - butelkę wina i jakieś tradycyjne świąteczne babeczki z mięsem. Ja im wręczyłam kartki, które na szczęście na ostatnią chwilę wypisałam. Potem zaczęli się zbierać pozostali. Jak zaczęli przynosić przystawki, brakowało jeszcze 4 osób, z czego 2 dały mi znać, że się spóźnią. Kelner był chwilami lekko zdezorientowany i mylił potrawy, ale ogólnie było w porządku.

Mój barszcz i gołąbki były inne, niż znam, ale dobre. Pozostali też byli zadowoleni z jedzenia, tylko Irena (z drugiego roku :) trochę narzekała. Ponieważ na sali nie wolno było palić, więc musiała co jakiś czas chodzić do baru na papierosa i zaczęła rozmawiać z barmanem, który wkrótce zaczął ją podrywać. Wdała się też w dyskusję z jakimiś dwoma chłopakami, którzy zobaczyli otwarty bar i weszli na drinka. Zaczęli wygłaszać jakieś rasistowskie poglądy, więc jedna z moich studentem pierwszego roku, która też poszła na papierosa, wróciła zbulwersowana, że Irena z nimi rozmawia. A potem już było coraz gorzej. Brakujące 4 osoby przyszły akurat, jak podawali nam główne danie. Byla to para małżenska: mulatka i Polak z pochodzenia, Angielka oraz chłopak pochodzenia pakistańskiego. Irena była coraz bardziej wstawiona i zaczęła zadawać mu niezręczne pytania. Potem poszła nawet z barmanem śpiewać karaoke (na szczęście byliśmy niemal jedynymi gośćmi :)

Po deserach i zapłaceniu rachunku część osób zaczęła się zbierać. Irena oczywiście została, a poza nią i mną dwie pary i Hindus. Oni rozpijali butelkę wódki, a Irena się nieproszona dołączyła. Przez jakiś czas nie dawała mi spokoju, a potem przyczepiła się do naszego Hinudsa. W pewnym momencie klepnęła go w policzek, bo nie chciał z nią tanczyć! Powiedziałam, że ma go przeprosić. Pozostali też zareagowali, ale ona była niewzruszona. W końcu studentka, która już wcześniej była zbulwersowna jej postawą nie wytrzymała i powiedziała, że wychodzi. Jej chłopak pobiegł za nią. Zrobiło się dość nieprzyjemnie i próbowaliśmy porozmawiać z Ireną na ten temat, ale ona stwierdziła tylko, że tamta jest przewrażliwiona! Postawiła mnie w dość niezrecznej sytuacji, bo z jednej strony jest mi jej żal i jej bronię, ale z drugiej nie pochwalam jej zachowania. Wiem, że wiele w życiu przeszła, ale jeszcze nigdy nie zachowywała się aż tak źle i agresywnie!

Jednym słowem impreza była udana, ale tylko do pewnego momentu. Potem to już była równia pochyła! Ci, którzy wyszli wcześniej mam nadzieję mieli dobrą zabawę i może nawet nie zauważyli, że coś jest nie tak. Para małżeńska, która została z nami do końca, zaczęła Irenie tłumaczyć, że niektórym jej zachowanie nie odpowiada. A potem zaproponowali, żebyśmy wszyscy przenieśli się do pubu, gdzie byli już ich znajomy. Jak podjechaliśmy taksówką, okazało się, że jest tam również Danny, nasz wspólny znajomy. Irena poszła z nim usiąść i wreszcie był spokój, ale potem Danny chyba też miał dość, bo podszedł się pożegnać, a jak ja poszłam się później żegnać z Ireną, powiedziała, że wszyscy ją porzucają i że ona w takim razie też wraca. Hindus, z którym miałam podjechać taksówką, wpadł w panikę, bo Irena mieszka niedaleko niego i się go uczepiła i nie chciała puścić! W końcu ją oderwałam, jemu kazałam usiąść z przodu i pojechaliśmy. Wysiadłam pierwsza, a jego poprosiłam, żeby dał mi znać, czy wszystko w porządku. Wkrótce dostałam od niego SMSa, żebym się nie martwiła.

W niedzielę zabrałam się wreszcie za sprzatanie i przestawiłam łóżko, tak żeby było więcej miejsca. Potem porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a i dogrywaliśmy jeszcze różne szczegóły ich przyjazdu. Przez moment rozmawialiśmy nawet z dziewczyną, której przekazałam dla nich bilety. Potem pobiegłam na 14 do kina na "Special" - niskobudżetowy film amerykański o zwykłym facecie, który bierze udział w eksperymencie medycznym i po zażyciu testowanych pigułek wydaje mu się, że ma nadludzkie moce i może na przykład lewitować lub przenikać przez mury :) Zaczęło się jak komedia, ale potem robiło się coraz mroczniej. Ogólnie film uważam za bardzo dziwny (a mnie rzadko coś jeszcze w kinie dziwi :) ale interesujący. Po filmie poszłam do domu, zjadałam obiad i dalej sprzątałam. A potem wróciłam do kina.

Na 17:45 poszłam na komedię "The Hisotry Boys". Ten film też mnie zaskoczył. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, opowieści w stylu "Stowarzyszenie Umarłych Poetów", a dostałam "Anty-Stowarzyszenie Niepewnych Swej Seksualności Kujonów" :) Jedyną atrakcją tego filmu był fakt, że dział się w Yorkshire i w jednej ze scen pojechali nawet zwiedzać Fountains Abbey :))) Po filmie za namową dziewczyny, która pracuje w Muzeum, podeszłam do biletera i spytałam, czy mogę wejść na początek "Labirynt Fauna", bo spóźniłam się na swój seans i nie wiem, jak ten film się zaczyna. Wpuścił mnie bez problemu i teraz dopiero mogę powiedzieć, że jest to naprawdę genialny film, w którym każdy szczegół jest ważny. Ciesze się, że zobaczyłam poczatek, bo jest bardzo ważny, ale zdradza zakończenie, więc może lepiej, że za pierwszym razem go nie widziałam? Wolałam kompletne zaskoczenie, które mnie spotkało :) Na koniec poszłam jeszcze na "Gabrielle" - francuski film na podstawie opowiadania Józefa Korzeniowskiego, czyli Josepha Conrada. Myślałam, że to będzie feministyczny manifest, ale ten film także mnie zaskoczył. Mam po nim mieszane uczucia.

  

Specjalny Michael Rapaport specjalnej troski i chłopcy od historii (niektórzy kochający inaczej :)

  

Zagubiona Gabrielle oraz jej nie mniej zdezorientowany mąż i jeszcze raz "Labirynt Fauna".

czwartek, 14 grudnia 2006
A na drinka do Manchesteru! :)

255.

Obudziłam się dziś z bólem głowy - chyba na zmianę pogody, i to raczej na gorszą. Wzięłam proszek i poszłam do pracy. Miałam nadzieję, że uda mi sie po prostu jakoś bezboleśnie przeczekać ten dzień, ale zapomniałam, że wczoraj jedna z wykładowczyń poprosiła mnie, żebym odebrała dziś gazetkę z drukarni uniwersyteckiej i wysłała ją do osób, których adresy mi wręczyła. Niestety, przysłała mi maila, który mi o tym przypomniał zaraz po moim przyjściu do pracy :) Zadzwoniłam do drukarni, ale okazało się, że gazetka nie jest jeszcze gotowa. Przykleiłam więc naklejki z adresami na 233 koperty :) Potem zadzwoniłam jeszcze raz i okazało się, że mogę już odebrać 3 pudełka pełne gazetek. Wzięłam więc plastikowy wózek i pojchałam na dół. Na szczęście nie musiałam tego dźwigać, tylko podjechałam wózkiem do windy. Musiałam jeszcze tylko ostemplować każdą kopertę dwoma stemplami i włożyć do niej gazetkę! :) Skończyłam dosłownie tuż przed 13 i poszłam do domu na lunch. Zjadłam coś, a potem położyłam się na 20 minut na łóżku i zasnęłam! :)

Po powrocie do pracy już się nie przepracowywałam, bo stwierdziłam, że wyrobilam właśnie swoją normę na ten tydzień :) Jutro nie bedzie mojej nowej szefowej, więc dzień powinnien mi minąć szybko i bezboleśnie. Co prawda przyszła do mnie przed wyjsciem i dała mi następne zadanie na jutro, ale nie powinno mi zająć za dużo czasu. Przed wyjściem z pracy kupiłam jeszcze przez Internet bilet do Manchesteru i z powrotem i od razu go wydrukowałam. Potem poszłam do domu, zjadłam coś szybko, zostawiałam torebkę i zabrałam bilety dla rodziny. Rozmawiałam dziś znowu przez telefon z dziewczyną, której miałam je przekazać i umówiłyśmy się, że będzie na mnie czekała o 18:45 na dworcu autobusowym. Niestety, mój autobus spóźnił się pół godziny i do Manchesteru zajechałam o 19:10. Najważniejsze jednak, że udało się nam spotkać!

Ponieważ miałyśmy tylko godzinkę (jej pociąg odchodził z pobliskiego dworca o 20:15, a mój autobus o 20:30) więc postanowiłyśmy pójść na drinka gdzieś w okolicy. Tuż za dworcem autobusowym jest Canal Street, czyli uliczka gejów i lesbijek, pełna resturacji, pubów i klubów. Weszłyśmy do jednego z nich o dźwięcznej nazwie "Queer" :) Wzięłyśmy po Smirnoffie Ice i przeszłyśmy do interesów :) Dałam jej na razie bilety, a szczegóły ustalimy później, bo nie wie jeszcze, jak będzie stała z pracą. W każdej chwili mogą do niej zadzwonić i będzie musiała iść. Potem odprowadziłam ją na pociąg, a sama wsiadłam w autobus z powrotem do Bratfoot. Jak wysiadałam wybiła ukurat 21:30 i zegar na ratuszu zaczął wygrywać melodyjkę. Po raz drugi już słyszę, że zamiast zwykłego bicia dzwonu, słychać z wieży muzykę. To chyba z okazji Świąt! :)

środa, 13 grudnia 2006
Stan Wojenny po latach...

254.

Wyglada na to, że pozytywne podejscie do życia naprawdę daje efekty! :) Dziś wszystko zaczęło się wreszcie układać. Rano zadzwoniła do mnie Gosia, żeby mi powiedzieć, że dostała ten domek, mimo że starały się o niego jeszcze trzy osoby. W środę dostanie klucze i moja rodzina może tam nocować przez te dwa tygodnie pobytu. Będą mieli do dyspozycji dwie sypialnie i salon. Musimy jeszcze tylko kupić im w środę łóżka :) Domek jest całkiem pusty, ale przecież i tak będą w nim tylko spać. Poza tym załatwiłam też wreszcie sprawę Londynu  - znalazłam osobę, która przekaże im bilety na pociąg i być może oprowadzi ich po mieście. Od jakiegoś czasu korespondowałam mailowo z dziewczyną z Polski, która jak większość młodych, wykształconych Polaków postanowiła wyjechać na stałe do Anglii :) Odpowiadałam na jej pytania i zachęcałam do tego, żeby spróbowała, bo przecież zawsze może wrócić. Niedawno przyjechała do Londynu i mieszka u znajomych. Jutro ma rozmowę o pracę w Manchesterze i tam mamy się spotkać. Był już taki moment, że straciłam nadzieję, bo maile do niej zaczęły do mnie wracać, ale wreszcie udało się nam wymienić numerami i porozmawiać po raz pierwszy przez telefon. Ustaliłyśmy, że jutro po pracy tam podjadę i wreszcie się poznamy :)

W czasie lunchu poszłam do domu na obiad, a jak wróciłam jeden z wykładowcó poprosił, żebym znalazła mu coś w Internecie. No i przypałętał mi się jakiś program, niby antywirusowy, który zainstalował mi się sam (no dobrze, może trochę mu nieopatrznie pomogłam :) w komputerze i tak spowolnił jego pracę, że myślałam, iż tam zakwitnę! :) Co otworzyłam jakiś program, to mnie wywalało. W końcu nie wytrzymałam i zadzwoniłam do naszego uniwersyteckiego helpdesku. Panu, który mi pomagał, nie udało się co prawda przejąć kontroli nad moją myszką, jak to zwykle w takich sytuacjach robią, ale widział mój pulpit i mówił mi przez telefon co mam robić. W końcu udało mi się pozbyć tego programu. A ponieważ dochodziła już 17:00, sprawdziłam tylko ceny biletów do Manchesteru w Internecie, a potem poszłam do domu. Tam przekąsiłam coś i położyłam się na łóżku na pół godzinki. Potem wstałam i poszłam na ostatnią w tym roku lekcję polskiego! Dokończyliśmy omawiać biernik i dałam im ćwiczenia do domu, żeby mieli co robić przez Święta :) Trzy osoby, które wybierają się w sobotę na nasz świąteczny obiad napisało mi też, co sobie wybrali z menu. A pozostałym życzyłam Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! :)

Dzisiaj wszyscy wspominają Stan Wojenny. Aż trudno uwierzyć, że minęło już 25 lat! Przeczytałam na "Gazeta.pl" wspomnienia Polaków pt. "Mój Stan Wojenny" i oczywiście zastanawiłam się, co sama pamiętam. A pamiętam niewiele. Nie jestem nawet w stanie stwierdzić, czy pamiętam dzień wprowadzenia Stanu Wojennego, czy raczej migawki z czasu jego trwania. Na przykład krzyże z kwiatów układane na Starówce, przy których jako mała dziewczynka się krzatałam, na pewno były później. Ale pamiętam też jak jechaliśmy całą rodziną Maluchem od cioci z Anina do nas na Wolę i ja jako najmłodsza i najmniejsza chowałam się przed milicją, bo siedziało nas z tyłu więcej niż pozwalały przepisy. Pamietam jak się wychyliłam i zobaczyłam czołgi oraz żołnierzy na moście, jak przejeżdżaliśmy przez Wisłę. Być może to było 13 grudnia? A może później? Pamiętam natomiast dobrze komunizm i jego schyłek, obrady Okrągłego Stołu, pierwsze wybory parlamentatne i prezydenckie. Z okazji 17 rocznicy w 1998 roku napisałam dla "The Valetz Magazine" artykuł "Płomyk Wspomnień". Wspominałam tam o tym, że co roku Polacy tego dnia zapalają świeczkę i stawiają ją w oknie. Ciekawe czy nadal tak jest...

Zdjęcia wykorzystane w "Płomyku pamięci" (http://annad9.blox.pl/resource/04.html).

Ostatni zjazd PZPR w Pałacu Kultury i Nauki - łabędzi śpiew PRL-u.

wtorek, 12 grudnia 2006
Double bill :)

253.

Od poniedziałku mam dużo lepszy humor. Może rozmowa z Jessicą jednak mi pomogła - nie ma to jak zen, chińska filozofia życia :) Nasłuchałam się tyle o pozytywnych kręgach energii i odpowiedniej perspektywie, że chyba mi się udzieliło :) W każdym razie jest ok i mam nadzieję, że tak pozostanie. W pracy zaczęłam sama wynajdywać sobie coś do roboty, bo ile można układać pasjanse? :))) A jak się coś robi, to czas jednak szybciej mija. Poszłam się też rozliczyć za sobotnią wycieczkę i dostałam swoją pierwszą w tym roku kartkę Świąteczną! Oni tu mają na tym punkcie świra - każdy każdemu daje kartki świąteczne - fortunę można na to wydać! :) W zeszłym roku wzięłam się na sposób i zrobiłam prezentację Powerpointa, a potem rozesłałam do wszystkich współpracowników. Może w tym roku zrobię to samo? Mogłabym nawet wysłać tą samą prezentację, bo przecież w międzyczasie zmieniłam współpacowników :))))

W czasie lunchu najpierw poszłam do domu coś zjeść, a potem spotkałam się z Gosią. Poszłysmy zobaczyć ten domek, który chce wynająć. A właściwie który obie chcemy wynająć - ja na 2 tygodnie, a ona na 2 lata :) Bardzo fajny i super by było, gdyby się udało! Po pracy miałam kolejną lekcję polskiego, w czasie której wszyscy mieli mi podać, co wybrali sobie z menu na nasz świąteczny obiad. Dwójka z nich nie mogła się zdecydować, a że o 21:00 ochrona wyrzuca z budynku, więc poszliśmy do knajpy obok na herbatę. Wreszcie się zdecydowali, ale z herbaty zrobiły się frytki, bo zgłodnieliśmy :) Siedzieliśmy tam chyba prawie dwie godziny :) Potem odprowadziłam moją zeszłoroczną studentkę, która z własnej woli powtarza rok, na autobus :) W domu próbowałam jeszcze przejrzeć broszurę o EndNote, żeby przygotować się trochę do spotkania z promotorem.

Dzisiaj dzień szybko zleciał. Około 12 chciałam coś zjeśc na stołówce, ale była taka kolejka, że zeszłam na dół do Atrium i kupiłam sobie kanapkę, którą podgrzałam potem w mikrofalówce. W czasie lunchu byłam umówiona z promotorem, więc wiedziałam, że muszę wcześniej coś zjeść. Poszłam do niego o 13 i umówiliśmy się na następne spotkanie na wtorek 30 stycznia. Tym razem miałam mało czasu i mało udało mi się zrobić. Ale mam naprawdę super promotora, który nie ma do mnie pretensji, tylko mnie wspiera. Porozmawialiśmy trochę i podrzucił mi znów parę fajnych pomysłów i książek. Szkoda tylko, że nie mam czasu, żeby je przeczytać! Ale wiem, że w końcu będę musiała ten czas znaleźć. Cóż, już raczej nie w tym roku, tylko w nastęnym. W każdym razie skoncentruję się na identyfikacji narodowej i "filmozofii" :)

Obiecałam dziś jeszcze Neilowi, że napiszę recenzję "Barbórki" i "Skazanego na Bluesa" do katalogu festiwalu zanim rodzina do mnie przyjedzie! Napisałam mu, że stawiam na te dwa filmy oraz "Odę do radości", ale jej nie pokaże, bo jemu się nie podobała. Ciekawa jestem dlaczego - wciąż czekam na jego odpowiedź :) Podobno napisał już parę negatywnych recenzji tego filmu, więc stwierdził, że nie może się teraz z tego wycofać i jakby nigdy nic pokazać film na festiwalu! :) Poza tym udało mi się załatwić sobie transport na imprezę świąteczną z pracy. Jedna z wykładowczyń wysłała do wszystkich pytanie mailem, czy ktoś szuka podwózki, więc się zgłosiłam. Nie wiem jednak nadal, jak potem wrócę. Może auobusem, jak będę w stanie, albo taksówką. Ale zaoszczędzę przynajmniej w jedną stronę :)))

Po pracy poszłam do kina na "Labirynt Fauna" i "Inflitrację". Oba bardzo mi się podobały, ale co do drugiego, to wolałam jednak oryginał, czyli "Infernal Affairs. Piekielna gra" z Hongkongu. Martin Scorsese jest bardzo dobtym reżyserem, Jack Nicholson był jak zwykle świetny, ale brakowało mi atmosfery pierwowzoru i mojej ulubionej sceny z początku filmu. Poza tym wolałam jednak Tony'ego Leunga i Andy'ego Lau niż Leonardo DiCaprio i Matta Damona :) Natomiast co do "Labiryntu Fauna", był dużo lepszy niż się spodziewałam. Poszłam na niego głównie dlatego, że dostał Złotą Żabę na tegorocznym festiwalu Camerimige, spodziewałam się więc świetnych zdjęć i je dostałam. Co do formy, wiedziałam zatem, czego się spodziewać, zwłaszcza po obejrzeniu reklamy, ale pozytywnie zaskoczyła mnie treść. Oba filmy gorąco polecam!

    

Faun i jego labirynt oraz Billy Costigan i Frank Costello - szef bostońskiej mafii.

niedziela, 10 grudnia 2006
Christmas nadchodzi! :)

252.

W piątek poszłam do pracy zadowolona z faktu, że to już ostatni dzień tygodnia. Rano skończyłam pisać raport ze spotkania wydziału Psychologii i wysłałam go mailem do dyrektorki kursu. Potem dokończyłam pozostałe prace, które mi zlecono. O 13 poszłam na lunch, ale zjadłam tylko parę kanapek, bo nie chciało mi się nic gotować. Potem wróciłam do pracy i chciałam tylko jakoś przeczekać do 17. Niestety, moja nowa szefowa poprosiła mnie, żebym poszła zanieść pocztę na dół. Nie cierpię tego robić, bo mam uraz, a poza tym trzeba zjechać na sam dół, a tam jest zimno. Babka, która zwykle to robi, poszła wcześniej do domu. Moja kolej wypada tylko raz w tygodniu, w środę rano, ale wtedy robię to po drodze do pracy, więc jestem jeszcze w kurtce. A teraz pojechałam bez i zmarzłam. W dodatku jak tylko wróciłam, ktoś przyniósł parę listów i musiałam tam jechać jeszcze raz! W ogóle mnie przegonili w górę i w dół, bo musiałam jeszcze pójść dwa razy do drukarni na dole, żeby zanieść gazetkę wydziału "Kreatywnego Pisania" do druku. Akurat co do tego nie miałam wiekszych obiekcji, bo przypomniały mi się dawne, polskie czasy i jak my łamaliśmy nowy numer gazety...

Dostałam SMSa od Matthieu, w którym pytał, co u mnie słychać, bo dawno się nie odzywałam. Odpisałam mu, że byłam chora, byłam zajeta i byłam w Polsce :) Straciłam ostatnio kontakt z francuskim, więc stwierdziłam, że trzeba podtrzymywać tą znajomość. Zaprosiłam go z Niną, żeby przyszli w sobotę zobaczyć moje zdjęcia z polski i na Żubrówkę, ale nie mogli. Matthieu napisał, że ma nadzieję, że zaproszenie bedzie aktualne. Wreszcie wybiła upragniona 17 i wyszłam z pracy. Poszłam prosto do centrum, po drodze spotykając Gosię pod collegem. Nie rozmawiałyśmy zbyt długo, bo chciałam jeszcze zdążyć do apteki, żeby zrealizować receptę. Potem poszłam do Russian Restaurant zamówić stolik na Christmas dinner z moimi studentami polskiego. Drzwi były zamknięte, ale napisane było, że otwierają o 17:30, więc czekałam. Po 17:30 zaczęłam pukać. Wreszcie mnie ktoś usłyszał i wpuścił do środka. Zapłaciłam zaliczkę i mam jeszcze wpaść do nich za tydzień i powiedzieć, co kto chce zjeść, żeby mogli to wcześniej przygotować. Miejsce mi się spodobało i myślę, że będziemy się tam dobrze bawić . Stamtąd poszłam jeszcze do Morrisona po zakupy. Jak doszłam do domu, usiadłam do komputera i na "Youtube" oglądałam sobie stare polskie teledyski Edyty Bartosiewicz, Justyny Steczkowskiej i Kayah :)

W sobotę wstałam o 7:30, czyli jeszcze wcześniej niż do pracy. O 8:05 byłam już pod uniwersytetem i czekałam na Gosię. Wkrótce zjechały się autokary i wsiadłyśmy do jednego z nich. Udało mi się znów załatwić, że jechałyśmy na wycieczkę z uniwerku jako "helpers", czyli za darmo i jeszcze nam dawali 15 funtów na obiad. Musiałam tylko powiedzieć parę słów do mikrofonu, a Gosia liczyła, ile jest osób w autokarze :) Po godzinie byliśmy w Haworth - malowniczej miejscowości, w której obie byłyśmy już parę razy. Nie byłyśmy więc zbyt zainteresowane zwiedzaniem, tylko znalezieniem otwartej restauracji, w której mogłybyśmy zjeść śniadanie i napić się gorącej herbaty, bo mimo słońca był straszny mróz. Na szczęście znalazłyśmy otwartą galerię-sklep-kawiarnię, w której zaserwowali nam pyszne kanapki i sałatkę. Wydałyśmy na to połowę sumy przeznaczonej na jedzenie, ale było warto :) Potem przeszłyśmy się jeszcze po sklepach wzdłuż głównej ulicy i porobiłyśmy zdjęcia, m.in. pięknie udekorowanego na Święta domku, z którego leciał sztuczny śnieg! :)))

  

Kolędniczka i właściciel świątecznie udekorowanego domu ze sztucznym śniegiem w tle :)

O 11:30 ruszyliśmy do Grassington, gdzie odbywał się właśnie 25-ty Festiwal Dickensowski oraz świąteczny targ. Podobno są to tutaj bardzo znane i popularne atrakcje, więc już wrótce utknęliśmy w korku. I tu po raz kolejny zostałam zaskoczona, choć wydawało mi się, że nic mnie już w Anglii nie zaskoczy. Nagle przejechał koło nas - czyli pod prąd - samochód na sygnale, a za nim autokary. Nasz kierowca oczywiście dołączył do rządku i również zjechał na prawy pas. Jak wyminęliśmy już wszystkie samochody osobowe i minęliśmy pana w żarówiastej kurtce, który wstrzymywał ruch z naprzeciwka, zjechaliśmy z powrotem na lewy pas. Trzeba powiedzieć, że dbają tu o turystów :))) A było ich strasznie dużo! Cały rynek był pełen ludzi i trudno było nawet przejść! Zrobiłyśmy sobie z Gosią rundkę po miasteczku, zakończoną na rynku, gdzie czekałyśmy na paradę Św. Mikołaja. W końcu się zaczęła - najpierw szedł krzykacz, za nim orkiestra wolontariuszy, a na końcu na saniach ciągniętych przez renifery jechał Św. Mikołaj :) Trudno było robić zdjęcia w tych wąskich uliczkach, ale parę się nam udało :)

  

Zaprzęg Św. Mikołaja i krzykacz nawołujący przechodniów do wzięcia udziału w Paradzie Świateł.

Zadowolone i zmarznięte poszłyśmy na obiad do jednego z dwóch zajazdów w miasteczku :) Zapisałyśmy się na listę oczekującycj na stolik i cudem dopchałyśmy się do baru, żeby zamówić piwo. Potem wróciłyśmy do recepcji i wkrótce zwolnił się dla nas stolik pod oknem. Wybór nie był niestety zbyt duży - ja zamówiłam lasagne, a Gosia jagnięcinę z warzywami, choć w praktyce było to jedno warzywo - marchewka. Wydawać by się mogło, że dokonałam lepszego wyboru, ale moja lasagne była zrobiona po angielskau i w środku było pełno cebuli (której nie cierpię) i cukinii (którą nawet lubię, ale pasowała smakowo jak świni siodło :) No cóż, tak to już jest, jak się zaryzukuje typowo angielski obiad :) Wydałyśmy na to prawię całą resztę pieniędzy, więc na deser postanowiłyśmy już iść za własne, ale okazało się, że nie mamy juz czasu. Musiałyśmy wracać do autokaru, bo dochodziła 16. Jak ruszaliśmy, zrobiło się całkiem ciemno. Z powrotem w Bratfoot byłyśmy o 17:30 i poszłyśmy na deser do Love Apple :) A potem do domu, gdzie obejrzałam wreszcie dwa ostatnie polskie filmy - "Parę osób, mały czas"o Mironie Białoszewskim" i  świetną "Odę do radości" :)

    

"Parę osób, mały czas" i najbliższa mi z trzech części "Ody do radości" - "Warszawa".

Dziś obudziłam się o 10, choć wczoraj dopiero po 3:00 oderwałam się od komputera i poszłam wreszcie spać :) Poleżałam jeszcze trochę w łóżku, ale potem zdecydowałam się jednak pójść na 13 do kina. Poszłam na francuską komedię "Tais-toi" z Gérardem Depardieu i Jeanem Reno. Tutaj tytuł przetłumaczono jako "Shut up!" i wszyscy w muzeum mieli z tego powodu duży ubaw. Jak podeszlam do kasy powiedziałam, że chcę bilet na... i chwilę się zawachałam, a chłopak z kasy do mnie "Shut up?" Odpowiedziałam, że tak i oboje się uśmiechnęliśmy :) Jak podałam bileterowi bilet pod salą, spojrzał na mnie i spytał "Shut up? Co to za film?" Mówię mu "It's French". A on na to "Yes, it is" :) A teraz tłumaczę dla tych, co nie znają języków obcych - "Shut up" znaczy "zamknij się", a "It's French" oznacza przekleństwa :) Jak weszłam na salę jakaś babka za mną przeżywała, bo okazało się że zarówno kasjer, jak i bilter zagadywali ją tak samo jak mnie. Jej znajomi się uśmiali, a jak zaczynał się film, jej partner powiedział do niej "Shut up", co oczywiście wywołało gromki śmiech :) Jak to niewiele ludziom potrzeba, żeby się pośmiać. Komedia na szczęście też była zabawna, więc humor mi się poprawił :)

Gérard Depardieu i Jean Reno, czyli Ruby & Quentin.

Po filmie zabrałam się za sprzątanie i gotowanie. Porozmawiałam też chwilę z Malwiną. Okazało się, że nie może jechać po moją rodzinę do Londynu, bo nie ma urlopu, będę musiała więc szybko coś wymyśleć. Jak na razie jestem lekko załamana - nie mam dla nich noclegu i nie ma kto ich odebrać. A miało być tak pięknie! Mam nadzieję, że te Święta nie będą całkowitą porażką! O 17 przyszła do mnie Jessica, czyli Wanyu z Chin. Zaczęła mnie pocieszać i jak zwykle podtrzymywać na duchu. Właściwie czułam się, jakby udzielała mi lekcji życia, choć jest ode mnie parę lat młodsza :) Pożegnałyśmy się, bo w środę leci na ponad miesiąc do Chin. Po jej wyjściu zabrałam się za wrzucanie zdjęć z wczorajszej wycieczki na moją stronę www.fotki.com/annad9, a potem za uaktulanienie bloga. Od wczoraj słycham sobie pierwszej płyty Justyny Steczkowskiej. Czasem brakuje mi tu polskiej muzyki. Zaraz zabiorę się jeszcze za trzy ostatnie książki o Kieślowskim, bo muszę je wreszcie kiedyś oddać do biblioteki, a nie wciąż przedłużać czas wypożyczenia. Poza tym we wtorek mam kolejne spotkanie z promotorem i muszę mu udowodnić, że coś przez ten czas zrobiłam! No to do roboty!

 
1 , 2