Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
piątek, 28 grudnia 2007
Święta, Święta i ...

385.

W sobotę pakowałam się na wariata. Jak Gosia zadzwoniła, że wychodzi zaraz na autobus, do którego miałam dosiąść, dopiero zakładałam rajstopy! :) Ale zdążyłam, dosiadłam i razem dojechałyśmy na dworzec, gdzie czekałyśmy na Kingę. Kierowca autobusu na lotnisko zażartował, że nie mamy co tam jechać, bo z powodu mgły odwołali wszystkie loty. Później okazało się, że nie był to do końca żart, bo w Londynie naprawdę wiele lotów odwołano. Ale nie u nas - u nas były tylko opóźnione. Odkąd kupiłyśmy z dziewczynami bilety, planowałyśmy że jak przyczynimy się lekko do spóźnienia naszego samolotu do Amsterdamu, to możemy nie zdążyć na ostatni samolot do Warszawy i zostaniemy tam sobie na noc na koszt KLMu :) Okazało się jednak, że nie musimy nic robić! Nas samolot do Amsterdamu było spóźniony ponad godzinę i jak już dolecieliśmy, to nasz samolot właśnie odleciał. Stanęłyśmy więc w długiej kolejce, żeby przełożyć bilety na niedzielę rano. Oprócz nas w tej kolejce stało parę osób z Polski, Francji, Hiszpanii, Anglii, Rosji i pewnie z jeszcze paru krajów. Stewardesy podawały nam butelki wody i kanapki, ale kolejka przesuwała się bardzo wolno, a dziewczyny panikowały, że będziemy spać na lotnisku. Uspokajałam je, że KLM to porządna firma i muszą nam dać pokój w hotelu.

Po trzech godzinach stania w kolejce, kiedy byłyśmy już dość blisko okienka, powiadomiono nas, że punkt za chwilę zostanie zamknięty, ponieważ dochodzi północ. Zapewniono nas również, że wszyscy mamy zapewnione miejsce w hotelu, musimy się tylko zgłosić do biura KLM, przy Przylotach. Ludzie rzucili się znów biegiem, żeby zająć kolejną kolejkę. Ja z Kingą też pobiegłyśmy przodem, a Gosia złapała dla nas kupony z przeprosinami od KLMu, gdzie były karty telefoniczne i 10 euro na posiłki. Stanęłyśmy znów w kolejce, gdzie tym razem kierowano nas do hotelu i dawano torbę z najbardziej potrzebnymi rzeczami. Znajdowała się tam koszulka i skarpetki oraz najbardziej potrzebne kosmetyki. Poszłyśmy na autobus, który zawiózł nas wszystkich do hotelu, gdzie czekała na nas szwedzki bufet. Poszłyśmy więc najpierw coś zjeść, bo mieli go serwować tylko do 1 w nocy, a była już 24:30. Dopiero po 1 dotarłyśmy więc do pokoi. Każda z nas dostała oczywiście osobny pokój z dwoma łóżkami w hotelu koło lotniska. Ja wybrałam sobie pokój numer 222 :) Byłyśmy zbyt zmęczone, żeby jechać do miasta. Zadzwoniłyśmy tylko na informację KLM, korzystając z darmowej karty, żeby dowiedzieć się, że nasze bilety zostały przebukowane na poranny lot o 9:20. Zamówiłam więc budzenie na 6 rano, ale zanim weszłam do wanny i wyłączyłam telewizor, dochodziła już 3 rano. Spałam więc tylko 3 godziny.

O 6 obudził mnie budzik, a chwilę potem telefon z recepcji. Wzięłam prysznic, spakowałam się i o 6:30 spotkałam się z dziewczynami na korytarzu. Poszłyśmy na śniadanie, a potem o 7 wsiadłyśmy w autobus i podjechałyśmy na lotnisko. Zadowolone, że wszystko się tak dobrze skończyło, poszłyśmy na odprawę paszportową. Stanęłyśmy w kolejce, żeby podać numery naszych walizek, których nie widziałyśmy od zeszłego dnia, nie zostały nam bowiem wydane. Tam okazało się jednak, że najpierw musimy się odprawić w maszynie. Po włożeniu mojego paszportu, okazało się, że nie mogę się odprawić. Dziewczynom też się nie udało. Odesłano nas do kolejnej kolejki, a one znów zaczęły narzekać, że to specjalnie, żebyśmy traciły czas i nie zdążyły na ten samolot. Stanęłam więc w kolejce do oblężonego punktu KLM, a one do jednej z kolejek, do których nas odesłano. Mi się udało dotrzeć pierwszej do okienka, więc Kinga przyszła do mnie i ustaliłyśmy, że Gosia będzie puszczać po jednej osobie. Ale wkrótce ją zawołałyśmy, bo miła pani w okienku powiedziała, że nie uda się nam na pewno polecieć tym samolotem KLMu o 9:20, bo zarezerwowano  na niego o 20 biletów za dużo. Zamiast tego zaproponowała nam lot LOTem o 10:20.

Udało jej się wydać nam karty pokładowe z numerami miejsc i powiedziała, że na pewno nim polecimy. Trochę nas to pocieszyło, bo w tym hotelu w Amsterdamie słyszałyśmy od ludzi, że siedzą tam już drugi lub trzeci dzień! Nam się na szczęście udało! :) Wsiadłyśmy w samolot, powiadomiłyśmy rodziny, że będziemy w Warszawie po południu i poleciałyśmy wreszcie do Polski. Na Okęciu okazało się, że walizki z Amsterdamu już czekają. Niestety, mojej wśród nich nie było, choć Gosia i Kinga od razu swoje znalazły. Musiałam więc zgłosić zagubienie bagażu i podać adres, pod który mieli mi go dowieźć. W mojej walizce były oczywiście wszystkie prezenty, więc miałam nadzieję, że dojedzie przed Wigilią. Powiedziano mi, że jeśli nie dostarczą mi go do poniedziałku w południe, to mam do nich dzwonić. Potem spotkałam się z rodziną i zabrali mnie do domu. Od razu weszłam do wanny i przebrałam się w świeże ubrania, bo już drugi dzień chodziłam w tym samym. Całe szczęcie, że mam jeszcze w domu trochę starych ubrań! :) Na 16:00 pojechaliśmy wszyscy do domu mojego najstarszego brata, na przedświąteczne spotkanie rodzinne. Ponieważ brat jechał na Święta z żoną do jej rodziców, więc od razu wręczyliśmy sobie część prezentów. Tylko moje nie dojechały :) Potem wróciliśmy do domu i poszłam wcześnie spać, bo już u brata zaczęłam zasypiać.

W poniedziałek o 8:20 obudził nas telefon. Dzwonił pan, który rozwoził zagubione walizki, żeby spytać, gdzie dokładnie mieszkamy. Jakiś czas później przywiózł moją walizkę i mogłam wreszcie wypakować prezenty! Pojechałam z siostrą po naszego brata, a potem zabraliśmy się wszyscy za przygotowania do Wigilii. Do mnie należało przygotowanie ślimaków, które w tym roku były jedną z atrakcji. Najpierw umyłam muszelki, potem wcisnęłam w nie ślimaki, a na koniec nałożyłam masło czosnkowe. Kiedy wszyscy już byli gotowi, zaczęliśmy Wigilię od małej przystawki, potem były ślimaki, a później łosoś – czyli wszystko jak każe polska tradycja :))) Najbardziej polski to był śledzik w śmietanie i surówka z cykorii, które zjedliśmy przed deserem i prezentami :) No a potem były prezenty! :))) A po prezentach oczywiście oglądanie filmów w telewizji :))) W domu tego nie mam, więc z przyjemnością obejrzałam w te Święta parę filmów (niektóre po raz nie wiem już który raz, bo co roku w telewizji puszczają to samo :))) I tak nam minął pierwszy i drugi dzień Świąt – jedzenie i telewizja na zmianę.

    

Nasza choinka i wigilijne ślimaki na półmisku z kaszubskim wzorem :)

W czwartek wstałam i pojechałam do dentysty na przegląd. Ostatnio ułamało mi się lekko szkliwo na jednym z zębów, więc dentystka od razu mi to wyszlifowała i już nie zahaczam językiem. Na jakiś czas mam więc spokój z zębami, ale następnym razem jak będę w Polsce znów pójdę na przegląd, bo w Anglii boję się iść do dentysty, nie wspominając już nawet o cenie takiej usługi! Po wizycie u dentysty pojechałam do fryzjera, z podobnych powodów – jak wytłumaczyć fryzjerce po angielsku, czego chcę, skoro nawet po polsku za dobrze sobie z tym nie radzę? :) W każdym razie zrobiłam sobie balejaż i podcięłam trochę włosy. Potem jeździłam z siostrą i z mamą po mieście próbując wyjąć pieniądze z któregoś z bankomatów, ale wszędzie pojawiała się wiadomość, że mój bank odmawia zgody! Na szczęście bez problemów mogę płacić kartą, ale jak tylko wrócę do Anglii, to pójdę do Barclaysa i ich ochrzanię, a być może zmienię nawet bank, bo zaczynają mnie już powoli denerwować. Najpierw nikt się do mnie nie odzywa w sprawie kredytu na mieszkanie, a teraz nie chcą mi wypłacić moich pieniędzy! Tutaj ma rodzinę, więc nie było problemu, ale gdybym była sama w jakimś obcym kraju? Mam nadzieję, że mają jakieś dobre wytłumaczenie! :)

Dzisiaj rano weszłam znów do wanny, bo w domu tego nie mam :) A potem po śniadaniu zaczęłam wysyłać SMSy do znajomych, do których miałam polskie numery telefonów, żeby się upewnić, kto przyjdzie się ze mną spotkać w sobotę wieczorem. Rozesłałam też maile i parę osób się odezwało i potwierdziło swoje przybycie. Ale jedna z moich koleżanek ze studiów odpisała, że nie będzie jednak w stanie przyjść, bo nie cały miesiąc temu urodziła córeczkę. Umówiłam się więc z nią na wieczór. Po południu pojechałam z siostrą odebrać brata z pracy, po drodze odwiedzając kuzyna, który pracuje niedaleko nas. Zjedliśmy rodzinny obiad, a później zebrałam się z siostrą i podjechałyśmy do sklepu z zabawkami dla dzieci, żeby kupić coś dla córeczki mojej koleżanki ze studiów, do której umówiłyśmy się na 18. Wyjeżdżając zapomniałam z domu paru rzeczy – między innymi aparatu fotograficznego, dowodu osobistego (a miałam wreszcie odebrać nowy, który od prawie dwóch lat leży w moim ratuszu i czeka :) oraz prawa jazdy! W związku z tym muszę prosić siostrę, żeby mnie woziła. Zawiozła mnie więc na Kabaty, gdzie posiedziałyśmy chwilkę u mojej koleżanki ze studiów podziwiając jej śliczną córeczkę. A wracając do domu zatankowałyśmy na pobliskiej stacji benzynowej, bo planujemy jutro jechać do Kazimierza Dolnego!

sobota, 22 grudnia 2007
Schngen

384.

W czwartek przyniosłam hiacynta w doniczce, którego dostałam od głównej szefowej, z powrotem do pracy, bo zbyt mocno pachniał. O mojej bezpośredniej szefowej dostałam kartkę i czekoladki. O 12 pojechałam z dwoma babkami z administracji do Tramshead na Christmas Do. Usiadłam koło Ellie z Psychologii i profesor Brid. Razem wypiłyśmy na spółkę 2 butelki białego wina. Na przeciwko siedział Conrad z Psychologii, a moje szefowe przy drugim stoliku :) Bawiłam się zatem bardzo dobrze w dobrym towarzystwie :))) Po obiedzie moja szefowa rozdała dyplomy, za takie osiągnięcia jak pieczenie ciast i przypalanie tostów, czy też organizowanie Christmas Do (tą nagrodę dostał Jim :) Potem każdy wyciągał sobie prezent z dużego worka, do którego wcześniej je wrzucaliśmy :) Ja wyciągnęłam mieszadełka do koktajli - przydadzą się :) A prezent ode mnie - pozytywkę z melodią "Do Elizy" Beethovena, wyciągnęła bardzo fajna wykładowczyni z wydziału Social Work (Pomoc Społeczna). Po deserze ludzie zaczęli się powoli rozchodzić i z 30 osób zrobiło się 10, więc przenieśliśmy się od stołu na kanapy :) W pewnym momencie przyszła Debz z chłopakiem, ale nie na długo. Tymczasem Ellie się upiła, więc szefowa Psychologii zabrała ją do domu taksówką, zostałam więc sama z 3 akademikami :) Poszliśmy do pobliskiego pubu i tam dwaj z nich się pokłócili o to, jakie piwo jest najlepsze i jaki pub :) Chcieli się nawet bić, ale ich rozdzieliliśmy razem z Jimem, który jeszcze był najbardziej z nich trzeźwy :) Stwierdziłam, ze wystarczy mi już atrakcji na jeden wieczór i wróciłam do centrum ostatnim autobusem. W domu byłam po północy.

W piątek o północy weszliśmy do strefy Schengen! Dowiedziałam się o tym, że to nastąpi ponad tydzień temu, ale jakoś nie byłam pewna, czy mi się nie zdawało :) Na szczęście nie i teraz jesteśmy jeszcze bardziej w Europie niż do tej pory! O tym tak właściwie rozmawiałam z akademikami podczas Christmas Do - tłumaczyłam im, że jestem obywatelką świata i mam prawo wybrać, gdzie chcę mieszkać. Obudziłam się około 10:30, a o 11:30 umówiłam się z Gosią pod Alhambrą i poszłyśmy wymienić walizkę. Ta, którą mi odkupiła była za duża, ale niestety Gosia nie miała ze sobą rachunku, więc nie chcieli nam jej wymienić. Zgodzili się jednak, że wystarczy wyciąg z konta, na którym będzie dowód transakcji. Na szczęście Gosia płaciła wtedy kartą, więc poszłyśmy do banku po wyciąg. Potem zamieniłyśmy walizkę na mniejszą i poszłam do domu. Najpierw zrobiłam pranie, a w międzyczasie zjadłam obiad - ziemniaki, warzywa i jajko sadzone. Później pojechałam do Tesco na ostatnie zakupy przed wyjazdem. Nie udało mi się oczywiście znaleźć tego, co szukałam, ale kupiłam przynajmniej ryż na sushi, które mam zamiar wkrótce znowu zrobić. W domu porozmawiałam chwilę z rodziną przez SKYPE'a i wypytałam ich o pogodę :) Potem spakowałam walizkę i bagaż podręczny.  Przed 20 odwiozłam Gosi wagę i wypiłyśmy po piwku. Potem na 20:30 poszłam do Titus Salt pub na ostatnie w tym roku Kółko Francuskie! :) W pubie był straszny tłum, bo to tak zwany "Czarny piątek" - wszyscy po pracy poszli świętować Boże Narodzenie - czyli się upić :) Posiedzieliśmy tam chwilę, a potem wsiedliśmy w taksówkę i pojechaliśmy do Conrada. W domu byłam przed 2:00.

Dziś wstałam około 11, ale najpierw usiadłam do komputera. Odpisałam jeszcze na parę maili i w międzyczasie zjadłam śniadanie. Potem wzięłam prysznic i czekam, aż Gosia zadzwoni. Mam wsiąść do tego samego autobusu i razem pojedziemy na Interchange. Tam będzie na nas czekać Kinga i wszystkie trzy pojedziemy na lotnisko. Lecimy KLM do Amsterdamu, a tam mamy przesiadkę do Polski. Ale prawdę mówiąc mamy nadzieję, że samolot się spóźni i ucieknie nam ostatni samolot do Warszawy, a wtedy będą musieli nam zapłacić za hotel w Amsterdamie, bo następny jest dopiero rano. A to oznacza, że zabalujemy w Amsterdamie, a do domu przylecimy dopiero w niedzielę rano :) No zobaczymy, czy się nam uda :))) Na razie trochę się martwię bagażem, bo wyszło mi, że w głównym mam nadwagę. Ale w podręcznym mam niedowagę i w sumie nie przekroczyłam razem 30 kilogramów, ale nie wiem, czy nie każą mi się przepakowywać na lotnisku. W najgorszym wypadku wyjmę laptopa, wezmę go do ręki, a do plecaka wrzucę coś z walizki. Ale mam nadzieję, że nie będą robić problemów. Będę się powoli zbierać, bo za półgodziny wychodzę, a muszę jeszcze spakować komputer :) I dziś muszę jeszcze wziąć ze sobą paszport, ale pewnego dnia wystarczy mi dowód - podobno już za trzy miesiące ma być zdjęta kontrola paszportowa na lotniskach :) Żyjemy w Globalnej Wiosce. Szkoda tylko, że jak twierdzą niektórzy, to Amerykańska Globalna Wioska :))) I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! :) I do zobaczenia w Warszawie :)))

środa, 19 grudnia 2007
Severine przyjechała! :)

383.

W poniedziałek w pracy zobaczyłam, że Leah ustawiła na szafce za nią wszystkie kartki świąteczne, które dostała w pracy i postanowiłam zrobić to samo :) Poszłam do domu na lunch i przyniosłam także kartki od moich studentów i poukładałam wszystko na parapecie :)  Razem zebrałam 15 kartek, czyli więcej niż Leah :) Około 15:00 Philipp przyszedł do mnie do pracy i wziął mój klucz. Miał odebrać Severine o 16:10 z Interchenge'u i zabrać ją do mnie, a ja miałam dojść do nich po 17:00. Ale autobus Severine był spóźniony, więc spotkałam się z Philippem u mnie, a potem razem pobiegliśmy po Severine na dworzec :) Potem wróciliśmy do mnie i postanowiliśmy iść na 19:30 do Love Apple na salsę. Najpierw jednak poszliśmy do Douglas Towers spotkać się z Betty - jedną z wolontariuszek z Francji. Tam Philipp zdecydował, że musi coś załatwić i dojdzie do nas później, ale udało się nam za to namówić Betty na salsę i poszłyśmy we trzy do Love Apple. Już zdążyłam zapomnieć, jaki to ubaw! :) Świetnie się bawiłam podczas lekcji, mimo iż oczywiście Sergiusz tez przyszedł :) A potem tańczyliśmy wszyscy do 23:00. W międzyczasie doszedł do nas Paweł, a potem także Philipp. Wyszliśmy razem i poszliśmy do mnie po torbę Severine, która zdecydowała, że będzie spała na squacie. Wyszli ode mnie razem, ale Philipp powiedział im, że czegoś zapomniał i za chwilę wrócił, żeby się ze mną pożegnać. Wyszedł dopiero po północy...

We wtorek szefowej nie było w pracy, więc zabrałam się wreszcie za odpisywanie na zalegle maile. Na lunch poszłam znów do domu, a po pracy prosto do łóżka z laptopem i zaczęłam oglądać film z Dustinem Hoffmanem i Natalie Portman "Mr. Magorium's Wonder Emporium" (Pana Magorium Cudowne Emporium). Pożyczył mi go jeden z akademików. Film dopiero wszedł do kin, więc była to nielegalna kopia. Dźwięk był strasznie zjechany i co jakiś czas ktoś szedł do ubikacji i zasłaniał kawałek ekranu :) Jeszcze nigdy nie widziałam filmu nagrywanego w kinie, ale akurat na ten film do kina nie warto iść. Dobrze, że go widziałam za darmo! W połowie filmu zadzwoniła Severine pytając, czy  może przyjść zaraz do mnie z Uxią. Ubrałam się więc i poczekałyśmy na Philippa, a potem poszliśmy wszyscy do Deliusa na drinka. Tam spotkaliśmy Maćka, który w czwartek wraca do Polski i zapytał nas, czy idziemy wieczorem z jego znajomymi na "Pub crawl", czyli wycieczkę po pubach :) Ale mieliśmy już inne plany na wieczór - najpierw o 21 odprowadziliśmy Uxię na dworzec, a potem mieliśmy iść na coś do kina, bo mamy darmowe bilety do wykorzystania. Ale co chwilę zmienialiśmy zdanie i w końcu Philipp, który przez cały wieczór był trochę nie swój, poszedł do domu się uczyć, a ja z Severine do Chińczyka coś zjeść. Potem wróciłyśmy do mnie po jej torbę, którą przywiozła jej Uxia i po północy Severine sobie poszła, a ja skończyłam oglądać film.

Dzisiaj szefowej nadal nie było w pracy, więc odpisałam na resztę maili. Przejrzałam też zdjęcia z poniedziałkowej imprezy w Love Apple, które robił Nigel. Niemal w tym samym czasie zaczęliśmy chodzić na lekcje salsy i tam go poznałam, a potem także jego żonę. W poniedziałek widziałam ich po raz pierwszy po dłuższej przerwie i wymieniliśmy się wreszcie telefonami :) Na szczęście jestem tylko na paru zdjęciach z poniedziałku, bo nie wyglądałam najlepiej :) Tylko na jednym wyszłam dość dobrze :) Potem poszłam na lunch do domu i ugotowałam ziemniaki, które kupili jeszcze Esthere i Ricardo. Do tego ugotowałam warzywa i zrobiłam jajko sadzone, więc zjadłam prawie prawdziwy obiad :) Po lunchu przyniosłam z domu kartki świąteczne dla wszystkich babek z administracji i rozesłałam mailem życzenia do reszty współpracowników. Do domu poszłam za 5 minut 17:00, bo już naprawdę nie miałam co robić, a byłam umówiona z Severine. Zanim przyszła, zdążyłam się przebrać w jeansy i coś zjeść. A potem poszłyśmy na 17:50 do kina Cineworld na "We Own the Night" (Królowie nocy). Film skończył się po 20 i odprowadziłam Severine na dworzec, skąd pojechała do Leeds na pożegnalną kolację Uxii i jeszcze jednej wolontariuszki, za którą nie przepadam. Dlatego wykręciłam się, szczególnie, że Uxią już się pożegnałam, a poza tym w styczniu ma znów wrócić do Bratfoot.  Wróciłam więc do domu i zabrałam się za pakowanie prezentów :)

    

Hoffman i Portman w filmie dla dzieci oraz Eva Mendes z Joaquinem Phoenixem dla dorosłych :)

niedziela, 16 grudnia 2007
Polskie Christmas Do! :)

 382.

W piątek miałam szczęście, bo jak przyszłam rano do pracy, to okazało się, że nie ma szefowej, więc bez problemu wyszłam tuż przed 10 mówiąc Leah, że muszę coś załatwić na mieście. Poszłam do budynku obok, gdzie miałam rozmowę o nową pracę. Najpierw zamknęli mnie w pokoju na 24 minut i kazali wykonać dwa zadania. Pierwsze polegało na tym, że musiałam napisać oficjalny list do studenta Harry'ego Pottera, a drugie na tym, że musiałam ustalić, w jakiej kolejności wykonam 6 zadań w ciągu mojego dnia pracy :) Tym listem to mnie trochę zaskoczyli. W dodatku osoba, którą sprawdzali przede mną zostawiła swój list otwarty na pulpicie, ale zobaczyłam go dopiero, jak już napisałam i wydrukowałam swój. Zobaczyłam jednak, że mogłabym w pewnym miejscu ulepszyć swój list, więc ten wydrukowany złożyłam i włożyłam do kieszeni. Jak miałam właśnie drukować poprawioną wersję mojego listu, weszła babka, żeby zaprowadzić mnie na rozmowę piętro niżej. Wcisnęłam więc "Drukuj" i dopiero pod salą czekając na rozmowę zorientowałam się, że wydrukowałam cudzy list! :) Wyjęłam więc ten pogięty z kieszeni i je podmieniłam :) Pomyślałam, że lepszy pogięty niż taki sam, jak poprzedniej osoby :))) Po jakimś czasie poproszono mnie do sali, w której siedziały dwie babki z administracji i jeden wykładowca. Zadali mi parę pytań i po jakiś 25 minutach rozmowy wyszłam i wróciłam do pracy. Nie było mnie więc jakąś godzinkę.

O  Leah stwierdziła, że boli ją głowa i że idzie do domu. I znów nie porozmawiałyśmy o zamianie stanowisk. Chyba Leah próbuje jej za wszelką cenę uniknąć. Wydaje mi się, że nie jest zachwycona tym pomysłem. O 13 poszłam do domu na lunch i wtedy zadzwoniła do mnie babka z komisji i powiedziała, że niestety zdecydowali się na kogoś innego, ale moja kandydatura była bardzo silna i że poszło mi świetnie, zarówno jeśli chodzi o zadania, jak i o rozmowę. Przyjęłam tą wiadomość ze spokojem, ale ta babka dodała jeszcze, że za miesiąc będą szukać kolejnej osoby na podobne stanowisko i zaczęła mnie namawiać, żebym znów aplikowała! :) Zabrzmiało to niemal tak, jakby chciała powiedzieć: "Tym razem się nie udało, ale następnym dam ci tą robotę!" :))) Obiecałam jej więc, że za miesiąc znów spróbuję :) Czeka mnie więc powtórka z rozrywki :) A razem ze mną także dziewczyny z Manchesteru, które mnie cały czas wspierały :) Myślę, że nadszedł już czas, żeby nadać im imiona. Moja znajoma z Manchesteru to Majka, a jej koleżanka to Magda. Obie przez prawie cały tydzień musiały wysłuchiwać moich wątpliwości. Ale chyba w końcu dobrze się stało, że sprawa się trochę odsunęła w czasie, choć martwię się trochę, czy mi się za miesiąc znów uda wyjść bez problemu na godzinę z pracy. Zobaczymy. Co ma być to będzie. Tymczasem wróciłam do starej pracy i wreszcie odetchnęłam, bo ten tydzień był dla mnie dość stresujący.

Po pracy poszłam do domu, a potem pojechałam do Morrisona po zakupy. Wróciłam o 19 i poszłam jeszcze do Jacksona, bo zapomniałam o paru rzeczach. Potem ogarnęłam trochę pokój, bo w tym tygodniu u mnie było kolejne Kółko Francuskie. O 20 byłam już gotowa na przyjęcie gości, ale nikt nie przychodził, a Conrad przysłała mi wiadomość, że on z kolegą przyjedzie około 21. Włączyłam więc znów płytę z polskimi kolędami i położyłam się na łóżku. Oczywiście zasnęłam :) Obudziłam się po 21 i spytałam Conrada, co się dzieje. W końcu dojechali, a chwilę później doszła jeszcze Sally. Zabraliśmy się za jedzenie i picie. Po 23 Sally poszła łapać ostatni autobus do domu, a po jakimś czasie doszedł Victor. Było nas zatem znów czworo. Na dworzu było strasznie zimno, więc tym razem nie otwieraliśmy okna, tylko chłopaki palili w łazience. Włączyłam im nawiew i wydawało mi się, że to naprawdę świetny pomysł, ale niestety okazało się, że zapach pozostał do dzisiaj :) Conrad zaprosił nas na swoje urodziny 2 lutego i powiedział, że Severine przyjeżdża w poniedziałek na tydzień do Bratfoot. W czwartek natomiast Uxia wraca do Hiszpanii, więc w środę czeka nas kolejna impreza. Na tej wypiliśmy na spółkę cztery butelki białego wina i jedno piwo :) Panowie wyszli dopiero o 5:30, więc zanim poszłam spać była 6 rano! :)

W sobotę wstałam po południu i poszłam do miasta po kartki świąteczne dla moich studentów polskiego. Potem poszłam na dworzec i odebrałam Magdę, która przyjechała na naszą wieczorną imprezę świąteczną. W domu wypisałam 30 kartek, a Magda pocięła wydruki z tekstem "Cichej nocy" i "Sto lat" :) O 17:30 wyszłyśmy z domu i poszłyśmy na autobus. W restauracji byłyśmy parę minut po 18 i zastałyśmy tam już parę osób. Okazało się, że stoły zostały podzielone na dwa pomieszczenia, więc jak zaczęło przybywać ludzi, to ci którzy przyszli później mieli usiąść w drugiej sali. Zamiast tego przestawili stoliki i dostawili je do naszych :) Zmieściliśmy się idealnie :) Każdej osobie dałam kartkę z życzeniami i teksty piosenek, a potem pomogłam kelnerowi zapanować trochę nad tym chaosem, mówiąc mu, co kto zamówił i zakreślając na kartce, kto już dostał dane danie :) Dopiero jak skończył je roznosić udało mi się na chwilę usiąść i zjeść pierogi z kapustą i grzybami. A potem sałatkę warzywną, naleśniki na słodko i makowca :) Potem Magda zaczęła robić zdjęcia, a w końcu jak wszyscy zjedli, zaśpiewaliśmy wspólnie "Cichą noc" i "Sto lat" :) Było to trochę niesamowite - 30 osób na sali, z czego tylko 4 z Polski, a wszyscy śpiewają chórem po polsku! :))) I jedzą polskie potrawy, popijając Żywcem :))) A około 21 wsiedliśmy w samochody i taksówkę i pojechaliśmy w 15 osób do Reflexu :) W domu byłyśmy z Magdą o północy :)

    

Sala pełna Anglików, którzy uczą się polskiego, śpiewają po polsku i piją Żywca :)

Dzisiaj wstałyśmy z Magdą po 10, ale zanim zjadłyśmy śniadanie i wyszłyśmy, było już po 13. Poszłyśmy do Narodowego Muzeum Mediów, a potem na obiad do Chińczyka. Po 17 odprowadziłam ją na dworzec, a sama wsiadłam w autobus do domu. Za jakiś czas przyszła Gosia z walizką i wagą, bo w piątek mam się pakować, a Gosia chce wiedzieć, czy zmieści mi się jedna z jej butelek. Ale trochę czarno to widzę, bo sama walizka waży 5 kilo! Przy okazji sama się zważyłam i lekko załamałam :) A po Świętach pewnie będzie jeszcze gorzej :))) Już się nie mogę doczekać! Jeszcze tylko trzy i pół dnia pracy i już za niecały tydzień będę w domu! :))) A potem wracam prosto do Manchesteru na Sylwestra u Magdy. Majka też tam będzie, tylko teraz nie przyjechała, bo poleciała już wczoraj do Polski. Musiała zmienić datę wylotu, bo jej lot też odwołali, choć to inne linie lotnicze. Widocznie wszyscy mają te same problemy. Porozmawiałam jeszcze dziś z rodziną przez SKYPE'a i ustaliliśmy parę szczegółów na temat mojego przylotu. Obiecałam sobie, że w czasie Świąt coś napiszę, bo na początku stycznia spotykam się z moim promotorem, ale trochę czarno to widzę :) Czas w Polsce, podobnie jak pieniądze, przelatuje przez palce :))) Ale naprawdę muszę się wreszcie zabrać za moje studia! :) I przestać imprezować oraz wydawać wszystkie pieniądze na podróże :) To lista moich postanowień noworocznych, których mam zamiar się trzymać! :)))

czwartek, 13 grudnia 2007
26 lat temu...

381.

Dzisiaj rano postanowiłam, że nie mogę się znów tak męczyć cały dzień jak wczoraj, więc spytałam Leah, kiedy będzie miała czas, żebyśmy porozmawiały na temat zamiany naszych obowiązków. Doszłam bowiem do wniosku, że jeśli nie dostanę jutro tej pracy, to przynajmniej będę miła pewność, że tu się coś zmienia na lepsze. A jak ją dostanę, to Leah pozna zakres moich obowiązków przed moim odejściem. Poza tym pomyślałam, że może powie mi coś o postgraduates, co przyda mi się na jutrzejszej rozmowie o pracę? Leah powiedziała, że da mi znać po południu, jak będzie miała czas, bo na razie jest zajęta. Chyba nie jest zachwycona tym pomysłem. A że dziś był "Give yourself a Break Day", czyli "Zrób sobie przerwę", więc o 12 poszłam do Atrium na darmowy masaż karku i szyi. To znaczy ja za niego nie płaciłam, ale ktoś musiał - pewnie uniwerek :) Jedno trzeba im przyznać - dbają tu o pracownika. Potem poszłam do domu na lunch, a po lunchu jeden z akademików, który mieszka w Liverpoolu i tylko tu dojeżdża, dał mi złoty balonik z napisem "800 lat Liverpoolu". Nie wiedziałam, że to już tyle lat! Niedawno obchodzili 30 lat odrodzenia miasta.

         

Stare zdjęcia Liverpoolu - zniszczone budynki i anglikańska katedra w tle oraz brzeg rzeki Mersey.

Po pracy poszłam do domu i położyłam się do łóżka. Coś mnie naszło i puściłam sobie płytę z kolędami w wykonaniu zespołów Mazowsze i  Śląsk, którą dostałam w zeszłym roku od rodziny na Święta. Może to dlatego, że od poniedziałku uczę moich studentów kolęd i śpiewaliśmy "Cichą noc", a z trzecim rokiem także "Wśród nocnej ciszy". Pozostałe dwie grupy uczyły się tylko "Cichej nocy" i zapowiedziałam im już, że w sobotę będziemy ją wszyscy śpiewać na naszym polskim Christmas Do :) O 18 :30 zwlokłam się zatem cudem z łóżka i poszłam na ostatnią w tym roku lekcję polskiego. Cieszę się, że mam teraz 3 tygodnie wolnego, bo naprawdę ledwo juz dawałam radę. Trudno jest dwa razy w ciągu dnia wstawać i iść do pracy :) A nawet trzy, licząc lunch, bo wtedy przeważnie też się kładę na chwilę na łóżko po jedzeniu :))) Po lekcji rozmawiałam ponad pół godziny z jednym z moich studentów, stojąc koło jego samochodu, mimo że zrobiło się strasznie zimno i rano nawet był szron. Ale mówił bardzo ciekawe rzeczy o swojej rodzinie i swoim ojcu, który dotarł do Anglii z armią Andersa. Po wojnie postanowił zostać i zmienił nawet nazwisko na bardziej angielskie.

Mój student miał 18 lat, kiedy zobaczył swoje świadectwo urodzenia i dowiedział się, jak się naprawdę nazywa! :) Poszedł do prawnika i zmienił z powrotem swoje imię i nazwisko na bardzo polsko brzmiące. Oprócz polskich, ma również włoskie korzenie. Jego brat na przykład uważa się bardziej za Włocha niż za Polaka. On natomiast teraz, kiedy jest już na emeryturze, postanowił nauczyć się polskiego, bo chce pojechać do Polski i odnaleźć swoje korzenie. Jego rodzina pochodzi z Kaszub. Wcześniej pracował jako nauczyciel i przez jakiś czas uczył nawet włoskiego :) Poza tym powiedział mi, że zakochał się kiedyś w Polce, która studiowała z Bratfoot i którą poznał na 2 tygodnie przed końcem jej wizy i wyjazdem z Anglii. A jak sam mówi, jemu też wcale łatwo nie było pojechać do Polski. Mówiliśmy o historii Polski i o tym jak się to wszystko wokół nas zmieniło. Na koniec powiedział mi, że jego ojciec umarł, kiedy w Polsce wprowadzono Stan Wojenny i żałuje, że jego ojciec nie dożył naszych czasów, kiedy to Polska, o którą walczył wreszcie odzyskała niepodległość i wojna nareszcie się skończyła. Wtedy zdałam sobie sprawę, że dziś mija 26 lat od wprowadzenia Stanu Wojennego...

    

To zdjęcie Chrisa Niedenthala jest dla mnie symbolem Stanu Wojennego. No i oczywiście jeszcze to!

środa, 12 grudnia 2007
Prezenty i problemy :)

380.

W poniedziałek nic ciekawego się nie wydarzyło - praca, dom (na lunch), praca, dom (drzemka przed polskim), praca, dom (spać). Za to we wtorek miałam dzień pełen wrażeń! :) Zaczęło się od tego, że rano miałam dywanik u szefowej. Poszłam przygotowana najlepiej, jak umiałam, ale i tak niepewna, w jakim kierunku zmierzy to spotkanie. No i zmierzyło w takim, że powiedziałam szefowej, iż to nie jest praca dla mnie i że wolałam zajmować się studentami postgraduate niż undergraduate. Szefowa podziękowała mi za szczerość, a przed końcem pracy powiedziała mi, że Leah, która zajmuje się postgraduates zgodziła się ze mną zamienić! :) Szczena mi delikatnie mówiąc opadła! :) Skąd nagle taka zmiana i czemu szefowa ni stąd ni  zowąd mówi, że chce, bym była zadowolona i szczęśliwa :) Duch Bożego Narodzenia ją nawiedził? A może dowiedziała się jakimś cudem, że idę w piątek na rozmowę o nową pracę i za wszelką cenę próbuje mnie zatrzymać? Bo beze mnie będą tu mieli lekki kocioł. A przez 4 tygodnie (tyle mam wypowiedzenia) nie znajdą nowej osoby. Jak wróciłam do mojego biura okazało się, że Leah  już poszła do domu, miałam więc trochę czasu, żeby przed rozmową z nią przemyśleć, co jej powiem.

Posiedziałam w pracy trochę dłużej, bo o 17:30 jechałam na wycieczkę do Trafford Centre, czyli wielkiego centrum handlowego pod Manchesterem. Anglicy są z niego bardzo dumni, ale prawdę mówiąc na mnie nie zrobiło wrażenia. Przypominało mi kasyna w Las Vegas - na przykład pomysł uliczki pod dachem z różnymi domami jest żywcem wzięty z hotelu i kasyna New York. Poza tym jestem ogólnie rzecz biorąc negatywnie nastawiona do zakupów i centrów handlowych - kościołów religii pieniądza. Wolę zwiedzać Bazylikę Św. Piotra w Rzymie niż Trafford Centre. Ale niestety dziś nie buduje się już kościołów, tylko centra handlowe. Cóż, takie czasy nastały. Teraz liczą się tylko pieniądze. Dlaczego w takim razie w ogóle tam pojechałam? Bo musiałam wreszcie kupić prezenty na Święta, a tam mają wszystkie sklepy pod jednym dachem. A jak wiadomo na nadmiar czasu nie narzekam, więc przynajmniej wiedziałam, że jak pojadę na tą wycieczkę, to kupię od razu wszystkie prezenty i jeszcze mnie odwiozą do domu. Dostrzegam więc praktyczną stronę centrum handlowych, ale niech nikt nie wymaga, żebym się nimi zachwycała. A taki był cel tej wycieczki - zwiedzanie :)

    

Główna kopuła Trafford Centre (The Dome) i The Great Hall.

W każdym razie pojechałam, bo jako "helper" dostałam darmowy bilet, a na miejscu kupony zniżkowe. Z jednego z nich skorzystałam od razu w jednym za sklepów, a z drugiego we francuskiej restauracji Cafe Rouge, gdzie zjadłam kolację. Jednocześnie rozmawiałam przez telefon ze znajomą z Manchesteru, która mnie uspokajała, żebym nie panikowała w związku z sytuacją zaistniałą w pracy. I pomyśleć, że kiedyś to ja jej mówiłam, jak wygląda życie w Anglii :) Ale teraz jest tu już rok i może coś poradzić :) Wydałam też trochę na siebie, kupując DVD z programem Michaela Palina "New Europe". Książkę już przeczytałam i teraz chcę zobaczyć program, bo już tyle na jego temat słyszałam! Zaraz po tym jak go pokazali w tutejszej telewizji prawie wszyscy mnie pytali, czy go widziałam! Parę osób stwierdziło, że ma teraz ochotę pojechać do Polski, szczególnie do Krakowa, a niektórzy po raz pierwszy w życiu słyszeli o Wieliczce. Jednym słowem odebrany był bardzo pozytywnie. Kupiłam resztę prezentów i kazałam je zapakować, naiwnie myśląc, że podobnie jak w Stanach, zrobią to za darmo. Tutaj jednak za zapakowanie 4 prezentów zapłaciłam 20 funtów :) Ale cóż, człowiek się uczy na błędach :)))

Dzisiaj dzień minął mi podobnie jak poniedziałek, z tą różnicą, że miałam dodatkowe atrakcje z wtorku, czyli problem pracy. Skoro szefowa jest skłonna iść mi na rękę bylebym tylko była szczęśliwa, to trochę głupio mi zacząć zamieniać się z Leah pracą, po czym po 3 dniach powiedzieć, że bardzo mi przykro, ale dostałam właśnie inną robotę i odchodzę :) Dlatego też kiedy Leah nic rano nie powiedziała, postanowiłam nie poruszać tematu. Domyślam się, że szefowa nie powiedziała jej jeszcze, że ja tez się zgodziłam i możemy się zamieniać stanowiskami. Może myślała, że ja to zrobię? :) W normalnej sytuacji na pewno nie mogłabym się doczekać, ale teraz mam naprawdę duży problem. A tak się cieszyłam z tego interview w piątek. A teraz przez cały dzień się denerwowałam i wymyślałam, co powiedzieć szefowej, jeśli mnie spyta, co się dzieje. Na szczęście nie spytała i dzień minął bez poruszania tematu. Ale jutro już się pewnie nie wykręcę i będę musiała porozmawiać z Leah :) Wieczorem na polskim śpiewałam ze studentami trzeciego roku kolędy "Cicha noc" i "Wśród nocnej ciszy". Pozostałe klasy uczę tej pierwszej, żebyśmy mogli ją wszyscy razem zaśpiewać w sobotę na naszym Christmas Do :)

niedziela, 09 grudnia 2007
Graduation i ciężki weekend :)

379.

W środę i w czwartek było Graduation, na które w tym roku nie dotarł nasz rektor Imran Khan. Patrząc na szczęśliwych absolwentów w czarno-żółtych i czerwono-żółtych togach, poczułam znów motywację do skończenia moich studiów. I to im szybciej tym lepiej :) Przez cały ten tydzień, od poniedziałku włącznie, kupowałam sobie rano Pepsi, żeby nie zasnąć nad nudną robotą - sprawdzeniem czy wszyscy studenci, których mamy już prawie 900, mają w systemie poprawne dane. Zajęło mi to praktycznie cały tydzień, z przerwami na odpisywanie na prywatne i służbowe maile, czytanie cudzych blogów, pogawędki z tzw. akademikami (academic staff :) czy jedzenie kanapek i picie herbatek :) A w czwartek szefowa wysłała mi maila, w którym stwierdziła, że jeśli nie mam nic do roboty, to mogłabym sprawdzić akta wszystkich studentów! Będę więc miała co robić w przyszłym tygodniu :) Po pracy szłam do domu i kładłam się na chwilę do łóżka, a potem na 19 szłam na polski. Udało mi się wreszcie zebrać pieniądze i ustalić do końca nasze menu na polskie Christmas Do 15 grudnia. W czwartek po polskim poszłam z Wanyu do Tree House z butelką Smirnoff Ice, a potem poszłam do domu, gdzie przyjechała Nina z Tonym, żeby się ze mną pożegnać przed jej powrotem do Francji następnego dnia o 8 rano. Wyciągnęłam ich do Deliusa, gdzie namówili mnie na Tequile. Był tam Maciek ze znajomymi, a potem doszedł do nas jeszcze Paweł, Philipp i jeszcze parę znajomych osób. O 2:00 zamykali, więc wyszliśmy i Philipp odprowadził mnie do domu...

W piątek poszłam do pracy nieprzytomna, tymczasem okazało się, że Nina nie wstała na autobus i pojechała dopiero w sobotę! A ja dla niej zawaliłam noc w środku tygodnia! :) Przed lunchem udało mi się wreszcie skończyć to sprawdzanie i po powrocie z lunchu zabrałam się za nasze świąteczne menu. Podliczyłam wszystko i wyszczególniłam na kartce, którą wydrukowałam. Zapłaciłam też już za moje Christmas Do z pracy, na które idziemy w czwartek 21 grudnia po południu. Potem tzw. adminy (admin = administrative staff) zaczęły wymieniać maile intranetem, o tym, że jeśli któryś z akademików zachoruje, to kogo musimy o tym zawiadomić. Jak przeczytałam, że jedna z babek miała zażalenie z Biura, które zajmuje się niepełnosprawnymi, że jedne z naszych zajęć nie były odwołane i zaproponowała, żebyśmy korzystały z Blackboard do informowania o takich zmianach, to nie wytrzymałam i też im odpisałam. Napisałam, że wrzuciłam informację na Blackboard, wysłałam SMSy i maile do studentów i na koniec zapytałam retorycznie, co jeszcze możemy zrobić. A potem dodałam lizusowsko, że może powinniśmy zawiadamiać też to Biuro od niepełnosprawnych. Szefowa odpisała, że mój pomysł jest bardzo dobry i od dziś mamy to robić! :) Po pracy poszłam na drinka z ludźmi z wydziału Psychologii. Było dość nudno i rozmawiało mi się dobrze tylko z nowym pracownikiem i jego żoną. O 19 zmyłam się więc do domu, spakowałam plecak i poszłam na Interchange. Mój autobus trochę się spóźnił, więc do Manchesteru dotarłam dopiero o 20:20.

Czekała już na mnie znajoma i razem pojechałyśmy do domu jej koleżanki, który wygląda prawie jak pałac :) Wchodzi się na korytarz z wielkimi schodami, prawie jak w "Przeminęło z wiatrem" :) Musiała tam kiedyś mieszkać bogata angielska rodzina. A teraz każdy z 7 pokoju wynajmuje ktoś inny. Poznałam jednego ze współlokatorów - Irlandczyka, który napił się z nami Malibu. Opijałyśmy fakt, że moja znajoma wytrzymała już rok w Anglii! :) W styczniu będę opijać własne 3 lata :))) Ale ten czas leci! Zanim się człowiek obejrzy, mija rok za rokiem. Po północy i wypiciu całej butelki, wsiadłyśmy ze znajomą w taksówkę i pojechałyśmy do niej. Spałam znów u niej w salonie, gdzie czuję się już prawie jak u siebie w domu, tak często ostatnio tam śpię :) Obudziłam się o 10 rano i wypisałam pocztówki świąteczne, bo miałyśmy wejść na pocztę, ale w końcu nie wyrobiłyśmy się czasowo. Wzięłam kąpiel i po śniadaniu wsiadłyśmy w taksówkę, żeby na 13 dojechać do galerii Cube na prezentację jej współlokatorki, która jest artystką (jak sama mówi :) Do tej pory robiła zdjęcia popsutym kaloryferom, a teraz postanowiła pojechać na Arktykę i uwiecznić to na zdjęciach. Na razie przeszła obóz przygotowawczy gdzieś w Skandynawii. Po prezentacji poszłyśmy w czwórkę - z koleżanką mojej znajomej i jej siostrą - na bufet do Chińczyka, a potem do sklepu, zanim o 17 znajoma odprowadziła mnie na dworzec, gdzie wsiadłam w autobus do Bratfoot. Spotkałam w nim Sergiusza i nie miałam wyboru - musiałam przegadać z nim całą podróż! Dobrze, że to tylko godzina!

Na Interchange'u wsiadłam w autobus do domu. Tam zostawiłam plecak i wyszłam. Akurat jechał autobus, więc wsiadłam w niego i podjechałam z powrotem na Interchange, gdzie wyjęłam z bankomatu 200 funtów, żeby zapłacić wreszcie za naszą świąteczną imprezę. Wsiadłam w autobus i podjechałam do Kingi, która mieszka zaraz obok Lister Parku i gdzie w tym samym czasie doszła Gosia. Poszłyśmy więc razem do Cartwright Hotelu, gdzie czekał już na nas Shaz. Zamówiłam tym razem kotlet z ziemniaczkami i surówką, ale następnym razem wezmę jednak pierogi :) Po jakimś czasie dojechała Malwina z chłopakiem. Wręczyłam szefowi hotelu nasze świąteczne zamówienie i pieniądze, więc za tydzień wszystko będzie gotowe. Po jedzeniu wyszliśmy i Shaz odwiózł Gosię do domu, a my pojechaliśmy we czwórkę do Malwiny na piwo, a potem do klubu Revolution. Tam trochę potańczyłam, ale byłam już zmęczona i po jakimś czasie maiłam już całkiem dość. Ale zostałam, bo to było urodziny Kingi i nie chciałam jej robić przykrości. Chłopak Malwiny pewnie nie będzie tego pamiętał, ale chciał mnie swatać z jakimś swoim kolegą :) Poza tym tłumaczył mi, że muszę zawsze super wyglądać, bo faceci zwracają na to uwagę. A gdzie jest napisane, że ja się muszę zawsze podobać? Bo nie przypominam sobie, żebym podpisywała jakąś umowę :) Chyba, że to było na dole małymi literkami :))) Dla mnie to był naprawdę ciężki weekend, ale jakimś cudem dotrwałam do 2 rano, a potem poszłam do domu i padłam wreszcie wyczerpana do łóżka.

Dziś obudziłam się tuż przed 14, wzięłam prysznic i poszłam do sklepu. Potem poszłam z siatami do Gosi na zupę pomidorową. Odkupiła mi walizkę, bo pożyczyła ją ze dwa razy ode mnie i za każdym razem coś było popsute. Zaczęłam jej więc używać do przewożenia prania z domu do pralni. Ostatnio złamała się jej nóżka i niedługo do niczego nie będzie się już nadawać. Gosia kupiła nową i chciała mi ją oddać, ale powiedziałam, żeby ją zatrzymała, a ja kupię sobie nową, na którą obie się zrzucimy. Zjadłyśmy pyszną zupę pomidorową, a potem pojechałam do domu i poszłam szybko wrzucić pranie. Tymczasem przyszedł Paweł, żeby skorzystać u mnie z Internetu. Po jego wyjściu poszłam do pralni po rzeczy i jak wracałam, walizce odpadło kółko, więc teraz na pewno już ją wyrzucę. Wieszając pranie porozmawiałam ze znajomą z Polski przez SKYPE'a, która poleciła mi stronę "Moja klasa", na której można znaleźć ludzi, z którymi chodziło się do podstawówki czy do liceum. Potem usiadłam do Internetu i jak skończę uzupełniać bloga, to idę spać. Co za weekend! Mam już dosyć imprez. Powoli zaczynam dojrzewać do tego, że wolę posiedzieć w domu i poczytać książkę w łóżku czy nawet poszperać w sieci, niż imprezować za wszelką cenę. Poza tym muszę ograniczyć rozrastające się grono znajomych i zabrać się wreszcie za swoje studia! Takie będą chyba moje postanowienia noworoczne :)

wtorek, 04 grudnia 2007
Do Glasgow i z powrotem :)

378.

W czwartek nie było szefowej w pracy, więc wydrukowałam rezerwacje noclegów w Glasgow oraz bilet dla Gosi do Polski na Święta. Spotkałam się z nią w czasie lunchu, więc od razu jej go dałam i odebrałam od niej klucz do mojego mieszkania, żeby dać go Esthere, zaproponowałam jej bowiem, żeby zatrzymała się u mnie ze swoim chłopakiem na weekend. W domu zjadłam bigos od jednej z moich studentek, a potem wróciłam do pracy i jakoś dotrwałam do 17. Po pracy położyłam się znowu spać na godzinkę, a potem poszłam na 19 na lekcję polskiego. Po lekcji jak zwykle poszliśmy z Wanyu i Davidem na drinka. Dołączyła do nas znajoma Polka, która chodzi na hiszpański i wszyscy razem poszliśmy najpierw do sklepu po Smirnoff Ice i czerwone wino, a potem do Tree House, żeby coś zjeść, napić się i porozmawiać. Do domu wróciłam o 22:30.

W piątek nadal nie było szefowej, więc zabrałam się za odpisywanie na prywatne maile. Wybrałam też ze świątecznego menu co zjem na Christmas Do, na które wybieramy się wszyscy z pracy w czwartek 20 grudnia po południu. Oznacza to, że będziemy pracować tylko do południa, a potem jedziemy wszyscy do Saltaire i balujemy do rana, bo w piątek - jak się niedawno dowiedziałam - mamy wolne! :) Gdybym wiedziała wcześniej, to kupiłabym bilet do Polski na 21, a nie 22 grudnia! Pewnie byłby tańszy, bo większość ludzi jeszcze w piątek pracuje. Ale tak przynajmniej będę miała trochę czasu przed wyjazdem, żeby posprzątać mieszkanie, bo ostatnio w ogóle nie mam kiedy! Na lunch poszłam jak zwykle do domu, spakowałam plecak na wyjazd i poczekałam na Esthere i Rodrigo, żeby ich wpuścić do domu przed powrotem do roboty.

Wyszłam z pracy o 17, czyli o pół godziny wcześniej niż zwykle, żeby zdążyć na pociąg. Weszłam do domu, żeby się przebrać i wziąć plecak, a potem poszłam na Interchange i pojechałam pociągiem do Leeds. Miałam trochę czasu, więc kupiłam sobie sushi w Bootsie i spokojnie zjadłam, bo okazało się, że mój pociąg ma 20 minut spóźnienia. W końcu przyjechał i po wyproszeniu jakiejś pani z zarezerwowanego przez mnie miejsca, usiadłam i zasnęłam :) Potem przeczytałam do końca "Pianę dnia" Borisa Viana, a pociąg tymczasem nadrobił spóźnienie i o 22:30 byłam już w Glasgow! Umówiłam się SMSami z kuzynką mojej znajomej ze Stanów, że nie będą na mnie czekali na dworcu, tylko spotkamy się od razu w hotelu, który zarezerwowałam, bo tam mieli bliżej niż na dworzec. Z wydrukowaną z Google mapą w ręku ruszyłam więc w miasto.

Przed 23 dotarłam do McLays Guest House, zapłaciłam za pokój i zaniosłam tam swoje rzeczy. Potem wróciłam do recepcji i czekałam na Beatkę. Nie widziałam jej 10 lat, więc uśmiechałam się do każdej blondynki, która wchodziła do hotelu :) Na szczęście w ogóle się nie zmieniła, więc poznałyśmy się bez problemu. Jej kuzynka i kuzyn oraz dwaj jego koledzy stali na dole, więc wyszłyśmy do nich, żebym ich poznała. Ustaliliśmy, że Beatka zostawi tylko rzeczy w pokoju i pójdziemy razem do jakiegoś klubu. Beatce na szczęście podobał się hotel, który wybrałam, choć nie był zbyt nowoczesny. Ale stwierdziła, że to i tak lepsze niż spanie z 3 chłopakami w jednym pokoju! :) Jej kuzynka, która studiuje w Glasgow, zaprowadziła nad do pobliskiego klubu ABC, w którym pod sufitem wisiała ogromna srebrna kula (podobno największa w Europie :) Potańczyłam z paroma przystojnymi chłopakami (szczególnie z jednym :) aż w końcu około 2:30 wróciłyśmy do hotelu.

    

Podobno największa w Europie srebrna kula pod sufitem i klub ABC z zewnątrz za dnia :)

W sobotę rano obudziłam Beatkę o 8:30, bo śniadanie podawali tylko do 9. Założyłam spodnie i sweter na piżamę i poszłyśmy, a po śniadaniu wskoczyłyśmy z powrotem do łóżek :) Pokój musiałyśmy zwolnić do 11, więc wstałam o 10 i korzystając z tego, że mamy wannę, wzięłam kąpiel (bo w domu tego nie mam :) a Beatka wstała o 10:30 i o 11 wyszłyśmy. Poszłyśmy do jej kuzynki, która obudziła chłopaków i jak zjedli śniadanie i w końcu się zebrali, było już po 13 :) Poszliśmy do Kelvingrove Art Gallery i Museum, gdzie była akurat czasowa wystawa kreacji Kylie Minogue :))) Przeszliśmy całe muzeum, a potem ruszyliśmy na spacer w stronę Uniwersytetu. Niestety, zaczęło padać, więc weszliśmy do jakiegoś pubu na lunch. Nazywał się "Vodka Wódka" i miał w logo polską flagę, ale nikt z obsługi nie potrafił mi wytłumaczyć dlaczego :)

      

Kelvingrove Art Gallery i Museum oraz pub "Vodka Wódka" z dużym wyborem polskich wódek :)

Jak wyszliśmy, nadal padało, więc weszliśmy do kolejnego pubu, a potem do jeszcze jednego, zanim około 20 dotarliśmy z powrotem do domu tej kuzynki. Chłopaki postanowili iść do jakiegoś klubu ze striptizem, a ja z Beatką wsiadłyśmy w taksówkę i pojechałyśmy do hotelu Express by Holiday Inn, gdzie zarezerwowałam nam drugi nocleg. Zapłaciłam za pokój i poszłyśmy zostawić bagaże na górze, a potem zeszłyśmy na dół do baru i zamówiłyśmy coś do jedzenia i butelkę białego wina :) Niestety, Beatka wypiła tylko pół kieliszka, więc musiałam sama wypić resztę :) Wzięłyśmy nasze kieliszki do pokoju i dokończyłyśmy już w leżąc w łóżkach :) Poszłyśmy spać tuż po północy, bo poprzednią noc przegadałyśmy prawie całą i spałyśmy tylko 4 godziny :) Miałyśmy obie wrażenie, jakbyśmy widziały się dopiero wczoraj, a nie ponad 10 lat temu! :)

W niedzielę wstałyśmy o 6:30 i poszłyśmy na śniadanie, a potem prosto spacerkiem na lotnisko. Chłopaki już tam byli i oddałam Beatkę pod ich opieka, a sama wróciłam do hotelu. W recepcji zapytałam o moją komórkę, którą zostawiłam na stole przy śniadaniu :) Na szczęście ją znaleźli, bo miałam się później skontaktować i spotkać z kuzynką Beatki! Było dopiero po 8 rano, więc poszłam jeszcze na godzinkę spać. Potem wstałam, wzięłam prysznic i przed 11 zwolniłam pokój. Poszłam znów na lotnisko, które było dosłownie po drugiej stronie ulicy i wsiadłam w autobus do centrum miasta. Tam kupiłam bilet na autobus wycieczkowy "City Sightseeing" i objechałam całe Glasgow, słuchając po drodze przewodniczki i robiąc zdjęcia. Po drodze poznałam parę miejsc i pubów, które zwiedziliśmy dzień wcześniej i czuję, że znam już Glasgow :)

    

Ratusz na George Square oraz Uniwersytet w Glasgow (więcej na http://public.fotki.com/annad9)

Po wycieczce krajoznawczej weszłam do jakiegoś pubu, żeby napić się czegoś ciepłego, a potem poszłam na dworzec, gdzie spotkałam się z kuzynką Beatki. Zaprowadziła mnie do tego samego pubu, w którym dopiero byłam i zjadłyśmy tam pizzę :) Potem odprowadziła mnie na dworzec i o 15:45 wsiadłam w pociąg do Leeds, gdzie dojechałam o 20. Wysiadając o mało co nie zapomniałam o butelce szkockiej whiskey, którą kupiłam dla brata w prezencie na urodziny :) W Leeds przesiadłam się w pociąg do Bratfoot i o 21 byłam już w domu, gdzie czekali na mnie Esthere i Rodrigo z obiadem :) W podziękowaniu za to, że pozwoliłam im spać u siebie jeszcze jedną noc kupili mi też bukiet róż :) Pewnie również dlatego, że przypalili mi trochę czajnik :) Porozmawiałam chwilę z rodziną przez SKYPE'a, a potem położyliśmy się spać - ja na łóżku, a oni na materacu :)

W poniedziałek poszłam dosyć zmęczona do pracy. Kupiłam więc sobie Pepsi, żeby nie zasnąć nad biurkiem, szczególnie że nie miałam zbyt dużo do roboty. Na lunch zjadłam resztki wczorajszego kuskus zrobionego przez Hiszpanów, a potem wróciłam do pracy i tuż przed 17 szefowa zleciła mi jakieś zadanie, więc wyszłam dopiero o 17:20! Nie było już sensu kłaść się do łóżka, szczególnie że musiałam przygotować się do lekcji. Przyszły na nią tylko 4 osoby! Jeszcze nie miałam grupy, która by tak chodziła w kratkę! Po lekcji poszłam od razu spać, a dziś rano znowu kupiłam sobie Pepsi idąc do pracy :) O 12 cały dział administracyjny poszedł na spotkanie, na którym mieliśmy "burzę mózgów" na temat tego, jak usprawnić naszą pracę i połączyć administrację różnych wydziałów. Na szczęście zapewnili nam lunch:) Potem wróciłam do roboty, a po 17 poszłam do domu i usiadłam do Internetu, żeby nadrobić zaległości w pisaniu bloga i wrzucić zdjęcia z Glasgow na stronę.