Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 27 grudnia 2009
Święta, Święta i ...

446.

W poniedziałek rano jak wzięłam prysznic, przyszła sąsiadka z dołu i powiedziała, że ich zalewa! Szłam akurat po raz ostatni w tym roku do pracy i spóźniłam się przez to 10 minut. Ale na szczęście i tak nie było co robić, bo większość studentów już wyjechała. Nadal wszędzie było pełno śniegu i o dziwo mieliśmy w tym roku białe Święta! Po pracy pojechałam do Tesco na ostatnie zakupy, bo dostałam w pracy bon i miałam tam 10 funtów do wydania. Dzięki temu zaoszczędziłam trochę pieniędzy. Kupiłam między innymi polskie słodycze, które włożyłam do koszyka i zapakowałam jako prezent dla Barbary i Piotra, którzy zaprosili mnie do siebie w pierwszy dzień Świąt. Oboje chodzili do mnie na polski, ale Piotr zrezygnował po trzech latach. Barbara uczy się już piąty rok! :)

We wtorek pojechałam do polskiego sklepu po makowiec, a potem zabrałam się za sprzątanie mieszkania i zrobiłam pranie. W tym czasie przyszedł właściciel mieszkania z jakimś kolesiem i naprawili prysznic. Oderwali dwie klepki z brodzika i poprawili rurę, która się obluzowała. Powiedzieli, że przyjdą następnego dnia, żeby przykleić klepki z powrotem. Jak wyszli poszłam do kina na "Where the Wild Things Are" (Gdzie mieszkają dzikie stwory) Spike'a Jonze'a. Tylko on mógł wpaść na tak zwariowany pomysł, żeby zekranizować książeczkę dla dzieci, która ma tylko ze 20-parę stron i niewiele więcej zdań! I w dodatku osiągnąć sukces! :) Polecam! Potem obejrzałam jeszcze parę krótkometrażowych filmów animowanych Joanna Quinn, którą poznałam osobiście, jak była w Bratfoot w połowie października na otwarciu wystawy jej charakterystycznych rysunków. Jak wróciłam do domu okazało się, że nie mam ogrzewania ani gorącej wody!

  
Bałwanek na przystanku autobusowym i kadr z filmu "Where the Wild Things Are".
 
  
Joanna Quinn i Beryl, bohaterka wielu jej filmów animowanych, w scenie z "Girls Night Out".

W środę rano wysłałam SMSa do właściciela domu, żeby coś poradził na brak gorącej wody. Ogrzewaniem się za bardzo nie przejęłam, bo mam piecyk, a poza tym gotowałam kapustę z grzybami i zrazy, więc było ciepło :) Ale nie mogłam umyć naczyń, ani porządnie posprzątać. Nie wspominając już w fakcie, że od poniedziałku rano nie brałam prysznica! Czekałam aż go naprawią, a potem już nie zdążyłam się umyć, bo
woda z kranu leciała naprawdę lodowata! Poszłam więc do kina na dwa filmy: "A Serious Man" (nowy film braci Coen) a potem na francuski film o malarce naiwnej "Séraphine" (Serafina). Ten drugi kojarzył mi się bardzo z "Nikiforem" Krzysztofa Krauze z Krystyną Feldman w roli Nikifora. Podobnie jak tamten film nie zrobił na mnie większego wrażenia, a raczej mnie znudził. I znów podobnie jak w przypadku "Nikifora" broniła go tylko tytułowa rola Yolande Moreau.

Natomiast nowy film braci Coen wzbudził moje zainteresowanie już wspaniale zmontowanym trailerem (http://www.imdb.com/video/imdb/vi1681064473). Ten film jest jak filozofia - chodzi o zadawanie pytań, a nie o odpowiedzi :) Zaczyna się historią sprzed wojny, która zagrana jest w yiddish i rozgrywa się gdzieś w Polsce. Później nie ma do niej już żadnego nawiązania, ale wprowadza ona w klimat świata, w którym ludzkie zachowania są zdeterminowane tym, w co wierzą i jak widzą rzeczywistość. Jak zauważa rabin Scott, wszystko zależy od naszej perspektywy :) Dla mnie był to także film o tym, że duchowi przywódcy każdej religii też są tylko ludźmi i nie wiedzą wcale więcej od pozostałych śmiertelników. Można ten film odbierać na wielu poziomach i nie zapomina się o nim tak łatwo po opuszczeniu kina, tylko skłania do refleksji. A o to przecież chodzi! Gorąco polecam.

  

Michael Stuhlbarg w filmie "A Serious Man" i Yolande Moreau w "S
éraphine".

W czwartek rano nadal nie miałam ogrzewania ani gorącej wody, mimo iż zagroziłam właścicielowi domu, że odliczę mu od czynszu za każdy dzień, dopóki nie naprawi usterki. Z doświadczenia wiem, że wystarczy wejść do mieszkania sąsiadów, którzy pojechali na Święta do Polski, i włączyć bojler! Na szczęście Wanyu zaprosiła mnie do siebie i powiedziała, że będę mogła też u niej wziąć prysznic. Zapakowałam więc kapustę z grzybami, śledzia w śmietanie i cykorię do plecaka, wzięłam ubrania na zmianę i poszłam do niej do akademika. Była u niej jej przyjaciółka Sherry, którą poznałam już kiedyś jak poszłyśmy razem na obiad do Pierogarni. Wanyu zabrała się za przygotowanie typowo angielskiego obiadu świątecznego, który składa się z nadziewanego indyka, żurawiny, pieczonych ziemniaków, pietruszki i gotowanej brukselki :)

Tymczasem zadzwonił właściciel domu i powiedział, że sprawdził bojler na dole i że wszystko działa. Uświadomiłam go więc, że mój bojler jest na pierwszym piętrze, w mieszkaniu obok! Sherry posprzątała w tym czasie kuchnię, bo współlokatorzy Wanyu zostawili straszny bałagan zanim wyjechali na Święta. Ale miałyśmy przynajmniej choinkę, którą przystroili :) Moje potrawy zjadłyśmy jako przystawki, oglądając jednocześnie świąteczne odcinki "Przyjaciół" w telewizji :) Potem zaczęłyśmy grać w Monopol, bo Wanyu niedawno kupiła tą grę i koniecznie chciała w nią zagrać :) Na deser było ciasto, które Sherry kupiła w polskim sklepie, bo jak się okazało wszystkie zgadzamy się co do tego
, że polskie ciasta są lepsze niż angielskie :) Potem otworzyłyśmy prezenty - ja dostałam słodycze i połowę od razu zjadłam :) Szczególnie, że siedziałyśmy i grałyśmy w Monopol do 4 rano! :) Zanim wróciłam do domu i poszłam spać była już 5!

  
Nadziewany indyk upieczony przez Wanyu i mój wpis na lodówce u niej w kuchni :)

W piątek rano wzięłam prysznic i zaczęłam się przygotowywać do wizyty u Barbary i Piotra. Kiedy Piotr przyjechał po mnie o 12:30 byłam już gotowa i zeszłam od razu na dół. W samochodzie siedział już bratanek Barbary i jego żona, którzy mieszkają w pobliskim Huddersfield, gdzie pracują w fabryce i zarabiają na samochód. Przyjechali z Polski zaledwie 3 miesiące temu, ale on był już tu wcześniej rok. Wkrótce zjechała się reszta rodziny i do świątecznego stołu usiadło 13 osób! :) Poczułam się jak za dawnych lat, kiedy my zjeżdżaliśmy się na Święta do babci i mimo, iż byłam jedyna osobą spoza rodziny, czułam się mile widziana. Dostałam nawet parę prezentów i świetnie się bawiłam :) Wszystkie zjazdy rodzinne, pod każdą szerokością geograficzną, są do siebie podobne :) Wieczorem Piotr odwiózł nas do domu, bo tego dnia nie działała komunikacja miejska. Objedzona na zapas i zmęczona poszłam jak na mnie dość wcześnie spać, bo już po 22:00! :)

W sobotę zabrałam się dalej za sprzątanie, ale zamiast umyć najpierw naczynia, zabrałam się za papiery. Okazało się, że był to błąd, bo po południu kaloryfery znów przestały grzać i przestała lecieć gorąca woda. Wysłałam kolejnego SMSa do właściciela, który parę godzin później zapukał i powiedział, że wszystko już działa. Zabrałam się od razu za naczynia, bo być może jutro znów nic nie będzie działać? :) Wieczorem zadzwoniłam do domu przez Skype'a i porozmawiałam też z Kingą i  Majką. A w niedzielę zadzwonił do mnie Jan i zapytał czy jadę z nimi do Cowling na świąteczną imprezę organizowaną przez Salty Polski Klub :) Było bardzo miło, zjedliśmy coś i porozmawialiśmy, a po 18:00 odwieźli mnie do domu. Przed snem obejrzałam jeszcze sobie "Sarę", "Psy" i "Psy 2. Ostatnia krew" na YouTubie :)))

  
Wieczór z Bogusławem Lindą :) Przystojny Bogusław Linda w "Sarze" i w "Psach" :)
niedziela, 20 grudnia 2009
Pierwszy śnieg :)

445.

Prawie całą niedzielę przespałam i wstałam z łóżka dopiero po 17:00. Postanowiłam przynajmniej jeden dzień pochorować i nie wychodzić z domu. W poniedziałek i we wtorek w ciągu dnia pracowałam, a wieczorem uczyłam polskiego, po raz ostatni przed Świętami. Śpiewaliśmy polskie kolędy i robiliśmy wycinanki :) Spotkałam się też z moim promotorem i ustaliliśmy, że będę próbowała wyrobić się na koniec kwietnia z przygotowaniem do transferu z MPhil na PhD. Oznacza to, że zanim skończy mi się kontrakt i być może sponsoring na te studia, będę przynajmniej miała w ręku dyplom Magistra Filozofii :) To więcej niż tytuł Magistra Sztuki i połowa drogi do doktoratu :)

W środę miałam wolne, bo ludzie z pracy szli na imprezę świąteczną do restauracji, a ja miałam mieć ostatnie zajęcia na kursie nauczycielskim. Zajęcia mi odwołali, ale nikomu nie powiedziałam, bo nie miałam za bardzo ochoty iść z nimi na to "Christmas Do". Wolałam mieć dzień wolny i pójść sobie do kina :) Spotkałam się z Patrykiem, który odprowadził mnie do Muzeum i poszłam najpierw na "Bunny and the Bull" twórców Mighty Boosha, a potem na francuski dramat rodzinny "The First Day of the Rest of Your Life" (Le premier jour du reste de ta vie). Pierwszy z nich był dosyć dziwny i wbrew pozorom nie taki znowu zabawny, bo traktował o śmierci. Drugi też nie był rozrywkowy, ale bardzo dobry. Polecam.

  
Edward Hogg i Simon Farnaby w "Bunny and the Bull" oraz rodzina Duvalów w komplecie :)

W czwartek zamieniłam się z kolegą z pracy i przyszłam na 9:30, żeby on mógł pospać i poleczyć kaca po imprezie :) W związku z tym wyszłam już o 14:30 i poszłam do polskiego sklepu zamówić ciasto na święta, po które muszę iść we wtorek. Zostałam zaproszona w pierwszy dzień świąt przez parę moich studentów, Wigilię zaś spędzę z Chinką :) Kiedy wracałam, rozpętała się burza śnieżna. Musiałam jednak jechać do Leeds na kolejną wizytę u "pani shrink". Zajęło mi to jednak dużo więcej czasu niż przypuszczałam i nie zdążyłam już zajrzeć do biblioteki uniwerku w Leeds, tak jak planowałam. Zresztą i sama wizyta przeciągnęła się o ponad godzinę i dopiero po 21 byłam w domu. Ale jestem dość zadowolona z terapii i umówiłam się już na kolejne spotkanie w styczniu.

  
Śnieg w grudniu to tutaj rzadkość :) Szczególnie taki, który by się utrzymał parę dni! :)

W piątek wieczorem dotarłam wreszcie na ostatnie w tym roku Kółko Francuskie. Poszłam z Conradem, Jeanem i Victorem na kolację do restauracji śródziemnomorskiej Cyrus, a potem na 23:00  na FND, czyli Friday Night Disco :) Jest to impreza studencka organizowana co piątek przez Student Union, na której jeszcze nie byłam odkąd tam pracuję :) Wzięłam więc tym razem darmowy bilet i poszłam. Krystian doszedł
przed 2 w nocy - po jego imprezie świątecznej z pracy - i balowaliśmy do 4 rano! :) Wytańczyłam się wreszcie trochę, ale w sobotę nie chciało mi się wstać z łóżka. Musiałam jednak jechać do sklepów po różne rzeczy. Potem zrobiłam pranie, a na 19:00 poszłam do polskiej restauracji spotkać się z trójką moich studentów. Po 21:00 jeden z nich odwiózł mnie do domu.

W niedzielę zabrałam się za mieszkanie, wykorzystując wszystko, co poprzedniego dnia kupiłam. Najpierw spryskałam mieszkanie sprayem "Antz Killer" przeciwko mrówkom, które się u nas zagnieździły. Potem wsypałam "Soda Crystals" do odpływu prysznica i umywalki, żeby je przepchać, tak jak mi poradził Jan. A na koniec wzięłam drabinę, którą na szczęście znalazłam na korytarzu i pomalowałam sufit w łazience. Najpierw zmyłam pleść, która zaczęła wychodzić spod farby. Potem położyłam podkład podobno zapobiegający pleśni, a na koniec farbę. Od paru miesięcy nie mogłam się tego doprosić, więc powiedziałam agencji, że jak do Świąt nikt nic nie zrobi, to ja się sama tym zajmę. A potem wystawię im rachunek i zapłacę mniej
szy czynsz w tym miesiącu :)
niedziela, 13 grudnia 2009
28 lat temu...

444.

Wróciłam już do pracy, choć nadal nie czuję się najlepiej. Nie dziwne, skoro ani jednego dnia nie spędziłam w łóżku, odkąd się rozchorowałam! :) Nawet w sobotę musiałam wyjść z domu, bo umówiłam się ze studentami, że pojedziemy do Muzeum w Leeds. Reklamowali tam spotkanie, na którym można się dowiedzieć, jak wyglądają polskie Święta. Początkowo miało to być o 13:00, ale jak zadzwoniłam żeby zarezerwować 10 miejsc, okazało się, że było tylu chętnych, że zorganizować drugie o 10 rano. Wstałam więc o 8 i pojechałam pociągiem z jednym z moich uczniów pociągiem. Na stacji spotkaliśmy się z Barbarą i Piotrem - małżeństwem, które chodziło do mnie przez 3 lata na polski. Teraz ostała się już tylko Barbara. Na miejscu doszły jeszcze 4 osoby, więc razem było nas ośmioro.

Spodziewaliśmy się jakiegoś wykładu na temat polskich zwyczajów świątecznych. Tymczasem przywitali nas pracownicy w polskich strojach ludowych, którzy zaproponowali, żebyśmy spróbowali naszych sił w produkcji wycinanek i malowaniu jaj! :) Powiedziano nam, że zarówno wycinanki jak i
pomalowane jajka z aniołem czy szopką, mogą upiększyć naszą choinkę. Zostawiłam więc im wszystkie moje wycinanki oraz pomalowane jajko ze skrzydłami, które miało być pszczołą :) Najciekawszym punktem programu okazało się zwiedzanie magazynów muzeum, gdzie stoją zapakowane eksponaty. Ale to można by zobaczyć przy innej okazji, a nie koniecznie wstawać o 8 rano w sobotę, żeby nasłuchać się głupot, o tym jak to niby wyglądają Święta w Polsce! :))) Nasze zajęcia z prac plastycznych trwały prawie do 13:00, postanowiłam więc poczekać na Jana i Sue.

    
Magazyn w
Leeds Museum Discovery Centre i pracownicy w strojach ludowych :)

Kiedy przyjechali powiedziałam im, że zamiast wykładu są zajęcia plastyczne, więc postanowili je sobie odpuścić, a że była ładna pogoda, zaproponowali, żebyśmy się gdzieś przejechali. Zabrali mnie do Ilkley i zrobiliśmy sobie spacer po centrum. Ilkley to takie małe turystyczne miasteczko.  Podobno mieszka tam wiele bogatych osób, które dojeżdżają pociągiem do pracy do Londynu. Niedaleko jest Bolton Abbey i Ilkley Moor, czyli wrzosowiska. Zwiedziliśmy parę sklepów z książkami i dwa Craft Show, na których artyści sprzedają swoje dzieła. Na jednym spotkaliśmy Rose-Marie Dudziński, która rysuje piękne grafiki, a jej ojciec nazywał się Stanisław Dudziński i był Polakiem. Jej strona jest w tej chwili rozbudowywana, ale już wkrótce będzie tam można zobaczyć jej niesamowite prace (www.rosamariaart.co.uk).

    
Zaledwie mała próbka zdolności Rosy-Marii Dudzińskiej. Więcej na
www.rosamariaart.co.uk.

Kiedy zrobiło się ciemno pojechaliśmy do Jana i Sue na obiad. Dowiedziałam się, że Sue jeździ czasem do Ilkley na aukcje sztuki i postanowiłam, że kiedyś się z nią wybiorę. Po deserze Sue poszła oglądać finał "X Factor", czyli angielskiego "Idola", a ja z Janem przegadałam parę godzin, aż wreszcie po 23:00 odwiózł mnie do domu. Po drodze opowiadał mi o swoich problemach i próbowałam mu coś poradzić, ale sprawa jest dość skomplikowana. Mam nadzieję, że spotkam się jeszcze z nimi przed Świętami, bo mam dla nich zabawny prezent. Stowarzyszenie studentów i członkowie klubów sportowych wydali wspólnie kalendarz, w którym występują nago, zasłaniając co nieco swoim sprzętem sportowym :) Kupiłam dwa, bo cel jest szczytny - zebranie pieniędzy na treningi.

  
Przykładowe zdjęcia z kalendarza (Football Team w plenerze i Rugby League w studiu).

Kiedy wróciłam wczoraj do domu, zamiast iść spać, usiadłam oczywiście do Internetu i zaczęłam czytać wspomnienia ludzi, którzy pisali o tym, co robili w dniu wprowadzenia Stanu Wojennego. Wczoraj były na portalu Gazety, ale dziś nie mogę ich znaleźć. Co prawda jest informacja o konkursie (na stronie: http://historia.gazeta.pl/historia/0,103562.html), ale samych wspomnień nie sposób znaleźć.
Ja tam nie pamiętam przemówienia Jaruzelskiego, a te wspomnienia, które zostały pochodzą już raczej z okresu Stanu Wojennego. Chociaż być może to właśnie tego dnia wracaliśmy samochodem do domu od cioci z Pragi na prawy brzeg Wisły i być może to wtedy właśnie widziałam żołnierzy na moście i czołgi. Aż trudno uwierzyć, że to było 28 lat temu!
Konferencja! :)

443.

Grudzień w tym roku jest bardzo ładny. Pogoda słoneczna, prawie letnia, tylko temperatury zimowe :) Od początku miesiąca wzięłam 4 dni urlopu - wtorek i środę, żeby napisać esej na zaliczenie i zanieść go w środę do godz. 17:00 do college'u, a czwartek i piątek, żeby pojechać do Manchesteru na konferencję "Polskie kino w kontekście międzynarodowym". Niestety, już pierwszego dnia urlopu rozchorowałam się. Przez to nie mogłam myśleć logicznie i ten esej nie jest moim najlepszym :) Ale nie przeszkodziło mi to pójść do kina na "Bright Star" Jane Campion. Jest to film o poecie Johnie Keats, przedstawicielu
angielskiego romantyzmu i zakochanej w nim Fanny Browne. Niestety, Keats zmarł w wieku 25 lat, 3 lata po tym jak poznał Fanny. Dzięki temu nastrojowemu filmowi dowiedziała się o istnieniu tego poety.

W środę oddałam esej, ale powiedziałam wykładowczyni, że jestem chora, co miało wpływ na jego jakość. Powiedziała, że jak będę miała potwierdzenie od lekarza, to mogę się starać o tzw. "mitigating circumstances", czyli "okoliczności łagodzące" :) Zamówiłam więc wizytę u lekarza na czwartek, szczególnie że pomyślałam sobie, iż poproszę też o zwolnienie do pracy i nie będę tracić urlopu na chorowanie! Później okazało się, że to był błąd :) Wieczorem po zajęciach poszłam znów do kina na "An Education" (Była sobie dziewczyna) Lone Scherfig, tej samej która nakręciła komedie Dogmy "Włoski dla początkujących" :) To bardzo dobry film o dziewczynie, która uczy się, czym jest życie. Polecam oba filmy! :)

  
Ben Whishaw i Abbie Cornish (Bright Star) oraz Peter Sarsgaard i Carey Mulligan (An Education).

W czwartek najpierw poszłam do lekarza i dostałam list do college'u, że byłam chora cały tydzień, ale zwolnienie z pracy lekarka dała mi tylko na dwa dni, do końca tygodnia. Później poszłam do kina na "Cold Souls" z Paulem Giamatti w roli głównej, znanym np. z filmu "Bezdroża". To niesamowity film łączący rzeczywistość z wyobraźnią, w którym możliwe jest pozbawianie się duszy i sprzedawanie jej na czarnym rynku :) Gorąco polecam szczególnie miłośnikom tzw."rosyjskiej duszy" :) Po filmie pobiegłam wydrukować moją prezentację sprawdzoną na ostatnią chwilę przez Jana :) Potem wpadłam na chwilę do domu, złapałam walizkę i pobiegłam na autobus do Manchesteru :)

W Manchesterze byłam o 19:00 i odebrali mnie z dworca Majka z chłopakiem. Na 20:20 podrzucili mnie do kina Cornerhouse na film Hasa "Sanatorium Pod Klepsydrą" (The Hourglass Sanatorium). Film ten, pokazany na rozpoczęcie konferencji o polskim kinie, oparty był na opowiadaniach Brunona Schulza, którymi kiedyś byłam zafascynowana. Teraz ta fascynacja trochę minęła, więc i film do mnie nie przemówił, ale oglądało się go bezboleśnie przez ponad 2 godziny. Następnego dnia zarejestrowałam się oficjalnie na konferencji i posłuchałam paru referatów, które uświadomiły mi, że obecni są na niej głównie naukowcy z Polski, co stawiało sens mojej prezentacji pod znakiem zapytania, gdyż była ona raczej skierowana do ludzi, którzy o polskim kinie nie wiedzą zbyt dużo :)

Wieczorem obejrzałam pokazywany w ramach konferencji ostatni polski film niemy "Mocny człowiek" (A Strong Man), a potem spotkałam się z Majką, jej chłopakiem i przyjaciółką z Londynu w pubie, gdzie dołączył też do nich znajomy Majki z pracy. Wróciliśmy do domu po północy, a ja usiadłam do mojej prezentacji i zaczęłam trochę zmieniać zawartość, żeby dostosować ją bardziej do publiczności :) Nie mogłam przecież napisać nowej prezentacji zupełnie od początku, bo po pierwsze wysłałam im już PowerPointa, a poza tym nie miałam przy sobie żadnych materiałów. Poza tym na szczęście tematem była anglojęzyczna perspektywa na polskie filmy, więc mogło to być interesujące zarówno dla Anglików, jaki dla Polaków. Mimo to całą noc nie mogłam zasnąć :)

  
Paul Giamatti w "Cold Souls" i autoportret Bruno Schulza - grafika w technice clich
é-verre.

  
Bożena Adamek i Jan Nowicki w "Sanatorium Pod Klepsydrą" oraz "Mocny człowiek" z 1929 roku.

W sobotę postanowiłam, że nie ucieknę i stawię czoła wyzwaniu :) Pomyślałam jednak, że jeżeli chcę nawiązać jakieś kontakty, to lepiej, żebym porozmawiałam z ludźmi, zanim przyjdą na moją prezentację i całkiem się załamią :) Zagadałam więc do Mateusza Wernera, którego pamiętam z różnych programów telewizyjnych o kinie, a który teraz pracuje w Adam Mickiewicz Institute w Warszawie, mającego za zadanie promowanie kultury polskiej za granicą. On mnie odesłał do przedstawicielki Polish Cultural Institute w Londynie i z nią doszłam do porozumienia :) Mam nadzieję, że już na najbliższym festiwalu w Bratfoot w marcu 2010 pokażemy parę starszych dobrych polskich filmów :) Planujemy przegląd największych klasyków Andrzeja Wajdy, jako że pokażemy jego najnowszy film "Tatarak" (Sweet Rush).

O 14:00 przeżyłam jakoś moją prezentację, przed którą porozmawiałam jeszcze chwilę z Tadeuszem Lubelskim z miesięcznika "Kino", dla którego kiedyś pisywałam :) Majka z chłopakiem i przyjaciółką robili mi zdjęcia i nagrali nawet kawałek mojego pierwszego wystąpienia na konferencji! :) Wszyscy mnie potem pocieszali, że nie było aż tak źle :) Na koniec konferencji przyjechał Krzysztof Zanussi, z którym odbyło się spotkanie, po którym wybraliśmy się we czwórkę do pubu na imprezę :) Obchodziliśmy 3-lecie pobytu Majki w UK :) Przyszła jeszcze dwójka jej znajomych, ale
nie zostali długo, w przeciwieństwie do nas! :) Balowaliśmy do jakiejś 2 w nocy i było bardzo fajnie. Odstresowałam się i potańczyłam, popijając białe wino :)

W niedzielę cudem zwlekliśmy się o dotarliśmy w południe do Cornerhouse'u na pokaz filmu Nowej Fali "Do utraty tchu" (A bout de souffle / Breathless). Potem dopiero poszliśmy na śniadanie :) A po 18:00 trzeba było już się zbierać na autobus. O 20:00 byłam w domu i postanowiłam wreszcie trochę pochorować. W poniedziałek, wtorek i środę nie poszłam więc do pracy, choć nie przeszkodziło mi to w uczeniu wieczorem polskiego, ani  w wybraniu się do kina na "The Girlfriend Experience" Stevena Soderbergha we wtorek oraz "The Men Who Stare at Goats" (Człowiek, który gapił się na kozy) i "Amelia" (Amelia Earhart) Miry Nair w środę. Pierwszy z nich trochę mnie przygnębił swoją wymową, ale na pewno nie powalił. Ostatni też średni mi sie podobał, choć Hilary Swank, Richard Gere i
Ewan McGregor jak zwykle dobrze grali. Ale bohaterka wydała mi się zbyt wyidealizowana.

Natomiast drugi z nich koniecznie trzeba zobaczyć! :) Grają w nim m.in. George Clooney, Ewan McGregor, Jeff Bridges i Kevin Spacey. Opowiada niesamowitą historię jednostki amerykańskiej armii, która miała szkolić super żołnierzy. Najlepsza scena to ta, w której Clooney mówi McGregorowi (który grał przecież w "Gwiezdnych Wojnach"), że jest rycerzem Jedi :) Teraz chciałabym koniecznie przeczytać książkę, żeby przekonać się, co dokładnie jest prawdą, bo realizatorzy filmu przyznali, że trochę koloryzowali :) W czwartek wróciłam do pracy, a potem poszłam do lekarza, bo okazało się, że teraz muszę mieć zwolnienie na cały okres choroby. Normalnie można przez tydzień chorować zanim pójdzie się do lekarza po zwolnienie, ale że ja zrobiłam na odwrót, to gorzej na tym wyszłam. Już nigdy nie pójdę tu do lekarza! I tak się na niczym nie znają :)

  
"Do utraty tchu" oraz
"The Girlfriend Experience.

     
Clooney i McGregor w "Człowieku..." oraz H. Swank jako "Amelia" z R. Gerem i E. McGregorem.

Po wizycie u lekarza poszłam do biblioteki uniwersyteckiej po książkę, o którą prosiła mnie Jola. Napisała ją jedna z wykładowczyń Social Sciences and Humanities, którą pamiętam z poprzedniej pracy. A na 18:00 poszłam na spotkanie z Tonym Parkerem, pracującym dla BBC, które odbyło się na uniwerku. Najpierw była wyżerka, a potem opowiadał o swoich doświadczeniach z pracy w BBC. Spotkałam tam dwie osoby z BCB i potwierdziłam, że będę dla nich w marcu znów robić materiały z festiwalu. W piątek po pracy poszłam do college'u i zeskanowałam książkę dla Joli, a przy okazji załapałem się na imprezę świąteczną :) Ale wypiłam tylko drinka i pobiegłam do sklepu po jedzenie. Po raz pierwszy wydałam więcej pieniędzy niż zarobiłam i przekroczyłam limit (overdraft)!
piątek, 11 grudnia 2009
Listopad (... i koniec)
442.

W niedzielę 8 listopada pojechałyśmy znów z Wanyu na wycieczkę jako 'helperki', tym razem do Liverpoolu. Ostatni raz byłam tam z Mattem i wiele miejsc mi o nim przypominało. Właściwie to nie chciałam tam za bardzo jechać, ale to lepsze niż siedzenie w domu i obiad mam na koszt uniwerku :) Poszłyśmy więc do sushi baru i zrobiłyśmy zakupy świąteczne. Później w tygodniu Piotrek przyniósł ze sobą swój komputer i obejrzeliśmy "Drzazgi" Pieprzycy - ostatni film z listy. Okazało się, że warto było poczekać. Zdecydowałam, że pokażemy ten film na festiwalu, obok "Tataraku" Wajdy. Podobnie jak "Wesele" Smarzowskiego, to film o tym, że miłość jest ważniejsza niż pieniądze :)

  
Rzeźba w Liverpoolu, który nigdy wcześniej nie widziałam i kadr z filmu "Drzazgi.

Następny weekend spędziłam w Belfaście. Co roku wyjeżdżam gdzieś na urodziny, których nie obchodzę. Miała ze mną lecieć Cheryl, koleżanka z byłej pracy, która wiedziała, że to moje urodziny, ale zaspała na samolot i dzięki temu nikt nie wiedział, z jakiej okazji tam jestem :) Dopóki sama nic nie powiedziałam :) Ale po kolei - stawiłam się w hostelu, w którym miałyśmy zarezerwowany pokój i spytałam właściciela, czy nie ma jedno-osobowego, bo zostałam sama. Zamienił mi pokój na trochę mniejszy i trochę tańszy, po czym poszłam zwiedzać .Wsiadłam w autobus wycieczkowy, który mnie obwiózł po
mieście, po czym wysiadłam z niego, żeby porobić zdjęcia muralom. Wieczorem poszłam znów na sushi, a potem wróciłam do pokoju i zdrzemnęłam się trochę. Potem poszłam na dół, bo właściciel hostelu, William z RPA, obiecał, że będzie impreza :)

Napiliśmy się w parę osób irlandzkiej whisky, którą nas częstował. Po raz pierwszy napiłam się alkoholu po ponad roku. A potem William zapytał, kto idzie do pubu, ale tylko ja byłam chętna, więc poszliśmy we dwójkę. Potańczyłam trochę, a potem po drugiej jak zamknęli pub wróciliśmy do hostelu i rozmawialiśmy w kuchni do 7 rano :) William opowiadał mi niesamowite historie o swoim dzieciństwie w Republice Południowej Afryki, gdzie miał czarnoskórą służącą. A ja przyznałam mu się, że to moje urodziny. W końcu poszliśmy spać na jakieś 3 godziny, po czym spakowałam się i poszłam jeszcze trochę pozwiedzać, zanim pojechałam na lotnisko i wróciłam wieczorem do domu. Mój wyjazd urodzinowy był więc bardzo udany, a
Belfast bardzo mi się spodobał. Jeszcze tam kiedyś wrócę!

  
Ratusz w Belfaście i Divis Tower, na dachu której wojska brytyjskie miały punkt obserwacyjny.

Po powrocie poszłam do kina na film animowany "Fantastic Mr. Fox" (Fantastyczny pan Lis), w którym głosu głównym bohaterom użyczyli tacy aktorzy jak George Clooney, Meryl Streep, Bill Murray czy William Dafoe :) W czwartek 19 listopada obudziłam się o 5 rano i nie mogłam już zasnąć. Pomyślałam, że sprawdzę, czy dostałam już pensję z college'u. Pieniądze były na koncie, więc postanowiłam sprawdzić ceny biletów na Gwadelupę. Były tańsze niż jak poprzednio sprawdzałam. Przed 6 rano miałam już kupiony bilet, żeby przypadkiem nie podrożał :) Po pracy pojechałam do Leeds na kolejny wizytę u "pani shrink", skarżąc się jej, że jestem nieodpowiedzialna i wydaję za dużo pieniędzy na podróże :) W sobotę spotkałam się z Sandrą, która też kupiła już bilet i
leci ze mną odwiedzić Sally. Poszłyśmy z Krystianem i jego znajomymi na kręgle. Potem Sandra poszła do domu, a my najpierw na obiad do Chińczyka, a później potańczyć do klubu Flares/Reflex.

  
"Fantastyczny pan Lis" z przyjaciółmi oraz klub Flares/Reflex w Bratfoot, gdzie czasem balujemy :)

W niedzielę spotkałam się znów z Sandrą i Krystianem. Pojechaliśmy na casting do filmu "King's Speech", w którym wystąpią m.in. Colin Firth and Geoffrey Rush, a także Helena Bonham Carter, Michael Gambon, Timothy Spall i Derek Jacobi. Jedną ze scen będą kręcić na stadionie Bratfoot Bulls :) I potrzebowali statystów, więc daliśmy się sfotografować, podaliśmy im swoje wymiary i czekamy na telefon :) Wracając rozmawialiśmy o Gwadelupie i Krystian stwierdził, że też by się z nami przejechał. Parę dni później kupił bilet :) Tymczasem w pracy wysłali mnie na Visa Session, w trakcie której doradca wizowy tłumaczy, jak należy wypełnić aplikację. Przy okazji dowiedziałam się, ile trzeba zapłacić, żeby otrzymać wizę studencką w UK. Jakie szczęście, że już nie potrzebujemy wiz!

  
Symbol Bratfoot Bulls i stadion, na którym będą kręcić scenę przemówienia króla Jerzego VI.

W następny weekend poszłam z Wanyu w piątek na imprezę pożegnalną
Davida, naszego wspólnego znajomego z uniwersytetu, który idzie na emeryturę. David przygotowywał mnie do ECDL (European Computer Driving Licence). Impreza odbywała się w jednej z sal głównego budynku uniwerku, która była udekorowana balonami, jak na wesele :) W dodatku do tańca przygrywał zespół folkowy The Great Northern Ceilidh Band, więc się wyskakaliśmy :) W sobotę poszłam na dość zabawną rumuńską komedię o miejskich legendach ze "złotych czasów komunizmu", czyli "Tales from the Golden Age" (Opowieści Złotego Wieku). A w niedzielę wieczorem byłam na Language Exhange i strasznie zmarzłam oglądając "Bombón. El Perro" (Bombon. Historia pewnej przyjaźni). W dodatku przypomniałam sobie, że już go kiedyś widziałam, na jakimś festiwalu, w moim poprzednim życiu, w Polsce :)

  
Legenda o świni z "Opowieści Złotego Wieku" i scena z argentyńskiego filmu "Bombón" :)

Listopad (początek...)

441.

Na początku  listopada Neil przysłał mi maila i zapytał, czy wybiorę znów ze dwa polski filmy na tutejszy festiwal. Zgodziłam się, więc przesłał mi pocztą 9 płyt CD. Okazało się, że cztery pierwsze to Teatry Telewizji. Od nich zaczęłam, bo były najkrótsze - trwały tylko godzinę. Najpierw obejrzałam "Doktor Halinę" (Doctor Halina), potem "Tajnego współpracownika" (Secret Agent), później "Golgotę wrocławską" (The Wroclaw Golgotha), a na koniec "Sprawę Emila B." (The Case of Emil B.) - wszystkie o naszej traumatycznej przeszłości historycznej. Mało się depresji nie nabawiłam od wszystkich tych tortur, najpierw w czasie wojny stosowanych przez Gestapo, a po wojnie przez SB, aż do lat 80-tych. Trudno się to wszystko oglądało i żadnego z nich nie pokażemy na festiwalu.

  
Joanna Kulig jako pani doktor Halina Szwarc i Mateusz Banasiuk jako tajny agent SB, Mietek Białas.

  
Adam Ferency w "Golgocie wrocławskiej" oraz Maria Ciunelis jako matka Emila B.

Później zabrałam się za oglądanie filmów fabularnych. Zaczęłam od filmu "Jutro idziemy do kina" (Let's Go to the Movies Tomorrow), który średnio mi się podobał. Sprawiał wrażenie dość sztucznego, na siłę unowocześnionego, żeby przemówił do młodych widzów. Do mnie nie przemówił, bo miałam wrażenie, że oglądam scenariusz na podstawie wypracowania maturalnego licealisty pod tytułem "Co bym zrobił, gdyby jutro wybuchła wojna?". Trochę lepsza była komedia
"Ostatnia akcja" (The Last Action) o tzw. "urban legend" (legendzie miejskiej) o emerytowanych powstańcach stających znów do walki, tym razem z mafią. W przeciwieństwie do pozostałych filmów była przynajmniej zabawna i pokazywała też w bardzo fajny Warszawę. Ale tych filmów też raczej nie pokażemy na festiwalu.

  
Bohaterowie filmów "Jutro idziemy do kina" (maturzyści) i "Ostatnia akcja" (emeryci :)

Następnie obejrzałam bardzo dobry film "Wszystko będzie dobrze" (All Will Be Well), ale jego też nie pokażemy, bo zawierał w sobie wszystkie możliwe stereotypowe wątki, których chcę uniknąć, od bidy z nędzą zaczynając, poprzez alkoholizm i chorobę, po Matkę Boską Częstochowską i pielgrzymki. Takie filmy właśnie najchętniej pokazują w Anglii, a potem wszyscy tu myślą, że dlatego wyjechaliśmy z Polski i przyjechaliśmy do pracy. Dwóch ostatnich filmów nie obejrzałam, bo "Drzazgi"
(Splinters) mi się nie otwierały, a "Tatarak" widziałam w Polsce i dawno już powiedziałam Neilowi, że chcę go pokazać na tegorocznym festiwalu.

  
Scena z filmu "Wszystko będzie dobrze" i członkowie podziemia w "Army of Crime".

Wybrałam się dla odmiany do kina :) Obejrzałam francuski film wojenny "The Army of Crime" (L'armée du crime) i amerykańskie kino niezależne "Goodbye Solo" (Żegnaj Solo). Pierwszy dotykał tych samych tematów, co te cztery Teatry Telewizji, tyle że tu były tylko tortury stosowane przez Gestapo. Potem poszłam jeszcze na "The Imagunarium of Dr. Parnassus" (Parnassus), który o wiele bardziej mi się podobał. Mimo pecha, który prześladuje Terry'ego Gilliama jako reżysera, udało mu się dokończyć ten film zastępując Heatha Ledgera najpierw Johnnym Deppem, potem Judem Law, a w końcu Colinem Farellem. Nie wiem, czy pomogło to filmowi, bo myślę, że z Heathem od początku do końca byłby równie dobry, ale na pewno nie zaszkodziło.

  
Red West i Souleymane Sy Savane w "Żegnaj Solo" oraz Heath Ledger z Lily Cole w "Parnassus".

czwartek, 03 grudnia 2009
Tak zwany międzyczas (ciąg dalszy)

440.

Pod koniec września odwiedzili mnie Majka z chłopakiem, z którymi zabrałam się do Manchesteru na niesamowity
koncert Massive Attack w Apollo Theatre. Potem odwiedził mnie Bob z Cardiff, który zanocował dwie noce i zwiedził pobliski York. Byłam już dość zmęczona psychicznie i fizycznie, więc po jego wyjeździe trochę odpoczęłam. Nie chodziłam nawet do kina, aż do początku października, kiedy to wybrałam się na film "Dorian Gray" i dokument "3 Miles North of Molkom". Spotkałam na nim Toma z Agnès, która właśnie przyjechała go odwiedzić. Spotkaliśmy się jeszcze parę dni później na kolacji u Jeana, zanim wróciła do Francji i pojechała na trzy miesiące do Meksyku :)

  
Massive Attack na koncercie w Apollo Theatre w Manchesterze i marcepanowe owoce od Boba.

  
Sceny z filmów "Dorian Gray" i "3 Miles North of Molkom".

W październiku dużo chodziłam do kina, żeby zapomnieć i nie myśleć. Z Piotrkiem poszliśmy na nietypową, bo zabawną komedię romantyczną "(500) Days of Summer" (500 dni miłości). Potem wybrałam się na przezabawną komedię "Away We Go" (Para na życie) o nietypowej parze 30-paro latków :) W domu obejrzałam na DVD film "Once Upon a Time in America" (Dawno temu w Ameryce), który dostałam na imieniny, a zaraz potem wybrałam się do Muzeum na "Once Upon a Time in the West" (Pewnego razu na Dzikim Zachodzie). Oba mi się dość podobały, choć pierwszy jednak bardziej. W drugim natomiast było wiele nastrojowych scen, do których klimatem podobny był "Kill Bill" :)

  
Zabawne "(500) Days of Summer" i jeszcze zabawniejsze "Away We Go" :)

  
DeNiro w "Dawno temu w Ameryce" i najlepsza scena z "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie".

Potem poszłam na dokument o
Agnès Varda i francuskiej nowej fali "Beaches of Agnès" (Les plages d'Agnès), ale nie jestem fanką tego nurtu w kinie, więc film średnio mnie zainteresował. Jak na dokument był dla mnie za bardzo udziwniony i bohaterka często działa mi na nerwy swoją postawą "starej-maleńkiej". Ale cóż, to w końcu ikona kina, więc jej wolno :) W weekend wybrałam się z Wanyu na spacer do Lister Parku i do Pierogarnii na obiad. Wanyu bardzo lubi polskie jedzenie, bo mówi, że przypomina jej dzieciństwo. Wychowała się w Chinach, niedaleko granicy z Rosją, i jadła rosyjskie potrawy, które często były podobne do polskich. Ostatnio bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Chodzimy zawsze we wtorek po zajęciach na drinka i podtrzymujemy się nawzajem na duchu :) Do tej pory były to bezalkoholowe drinki, bo przez ponad rok nie piłam przecież w ogóle alkoholu.

  
Agnès Varda w samochodzie z kartonu i lew z Lister Parku, gdzie byłam na spacerze z Wanyu.

Później wybrałam się na kolejny "double bill" - najpierw na bardzo dobry dokument o modzie i jej guru Annie Wintour "The September Issue", a potem na "Imperium zmysłów", bo to jeden z tych klasyków, których nigdy nie widziałam, ale szczerze mówiąc, niewiele straciłam :) Japońskie filmy jednak do mnie nie docierają. W połowie października wzięłam wolne z pracy i poszłam do Muzeum na konferencję "Women in Media" (Kobiety w mediach), żeby zobaczyć jak wyglądają takie prezentacje i lepiej się przygotować do mojej. Konferencja była bardzo i ciekawa, a wieczorem było otwarcie wystawy, na które zostaliśmy wszyscy zaproszeni. Skoczyłam więc tylko na chwilę do domu, żeby się przebrać i spotkać z S
éverine, która przyjechała do Bratfoot na weekend ze swoim chłopakiem. Świetnie się bawiłyśmy na wernisażu, a potem Séverine została u mnie na noc :)

  
"The September Issue" - film o przyjaźni i "Imperium zmysłów" - o namiętności silniejszej niż śmierć.

W weekend poszłam na bardzo dobry balet w wykonaniu Mark Morris Dance Group razem z Jolą - dziewczyną, która robiła badania o Polakach w Bratfoot. Spotkałam się z nią i jej mężem, jak byłam latem w Warszawie. Poszliśmy we czwórkę z jej mamą na spacer po Łazienkach. Wróciła do Bratfoot na miesiąc, żeby dokończyć badania, tym razem rozmawiając z wieloma moimi studentami, ze starszą Polonią, na temat dwujęzyczności. Następnego dnia pojechałyśmy z Wanyu jako "helperki" na wycieczkę organizowaną przez uniwersytet do Chester, gdzie zjadłyśmy bardzo dobry obiad we francuskiej restauracji. Myślałam, że uda mi się tam spotkać z Gemmą, ale niestety nic z tego nie wyszło, bo nie odebrała telefonu ode mnie, mimo iż wcześniej wstępnie umówiłyśmy się na kawę Od tamtej pory znów
się do siebie nie odzywamy :)

  
Mark Morris Dance Group w akcji i rzeźba w "Celebration of Chester" pod ratuszem.

Pod koniec października poszłam jeszcze do kina na "The Soloist" (Solista) z jednym z moich ulubionych aktorów - Robertem Downeyem Juniorem :) Ostatnio miałam fazę na trzeci sezon Ally McBeal, który zaczęłam oglądać na Internecie, bo w tym sezonie właśnie pojawił się tam Robert :) Myślę, że właśnie pod wpływem tego serialu postanowiłam udać się do terapeutki, którą pieszczotliwie nazywam "moją panią shrink" i
umówiłam się na pierwszą wizytę. Po Ally wzięło mnie jeszcze na pierwsze odcinki "Przyjaciół" (Friends) i parę fragmentów z serialu "Przystanek Alaska" (Northern Exposure :) Kiedyś to kręcili seriale, a teraz... to ja nie oglądam telewizji :)

  

Jamie Foxx i Robert Downey Junior w "Soliście" oraz początki Ally McBeal :)

  
Bohaterowie starych, dobrych seriali - "Przyjaciele" i "Przystanek Alaska" :)

W kolejny weekend wybrałam się znów do Alhambry. Tym razem poszłam z Wanyu na balet na podstawie książki "Wichrowe wzgórza" w wykonaniu Northern Ballet Theatre. Wanyu była w Alhambrze po raz pierwszy, ale powiedziała, że nie ostatni, bo bardzo się jej podobało. Tego samego dnia odwiedziła mnie Liene z Hospitality Club, która przyjechała na kurs fitnessu do Shipley. Poszłam z nią i z Wanyu do restauracji śródziemnomorskiej, a potem do kina na film animowany "Up" (Odlot), na którym nieźle się ubawiłyśmy :) Liene pochodzi z Łotwy i spała u mnie tylko dwie noce, ale zaprosiła mnie do Londynu, gdzie teraz mieszka. Tymczasem pożegnałam się z Sally, która poleciała na 9 miesięcy na wolontariat na Gwadelupę, a ja obiecałam jej, że ją tam odwiedzę :)

     
"Wichrowe wzgórza" w wykonaniu
Northern Ballet Theatre i dwie sceny z filmu "Up" :)

Pod koniec października pod ratuszem odbył się protest przeciwko zburzeniu Odeonu - starego kina, który stoi zamknięty w samym środku miasta, tuż obok Alhambry, i straszy :) Wraz z Sue, Sarah Jane i jej chłopakiem Robertem i
Séverine, która przyjechała znów na weekend dołączyłyśmy się do protestujących, żądając odnowy tego budynku. Protest przeniósł się potem pod sam Odeon, gdzie pisaliśmy na jego murach kredą, jakie są nasze żądania. Na koniec złapaliśmy się wszyscy za ręce i zrobiliśmy krąg wokół budynku. Dołączyła do nas Jola i jej mąż, który przyjechał ją odwiedzić w Bratfoot i parę dni później wracali razem do Polski. Niestety, nie było za dużo ludzi, bo poprzedniej nocy balowali na imprezach z okazji Halloween. Ja też byłam na jednej, w polskim klubie, gdzie spotkałam przyjaciółkę Sally i jej chłopaka. Ale było kiepsko, więc szybko wróciłam do domu.

  
Protestujący pod Alhambrą koło Odeonu i mój wpis w obronie tego budynku (na dole :)
Tak zwany międzyczas (powrót)

439.

Jak już wspomniałam powrót do rzeczywistości nie był łatwy. Matt zaraz po moim powrocie powiedział mi, że jedzie za miesiąc do Japonii i nie wie na jak długo. Załatwił sobie wyjazd na wolontariat do małej rybackiej miejscowości i liczył, że zostanie tam przynajmniej rok, a potem będzie chciał jeszcze pozwiedzać trochę kraj przed powrotem, więc jednym słowem, żebym na niego nie czekała. Nie kryłam zdziwienia, ale tak się cieszył z tego wyjazdu, że starałam się go wspierać w przygotowaniach, choć nie było to dla mnie łatwe. Oglądałam z nim programy o Japonii na Youtube i przeglądałam przewodnik. Dowiedziałam się o istnieniu bardzo ciekawej artystki
Yayomi Kusama. Odżyła moja fascynacja Japonią i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy go tam nie odwiedzić.

  
Japońska artystka
Yayomi Kusama i jej dynia w kropki (motyw przewodni je dzieł).

Pod koniec sierpnia pojechałam z Kingą na weekend do Cardiff na koncert U2. Zatrzymałyśmy się na noc u Boba
z Hospitality Club, którego poznałam w czasie mojego pierwszego pobytu w stolicy Walii. Koncert był bardzo fajny, ale to już nie było to samo, co ich pierwszy koncert, na którym byłam 12 lat temu na Służewcu :) Następnego dnia zwiedziłyśmy z Kingą trochę miasto i wieczorem wróciłyśmy do Bratfoot. Ponieważ zostało nam jeszcze trochę benzyny, zaproponowałam Mattowi, żebyśmy w poniedziałek po pracy pojechali gdzieś nad morze. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Crosby Beach, gdzie artysta Anthony Gromley zamontował instalację rzeźbiarską "Another Place" (Inne miejsce). Jest to 100 żelaznych figur, replik samego artysty, zakopanych w piasku na plaży. Zostaliśmy tam do zachodu słońca, a potem skoczyliśmy jeszcze na spacer po Liverpoolu.

  
Scena w kształcie pająka i koncercie U2 i kolumnada w Ogrodach Alexandry w Cardiff.

  
Enigma - Matt okazał się dużą zagadką. A tu jedna z figur na Crosby Beach i Matt.

To była bardzo fajna wycieczka, ale niestety przez następne dwa miesiące zanim Matt wyjechał wreszcie w połowie października, parę razy się rozstawialiśmy i potem znów schodziliśmy. W międzyczasie pojechałam z Kingą na ostatni weekend sierpnia do Paryża. Zwiedzałyśmy to, co ona chciała zobaczyć, bo ja bywam tam ostatnio dość często. Pojechałyśmy nawet na jej życzenie na cały dzień do Disneylandu :) Spałyśmy w przytulnym hostelu na Montmarcie i byłyśmy w klubie koło Moulin Rouge :) Jednym słowem był to bardzo udany wyjazd. Po powrocie byłam w kinie na dwóch filmach - francuski "Home" (Dom) z Isabelle Huppert średnio mi się podobał, ale nowy film Almodóvara z Penelopą Cruz "Broken Embraces" (Przerwane objęcia) był już dużo lepszy :)

  
Klub na Placu Pigalle w Paryżu oraz zamek Śpiącej Królewny w Eurodisneylandzie.

  
Film o domu przy nowo-otwartej autostradzie i pełna żywych kolorów opowieść Almodóvara.

Od 10 do 20 września trwał festiwalu w Saltaire i w tym czasie wybrałam się tam na parę imprez: sama na koncert organowy, potem z Krystianem i Sally na bal z salsą w tle, później z Kingą oraz Janem i Sue na weekendowy targ, a z Mattem na ostatni koncert na świeżym powietrzu, który zakończył festiwal. Jan i Sue też tam byli i zaprosili nas potem do siebie na herbatę. Matt świetnie się dogadał z Janem, a ja po raz pierwszy tak naprawdę porozmawiałam z Sue. Zawsze mi się wydawało, że nie mamy wspólnych tematów do rozmowy, bo ją interesuje tylko gotowanie i ogrodnictwo, ale okazało się, że ucięłyśmy sobie bardzo miłą pogawędkę o sztuce.

Później jedna z pracownic Muzeum Mediów poprosiła mnie, żebym przetłumaczyła informację o filmie Andrzeja Jakimowskiego "Sztuczki" (Tricks), a w zamian za to zaproponowała mi darmowy bilet na ten film. Już go widziałam, jak byłam w Polsce, poprosiłam więc w zamian o bilet na "The Hurt Locker" :) Wybrałam się więc do kina na tak zwany "double bill", czyli dwa filmy, jeden po drugim. Najpierw obejrzałam "Fish Tank", który nie był aż tak dobry, jak się spodziewałam, za to "The Hurt Locker" bardzo mi się podobał. Szczególnie scena zakupów w supermarkecie, która wystarczyła za wszystkie tłumaczenia zachowań głównego bohatera. Dostałam też odpowiedź od organizatorów konferencji o polskim kinie, że mój abstrakt został przyjęty i mam w grudniu wystąpić z 20 minutową prezentacją w Manchesterze! :)

  
Koncert Eddie Earthquake and The Tremors w Saltaire oraz "Sztuczki"
Jakimowicza.

  
Scena z filmu "Fish Tank" oraz świetny Jeremy Renner w "The Hurt Locker".

Podzieliłam się tą wiadomością z Mattem, z którym w międzyczasie postanowiliśmy zostać jedynie przyjaciółmi. Ale ostatecznie zerwałam całkiem tą znajomość na dwa tygodnie przed jego wyjazdem, bo przez przypadek dowiedziałam się paru rzeczy z jego przeszłości, o których nie miałam pojęcia. Poza tym zrozumiałam, że mu na mnie aż tak nie zależy. Nie wątpię, że mnie lubił, ale miał dość duże problemy ze sobą i swoją przeszłością. Myślę, że nie chciał nikogo nimi obarczać. Wydaje mi się, że jego decyzja o wyjeździe była dobrą decyzją. Cóż, przynajmniej dobrą dla niego...