Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 26 grudnia 2010
Święta, święta i już po...

509.

W poniedziałek wstałam o 10:00 i poszłam o 11:00 do banku po wydruk, żeby udowodnić w sklepie, że to u nich właśnie zakupiłam w październiku laptopa. Okazało się, że muszę taki wydruk najpierw zamówić i że przyślą mi go w ciągu tygodnia do domu. Przy okazji zmieniłam adres na nowy :) Zrobiłam jeszcze małe zakupy i wróciłam do domu na śniadanie. Przypadkiem zorientowałam się, że poprzedniego dnia w Balandze zamiast
2 funtów reszty dostałam 20 rupii! Wyglądają niemal identycznie, ale mają chyba inną wartość. Na 12:00 poszłam do pracy i szefowa znów działała mi  na nerwy. Na szczęście o 16:40 powiedziała, że idziemy do domu. Zabrałam się więc za szukanie jeszcze raz tego rachunku za laptopa i wreszcie go znalazłam! :) Przed snem wysłałam wszystkim życzenia świąteczne mailem.

We wtorek o 10:30 przyszła Sarah na ostatni polski w tym roku. Spakowałam oba popsute laptopy do plecaka i poszłam na 12:00 do pracy. Prawie wszyscy wyszli wcześniej i zostałam sama na recepcji. Zamknęłam ją więc o 15:30 i podjechałam free busem do PC World, żeby tam naprawić starego laptopa. Powiedzieli mi, że będzie mnie to kosztować 50 funtów, a że się spodziewałam więcej, to bez wachania się zgodziłam. Potem poszłam z nowym laptopem do Currys, ale tam mi powiedziano, że ani nie oddadzą mi pieniedzy, ani nie wymienią i że mogą mi go jedynie naprawić. Ale w tym celu muszę zadzwonić na darmowy numer z telefonu stacjonarnego. Niestety, nie mam stacjonarnego, z komórki bardzo drogo by mnie to kosztowało, a ze Skype'a w ogóle nie można się połączyć z darmowymi numerami.

Wracając weszlam do Morrisona i próbowałam im wcisnąć te lewe 2 funty, ale babka się kapnęła, że to 20 rupii :) Zrobiłam jeszcze zakupy w polskim sklepie, a potem poszłam do Balangi, żeby spotkać się z Sally. Zanim przyszła, zdążyłam zjeść pierogi i zapytać właściciela, czy mogę zabrać jedno z moich zdjęć, które było wywieszone w jego restauracji, ale zniknęło ze ściany. Potem napiłam się z Sally piwa i pokazałam jej lewe 2 funty :) Powiedziałam jej, że mimo iż mam pewność, że dostalam je własnie w Balandze, to nie potrafiłam spróbować u nich nimi zapłacić. Wsiadłyśmy we Free Bus i Sally podjechała do biblioteki, a ja do domu. Przyszła do mnie później i siedziała prawie do 23:00 opowiadając mi o swoich problemach z facetami. Po jej wyjściu usiadłam do Internetu i poszłam spać dopiero o 1:00.


Moje zdjęcie Starówki, które wisiało w Balandze, a które dałam w prezencie parze moich studentów.

W środę obudziłam się o 8:30 rano, bo na 9:30 szłam do pracy. Jak przyszłam nikogo nie było, więc zadzwoniłam pod podany mi w sklepie numer i naprawiłam nowego laptop stosując się do ich wskazówek. Potem zarezerowałam bilet na darmowy pokaz filmu "West is West" w stycziu, który jest kontynuacją komedii "East is East" rozgrywającej się między innymi w Bratfoot. Wymieniłam też moje lewe 2 funty i od tej pory będę się dokładnie przyglądać monetom,, które mi ktoś wydaje. Szczególnie, że przypomniałam sobie, iż jakiś czas temu pewien studen próbował mi dać 1 euro zamiast 1 funta. O 16:30 wyszłam z pracy i podjechałam autobusem do Morrisona po zakupy na Wigilię. Potem wróciłam do domu free busem i umówiłam się ze znajomymi na Christmas party w 1in12. Poszliśmy o 20:00, ale po 2 godzinach wyszliśmy, jak tylko się zaczęło karaoke i jakaś podpita dziewczyna zaczęła śpiewać :)

W czwartek rano obudziłam się zmarźnięta, poprosiłam więc mojego landlorda o podkręcenie kaloryferów, bo wszyscy wyjechali i dom zrobił się za zimy. To była pierwsza noc, którą spędziłam całkiem sama w naszym domu. Na 12:00 poszłam po raz ostatni w tym roku do pracy i wyszłam z dziewczynami po 15:00. Poszłyśmy do Tree House, gdzie kupiłam korale w prezencie dla Wanyu oraz płytę z salsą dla Krystiana. Potem poszłyśmy razem na pocztę i wysłałam czek na 15 funtów za warsztaty 5 rytmów, na ktore się wybieram 3 stycznia. Później pojechałam do PC World po laptopa, za naprawdę którego zapłaciłam w końcu tylko 30 funtów, więc teraz oba laptopy mam sprawne :)

  
Scena z filmu "West is West" oraz mój kupiony tutaj niecałe 3 miesiące temu laptop firmy Acer.

W końcu podjechałam do sklepu Marks and Spencer, gdzie zrobiłam zakupy płacąc za większośc kartą, którą dostałam od swoich studentów. Jedzenie jest tam jednak dość drogie, więc musialam jeszcze dopółacić ponad 7 funtów z własnej kieszeni. Wróciłam free busem do domu i po 18:00 spotkałam się z dziewczyną, która szukała mieszkania i jakiś czas temu przyszła obejrzeć nasz dom. Poznałam też jej koleżankę Niemkę, ale wynudziłam się z nimi strasznie, więc po 2 godzinach wróciłam do domu, mimo iż zapraszały mnie na jakąś imprezę. Po powrocie weszłam do łóżka i pogadałam na Skypie z przyjaciółką, a potem obejrzałam na Internecie ostanie odcinki "Szpilek na Giewoncie" i po 3:00 poszłam spać.

W piątek nie mogłam się zmusić do wstania z łóżka. W końcu wzięłam prysznic, ale po nim znów się zdrzemnęłam. Zwlokłam się dopiero po 16 i zabrałam się za przygotowanie sushi na Wigilię z Wanyu, jej chłopakiem Ziko i przyjaciółką Sherry :) Jak już wszystko było gotowe, zadzwoniłam do domu i porozmawiałam chwilę z mamą. Potem wyszłam i po drodze weszłam jeszcze do sklepu po jakieś słodycze, bo następnego dnia byłam zaproszona na obiad u pary moich studentów, ale nie miałam żadnych prezentów dla ich rodziny, tylko dla nich. W końcu po 19:00 dotaram do Wanyu, która zrobiła typowego angielskiego indyka :) Pojedliśmy, poogladaliśmy telewizję, a po północy wróciłam do domu.


Wczoraj obudziłam się o 12:00 i spakowałam prezenty, bo o 13:15 przyjeżdżał po mnie mój były uczeń i zabierał mnie do nich na rodzinny świateczny obiad. Jak przyjechaliśmy nikogo jeszcze nie było, ale wkrótce dojechała matka mojej studentki, jej siostra z mężem i dwoma synami, których poznałam dokładnie rok temu w takich samych okolicznościach :) Zjedliśmy razem pyszny obiad i potem odwieźli mnie do domu. Umówiliśmy się na wtorek wieczór do teatru w Leeds na "Opowieść wigilijną". Po powrocie do domu weszłam od razu do łózka i do 5:00 rano oglądałam "Usta Usta" na Internecie. Dziś też cały dzień spędziłam w łóżku oglądając na DVD stare odcinki "Przyjaciół" pożyczone od Wanyu :)

  
Bohaterowie seriali "Usta Usta" oraz "Przyjeciele", którzy ostatnio kojarzą mi się ze Świętami :)
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Jedni wyjeżdżają, inni wracają

508.

W środę nad ranem obudziły mnie hałasy - dziewczyny właśnie się zbierały i o 4:30 wsiadły w taksówkę i pojechały na lotnisko. Zasnęłam ponownie i wstałam dopiero o 11:00, a o 12:00 wyszłam z domu i poszłam na dworzec. Tam spotkałam Alaina, ktory też jechał właśnie na lotnisko i też wracał do domu na Święta. Potem poszłam dowiedzieć się o ceny biletów miesięcznych do Manchesteru, bo doszłam do wniosku, że może się tam wyprowadzę i dalej będę szukać nowej pracy, dojeżdżając w międzyczasie do tej aktualnej na uniwerku :) Niestety, okazało się, że nie będzie mi się to za bardzo opłacać :) Wsiadłam w autobus i podjechałam do Saltaire, gdzie od 13:00 mieliśmy z ludźmi z pracy zarezrowane stoliki w restaurcaji "Don't Tell Titus". Byłam pierwsza, ale chwilę później zaczęli się schodzić pozostali. Usidałam obok paru osób, które naprawdę lubię, więc było bardzo miło. Zjedliśmy obiad, a potem przyszedł czas na gry i zabawy - quiz, bingo i szarady. Na koniec parę osób, które się ostały zeszło na dół na drinka, ale kiedy zaczęli planować zmianę lokalu, pożgnałam się z nimi i wróciłam do domu.

  
Bar-restauracja "Don't Tell Titus" (Nie mów Tytusowi) w Saltaire z zewnątrz i z nami wewnątrz :)

W czwartek o 10:30 przyszła Sarah na kolejny polski. Po lekcji podrzuciła mnie na uniwerek i poszłam wreszcie odebrać swój dyplom i potwierdzić, że chcę mieć Graduation w lipcu. Później poszłam jak zwykle na 12:00 do pracy i wyszłam o 17:00. Podjechałam do Leeds, do mojej pani shrink, na ostatnie spotkanie w tym roku. Spowrotem w domu byłam dopiero o 22:30. Porozmawiałam z Krystianem, który następnego dnia wyjeżdżał i umowiliśmy się, że zostawi mi klucz do swojego pokoju. W piątek poszłam na 12:00 do pracy i po 17:00 wróciłam do domu. Miałam się spotkać z Sally, który wróciła w zeszły weekend z Hiszpanii, ale zrobiło się strasznie zimno i odwołała swój przyjazd do Bratfoot. Po 22:00 przyszedł Arnold i poszłam z nim do Douglas Tower spotkać się z Ronaldo i włoskimi wolontariuszami, zanim wrócą na dobre do siebie. O 23:30 podeszłam z Arnoldem na Interchange, żeby się pożegnać z Severine. Tymczasem spadł śnieg, ale mimo to poszliśmy z dwójką Włochów na ostatnie w tym roku FND. Tam doszli do nas Wanyu i Zico oraz Mansi i Nancy. W domu byłam po 4:00 rano :)

W sobotę obudziłam się najpierw po 11:30, ale poszłam dalej spać i wstałam doppiero o 15:30. Było za późno, żeby załatwić cokolwiek z mojej listy rzeczy do zrobienia. Spędziłam więc znów cały dzień w łóżku z laptopem. W niedzielę wstałam o 12:00 i ogarnęłam trochę pokój. O 14:00 przyszła Sarah na polski, a potem podjechałyśmy razem na 17:00 do Balangi. Tym razem pokazałam film "Chłopaki nie płaczą", na który przyszło 12 osób i który bardzo im się podobał. Reklamowałam go na Facebooku jako polskie "Pulp Fiction", może dlatego tyle osób przyszło? :) A może dlatego, iż napisałam, że to ostatni pokaz (przynajmniej w tym roku)? W każdym razie po filmie podyskutowaliśmy trochę, a potem 8 osób zostało jeszcze, żeby coś zjeść, napić się i porozmawiać. Dwójka moich studentów zaproponowała mi potem podwózkę do domu, więc zaprosiłam ich na górę na herbatę i umówiliśmy się, że przyjadą po mnie w pierwszy dzień Świąt. Przed snem porozmawiałam jeszcze z Majką z Manchesteru, z którą dawno nie pogadałyśmy i u której zaszło wiele zmian. A potem napisałam tekst o Fugazi i poszłam spać.

  
Plakat Danusi do naszego pokazu filmu "Chłopaki nie płaczą" i scena z Cezarym Pazurą.

niedziela, 19 grudnia 2010
Coś się kończy...

507.


W środa wstałam o 9:30 rano, bo do 10:00 musiałam odjechać z darmowego miejsca parkingowego, albo zapłacić. Pomyślałam więc, że jak i tak muszę wstać i wyjść z domu, to równie dobrze mogę oddać godzinę wcześniej samochód do Enterprise. O 10:30 wszystko było już pozałatwiane i odwieźli mnie spowrotem do domu, a ja wrociłam spowrotem do łóżka :) Wstałam po raz drugi o 12:00, bo o 13:00 przychodziła Sarah na kolejny polski. Skończyłyśmy o 15:30 i podwiozła mnie do centrum na zakupy. Najpierw weszłam po drodze do Balangi, żeby sprawdzić, czy właściciel kupił ekran i umowiłam się z nim, że w najbliższą niedzielę pokażemy kolejną polską komedię już u niego. Potem kupiłam make-up i kartki świateczne i wróciłam do domu. O 18:30 przyszła znajoma znajomej, która szuka pokoju, żeby  zobaczyć dom, w którym mieszkamy. Miała być pół godziny wcześniej, ale się zgubiła. Musiałam ją zostawić z moimi współlokatorami i biec do college'u na polski, na który przyszły tylko cztery osoby. W domu przed snem odpisałam na zaległe maile.

W czwartek poszłam do pracy na 12:00, po raz pierwszy po urlopie, i szefowa zaczęła mnie znów jak zwykle wkurzać. Nie jest zbyt rozgarniata, a czasami wydaje mi się, że to mnie traktuje jak idiotkę. Po pracy poszłam prosto na przystanek, żeby podjechać do Pierogarni i dać im rozpiskę, co kto zamawia na święteczny obiad. Ale autobus długo nie przyjeżdżał, więc w końcu wkurzyłam się i poszłam do domu. Zjadłam obiad, a potem zadzwoniłam do Pierogarni i spytałam o ich adres mailowy, żeby wysłać im wszystko mailem, zamiast tam jeździć. Później pomogłam Jacqueline poprawić jeden z jej esejów, a na koniec przed snem porozmawiałam przez Skype'a z bratem o pewnym projekcie biznesowym. Bardzo bym chciała, żeby coś z tego wyszło, bo byłaby to moja wymarzona praca, a innymi propozycjami jakoś mnie na razie nikt nie zasypuje, ale na razie za wcześnie jeszcze, żeby pisać o szczegółach.

W piątek byłam w pracy od 12:00 do 17:00, a potem wróciłam do domu i zjadłam obiad. Wieczorem poszłam razem z Celine i Krystianem na Kółko francuskie do 1in12. Tam dołączyli do nas koledzy Krystiana z pracy oraz Ronaldo i troje wolontariuszy z Włoch. Graliśmy jak zwykle w bilard i piłkarzyki. Później doszła też Danusia z chlopakiem i jakimiś znajomymi, z ktorych jeden był Włochem, więc namówił naszych znajomych Włochów na impreze. Danusia z chłopakiem tymczasem namówili mnie i po północy wyszliśmy wszyscy i poszliśmy do Rio. Potańczyłam do 3 rano i wróciłam do domu. Sobotę spędziłam w łóżku, odpoczywając. Obejrzałam parę odcinków serialu "Szpilki na Giewoncie" przez Interent. Porozmowiałam też jeszcze raz z bratem przez Skype'a, a potem popsułam niestety dźwięk w laptopie. Krystian próbował mi to naprawić, ale komputer nie wykrywał nawet karty dźwiękowej, którą ma przecież wbudowaną. Najpierw popsuła mi się komórka, potem touchpad, a teraz to! Muszę naprawdę zanieść tego laptopa do naprawy! A przecież mam go zaledwie trzy miesiące!

  
Rio's, gdzie balowałam w piątek oraz Magdalena Schejbal w serialu "Szpilki na Giewoncie".

W niedzielę pomogłam Celine poprawić jej esej. Każda z nich miała do napisania cztery prace, które musiały oddać we wtorek, tuż przed powrotem do francji na Święta. Obiecąłam im więc, że im pomogę i zarezerowałam sobie niedzielny i poniedziałkowy wieczor wolny. Potem poszłam na 17:00 do Balangi, z filmem na płycie, bo mają tam laptopa i nie musiałam dźwigać swojego. Zresztą i tak na nic by się nie zdał, skoro dźwięk mu przestał działać. Zamowiłam gulasz i zanim wszyscy się zeszli, zdążyłam go spokojnie zjeść. Nie było zbyt wielu osób - jeden Anglik i trzech Polaków. Danusia z rodziną robiła tłum, ale tuż przed filmem jej synek sie przewrócił i rozbił sibie czoło, więc zabrała całą rodzinęi pojechała do domu zostawiając mnie z czterema chłopakami na sali :) Obejrzeliśmy w piątkę film "Poszukiwany, poszukiwana" i dobrze się bawiliśy. Po filmie poszłam zapłacić za mieszkanie, a potem wróciłam do domu i poprawiam Jacqueline kolejny esej. W końcu po 1:00 w nocy poszłam spać.

  
Plakat do pokazu filmu "Poszukiwany, poszukiwana" oraz Wojciech Pokora w roli tytułowej.

W poniedziałek poszłam znów do pracy na 12:00 i wyszłam o 17:00, a po pracy wróciłam do domu, zjadłam obiad i zabrałam się za sprawdzanie ostatnich esejów dziewczyn. Skończyłyśmy po północy. We wtorek idąc do pracy zadarłam z jakimiś kolesiami, którzy zaparkowali samochód częściowo na chodzniku. Zwyzywali mnie i postraszyli, że mnie dorwą, a na końcu odjeżdżając rzucili jeszcze we mnie puszką po coli, ale nie trafili. Przyszłam więc dosyć zdenerwowana do pracy i poskarżyłam się naszej uniwersyteckiej policjantce, ale niestety nie zapamiętałam numeru rejestracji. A szkoda, bo dopilnowałabym wtedy, żeby chłopaki mieli problemy. Szczerze mówiąc, dopóki mnie wyzywali po angieslku, to nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia, ale jak na koniec jeden rzucił za mną po polsku słowo na "k", to się zdenerowałam. Poewnie nauczył sie go od jakiś tutejszych Polaków i chciał mi w ten sposob dać, znać, że się domyślił po akcencie, że jestem Polką. Cała ta sytuacja wytrąciła mnie na parę dni z równowagi i obiecałam sobie, że muszę się wkrótce wreszcie wynieść z tego miasta.

Po 17:00 podjechałam do centrum po kartki świateczne i prezent dla Nancy, którą wylosowałam w pracy. Później wróciłam na chwilę do domu i biegiem wypisałam kartki dla studentów, a potem podjechałam autobusem do Pierogarni na kolację ze studentami. Było nas razem 24 osoby i było bardzo miło. Dali mi kartkę i kupon do sklepu Marks and Spencer o wartości 45 funtów! Było mi tym trudniej powiedzieć im, że nie będę ich już uczyć w przyszłym roku. Obiecałam, że przez dwa pierwsze tygodnie stycznia pociągnę jeszcze lekcje i Polskie Kółko, ale potem kończę ze wszystkim, z pokazami polskich komedii włącznie. Po kolacji podjechałam z Janem i jego przyjacielem na drinka do Balangi, a potem odwieźli mnie do domu. Tymczasem dziewczyny poszły do Alaina na pożegnalna kolację i cała trójka pytała mnie, o której do nich dołączę. Byli na terenie kampusu, więc doszłam do nich i przez pół godziny szukaliśmy jakiejś otwartej knajpy zanim tam wróciliśmy. W studenckim barze spotkaliśmy Arnolda, ale Celine była już tak pijana, że musieliśmy się nią zaopiekowac i zabrać ją do domu.
niedziela, 12 grudnia 2010
Przyjazd mamy, czyli nienawidzę śniegu

506.


We wtorek obudziłam się przed południem, zjadłam śniadanie i poszłam na dworzec kupić bilet do Liverpoolu. Potem poszłam jeszcze do sklepu po słodycze na Mikołajki i lakier do włosów. Wróciłam do domu, żeby to wszystko zostawić, zmyłam podłogę i poszłam znów na dworzec. O 15:30 wsiadlam w autobus i pojechałam do Liverpoolu. Na miejscu byłam dopiero o 18:30, bo przez śnieg autobus jechał pół godziny dłużej. Potem czekałam pół godziny na autobus na lotnisko, gdzie dotarłam dopiero o 19:30. Chwilę później miał wylądować spóźniony samolot mojej mamy, ale tam okazało się, że jest jeszcze bardziej opóxniony i w końcu wylądował o 20:30. Pojechałyśmy na dworzec autobusowy, ale spóźniłyśmy się 10 minut na przedostatni autobus do Bratfoot i musiałyśmy czekać na ostatni. Przyjechałyśmy do mnie do domu dopiero o 00:30. Zjadłyśmy kolację i poszłyśmy spać po 1:00 w nocy.

W środę wstałyśmy przed 10:00. Zakręciłyśmy mi loki, zrobiłam pełen makijaż, a tymczasem za oknem szalała burza śnieżna! Zadzwonił do mnie Jan i spytał, czy Graduation nie jest przypadkiem odwołane. Powiedział, że z powodu śniegu nie mogą się wydostać z domu, ale spróbuje zadzwonić po taksówkę. W końcu oddzwonił, że nie dojadą, bo nic u nich nie jeździ, zapytałam więc dziewczyny, czy chcą przyjść na ceremonię, bo mam dwa wolne bilety. Umówiłyśmy się, że dojdą do nas później i poszłam z mamą po togę i biret. Niestety, na miejscu powiedziano nam, że kolejne ceremonie będą najprawdopodobniej odwołane, mimo że pierwsza o 10:00 rano się odbyła. Kazali mi jednak założyć togę i zrobić sobie zdjęcia, więc zrobiłyśmy, a potem wyszłyśmy i spotkałysmy się z dziewczynami, które nam jeszcze kliknęły parę fotek.

Potem poszłyśmy na mój wydział, żeby sie czegoś więcej dowiedzieć. Dziekan mnie przepraszał, że jednak wszystko zostało odwołane ze względu na bezpieczeństwo! Cały uniwersytet został zamknięty i wszyscy wysłani do domów. Wróciłyśmy więc i zjadłyśmy obiad. Potem zdrzemnęłyśmy się do 18:00, o której to przyszedł Alain, a potem Ronaldo i Mikael. Postanowiliśmy mimo wszystko iść wszyscy do Weatherspoon świętować. Tam doszła do nas Wanyu, z którą poszłyśmy potem z mamą do Omara Balti na curry. W domu byłyśmy po 21:00, wzięłam prysznic i poszłam spać. Nadal nie mogłam uwierzyć, że to się naprawdę stało! Teraz jeszcze bardziej nienawidzę śniegu. Już sam fakt, że miałabym mieć Graduation ze śniegiem w tle (czego nigdy jeszcze nie widziałam) był dobijający, ale fakt, że w ogóle odwołali ceremonię był całkiem nie do pomyślenia!

  
W todze wyglądałam jak Hermiona, a w nausznikach, które kupiłam na zimę jak Kiwaczek :)

W czwartek obudziłyśmy się dopiero w południe. Zjadłyśmy śniadanie i w końcu wstałyśmy z łóżka grubo po południu. Zrobiłam pranie i w tym czasie ugotowałysmy i zjadłysmy obiad, a na 18:00 poszłyśmy do Gosi na kolację i zobaczyć jej mieszkanie. Spowrotem w domu byłyśmy po 20:00 i już około 21:00 położyłyśmy się spać. W piątek wybrałyśmy się po śniadaniu do sklepów i kupiłyśmy mi wieszak na drzwi oraz coś do jedzenia w Morrisonie. Na obiad zjadłyśmy
śledzie, a wieczorem wykręciłam się z Kółka francuskiego, bo nadal źle się czułam. Zamiast tego poszłam wcześniej do łóżka i pokazałam mamie na Youtubie amerykański "Taniec z gwiazdami". I znów poszłyśmy wcześniej spać.

W sobotę poszłyśmy zobaczyć wystawy w Gallery II i w Narodowym Muzeum Mediów. Potem mama poszła do domu, a ja weszłam do znajomych, żeby odebrać polskie komedie, które mi ściągnęli. Na 16:00 poszłyśmy z mamą do Cyrusa na obiad z okazji jej imienin. Potem wróciłyśmy do domu, przebrałyśmy się i po 19:00 przyjechał po nas Piotrek. Wraz z nim i z Krystianem pojechaliśmy do Ilkley na salsa party. Okazało się jednak, że na stronie była błędna informacja i nie było tam żadnej imprezy, więc pojechaliśmy do Leeds do knajpy Azucar. Tam coś zjedliśmy, a potem zabalowaliśmy od 23:00 do 3:00 rano :) W niedzielę rano porozmawiałyśmy z siostrą przez Skype'a. Potem na 17:00 poszłysmy do 1in12 na film. Tym razem pokazaliśmy film "Ile waży koń trojański?", ale niestety nie przyszedł na niego żaden Anglik. Natomiast było paru Polaków i świetnie się wszyscy ubawiliśmy :) Potem poszłam z mamą do Balangi na obiad i żeby pokazać jej moje zdjęcia na ścianach, ale nikogo nie było, połowy zdjęć też nie. Poszłyśmy więc do Chińczyka na kolację, a potem około 21:00 do domu i spać.

  
Nasz plakat do filmu "Ile waży koń trojański?" oraz Ilona Ostrowska jako główna bohaterka Zosia.

W poniedziałek wstałyśmy o 12:00, bo o 13:00 przyjechali po nas Jan i Sue. Zabrali nas najpierw do Ilkley, gdzie poszliśmy do Betty's (taki tamtejszy Blikle :) oraz zwiedziliśmy katedrę, a potem pojechaliśmy do nich. Po drodze podjechaliśmy nad Shipley Glen, żeby cyknąć parę zdjęć z pięknym zachodem słońca. Zjedliśmy u nich obiad i wymieniliśmy się prezentami - dostałam od nich almanach wszystkich filmów, a ja wręczyłam Janowi moją pracę magisterską. Odwieźli nas około 21:00 do domu, bo mama musiała się spakować, a ja wyspać przed moją drugą (i jedyną :) ceremonią Graduation.

We wtorek podjechałam o 11:00 taksówką do Enterprise po samochód. W domu zjadłyśmy obiad zamiast śniadania i podjechałyśmy samochodem na parking koło Hiltona. Tam założyłam znów togę, tylko z kapturem w innych kolorach, i zrobiłyśmy sobie znów zdjęcia. Na 14:30 poszłyśmy do St. Georges Hall, gdzie odbylo się moje Graduation. Z mojej grupy oprócz mnie przyszło jeszcze tylko 7 osób. Prosto po ceremonii oddałam togę i wsiadłyśmy w samochód. Wyruszyłyśmy równo o 16:00 i 10 minut po 18:00 dojechałyśmy na lotnisko w Liverpoolu - na 10 minut przed zamknięciem bramek! :)
Oprowadziłam mamę kawałek i ruszyłam spowrotem w drogę.

Spowrotem w Bratfoot byłam tuż przed 20:00, więc podjechałam pod Polski Klub, żeby zobaczyć, czy nasze Polskie Kółko jeszcze trwa. Porozmawiałam chwilę z szefem, który zaproponował, że zatrzyma pieniądze i zrobi mi imprezę w lipcu. W końcu wróciłam do domu, przebrałam się i pojechałam do Tesco. Kiedy wróciłam z zakupami, nie moglam znaleźć klucza. Okazało się, że nie zamknęlam w ogóle drzwi i zostawiłam go w pokoju! To był znak, że byłam bardzo zmęczona, a musiałam jeszcze znaleźć miejsce parkingowe, zanim wreszcie moglam pójść spać!

sobota, 11 grudnia 2010
Przygotowania

505.

W poniedziałek wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. Prosto po pracy podjechałam do 1in12 po kabel do laptopa, którego zapomniałam zabrać poprzedniego dnia po filmie. Przy okazji zrobiłam zakupy. Potem wróciłam do domu, zjadłam coś i pomogłam Jacqueline poprawić jej esej. Trochę nam to zajęło, więc nie miałam już czasu na zrobienie online assessment, o które poprosiła mnie pewna firma. Jako jedyni odpisali po tym, jak wysłałam im swoje CV. Tymczasem okazało się, że po komórce popsuł mi się też nowy laptop, w którym przestał mi działać touchpad i musiałam zacząć używać myszy. Postanowiłam więc zrobić ten test online kiedy indziej i poszłam po prostu spać.

We wtorek obudziłam się znów o 11:00 i poszłam do pracy na 12:00. Zostałam 10 minut dłużej, bo odkąc wprowadziliśmy się do nowego budynku, wyjście o czasie stało sie niemal niemożliwe. Prosto po pracy wróciłam do domu, żeby zjeść zupę, a potem na 18:30 poszłam na Polskie Kółko w Polskim Klubie. Zapłaciłam z góry za 3 tygodnie za salę oraz za moją imprezę 1 grudnia z okazji mojego Graduation na uniwerku. Na kółko przyszła dziewczyna jednego z uczniów, która zgodziła się z nimi spotkać przez następne dwa tygodnie, kiedy będę przywozić mamę, a potem odwozić ją na lotnisko. Po lekcji zostaliśmy w barze na pączkach. Potem wróciłam do domu i udało mi się trochę wcześniej pójść spać.

W środę obudzilam się o 8:00 rano, bo na 9:30 szłam na Tap Day, czyli taki parogodzinny kurs dla nauczycieli. Musiałam dojść niezły kawałek, bo kurs odbywał się za parkiem koło którego mieszkałam przez wakacje. Zmarzłam po drodze strasznie, bo zrobiło się tak zimno, że aż na trawie leżał szron. Posiedziałam tam 2 i pół godziny, bo mi za to zapłacą 33 funty, ale o 12:00 wyszłam i poszłam do Alaina, który mieszka teraz z moim starym domu. Posiedzialam i pogadałam z nim jakieś 10 minut, a potem przyjechał po mnie Leon samochodem. Do pracy dojechaliśmy około 12:30, zabraliśmy jeszcze jedną osobę i pojechaliśmy do School of Management, gdzie o 13:00 mieliśmy zebranie. Na korytarzu SoM spotkałam Jacqueline, bo obie z Celine właśnie tam studiują.

Po spotkaniu, Leon odwiózł nas spowrotem na uniwerek. Wyszłam z pracy znów dopiero po 17:00, żeby nadrobić trochę spóźnienie. Byłam zdziwiona faktem, że szefowa mnie nie spytała dlaczego pojawiłam się w pracy 30 minut później niż powinnam. Nie musiałam w związku z tym wymyślać żadnej wymówki. Po powrocie do domu zjadłam obiad i o 18:30 poszłam do college'u, żeby uaktualnić listę obecności moich studentów. Po lekcji polskiego ppposzłam prosto do Weatherspoon, gdzie doszły do mnie Jacqueline i Celine oraz  Ronaldo i Mikael z dwójką nowych wolontariuszy. Oboje przyjechali z Włoch, ale dziewczyna pochodzi z Kamerunu. Posiedzieliśmy trochę i pogadaliśmy do 23:30, więc domu byliśmy dopiero o północy.

W czwartek poszłam znów do pracy na 12:00 i wyszłam o 17:00. Wysłałam SMSy do moich współlokatorow z najlepszymi życzeniami
z okazji Thanksgiving. Wkurzyłam się też znów na moją szefową i współpracownicę, bo uważam, że czasami traktuję mnie jak jakąś naiwniaczkę, ktora nie widzi ich gierek swoimi za plecami. Zaczęlam się nawet zastanwiać, czy iść z nimi na świąteczny obiad. Udało mi sie wyjść z pracy przed 17:00, więc poszłam do domu cieplej się ubrać, bo spadł śnieg i coś zjeść. Potem poszłam na dworzec, ale pociąg się spóźńił, autobus też, w związku z tym ja też się spóźniłam się do mojej pani shrink. Wracając od niej weszłam jeszcze do sklepu po mleko i w domu byłam o 22:30.

W piątek o 10:30 przyszła Sarah na polski, a potem podrzuciła mnie na uniwerek. Poszłam zapytać, do której mogę zatrzymać togę po ceremoni Graduation, bo chciałam sobie w niej porobić zdjęcia, ale nie wiedzieli.
Przed wyjściem z pracy spisałam jeszcze i wysłałam notatki z zebrania, bo był to mój ostatni dzień w pracy przed urlopem. Wyszłam o 17:00 i poszłam do sklepu po tonic i wódkę dla dziewczyn :) O 20:00 przyszedł Alain i razem z nim i dziewczynami poszliśmy do Tesco, a potem do 1in12. Zjedliśmy coś, potem pograliśmy w bilard, a potem przyszedł Mikael z trójką nowych włoskich wolontariuszy i Arnold, więc znów poszliśmy na górę coś zjeść, a potem znów graliśmy w bilard do północy :)

W sobotę obudziłam się w południe i właściwie cały dzień spędziłam w łóżku, wysyłając swoje CV. Wieczorem obejrzałam sobie francuską komedię
"Wariaci z Karaibów" (Mais qui a tue Pamela Rose?) na Youtube. Była to średnio zabawna parodia serialu "Twin Peaks". Wieczorem wstałam z łóżka, wzięłam prysznic i wyszykowałam się na imprezę. Wkrótce przyszedł Arnold i napiliśmy z nim i z dziewczynami, a potem poszliśmy wszyscy do Douglas Tower. Tam spotkaliśmy się z wolontariuszami i po północy udało się nam ich wszystkich namówić na wyjście z domu. Poszliśmy do Che Baru, bo tam jest wstęp za darmo :) Potanczyliśmy tam do 2:00 nad ranem, a potem pogadam jeszcze z Celine do 5:00!

  
Francuscy komicy Kad Merad i Olivier Barroux w "Wariatach z Karaibów" oraz Che Bar.

W niedzielę obudziłam się około 12:00, ale z łóżka wstałam dopiero o 14:00. O 15:30 przyszła Sarah na kolejną lekcję polskiego. Potem podwiozła mnie do 1in12 na film, ale oprócz nas były jeszcze tylko pięć osób (licząc dwójkę dzieci :) W dodatku w tym było tylko dwie osoby anglojęzyczne, a dla nich przecież robimy te pikazy z napisami. Zdecydowaliśy jednak wszyscy obejrzeć komedię "Ciało" i świetnie się na niej bawiliśmy. Po filmie Sarah odwiozła mnie do domu, gdzie podadałam trochę z Krystianem, a potem z Celine. Potem obejrzałam "Przypadek" wraz z dodatkami na DVD, które pożyczyła mi Sarah. Spać poszłam dopiero po 2:30.

  
Fragment plakatu do pokazu "Ciała" oraz Cezary Kosiński i Rafał Więckiewicz w scenie z filmu.

W poniedziałek mialam wolne, więc pospałam do 13:00. Potem Sarah przyszła na kolejny polski, bo z powodu przyjazdu mojej mamy zaplanowałyśmy sobie krótką przerwę w lekcjach. Po ponad dwóch godzinach lekcji podrzuciła mnie do sklepu, w którym kupiłam laptop, ale nie miałam ze sobą rachunku, a oni nie mogli znaleźć mojej tranzakcji w systemie, więc zaczełam nawet wątpić, że u nich go kupiłam :) Poszłam zatem do Primarku i kupiłam sobie jeansy, a potem weszłam do Morrisona i do polskiego sklepu po jedzenie. W domu obejrzałam  "Krótki film o miłości" na DVD i posżłam chora spać o 1:00.

  
Linda w "Przypadku" oraz Lubaszenko i Szapołowska w "Krótkim filmie o miłości".