Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
piątek, 30 grudnia 2011
I po Świętach :)

566.

We wtorek obudził mnie telefon od kuriera, który przyniósł paczkę od cioci ze Stanów. Potem umówiłam się z siostrą, że podjadę na 15:30 do niej do pracy i zabierzemy samochód do mechanika. Zdrzemnęłam się chwilę, a potem wyszłam i dotarłam pod pracę siostry o 15:10, więc musiałam na nią poczekać. Mechanik powiedział, że trzeba wymienić sprzęgło i że będzie to kosztować 680 złotych! Zadzwoniłyśmy z siostrą do brata, który jest współwłaścicielem samochodu i podjęliśmy wspólnie decyzję, że nie mamy wyboru i trzeba go naprawić. Zostawiłyśmy go więc i pojechałyśmy samochodem siostry do sklepów, a potem do domu na obiad. Po deserze coś mnie zmogło i poszłam się zdrzemnąć. Pospałam do 22:00, a potem wstałam, usiadłam do Internetu i przeczytałam przed snem wreszcie książkę Krystiana do końca! :)

W środę po 10:00 rano obudził mnie SMS od Krystiana, który wybierał się na Starówkę i pytał, czy do niego dołączę, ale przekręciłam się tylko na drugi bok i poszłam dalej spać :) Wreszcie wstałam o 12:00, wzięłam kąpiel i zjadłam śniadanie. Brat przywiózł do nas swojego synka, czyli mojego bratanka, a sam wrócił do pracy. Przez telefon udało mi się namówić siostrę, zeby pożyczyła mi wieczorem samochód, bo wybierałam się z Krystianem na salsa party do Hula Kula w Bibliotece Uniwersyteckiej na Dobrej. Kiedy wróciła do domu po pracy dała mi kluczyki i papiery wozu, a ja umówiłam się z Krystianem, że spotkamy się na miejscu o 20:00. Mój brat przyjechał z żoną i chwilę posiedzieliśmy przy herbacie, a potem zebraliśmy się i razem wyszliśmy z domu. Dojechałam do Hula Kula parę minut po 20:00 i spotkałam się z Krystianem i jego przyjacielem, u którego nocuje w Warszawie. Oddałam mu jego książkę "The Man Who Cycled the World" Marka Beaumonta, a on mi klucz do mojego pokoju :)

Impreza zaczęła się o 20:30 i kolega trochę został, a potem poszedł, a my tańczyliśmy do 2:00 w nocy. Jak się roztańczyliśmy poszłam poprosić jakiegoś Kubańczyka, który jednak tańczył tak, że całkiem się pogubiłam :) Większość imprezy przetańczyłam z Krystianem, bo znów wszyscy tańczyli w swoim własnym towarzystwie, a prosić nie było za bardzo kogo, bo panów było mniej niż pań. A jak już mnie jeden poprosił, to okazało się, że nie trzyma rytmu. Po północy zaczęłam się nudzić i najchętniej bym wróciła do domu, ale Krystian rozmawiał z jakąś dziewczyną, a mnie znów poprosił do tańca ten Kubańczyk i już mnie nie opuścił na krok. Chciał się nawet ze mną żenić i wziął mój numer telefonu :) Wyszliśmy tuż przed 2:00 i najpierw odwiozłam Krystiana, a potem pojechałam nabrać trochę benzyny, bo bak był prawie pusty. Zanim poszłam spać była 3:00 rano.

  
Mark Beaumont oraz Artur, nauczyciel prowadzący lekcje podstawowych kroków w Hula Kula.

W czwartek wstałam przed południem i zjadłam śniadanie, a potem wzięłam kąpiel, ale coś mnie tak zmogło, że poszłam się zdrzemnąć i wstałam znów dopiero, jak już na dworze było ciemno. Samochód miał być gotowy, ale okazało się, że będzie do odebrania dopiero nazajutrz po południu, więc nie musiałam wychodzić z domu, tylko się spakować na wyjazd do Turcji. Ale jakoś przez cały dzień nie mogłam się za to zabrać. W końcu zjadłam obiad i już miałam się wziąć za pakowanie, kiedy przyszła siostra ze swoim chłopakiem. A po jego wyjściu zadzwoniła jej koleżanka, że zaraz wpadnie na chwilę. Dopiero po jej wyjściu udało mi się wreszcie spakować walizkę, nastawić budzik na 10:00 rano i pójść do łóżka tuż po 23:00.
Przed snem napisałam maila do Marka Beaumonta - człowieka, który objechał świat na rowerze :)
wtorek, 27 grudnia 2011
Święta, Święta...

565.

W poniedziałek wstałam i zabrałam się za pranie.
Porozmawiałam z właścicielem, że rozliczymy się za okres świąteczny jak wrócę. Potem poszłam do Tree House kupić podstawki dla mojej mamy, a stamtąd do Galeri II, żeby zabrać DVD z "8 i pół" Felliniego z laptopa i oddać je do biblioteki. Później weszłam na chwilę do pracy po płytę DVD z moim Graduation oraz kubki z logo mojego festiwalu. Niestety, ani jedno, ani drugie nie dotarło. Przez to prawie się spóźniłam na autobus na lotnisko! Zostawiłam klucz do mojego pokoju Krystianowi, żeby zostawił u mnie to, czego nie uda mu się zabrać do Polski :) Na lotnisku zabrali mi Christmas Crackers, które dopiero co kupiłam, bo w środku mają kapiszony i nie wolno ich przewozić w bagażu podręcznym! W końcu wsiadłam w samolot i po 20:00 czasu polskiego wylądowałam w Gdańsku. Przyjechała po mnie mama z kuzynką i pojechałyśmy do niej do domu. Po kolacji postanowiłyśmy pójść wcześniej spać.

We wtorek po śniadaniu pojechałyśmy z mamą kolejką do Sopotu i przeszłyśmy się ulicą Bohaterów Monte Casino, czyli monciakiem. Doszłyśmy aż do końca molo, gdzie napiłyśmy się gorącej czekolady w knajpeczce wyglądającej jak stateczek :) Później poszłyśmy na obiad do restauracji "Złota Rybka" na bardzo dobre pierogi z łososiem w sosie koperkowym i zupy - mama zjadła bursztynową z łososiem, a ja francuską z małżami. W końcu wsiadłyśmy w kolejkę i po drodze do domu weszłyśmy do Galerii Bałtyckiej. Wieczorem kuzynka zawiozła nas do domu mojej drugiej kuzynki, jej siostry, gdzie zostałyśmy na kolację. W domu byłyśmy jakoś po 22:00 i znów poszłam wcześniej spać.

  
Mewa na molo w Sopocie oraz końcówka molo, gdzie teraz zaczyna się przystań jachtowa.

W środę po śniadaniu pojechałam z mamą na spacer do Gdańska. Przeszłyśmy całą ulicę Długą i weszłyśmy na kawę i herbatę do knajpki "Pikawa". Później kupiłam książkę dla Jana w Galerii Kaszubskiej. W końcu poszłyśmy na obiad do tej samej restauracji, w której pół roku temu jadłam kolację z Francuzami :) Rybki były bardzo dobre i po obiedzie najedzone wróciłyśmy do domu, po drodze zahaczając o dworzec autobusowy, gdzie kupiłyśmy bilety na autobus do Warszawy i znów o Galerię Baltycką. Wieczór spędziłyśmy z moją kuzynką i jej dziećmi, znów idąc wcześniej spać.

  
Ratusz i choinka na ulicy Długiej w Gdańsku oraz tzw. Żuraw, dźwig portowy na Długim Pobrzeżu.

W czwartek właściwie cały dzień zajęła nam z mamą podróż autobusem do Warszawy. Po 18:00 siostra odebrała nas z dworca i dojechałam wreszcie do domu :) Czekał już na nas mój brat i wieczorem pojechałam do niego, bo tam stał samochód, ktorym miałam jeździć w czasie mojego pobytu w kraju. Ostatnio zjechałam nim pół Polski z Francuzami pół roku temu, ale od tamtej pory stał i nikt nim nie jeździł. Akumulator miał bardzo słaby, więc żeby go uruchomić, brat musiał go "reanimować". Podjechałam nim pod dom i zadzwoniłam do mamy, która zeszła na dół i pojechała ze mną na zakupy do Tesco. Niestety, jak wyszłyśmy ze sklepu samochód znów nie chciał zapalić i musiałam dzwonić po siostrę, która przyjechała i uruchomiła go podłaczając klemy do silnika jej samochodu. Stało się jasne, że jak czegoś z tym nie zrobię, to sobie nie pojeżdżę. Wieczorem wzięłam wreszcie wymarzoną kąpiel i nareszcie zasnęłam we własnym łóżku :)

W piątek dodzwoniłam się do pobliskiego zakładu samochodowego i ustaliłam, że za 20 złotych naładują mi akumulator, ale będę musiała zostawić im samochód na jakieś 6 godzin. Brat pomógł mi go znów "reanimować", bo inaczej w ogóle by nie ruszył i podjechałam tam, a potem wróciłam piechotką do domu. O 15:00 miałam wizytę u dentystki i musiałam pojechać tramwajem, co było dziwnym uczuciem, bo chyba z siedem lat nie jechałam komunikacją miejską w Warszawie :) Potem wróciłam do domu i po 19:00 poszłam odebrać samochód. Potem pojechałam od razu nabrać benzyny i zapłaciłam 250 złotych za pełen bak. Później pojechałam do centrum do restauracji "Sphinx", gdzie spotkałam się z koleżanką z byłej pracy i jej znajomymi. Imprezowali tam już od 17:00 i jak dojechałam, to już byli lekko wstawieni, a zanim wyszliśmy wreszcie po 1:00, to niektórzy ledwo się trzymali na nogach :) To była taka impreza świąteczno-pożegnalna, bo moja znajoma odeszła właśnie z ich firmy i zaczęła pracę w PKP :) Odwiozłam ją do Sochaczewa, nie zdając sobie sprawy jak to daleko i w domu byłam dopiero po 2:00.

W sobotę wzięłam kąpiel, zjadłam śniadanie i po południu pojechaliśmy do mojego brata i jego żony na przedświąteczną kolację. Było nas razerm 10 osób: ja, moja mama, mój ojciec, dwaj bracia - jeden z dziewczyną, a drugi z żoną i jej bratem oraz siostra i syn mojego brata, który robił za Mikołaja :) Wyglądał w tym przebraniu trochę jak krasnal, ale zabawa była przednia :) Po kolacji moja siostra odwiozła brata i jego dziewczynę, a ja wróciłam z mamą do domu i poszłam wcześniej spać :) W niedzielę odpoczywałyśmy cały dzień w domu i czytałam książkę, którą muszę oddać Krystianowi :) W poniedziałek podjechałam z mamą na małe zakupy przedświąteczne, a wieczorem przyszły do mnie koleżanki z liceum i pogadałyśmy trochę.

We wtorek pojechałam z mamą spotkać się z bratem i zapłacić za telefon i zrobiliśmy zakupy, a potem wzięłam kąpiel i poszłam wcześniej spać, bo nie udało mi się z nikim umówić. W środę podjechałam znów z mama do sklepu, a potem obejrzałam na Youtube film "Skrzydlate świnie", który jest jednym z czterech filmów, o których obejrzenie poprosił mnie Neil, żebym wybrała jeden na Bratfoor Film Festiwal. Średnio mi się podobał, ale zobaczymy pozostałe. Chcielibyśmy zaprosić Wojtka Smarzowskiego i pokazać jego "Różę" oraz "Dom Zły", ale pewnie się to nie uda ze względu na fundusze. Wieczorem pojechałam do mojej koleżanki z podstawówki i posiedziałam u niej do 23:00. W czwartek na 15:00 byłam umówiona do fryzjerki, a potem podjechałam w korkach do brata do pracy i zawiozłam go do Auchan. Tam spotkaliśmy się z jego dziewczyną i potem zawiozłam ich do nich z zakupami. Tego dnia też nie udało mi się z nikim umówić, więc wrociłam do domu i poszłam spać.

  
Olga Bołądź i Paweł Małaszyński w filmie "Skrzydlate świnie" oraz reżyser Wojtek Smarzowski.

W piątek zabrałyśmy się z mamą za sprzątanie i przygotowania do Wigilii. Powiesiłam firanki, ubrałyśmy choinkę i posprzątałyśmy duży pokój. W sobotę dokończyłyśmy sprzątanie mieszkania i ostatnie przygotowania. Wszyscy zjechali się przed 16:00 i rozpoczęliśmy Wigilię. Tym razem było nas dziewięcioro - ja, moja mama, siostra z chłopakiem, jeden brat z żoną i drugi brat z dziewczyną oraz jej matką. Po obiedzie dostaliśmy prezenty, a później usiedliśmy do ciast. Po 18:00 starszy brat pożegnał się i pojechał z żoną do jej rodziny, a wkrótce potem siostra z chłopakiem poszli do niego. Po zjedzeniu ciast ja i moja mama pojechałyśmy z drugim bratem, jego dziewczyną i jej mamą na spacer na Starówkę, która była pięknie oświetlona, a potem odwiozłyśmy ich na Tarchomin i wróciłyśmy z mamą do domu.

  
Nasza choinka i
orzechy i mandarynki, czyli dla mnie symbol Świąt, oraz choinka na pl. Zamkowym.

W niedzielę po śniadaniu pojechałam z mamą, z siostrą i jej chłopakiem na Tarchomin na obiad do brata i jego dziewczyny. W czasie jazdy samochód zaczął trochę nawalać i miałam coraz większy problem z wrzuceniem jedynki. Trochę mnie to zmartwiło, bo bałam się, że nie uda się nam nawet wrocić nim do domu. Oprócz nas na obiedzie była jeszcze mama dziewczyny mojego brata i było bardzo miło. Najedliśmy się znów i obejrzeliśmy zdjęcia mojego brata i jego dziewczyny ze Stanów. W końcu wyszliśmy i udało się nam jakoś dojechać do domu.

Wczoraj pospałam do południa, a potem zjadłam wspólne świąteczne śniadanie z mamą i siostrą. Później miałyśmy chill out, głównie przed telewizorem. Po południu siostra poszła do rodziny swojego chłopaka, a ja do łóżka. Na wieczór umówiłam się z Krystianem, który przyjechał tego dnia do Warszawy. Wzięłam kąpiel, założyłam sukienkę, zabrałam wachlarz oraz buty do tańca, które przywiozłam specjalnie z Anglii i pojechałam po niego na Stegny.
Samochód coraz bardziej nawalał i musiałam ruszać z dwójki, bo jedynka już nie wchodziła. Po 22:00 dojechaliśmy do Salsa Libre na imprezę salsową. Podłoga była za śliska i w końcu tańczyłam w butach, w ktorych przyjechałam :) Impreza była ok, ale w Polsce najwyraźniej nie ma zwyczaju, że panie proszą panów, bo byli bardzo zdziwieni, jak ich prosiłam do tańca. Ale jakbym tego nie robiła, to przesiedziałabym całą imprezę, bo prawie wszyscy się znali i tańczyli w swoim towarzystwie. Poza tym okazało się, że tańczą trochę inne układy, do innej muzyki i na dwa sposoby - na jeden i na dwa. A my podobno tańczymy na jeden :) W każdym razie potańczyliśmy do 2:00, ale zanim odzwiozłam Krystiana, w domu byłam po 3:00.

  
Logo szkoły tańca Salsa Libre oraz sala ze śliską podłogą
w klubie UFF, gdzie odbywają się imprezy .
niedziela, 11 grudnia 2011
Przed wyjazdem

564.

W poniedziałek czułam się na tyle dobrze, że postanowiłam pójść do pracy, szczególnie, ze świeciło piękne słońce. Jednak jak godzinę później wyszłam z domu, to zmoczył mnie deszcz ze śniegiem.  Siedziałam więc przy biurku przykrywając nogi futerkiem, a szefowa średnio co godzinę pytała, czy dobrze się czuję. Rano nie użyłam podkładu, jak to zwykle robię, i może przez to nie najlepiej wyglądałam? Na chwilę wpadła do mnie Wanyu i dała mi prezent dla mojej mamy. Szefowa kazała mi wyjść wcześniej z pracy i załatwić coś po drodze. Potem poszłam do domu, zjadłam coś i po 20:00 poszłam z Krystianem na moją ostatnią lekcję salsy przed wyjazdem. Pożegnałam się ze wszystkimi i po 23:00 wróciłam z Krystianem do domu. Poszłam spać po 2:00. We wtorek obudziłam się o 11;00, ale nie czułam się dobrze, więc dałam znać szefowej, że nie przyjdę do pracy. Miałam jechać do School of Management, więc i tak by mnie nie było w biurze, więc pomyślałam, że sobie odpocznę. Pospałam do 15:00, a potem wstałam, zebrałam się i poszłam najpierw do sekretarki złożyć podanie na studia doktoranckie, a potem do Galerii II przygotować wszystko do pokazu filmu "8 i pół" Felliniego. Oprócz mnie obejrzało go jeszcze siedem osób i wszystkim się podobał. Po filmie poszłam do restauracji Ambrozja na kolację z moimi byłymi studentami polskiego. Było bardzo miło i po 22:00 jedna ze studentek oddzwoniła mnie do domu. Tymczasem odezwali się do mnie znów z agencji tłumaczń proponując pracę w czwartek rano, którą przyjęłam. Znów wieczorem siedziałam przy komputerze i poszłam późno spać.

  
Marcello Mastroiani w "Osiem i pół" Felliniego oraz współczesna wersja filmu, czyli musical "Nine".

W środę o 11:00 znów dałam szefowej znać, że nie przyjdę ani tego dnia, ani nazajutrz, tylko będę próbować wyzdrowieć do naszego piątkowego Christmas Do. Najpierw obejrzałam na Youtube film "Rubber" - niesamowity, zabawny i bardzo antyhollywoodzki film o pewnej oponie :) Gorąco polecam! Później trochę się zdrzemnęłam, a potem obejrzałam "Giulietta i duchy" Felliniego na DVD. Był jakby kobiecą wersją "8 i pół" i bardzo mi się podobał. Skończyłam go ogladać po północy i poszłam spać. W czwartek wstałam o 7:30, o 8:30 wsiadłam w pociąg do Halifax i o 9:00 byłam w biurze prawniczym, ale nasz klient spóźnił się pół godziny. Tłumaczyłam dla niego z półgodzinną przerwą aż do 13:00. W czasie przerwy poszłam coś kupić mojemu szefowi, bo wylosowałam go w Secret Santa. Potem wróciłam i poszliśmy do sądu, a po 13:00 wsiadłam w pociag i wróciłam do Bratfoot. Zmoczył mnie deszcz, ale mimo to podjechalam Free Busem do sklepów i zrobiłam małe zakupy. Potem wróciłam do domu i poszłam do łóżka. Przysnęłam czekając na Arnaud, który przyjechał na swoje Graduation i miał nas po drodze odwiedzić. W końcu obudziłam się tuż przed tym jak przyszedl ze swoja mamą, ale mieli tylko parę minut i musieli zaraz biec na pociąg do Londynu, skąd mieli samolot do domu. Po ich wyjściu wróciłam do łóżka, ale o 21:00 poszliśmy z Krystianem na dworzec i pojechaliśmy na salsę do Leeds. Wytańczyłam się znów i porozmawiałam z Jonathanem na temat parkingu w Blackpool, gdzie wybieraliśmy się nazajutrz na bal. Zarezerwowałam samochód, ale jak kolega z kursu nas odwiózł do domu, to zgadaliśmy się, że nas nazajutrz podwiezie.

  
Scena z filmu "Rubber" oraz Sandra Milo i Giulietta Masina wkolorowym  filmie "Giulietta i duchy".

W piątek wstałam o 11:00, odwołałam rezerwację samochodu i zaczęłam się zbierać do wyjścia. O 12:30 doszłam do hotelu Midlands, gdzie był nasz świąteczny obiad. Jedzenie było dość smaczne i było bardzo miło, a na koniec dostałam trzy różne rodzaje czekoladek od Secret Santa :) O 16:00 wyrzucili nas z hotelu i przeszliśmy do pubu, ale tam się z wszystkimi pożegnałam i wróciłam Free Busem do domu. Przebrałam się, pomalowałam i uczesałam, a później doszła do nas znajoma z Leeds, przebrała się u nas i czekaliśmy na transport :) Kolega się spóźnił, ale w końcu przyjechał. O 20:30 dojechaliśmy do Blackpool, a okolo 20:45 dotarliśmy do Blacpool Tower. Nie było jeszcze zbyt dużo ludzi, ale wzięliśmy udział w lekcji bachaty i poznaliśmy parę osób. Jonathan przyjechał z jakąś panną i ani razu ze mną nie zatańczył, choć poprzedniego dnia mi obiecał wspólny taniec. Ale i tak się wytańczyłam i świetnie się bawiłam. Zrobiliśmy też sobie sesję w tych pięknych wnętrzach. W końcu po 2:00 w nocy impreza się skończyła, ale zanim dotarliśmy do domu, było po 4:00, a zanim poszłam spać, minęła 6:00 rano :) Dlatego też całą sobotę praktycznie przespałam, wstałam dopiero wieczorem i zebrałam się, bo o 19:00 szliśmy z Krystianem do Weatherspoon na jego imprezę pożegnalną. Przyszli jego znajomi i było bardzo miło. Przed północą wszyscy się rozeszli, a my stwierdziliśmy, że jestesmy głodni i poszliśmy do restauracji Cyrus po pizzę :) Zjedliśmy ją w domu, rozmawiając, a potem poszliśmy spać. Dziś znów po 9:00 obudzili mnie muzyką sąsiedzi z boku, a potem dołączyła do nich sąsiadka z góry. Zaczęłam więc czytać książkę, a jak się uspokoili, zdrzemnęłam się do 16:00. Potem porozmawiałam z rodziną przez Skype'a. A o 19:00 przyjechał po nas Jan i zabrał do nich na kolację. Nie wiem kiedy minęło ponad pięć godzin i zanim się obejrzeliśmy, było po 1:00! Jan nas odwiózł i po 2:00 poszłam spać :)
niedziela, 04 grudnia 2011
Długie przeziębienie

563.

W poniedziałek obudziłam się o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy, choć nadal byłam chora. Ale stwierdziłam, że i tak nie będę leżeć w łóżku, więc równie dobrze mogę tam przesiedzieć te parę godzin. Wyszłam zresztą o 16:30 i poszłam na pocztę. W domu zjadłam coś i usiadłam do Internetu. Potem zdrzemnęłam się, ale obudziłam się o 20:00, przebrałam i poszłam z Krystianem na salsę. Umówiłam się z
Jonathanem, że odbierze w sobotę w Sheffield moje kubki od faceta ze Sponduly. Próbowałam nawet od razu się do niego zadzwonić, ale nie odebrał, więc wysłałam mu SMSa. Jonathan dał mi swój numer telefonu, a ja mu w zamian dałam numer szefa Sponduly :) Zatańczyłam tylko parę razy, bo nie najlepiej się czułam i po 23:00 poszliśmy już do domu. Ale spać poszłam jak zwykle po 2:00 w nocy. We wtorek obudziłam się po 10:00 i o 11:30 byłam już w pracy, żeby pojechać na 12:00 do School of Management. Niestety, poza mną nikogo nie było, więc poczekałam na dwóch kolegów z pracy i dopiero przed 13:00 we trójkę pojechaliśmy tam samochodem jednego z nich. Po godzinie jeden z nich wrócił do pracy, a my zostaliśmy. Zostawiłam jednak drugiego kolegę i poszłam porozmawiać z Wanyu, ale że nie było mnie ponad pół godziny, to się zdenerwował i zadzwonił do recepcji! Na szczęście odebrała znajoma Polka i zadzwoniła do mnie, żebym lepiej wracała :) Pogadałam z nim do 16:00, a potem wróciliśmy do pracy. Sprawdziłam tylko maile i wyszłam o 16:45. Po drodze weszłam do Richmond Building reception, a potem wróciłam do domu. Zjadłam szybko coś, a potem wyszłam po 17:00 i poszłam na dworzec. Wsiadłam w pociąg do Leeds i pojechałam do mojej pani shrink. Rozpatrywałam za i przeciw doktoratu, po czym wyszłam od niej trochę pewniejsza, że jednak zacznę go robić i że sobie poradzę :) Wróciłam do domu i poszłam od razu do łóżka, ale zaczęła mnie strasznie boleć głowa, aż mi było nie dobrze. Wzięłam Fervex i zasnęłam wreszcie przed północą.

W środę obudziłam się o 11:00 już bez bólu głowy i na 12:00 poszłam do pracy w jeansach, bo tego dnia był strajk generalny sektora publicznego i w ten sposób solidaryzowaliśmy się ze strajkującymi :) Nadal próbowałam się bezskutecznie skontaktować z facetem ze Sponduly. Wyszłam o 16:30 i poszłam na pocztę. W domu zjadłam zupę, a potem poszłam do łóżka. Obejrzałam "The Secretary" (Sekratarka) na Love Film Online, a potem posiedziałam na Internecie do 1:00, ale i tak nie mogłam zasnąć jak zwykle do 2:00. W czwartek wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. O 13:00 spotkałam się z sekretarką Media School, która dała mi formularz o przyjęcie na studia doktorskie do wypełnienia. Muszę do niego dołączyć referencje od moich promotorów, więc po powrocie do pracy napisałam do nich maila, ale na razie pozostał bez odpowiedzi, podobnie jak wszystkie moje wiadomości do faceta ze Sponduly! Napisałam więc na jego tablicy na Facebooku i zaczęłam dzwonić znów do niego z pracy, ale nie odbierał. Pocztą przyszły do mnie dwa nowe filmy z Love Film - "A nos amours" i "The Fifth Element". Wyszłam znów o 16:30 i poszłam na pocztę. W domu zjadłam zupę i odpoczęłam trochę. Potem wyszłam znów po 18:00 i poszłam do księgarni Waterstones, gdzie znajomy fotograf podpisywał książkę ze zdjęciami starego i nowego Bratfoot. Kupiłam ją i wzięłam od niego autograf, a potem zrobiliśmy sobie razem parę zdjęć. Później podjechałam Free Busem na uniwerek i tuż po 19:00 spotkałam się z koleżanką z pracy, z którą poszłam na rumuńskie jedzenie. Usiadłyśmy w barze w Student Central, gdzie doszła do nas jeszcze jedna dziewczyna z pracy i mój znajomy fotograf. Wyszliśmy tuż przed 21:00 i poszłam prosto do Weatherspoon spotkać się z Wanyu, z którą pogadałyśmy do 23:00. Po przyjściu do domu pożyczyłam grzejnik od Krystiana, bo było strasznie zimno i zaczęło mnie od tego zimna łamać w kościach! :) Poszłam do łóżka i zaczęłam przysypiać, ale czekałam do 2:00 aż wróci z salsy w Leeds.


  
James Spader i Maggie Gyllenhaal w "Sekretarce" oraz książka znajomego fotografa w Waterstones.

W piątek
po 9:00 obudziła mnie znów muzyka z góry, włączyłam więc Radio Classic i poszłam dalej spać. Wzięłam wolne w pracy i całe szczęście, bo nie czułam się dobrze. W końcu wstałam po 15:00 i poszłam na 16:40 do lekarza. Później podjechałam Free Busem najpierw do apteki, a potem do sklepu po jedzenie. Wróciłam do domu i poszłam z powrotem do łóżka. Postanowiłam już nigdzie nie wychodzić wieczorem, choć Krystian kupił nam bilety na świąteczne salsa party i od dawna planowaliśmy tą imprezę. Po 20:00 zabrał więc mój bilet, żeby go komuś sprzedać i wyszedł, żeby zdążyć na autokar do Leeds. Wtedy zadzwonił nasz kolega z kursu, który wspominał wcześniej, że może nas podwieźć. Powiedziałam mu, jak wygląda sytuacja. Chwilę później Krystian wrócił, bo czegoś zapomniał, więc namówiłam go, żeby oddzwonił do tego kolegi, bo już by nie zdążył na autobus. W końcu namówił mnie, żebym też pojechała, skoro mamy podwózkę. Ubrałam się więc w moją czerwoną sukienkę i po 22:00 dojechaliśmy we trójkę pod The Wardrobe. Nie znałam zbyt wielu osób, ale był tam m.in. Jonathan, który pochwalił moją sukienkę, zatańczył ze mną, a na koniec pocałował mnie w rękę. Potem cały wieczór tańczył z innymi, a ja pół imprezy przegadałam z nową dziewczyną Piotrka, a drugie pół potańczyłam, choć nie było zbyt dużo miejsca i nadal średnio się czułam. Wyszliśmy po 2:00 w nocy i o 3:00 byliśmy już w domu, ale zanim zasnęłam, była już 6:00 rano! Wczoraj pospałam do 13:00, a potem cały dzień przeleżałam w łóżku oglądając oba filmy z Love Film na DVD. Zaczęłam od "A nos amours" Maurice'a Pialata, bo grał w nim Cyril Collard, ale średnio mi się podobało, a potem poprawiłam sobie humor "Piątym elementem" (The Fifth Element) Luca Bessona :) Wieczorem Krystian poszedł z kolegami z pracy do pubu na jego imprezę pożegnalną, ale wrócił z jednym z nich przed północą i próbował mnie z nimi wyciagnąć na imprezę! :) Na szczęście dali spokój i poszli, a ja wzięłam się za wyszukiwanie i czytanie swoich starych artykułów. Zanim poszłam spać było już po 4:00 w nocy.

  
Cyril Collard i Sanderine Bonnaire u Pialata oraz Bruce Willis i Milla Jovovich u Bessona.

Dzisiaj budzik obudził  mnie o 12:00, ale wstałam dopiero przed 13:00. O 14:00 przyszła Sarah na naszą ostatnią lekcję przed Świętami i dała mi 
w prezencie herbatę jabłkowo-cynamonową oraz z owoców leśnych, a ja jej czekoladki :) Zgodziła się poprawiać w przyszłości moją pracę doktorancką zamiast mi płacić za lekcje. Wyszła po 17:00, a ja poszłam pogadać z Krystianem, a potem chwilę porozmawiałam z mamą przez Skype'a i złożyłam jej życzenia imieninowe. Udało mi się nawiązać wreszcie kontakt z szefem Sponduly, który tłumaczył się jakimiś problemamy rodzinnymi, ale nadal jestem na niego wkurzona, bo wysłałam mu swój adres już ponad miesiąc temu i wcześniej nic nie wspominał, a teraz nagle przestał się odzywać. Obiecał, że w poniedziałek ktoś z jego firmy wyśle mi wreszcie te kubki, ale napisałam mu, że jak nie dojdą do mnie do przyszłego poniedziałku, to już ich nie chcę, tylko ma mi oddać pieniądze. Zobaczymy. Mam nadzieję, że tym razem się uda! Jeśli nie, będę musiała w końcu sama pojechać w przyszłą sobotę do tego Sheffield. Wieczorem założyłam nowego bloga, na którym chcę zacząć pisać recenzję filmów, które oglądam i zaczęłam od tekstu o "Betty Blue (37°2 le matin) Jean-Jacquesa Beineixa, bo mnie od jakiegoś czasu męczył :) Poza tym zabrałam się za wypełnianie papierów na studia. Krystiana nagle coś naszło, żeby wprowadzac jakieś poprawki na mojej stronie i wołał mnie co chwilę do swojego pokoju i coś mi tłumaczył. Zrozumiałam tylko, że ma mi zrobić favicon, co byłoby nawet fajne, ale jak na razie nie udało mu się do końca rozgryźć jak go podłączyć :) Favicom to taki znaczek, który pojawia się w wyszukiwarce obok adresu, np. w przypadku blox.pl to otwarty żółty karton, a ja będę miała niebieskie logo mojego festiwalu :) Poszłam spać po północy, bo jutro chyba idę do pracy. Lekarka mi powiedziała w piątek, że jak mnie nie będzie łamać w kościach, to mam iść, a jak będzie, to zostać w łóżku. Postanowiłam więc, że zobaczę, jak się będę rano czuła i wtedy zdecydować.