Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 27 marca 2006

161.

Piatek w pracy uplynal mi dosc spokojnie. Na lunch odgrzalam sobie makaron, ktorego nie dalam rady zjesc w nocy :) Ale wracajac do pracy zapomnialam zabrac komorke, ktora podlaczylam w domu do pradu, bo prawie calkiem sie wyladowala. Zatem kiedy sie okazalo, ze w pracy zostalo strasznie duzo pysznego jedzenia z lunchu, nie moglam nawet powiadomic o tym Malwiny. Napisalam wiec do niej maila z nadzieja, ze go przeczyta. Po pracy mialysmy bowiem isc na spotkanie z laureatka pokojowej nagrody Nobla z 1976 roku, Mairead Corrigan McGuire z Irlandii Polnocnej. A nie moglam przeciez isc na to spotkanie z cala taca kanapek i krewetek w ciescie! :) Napisalam tez do Seana z pytaniem, czy nie chce tu zajrzec i wziac sobie troche jedzenia, ale odpisal ze jeszcze odchorowuje wczorajsze piwa i nie moze nawet patrzec na jedzenie :) Wiedzialam, ze niedlugo ktos przyjdzie i wyrzuci to wszystko do smieci, a nadal nie moge sie z tym pogodzic! Mnie nauczono, ze jedzenie sie wyrzuca tylko wtedy, gdy sie popsuje i moze zaszkodzic! Na szczescie Malwina odebrala maile, przyszla po jedzenie i przyniosla mi komorke. A potem wrocila przed 17 i poszlysmy razem na to spotkanie.

  

Mairead Corrigan McGuire byla wspolzalozycielka Ruchu Pokojowego w Irlandii Polnocnej, ale w czasie swojego wykladu mowila raczej o wspolczesnej sytuacji na swiecie i o tym, ze powinnismy rozwiazywac nasze konflikty bez przemocy, bo to tylko pogarsza sytuacje. Oczywiscie nawiazala takze do wojny w Iraku. Dowiedzialam sie paru nowych interesujacych rzeczy, poza tym bardzo ciekawie mowila, z lekkim irlandzkim akcentem :) Po prelekcji miala odpowiadac na pytania, ale nie moglysmy zostac, wiec jak tylko skonczyla, skorzystalysmy z zamieszania, zeby wyjsc z sali. W domu zdazylam sie tylko przebrac i za chwile przyszla Gosia, a zaraz potem przyjechala Gemma i jej ojciec podwiozl nas wszystkie do Polskiego klubu (ktory zreszta jest tylko dwie ulice dalej, ale Gemma nie chciala zmarznac po drodze :) Nie widzialam sie z Gemma chyba ze 3 tygodnie, wiec mialysmy sporo do nadrobienia! Wkrotce zaczeli sie schodzic moi studenci - ale bylo nas tylko z 10 osob, bo nie wszyscy dotarli. Oczywiscie wzbudzalismy sensacje w klubie, bo rozmawialismy po angielsku, czasem wplatajac cos po polsku, wiec ludzie przy sasiednich stolikach sie nam przygladali - zreszta wcale im sie nie dziwie, bo zachowywalismy sie dosc glosno :) Szczegolnie jak juz wypilismy po pare "Zywcow" :))) Jakis Polak nawet do nas podszedl i probowal nas poderwac "na kabaret" - ze niby maja zamiar cos wystawic w Polskim klubie i szukaja aktorek :)))

Pozniej doszedl jeszcze Danny z przyjaciolmi i pytal mnie, czy chce znow isc do klubu gejowskiego, ale odpowiedzialam, ze ledwo zyje i musze dzis pojsc wczesniej spac. Nie mialam sily balowac znow do 5 rano, tak jak poprzednio! :) Wkrotce czesc ludzi zaczela sie zbierac. Gemma tez zamowila taksowke i pojechala do domu. A my przeszlismy do sali z bilardem i zagralam jedna partyjke ze stalym bywalcem, ktory zreszta mnie ogral :) Ale walka byla dosc wyrownana :) W koncu zaczelismy sie zbierac - Gosia zabrala sie taksowka z jednym z moich uczniow, ktory podrzucil ja po drodze, a ja z Malwina poszlysmy sobie piechotka do domu. Przed snem sprawdzilam jeszcze maile i jakiez bylo moje zdziwienie, kiedy znalazlam dwa maile od przyjaciela, z ktorym rozmawialam niedawno po raz pierwszy po rocznej przerwie. Odpisal na mojego maila z lutego zeszlego roku! Nie wiedzialam nawet, ze go zachowal, ale widocznie dzieki temu mial moj adres mailowy. Drugiego maila napisal jakas godzine pozniej, widzac ze nie odpisalam na pierwszy. Prosil, zebym podala mu swoj numer, bo probowal, ale nie mogl sie dodzwonic. Nie odpisalam mu. Bylam po paru piwach i stwierdzilam, ze lepiej pojde spac.

Nastepnego dnia myslalam, ze mi sie to snilo. Ale jak zajrzalam do skrzynki, maile nadal tam byly. Wylogowalam sie z MSN Messengar, bo zobaczylam, ze zalozyl sobie adres na hotmailu i tez sie tam pojawil, a ja nie bylam gotowa na rozmowe z nim. Poza tym mialysmy z Malwina kupe roboty, bo wieczorem mialysmy miec gosci. Wstalysmy co prawda o 9 rano, ale zanim sie zebralysmy i pojechalysmy do sklepu, bylo juz poludnie! Pojechalysmy do duzego Morrisona, zeby zrobic porzadne zakupy na caly tydzien i na wieczorna impreze. Kiedy juz mialysmy pelen koszyk i powoli zaczelysmy zmierzac w kierunku kasy, zadzonil Shaz! Poltora miesiaca sie nie odzywal, a tu nagle telefon - jakby wyczul, ze mamy impreze! :) Spytalam Malwine, czy chce podwozke do domu i odebralam telefon :) Tak jak sie domyslalam - jak mu powiedzialam, ze robie duze zakupy, stwierdzil, ze zaraz przyjedzie. Musialysmy mu powiedziec, ze robimy impreze, bo wygladalo, jakbysmy chcialy obkupic caly pulk wojska! :))) Ale przynajmniej nie musialysmy tego dzwigac! :) Podwiozl nas jeszcze do dwoch sklepow po drodze, wiec skorzystalam z okacji, ze jest samochod i kupilam cale pudlo Stelli Artois (20 butelek :) dwie butelki Smirnoff Ice i trzy soki jablkowe do Zubrowki :) Poza tym w sklepie "Pound Empire" kupilysmy plastikowe naczynia i sztucce oraz 6 rozowych poduszek w ksztalcie motyla, zeby bylo na czym usiasc na podlodze :)))

Shaz zawiozl nas do domu i pojechal, mowiac ze przyjedzie wieczorem. Balam sie, ze bedzie chcial zostac na herbate, a zostaly nam tylko 4 godziny do imprezy i musialysmy sie ostro wziac za robote! Moje kuchnia jest dosc mala na dwie osoby, wiec najpierw ja sie zabralam za gotowanie, a potem oddalem pole Malwinie :) Ugotowalam kiszona kapuste z grzybami, jajka z pieczarkami i zrobilam salatke z kurczaka curry z ananasem. Malwina zrobila tarte ze szparagami i salatke owocowa. Poza tym poukladala slicznie kabanosy i sery plesniowe na tacy. Kupilysmy tez koreczki z koziego sera i slicznie to wszystko razem wygladalo! :) Co prawda kapusta mi troche przywarla do dna garnka, bo robilam 5 rzeczy naraz, ale nikt nie zauwazyl. Moze dlatego, ze podalam ja jak goscie juz troche wypili? ;) Jak Malwina gotowala, weszlam pod prysznic i sie przebralam, a potem Malwina zajela lazienke, a ja zaczelam ogarniac kuchnie. Kiedy po 20:00 przyszli pierwsi goscie, zdazylam akurat wytrzec ostatnie sztucce (ale nie zdazylam domyc przypalonego garnka, wiec schowalam go do szafy! :)))

Jako pierwsi przyszli Gosia, Rocio i Roberto. Przyniesli ze soba whisky i cole oraz prezent dla Krystiana, bo nie dotarli na jego urodziny w lutym i do tej pory sie z nim nie widzieli. Usiedli na lozku, a tymczasem Malwina wyszla z lazienki i zapalila swieczki. Swiatlo palilo sie tylko w kuchni, bo nie zdazylysmy dokladnie posprzatac pokoju :) Zreszta stwierdzilam, ze lepiej zmyc podloge dopiero po imprezie, niz dwa razy - przed i po :) Za chwile Sean zadzwonil przez domofon, ale w drzwiach stanal z Shazem - musieli sie spotkac pod drzwiami :) Shaz usiadl na kanapie, a Sean na krzesle. Ja zajelam drugie krzeslo, wiec kiedy doszli Krystian z Agata oraz Piotr z Magda, to zostaly juz dla nich tylko poduszki-motylki :) Gemma napisala, ze jest na randce z Martinem i ze moze wpadna pozniej, ale w koncu nie dotarli, wiec bylo nas tylko 11 osob! :)))

  

To tarta ze szparagami, ktora zrobila Malwina. A to Malwina - prawda, ze ladne zdjecie? Bo to ja robilam! :)

Pierwsi wyszli ci, ktorzy pierwsi przyszli - Gosia, Rocio i Roberto, bo rano szli do pracy. Z nimi zwineli sie Piotr i Magda. Potem poszli tez Agata i Krystian. Pozniej Sean stwierdzil, ze w takim razie wypada isc, ale o dziwo Shaz zostal, chociaz wszyscy juz wyszli! Troche mnie tym zdziwil, wiec zaczelam mu dawac delikatne aluzje - zaczelam sprzatac po imprezie! Najwyrazniej nie zrozumial aluzji, bo nadal zagadywal zasypiajaca na siedzaco Malwine! Tymczasem dostalam SMSa od Seana, ktory stwierdzil, ze wlasciwie to wcale mu sie nie chce wracac do domu i pytal, czy bysmy gdzies nie poszli :) Odpisalam, ze bardzo chetnie, ale Shaz nadal u nas siedzi, wiec zeby napisal gdzie jest, to dojdziemy do niego kiedy Shaz sobie pojdzie! Ale Shaz nadal siedzial i nie wygladalo na to, zeby mial zamiar wychodzic. Tymczasem zadzwonil domofon - Sean wrocil! :) Wypilismy razem 4 pozostale piwa, wysluchujac jednoczesnie monologu Shaza. Nagle stal sie cud - Shaz stwierdzil, ze idzie do domu!

Poniewaz byla zmiana czasu, wiec o 2:00 zmienilismy godzine na 3:00. Malwina stwierdzila, ze idzie spac, a ja z Seanem ruszylam na "poszukiwanie otwartego klubu" :) Do dwoch nas nie wpuscili, ale podpowiedzieli, ze Love Apple jest teraz dluzej otwarte. Tanczylismy, az do jego zamkniecia, czyli do jakiejs 4:30. O 5 bylam w domu i wreszcie padlam :) Ale przynajmniej sie wyszalalam za wszystkie czasy. Zreszta wczesniej bylam zbyt wkurzona na Shaza, zeby zasnac, wiec wyjscie do klubu dobrze mi zrobilo :) W niedziele obudzilysmy sie z Malwina okolo poludnia. Zrobilysmy wreszcie pranie, bo nie mialam juz co na siebie wlozyc! :) Pozyczylam tez odkurzacz i zabralysmy sie za sprzatanie. Zanim skonczylysmy przyszla Gosia, ktora pomogla nam dokonczyc pozostale dania i butelke Martini :) W koncu okolo 20 Malwina poszla ja odprowadzic na przystanek, a ja zadzwonilam do mamy, a jak wrocila Malwina takze do brata i siostry. Odpisalam tez wreszcie mojemu przyjacielowi (nazwijmy go Eryk :) na te dwa maile, ktore wyslal mi w piatek wieczorem. W koncu poszlam spac.

Dzis od rana pada deszcz. Ledwo sie zwloklam z lozka! Znowu sie nie wyspalam - jedyne pocieszenie, to fakt, ze w czwartek ide juz na urlop. Poza tym szefowej nadal nie ma, wiec sie nie przemeczam. Dzis caly dzien siedzialam w Internecie. Zrzucilam zdjecia, odpisalam na maile i praktycznie od rana rozmawiam on-line z Erykiem. Napisal do mnie rano i tak sie zaczelo. Wlasnie spytal, kiedy przyjade go odwiedzic. Odpowiedzialam, ze nie wiem. I jak na razie rozmowa sie urwala :) Wyszlam z pracy 15 minut wczesniej, zeby jeszcze wejsc do domu, zanim na 17:30 poszlam do kina na "Walking the Line". Film zrobil na mnie niesamowite wrazenie, choc nie uwazam, zeby Reese Witherspoon zasluzyla na Oscara bardziej niz Joaquin Phoenix. O 20:00 Gemma miala nas odwiedzic, ale napisala SMSa, ze jest zmeczona i umowilysmy sie na srode po mojej lekcji polskiego. Po filmie wrocilam do domu, napilam sie Martini i usiadlam do komputera. Zaplacilam za mieszkanie, pocwiczylam do kolejnego testu z ECDL, poszukalam noclegow i sprawdzilam ceny wynajmu samochodow w Los Angeles. Malwina obejrzala w tym czasie na swoim laptopie "Daleko od nieba" z Julienne Moore. Poszlysmy spac przed polnoca :)

piątek, 24 marca 2006

160.

W srode mialam ostatnie przed przerwa Wielkanocna zajecia z "Kreatywnego Pisania". Prawie sie na nie spoznilam, bo Proffesor Fell wpadl jak zwykle na ostatnia chwile z paroma dokumentami do skserowania dla zaledwie 30 osob! :) W dodatku xero odmowilo wspolpracy mowiac, ze musze mu wymienic toner! Nigdy nie wymienialam tonera w tym xero, poza tym nie mialam pojecia, gdzie moze byc! :) Skorzystalam wiec z "cudzego" xera w zamian za ryze papieru :) Po powrocie z kursu wcale nie bylo lepiej! Co chwile ktos cos ode mnie chcial! Profesor Fell powiedzial, ze moge zwinac sprzet (laptop i projektor) z sali wykladowej i poszedl. Pomyslalam wiec, ze mi tez moze uda sie wczesniej wyjsc. Ale potem sie okazalo, ze nastepny wykladowca potrzebuje sprzet, wiec musialam go znow podlaczyc. A potem czekac do 17, zeby go schowac do szafy :) I zamiast wczesniej, wyszlam po 17!

Zmeczona i wsciekla wrocilam do domu i myslalam, ze moze troche sie przespie przed polskim. Ale jak przyszlam Malwina i Gosia gotowaly akurat obiad, wiec nie wypadalo nawet, zebym polozyla sie do lozka. Zjadlysmy pyszna zupe i racuszki z jablkami. A potem dowloklam sie jakos na lekcje polskiego. Podobnie jak z wtorkowa grupa cwiczylam z nimi "introduction" czyli przedstawianie sie :) Potwierdzilismy tez, ze spotykamy sie w piatek w polskim klubie na piwie :) Sprawdzilam jeszcze poczte - Sean pytal, czy chcemy sie w czwartek wybrac na koncert w Leeds. Znajomy ze studiow powiedzial mu, ze jakas grupa o nazwie Chiara LS gra w jednym z klubow i ze on sie tam wybiera po pracy samochodem. Do Leeds musielibysmy co prawda dojechac sami, ale potem mielibysmy podwozke do Bratfoot, wiec nie musielibysmy biec na ostatni pociag. Odpisalam mu, ze sie zastanaowie, bo wieczorem chcialam isc na "Good night, and Good Luck" George'a Clooneya. Czekalam tez na odpowiedz Gemmy, czy sie spotkamy, bo powiedzialam jej, ze wieczorem bede wolna.

W czwartek rano obudzilam sie przed budzikiem - pewnie dlatego, ze za oknem swiecilo piekne slonce i wreszcie bylo cieplo! :) Poza tym jak szefowej nie ma, to pracuje mi sie bezstresowo, a prawdopodobnie nie bedzie jej az do polowy przyszlego tygodnia. A od czwartku mnie nie ma, bo jade do Oxfordu, wiec jest szansa, ze sie miniemy i nie bede jej widziala przez cale 2 tygodnie! :))) Na szczescie dzien byl spokojny i dzieki temu udalo mi sie wyjsc wczesniej z pracy i pojsc do kina na 15:00. Niestety, film nie byl zbyt dobry i nie warto by bylo, zebym z jego powodu stracila prace, mialam wiec nadzieje, ze nikt nie zauwazy, iz wymknelam sie 2 godziny wczesniej! :))) W kazdym razie udalo mi sie obejrzec film, a Gemma napisala, ze spotka sie ze mna w piatek w Polskim klubie, wiec wieczor mialam wolny. W dodatku obie znajome Francuzki, ktore ewentualnie mialy sie z nami wybrac na koncert, nie mogly sie z nami zabrac, wiec mialysmy z Malwina pewnosc, ze znajdzie sie dla nas miejsce w samochodzie :) Napisalam do Seana, ze bedziemy gotowe po 18, a on odpisal, ze zajdzie do nas po drodze na dworzec. Przyszedl przed 19, wypilismy po jednym piwie i poszlismy na pociag.

W Leeds bylismy przed 20 i poszlismy na maly spacer. Zaciagnelam ich nad rzeke, zeby zobaczyc "Leeds by Night" :))) W koncu, po dluzszych poszukiwaniach, znalezlismy klub, a koncert juz trwal. Grala wlasnie grupa Paranamia, po nich Chiara LS, a na koniec Zoo in Flames. Tez nigdy wczesniej o nich nie slyszalam :))) Ale zabawa byla niezla. Znajomy Seana doszedl do nas pozniej i zaczeli obaj robic zdjecia. W czasie wystepu ostatniej grupy zaczelam Seanowi podpowiadac, ze powinien zrobic zdjecie wokalistki Chiara LS stojacej z piwem wsrod publicznosci oraz zdjecie wokalisty Zoo in Flames tylem. Chlopak prawie czaly czas odwracal sie do publiki tylem lub bokiem i pomyslalam, ze to fajnie wyglada. Sean dal mi aparat do potrzymania, jak szedl do lazienki, wiec sama zrobilam zdjecia wokaliscie, ale byly troche ciemne. Pozniej Sean powiedzial, ze jak chce zrobic pare zdjec, to on mi wszystko nastawi, wiec zrobilam tez zdjecie wokalistce Chiara LS. Wyszly calkiem niezle. Jak Sean mi je przysle, to wrzuce je tutaj :) Oto one:

  

Chiara LS pod scena w czasie wystepu Zoo in Flames oraz wokalista Zoo in Flames.

Koncert skonczyl sie okolo 23 i zamkneli tez bar, ale udalo mi sie jeszcze kupic jedna cole i to taniej - barman powiedzial, zebym dala mu tylko funta i pewnie wzial go do kieszeni :))) Posiedzielismy jeszcze chwile, a potem poszlismy na maly spacer po miescie, bo znajomy Seana dosc daleko zaparkowal :) Podwiozl nas do centrum Bratfoot, a Sean wszedl jeszcze do nas na gore na male "conieco" :) Malwina ekspresowo ugotowala makaron z sosem i zrobila salatke! Jedlismy i rozmawialismy do 1:00 w nocy :) W koncu Sean poszedl do domu, a ja do lozka :) A dzis od rana pada deszcz i az trudno uwierzyc, ze wczoraj bylo tak slonecznie! :( Siedze w pracy i odpisuje na maile - Neil umawia sie ze mna na lunch w maju, jak bedzie nastepnym razem w Bratfoot! :) Ustalilismy juz date i godzine, choc to prawie za dwa miesiace! :))) Coz, jestesmy oboje bardzo zajetymi i zapracowanymi ludzmi :))) Odpisalam tez znajomym z Oxfordu, ktorych wkrotce znow zobacze! :)

wtorek, 21 marca 2006

159.

Mialam nadzieje, ze w niedziele rano zrobimy z Malwina zakupy, zanim pojade sie spotkac z rodzina profesora Fella, ale oczywiscie nie zwloklam sie z lozka az do poludnia :))) Potem szybko wzielam prysznic, zadzwonilam po taksowke i na kacu-gigancie pojechalam na brunch. Podalam taksowkarzowi adres, przekonana ze jedziemy do jakiejs restauracji. Tymczasem okazalo sie, ze zajechalam pod dom panstwa Fell! :) I zostalam tam do 18:00, czyli przez piec godzin! :) Co prawda chcialam sie zmywac zaraz po jedzeniu, ale profesor Fell powiedzial, ze jedzie pozniej do Bratfoot i ze mnie odwiezie, wiec zostalam, bo to dosc daleko i taksowka byla dosyc droga. Poza tym bylo bardzo milo i swietnie sie bawilam! :))) Poznalam jego zone, brata i dwoch synow oraz narzeczona jednego z nich, Edyte. To z jej powodu zostalam zaproszona, zebysmy porozmawialy sobie po polsku :) Edyta pochodzi ze Slaska, ale Martina poznala w Pradze, gdzie panstwo Fell maja mieszkanie, bo pani Fell jest Czeszka. Cala rodzina mowi troche po czesku i po polsku, wiec rozmowa przy stole byla bardzo zabawna :)))

Edyta i Martin pokazali wszystkim zdjecia z zamku Czocha, w ktorym chca wziac slub. Planuja go latem przyszlego roku. W pewnym momencie Andrew (najmlodszy syn panstwa Fell, ktory niedawno zaczal studia na Uniwerytecie w Leeds, czyli ma okolo 19 lat :) zapytal, czy ja tez jade na ten slub! Nikt mnie nie zapraszal, wiec komletnie zaskoczona odpowiedzialam, ze nie wiem! A on na to, ze powinnam pojechac z nim jako osoba towarzyszaca :))) Coz, zobaczymy :) W kazdym razie wzial ode mnie numer telefonu i obiecal, ze bedzie mi pozyczal filmy na DVD i plyty CD, a nawet naprawi laptopa :))) Ale jak na razie jeszcze sie do mnie nie odezwal :) Na obietnice Anglikow trzeba patrzec z duzym przymrozeniem oka :))) W kazdym razie mialam naprawde niezly ubaw! :))) W koncu po 16:00 profesor Fell odwiozl mnie pod sam dom, wiec zadzwonilam do Malwiny, ktora byla z Gosia na spacerze, ze juz jestem i umowilysmy sie do hinduskiej restauracji "Kaszmir".

Dziewczyny przyszly na chwile do domu, po czym poszlysmy we trzy na egzotyczny obiad :) Bratfoot to stolica "curry"! :) Kazda z nas zamowila cos innego i danie Malwiny bylo chyba najostrzejsze, choc wszystkim nam wypalilo geby :))) Moj szpinak zapiekany z serem bylby calkiem dobry, gdyby nie dosypali do niego tylu przypraw! Nie dalam rady zjesc go do konca! :) Ale dziewczyny byly dzielne - zagryzajac chlebem i popijajac woda jakos skonczyly swoje potrawy :))) W kazdym razie w najblizszym czasie chyba bedziemy omijac hiduskie restauracje :) Wybierzemy sie za to na pewno do Chinczyka :) Po powrocie do domu posiedzialam chwile na Internecie, ale moj organizm odmawial wspolpracy, wiec wkrotce padlam! :)

Wczoraj przyszlam do pracy troche wczesniej, zeby zgrac z cyfrowki zdjecia i wyslac je Neilowi z mojego roboczego maila, bo hotmail ma za mala pojemnosc i nie chcialy przejsc. Potem wydrukowalam Gosi potwierdzenie biletu do Polski. Pozniej przyszedl profesor Fell, ktoremy wreczylam butelke Zubrowki, tlumaczac iz gdybym wiedziala, ze jade do nich do domu, przywiozlabym ja ze soba. A potem zadzwonila szefowa i powiedziala, ze nie przyjdzie, bo zle sie czuje! :) Co prawda mialam lekkie urwanie glowy, bo wczoraj byly ostatnie zajecia przed przerwa Wielkanocna, ale jakos sobie poradzilam. To znaczy w kazdej wolnej chwili siedzialam w sieci, tak jak teraz, a obok mnie nadal lezy sterta papierow, ktorymi powinnam sie zajac :) Ale przeciez nie uciekna? :)))

Po pracy spotkalam sie w hallu Richmond Building z Pelagie i poszlysmy razem do Titusa Salta na "Kolko Francuskie" :) Niestety, mimo ze wyslala maile do wszystkich swoich uczniow, nikt sie nie pojawil. Ja zaprosilam Malwine i Seana, ktory dotarl do nas gdzies po pol godziny. Co prawda dostrzeglam go swoim slabym wzrokiem wczesniej przy barze, ale gdzies zniknal. Musial pewnie wypic jedno piwo dla kurazu, zanim podszedl :))) Po pewnym czasie doszla jeszcze Agnes i to bylo wczoraj cale kolko! :) Pelagie zmyla sie o 19, a my posiedzielismy do 20, po czym Sean odprowadzil mnie do domu, wiec zaproponowalam, zeby wszedl na gore i obejrzal zdjecia z soboty. Poprosil mnie, zebym mu pare z nich przeslala i poszedl :) A my z Malwina zagadalysmy sie znow do 1 w nocy, az wreszcie padlam wyczerpana :)

Na szczescie dzis nadal nie bylo szefowej, wiec dzien minal bezbolesnie :) Jak szlam do domu na lunch spotkalam po drodze Insana i zamienilismy dwa slowa na temat Saja, ktoremu do tej pory nie odpisalam na SMSa, ktorego mi wyslal w czasie festiwalu. Przepraszal w nim za to, ze ostatnio byl dla mnie niemily przez telefon. Sam byl w kiepskim humorze, wiec postanowil, ze mi tez zepsuje humor i udalo mu sie :) Od tamtej pory nie odzywalismy sie do siebie, az do jego SMSa. Z Gemma tez sie juz nie widzialam ze 3 tygodnie :) Coz, takie jest zycie. Albo raczej takie to sa wlasnie tutejsze przyjaznie! :))) Po lunchu wrocilam do pracy i zalapalam sie jeszcze na koncowke imprezy dla ludzi, ktorzy zdali ECDL i na rozowe wino :) Odebralam tez wreszcie swoja prace na zaliczenie zeszlego semestru z "Kina Europejskiego" - zdalam, ale ocena nie jest najwyzsza. Oceniajaca napisala - w skrocie rzecz ujmujac - ze poruszylam za duzo tematow i wykazalam za duzo roznic pomiedzy filmami, o ktorych pisalam zamiast skupic sie na ich porownaniu i skontrastowaniu :) A wykazywanie roznic to niby co, jesli nie porownywanie i kontrastowanie?!? :)))

Po pracy polozylam sie na godzinke do lozka. Okolo 18:15 zadzwonila moja studentka, ktora zwykle podwozi mnie na polski do Queensbury, ze przeprasza, ale dzis nie przyjedzie, bo jej corka sie rozchorowala. Musialam wiec biegiem wstac i sie ubrac, zeby zdazyc na autobus! Zdazylam, ale nie wiedzialam znow gdzie wysiasc i przejechalam pare przystankow za daleko! Wysiadlam na jakims polu i zaczelam isc z powrotem! Spoznilam sie 10 minut na lekcje i w zwiazku z tym nie zrobilam przerwy w polowie zajec mowiac im, ze juz mieli przerwe czekajac na mnie :) Bylam zziajana, zmarznieta i wsciekla, ale staralam sie tego nie okazywac. Po lekcji spotkalam kolejnego znajomego z Balmoralu - to juz trzeci z rzedu w ostatnim czasie! :) W Polsce studiowal filozofie i przegadalismy kiedys w Balmoralu pol nocy. Teraz chodzi do Queensbury na hiszpanski, bo Hiszpania wkrotce otworzy granice, wiec mysli o wyjezdzie tam. Wrocilismy razem autobusem do Bratfoot. Zanim dotarlam do domu byla 21:45 - samochodem trwa to 15 minut! Padlam spac okolo polnocy, nawet nie wiem kiedy! :)

158.

Dwa ostatnie filmy, jakie widzialam na tegorocznym festiwalu to dokument o Dannym Trejo "Champion" oraz "Lost", w ktorym zagral on jedna z glownych rol. Sean tez przyszedl na oba filmy. Potem odbylo sie spotkanie z publicznoscia, w ktorym oprocz aktora wzieli udzial rezyserzy obu filmow i producent "Lost". Przesiadlam sie do drugiego rzedu, zeby robic lepsze zdjecia, zostawijac Seana gdzies z tylu. A oto efekty mojego reporterskiego talentu :)

Od lewej rezyser filmu "Lost" Darren Lemke i producent filmu Kevin Matossian, obok rezyser "Championa" Joe Eckardt, dalej Danny Trejo i Neil Young, konsultant zagraniczny festiwalu i teraz juz moj dobry znajomy :)))

Danny Trejo i Neil Young.

I sam Danny Trejo w obiektywie tv :) Po spotkaniu zaczelam rozmawiac z Neilem i czekalam, az wszyscy wyjda z sali kinowej do kuluarow, bo tam bylo lepsze swiatlo do robienia zdjec. Neil przedstawial mnie kazdemu, kogo sam poznal wczesniej w trakcie festiwalu :) Porozmawialam z zona rezysera "Lost" i z nim samym. Okazalo sie, ze sa z Kalifornii, wiec podali mi swojego maila i obiecali, ze napisza mi, gdzie koniecznie musze pojechac i co musze tam zobaczyc :))) Oto oni:

Potem Danny Trejo w koncu wyszedl z sali i podszedl do jednej z siostr Hiszpanek, przywitla sie z nia, a potem ze mna, bo stalam obok i wzial mnie za jej siostre :) Powiedzialam, ze co prawda siostra nie jestem, ale czy mimo to moge zrobic mu zdjecie :) A on na to, ze powinnismy sobie zrobic zdjecie razem i poprosil jedna z barmanek, zeby nam je pstryknela. Oto ono:

Ale ja sie uparlam, ze chce tez jemu zrobic zdjecie, wiec sie zgodzil. Zrobil jednak zbyt grozna mine, wiec go poprosilam, zeby sie usmiechnal, bo jak sie nie usmiecha, to naprawde mozna sie go przestraszyc. Zreszta zdaje sobie z tego sprawe - sam o tym mowil w "Championie" :) Usmiechnal sie zatem, ale chyba lepiej by bylo gdyby sie nie usmiechal :)))

W kazdym razie facet jest naprawde bardzo mily :))) Tymczasem dostalam SMSa od Seana z pytaniem, gdzie zniknelam. Odpisalam, ze jestem nadal w muzeum i ze mam zdjecie z Danym Trejo! :) Zaczelam rozmawiac z Neilem, ktory przedstawil mnie dwom aktorom z jakiegos serialu telewizyjnego o szkole. To tutaj podobno wielkie gwiazdy, ale ja ich niez nam, a wy?

W koncu Sean sie znow pojawil, ale jak sie skonczylo wino, stwierdzil, ze idzie do domu. Ostatnio ciezko u niego z kasa, ale moim zdaniem to nie powod, zeby rezygnowac z takiej imprezy! :) Zreszta ja przez caly wieczor wydalam tylko funta z czyms na jedna pepsi! :))) Ale nie zatrzymywalam go, bo po pierwsze wiem, ze nie lubi duzych imprez, a poza tym bez niego latwiej bylo mi sie wkrecic :))) Zabralam sie z goscmi festiwalu do restauracji Omar Khan, a potem do baru w Hotelu Midlands, gdzie wiekszosc z nich mieszkala. W koncu okolo 5 rano stwierdzilam, ze musze wracac do domu, bo na 13:00 bylam przeciez zaproszona na brunch przez mojego glownego szefa, profesora Fella. Nie pozegnalam sie z Neilem, bo gdzies zniknal, ale mam do niego maila, wiec jestesmy w kontakcie. Napisal mi pozniej, ze impreza trwala do 7 rano! :))) Potem Neil wrocil do Sunderland, ale zaproponowal zebysmy sie spotkali, jak bedzie nastepnym razem w Bratfoot.

sobota, 18 marca 2006

157.

We wtorek prosto po pracy poszlam do kina na dokument "!Ya Basta! - The Battle Cry of The Faceless" o Indianach w Meksyku walczacych o prawo do godziwego zycia. Ukrywaja swoje twarze za chustkami i stad ta nazwa. Film trwa zaledwie 50 minut, ale daje do myslenia na duzo dluzej. Pozniej poszlam na nostalgiczny szwedzki film "Kim Novak Never Swam In Genesaret Lake" o dojrzewaniu dwoch mlodych chlopcow. Mial bardzo ladne zdjecia i byl dosc dobrze zrobiony, ale nic powalajacego :) Skonczyl sie o 20 i jak wyszlam z sali, to moi studenci juz siedzieli w barze :) Kupili sobie bilety, a ja sprawdzilam liste i poszlismy na sale. Spotkalam znow tego kolege z Balmoralu i oczywiscie przysiadl sie do mnie! I caly czas komentowal, az musialam mu dwa razy zwrocic uwage, zeby nie przeszkadzal. Za nami siedzieli moi studenci i chcialam, zeby dobrze slyszeli dialogi. I chcialam dobrze slyszec ich reakcje (szczegolnie zywe, gdy na ekranie spiewano "Sto lat" :))) Po filmie byli bardzo zadowoleni, ubawieni i mowili, ze im sie podobal. Zobaczymy, co powiedza za tydzien na lekcji :)

Kiedy wrocilam do domu, zaczelysmy z Malwina rozmawiac i nie moglysmy przestac :) Zanim sie obejrzalysmy, dochodzila 3 nad ranem :) Na szczescie szefowa znow sie spoznila pol godziny, wiec poranek minal mi dosc bezbolesnie i pozwolil powoli sie rozbudzic :))) Czas do lunchu szybko zlecial i zanim sie obejrzalam, bylam juz w domu. Malwina podgrzala golabki, ktore dostalam od jednej z moich studentek i czekala na mnie z gotowym obiadem! :) Boje sie, ze zaczne sie do tego przyzwyczajac! :))) Pozniej wrocilam do pracy, ale po jedzeniu zachcialo mi sie spac. Szefowa tez nie miala chyba zbytnio ochoty pracowac, wiec zaczelysmy rozmawiac. Podobno maja nas przeniesc do innego budynku. Na razie nikt nie wie kiedy ani gdzie, ale w piatek mamy zebranie w tej sprawie. Prawdopodobnie w gre wchodzi inny budynek na terenie kampusu, oddalony od nas jakies 5 minut spacerkiem. Razem robi sie juz z tego 10 minut do pracy, a to oznacza, ze musialabym zaczac troche wczesniej wstawac, albo bede sie bardziej spozniac :))) W kazdym razie szefowa zaproponowala, zebysmy sie przeszly na spacer i obejrzaly Phoenix Building. Wyglada calkiem niezle, ale mam nadzieje, ze do przeprowadzki jeszcze daleko :) Moze do tego czasu zmienie prace?

Po powrocie do pracy szefowa dala mi do poczytania dodatek do "The Times" o szkolnictwie wyzszym. Dowiedzialam sie z niego, ze strajk pracownikow akademickich, ktory odbyl sie u nas w zeszlym tygodniu, to akcja przeprowadzona w calym kraju! Zwiazki zawodowe dowiedzialy sie, ile zarabiaja szefowie ich uniwerkow, ktorych pensje w ciagu ostatnich 3 lat wzrosly nawet ponad 50 procent i sie zbuntowali! Okazalo sie, ze pracownicy administracji pod koniec marca tez beda strajkowac. Nie naleze do zwiazku, wiec mnie to nie dotyczy, ale moze znow wywalcza dla mnie jakas podwyzke, tak jak ostatnio? :))) Przyjechalam tutaj, zeby pracowac, a nie strajkowac, ale przynajmniej szefowa bierze w tym czasie urlop (za strajk by jej nie zaplacili, a za urlop tak :) wiec nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo :))) Na 16:30 wyslalam Malwine do kina na irlandzki film "Capitol Letters", a sama poszlam dopiero na 19 na "Headpress Presents...Des Morts" - kolejny film o smierci. Ale wczesniej troche sie przespalam. I cale szczescie, bo czekal mnie dlugi wieczor :)

"Des Morts" to ponad poltora godzinny dokument o smierci - o podejsciu do niej w roznych czesciach swiata. Chwilami nie byl zbyt przyjemny do ogladania i widzialam, ze moja znajoma Francuzka Agnes zaslaniala oczy. Ja postanowilam stanac twarza w twarz ze swoimi lekami, ale po filmie czulam, ze mam ochote na drinka. Zaraz przy wyjsciu z sali jak na zawolanie stal chlopak z dwoma pudlami piwa "Cobra" i czestowal wszystkich chetnych. Oczywiscie nie odmowilam. Agnes powiedziala, ze po tym filmie niczego nie przelknie, nawet piwa. Zaczelam rozmawiac z tym chlopakiem, pracownikiem kina i dyrektorem festiwalu "Bite the Mango". Adeni z pochodzenia jest pol-Filipinczykiem. Nie wyglada, ale dowiedzialam sie, jak go zapytal jeden z gosci. Co jakis czas podchodzil bowiem ktos po nastepne piwo i wlaczal sie do naszej rozmowy. Okazalo sie, ze poznalam jednego z gosci jakies pol roku temu na wernisazu w Cartwright Gallery w Leister Parku. Patrick jest wykladowca sztuki w College'u i pamietal nawet moje imie! :) Pozniej zaczelam rozmawiac z Neilem Youngiem, konsultantem zagranicznym festiwalu. Poznalam go przed filmem "Wesele" - kiedy dowiedzial sie, ze jestem Polka, zapytal jak ma wymowic tytul filmu, bo go zapowiadal :) Chcial z niego zrobic "Wezele", ale go poprawilam i dobrze sie spisal :) Okazal sie niezlym znawca polskiego kina i bywalca festiwali. W Roterdamie byl w jury z Pawlem Felisem z "Gazety Wyborczej" :) Poza tym oboje znamy Stefana Laudyna, szefa Warszawskiego Miedzynarodowego Festiwalu Filmowego, wiec mielismy wiele wspolnych tematow do rozmowy :)))

Tymczasem piwo sie skonczylo i impreza tez :) Ale producenci filmu "Des Morts" z firmy Headpress zaprosili na ciag dalszy do siebie. Poszlismy wiec w pare osob do Hiltona, gdzie stalo jeszcze jedno pudlo "Cobry" :) Mieli bardzo ladny widok z okna, na podswietlony ratusz. W telewizji lecial wlasnie film "Out of Reach" ze Stevenem Seagalem, Krzysztofem Pieczynskim i Agnieszka Wagner krecony w Polsce! Jak weszlismy do pokoju pokazywali wlasnie Palac Kultury i Nauki! :))) Neil dla mi adresy dwoch moteli w Kalifornii, ktore poleca - jeden w Los Angeles, a drugi w San Francicso. Poza tym okazalo sie, ze zna francuski, wiec przez jakis czas rozmawialismy po francusku, wzbudzajac oczywiscie wokol zdziwienie :) Jednym slowem swietnie sie bawilam do jakiejs 2 nad ranem. Potem poszlam do domu i poszlam spac, ale rano obudzilam sie w stanie, ktory nie pozwalam mi pojsc do pracy :) Napisalam do szefowej SMSa, ze sie spoznie, bo boli mnie brzuch (co bylo prawda, ale nie wspomnialam, co bylo powodem tego bolu i ze jeszcze gorszy byl bol glowy :))) Oddzwonila i powiedziala, ze jak mam problemy z zoladkiem, to w ogole mam nie przychodzic! :) Nie musiala mnie dlugo przekonywac :)))

Malwina poszla na rozmowe do jednej z agencji pracy, a ja pospalam i wstalam dopiero o 17:00. Na 18:15 poszlam na czeski film "Vaterland: A Hunting Logbook". Byl bardzo dziwny i pierwsze wrazenie mialam dosc negatywne, ale z biegiem czasu zaczynam dostrzegac jego zalety. Byla to metafora stanu Europy po zjednoczeniu i swiata w ogole, podzialu na nadludzi i podludzi, ktory zawsze istnial i pewnie nigdy sie nie zmieni. Podobna wymowe mial nastepny film "Shooting Dogs" o ludobojstwie w Rwandzie. Opowiadal o tych samych wydarzeniach, co "Hotel Rwanda", ale byl od niego o niebo lepszy. Po filmach wrocilam do domu w dosc melancholijnym nastroju. Bylam nadal zmeczona, wiec dosyc szybko poszlam spac. W piatek po raz pierwszy od wiekow bylam wczesniej w pracy! :) Dostalam list potwierdzajacy koniec mojego okresu probnego i przedluzenie kontraktu. Prof Fell zlozyl mi z tej okazji gratulacje i powiedzial, ze w pelni na to zasluzylam. Po czym spytal, co robie w weekend, bo przyjezdza do niego syn z narzeczona-Polka i czy nie poszlabym z nimi w sobote na kolacje. Powiedzialam, ze w sobote ide do kina na zakonczenie festiwalu, ale wzial moj numer telefonu i pozniej umowilismy sie zamiast tego na brunch w niedziele.

Jak przyszlam do domu na lunch Malwina i Gosia ogladaly "Wesele" na laptopie. Malwina zrobila pyszny obiad i znow dostalam wszystko pod nos :) Umowilysmy sie, ze wieczorem pojdziemy do pubu z okazji Swietego Patryka. Po powrocie do pracy profesor Fell powiedzial, ze chce ze mna porozmawiac przed zebraniem, ktore mielismy o 15:30. Powiedzial, ze czekaja nas pewne zmiany i nie chce, zeby byly one dla mnie szokiem :) Oznajmil mi, ze bedziemy sie przeprowadzac do Phoenix Building, ale ze prawdopodobnie nastapi to w czerwcu. Nie wiedzial, ze ja juz nie tylko slyszalam o wszystkim "poczta pantoflowa", ale ze nawet bylam juz obejrzec ten budynek z szefowa :) Ale kazala mi udawac zdziwiona :))) Potem poszlismy na zebranie i uslyszalam wszystko po raz kolejny, ale przynajmniej czas szybko zlecial i po zebraniu byl juz czas isc do domu :) Na 18:15 poszlam na wenezuelski film "Secuestro Express" o porwaniach dla okupu na ulicach Caracas. Rezyser Jonathan Jakubowicz sam zostal kiedys porwany i postanowil zrobic o tym dosyc mocny, ale bardzo dobry film. Potem poszlam na doskonale "Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady" w rezyserii Tommy'ego Lee Jonesa.

Po wyjsciu z kina okazalo sie, ze dziewczyny nie ida do pubu, za to zadzwonil do mnie znajomy z Balmoralu, mowiac ze jest z tesciem w Lloydsie. Doszlam do nich i wypilam jednego Guinnessa, zeby tradycji stalo sie zadosc :) Namawiali mnie co prawda na jeszcze jedno piwo, ale ich towarzystwo nie za bardzo mi odpowiadalo. Wrocilam wiec do domu, a wkrotce potem Malwina wrocila od Gosi. Wyslalam maila do Neila Younga i dzisiaj dostalam odpowiedz. Wiedzielismy sie dzis w kinie, bo zapowiadal dokument "Excavating Taylor Mead" o zyciu gwiazdy filmow Andy'ego Warhola, a potem takze luksemburski film dokumentalny "Tour de Force" o turnee po Rosji "najsilniejszego czlowieka swiata", ktory wielokrotnie znalazl sie w Ksiedze Rekordow Guinnessa. Georges Christen pochodzi z Luksemburga, ale ten film nie byl tak naprawde o nim, tylko o wspolczesnej Rosji. Pozniej wrocilam do domu na obiad, a zaraz ide na dwa ostatnie filmy festiwalu - dokument "The Champion" o Dannym Trejo i "The Lost", w ktorym zagral jedna z glownych rol. Malo kto zna jego nazwisko, ale wiekszosc kojarzy jego twarz z takich filmow jak "Desperado", "Od zmierzchu do switu", "Con Air - Lot skazancow", "xXx" czy "Pewnego razu w Meksyku: Desperado 2". Przyjechal do Bratfoot i mam nadzieje zrobic mu pare zdjec. A na razie...

wtorek, 14 marca 2006

156.

W czwartek szefowa znow przyszla niestety do pracy, ale byla mila. Napisala list do naszego dzialu kadr, w ktorym wychwala mnie pod niebiosa i dala profesorowi Fell do podpisania. Dzieki temu przetrwalam zwyciesko okres probny, o ktorym nie mialam nawet pojecia! :) Dopiero teraz mam kontrakt na kolejne poltora roku. Szefowa spytala, czy pojde to dzis opic, ale powiedzialam jej, ze poczekam do weekendu, bo w piatek musze przeciez byc w pracy :))) Ustalilam tez z nia, kiedy mam wykorzystac 3 dni urlopu, ktore mi zostaly i od razu kupilam bilety do Oxfordu na koniec marca. I do Londynu na polowe maja :) Po pracy poszlam na 17:30 na "Horst Buchholz - moj ojciec" - dokument nakrecony przez syna aktora, ktory najwyrazniej ma do niego o cos pretensje :) W zwiazku z tym nie byla to laurka i chwilami az nieprzyjemnie bylo to ogladac. Wydaje mi sie, ze chlopak nie musial sie dzielic swoimi demonami publicznie, ale byc moze ta "spowiedz powszechna" mu pomogla? Mam nadzieje, bo jesli nie, to wylal tylko niepotrzebnie swoja zolc na tasme filmowa. Po filmie poszlam na pokaz specjalny filmu "Kes" Kennetha Loacha, zeby zrobic mu zdjecie. Byl to tak zwany "pokaz po latach", na ktorym probowano zgromadzic jak najwiecej osob bioracych udzial w powstawaniu tego filmu :) Mysle, ze to bardzo fajny pomysl. Glowny bohater co prawda nie dojechal, ale pozostali byli na sali.

Niestety, impreza zaczela sie opozniac, a ja mialam bilet na nastepny film. Chcialam zrobic tylko pare zdjec i uciekac. Stalam tuz przy drzwiach z aparatem w reku i nagle zobaczylam Seana, ktory nie mogl wejsc, bo nie bylo juz wolnych miejsc. Wpadlam wiec na genialny pomysl - oddalam mu swoj bilet, bo na pokaz "Kesa" wybieralam sie i tak w niedziele rano i poprosilam, zeby w rewanzu zrobil dla mnie pare zdjec, a sama pobieglam na bardzo zabawna kanadyjska komedie o zyciu mieszkancow wymarlego miasteczka "Seducing Doctor Lewis". Potem dowiedzialam sie, ze "Kes" skonczy sie dopiero przed polnoca, wiec nie bylo co czekac. Ani gdzie, bo bar juz zamkneli :) Napisalam wiec Seanowi SMSa, ze czekam w domu i usiadlam do Internetu. Przyszedl tuz przed 24:00, ale niestety okazalo sie, ze zdjecia mu nie wyszly. Zapomnialam, ze nie lubi ludzi, a fotografowanie ich w obecnosci innych ludzi (i to pelnej sali :) okazalo sie zadaniem ponad jego sily :) Wszystkie zdjecia byly zrobione z daleka zoomem, w zwiazku z tym byly za ciemne i poruszone. Co prawda odwazyl sie podejsc po filmie do Loacha w kuluarach, ale rezyser akurat sie poruszyl i jest rozmazany :))) Sean nabawil sie przez to wszystko kompleksow i musialam go potem pocieszac, ze roslinkom i widoczkom przynajmnie potrafi robic zdjecia :)

W piatek znow nie bylo szefowej, wiec mialam przynajmniej spokoj w pracy. Podlubalam troche w komputerze i poszlam wczesniej do domu, a potem na 18:30 do kina. Najpierw obejrzalam argentynski film "Garua" nakrecony cyfrowka. Dalo sie to obejrzec, ale kolejny film - amerykanski "Forty Shades of Blue" byl duzo lepszy. Opowiadal o Rosyjance ozenionej ze starszym od siebie Amerykaninem i byl obrazem zderzenia "slowianskiej duszy" z zachodnia mentalnoscia. Bardzo na czasie :))) Byl dosc przygnebiajacy i wprowadzil mnie w stan milej melancholii :) Potem posiedzialam jeszcze troche w Internecie i poszlam spac, zeby rano dotrzec na 10 do kina na pokaz wegiersko-angielskiej koprodukcji z 1964 roku :) Chcialam zobaczyc wreszcie jakis film w ramach "Widescreen Weekend", czyli imprezy, na ktora przyjezdzaja ludzie z calego swiata, zeby zobaczyc filmy panoramiczne. "The Golden Head" byl takim wlasnie filmem, niestety mial mdla fabule, wiec po polgodzinie wyszlam. Przed filmem obejrzalam jednak krotkometrazowy film panoramiczny "The Fortress of Peace" o potedze wojskoej Szwajcarii. Mam juz wiec pojecie, jak to wyglada. Podobno Pictureville jest w tej chwili jedynym kinem w Europie, ktore pokazuje filmy panoramiczne z trzech przecinajacyh sie projektorow na raz. Szkoda tylko, ze te filmy takie nieciekawe :) Na kolejnym zatytulowany "Windjammer" juz nie poszlam, bo stwierdzilam, ze lepiej bedzie jak posprzatam :)

Bylam wlasnie w trakcie sprzatania kuchni, kiedy dostalam SMSa od Malwiny, ze jest juz na dworcu w Bratfoot! Wydawalo mi sie, ze mam jeszcze pol godziny, ale Malwina przyjechala wczesniej! Pobieglam wiec na dworzec, skad podjechalysmy autobusem do domu. Zjadlysmy obiad, porozmawialysmy chwilke, po czym zostawilam Malwine i poszlam na 16:15 na "Exit" - nakrecony cyfrowka film rezyserki z Kosova. Coz, za ocene wystarczy chyba, jak napisze, ze zasnelam w przerwie miedzy dialogami. Obudzilam sie tuz przed koncem - na szczecie ten "film" trwal tylko godzinke! Porozmawialam chwile z Agnes - znajoma Francuzka i zgadalysmy sie, ze zobaczymy sie w niedziele na pokazie "Solidarnosc, Solidarnosc" :) Potem poszlam do baru i zamowilam male piwo. Zaczela mnie bolec glowa i mialam nadzieje, ze to pomoze, ale oczywiscie sie przeliczylam. Sean skonczyl wlasnie ogladac "Zulu" w ramach "Widescreen Weekend", wiec chwile porozmawialismy. Planujemy na weekend majowy pojechac do Dublina i Sean zalatwia wlasnie nocleg u przyjaciol rodziny. Potem on wrocil na sale wysluchac dyskusji, a ja poszlam na holenderski dokument "Based On a True Story".

Pokaz odbyl sie w IMAXie i musze przyznac, ze byl bardzo ciekawy. Rezyser chcial zrobic dokument o Johnie Wojtowiczu, ktory napadl na bank w latach 70. Na podstawie jego historii Sidney Lumet nakrecil film "Pieskie popoludnie". Wojtowicz wyszedl juz z wiezienia, ale najwyrazniej poprzewracalo mu sie w glowie, bo zadal od rezysera coraz wiekszej sumy pieniedzy, za to, ze mu opowie jak to naprawde bylo. Uwazal, ze skoro Al Pacino mogl zarobic, odgrywajac jego na ekranie, on tym bardziej powienien zarobic na filmie o nim. Potem poszlam znow do baru i tym razem sprobowalam leczyc bol glowy kawa, ale bylo jeszcze gorzej! :) Nie poddalam sie jednak i poszlam na ostatni film tego wieczoru - "Czas, ktory pozostal" Francoisa Ozona. Srednio lubie jego filmy, podobaly mi sie wlasciwie tylko dwa, ale slyszalam, ze ten jest bardzo dobry i musze przynac, ze zgadzam sie z ta opinia. Mimo, ze to film o smierci, wyszlam z niego w dobrym humorze, napelniona optymizmem i pozytywna energia. Malwina otworzyla mi drzwi, bo mamy teraz tylko jeden klucz na drzwi wejsciowych, ktorym musimy sie dzielic. Kod nadal nie dziala i nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze bedzie dzialal! Ale jak na razie jakos sobie radzimy  :)

W niedziele wstalam rano i poszlam na 10 na "Kes" Kennetha Loacha (podpisal ten film pelnym imieniem :) Nigdy wczesniej go nie widzialam, ale to filmowe oskarzenie systemu edukacji bardzo mi sie spodobalo. Potem poszlam na dwa krotkie metraze Lindsaya Andersona: "The White Bus" i "Raz, dwa, trzy" - dokument nakrecony w warszawskiej  Szkole Teatralnej w latach 60. Film trwal 26 minut i pokazywal zajecia studentow trzeciego roku, ktory pod okiem Ludwika Sempolinskiego cwiczyli piosenke aktorska. W czasie ich wystepow ogladalismy migawki z ulic Warszawy. Wsrod wykonawcow byli miedzy innymi mlodzi Piotr Fronczewski i Andrzej Seweryn :) Wzruszylam sie troche sluchajac polskich piosenek :) Pozniej wrocilam do domu na obiad i zadzwonilysmy z Malwina do babci, gdzie zebrala sie prawie cala moja rodzina :) Tak sie zagadalam, ze nie poszlam na film :) Zamiast tego przeszlam sie z Malwina do Gosi, z ktora ja umowilam, zeby nie siedziala sama w domu :) Napilysmy sie herbaty, a potem dziewczyny spontanicznie stwierdzily, ze ida ze mna na kolejny film "Solidarnosc, Solidarnosc" - zestaw 10-minutowych filmow nakreconych przez 10 polskich rezyserow z okazji 25-lecia Solidarnosci. Posmialysmy sie i wzruszylysmy... Bylo to dosc surrealistyczne uczucie - siedziec w kinie w Anglii i ogladac swoja, wciaz zywa, przeszlosc :) I zdac sobie sprawe, ze dzieki temu, co sie stalo 25 lat temu, mozemy teraz siedziec w tym kinie w Anglii i ogladac ten film... Potem dziewczyny poszly do domu, a ja zostalam na francuskim "Lemingu", ale tak mnie wkurzyl ten pseudo-metafizyczny horror, ze wyszlam i wrocilam do domu, zeby nie psuc sobie dobrego wrazenia po porzednim filmie. Na "Lemminga" poszlam tylko ze wzgledu na aktorow. W domu padlam i zasnelam, mimo, ze bylo zapalone swiatlo, a Malwina rozmawiala przez telefon. Sama nie wiem, kiedy odjechalam :) To przez ten festiwal! :)))

Wczoraj Malwina przyszla po mnie do pracy i poszlysmy razem do domu na lunch. Pozniej ja wrocilam do pracy, a ona o 16 byla umowiona z Gosia na chodzenie po sklepach. Przed kinem weszlam do domu i jeszcze cos zjadlam, a na 17:45 poszlam na "Dluga zima bez ognia" Grega Zglinskiego. Bardzo mi sie podobal. Po nim poszlam na spotkanie z Markiem Hermanem, rezyserem "Orkiestry", ale zrobilam tylko jedno zdjecie i padla mi bateria. Pobieglam wiec na "The King" z Gaelem Garcia Bernalem. Na sali spotkalam znajomego z Balmoralu, ktorego nie widzialam juz z pol roku. Niezle sie usmialismy z tego filmu - chwilami byl tak glupi, ze az smieszny. Gdyby nie swietni aktorzy, w ogole nie dalo by sie ogladac! :) Po wyjsciu z kina zadzwonilam do Malwiny, ze czekam i usiadlam na troche do sieci. Porozmawialysmy troche, a potem poszlam spac, ale dzis znow mialam problemy ze wstaniem. Zapomnialam wspomiec, ze w niedziele znow spadl snieg i choc do dzis prawie sie juz rozpuscil, to pogoda jest byle jaka. Jakos tak jest szaro-buro i spac sie chce. Ale dzis przynajmniej szefowa poszla po lunchu do domu. A wieczorem ide na trzy filmy, m.in. na "Wesele" Smarzowskiego z moimi studentami! :)))

środa, 08 marca 2006

155.

Wczoraj caly dzien popadywalo, ale przynajmniej snieg juz sie rozpuscil :))) Wyszlam troche wczesniej z pracy i wzielam sie za gotowanie makaronu na spaghetti. Sean przyszedl po 17 i obejrzal zdjecia, ktore zrobilam na konferencji prasowej po filmie "Evilenko" z Malcolmem McDowellem. Pokazal mi tez swoje zdjecia, ktore zrobil w studiu. Mial za zadanie zrobic swoj autoportret, ale podszedl do tego bardzo niekonwencjonalnie. Schowal sie za siecia bialych kwadratow i dzieki parokrotnemu naswietlaniu jednej kliszy, jest na zdjeciu dwa, trzy lub wiecej razy. Wyglada to niesamowicie, jakby zrobil sobie zdjecie z blizniakami :) I wiele o nim mowi :))) Zjelismy spaghetti z krewetkami i serem - rozpuszczony ser zabil smak pozostalych skladnikow i dzieki temu calkiem niezle to smakowalo :) Potem na deser byly czekoladowe chipsy, ktore Sean przyniosl ze soba :) Okolo 16:40 przyjechaly po mnie moje uczennice, wiec wyszlismy z domu i Sean poszedl do Walkabout obejrzec mecz miedzy Hiszpania i Anglia, a ja pojechalam na lekcje do Queensbury. Tym razem na lekcji rozmawialismy o zawodach, jakie wykonuja moi studenci. Poza tym wypelnili formularz, dzieki ktoremu mozemy w przyszly wtorek isc do kina na "Wesele" Wojtka Smarzowskiego! :) Umowilismy sie tez na polskie piwo do polskiego klubu na piatek 24 marca i na niedzielny obiad do drugiego polskiego klubu :) Mamy juz wiec ulozony bogaty program kulturalny :)))

Po lekcji moje studentki jak zwykle podwiozly mnie pod dom, gdzie zostawilam formularze i torebke, po czym poszlam do Walkabout, gdzie bylam umowiona z Seanem. Weszlam i nie moglam sie powstrzymac od usmiechu, widzac tych wszystkich facetow wpatrzonych w ekrany! :))) Nikt chyba nie widzial mojego usmieszku, bo nie mogli oderwac oczu od meczu :) Paru co prawda spojrzalo na mnie ze zdziwieniem, ale zajeli sie znow sportem :))) Poza tym od czasu do czasu cos pokrzyczeli, kiedy akcja nabierala tempa i w powietrzu czuc bylo zwiekszone stezenie testosteronu :))) Napisalam do Seana SMSa, ze jestem przy barze, bo nie mialam ochoty chodzic i go szukac :) Pojawil sie za chwile i powiedzial, ze mecz sie zaraz konczy. Rzeczywiscie, trwal jeszcze jakies 10 minut. Nie zdazylam nawet dopic swojego piwa :) Sean powiedzial, ze nawet w meskiej toalecie sa ekrany, poszlam wiec sprawdzic do damskiej, ale tam byl tylko glos z glosnikow, bez wizji, mimo, ze na sali bylo pare dziewczyn. Duza czesc publicznosci wygladala na Hiszpanow, ale przy stoliku kolo nas uslyszalam rodzimy jezyk :) Nie zagadalam jednak z nimi, bo wyszlismy. Sean odprowadzil mnie do domu, gdzie usiadlam jeszcze do Internetu.

Dzis nie ma szefowej, wiec mam spokoj i nie przepracowuje sie :) Zreszta za godzine wychodze, wiec nie ma sensu zabierac sie za cos nowego, a zrobilam juz to co mi znalazla do roboty, zebym sie bez niej nie nudzila :) Nie wracam dzis po lunchu. Musze tylko zostawic na drzwiach kartke, ze biuro jest dzis zamkniete. Juz ja przygotowalam i przykleilam do niej "blue tag" - taka obrzydliwa, niebieska plasteline, ktorej tu uzywaja do takich rzeczy :) Chyba juz kiedys o niej wspominalam, ale to tak niesamowity wynalazek, ze wspomne jeszcze raz - ktos musial na tym zarobic kupe kasy! :))) W kazdym razie wzielam dzis pol dnia wolnego, bo chce isc do kina na 3 filmy i troche nadrobic zaleglosci - wczoraj nie bylam przeciez na zadnym! :) Z ostatniego bede musiala jednak wczesniej wyjsc, zeby zdazyc na lekcje polskiego. Za to jak za tydzien pojdziemy wszyscy do kina, to w srode wieczorem bede wolna i bede mogla zobaczyc jeszcze pare filmow :) Wiem, to brzmi, jakbym byla uzalezniona, ale co ja poradze, ze kocham festiwale? :) Przed wyjazdem z Polski niemal co miesiac bylam na jakims! :) Tutejszy festiwal nie jest tak dobry, jak Warszawski Miedzynarodowy Festiwal Filmowy, ale w czasie weekendu przez moment bylam znow w swoim zywiole :))) Niestety, jak na razie sale swieca raczej pustkami i mam wrazenie, ze w zeszlym roku bylo wiecej widzow. Szkoda na przyklad, ze Malcolm McDowell przemiawial do pol pustej sali, bo mowil naprawde zabawne rzeczy :) Organizatorzy tlumaczyli to naglymi opadami sniegu ("zima znow zaskoczyla drogowcow"? :))) ale snieg juz zniknal, a tu nadal pustki. Przynajmniej na "Weselu" bedzie pelno, bo przyjda obie moje grupy :)))

A teraz ciekawostka - podobno w zeszly piatek policja aresztowala czterech studentow naszego uniwersytetu! Jednego z nich wczoraj zwolniono z zarzutow i wypuszczono, ale pozostali trzej bede prawdopodobnie oskarzeni o terroryzm. Bratfoot to nie tylko drugie najwieksze skupisko Pakistanczykow w Anglii, ale takze miasto, w ktorym 5 lat temu doszlo do najwiekszych zamieszek ulicznych! Rany odnioslo wtedy 300 policjantow, a szkody oszacowano na 8 milionow funtow. W tym roku z okazji piatej rocznicy w telewizji zostanie pokazany dokument o tych wydarzeniach, z punktu widzenia mlodziezy, ktora brala w nich udzial. Powstalo juz nawet przedstawienie na ten temat, ktory jest tu nadal zywy i doprowadzil do wielu zmian i wiekszej dbalosci o rownouprawnienie. Niestety, w praktyce doprowadzilo to tez do tego, ze wiele osob czuje sie bezkarnych. A wielu Polakow tutaj czuje, ze Pakistanczycy maja wieksze prawa od nich. Mam nadzieje, ze nie dojdzie do nowych zamieszek! Jak wyszlam z pracy, dostalam za to ulotke na temat pokojowego spotkania przeciwko atakowi na Iran i powstrzymaniu islamofobii. Organizatorzy zapraszaja tez na wyjazd do Londynu - na demonstracje pod parlamentem. Przez to wszystko prawie zapomnialam, ze dzis Dzien Kobiet :)

Na 13:30 poszlam do kina na "Zielona karete" o problemach chlopaka, ktory przyjechal z ojcem do Izraela. Potem poszlam na godzinke do domu i wrocilam na 16:00 na "Ludzie z Saladillo" - argentynski dokument o filmowcach amatorach, ktorzy zatrudniaja do swoich produkcji mieszkancow miasteczka Saladillo i ktorzy zdobyli w Argentynie rozglos. Film opowiadal tez o sytuacji tego kraju. Na 18:00 zas poszlam na dokument "Nowy Swiat" o bylym imperium austro-wegierskim, a raczej o tym, co z niego zostalo. Musialam jednak wyjsc przed koncem, zeby zdazyc na lekcje polskiego. Wczesniej zalatwilam sobie jeszcze darmowy katalog festiwalu, bo doczytalam sie w ulotce, zre nalezy sie tym, co tak jak ja kupili tzw. "full pass" na cala impreze. Na polskim umowilismy sie na spotkanie w kinie we wtorek zamiast srodowych zajec i na kolejne imprezy kulturalne :))) Potem wysluchalismy wykladu jednego z moich studentow na temat braku dobrej obslugi klienta w Polsce. Nie bylo mi milo tego sluchac, ale powstrzymalam sie jakos od podzielenia sie podobnymi anegdotami na temat Anglii, choc mialabym o czym opowiadac. Ale znam zasade, ze o swoim kraju i rodzinie mozna mowic zle, o cudzym jednak nie. Dlatego sie powstrzymalam. Po lekcji dostalam znow golabki od jednej z moich uczennic, za to ze przetlumaczylam jej list do rodziny. Zaskoczyla mnie, a ze nie chcialam jej robic przykrosci, powiedzialam, ze przyjme je pod jednym warunkiem - iz wiecej mi juz nic nie przyniesie, a to bedzie podziekowanie za wszystko, takze na przyszlosc :) A teraz siedze w Internecie i szukam tanich biletow do Oxfordu, Londynu i Dublina :)

wtorek, 07 marca 2006

154.

Wczoraj spoznilam sie jak zwykle do pracy :) W czasie lunchu probowalam sie pouczyc troche do testu z Outlooka i Internetu - kolejny test w ramach ECDL (Europejskie Komputerowe Prawo Jazdy), ale nie szlo mi za dobrze. Nie zjadlam obiadu, bo Sean napisal, ze moze zajrzy do mnie miedzy praca a kinem, wiec zaprosilam go na spaghetti. W pracy dzien jakos minal i nawet udalo mi sie wyjsc troche wczesniej. W momencie, kiedy wchodzilam do domu, dostalam SMSa od Seana, ze nie przyjdzie, bo musi zostac dluzej w studiu, a wie, ze na 17:45 ide do kina. Usiadlam wiec znow do ECDL. Do kina wpadlam na ostatnia chwile. Ale i tak zwykle zaczynaja troche pozniej, a przed filmami pokazuja krotkie metraze. Obejrzalam niemiecki film "Netto" nakrecony kamera cyfrowa. W zeszlym roku obiecalam sobie, ze nie bede juz chodzic na filmy krecone cyfrowka, bo oprocz fatalnej jakosci przewaznie charakteryzowaly sie tez uboga trescia. Ale ta historia ojca ze wschodnich Niemiec, ktorego zona zostawila dla Niemca z zachodu i ktory teraz zamieszkal ze swoim 15-letnim synem, bardzo mi sie podobala! Byly tam nawiazania do "Gwiezdnych Wojen", sztandarowego filmu o relacji ojca i syna :)))

Po filmie przeszlam sie do domu, bo mialam prawie godzine do kolejnego filmu i usiadlam znow do ECDL :) Na 20:15 poszlam na "Transamerica" z nominowana w tym roku do Oscara Felicity Huffman w roli transeksualisty, ktory tuz przed operacja zmiany plci dowiaduje sie, ze ma syna. W jednej ze scen tenze syn przytacza dowody na to, ze Wladca Pierscieni byl gejem :) Ten zabawny film drogi, mimo trudnego tematu nie jest zbyt gleboki, jak na amerykanska produkcje przystalo. Ale mimo to duzo lepszy niz mozna by sie spodziewac. Ostatnio widac wyrazne zmiany w amerykanskim kine, ktore przestaje byc takie cukierkowe. Najpierw bylo "Brokeback Mounain" czy "Sideways" , a teraz "Transamerica", ktore staraja sie pokazywac codzienne zycie zwyklych ludzi i nie stronia od trudnych scen, ktorych kiedys nie mozna bylo zobaczyc w amerykanskim kine. Czyzby Amerykanie zaczeli wreszcie dorastac i dojrzewac do niektorych tematow?

Po filmie zabralam sie po raz ostatni za diagnostyczny test ECDL. Zakonczylam go z wynikiem 68%, a zeby zdac trzeba miec przynajmniej 75%. Przejrzalam wiec pytania, na ktore zle odpowiedzialam, napisalam poprawne odpowiedzi na kartce, kartke wlozylam pod poduszke i poszlam spac :) To zawsze dziala! :))) Dzis mialam test i zdalam, odpowiadajac dobrze na 86% z 36 pytan :) Mam za soba 3 testy i zostaly mi juz tylko 4. Zapisalam sie juz na kolejny na koniec marca. Do czerwca powinnam sie wyrobic :) Po pracy jestem znow omowiona z Seanem na spaghetti - moze tym razem sie uda? :) Nie widzielimsy sie juz 3 tygodnie. Potem on pewnie pojdzie na film, a ja jade na polski do Queensbury. Mam nadzieje, ze uda mi sie zalatwic, zebysmy w przyszlym tygodniu zamiast lekcji poszli z obiema grupami do kina. Mialabym wtedy srodowy wieczor wolny i moglabym pojsc na wiecej filmow na festiwalu :) Jutro po poludniu zwalniam sie i ide na trzy filmy przed lekcja polskiego. Szefowej ma nie byc przez caly dzien, wiec bede miala troche spokoju. W piatek tez jej nie ma, a kazala mi do konca marca wykorzystac zalegle 3 dni wolnego, wiec moze je tez wykorzystam na festiwal? Albo pojade do znajomych w Oxfordzie! :)

niedziela, 05 marca 2006

153.

Znow obudzilam sie przed budzikiem - ostatnio czesto mi sie to zdaza. Moze moj organizm przyzwyczail sie juz do 7 godzin snu? W kazdym razie dzieki temu przynajmniej wlosy mi prawie wyschly zanim wyszlam z domu :) O 11:30 byl pokaz filmu "O Lucky Man!" w ramach przegladu filmow Malcolma McDowella. McDowell znow byl obecny na sali i tym razem zostal, zeby obejrzec caly film. Przed projekcja opowiadal anegdoty. Film jest oparty na jego doswiadczeniach z mlodosci, kiedy byl obwoznym sprzedawca kawy w latach 60. Podobno zawital wtedy do Bratfoot, ale tubylcy pili wtedy tylko herbate :) Film trwal ponad trzy godziny. Wrocilam do domu, zeby zjesc obiad, bo co prawda w Muzeum tez mozna cos zjesc, ale traktuje to jako ostatecznosc :) Zwykle, jesli zdecyduje sie w Anglii na cos na stolowce, to jest to zupa, bo sama prawie ich nie gotuje. Ale Angole maja dziwny smak (albo calkowity brak kubkow smakowych - moze piwo je zabija? :) i robia dosc dziwne zupy. Chodzi o polaczenia. Niby zupa wyglada normalnie, ale jak zaczyna sie ja jesc, mozna w niej odkryc rozne dziwne rzeczy, ktore smakowo pasuja jak nie przymierzajac... no wlasnie :) To niemal tak, jakby jedli dzem z majonezem :))) Udalo mi sie tez porozmawiac i umowic na dworcu z dziewczyna mojego brata, ktora przyjezdza do mnie w przyszla sobote z Aberdeen. Na poczatku zatrzyma sie u mnie, a potem bedzie szukac pracy i mieszkania oraz kursu angielskiego - to dla niej najwazniejsze, po to przyjechala do Anglii, ale niestety okazalo sie, ze w Aberdeen byla dopiero na liscie oczekujacych na kolejne zajecia. Dlatego sprobuje szczescia tutaj :) Na 17:30 ide na kolejny film, a potem napisze jak bylo :)

   Malcolm McDowell po pokazie filmy "Evilenko".

Bylo super! :) Co prawda odwolali film "The Proposition", ale zamiast niego obejrzalam "Zagadke Kaspara Hausera" Wernera Herzoga. Ten film zaczynal sie jednak pol godziny pozniej, wiec w tym czasie porozmawialam przez telefon z przyjacielem i napilam sie piwa :) Nie wybieralam sie na ten film, bo myslalam, ze juz go widzialam, ale pomylilam go z wersja Petera Sehra z 1993 roku. Potem poszlam na "Evilenko" - najnowszy film z Malcolmem McDowellem o pierwszym rosyjskim seryjnym mordercy. Zagral w nim swietna role i film byl naprawde znakomity, mimo trudnego tematu. Po filmie odbyla sie dyskusja z rezyserem i aktorami - Malcolmem McDowellem i Martonem Csokasem, w trakcie ktorej zrobilam im pare zdjec. McDowell znow rzucal anegdotami :) Oczywiscie tez zabralam glos w rozmowie. Spytalam rezysera Davida Grieco (pierwszy z lewej na zdjeciu ponizej :) jak krecilo mu sie zdjecia na Ukrainie, skoro tam wlasciwie nie ma juz studiow filmowych i ostatnio nie powstaja prawie zadne filmy kinowe. Odpowiedzial, ze jest jeszcze studio im. Dowzenki i krecili wlasnie we wspolpracy z nimi. Poniewaz bylo to ostatnie pytanie i koniec spotkania, podszedl do mnie i zapytal, czy jestem Francuzka (po francusku :) Odpowiedzialam mu (po francusku :) ze nie, ze jestem Polka. Wtedy podszedl tez Malcolm, ale poniewaz rozmawialismy po francusku, to zrezygnowal :) Grieco powiedzial mi, ze planowal krecic ten film w Polsce we wspolpracy z Zanussim, ale okazalo sie, ze za malo zostalo u nas sladow komunizmu. Odpowiedzialam, ze cale szczescie! :) Bo ja pamietam jeszcze te czasy. Na koniec spytal, czy studiuje w Bratfoot - dopiero mu powiedzialam, ze pamietam komunizm w Polsce, a on mnie pyta, czy jestem studentka?! :) Coz, potraktowalam to jako komplement i powiedzialam, ze zarowno studiuje, jak i pracuje, co w koncu jest prawda. Ale brzmi jakbym studiowala i tylko dorabiala na studia, a tymczasem jest dokladnie odwrotnie :))) Coz, jutro rano musze wstac do pracy, dlatego ide juz spac, bo minela polnoc! :)

152.

Planowalam w piatek prosto po pracy isc na zakupy, zeby  zrobic zapasy zywnosciowe na okres festiwalu, ale spadlo tyle sniegu, ze musialam wrocic do domu i zamienic polbuty na kozaki, a kurteczka na zimowy plaszcz! A myslalam, ze juz mi nie bedzie potrzebny! Sean przeslal mi SMS, ze czas wyciagnac "chapke" z szafy :))) Odpisalam mu, ze nie mam czapki :) Potem zadzwonilam do Gosi, zeby przeszla sie ze mna do sklepu, bo to zaraz kolo nich, a samej mi sie nie chcialo. Udalo mi sie ja namowic i spotkalysmy sie Morrisonie. Potem poszlam do nich na obiad, bo Hiszpanie ugotowali znow paelle. Jak zwykle byla bardzo dobra. Napilysmy sie z Gosia piwka i przed 21 wreszcie zebralam sie do domu. Podjechalam autobusem, bo bylo bardzo slisko, a poza tym jestem leniwa :) Wpadlam do domu na chwile, przebralam sie tylko i pobieglam do kina w Muzeum. Malo sie po drodze nie przewrocilam, bo snieg zdazyl juz zamarznac, ale na szczescie dotarlam jakos na otwarcie festiwalu. Obejrzalam "The World's Fastest Indian" z Anthonym Hopkinsem. A potem poszlam do domu i wskoczylam do cieplego lozeczka. Ale i tak mnie gardlo boli, choc nie wiem, czy to gardlo, czy tez wyrzyna mi sie osemka - zab madrosci :)))

W sobote nie wstalam na "Latajacy zamek Houru", ale moglam sobie na to pozwolic, bo mam karnet. Zreszta nie lubie za bardzo japonskich kreskowek, ale wzielam na niego bilet, bo chce zobaczyc jak najwiecej filmow. Wybieram sie na ponad 40 tytulow, wiec bedzie mnie to kosztowac niecale 2 funty za film. Wstalam i zjadlam obiad, a potem zalozono mi klamke w drzwiach - doczekalam sie jej wreszcie po ponad 6 miesiacach od czasu, kiedy sie wprowadzilam! Do kina dotarlam dopiero na "If..." Lindsaya Andersona z Malcolmem McDowellem. To byla pierwsza glowna rola McDowella, o czym wspominal przed filmem. Zalowalam, ze nie mam przy sobie aparatu. Film mi sie podobal - w ogole sie nie zestarzal! Pozniej mialam 25 minut do nastepnego filmu, pobieglam wiec do domu (pod gorke :) Wzielam aparat cyfrowy i napilam sie soku. Nastepnym filmem byl "The Wind Blows Round" Giorgio Dirittiego o zyciu mieszkancow gorzystej wioski we Wloszech, ktore zostaje zaklocone przez przyjazd i osiedlenie sie francuskiej rodziny. Film toczyl sie bardzo powoli, ale byl bardzo prawdziwy w swoich obserwacjach i mial piekne zdjecia - pelne brazu, zieleni i zolci. Zaraz po nim musialam biec do drugiej sali Muzem na "Rozpustnika" z Johnym Deppem, Johnem Malkovichem i Samantha Morton, za ktora nie przepadam, ale tutaj bardzo mi sie podobala jej rola. Potem poszlam na piwo do kinowego baru i porozmawialam troche z Sophie, czekajac az Malcolm McDowell wyjdzie z sali, gdzie zapowiadal wlasnie pokaz "Mechanicznej Pomaranczy". Wyszedl tylko na chwile i zaraz wracal, ale udalo mi sie zrobic jedno zdjecie. Oto ono:

Zdazylam akurat przed rozpoczeciem ostatniego sobotniego filmu - dunskiego thillera "Morke" z Nikolajem Lie Kaasem z roli glownej. Widzialam go wczesniej w swietnym "Brodre" w rezyserii Susanne Bier, gdzie zagral brata Ulricha Thomsena, znanego glownie z filmow Dogmy. Nie przepadam za thrillerami, bo sa zbyt przewidywalne, mimo iz probuja wprowadzic widza w blad i gdyby nie Nikolaj, to pewnie uznalabym te dwie godziny za stracone :) Film skonczyl sie o 22:30, a ja poszlam zmarznieta do domu, zeby sie ugrzac i zostawic aparat. Bylam umowiona z Gosia i jej znajomymi - mialam do nich dojsc po kinie. Dostalam dwa SMSy z informacja gdzie sa, ale nie chcialo mi sie znow wychodzic z domu, na mroz. Wolalam wskoczyc w ciepla pizamke i usiasc przy komputerze, zeby uaktualnic bloga :) Pochwalilam sie Seanowi, ze udalo mi sie zrobic zdjecie Malcolma McDowella, a on stwierdzil, ze musi je zobaczyc. Sprobowalam wiec po raz pierwszy zgrac zdjecia z aparatu do komputera. Udalo sie bez problemu i dzieki temu moglam dorzucic pare zdjec do poprzednich wpisow! :)

 
1 , 2