Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 28 marca 2007
Własne łóżeczko! :)

295.

W poniedziałek poszłam do pracy z uśmiechem na twarzy i zaczęłam się starać, żeby wyglądać na entuzjastycznie nastawioną :) Poszłam nawet do szefowej i powiedziałam, że skończyłam już wszystko, co miałam do roboty i spytałam, co mam robić dalej. W czasie lunchu poszłam do domu, bo miała przyjść babka z agencji na inspekcję. Nie miałam za bardzo czasu ani siły, żeby posprzątać porządnie mieszkanie, więc starałam się ją zagadać, żeby nie mogła się za bardzo rozglądać :) Po pracy spotkałam się z Gosią, która dała mi swój klucz, a potem poszłam na kolejną lekcję polskiego z pierwszym rokiem. Po lekcji Jan chciała koniecznie gdzieś iść, ale powiedziałam jej, że jestem zmęczona. Wtedy Tom zaproponował, żebyśmy poszli na herbatę do Agnès. Zanim się obejrzałam, było już po 22, a ja musiałam jeszcze odprowadzić Jan na przystanek. Naprawdę zaczyna mnie już to męczyć...

We wtorek nadal starałam się robić dobre wrażenie, bo muszę zostać w tej pracy przez parę najbliższych miesięcy, dopóki się nie pojawi jakaś ciekawa posada na uniwerku. W końcu przed lunchem szefowa znalazła mi coś do roboty. Chyba wolałabym, żeby zasypała mnie wreszcie obowiązkami, tak abym wiedziała nareszcie, ile czasu muszę poświęcić na pracę, a nie mnie tylko straszy, że będę bardzo zajęta. Już ja wiem, co to znaczy "zajęta" po angielsku - że wreszcie będę miała coś do zrobienia! :) Jak wróciłam do domu po pracy położyłam się na chwilę na łóżko i zasnęłam. Obudziłam się o 18:45, a o 18:30 zaczęło się ostanie spotkanie w ramach kursu "Nowe Kino Europejskie". Rozebrałam się więc w piżamę i poszłam spać, bo i tak był już za późno, a poza tym naprawdę nie miałam już siły się ruszać. Chyba jakieś przesilenie wiosenne :)

Pokręciłam się w łóżku, ale już nie mogłam zasnąć, bo zaczęłam myśleć, o tych wszystkich rzeczach, które muszę zrobić. W końcu po wielu próbach zapadnięcia w zimowy sen, wstałam wreszcie o 23:00, ubrałam się i zaczęłam przygotowywać mieszkanie na przyjazd Hiszpanów. Schowałam moją pościel i pościeliłam im łóżko. Dostałam od nich wiadomość, że ich samolot jest spóźniony, ale powinni zdążyć na ostatni autobus z lotniska i być u  mnie przed północą. Rzeczywiście, dotarli parę minut przed 24 :) Porozmawiałam z nimi tylko chwilę i umówiliśmy się, że spotkamy się w środę po pracy. Wzięłam swój śpiwór w siatkę i po północy byłam już u Gosi. Poszłam prosto do łóżka, żeby nie hałasować i jej przypadkiem nie obudzić.

Dzisiaj rano weszłam do wanny i wzięłam kąpiel. Potem Gosia zadzwoniła i przez naszą rozmowę wyszłam trochę później z domu, przez co spóźniłam się 5 minut do pracy. Udałam, że nic się nie stało i jakby nigdy nic usiadłam przy biurku. Skończyłam pracę, którą zleciła mi szefowa, a po 12 załapałam się na parę kanapek, które zostały znów z jakiegoś spotkania. Tuż przed 13 poszłam piętro wyżej na imprezę pożegnalną jednego pracownika, którego poznałam, jak zaczęłam pracować na uniwerku. Właśnie po 30 latach pracy w jednej instytucji odchodził na emeryturę. W związku z tym dostał wielką kartkę podpisaną przez strasznie dużo osób oraz wózek prezentów. Jest tu taki zwyczaj, że jak ktoś odchodzi, to ludzie zrzucają się na prezent, ale w jego wypadku pobito podobno wszystkie rekordy! Tyle ludzi się zrzuciło, że kupili mu wszystko co chciał i jeszcze dostał kupon na 100 funtów. Sam był zaskoczony, choć chyba wie, że ludzie go lubią i cenią sobie jego poczucie humoru. Porozmawiałam chwilę z babkami z Graduate School, a potem wróciłam do pracy.

Nie chciało mi się już iść do szefowej i pytać znowu, czy ma coś dla mnie, szczególnie że czułam, iż zasypiam. Wypiłam tylko jedno białe winko, ale od rana było chyba niskie ciśnienie, bo aż do południa wszędzie była mgła. Zmusiłam się jakoś, żeby nie zasnąć przy biurku, aż wreszcie poszłam do domu. Tam czekali na mnie Hiszpanie. Porozmawialiśmy chwilę i podali mi swój adres w Sheffield, a potem się zebrali i pojechali. Umówiliśmy się, że dadzą mi znać wieczorem, że wszystko jest ok i czy ich nowy dom im się podoba. Po ich wyjściu zjadłam wreszcie coś na ciepło, porozmawiałam chwilę przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru, a potem poszłam na ostatnia przed Wielkanocą lekcję polskiego. Po powrocie do domu dostałam SMSa od Hiszpanów, że wszystko jest w porządku, potem coś zjadłam i pościeliłam sobie łóżko i zaraz się położę do mojego kochanego łóżeczka, za którym się już stęskniłam :)

niedziela, 25 marca 2007
Festiwal, festiwal i po festiwalu! :)

294.

W sobotę wstałam o 10, wzięłam prysznic i o 10:45 byłam już w kinie. Okazało się, że zapis rozmowy z Malcolmem McDowellem z zeszłorocznego festiwalu nie dojechał, więc zamiast niego pokazano rozmowę z Jean Simmons, która była gościem festiwalu parę lat temu. Muszę przyznać, że nie znałam dobrze tej aktorki, ale teraz chętnie przypomniałabym sobie parę jej filmów, na przykład "Hamleta" w reżyserii Laurence'a Oliviera, "Spartakusa" Stanleya Kubricka z Kirkem Douglasem czy "Szatę" z Richardem Burtonem. Bardzo ciekawie opowiadała o swojej karierze i życiu, więc cieszę się, że zostałam, aby ten film obejrzeć. Potem na 12:30 poszłam na półgodzinny masaż do Sports Centre. W międzyczasie plecy właściwie przestały mnie boleć, ale dopiero po masażu byłam w stanie się wyprostować i poczułam się dużo lepiej. Potem na 13:30 wróciłam do kina na amerykański film niezależny "Apart from That", który bardzo mi się podobał, bo poruszał wiele tematów, których amerykańscy filmowcy zwykle unikają, jak chociażby starość. Po filmie pobiegłam do domu, zjadłam coś i poczekałam na Gosię, która przyniosła mi trylogię Sapkowskiego. Kupiła ją specjalnie w Polsce, bo wolontariusze chcieli dać w prezencie wolontariuszowi z Polski jakąś książkę fantasy na urodziny.

    

Jean Simmons i scena z filmu "Apart from That".

Potem poszłyśmy do kina na "Skazanego na Bluesa", który z przyjemnością obejrzałam jeszcze raz, tym razem w kinie. Gosi też się podobał, a potem jeszcze parę osób z Anglii go chwaliło. Po filmie spotkałyśmy Jan, która też na nim była. Pożegnałam się z Gosią i umówiłam się z nią na niedzielę, tymczasem Jan znów nie odstępowała mnie na krok. Jestem już tym trochę zmęczona, nie byłam więc zachwycona, gdy spytała, na co teraz idę i stwierdziła, że w takim razie ona też. Poszłam z nią do kasy, żeby spytać, jaki film puszczą zamiast "Dangerous Men" Johna S. Rada. Od Neila słyszałam bowiem, że nie mają kopii filmu, bo miał ją przywieźć sam reżyser, ale niestety zginął w zeszłym tygodniu w niewyjaśnionych okolicznościach. W związku z tym policja zabezpieczyła jego rzeczy, z taśmą filmu włącznie. Dostałam zwrot pieniędzy za bilet, bo jego córka zgodziła się na darmowy pokaz tego filmu z "przeglądówki", którą wcześniej dostał Neil i która na środku ekranu miała licznik. Dodawało to tylko komizmu całemu obrazowi, który wyglądał jak parodia filmów z lat 70-tych. Cała sala śmiała się w głos, bo aktorstwo w tym filmie było tak drętwe, a fabuła tak głupia, że aż śmieszna. Tylko Jan chyba się nie spodobał, ale nic nie powiedziała. Odprowadziła mnie do domu i na szczęście sobie poszła.

    

Tomasz Kot w "Skazanym na Bluesa" i plakat filmu "Dangerous Men".

Przebrałam się i wróciłam na 20:15 do Muzeum na ostatni film festiwalu. Na galę zamykającą festiwal wybrano angielski film "This is England" w reżyserii Shane'a Meadowsa. Był to film częściowo autobiograficzny, opowiadający o dzieciństwie reżysera i jego doświadczeniami z kulturą skinheadów. Po projekcji odbyła się dyskusja z siódemką młodych aktorów grających w tym filmie. Najlepszą rolę zagrał w nim jednak Stephen Graham, który chwilami przywodził na myśl Russella Crowe'a w filmie "Romper Stomper". Po filmie w kuluarach kina piłam wino i rozmawiałam z Neilem oraz jego znajomymi, m.in. właścicielem firmy dystrybucyjnej z Londynu, który przypomniał mi, że rok temu nad ranem chcieliśmy tańczyć w sali balowej Hotelu Midlands :) Potem przenieśliśmy się wszyscy do restauracji Omar Khan, gdzie siedziałam przy stoliku z Neilem i jego znajomą, chłopakiem ze Skandynawii oraz Simonem, który też wybrał i opisał parę filmów w tegorocznym katalogu. Przegadałam z nim prawie całą noc. Przed 3 rano moi współbiesiadnicy zebrali się i poszli do domu, a pozostali szli balować dalej do Midlands Hotel. Szef festiwalu namawiał mnie, żebym poszła z nimi, ale byłam tak blisko domu i dość zmęczona, więc postanowiłam jednak pójść spać. Chyba się starzeję :)))

  

 Stephen Graham w "This is England" i pozostała część młodszej obsady filmu.

Dziś wstałam rano i zadzwoniłam do Gosi, żeby się umówić na obiad, a ona uświadomiła mi, że zmieniliśmy czas na letni! :) Wzięłam prysznic, zrobiłam obiad i trochę ogarnęłam mieszkanie. Gosia przyszła po 14 i przyniosła pyszną zupę. Potem zjadłyśmy drugie danie i poszłyśmy na spacer do sklepu. Kupiłam pastę do zębów, proszek od bólu głowy i szampon, bo już mi się skończył, a jak byłam w piątek w sklepie, zupełnie o tym zapomniałam. Później wróciłyśmy do mnie na deser - francuskie wino i ser camembert. Zadzwonił do mnie Shaz i spytał, czy chcemy iść na drinka, więc umówiłyśmy się z nim na 18, dokończyłyśmy ser i wino, i poszłyśmy do Deliusa. Wzięłyśmy sobie po coli i czekałyśmy na niego pół godziny. W końcu poszłyśmy do domu, dochodząc do wniosku, że on pewnie nie wie, iż się czas zmienił i przyjdzie godzinę później :) Po powrocie do domu weszłam do łóżka i zadzwoniłam do mamy. Przegadałam z nią ponad godzinę, radząc się, co mam robić z pracą. A potem usiadłam do komputera nadrobić zaległości. Przez ostatnie dwa tygodnie nie miałam bowiem na nic czasu. Były dla mnie to bardzo męczące i stresujące dwa tygodnie. Festiwal sprawił, że nie miałam chwili dla siebie. Do tego doszedł jeszcze wariacki wyjazd do Paryża i zarwana noc :) Poza tym problemy w pracy i zwątpienie związane ze studiami. Teraz, kiedy festiwal się skończył, trochę mi żal, ale z drugiej strony się cieszę, bo wiem, że dłużej bym już nie dała rady :)

W zeszłym roku lepiej się bawiłam, ale w tym zostałam bardziej doceniona, a moje nazwisko pojawiło się w katalogu. Słyszałam same pochlebne słowa o obu filmach, które wybrałam i może dzięki temu moja współpraca z Muzeum się rozwinie. Szef zarówno Muzeum Mediów, jak i festiwalu, już nie udaje, że mnie nie poznaje, tylko jakby przychylniej na mnie patrzy :) Moi promotorzy wiedzą, że naprawdę interesuję się kinem i mam na ten temat jakąś wiedzę. Ogólnie więc tegoroczny festiwal uważam za udany. A jako trzy najlepsze filmy wybrałabym chyba trylogię Godfreya Reggio, w dowolnej kolejności. "Koyaanisqatsi" to języku Indian suahili "życie pozbawione równowagi", "Powaqqatsi" to "życie w czasie transformacji", a "Nagoyqatsi" to "życie w stanie wojny". W czasie festiwalu widziałam jeszcze dwa jego krótkie metraże: "Anima Mundi" pokazujący świat zwierząt podobnie do hitów "Micro-" i "Macrokosmos" oraz genialny "Evidence", w którym dzieci patrzą prosto w kamerę, ale potem okazuje się, że nie patrzyły na nas, tylko w telewizor. Reżyser w wieku 14 lat wstąpił do zakonu i przebywał w nim przez kolejnych 14 lat, co znalazło odbicie w jego filmach.

piątek, 23 marca 2007
Trylogia życia! :)

293.

W środę rano obudziłam się z bólem pleców. Już idąc do pracy czułam, że nie mogę się wyprostować, a potem było tylko gorzej. Przez cały dzień chodziłam zgarbiona jak jakaś staruszka. Po lunchu poszłam do działu Kadr, żeby zapytać jaki jest mój zakres obowiązków. Niestety, dowiedziałam się, że muszę wykonywać polecenia szefowej, więc poradzono mi, bym z nią porozmawiała. W dodatku powiedzieli, że muszą do niej zadzwonić i powiadomić ją o tym, że u nich byłam. Wkrótce więc moja bezpośrednia szefowa pojawiła się u mnie w biurze i oświadczyła, że musimy pogadać. Wylądowałam zatem znowu na dywaniku :) Ale ponieważ szefowa musiała niedługo wyjść, a nasza rozmowa rozwinęła się w dość ciekawy sposób, umówiłyśmy się, że dokończymy ją następnego dnia. Byłam już wykończona psychicznie i fizycznie i stwierdziłam, że nie daję już rady, więc postanowiłam porozmawiać z nią szczerze. Wszystko rozbija się jak zwykle o moje studia i fakt, że chciałam, aby mnie puścili na Spring Training Week, czyli tydzień kursów dla studentów PhD, w czasie którego dowiedziałabym się wszystkiego, co powinnam wiedzieć i nie musiałabym już potem chodzić na żadne kursy. Ale moja główna szefowa odmówiła mi pozwolenia, mówiąc że nie jest to w żaden sposób związane z wykonywaną przez mnie pracą.

Po pracy poszłam znów do kina. Spotkałam Neila, który przedstawił mnie jakiemuś chłopakowi z któregoś skandynawskiego kraju, który organizuje u siebie jakiś festiwal :) Nie pamiętam dokładnie o co chodziło, ale dosiadłam się do nich i chwilę porozmawialiśmy. Potem z sali zaczęli wychodzić widzowie po pokazie "Barbórki" i parę osób go chwaliło. Była na nim między innymi Jan, która spytała na co teraz idę i stwierdziła, że ona w takim razie pójdzie na to samo. Dołączyła do nas jeszcze jej znajoma i poszłyśmy na film "Fast Food Nation", oparty na książce Erica Schlossera. Był to jakby dalszy ciąg "Supersize Me", ale tym razem w formie fabuły, a nie dokumentu. Zagrało w nim wielu świetnych aktorów, m.in. Greg Kinnear, Patricia Arquette, Ethan Hawke, Kris Kristofferson, Bruce Willis oraz w epizodycznej rólce Avril Lavigne. Polecam film wszystkim, którzy odżywiają się w fast foodach - po jego obejrzeniu chyba przestaną :) Ja się nawet zastanawiam nad przejściem na wegetarianizm i darowaniu sobie spożywania mięsa w ogóle. Szczególnie takiego, które pochodzi z wielkich fabryk, w jakie zamieniły się współczesne rzeźnie.

Po filmie Jan poszła do domu, a ja na spotkanie z reżyserem Godfreyem Reggio, który nakręcił słynną trylogię: "Koyaanisqatsi", "Powaqqatsi" i "Naqoyqatsi", składającą się z samych obrazów i muzyki Philipa Glassa. Rozmowę z nim prowadził jeden z moich promotorów, a drugi, który też był obecny na sali, usiadł koło mnie i rozmawialiśmy aż do rozpoczęcia spotkania, bo wtedy zeszłam niżej, żeby porobić zdjęcia. Wypstrykałam prawie cała kartę, bo reżyser bardzo gestykulował, a ja nie chciałam używać flesha, więc pstrykałam zdjęcia o dłuższym naświetlaniu. Ale na szczęście parę zdjęć wyszło udanych. Po rozmowie rozpoczął się pokaz pierwszej części trylogii, "Koyaanisqatsi" z 1982 roku. Byłam urzeczona tym filmem i mogłabym go oglądać jeszcze przez godzinę lub dwie :) Cieszę się, że nigdy nie obejrzałam go na wideo czy nawet DVD, tylko poczekałam i obejrzałam go w kinie. Wrażenie było naprawdę niesamowite. W dodatku teraz oglądając rozpoznawałam wiele miejsc, w których sama nie tak dawno byłam, chociażby Monument Valley czy Nowy Jork.

      

Ethan Hawke w "Fast Food Nation", reżyser Godfrey Reggio i jego "Koyaanisqatsi".

W czwartek poprosiłam o urlop na tydzień przed Wielkanocą, kiedy to odbędzie się  Spring Training Week, żebym mogła na niego pójść. W Personal Development powiedziano mi, że jeśli zgodzą się dać mi urlop, to znaczy że nie mam żadnych nie czekających zwłoki obowiązków, a więc nie ma przeciwwskazań przeciw temu, aby puścili mnie w godzinach pracy, bez potrzeby marnowania 4 dni urlopu. Po lunchu wróciłam do rozmowy z moją bezpośrednią szefową, który była z mną bardzo szczera, więc odwdzięczyłam się jej tym samym. Stanęło na tym, że mam się do przyszłego piątku zastanowić, czy chcę w ogóle tam pracować, czy może lepiej poszukać czegoś na pół etatu, co ułatwiło by mi studiowanie. Powiedziała, że nie ma zastrzeżeń do mojej pracy, ale z czasem dojdzie mi jeszcze więcej obowiązków i obawia się, iż im nie podołam. Poradziła mi też, żebym poszła na masaż do Sport Centre, zarezerwowałam więc wizytę na sobotę. Zrobiłyśmy sobie "niedźwiedzia" i plecy jakby zaczęły mnie mniej boleć :) Powodem chyba był stres, ale przynajmniej teraz mam o jeden problem mniej :)

Po pracy poszłam prosto do college'u i zabrałam wszystkie potrzebne mi paiery, a potem oczywiście do kina. Najpierw obejrzałam "River Queen" z Samanthą Morton i Kieferem Sutherlandem. Nie lubię za bardzo filmów kostiumowych, ale ten był całkiem przyzwoity. Jednym słowem nic zachwycającego, ale trzymał poziom. A potem poszłam na druga część trylogii Godfreya Reggio - "Powaqqatsi" z 1988 roku. O ile pierwsza część to podróż na Zachód, o tyle druga raczej na Wschód. W czasie projekcji miałam wrażenie, że właśnie takie zdjęcia bym robiła, gdybym była w tych miejscach, podobnie jak przy pierwszej części, gdzie niektóre miejsca uwieczniłam w podobny sposób. Tylko muzyki Glassa mi brakowało :) Mam wrażenie, że mam bardzo podobny sposób patrzenia na świat jak reżyser tych filmów. Po wyjściu z kina wróciłam zmęczona do domu, ale przyszły po mnie Agnès i Nina, więc dałam się im wyciągnąć na kolejne "Kółko francuskie". Wzięłam ze sobą wino i ser kupione na lotnisku w Paryżu i zabalowałam znów do 2 rano :)

    

Cliff Curtis i Samantha Morton w "River Queen" oraz kadr z filmu "Powaqqatsi".

W piątek od rana byłam zajęta przygotowaniami do spotkania ze studentami drugiego roku Psychologii. Nie miałam nawet czasu pójść na lunch, ale na szczęście u nas na piętrze był Dzień Otwarty dla studentów Pomocy Społecznej i mieli bardzo dużo kanapek z cateringu. Zjadłam parę i poszłam na spotkanie, w czasie którego wykładowcy z wydziału Psychologii opowiadali studentom o swoich zainteresowaniach, żeby wybrali sobie odpowiednią osobę na promotora ich pracy licencjackiej, którą muszą napisać w przyszłym roku. Dzień szybko mi zleciał, a po pracy poszłam prosto do sklepu, żeby kupić coś do jedzenia, bo lodówka znów zaczęła świecić pustkami. Wróciłam do domu, rozpakowałam zakupy i musiałam już biec do kina, żeby zdążyć na ostatnią część trylogii Godfreya Reggio - "Naqoyqatsi"  z 2002 roku. W czasie filmu rozbolała mnie głowa, ale wytrzymałam do końca, bo naprawdę było warto. Dopiero po filmie poszłam do baru i kupłam sok, którym popiłam proszek od bólu głowy i zostałam na kolejny film, choć nie czułam się najlepiej. Na szczęście następny film "Mon meilleur ami" (My Best Friend) był lekką komedyjką, w trakcie której ból zaczął ustępować i poczułam się lepiej.

    

Ujęcie z filmu "Naqoyqatsi" oraz Dany Boon i Daniel Auteuil w filmie "My Best Friend".

środa, 21 marca 2007
Festiwal po przerwie! :)

292.

W poniedziałek Leah stwierdziła, że źle się czuje i idzie do domu. Zostałam więc sama, ale wkrótce okazało się, że moja bezpośrednia szefowa wróciła z chorobowego. Spytała  mnie tylko, jak się mam, a ja oczywiście skłamałam, ze dobrze :) Po lunchu odwiedziła mnie w pracy moja była szefowa z Graduate School. A miałam nadzieję, że nie będę musiała jej więcej oglądać :))) Po pracy poszłam do domu i padłam na łóżko. Obudził mnie SMS, ale nie miałam nawet siły podnieść głowy, więc poszłam dalej spać i wstałam dopiero o 18:30, jak zadzwonił budzik. Wtedy też przeczytałam SMSa, w którym Tom wysłał z telefonu Agnès i zapraszał mnie do nich. Pomyślałam, że chyba się pomylił i odpisałam, żeby pamiętał, że za pół godziny mamy lekcję. Potem zadzwonił do mnie mój szef z college'u, bo okazało się, że w zeszły poniedziałek jedna z uczennic przyszła na lekcję, bo nie było jej, jak ją odwoływałam, a nie miałam do niej numeru telefonu, żeby ją zawiadomić. Podała mi go teraz, w czasie lekcji. Potem odprowadziłam Jan na przystanek autobusowy i wreszcie poszłam spać :)

We wtorek przyszedł do mnie znajomy student i poprosił, żebym przeczytała jego kwestionariusz do pracy doktoranckiej. Chciał, żebym mu powiedziała, czy zdania są poprawne po angielsku. Uświadomiłam go, że nie jestem Angielką i sama czasem nie jestem pewna :) Poradziłam, żeby spytał kogoś innego. Pogawędziliśmy jeszcze trochę, mimo iż dzwonił mój telefon, ale on chyba tego nie słyszał. Narysował mi mapę Arabii Saudyjskiej, żeby zaznaczyć miasto, z którego pochodzi. Potem zaproponował, że jak będę miała czas, to możemy pojechać do Londynu, bo we dwójkę raźniej, a poza tym będziemy mogli poćwiczyć swój angielski :) Powiedziałam, że czas to coś, czego najbardziej mi brakuje :))) Po jego wyjściu sprawdziłam, kto do  mnie dzwonił i okazało się, że to moja agencja wynajmu. Oddzwoniłam do nich trochę zaniepokojona, o co też może chodzić tym razem. Okazało się, że popsuły się drzwi wejściowe i kod nie działa, więc prosili, żeby używać tylne.

Około 11 poszłam sobie kupić jakąś kanapkę, bo byłam już głodna, a nie w ogóle szłam na lunch, bo po 14 wybierałam się do kina. Szefowa powiedziała w zeszłym tygodniu, że mogę iść i już nie wracać do pracy, ale bałam się, że po tym, jak Leah poszła na chorobowe, każe mi zostać. Na szczęście nic nie powiedziała, więc o 14 zamknęłam drzwi na klucz i poszłam na film. Pierwszym filmem, jaki obejrzałam, był dokument "Still Alive - Krzysztof Kieślowski". Scenariusz do niego napisał Stanisław Zawiśliński, autor dwóch książek o Kieślowskim, które tu ostatnio przywiozłam. Nie dowiedziałam się więc niczego nowego, ale film obejrzałam z dużą przyjemnością. Po filmie poszłam z Jan, Agnès i jakimś jej znajomym do stołówki muzeum, żeby się czegoś napić. A potem poszłam na drugi dokument - "Tales of the Rat Fink" o twórcy postaci Szczura Finka, mającego być antidotum na uśmiechniętą Myszkę Mickey :) Ed Roth był także twórcą dziwnych modeli samochodów, a potem także koszulek z nadrukami i zabawek dla dzieci.

    

Krzysztof Kieślowski i Ed "Big Daddy" Roth ze szczurem Finkiem na ramieniu.

Po projekcji poszłam do domu coś zjeść, bo miałam ponad godzinę do następnego filmu. Komedii Larsa von Triera "The Boss of it All" (Szef wszystkich szefów) o dziwo była wciągająca i zabawna :) Moim zdaniem mógł sobie darować te wstawki ze swoim głosem z offu, ale wiadomo, że podobnie jak bohater filmu, musi na sobie skupiać całą uwagę. Moim zdaniem jest od tego uzależniony. Chyba łatwo się domyśleć, że nie przepadam za nim jako człowiekiem, choć uważam, że zrobił parę dobrych filmów (a przynajmniej jeden, "Przełamując fale" :) Nie cierpię jednak, gdy gra na moich emocjach, jak na pianinie, ale muszę przyznać, że robi to genialnie i być może za to go nienawidzę? :))) Po filmie poszłam do baru na sok i spotkałam swojego drugiego promotora, który szedł tak jak ja na 20:45 na film "Infinite Justice". Był to film polityczny, czyli nie koniecznie mój ulubiony gatunek, ale był świetnie zrobiony i bardzo mi się podobał. Dyrektor festiwalu i obecny na sali reżyser twierdzili, że jest kontrowersyjny, ale dla mnie nie był. Wiadomo, że "kto sieje wiatr, ten zbiera burzę", więc trudno się dziwić teorii, że wojna w byłej Jugosławii i sytuacja tamtejszych muzułmanów doprowadziła do 11 września...

    

"Szef wszystkich szefów" i Kevin Collins jako dziennikarz Arnold Silvermana w "Infinite Justice".

niedziela, 18 marca 2007
Szalony weekend! :)

291.

W sobotę budzik obudził mnie o 8 rano, zupełnie jakbym szła do pracy. Zaczęłam się zbierać, bo w Internecie znalazłam informację, że autobus 747 na lotnisko rusza z dworca o 8:45. Ale zanim wyszłam z domu, była już 8:40. Na szczęście na dworcu okazało się, że są dwa autobusy, które jeżdżą na lotnisko - numer 737 jeździ 45 minut po każdej godzinie, a 747 jeździ 15 minut po każdej godzinie. Wsiadłam więc w 747 o 9:15 i o 10:00 byłam już na lotnisku. Oczywiście jak zwykle się zdenerwowałam, bo kazali mi wyjąć i włożyć w przezroczystą torebkę nie tylko szampon, ale i kremy, choć to wszystko było już w przezroczystej kosmetyczce. Ale nie, musiałam wziąć od nich torebkę i przełożyć! Całe szczęście, że miałam buty na płaskim obcasie i nie musiałam ich zdejmować, bo to dla mnie zawsze upokarzające. Wymieniłam też 10 funtów na 13 euro, żeby mieć od razu na kolejkę w Paryżu. W końcu się odprawiłam i poszłam na herbatę do kawiarenki na lotnisku. Jadąc w górę ruchomymi schodami spotkałam czterech chłopaków przebranych na zielono, z brodami, jadących najwyraźniej do Dublina na dzień Świętego Patryka :) A potem dosiadła się do mnie jakaś dziewczyna i przeprowadziła ankietę o tym, jak często latam. Nie miałam nic przeciwko, bo i tak się nudziłam :) Wreszcie po 11:00 wsiedliśmy do samolotu i polecieliśmy do Paryża.

Wylądowaliśmy ponad godzinę później na lotnisku Charlesa de Gaulle'a, na Terminalu numer 3. Okazało się, że muszę przejść na Terminal numer 1, żeby tam wsiąść w kolejkę RER. Kupiłam bilet w automacie i dzięki temu już po półtorej godziny (mimo przesiadki :) byłam w domu. Wyszedł po  mnie brat i pomógł mi nieść torbę, bo była trochę ciężka. Przyjechałam akurat na obiad, który zjedliśmy wspólnie w osiem osób przy stole w jadalni, w tym samym mieszkaniu, które wynajęliśmy w lutym :) Tym razem jednak zebrali się rodzice "państwa młodych" oraz reszta mojego rodzeństwa :) Po obiedzie poszliśmy wszyscy na spacer pod Wieżę Eiffle'a, bo okazało się, że jeszcze na niej nie byli. Umawialiśmy się, że wejdą na nią zanim do nich dojadę, bo ja już byłam trzy razy, ostatnio miesiąc temu, więc stwierdziłam, że już wystarczy :) Ale jak stanęliśmy w kolejce, to było jasne, że zanim wjedziemy na górę to będzie już ciemno, albo zaraz się ściemni. Postanowiłam więc w końcu wjechać z nimi na trzecie piętro, bo jeszcze nigdy nie byłam na Wieży po ciemku. I warto było! Widok był niesamowity, a całość uzupełniał snop niebieskiego światła z wierzchołka Wieży, który przesuwał się po horyzoncie! :) Potem jeszcze na Polu Marsowym zapłonęła pacyfka i muszę powiedzieć, że po ciemku podobało mi się na Wieży dużo bardziej niż za dnia.

    

Paryż nocą z Wieży Eiffela ze snopem światła na horyzoncie i pacyfka na Polu Marsowym :)

Po powrocie do domu większość poszła spać, ale ja z bratem wyszliśmy z domu i najpierw poszliśmy coś zjeść, a potem ruszyliśmy w miasto :) Poszliśmy pod Wieżę, a stamtąd na Trocadero. Tam napiliśmy się piwa, a potem postanowiliśmy pójść na Champs-Elysee. Dotarliśmy pod Łuk Triumfalny, a potem na place de la Concorde. W końcu poszliśmy pod Operę, bo niedaleko brat widział irlandzki pub, a w końcu było Świętego Patryka! :) Niestety, jak tam dotarliśmy, była 2 w nocy i już zamykali. Weszliśmy więc do amerykańskiego pubu tuż obok, który zamykano dopiero o 4 nad ranem. Napiliśmy się Guinnessa, żeby tradycji stało się zadość :) Zeszliśmy po schodach do małej salki na dole, gdzie przygrywał DJ, ale nikt nie tańczył. Wtedy przyszedł jeden z pracowników i spytał czemu nie tańczymy, a potem, czy może mnie prosić. Powiedział, że jest menadżerem tego klubu, ale szczerze mówiąc wątpię. Spytał, czy jestem tam pierwszy raz, a ja odparłam, że pierwszy i ostatni, bo za parę godzin wracam do domu :) Próbował mnie pocałować w tańcu, ale jak się skończyła piosenka, to mu podziękowałam i wróciłam do brata. Dokończyliśmy piwo i wróciliśmy piechotą do domu. Padliśmy spać o 4 rano! :)

    

Jazz Klub, w którym wylądowaliśmy w sobotę około 2 w nocy i makieta Notre Dame.

Dzisiaj rodzina zrobiła nam pobudkę o 9, żebyśmy zjedli razem ostatnie wspólne śniadanie. Po śniadanie spakowałam swoje rzeczy i pojechaliśmy wszyscy do Notre-Dame na mszę. To znaczy oni zostali na mszy, a ja z bratem poszłam na spacer wokół Notre Dame w deszczu :) Brat kupił sobie kubek z Paryża, bo zbiera kubki, i porobiliśmy sobie trochę zdjęć. Po Mszy pożegnałam się z wszystkimi, bo oni wracali jeszcze do domu, żeby się spakować, a ja wsiadłam w RER i pojechałam prosto na lotnisko. Tym razem podróż zajęła mi dużo krócej i na ponad godzinę przed lotem byłam już po odprawie, w czasie której musiałam jednak zdjąć buty! Potem poszłam do sklepu i kupiłam dwa camemberty oraz 2 butelki białego wina. Co prawda pewnie przepłaciłam, ale ponieważ miałam tylko bagaż podręczny, to nie mogłam wnieść ze sobą żadnych płynów. Mogłam jedynie kupić je w sklepie Duty Free. Po jakimś czasie okazało się, że mój samolot będzie godzinę spóźniony. Wkrótce spóźnienie wzrosło do dwóch godzin. W końcu zapowiedzieli, że być może będziemy czekać nawet 4 godziny! Z nudów poszłam do sklepów i kupiłam sobie jeszcze zestaw małych butelek perfum, idealnych na podróże. W końcu po zaledwie 3 godzinach spóźnienia wpuszczono nas na pokład samolotu.

Odlecieliśmy z Paryża około 17:00 czasu lokalnego, czyli 16:00 mojego czasu. Po godzinie i 10 minutach wylądowaliśmy na lotnisku w Leeds. Wyjęłam 10 funtów z bankomatu, bo nie miałam na autobus i rozmieniłam je w pobliskim kantorze. Potem poszłam na przystanek i zobaczyłam, że autobus 747 powinien przyjechać za 5 minut. Zostałam więc na tym przystanku, mimo że strasznie tam wiało i padał śnieg! Teraz, w połowie marca, nagle zrobiła się zima!? :))) Po 5 minutach pojawił się 747, ale zamiast podjechać na nasze stanowisko, zajechał na sąsiednie i nawet się nie zatrzymał, tylko trochę zwolnił, ale że nikogo tam nie było, to pojechał! Zdenerwowałam się strasznie, bo następny miał być dopiero za pół godziny, więc poszłam na lotnisko i stanęłam w drzwiach, żeby widzieć kolejny autobus. Znów przyjechał 747, ale tym razem się zatrzymał. Spytałam kierowcę, gdzie mogę złożyć zażalenie na poprzedniego, a on na to, że to był on, ale jechał w przeciwną stronę. Okazało się więc, że wiszący na przystanku rozkład jest zupełnie od czapy! Jak zwykle - właściwie nie powinnam się już dziwić. W każdym razie po jakiś 45 minutach dotarłam na Interchange, a stamtąd podjechałam do domu. Zjadłam coś, wzięłam prysznic, żeby się ugrzać i porozmawiałam przez Skype'a z rodziną, a potem ze znajomą z Manchesteru. I idę spać :)

piątek, 16 marca 2007
Robić swoje! :)

290.

Dziś rano poszłam do działu Kadr po informacje na temat mojej sytuacji w pracy. Powiedzieli mi między innymi, że ponieważ pracuję już na Uniwerku ponad rok, należy mi się nie 20 dni urlopu, ale o 1 więcej! A to oznacza, że od 1 kwietnia mam 21 dni urlopu do wykorzystania! :) Dwa dni zarezerwowałam już na wyjazd do Polski w maju, a dwa tygodnie na Portugalię w lipcu. Dowiedziałam się też, że zmieniając pracę mogłam mieć znów okres próbny, od 3 do 6 miesięcy, mimo iż nie zmieniłam przecież pracodawcy. Ale tak czy siak już mi się skończył :) Wysłałam więc e-mail do mojej bezpośredniej szefowej (która nadal siedzi w domu na chorobowym, mimo iż wczoraj widziałam ją w kinie :) pisząc, że idę dziś do Counselling Service, bo główna szefowa znów mnie poprosiła, bym robiła coś czego nienawidzę. Napisałam jej też, że chcę by mnie puściła na Spring Training Week, czyli tydzień zajęć dla studentów zaocznych, w czasie którego mogę pójść na wszystkie ważne dla mnie kursy i dowiedzieć się wszystkiego na raz. W dodatku tydzień przed Wielkanocą nie chodziłabym już do pracy :)

Poszłam wcześniej na lunch, bo wizytę w Counselling Service miałam o 13:35. Opowiedziała w skrócie, co się dzieje i że moją pierwszą reakcją jak zwykle była myśl: "Składam wymówienia!" Ale się powstrzymałam i zaczęłam działać :) Pani mnie za to pochwaliła, a potem poradziła, żebym porozmawiała ze swoją główną szefową i z działem Kadr, jeśli to będzie konieczne. Dzięki temu wiem przynajmniej co mam robić. Umówiła mnie też na wizytę w piątek za tydzień, żebym powiedziała, jak mi poszło :) Po powrocie do pracy wysłałam maila do mojej głównej szefowej proponując kompromis, który mnie co prawda nie uszczęśliwia, ale jest lepszy od tego, co ona mi zaproponowała, czyli "mniejsze zło". Zgodziła się. Poszłam też po raz drugi do działu Kadr i umówiłam się na środę na rozmowę z jakąś babką, która zajmuje się tego rodzaju problemami. Muszę się przekonać, czy mogę doprowadzić do tego, żeby szefowa całkiem dała mi spokój i zleciła to komuś innemu. Obiecałam też sobie, że zawalczę o moje prawo do studiowania w godzinach pracy. Dosyć tego dobrego!

Po pracy weszłam na chwilę do domu po bilet do kina i pieniądze na teatr, po czym poszłam prosto do Alhambry i kupiłam zniżkowy bilet na wieczorne przedstawienie Australian Dance Theatre zatytułowane "Held". Potem na 17:30 poszłam na tzw. "Double Bill", czyli pokaz dwóch filmów naraz w cenie jednego. Na sali było tylko parę osób, z czego większość znam już z widzenia i wymieniamy ze sobą uwagi na temat obejrzanych filmów. Zaczęliśmy więc wszyscy głośno rozmawiać :)Najpierw obejrzeliśmy świetny dokument "Enter the Dragon" o pierwszym na świecie pomniku Bruce'a Lee, jaki stanął w mieście Mostar w byłej Jugosławii. Pomysłodawcami było dwóch mieszkańców miasta - Nino i Veso. Jeden jest Serbem, a drugi Bośniakiem i wydawać by się mogło, że wszystko ich różni. A jednak znajdują wspólny język i mówią o ważnych rzeczach, takich jak wojna i śmierć, w bardzo mądry i prosty sposób. Jak na razie to chyba najlepszy film tego festiwalu! :)

Drugi film nosił tytuł "Edge of Outside", w którym ludzie z branży filmowej wypowiadali się na temat kina niezależnego. Był to film zrealizowany, bardzo profesjonalnie, przez telewizję TCM. Wśród wypowiadających się osób znaleźli się między innymi Martin Scorsese, Edward Burns, Spike Lee, Gena Rowlands, Peter Falk, Darren Aronofsky, Seymour Cassel, Steve Buscemi, Peter Bogdanovich, Paul Auster. A do największych reżyserów niezależnych uznali takich twórców jak Buster Keaton, Orson Welles, Sam Peckinpah, John Cassavetes, Stanley Kubrick, David Lynch. Z filmu wynikało jasno i wyraźnie, że twórcy którzy nie ugięli się pod naciskiem studiów filmowych, tylko zawsze robili swoje, stworzyli największe dzieła amerykańskiej kinematografii. Na koniec wychodzi na to, że tradycję kina niezależnego w Stanach podtrzymuje teraz Robert Redford i jego festiwal Sundance, o którym wspomniano na końcu, więc jest jeszcze nadzieja :)

Później poszłam do Alhambry i wpiłam małego Guinnessa, bo miałam jeszcze trochę czasu do przedstawienia. W końcu weszłam na salę, gdzie trwały już przygotowania na scenie. Pani fotograf ustawiała tancerzy i robiła im zdjęcia, które od razu pojawiały się na dwóch umieszczonych na scenie ekranach. O 20 przedstawienie wreszcie się zaczęło. Występowało w nim11 osób: 5 tancerek i 6 tancerzy, którzy wykonywali akrobacje kojarzące się raczej z tańcem capoeira niż z baletem. Ale muszę przyznać, że wrażenie było niesamowite. Choreografia była świetna, a kostiumy i oświetlenie dopełniały całości. Po przedstawieniu odbyło się krótkie spotkanie z twórcami, którym można było zadawać pytania. W domu byłam przed 22 i usiadłam do Internetu, ale zaraz zacznę się pakować, bo jutro rano lecę przecież znowu do Paryża!

    

Orson Welles w "Edge of Outside" i tancerze Australian Dance Theatre zatrzymani w kadrze.

czwartek, 15 marca 2007
Tylko nie to!

289.

W środę rano gardło już mnie trochę mniej bolało, ale głos mam nadal zmieniony. Od rana miałam w pracy problem z komputerem, zadzwoniłam więc do działu pomocy IT. Zanim ustalili, co jest nie tak, minęło południe. W końcu zadzwonili do mnie i spytali, czy mogę przyjść do nich po dłuższy kabel (bo u nich połowa pracowników choruje i nie mogą wyjść z biura :) i podłączyć się bezpośrednio do gniazdka  w ścianie. Poszłam więc do biblioteki i odebrałam kabel, a przy okazji sprawdziłam, czy działa tam EndNote, bo okazało się, że w pracy nie mam tego programu. Działa, więc będę musiała przyjść kiedyś na trochę do biblioteki i poświęcić na to trochę czasu. Stamtąd poszłam prosto do domu na lunch. Mojej bezpośredniej szefowej nadal nie ma w pracy, ale główna szefowa poprosiła mnie do siebie i spytała, czy mogę wziąć na siebie ten obowiązek, o który wcześniej pytała mnie moja szefowa. Poprosiła, żebym robiła to przynajmniej co dzień rano. Zgodziłam się zaskoczona, bo co miałam je powiedzieć? Ale wiem, że przez to wkrótce znienawidzę swoją pracę, więc postanowiłam, że nie poddam się tak łatwo. Oni mi nie idą na rękę, tylko wymagają coraz więcej i to za te same pieniądze.

Obowiązek, który ma na mnie spocząć od przyszłego tygodnia nie jest może gorszy od pozostałych rzeczy, które robię i jakoś nie narzekam. Praca w biurze to robota głupiego. Ale z tym akurat mam związane bardzo złe wspomnienia z poprzedniej pracy. Można powiedzieć, że łączy się z tym mała trauma i dlatego zdecydowałam się od razu zadzwonić do Counselling Service. Umówiłam się na piątek na spotkanie i mam zamiar ich spytać, co mam zrobić, żeby sobie z tym poradzić i nie rzucić pracy. W poprzedniej pracy radziłam sobie chodząc codziennie na drinka :) Ale na dłuższą metę to nie działa, muszę więc znaleźć inny sposób, albo mogę się już zacząć pakować. Poczułam się zaatakowana znów przez mój wydział, więc jak zwykle zareagowałam emocjonalnie i po lunchu poszłam do działu People Development, żeby porozmawiać z pracownikiem, którego już od dawna polecali mi obaj moi promotorzy, mówiąc że on mi pomoże walczyć o moje prawa. Powiedziałam mu, że wydział nie pozwala mi chodzić na kursy, na które powinnam iść jako studentka PhD. Jednym słowem postanowiłam się zemścić :) Jak będzie trzeba powiem, że mnie prześladują, bo jestem Polką :)

Niby się śmieję, ale coraz rzadziej mi do śmiechu. Mam wrażenie, że odkąd postanowiłam tu studiować, wszyscy rzucają mi kłody pod nogi. Teoretycznie uniwerek to popiera i pomaga, a w praktyce jest zupełnie odwrotnie, bo moje szefowe są chyba zazdrosne o to, że robię doktorat i będę lepiej wykształcona od nich! Poza tym przyjechałam z innego kraju i zamiast być dozgonnie wdzięczna, że mnie zatrudniają, to wciąż chcę więcej! Jak śmiem i w ogóle. Wiem, że żal teraz przeze mnie przemawia, ale mam już tego trochę dość. Postanowiłam więc zwrócić się o pomoc do ludzi, którzy mogą wpłynąć na moje przełożone. Właśnie doliczyłam się, że skończył mi się już okres próbny i mogę zacząć wreszcie walczyć o swoje prawa. Nie podjęłam jeszcze żadnych działań, bo ciekawa jestem, co mi powiedzą w piątek w Counselling Service, a poza tym w People Development usłyszałam, że powinnam spróbować jeszcze porozmawiać ze swoimi szefowymi, zanim ich na nie naślę :) Czekam więc do końca tygodnia i jak się okaże, że nie mogę się wywinąć z tego obowiązku, to od poniedziałku wezmę chorobowe i w tym czasie poszukam lekarza, który da mi ze 2 lub 3 miesiące zwolnienia na stres lub depresję :)

Jak nie rozumieją po dobroci, to będę musiała dać im nauczkę, żeby nie myśleli, że jak nie jestem Angielką, to mogą mnie wykorzystywać, a ja nic nie powiem. Wydawało mi się, że wytłumaczyłam mojej bezpośredniej szefowej, dlaczego nie mogę się podjąć tego obowiązku, ale jeśli główna szefowa postanowiła mi udowodnić, że to tylko jakieś moje fochy, to się zdziwi. Nie chcę po prostu wpaść w alkoholizm :) I w długi, bo przecież pić też trzeba mieć za co! :) Nie chcę się już do niczego zmuszać. Nic mnie tu nie trzyma poza tymi studiami, więc jeśli mam się dla nich poświęcić i wszystko przełknąć, to niech mi przynajmniej dadzą czas wolny na naukę. Jak starałam się o tą pracę, to myślałam, że będę robić studia magisterskie i szefowe się zgodziły na to, żeby mnie puszczać co tydzień na 2 godziny zajęć. A jak zmieniłam to na doktoranckie, to okazało się, że wszystko muszę robić w swoim wolnym czasie i nawet na 3 głupie kursy nie chcą mnie puścić. Tymczasem ten facet z People Development powiedział, że mogłabym zażądać całego wolnego dnia na naukę. Albo nawet dwóch. No to się jeszcze zdziwią. Albo najwyżej poszukam sobie nowej pracy na uniwerku. Albo w ogóle rzucę to wszystko i wyjadę!

Wróciłam do pracy i przeczytałam maile. Odezwały się 3 osoby z Paryża, ale wszyscy pisali, że w ten weekend będą zajęci. Potem dziewczyna, która przychodzi zawsze w środy na praktyki poprosiła, żebym wytłumaczyła jej parę rzeczy na temat naszego wydziału. Zaczęłam więc tłumaczyć, ale szybko się okazało, że trochę się zapędziłam i muszę jej najpierw wytłumaczyć, co to jest semestr, kierunek studiów, psychologia czy socjologia (i to po angielsku :) Teraz zaczynam rozumieć, czemu mnie tu niektórzy traktują tak protekcjonalnie (żeby nie powiedzieć jak idiotkę :) bo pracuję w sekretariacie. Tutaj ludzie po magisterce mogą już wykładać na uniwerku, a ja pracuję z ludźmi po ichniejszej maturze. I jak tu się nie frustrować? Czasem oczywiście jest łatwiej, ale przychodzą takie dni, kiedy mam ochotę to wszystko rzucić i wyjechać. Tylko lekcje polskiego jeszcze mnie tu trzymają. Po pracy poszłam na kolejną z drugim rokiem i omówiliśmy ostatni przypadek - "wołacz", a potem pokazałam im, jak się odmieniają przez przypadki ich imiona. Na reszcie mamy to z głowy. Teraz od teorii przejdziemy od praktyki! :)

W czwartek w pracy nadal były nudy. Praktycznie cały dzień przesiedziałam przy komputerze, udając że coś robię. Nareszcie jedna osoba z Paryża napisała, że chętnie się z nami spotka w sobotę. W czasie lunchu zadzwoniła do mnie Nina i spytała, gdzie może kupić książkę po polsku na prezent dla wolontariusza z Polski. Obiecałam, że postaram się coś załatwić i poprosiłam Gosię SMSem, żeby kupiła dla niego "Władcę Pierścieni". Moja rodzina była już w drodze na lotnisko, więc nie było sensu zawracać im głowy. Po lunchu dalej się obijałam, bo jestem zła i obrażona i naprawdę mam teraz gdzieś tą robotę. W końcu wybiła 17 i poszłam do domu. Zjadłam coś i poszłam do Muzeum na 17:45 na izraelski film "Close to Home" (Karov La Bayit). Tak mi się przynajmniej wydawało. Ale okazało się, że kopia nie dotarła, więc puszczono inny film w zamian, o czym dowiedziałam się dopiero, jak się zaczął. Poszłam więc do kasy z pretensjami. Zaproponowali, że wymienią mi bilet na inny. Poszłam więc na 18 na film francuski, żeby posłuchać sobie języka. Tymczasem okazało się, że to film eksperymentalny, którego akcja rozgrywa się w szpitalu w Chinach, bez jednego słowa. Po 5 minutach wyszłam :)

W kasie zgodzili się wymienić znów mój bilet na inny film. Problem polega na tym, że właściwie wszystkie już wykupiłam. Przypomniałam sobie jednak, że moja szefowa się zgodziła, bym poszła we wtorek na 14:15 na dokument o Kieślowskim. Powiedziała, że mogę już potem nie wracać, wzięłam więc bilet na kolejny film i zamiast wrócić na 16 do pracy, pójdę na niego. Wróciłam do domu i usiadłam do komputera. Porozmawiałam przez SKYPE'a z przyjaciółką z Polski, a potem na 20:15 poszłam na francuski film "Tell No One" (Ne le dis à personne). Przed filmem puszczali 3-minutową krótkometrażówkę, w której główną rolę zagrał syn mojej szefowej. Spotkałam ją na sali, tak jak się tego spodziewałam. Powiedziała, że nadal źle się czuje i nie przyjdzie jutro do pracy i że przyszła tylko na te 3 minuty. Rzeczywiście, po filmiku wyszła i straciła przez to świetny film. "Nie mów nikomu" to jednocześnie historia kryminalna i miłosna, świetnie nakręcona i zagrana. Bardzo mi się podobał. Po filmie spotkałam wykładowcę z moich (krótkich  :) studiów magisterskich z żoną i chwilę porozmawialiśmy. A potem dostałam SMSa od Agnès z pytaniem, czy przyjdę na "Kółko Francuskie", ale odpisałam, że idę spać.

    

Świetny François Cluzet jako mąż, którego po 8 latach policja znów podejrzewa o morderstwo żony.

wtorek, 13 marca 2007
Polski film :)

288.

Rano obudziłam się z okropnym bólem gardła, więc napiłam się mleka z miodem i trochę pomogło. Do pracy przyszłam trochę wcześniej niż zwykle, żeby wyjść wcześniej na lunch. Straciłam prawie całkiem głos i dopiero po ciepłej herbacie byłam w stanie odbierać telefony :) Szefowa dziś nie przyszła, więc do lunchu siedziałam w Internecie i wysłałam wreszcie maile do około 40 członków Hospitality Club w Paryżu, pytając gdzie mam zabalować z bratem w tą sobotę i czy są jacyś chętni do balowania z nami :) Mam nadzieję, że ktoś mi odpisze :))) W oficjalnych mailach z uniwerku przeczytałam też, że od maja będą nam płacić co miesiąc, a nie tak jak do tej pory co 4 tygodnie. Oznacza to, że będę musiała się trochę przestawić i pamiętać, że teraz pensja będzie przychodzić zawsze 28-ego każdego miesiąca. O 11:55 wyszłam i poszłam do biblioteki na godzinny kurs z EndNote. Jest to program do tworzenia bibliografii, przypisów i odwołań. Wystarczy zaznaczyć, w jakim stylu chcemy je pisać (np. Harvard - Author and Number) i w takim stylu wszystko się nam samo zapisuje. To bardzo duża pomoc. I pomyśleć, że do tej pory robiłam to wszystko ręcznie!

O 13 byłam już z powrotem w pracy i zabrałam się za robotę dla działu Psychologii. Potem znów usiadłam do Internetu i odpisałam na maile jednemu z członków HC w Dublinie, który zaprasza mnie do siebie. Wszystko wskazuje na to, że odwiedzimy go z bratem w pierwszy weekend majowy. Po pracy poszłam do domu i zjadłam szybko coś na obiad. O 17:35 do drzwi zadzwoniła Agnès z Tomem i poszliśmy razem do Muzeum na "Pitbulla". Na miejscu czekał już na mnie jeden z moich uczniów drugiego roku. Kupiłam bilet ze zniżką dla Toma na moją kartę Friend of Film, a potem odebrałam od Neila bilety na wszystkie polskie filmy. Jeden z nich, na "Pibulla", dałam od razu Agnès, a na drugi sama weszłam na salę. Siedzieli już tam dwaj moi uczniowie pierwszego roku, ci sami z którymi 2 tygodnie temu poszłam do Livingstones :) Na koniec dołączył jeszcze do nas ojciec Niny i dzięki nam pół sali było pełne :) O 17:45 zaczął się film i muszę powiedzieć, że mimo iż nie lubię filmów policyjnych, na "Pitbullu" nieźle się ubawiłam. Agnès też się podobał, ale Tomowi i ojcu Niny już trochę mniej. Na pewno nie był to najlepszy film festiwalu i być może nawet najgorszy z 4 pokazywanych na nim polskich filmów, ale chwilami był naprawę zabawny. Chociaż serialu to już bym chyba nie chciała teraz oglądać - musiały być tam straszne dłużyzny, skoro najważniejsze rzeczy zmieściły się w półtoragodzinnym filmie :)

Po filmie porozmawialiśmy chwilę w kuluarach, a potem oni poszli na piwo do polskiego klubu, a ja wzięłam bilet na niemieckie "Życie na podsłuchu" od prowadzącego kurs "Nowe Kino Europejskie", na który dziś zresztą nie poszłam :) Przed filmem porozmawiałam chwilę z paroma uczestnikami kursu, a jeden z nich (z którym kiedyś po filmie "We Shall Overcome, piliśmy piwo w pubie) wziął ode mnie namiary. Najpierw spytał mnie, czy często bywam w angielskich domach, a jak odpowiedziałam, że nie, powiedział iż on i jego partnerka zapraszają mnie do siebie na obiad. Mamy się umówić po festiwalu. Spotkałam też jednego z wykładowców z naszego wydziału, Irlandczyka, z dziewczyną. W końcu usiadłam na sali, a koło mnie drugi z kursantów, z którym piłam kiedyś piwo po filmie. O 20 zaczęło się "Życie na podsłuchu" i bardzo się nam obojgu podobało. Myślę, że podobało się większości ludzi w kinie i chyba zasłużenie dostało w tym roku Oscara za film obcojęzyczny. Nie widziałam wszystkich nominowanych filmów, ale ten był naprawdę niesamowity. Dlaczego my w Polsce nie kręcimy takich filmów (tylko kolejne  "Pitbulle") i dlaczego nie możemy się tak rozliczyć ze swoją przeszłością?

    

Marcin Dorociński i Dominika Rosati w "Pitbullu" oraz Ulrich Mühe w "Życiu na podsłuchu".

poniedziałek, 12 marca 2007
Film festiwalowy! :)

287.

Dziś rano w pracy odpisałam członkowi Hopitality Club z Dublina, który zaprasza mnie do siebie, że mogę wpaść w któryś weekend. Potem zadzwonił do mnie mój szef z college'u i powiedział, że list, w którym odpieram zarzuty Teresy jest świetny i właściwie nie musiał go poprawiać. Dopisał tylko ze dwa zdania i przesłał mi swoją wersję do zaakceptowania. Poprawiłam jedną z jego propozycji i w końcu ustaliliśmy wersję, z której oboje byliśmy zadowoleni i którą przesłał dalej, do swoich przełożonych. Zobaczymy, co będzie dalej. Okazało się, że główny problem polegał na tym, że na początku zajęć powiedziałam wszystkim, iż jeśli po 4 lekcjach stwierdzą, że to nie dla nich, mogą zrezygnować i nie płacić. Okazało się, że jest to możliwe jedynie przez dwa pierwsze tygodnie, dlatego byłam gotowa zapłacić za Teresą, bo wprowadziłam ją w błąd - dzięki moim namowom chodziła na lekcje przez jakieś dwa miesiące - ale szef powiedział, że to nie wchodzi w grę.

Jak wróciłam po lunchu do pracy, okazało się, że szefowa źle się czuła i poszła do domu. Wysłałam więc do szefowej działu Psychologii raport z ostatniego zebrania, a potem zabrałam się za Internet :) Leah wyszła o 16, więc przez ostatnią godzinę oglądałam sobie teledyski Thomasa Fersena i Carli Bruni na "Youtube" :) W końcu sama poszłam do domu, zjadłam coś szybko i na 17:30 poszłam do Muzeum na film "Les Cachetonneurs" (The Freelancers) Denisa Dercourta, reżysera "La Tourneuse des pages" (The Page Turner). Ten drugi widziałam jakiś czas temu i średnio mi się podobał, ale dzisiejszy film to była bardzo zabawna komedia o chałturzących muzykach :) Jedną z ról grał tam Foudel z zespołu Un, Deux, Trois Soleil i przypomniałam sobie, że kupiłam kiedyś siostrze ich płytę, więc poprosiłam brata przez SMSa, żeby mi ją przegrał na CD i przywiózł do Paryża, bo nabrałam ochoty, by jej znów posłuchać.

Na 19:15 poszłam na pokaz filmu niemego "Pandora's Box" W rezyserii Georga Wilhelma Pabsta z 1928 roku. Była to rzadka okazja, żeby zobaczyć ten film w kinie, w dodatku z akompaniamentem na żywo. Przez 130 minut, czyli ponad 2 godziny, przygrywał nam kompozytor i pianista Terry Ladlow. Sam film średnio mi się podobał, jeżeli chodzi o treść, ale rozumiem skąd się biorą zachwyty nad jego formą. Amerykańska aktorka Louise Brooks, która gra Lulu, grała dość naturalnie, jak na standardy kina niemego. W "Lulu na moście" Paula Astera z 1998 roku jest wiele nawiązań do tego filmu i odkąd go obejrzałam, chciałam zobaczyć "Puszkę Pandory", żeby je zrozumieć. Teraz muszę sobie przypomnieć "Lulu na moście" :) Po filmie wróciłam do domu i umówiłam się SMSami z Agnès na 17:40. Idziemy razem na "Pitbulla" Patryka Vegi :)

  

"Chałturnicy" i scena z "Puszki Pandory", w której filmoznawcy doszukują się wątków lesbijskich.

niedziela, 11 marca 2007
Festiwal Filmowy! :)

286.

W czwartek w pracy szukałam kartki urodzinowej dla Gemmy. U nas w biurze stoją pudełka, w których są ręcznie robione kartki na każdą okazję. Oprócz kartki dla Gemmy, wybrałam sobie parę ślicznych kartek pocztowych z wróżkami i schowałam je do szuflady, mówiąc, że zapłacę następnego dnia. Nie chciałam, żeby ktoś którąś kupił, bo były tylko po jednej. Prosto po pracy pobiegłam do college'u, żeby spotkać się z moim szefem. Zastanawiałam się, o co może mu chodzić, ale nigdy bym się nie domyśliła! Okazało się, że Teresa, która chodziła przez parę tygodni na zajęcia drugiego roku, napisała oficjalny list, w którym stwierdziła, że moje zajęcia to farsa, a ja nie potrafię uczyć, krótko rzecz ujmując. W dodatku zrobiła to w takich słowach, jakich nigdy bym się po niej nie spodziewała. Byłam zaskoczona, bo zrozumiałabym, gdyby napisała zażalenie zaraz po tym, jak przestała chodzić na moje zajęcia, ale teraz? Była wyraźnie wściekła, bo zdaję się, iż dostała list z college'u, że ma zapłacić na zajęcia. Szef powiedział, żebym odpowiedziała na jej zarzuty i wysłała mu moją odpowiedź mailem. Wzięłam ten list i zaniosłam go do domu, a potem poszłam na 18:00 do biblioteki na kurs z Metalibu i wreszcie udało mi się znaleźć coś przydatnego do mojej pracy doktoranckiej. Wróciłam do domu, żeby coś zjeść, a potem poszłam do Muzeum, żeby dać im listę filmów, które chcę w tym roku zobaczyć na festiwalu. Zostawiłam ją jednej kasjerce i umówiłam się z nią, że odbiorę je następnego dnia. Około 21 poszłam do Agnès na "Kółko francuskie". Po mnie doszedł Matthieu, a potem jeszcze Nina. Tom zaczął mi mówić, jak jego zdaniem powinnam uczyć polskiego. Tym razem nie siedziałam długo - poczekałam tylko, aż Agnès otworzy Camemberta President, którego jej przyniosłam i o północy poszłam do domu, a około 1 w nocy spać.

W piątek w pracy zapłaciłam za kartki, które sobie wybrałam i jako resztę wzięłam sobie nowego funta z 2006 roku, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam na oczy. Odłożyłam go, żeby w przyszły weekend dać go mamie a Paryżu, do jej kolekcji. Sama jej uzbierałam różne funty z kolejnych lat, każdy z innym obrazkiem na rewersie. Potem zabrałam się za spisywanie raportu z zebrania działu Psychologii i prawie udało mi się go skończyć. Po pracy pobiegłam do sklepu, żeby kupić coś do jedzenia, bo lodówka pusta, a w czasie festiwalu nie będę miała czasu na zakupy. Zdążyłam wrócić do domu przed 18 i chwilę później przyszła Gosia. Dałam jej wreszcie bilety dla jej znajomych, które przyszły pocztą i wydruk jej biletu do Liverpoolu. W środę leci na 5 dni do Polski, więc od razu da znajomym te bilety. Później porozmawiałam z rodzeństwem przez SKYPE'a i powiedziałam im, że przełożyłam bilet i przylatuję na weekend do Paryża, ale mają nic nie mówić mamie, bo sama chcę jej o tym powiedzieć. Przed 21 pobiegłam do muzeum, żeby odebrać bilety na festiwal i zobaczyć film otwarcia, "Amazing Grace". Okazało się, że film będzie opóźniony o jakieś pół godziny, kasjerka miała więc czas, żeby spokojnie wydrukować mi wszystkie bilety. Prawdę mówiąc myślałam, że będą już wydrukowane i tylko za nie zapłacę, dlatego dałam jej wcześniej listę. Tymczasem zrobiła to przy mnie i okazało się, że na jeden film brakuje już biletów. Na szczęście nie zależało mi na nim jakoś szczególnie, a w dodatku okazało się, że zapłacę mniej niż myślałam, więc ogólnie byłam zadowolona. Nie lubię zbytnio filmów kostiumowych, ale "Amazing Grace" o abolicjoniście Williamie Wilberforce, podobał mi się. Po filmie dostałam SMSa od Neila, żebyś się spotkali w sobotę o 11 w Muzeum i potem poszłam spać.

    

"Amazing Grace" w reżyserii Michaela Apteda i "Neonowa Biblia" Terence'a Daviesa.

W sobotę obudziłam się około 8 rano, zupełnie jakbym miała iść do pracy. Wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i zadzwoniłam  do mamy, żeby powiedzieć jej, że przylatuję w sobotę do Paryża i żeby sprawdziła, czy moje rodzeństwo się nie wygada :) Po 11 poszłam do Muzeum, bo Neil napisał, że chwilę się spóźni. Czekając na niego poszłam do kasy, żeby zamienić jeden z biletów. Nowy film Kaurismakiego, "Lights in the Dusk", pokazują bowiem dwa razy, a ja dostałam bilet nie na ten dzień, co chciałam. Okazało się jednak, że na drugi pokaz brakuje już biletów. Poza tym pokrywa się z pokazem filmu "Pandora Box", więc po krótkiej rozmowie z pracownikiem muzeum wybrałam ten drugi film. Obiecał mi bowiem, że nowy film Kaurismakiego będą pokazywać po festiwalu w Muzeum. Przy okazji przekonałam się, że chociaż wydawało mi się, że nikt mnie już nie poznaje, choć od ostatniego festiwalu minął zaledwie rok, ale się myliłam. Okazało się, że jeden ze współorganizatorów pamięta nawet, jak mam na imię :) W końcu przyszedł Neil i wręczył mi dwa katalogi. Na odbiór biletów umówiliśmy się na wtorek, tuż przed pokazem pierwszego polskiego filmu. Pożegnałam się z nim i poszłam do sklepu, żeby kupić papier toaletowy, bo mi się skończył, a zapomniałam o nim, jak byłam w sklepie. Potem na 13:45 poszłam na "Neonową Biblię". Nie widziałam tego filmu, kiedy był w polskich kinach, a słyszałam o nim wiele dobrego, więc postanowiłam teraz go zobaczyć i muszę przyznać, że jest świetnie zrobiony. Później zjadłam obiad i na 17 poszłam na brytyjski film "January 2nd". Na pokazie obecny był reżyser i po filmie odbyła się mała dyskusja.

Kiedy wyszłam z sali, spotkałam znajomych ze squatu, którzy na 19 wybierali się na ten sam film, co ja. Poszłam do toalety, a wracając załapałam się na kieliszek białego wina w kuluarach Muzeum. Kolejny film, francuskie "Minor Revelations", był dość ciężki i o mało nie zasnęłam. Składał się z wielu zupełnie nie połączonych ze sobą scen. Przed ostatnim filmem podszedł do mnie dyrektor festiwalu i podziękował mi za napisanie tych dwóch tekstów do katalogu. Okazało się, że on również pamięta jak się nazywam, choć wcześniej myślałam, że mnie nie pamięta, bo się ze mną wcześniej nie przywitał. A teraz spytał, czy mogą jeszcze kiedyś liczyć na moją pomoc. Może jak napiszę tą pracę doktorską, to zatrudnię się w Muzeum? :) Tymczasem obejrzałam świetny dokument Juliena Temple "Joe Strimmer: The Future is Unwritten" o zespole The Clash. Wypowiadali się w nim m.in. Johnny Depp, Bono, Matt Dillon, John Cusack, Steve Buscemi i członkowie zespołu Red Hot Chili Peppers - Flea i Anthony Kiedis.

        

Jedna z historii w "Minor Revelations" i "Joe Strimmer" z zespołu The Clash.

W niedzielę pospałam trochę dłużej, a po śniadanie położyłam się znów do łóżka i zdrzemnęłam, zanim zdzwoniłam się z rodziną przez SKYPE'a. Ustaliliśmy parę szczegółów przed naszym spotkaniem w Paryżu, a potem na 15 poszłam do Gosi na pyszny, polski obiad. Potem wróciłam do domu i porozmawiałam jeszcze chwilę przez SKYPE'a z mamą, zanim na 18 poszłam do kina na "Paris, je t'aime". To zbiorowy film o Paryżu, którego poszczególne części wyreżyserowali m.in Oliviers Assayas, Sylvain Chomet, Ethan i Joel Coen, Wes Craven, Gérard Depardieu, Christopher Doyle, Vincenzo Natali, Bruno Podalydès, Walter Salles, Tom Tykwer i Gus Van Sant. Każda z nich jest zupełnie inna i trudno wybrać najlepszą, ale jak zwykle w takich filmach, część jest lepsza od reszty. A na 20:15 poszłam na nowy film Nanniego Moretti "Kajman" (Il Caimano) ze znakomitą rólką Jerzego Stuhra.

    

Plakat do filmu "Paris, je t'aime" i ujęcie z filmu "The Caiman".

 
1 , 2