Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 16 marca 2008
Koniec festiwalu

411.

W czwartek rano nie wstałam i nie poszłam na 10:30 na "Sleuth" Kennetha Branagha, tylko pospałam do 11:30 i dopiero na 13:30 dotarłam do kina na dwa amatorskie amerykańskie filmy krótkometrażowe "Fish Kill Flea" i "Profit Motive and the Whispering Wind". Pierwszy opowiadał o wielkim mallu, czyli centrum handlowym w New Jersey, a drugi o historii Stanów Zjednoczonych poprzez tablice pamiątkowe i groby osób, które walczyły z niesprawiedliwością i przemocą. Zaraz potem poszłam na "Vigo: Passion for Life" Juliena Temple z Romane Bohringer. Podobał mi się bardzo, bo było dużym zaskoczeniem po "Absolute Beginners", po którym myślałam, że Temple powinien chyba jednak trzymać się dokumentów i darować sobie fabułę :) Ale po tym filmie zmieniłam zdanie. Potem na 18 poszłam ze studentami na "Z odzysku" (Retrieval) Sławomira Fabickiego. To był typowy film o tym, jak w Polsce jest szaro i źle - taki jakie tu lubią najbardziej. Oczywiście Neil go wybrał, a nie ja. Nie mam nic przeciwko samemu filmowi, bo był bardzo dobrze zrobiony, ale Fabicki zawsze opisuje taką stereotypową Polskę, która oczywiście istnieje, ale nie jest jedyną rzeczywistością naszego kraju. A tutaj po takim filmach nabierają przekonania, że cała Polska tak wygląda. Na 20:15 poszłam na bardzo dobry film irlandzki "Garage". Po powrocie do domu rozmawiałam z Wanyu i umówiłyśmy się, że pójdziemy razem na kurs z college'u.

  
Kadry z filmów "
Fish Kill Flea" i "Profit Motive and the Whispering Wind".

  
James Frain i Romane Bohringer w "Vigo: Passion for Life" oraz kadr z filmu "Z odzysku".

  
Jacek Braciak i Jowita Budnik w "Z odzysku" oraz Pat Shortt w filmie "Garage".

W piątek wstałam o 8 i tuż przed 9 spotkałam się z Wanyu. Poszłyśmy razem przez park na Tap Day. Oczywiście niczego ciekawego się nie dowiedziałam, ale dostanę za to 33 funty :) O 13 zawieźli nas busem do głównego budynku college'u na lunch. Po lunchu wyszłyśmy z Wanyu i poszłyśmy do domu. W poczcie znalazłam list z uniwerku z informacją, że w piątek po powrocie z Polski mam rozmowę o pracę na jedno z trzech stanowisk, na które aplikowałam. Potem zadzwoniła Wanyu i spytała, czy chcę iść na spacer. Przeszłyśmy się po starej części miasta, a potem na 16 poszłam do Job Centre podpisać znów jakieś papiery. Musiałam trochę poczekać, a potem babka, z którą rozmawiałam zrobiła wielkie halo z tego, że byłam na kursie, za który dostanę pieniądze, więc nie wspomniałam jej już o tym drugim, na którym byłam w zeszłą sobotę. Szczególnie, że nie wiem, kiedy mi za niego zapłacą te 40 funtów. Jeśli w czasie Wielkanocy, to w ogóle tego nie zgłoszę. Bo w tym czasie, kiedy mi płacą benefits muszę zgłaszać każdą przepracowaną godzinę i zarobiony pens. Ale skoro za święta mi nie zapłacą, to nie podam im, ile w tym czasie zarobiłam :) Zresztą jeśli wkrótce znajdę nową pracę, to będzie znów tylko i wyłącznie moja sprawa, ile zarabiam :) Wracając kupiłam czekoladowe jajka firmy Thorton's na Wielkanoc, a potem wsiadłam w autobus i podjechałam do domu. Porozmawiałam chwilę z rodziną przez SKYPE'a, a potem
przegrałam sobie "Jasminum" na komputer. Na 17:30 poszłam do Muzeum spotkać się z Libby, dziewczyną z Kółka Francuskiego i poszłyśmy razem na "City of Men", który dzieje się w tej samej dzielnicy, gdzie powstał film "City of God" (Miasto Boga). Potem kupiłam sobie piwo i usiadłam w barze. Przyszedł Neil, któremu oddałam 10 płyt CD z polskimi filmami, z których wybrałam dwa filmy na festiwal. Później na 20:15 poszliśmy na dokument "Joy Division". Dowiedziałam się, że wokalista grupy, Ian Curtis , miał padaczkę, o czym wcześniej nie wiedziałam. Po filmie, który był bardzo dobry, poszłam ze znajomymi, których spotkałam w kinie do pubu Jacob's Well na piwo. A potem wróciłam do domu i słuchałam piosenek Joy Division na Youtube.

  

Kadr z filmu "City of Men" i jedno ze słynniejszych zdjęć grupy Joy Division.

W sobotę poszłam na 10:15 dokument, który był zapisem wywiadu ze Stevenem Spielbergiem. Potem zadzwoniłam do Majki i tak się zagadałyśmy, że spóźniłam się trochę na
12:15 na tajwański film dla nastolatków "Summer's Tail". Na 14:15 poszłam na dokument "Kenedi Goes Back Home", po którym pokazano jeszcze krótki metraż "Kenedi Lost and Found". Oba opowiadały o perypetiach Kenediego, który jako dziecko wyjechał z rodzicami do Niemiec, a w 2003 roku został stamtąd deportowany do Serbii, podobnie jak wielu innych Romów. Potem na 16:15 poszłam na trzecią część trylogii o Kenedim "Kenedi is Getting Married", która tym razem była jednak fabułą, w której zagrał samego siebie. Po filmach poszłam do domu na obiad i porozmawiam znów z Majką przez telefon. A na 20 poszłam na zakończenie festiwalu, na którym pokazano bardzo zabawny film "Searchers 2.0", po którym odbyła się rozmowa z bardzo fajnym reżyserem Alexem Coxem. Po filmie rozmawiałam z moim studentem, który miał atak padaczki, ale już się czuje dobrze. Wypiliśmy kieliszek wina i 2 piwa ze Świętym Gralem na etykietce. Dał mi w prezencie DVD z "Nową Europą" Michaela Palina, którego oczywiście nie chciałam przyjąć. Porozmawiałam chwilę z szefem festiwalu i powiedziałam mu o wszystkim, co mi leżało na sercu i o co miałam pretensje. Potem zaniosłam DVD i butelkę piwa do domu, żegnając się z moim studentem, a potem poszłam do restauracji Omar Khan, gdzie przeniosła się impreza. Tam rozmawiałam z dwoma bliźniakami, a po wyjściu i po drodze do Midlands Hotel z Neilem, żeby wytłumaczyć sobie parę nieporozumień, jakie ostatnio między nami narosły. Do Hotelu Midlands doszliśmy w 5 osób. Oprócz mnie i Neila była z nami jeszcze Jennifer, Ben i dwóch aktorów, którzy z okazji Wielkanocy odegrają Pasję pod ratuszem. Jeden z nich gra Jezusa, drugi Kajfasza, a Ben Poncjusza Piłata. Z Jezusem dyskutowaliśmy o tym, czy Bóg istnieje :) Panowie jeden po drugim nas opuścili i zostałyśmy we dwie z Jennifer, której babcia była Polką. Rozmawiałyśmy do 6 rano, a potem wróciłam do domu i poszłam spać.

  
Steven Spielberg oraz główni bohaterowie filmu "Summer's Tail".

  
Kadr z filmu "Kenedi Lost and Found" oraz piwo z etykietką "Monty Python's Holy Grail".

  
Plakat do filmu "Searchers 2.0"oraz jego reżyser Alex Cox w kuluarach Muzeum.

Dzisiaj obudziłam się o 13, z bólem głowy :) Zabrałam się więc za kurację, bo na 18 miałam iść do IMAXu na "U2 3D", a wcześniej musiałam zrobić pranie. Wzięłam proszek od bólu głowy, wypiłam rozpuszczalne witaminki i otworzyłam okno. A potem zadzwoniłam do Majki i przegadałyśmy ponad godzinę :) W końcu poszłam dalej spać i dopiero po 16 udało mi się zwlec z łóżka i jakiś cudem dotrzeć do pralni. W trakcie prania napisałam kilka maili i przegrałam wszystkie zdjęcia z festiwalu. Potem zjadłam obiad i o 17:50 pobiegłam do pralni po moje rzeczy. Zdążyłam je tylko rzucić na łóżko i już biegłam do kina. Miałam się spotkać z paroma osobami, ale tylko Benoit zadzwonił, że niestety nie zdąży, więc nie przyjedzie. Z pozostałych nikt się nie odezwał, więc domyśliłam się, że nikt nie przyszedł, bo w przeciwnym razie dzwoniliby i pytali, gdzie jestem. Po drodze spotkałam tylko Shaza, który też się spóźnił, stwierdziliśmy więc, że darujemy sobie film i zamiast tego pojechaliśmy do Gosi na herbatę. Dałam jej klucz do moich drzwi wejściowych, żeby przychodziła w tym tygodniu i sprawdzała mi pocztę. Spodziewam się listu z uniwerku na temat interview na drugą pracę i chcę wiedzieć, na kiedy mam się przygotować. Umówiłam się więc z Gosią, że otworzy każdy list, jaki przyjdzie do mnie z uniwerku. Potem poczęstowała mnie rosołem, co mi dobrze zrobiło. Około 19:30 Shaz odwiózł mnie do domu i zabrałam się za pakowanie. Porozmawiałam też przez SKYPE'a po raz ostatni przed wyjazdem z siostrą, która pojechała na weekend do Gdańska. Potem trochę posprzątałam, spakowałam komputer i poszłam wcześniej spać, bo jutro rano muszę wcześnie wstać na samolot :)
środa, 12 marca 2008
Tak jak w kinie

410.

W poniedziałek nie poszłam na 10:30 na "Edwarda Nożycorękiego", tylko pospałam do 11:30. Potem usiadłam do Internetu i odpisałam na maile, ale nadal nie zarezerwowałam hostelu w Krakowie, ani biletu do Paryża, bo nie zdążyłam. Musiałam wychodzić, żeby na 14 zdążyć na dokument "Brando", który trwał 2 i pół godziny, ale był bardzo ciekawy. Nie wiedziałam na przykład, że tak walczył o prawa czarnoskórych i Indian. Zaraz po filmie spóźniłam się na dokument "Spine Tingler! The William Castle Story". Był to równie interesujący dokument o Williamie Castle, który kręcił horrory klasy B i marzył o wyreżyserowaniu filmu klasy A. Ale najpierw Orson Welles go uprzedził i nakręcił "Damę z Szanghaju" (The Lady from Shanghai), na podstawie książki, którą chciał zekranizować. A potem niemal to samo zdarzyło się z książką "Dziecko Rosemary" (Rosemary's baby), do której wykupił prawa. Tym razem jednak został producentem, choć reżyserię powierzono Romanowi Polańskiemu. Miał też wiele ciekawych pomysłów marketingowych, dzięki którym jego horrory świetnie się sprzedawały. Porównywano go nawet z Alfredem Hitchcockiem. Po filmie poszłam do domu coś zjeść, a potem na 19 na kolejną lekcję polskiego. Po lekcji spotkałam Wanyu i z nią oraz z Tomem wyszłam z college'u. Miałam iść na spotkanie z Julienem Temple, które zaczęło się o 20:15, ale słyszałam, że być może je odwoła i nie chciało mi się iść sprawdzić. Zamiast tego usiadłam do Internetu i zarezerwowałam wreszcie dwuosobowy pokój z łazienką w Krakowie.

    
Młody Marlon Brando, William Castle (król horrorów klasy B :) i Julien Temple.

We wtorek obudziłam się o 11 i usiadłam do Internetu. Umawiam się ze znajomymi na świętowanie Dnia Świętego Patryka w Warszawie :) Wcześniej chcemy iść na spacer po Starówce. O 13:00 poszłam pod Alhambrę, gdzie doszła do mnie Sarah z pracy. Poszłyśmy na herbatę do Muzeum, gdzie podpisałam kartkę dla jednego z wykładowców, który też wkrótce odchodzi. Poza tym oddałam jej klucz do mojego biura, o czym zupełnie zapomniałam odchodząc :) I w trakcie naszej rozmowy dowiedziałam się bardzo ciekawej rzeczy, która mnie nieźle zdenerwowała! Zaczęło się od tego, iż zaczęłam narzekać, że ogłoszenie na moje stanowisko jeszcze się nie ukazało, chociaż dałam im na to tyle czasu! I wtedy Sarah powiedziała, że strasznie wolno działają, bo ona pamięta, że już w grudniu widziała papier podpisany przez naszą główną szefową! Była na nim data 10 grudnia, czyli dzień przed moim pierwszym dywanikiem u szefowej! A to oznacza, że to wszystko było już dużo wcześniej zaplanowane! I znów zaczynam myśleć, że szefowa wiedziała, że staram się o nową pracę i o moim interview 15 grudnia. I wiedziała, że moje odejście to tylko kwestia czasu, więc się zabezpieczyła. Mogłabym się z nimi bić i pewnie nawet bym wygrała, ale nie chcę mi się na to tracić sił. A poza tym chcę nadal znaleźć jakąś pracę na uniwerku. Ale jeśli mi się to nie uda, to może się zemszczę? :) Drugą dziwną rzeczą był fakt, że w poczcie znalazłam kopertę, w którym była pusta aplikacja o pracę i reklama jednego ze stanowisk, o które się staram. Wysłałam już wypełnianą aplikację, zresztą w piątek był termin ich składania. Tym czasem wygląda na to, że ktoś mi ją przesłał, żebym aplikowała...

Na 13:30 poszłam na film "Absolute Beginners" Juliena Temple, który jednak przyjechał dzień wcześniej na festiwal. W tym filmie zagrał David Bowie. Była to jakby angielska odpowiedź na "West Side Story" i inne amerykańskie musicale :) Nieudana, niestety :) Aż trudno uwierzyć, że ten film powstał w połowie lat 80-tych! Oprócz Davida Bowie, jedną z piosenek śpiewa w nim między innymi Sade. Zaraz po tym filmie poszłam na dokument "The King of Texas" o filmowcu-amatorze zwanym Eagle Pennell. Pokazano też jego krótki film "Hell of a Note".
Niestety, w karierze przeszkodził mu nałóg alkoholowy. Jego filmy były dla Roberta Redforda inspiracją do stworzenia festiwalu w Sundance, a dokument o nim zrobił jego bratanek. Potem poszłam prosto na kolejny dokument zatytułowany "War, Love, God and Madness", który był zapisem kręcenia filmu "Ahlaam" kręconym w Iraku wkrótce po rozpoczęciu wojny. Przed nim puszczono dużo lepszy film krótkometrażowy "In the Name of the Son" o skutkach wojny na Bałkanach. Minęła 19, więc poszłam do domu coś zjeść, a potem wróciłam na 20:00 na "Timecode" Mike'a Figgisa. Na pokazie obecny był reżyser i miał na żywo miksować swój film, ale niestety aparatura nawaliła. A że już ten film widziałam, stwierdziłam że wolę w takim razie iść do domu. Szczególnie, że w trakcie wstępu Figgisa zadzwonił do mnie Shaz! Wyszłam więc pospiesznie z sali i już nie wróciłam :) Mój uczeń polskiego został i potem dał mi znać SMSem, że jednak udało im się naprawić sprzęt! Ale ja przynajmniej poszłam wcześniej spać.

   

David Bowie w filmie
"Absolute Beginners", Eagle Pennell i Mike Figgis w Bratfoot.

Dzisiaj wstałam znów o 11 i na 12 poszłam do kina na "Rybkę zwaną Wandą" (A Fish Called Wanda). Oczywiście widziałam już ten film ze sto razy, więc nie był już taki śmieszny, jak kiedyś, ale poszłam na niego, bo nigdy nie widziałam go w kinie. Potem poszłam szybko do domu coś zjeść i zabrać ze sobą materiały na wieczorną lekcję polskiego. A później wróciłam do Muzeum i na 14:15 poszłam na film "Some Photos in the City of Sylvia" (Unas fotos en la Ciudad de Sylvia). Był to dokument podróży reżysera do Strasburga, gdzie szukał kobiety o imieniu Sylvia, którą poznał tam 22 lata wcześniej. Cały film składał się tylko z czarno-białych zdjęć i napisów, podobnie jak "Molo" (La Jet
ée) Chrisa Markera. Ale niestety daleko mu było do tamtego dzieła. Reżyser chodził za różnymi kobietami po Strasburgu i robił im zdjęcia, często z tyłu. Moim zdaniem powinni go zamknąć! I leczyć :) Kobieta, to nie tylko twarz i figura! Tymczasem jemu wszystkie kobiety zlały się w jedno. I jeszcze pewnie myślała, że to takie odkrywcze i romantyczne! W dodatku w filmie nie było żadnej muzyki, tylko kompletna cisza, więc wkrótce zasnęłam i przespałam połowę. Ale wątpię, żebym coś straciła! Później w Internecie znalazłam informację, że nakręcił tez film fabularny pod tytułem "City of Sylvia" (En la Ciudad de Sylvia), w którym pewien mężczyzna szuka w Strasburgu kobiety, którą tam poznał 6 lat wcześniej. I oczywiście chodził za nią po mieście, ale z tego co rozumiem, nigdy do niej nie podszedł, tylko ją śledził. Brzmi znajomo!

Po filmie poszłam do łazienki, a jak wróciłam, spotkałam pod salą mojego studenta polskiego, który tak jak ja codziennie chodzi na festiwal. Też w tej chwili nie pracuje, więc ma dużo wolnego czasu. Powiedział mi, że był dzisiaj w swojej byłej pracy i że szukają kogoś, do prowadzenia biura. Spytał, czy byłabym zainteresowana i dał mi ulotkę. A potem nagle jego źrenice uciekły mu do góry i poleciał prosto na twarz na podłogę i zaczął się trząść. Stałam zszokowana i nie wiedziałam co robić! Ktoś z obsługi przybiegł i zadzwonili po karetkę. Położyli go na boku i uspokajali. A ja stałam jak wryta. W pewnym momencie przestał się trząść i dyszeć i wyglądało to naprawdę strasznie, jakby umarł. Nigdy czegoś takiego na widziałam i miałam wrażenie, że wszystko stało się w zwolnionym tempie. Jak przyjechała karetka podałam im jego dane i podeszłam na chwilę, jak go zabierali, żeby dodać mu otuchy, ale jestem beznadziejna w takich sytuacjach. Poza tym nie wiedziałam, że ma epilepsję, więc byłam w szoku. Kiedy karetka odjechała, obsługa zajęła się mną. Zaprosili mnie na herbatę i pomogłam dziewczynie, która się nim zajęła, spisać raport. W kuluarach siedział Mike Figgis i skinął mi głową na powitanie,
poznając mnie najwyraźniej z wczoraj. Na 17:30 poszłam na pokaz "Jasminum", żeby zobaczyć, ile osób na niego przyszło i tym razem było ponad 50, w tym parę osób, które mówiły po polsku. Obejrzałam bardzo dobry krótki film animowany "Arka" (Ark), a potem poszłam na 19 na ostatnia przed Wielkanocą lekcję polskiego. Prosto po lekcji poszłam do domu i zaraz idę spać.

  
Kevin Kline i Michael Palin w "Rybce zwanej Wandą" i kadr z
"Some Photos in the City of Sylvia".

  

Kadry z filmów "In the City of Sylvia" oraz "Arka"
Grzegorza Jonkajtysa i Marcina Kobyleckiego.
niedziela, 09 marca 2008
Widescreen Weekend :)

409.

W piątek chciałam iść na 10:00 na "This is Cinerama", czyli na składankę filmów szeroko-ekranowych, ale obudziłam się 20 minut po 10. Zdziwiłam się, czemu budzik nie zadzwonił, ale okazało się, że zamiast na 9:00, nastawiłam alarm na 19:00! :) Nie wiem, jak to zrobiłam, w każdym razie zamiast do kina, poszłam na 12 do Job Centre. Zajęły się mną dwie babki - jednak zrobiła kopie moich dokumentów, a druga miała mi pomóc znaleźć pracę :) Dowiedziałam się, że państwo będzie mi płacić ponad 50 funtów miesięcznie, ale muszę przychodzić co dwa tygodnie i zdawać relację z tego, co zrobiłam w tym czasie w celu znalezienia nowej pracy :) Nie zapłacą mi za ten czas, kiedy będę na Wielkanoc w Polsce, ale w międzyczasie rozważą, czy dorzucić mi się jeszcze do czynszu :) Muszę się znów u nich stawić w piątek przed wyjazdem i zaraz jak wrócę z Polski. Musiałam jeszcze wypełnić i podpisać parę formularzy. Zajęło mi to wszystko 2 godziny! A myślałam, że będę miała jeszcze czas, żeby wejść po drodze do college'u, a tymczasem ledwo zdążyłam dojść do kina na 14:00! Obejrzałam nową kopię filmu "Wielka ucieczka" ze Stevem McQueenem. Przed filmem była rozmowa z Johnem Leytonem, który grał przyjaciela Charlesa Bronsona. Nigdy o nim nie słyszałam, ale wygląda na to, że potem łączył aktorstwo z piosenkarstwem, czyli był tzw. aktorem śpiewającym :) Chciałam mu nawet zrobić zdjęcie, ale okazało się, że nie mam karty w aparacie, która została w laptopie, bo zapomniałam ją wyjąć po tym, jak zgrałam z niej ostatnio zdjęcia.

Po filmie poszłam do domu i coś zjadłam. Myślałam nawet o tym, żeby pójść do sklepu, ale nie chciało mi się, więc usiadłam do Internetu i porozmawiałam przez SKYPE'a z mamą o moim przyjeździe na Wielkanoc. Potem na 19:45 poszłam na pokaz filmu "The Song Remainds the Same", który był zapisem koncertu Led Zeppelin z 1976 roku w nowojorskim Medison Square Garden. Spotkałam jednego z moich studentów z polskiego i kupiłam sobie piwo, a potem poszliśmy razem na salę. Nie jestem fanką zespołu i rozpoznałam tylko dwie piosenki, ale dobrze się bawiłam. Przed pokazem reżyser Dick Carruthers opowiedział trochę o swojej współpracy z Led Zeppelin przy ich DVD z 2003. Współpracował też między innymi z Vanem Morrisonem i Bryanem Adamsem oraz takimi zespołami jak The Who, Oasis, Aerosmith, White Stripes, Moloko i Take That :) Po filmie, który skończył się około 23:30, wysłałam SMSa do Conrada z pytaniem, czy Kółko Francuskie jeszcze trwa :) Okazało się, że siedzi z
Susaną i jej jakimś znajomym w pubie Titusa Salta, więc dołączyłam do nich. Przy barze spotkałam Hatema i Victora, którzy też właśnie doszli. Posiedzieliśmy tam do 1 w nocy, kiedy to wyrzucono nas za drzwi, bo już zamykali pub :) Conrad odprowadził mnie do domu i dyskutowaliśmy dalej po francusku. Wyszedł po 3:00, ale zanim poszłam spać, dochodziła 4 w nocy! :)
  

Charles Bronson i
John Leyton oraz Steve McQueen w "Wielkiej ucieczce".

  
Reżyser Dick Carruthers i
Led Zeppelin kiedyś: Robert Palmer i Jimmy Page.

W sobotę o 9:00 obudził mnie budzik, bo na 10 jechałam do Saltaire na kurs z college'u. Zrezygnowałam z 2 filmów, bo płacili za to 40 funtów i zapewniali lunch :)W przyszły piątek idę na drugi kurs, tzw. TAP Day, tym razem w Bratfoot, ale za to ma trwać cały dzień, a zapłacą mi za udział w nim tylko 33 funty :) Karnet na festiwal kosztował mnie 80 funtów, więc prawie całkiem mi się zwróci :) Spóźniłam się chwilę, ale Wanyu przyszła jeszcze później. Spotkałyśmy tam naszego szefa z college'u, więc powiedziałam mu, że będę musiała w piątek wcześniej wyjść, bo o 16 muszę być w Job Centre. Wanyu też powiedziała, że będzie musiała wcześniej wyjść, więc powiedział nam, żebyśmy po prostu zniknęły po lunchu, w połowie dnia :) Porozmawiałam z nim jeszcze na temat mojego odejścia, ale być może znów zmienię zdanie, bo powiedział mi, że jeśli zdecyduję się zrobić kurs dla nauczycieli w college'u, to państwo mi będzie za to płacić! :) Teraz nie mam czasu się tym zająć, ale jak wrócę z Polski, to dowiem się więcej na ten temat. Potem szef zawiózł nas z powrotem do Bratfoot samochodem :)

Wróciłam do domu zostawić teczkę z materiałami w domu, a potem poszłam do sklepu, po drodze rozmawiając z Majką, która w poniedziałek jedzie z pracy na dwa dni do Nantes. Wypakowałam w domu zakupy i na 16 poszłam na "Żywot Briana" :) W jednym swoich programów podróżniczych, Michael Palin powrócił tam, gdzie kręcili "Briana" i powiedział, że tutaj go kiedyś ukrzyżowano :) I że niewiele osób może wrócić na to miejsce i tak powiedzieć :))) Po filmie porozmawiałam znów przez telefon z Majką, a na 18 poszłam na amerykański thriller nisko-budżetowy "Broken Sky". Chyba decydując się nie ten film nie zrozumiałam co napisali w katalogu, bo inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. W każdym razie nie podobał mi się. Po filmie porozmawiałam z jednym ze stałych widzów festiwalu, który cały czas mnie zagaduje. Niestety, pochodzi ze Szkocji, więc chwilami w ogóle nie rozumiem, co do mnie mówi :))) W końcu na 20:15 poszłam na kolejną amerykańską komedię offową zatytułowaną "In Search of a Midnight Kiss" :) Była bardzo zabawna i pokazywała centrum Los Angeles, które wydawało mi się zupełnie nieciekawe, a które na czarno-białym filmie wyglądało bardzo fajnie. Po filmie jeden z moich studentów polskiego odprowadził mnie do domu. Usiadłam do Internetu, ale byłam tak zmęczona, że szybko poszłam spać :)

  
John Cleese i Michael Palin w "Żywocie Briana" oraz końcowa scena ukrzyżowania.

  
Kadr z filmów "Broke Sky" oraz "
In Search of a Midnight Kiss".

Dzisiaj budzik obudził mnie znów o 9 rano, bo na 10 szłam na "Cineramacana", czyli kolejne wydarzenie w ramach Widescreen Weekend. Co roku z całego świata zjeżdżają się na niego fani filmów szerokokątnych i panoramicznych (65 i 70 milimetrów). Tym razem pokazali między innymi
fragment wywiadu z Sydneyem Pollackiem, w którym tłumaczył, czemu powrócił do kręcenia filmów na taśmie 70 milimetrów oraz szeroko-ekranowe reklamy filmów "Bliskie spotkania 3-ego stopnia" i "Blues Brothers". Potem jakiś facet zażartował, że podobnie jak on, nikt na sali nie zna cyrylicy, ale on nam wytłumaczy co widać na ekranie i pokazał fragment radzieckiej kroniki filmowej o otwarciu kina panoramicznego Mir w Moskwie. Później jakiś Francuz, który mówił po angielsku z takim akcentem, ze mógłby z powodzeniem zagrać w "Allo, Allo", pokazał krótki film o wyścigach samochodowych. Potem wręczono nagrodę jednemu z organizatorów, Billowi, który jak się okazuje odchodzi za 2 miesiące z Muzeum. W końcu pokazali fragment radzieckiego filmu o wyścigach motocyklowych i o dziwo wszystko zrozumiałam, choć nie było tłumaczenia. Po zbiorowym zdjęciu na scenie podeszłam więc do tego faceta, który nie znał cyrylicy i powiedziałam mu, że Zimna Wojna się skończyła, więc nie powinien zakładać, że nikt nie zna rosyjskiego. Potem wytłumaczyłam mu na czym polegał humor w jednej ze scen. Ale jak powiedział coś, co wskazywało na to, że uważa Polskę za jedną z byłych republik, stwierdziłam, że to chyba Amerykanin i dałam sobie spokój :)

Po krótkiej przerwie wróciłam na salę, rozmawiając z jedną ze stałych bywalczyń festiwalu o "Placu Zbawiciela", który zrobił na niej duże wrażenie. Powiedziała, że mam dobre oko do filmów, bo podobały się jej te które wybrałam zarówno w zeszłym, jak i w tym roku. Potem dyskutowałyśmy jeszcze o bulwersującym zakazie robienia zdjęć w czasie wywiadu z Kennethem Branaghem, pod groźbą wyproszenia z sali! Nigdy wcześniej nie było zakazu robienia zdjęć na festiwalu, a dla mnie był to główny powód przyjścia na 4-godzinny pokaz "Hamleta" Branagha nakręconego na taśmie 70 milimetrów. Oczywiście wbrew zakazowi zrobiłam ponad 10 zdjęć z ukrycia, ale większość jest poruszona. Ale humor mi się poprawił, szczególnie że Branagh okazał się bardzo miłym i zabawnym facetem. Wciąż żartował i udawał innych ludzi, zmieniając ton i akcent. A potem zaczął się film i przyznaję, że mi się podobał, ale bardziej jednak do mnie i chyba do całego mojego pokolenia przemawia wersja z Ethanem Hawkiem z 2000 roku :) W dodatku wraz z półmetkiem festiwalu przyszło chyba przesilenie i na pierwszej części zaczęłam zasypiać, dobrze więc że po 2 godzinach była przerwa. Pokaz skończył się o 19, czyli godzinę później niż planowano. W związku z tym zrezygnowałam z "Honeymoon" Powella, bo na pewno pokryłby się z moim kolejnym filmem. Zamiast tego wróciłam do domu, żeby coś zjeść i obejrzeć zdjęcia Branagha, a potem na 20:15 poszłam na "I'm a cyborg, but that's OK" Chan-wooka Parka, który podobnie jak wcześniej jego "Old Boy" i "JSA: Joint Security Area" bardzo mi się podobał. Był bardzo pozytywnie nastawiający do życia i zabawny, chociaż akcja rozgrywała się w szpitalu psychiatrycznym :)

  
Diagram działania Cineramy oraz zbiorowe zdjęcie uczestników Widescreen Weekend :)

  
Kenneth Branagh w "Hamlecie" i z Tonym Earnshawem na scenie w czasie wywiadu.

  
Su-jeong Lim w filmie sama i razem z Rainem w "I'm a cyborg, but that's OK".

czwartek, 06 marca 2008
Wolna jak ptak :)

408.


W poniedziałek budzik obudził mnie o 10 rano, a o 11 wyszłam z domu. Wychodząc w poczcie znalazłam bilety na Air Tattoo, które kupiłam przez Internet na lipiec. Potem poszłam do Inland Revenue, czyli Urzędu Podatkowego, żeby zgłosić, że teraz mam już tylko jedną pracę i płacić z niej mniejszy podatek. Ale powiedzieli mi, że muszę zawiadomić college, nie ich, bo dla nich to już za późno, na miesiąc przed końcem roku podatkowego. Stamtąd poszłam do Job Centre, ale facet dał mi tylko ulotkę z numerem telefonu, pod który kazał mi zadzwonić. Spytałam, czy będzie też darmowy z komórki, więc poradził, żebym ich poprosiła, to do mnie oddzwonią. Po drodze na zakupy do Morrisona przypomniałam sobie o
polskim sklepie moich znajomych, więc poszłam tam i przegadałam godzinę ze znajomą. Kupiłam też polski chleb, paszteciki, ser i rybę wędzoną. Wróciłam do domu wypakować zakupy, a na 14 poszłam do TV Heaven na "Ripping Yarns" z Michaelem Palinem. Przy okazji wpadłam na pomysł, co robić, jak wrócę z Polski i będę nadal bezrobotna - będę siedzieć w TV Heaven i oglądać programy telewizyjne! :) Wróciłam do domu, żeby coś zjeść i zadzwoniłam pod podany mi w Job Centre numer. Chwilę to trwało, zanim w końcu poprosili o mój numer i oddzwonili. Rozmawiałam z bardzo miłym Samem, ale o 15:45 szłam znów do kina na "Julien Temple: Promo Selection", czyli wybór najlepszych scen z jego filmów, więc musiałam przerwać rozmowę.

Niestety, kopia filmu nie dojechała i zamiast tego puścili "Hohokam", który już widziałam. Wróciłam więc do domu i zadzwoniłam znów na ten sam numer, ale tym razem rozmawiałam z jakąś babką z Newcastle, więc nie było to zbyt proste, biorąc pod uwagę jej akcent :) Zadała mi tysiąc pytań, między innymi ile płacę za mieszkanie. A potem spytała, czy mają mi przesłać pieniądze, czy też od razu właścicielowi? Rozumiem, że będą płacić mi za mieszkanie, póki nie znajdę pracy?! :) W końcu umówiła mnie na piątek na rozmowę w Job Centre i mam nadzieję, że wtedy dowiem się czegoś więcej. Kolejne ciekawe doświadczenie, którym będę mogła się tu podzielić. Może komuś się potem przydadzą te informacje? Potem na 17:45 poszłam na "Monty Python and the Holy Grail", ale musiałam wyjść przed końcem, żeby zdążyć na lekcję polskiego. Przed snem obejrzałam odcinek programu BBC "Nowa Europa" Palina poświęcony Polsce. Kevin Aiston mówi w nim, że ma nadzieję, że Polacy w Anglii są traktowani tak dobrze, jak on w Polsce. Wishful Thinking. W nocy obudził mnie hałas, jakby mysz za ścianą. Nadal tylko ją słyszę w kuchni jakby za ścianą i nic więcej nie wskazuje na jej obecność.

  

Bilety na Air Tattoo dla mnie i dla brata oraz Michael Palin w "Ripping Yarns".

  
Michael Palin w "Monty Python i Święty Gral" oraz z Kevinem Aistonem w Polsce :)

We wtorek obudziłam się o 11 i na 12 poszłam do kina na "In The Bleak Midwinter" (W środku mroźnej zimy) Kennetha Branagha. Nigdy wcześniej nie widziałam tego filmu i cieszę się, że teraz to zrobiłam, bo jest naprawdę zabawny i są tam pewne odwołania do Bratfoot! :) Potem pochodziłam chwilę po muzeum w oczekiwaniu kolejnego filmu, który zaczynał się o 14:00. Ostatnie sceny duńskiego filmu "Outside Love" rozgrywają się w Oświęcimiu. Postanowiłam tam pojechać, jak będę w Krakowie. Nigdy tam nie byłam i czuję, że teraz nadszedł czas. Mam też ochotę zobaczyć znów Wieliczkę. Po filmie poszłam do domu na obiad, a na 18 wróciłam do kina na dokument "Tis Autumn: The Search for Jackie Paris", z którego dowiedziałam się o istnieniu tego piosenkarza. Ale był to nie tylko film o Jackiem Paris, tylko o życiu w ogóle. Na 20:15 poszłam na "Une vieille maitresse" (The Last Mistress) w reżyserii Catherine Breillat, której filmy są dość kontrowersyjne. Do tej pory widziałam tylko trzy: "Anatomie de l'enfer" (Anatomy of Hell), "Sex is Comedy" i "A ma soeur" (Fat Girl). I ten jest dużo mnie bulwersujący. Najbardziej podobał mi się
Fu'ad Ait Aattou i myślę, że jeszcze o nim usłyszymy :)

  
Michael Maloney w "In the Bleak Midwinter" oraz David Dencik i Louise Hart w "Outside Love".

  
Piosenkarz Jackie Paris oraz Fu'ad Ait Aattou i Asia Argento w "
Une vieille maitresse".

W środę wstałam o 11 i na 12 poszłam do kina na "Brazil" Terry'ego Gilliama. Aż wstyd się przyznać, ale nigdy nie widziałam tego filmu, więc uzupełniłam kolejną lukę w mojej filmowej edukacji :) Potem obejrzałam w kuluarach Muzeum wystawę zdjęć Basila Pao, który towarzyszy Michaelowi Palinowi w jego podróżach. Kiedyś myślałam, że jak dorosnę, to chcę być Stefanem Laudynem, ale teraz wiem, że chcę być Michaelem Palinem. Jest o wiele fajniejszych człowiekiem :) Mam dwie takie same jak on pasje - filmy i podróże :) Na 15 poszłam do TV Heaven zobaczyć wywiad z Robertem De Niro, a potem do domu na obiad. Później na 16:45 poszłam na dokument "Wrath of God", o pechowej produkcji filmu "Beowulf and Grendel" opartego na przygodach Beowulfa. Film powstał
w Islandii mimo niesprzyjających warunków pogodowych, gdzie - jak stwierdził ktoś na filmie - brakowało już tylko wybuchu pobliskiego wulkanu i trzęsienia ziemi. Następnego dnia wybuchł pobliski wulkan :) Ale trzęsienia ziemi rzeczywiście nie było :))) Po filmie weszłam do domu po papiery potrzebne mi na kolejną lekcję polskiego. Jedna ze studentek miała akurat urodziny, więc przyniosła ciasto marchewkowe i "Polską Wódkę", którą rozlała nam do małych plastikowych kieliszków :) A potem próbowaliśmy dyskutować po polsku :)

    

Michael Palin w filmie "Brazil", Robert De Niro i kadr z filmu "Wrath of God".

Dzisiaj poszłam na 10:30 na film "Henryk V" (Henry V) w reżyserii Kennetha Branagha. Podeszła do mnie starsza pani i powiedziała: "Jesteś za młoda". Odruchowo zapytałam: "Na co?" i wtedy mnie uświadomiła, że to pokaz dla seniorów! :) Spotykają się co tydzień w czwartek o 10:30 i piją kawę, a film zaczyna się o 11. Gdybym wiedziała, to pospałabym pół godzinki dłużej :) W domu byłam więc pół godziny później, zjadłam obiad i postanowiłam darować sobie dwa programy telewizyjne pokazywane w TV Heaven i zostałam w domu. Zamiast tego napisałam maila do Severine, mojego brata, który mają odebrać z dworca i do mojego szefa z college'u, że za tydzień w czwartek zamiast lekcji idziemy ze studentami na polski film. Potem przygotowałam papiery na wieczorną wizytację i poszłam z nimi na 15:45 "Jabberwocky" Terry'ego Gilliama. W kinie spotkałam jednego z moich studentów drugiego roku. Oboje szliśmy na 18 "Plac Zbawiciela", więc usiedliśmy pod salą, gdzie akurat zaczynał się wernisaż zdjęć Henri Cartier Bressona i napiliśmy się soku. Chciałam zobaczyć, ile osób przyszło na film i naliczyłam z 40 osób. Później poszłam do college'u, gdzie miałam wizytację i dostałam ocenę 2 na 4, czyli dobry :) Po lekcji pogadałam z Wanyu, bo za tydzień się nie zobaczymy. A teraz w domu przygotowuję papiery na jutro :)

  
Kenneth Branagh jako "Henry V" i
Michael Palin w filmie "Jabberwocky".
niedziela, 02 marca 2008
Michael Palin :)

407.


W sobotę budzik obudził mnie o 9:30. Na 10:15 poszłam na "A teraz z zupełnie innej beczki" (And Now for Something Completely Different) Monty Pythonów :) Potem o 12 obejrzałam ciekawy amerykański film niskobudżetowy "Hokokam", wybrany na festiwal przez Neila. Zapowiedział go, ale nie rozmawialiśmy, bo siedziałam już na sali. Wymieniliśmy tylko parę SMSów. Utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że dam sobie jednak spokój z naszą współpracą. Po filmie miałam wolną godzinkę, więc poszłam do domu na obiad. Na 14:30 wróciłam do kina na dość nużący dokument "Maurice Pialat - Love Exists" (Maurice Pialat - L'amour existe...) Spotkałam Neila i powiedział mi, że Michael Palin siedzi w kawiarni kina, więc poszłam po autograf. Napisał "For Anya, love to you and Poland!" i powiedział, że z całej podróży po Nowej Europie najbardziej podobał mu się Kraków! :) Nawet bardziej niż Praga i Budapeszt! :))) Zaraz potem na 16:15 poszłam na izraelski krótki metraż "Zohar" i rosyjski film "The Lighthouse". Oba były dosyć średnie.

Po filmie poszłam do sklepu i kupiłam bagietkę, którą musiałam najpierw upiec w piekarniku.
Zjadłam kolację i na 19:45 wróciłam do kina na "A Private Function". Oprócz Palina grał tam między innymi Richard Griffiths, którego pamiętam z filmu "Withnail and I" oraz między innymi Denholm Elliot, Jim Carter i Pete Postlethwaite. Najpierw był wywiad z Michaelem Palinem i resztą obsady filmu, w czasie którego zrobiłam prawie 100 zdjęć, zanim ktoś z tyłu podał mi bilet, na którym było napisane, że to komuś przeszkadza, mimo że nie używałam fleszu (tylko 2 razy sam mi się włączył :) Uznałam, że to dość nieładny sposób zwracania uwagi, tak pośrednio, ale schowałam aparat. A potem był pokaz dość zabawnego filmu, który tu jest najwyraźniej dobrze znany, Jak wróciłam do domu, okazało się, że zostawiłam włączony piecyk, a w nim pół bagietki, która oczywiście spaliła się na wiór, a w mieszkaniu było tak ciepło, że nie musiałam już włączać ogrzewania na noc :)

  

Członkowie grupy Monty Python Flying Circus oraz kadr z filmu "Hohokam".

    
Maurice Pialat oraz z
djęcia z filmów "Zohar" i "The Lighthouse".

  

Kadr z filmu "A Private Function" i moje zdjecie z konferencji prasowej z jego twórcami.

Dziś wstałam po 10:00 i na 11:00 poszłam na bardzo dobry amerykański film nikobudżetowy "August Evening". Obok "In Bruges" to jak na razie najlepszy film tego festiwalu. Zaraz potem
poszłam na 13:30 na austriacki film "All The Invisible Things", którego akcja rozgrywa się w Graz. Po filmie poszłam na chwilę do domu, żeby szybko coś zjeść. Potem wróciłam do kina i na 15:45 poszłam na film o grupie komików "Bunny Chow", przed którym pokazano zabawny hiszpański film krótkometrażowy "Baggage Claim" (Equipajes) . Potem miałam dwie godziny wolnego, w czasie których miałam coś zjeść, wróciłam więc znów do domu, ale nie byłam głodna. Posiedziałam tylko w Internecie i poszukałam informacji o filmach, które widziałam i zdjęć do nich. A na 19:45 poszłam na kolejny wieczór z Michaelem Palinem. Najpierw znów była konferencja z nim i realizatorami filmu "American Friends", a później zaczął się pokaz tego filmu. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam i go nie widziałam, ale podobał mi się. Po filmie wróciłam do domu i poszłam spać.

  
Bohaterowie filmów "August Evening" oraz
"All The Invisible Things".

 

"Baggage Claim" i bohaterowie filmu "Bunny Chow".

  
"American Friends" i Michael Palin w czasie konferencji przed filmem.

sobota, 01 marca 2008
Pożegnania...

406.

W czwartek w pracy od rana zabrałam się za czyszczenie dysku. Zabrałam swoje plakaty ze ściany i maskotki z komputera - jednym słowem wszystko, co w jakiś sposób wskazywałoby na to, że to moje stanowisko pracy :) Potem rozesłałam maile do znajomych, że wrzuciłam zdjęcia z Newcastle na stronę. Wydrukowałam też obie aplikacje o pracę, żeby dla pewności wysłać je jeszcze pocztą wewnętrzną. Na lunch poszłam do domu i zabrałam ze sobą książkę "New Europe" Michaela Palina. Jak wróciłam do pracy, okazało się, że planują jakąś imprezę na przyszły wtorek z okazji 25-lecia mojej szefowej na uniwerku. Szefowa spytała mnie nawet jakby nigdy nic, czy przyjdę. Powiedziałam, że nie mogę. Chyba nie myśli, że będziemy się teraz przyjaźnić?! :) Tuż przed końcem pracy zaczęłam drukować jeszcze testy z polskiego - na wszelki wypadek więcej, żeby mi nie zabrakło. Akurat wtedy zeszło się parę osób, żeby poplotkować. Zaczęłam się nawet zdenerwować, że nie uda mi się podmienić książki na nową. Jej cena spadła teraz do 3 funtów, ale nie mam zamiaru kupować nowej, tylko zamieniłam swoją na nowszą, bo co bym zrobiła ze starą? Na szczęście udało mi się wszystko załatwić, zanim wyszłam z pracy po 17. W domu usiadłam do maila i odpisałam Neilowi, który zdążył mnie już zdenerwować. Okazało się, że pozmieniał moje teksty o "Jasminum" i "Placu Zbawiciela", które napisałam do katalogu. Ogólnie brzmią teraz lepiej, ale to już nie są moje teksty! Poza tym Neil nic nie wspomniał o tym, że dostanę katalog i bilety na polskie filmy za darmo, tak jak rok temu. A na moje przypomnienie napisał, żebym się skontaktowała z kimś w Muzeum. Albo udaje, że nie rozumie moich pytań, albo robi sobie ze mnie jaja. Chyba za rok odpuszczę sobie już współpracę z nim.

W kiepskim nastroju poszłam na 19 na kolejna lekcję polskiego. W dodatku zastałam zupełnie pustą salę, choć dochodziła już 19:00. Cztery osoby powiadomiły mnie o tym, że nie przyjdą, ale od reszty nie miałam żadnej wiadomości. Powiedziałam Wanyu, że jak nikt nie przyjdzie, to pójdę do domu. Jednak troje moich studentów, którzy spotykają się na obiedzie o 18 i razem przychodzą na lekcję, spóźniło się prawie 10 minut. Zaproponowali, żebyśmy poszli do pubu. Poczekaliśmy do 15 minut po, a potem poszliśmy do Polskiego Klubu. Powiedziałam im, że mają zamawiać po polsku :) Wzięliśmy po soku i poćwiczyliśmy dialogi. Ale większość lekcji tak naprawdę przegadaliśmy po angielsku. Kiedy wracałam do domu dostałam SMSa od mojego szefa z college'u z pytaniem, czy miałam dziś lekcję, bo ktoś przyszedł na wizytację i mnie nie zastał. Za chwilę zadzwoniła Wanyu i powiedziała, że szukała mnie jakaś babka :) Odpisałam szefowi, że lekcja się odbyła, ale wyszliśmy z college'u, bo było nas tylko czworo i klasa była dla nas za duża :) Napisał, żebym się nie martwiła, ale żebym w przyszłym tygodniu była w klasie, bo ktoś przyjdzie na jedną z moich lekcji. Wróciłam do domu i pogadałam chwilę przez SKYPE'a z Gosią, która kupiła laptopa i niedawno założyła sobie Internet w domu. Poszłam spać przed północą.

Piątek był moim ostatnim dniem pracy na Wydziale Nauk Socjologicznych i Humanistycznych. Przed południem przyszło z 10 osób i wręczyli mi kartki oraz prezenty. Dostałam torbę, w której był wazonik z kwiatami oraz butelka szampana Etienne Dumont i czekoladki Thorton's. Na kartce podpisało się tyle osób, że nie było już prawie miejsca. Oprócz tego dostałam trzy karty, z którymi mogą pójść do trzech sklepów i wydać 15 funtów w Bootsie, 25 w HMV i 25 w Waterstone. Z tych dwóch ostatnich najbardziej się cieszę, bo mogę tam sobie kupić płyty, filmy i książki :) Zawsze wiedziałam, że w każdej pracy najfajniejsze są imprezy pożegnalne :) O 12:30 poszłyśmy w osiem z babkami z administracji do Love Apple na pożegnalny lunch. O dziwo tym razem nie było tak nudno jak zwykle, bo miałyśmy ciekawy temat do rozmowy - niedawne trzęsienie ziemi : ) Prosto z Love Apple poszłam do domu zostawić torbę z prezentami, a potem wróciłam do pracy. Nie miałam już właściwie nic do roboty, więc czas mi wolno mijał. Szefowa poprosiła o przekazanie jej i dziewczynom informacji, gdzie co jest, a w międzyczasie jedna z wykładowczyń Psychologii przyniosła mi pyszne ciasto z truskawkami! :) Inny wykładowca zgodził się je pokroić, a ja roznosiłam je wszystkim. W końcu rozesłałam maile do studentów, żeby nie pisali więcej na mój adres mailowy i wyszłam z biura.

  

Bukiet kwiatów od szefowej Działu Psychologii oraz butelka szampana i kwiaty od pozostałych.

Podjechałam do Titusa Salta samochodem z jedną z wykładowczyń. Zabrała się z nami druga wykładowczyni i Sarah. Ludzie zaczęli się powoli schodzić i wkrótce zabrakło miejsca przy stole i krzeseł. Wszyscy chcieli mi stawiać, więc kolejna butelka Smirnoff Ice pojawiała się, zanim zdążyłam skończyć poprzednią. Cheryl pojawiła się nie chwilę, ale była zbyt zmęczona, by zostać. W końcu około 19 postanowiłam iść do Muzeum po bilety, póki byłam jeszcze w stanie powiedzieć, o co mi chodzi :) Okazało się, że Neil był w pubie i mnie szukał. Oczywiście nie słyszałam jego telefonów ani wiadomości, ale wysłałam mu SMSa, że jestem w kinie. Poszłam go nawet szukać na imprezie dla VIPów, ale nie mogłam go znaleźć w tłumie, a on nie nie słyszał teraz moich telefonów. W końcu ludzie zaczęli wchodzić na selę i wtedy udało się nam spotkać. Wręczył mi dwa katalogi, a trzeci dostałam razem z biletami. Potem poszedł na film, a ja wróciłam do pubu. Ludzie zaczęli się wkrótce zbierać i jak dojechała do nas Debz, to siedziałam już tylko z Ellie i Damianem z Psychologii. Na 21:15 poszłam na bardzo dobry film "In Bruges" (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj) - swoją drogą to dosłowne tłumaczenie zdania reklamującego ten film to kolejny nietrafiony polski tytuł do bardzo dobrego filmu. Gleeson i Farrell grali w nim płatnych zabójców, a Fiennes ich szefa Harry'ego. Film skończył się przed północą, więc wróciłam prosto do domu, bo nie najlepiej się czułam i byłam już zmęczona. Poszłam spać, ale o 3 w nocy obudziło mnie pukanie do drzwi. Ktoś pukał do wszystkich na moim piętrze i wołał jakiegoś Harry'ego. Myślałam, że śnię! :) Jak zapukał znowu do moich drzwi, powiedziałam, że zaraz zadzwonię na policję, jeśli natychmiast nie przestanie. Hałasy ustały, a ja wróciłam do łóżka.

    

Brendan Gleeson i Colin Farrell oraz Ralph Fiennes w filmie "In Bruges".