Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 28 marca 2010
A festiwal trwa dalej

464.

W czwartek najpierw poszłam na 11:30 do radia, gdzie rozmawiałam na antenie ze znajomym Polakiem, który od niedawna tam pracuje. Potem podjechałam do college'u, żeby zostawić claim form dla szefa i spotkałam Patryka. Poszliśmy do mnie na kawę, a potem on wrócił na zajęcia, a ja pojechałam na 14:00 do Cineworld na film "Toto", którego połowę przespałam. Neil zachwalał mi ten film, ale nie rozumiem, co w nim widzi. Mówił, że widzimy w nim świat oczami głównego bohatera, ale tak naprawdę widzimy głównie
zbliżenia jego oczu albo oka, a to nie oznacza jeszcze, że udało się nam poznać tajemnice jego duszy. Kiedy film się kończy, nadal nie wiemy, kim jest Toto. Z jego niedokończonych zdań (tzw. "sałata słowna") domyślam się tylko, że ma depresję, jeśli nie schizofrenię! Po filmie poszłam do domu na obiad, a potem na dokument "Henri Langlois: The Phantom of the Cinematheque" (Le fantome d'Henri Langlois) o założycielu i wieloletnim dyrektorze francuskiej Kinoteki. To bardzo ciekawa postać i jeden z organizatorów pożyczył mi książkę o nim zatytułowaną "A Passion for Films".

  
Oko bohatera filmu "Toto" oraz Henri Langlois - założyciel i dusza francuskiej Kinoteki.

Potem znów miałam krótką przerwę, więc poszłam do domu na herbatę, a potem wróciłam do muzeum i próbowałam się dostać na komedię o terrorystach "Four Lions". Był to jedyny film tegorocznego festiwalu, na który bilety wyprzedano w dużym wyprzedzeniem. Organizatorzy postanowili więc zrobić jeszcze jeden pokaz, na który bilety znów rozeszły się w ciągu paru godzin. Reżyser Chris Morris jest legendą brytyjskiej telewizji i twórcą takich programów komediowych jak "The Day Today" i "Brass Eye". Zawsze unikał rozgłosu i rzadko pojawia się publicznie, ale tym razem zrobił wyjątek i przyjechał na spotkanie z widzami. Nie udało mi się dostać na pokaz, ale film będzie pokazywany w muzeum w maju, więc poczekam :) Zamiast tego poszłam więc na "The Cabinet of Dr. Caligari" (Gabinet Dr. Caligari / Das Kabinett des Doktor Caligari) z muzyką na żywo w wykonaniu duetu Cipher. To klasyk kina niemego i najlepszy przykład niemieckiego ekspresjonizmu. Aktorzy przesadnie gestykulują i mają makijaż jak emo, a scenografia jest pełna krzywizn. Zawsze chciałam to zobaczyć w kinie :)

  
Dr. Caligari i jego somnambulik Cezar oraz bohaterowie filmu Chrisa Morrisa "Four Lions".

W piątek poszłam po raz ostatni do radia na 11:30, żeby porozmawiać na antenie o festiwalu, a potem na 14:00 "Manhattan" Woody'ego Allena. Widziałam już kiedyś ten film w telewizji, ale to nie to samo! :) Nie jestem fanką Allena, ale ten film był zabawny i miał jeszcze ten czar, którego moim zdaniem brakuje w jego ostatnich filmach. Później poszłam do domu na obiad, a potem wróciłam do muzeum na kolejne filmy. Najpierw obejrzałam krótki metraż z Izraela "Wedlock", o "nocy przedślubnej", po której okazuje, ze panna młoda wychodzi za innego. Potem pokazano film "Paradise", składający się z fragmentów sfilmowanych przez reżysera przez lata w trakcie różnych podróży. To tak jakbym zestawiła zdjęcia z moich podróży, na których widać różnych przypadkowych i nieznanych mi ludzi. Teoretycznie nic się nie dzieje i nic nie łączy poszczególnych scen, a jednak film mnie wciągnął, choć myślałam, że mnie znudzi. Miał w sobie to coś, czego zabrakło w "Toto", choć teoretycznie były podobne.

  
Siedziba radia BCB oraz scena z pięknego i zabawnego filmu Allena "Manhattan".

  

Guy Arieli i Becky Griffin w bardzo dobrym "Wedlock" oraz zadziwiająco wciągający "Paradise".

Następny pokaz składał się z trzech filmów ze Szwecji: krótkometrażowych "Good Advice" (Goda Rad) o chłopcu, który ucieka z domu, ale zostawia kasetę z radami dla swojego nienarodzonego braciszka i "Good Day" (En god dag) o starszym mężczyźnie, który próbuje popełnić samobójstwo, ale spotyka na swej drodze innego samotnego staruszka. Pomiędzy nimi pokazano godzinny "Elkland" o relacji dwóch braci, z których jeden wraca po latach do domu na pogrzeb ojca. Na koniec obejrzałam "Eggshells" - eksperymentalny film z lat 60-tych w reżyserii Tobego Hoopera, znanego później głównie dzięki takim filmom jak "The Texas Chain Saw Masacre" (Teksańska masakra piłą mechaniczną) czy "Poltergeist"(Duch). Podobno można było w nim dostrzec pewne wątki, które potem rozwinął w "Masakrze", ale trudno mi się na ten temat wypowiedzieć, bo nie jestem fanką takich filmów i nigdy jej nie widziałam :)

     
"Good Advice" Andreasa Tibblina z Sofią Helin (Cecilią z "Arna") i "Good Day" Pera Hanefjorda.

  
Orjan Landstron i Jimmy Lindstrom w "Elkland" oraz scena z dziwnego filmu "Eggshells".

Wczoraj poszłam najpierw na 11:00 na film dla dzieci "Willy Wonka and the Chocolate Factory" (Willy Wonka i fabryka czekolady). Dużo tu o nim słyszałam, a nigdy go nie widziałam. Dla anglojęzycznych dzieci  to była taka "Akademia Pana Kleksa" :) Tyle, ze nie doczekali się filmów "Podróże Willy'ego Wonki", ani "Willy Wonka w kosmosie" :) Myślę, że dla nich to lepiej, choć film doczekał się współczesnej wersji Burtona "Charlie and the Chocolate Factory" (Charlie i fabryka czekolady) z Johnnym Deppem w roli Willy'ego. Potem poszłam na kolejny film w reżyserii Tony'ego Richardsona "Blue Sky" (Błękit nieba), który też już kiedyś widziałam. Powoli zaczynam odkrywać, że chociaż jego nazwisko nie było mi znane, o jego filmy tak :) A jednym z moich ulubionych jest jego "Hotel New Hampshire". Przed filmem był krotki wykład, więc zaczął się trochę później i jak się skończył zorientowałam się, że mój kolejny film "Valhalla Rising" zaczął się 10 minut temu w Cineworld! Zanim bym doszła, straciłabym ze 20 minut filmu, więc zrezygnowałam. Poczekam, aż go puszczą w Muzeum.

  
Gene Wilder jako Willy Wonka oraz Jessica Lange i Tommy Lee Jones w "Blue Sky".

Następny pokaz rozpoczął niemiecki krótki metraż "The Package", który na szczęście trwał tylko 10 minut. Potem pokazano dokument o bostońskiej grupie hardrockowej Slapshot - "Chip on My Shoulder: The Cautionary Tale of Slapshot". Był to typowy film dokumentalny o historii zespołu, który ma swoje wzloty i upadki. Widziałam już wiele takich filmów, ale za każdym razem oglądam je z ogromną przyjemnością. Ostatni pokaz zaczął się od świetnego krótkiego metrażu "Father's Day", którego twórcy byli na sali, a potem obejrzałam nowy film Alexa Coxa "Repo Chick", również obecnego na pokazie. Opowiadał historię Pixxie, dziedziczki wielkiej fortuny, którą rodzina wydziedzicza i każe jej znaleźć pracę. Po sensie było spotkanie z reżyserem oraz z twórcą efektów specjalnych, ponieważ film był w całości sfilmowany na "zielonym tle" (greenbox). Podobnie jak jego poprzedni film "Searchers 2.0" pokazany na zeszłorocznm festiwalu, tak i ten bawi się róźnymi konwencjami filmowymi.

  
Scena z takiego sobie filmu "The Package" oraz Jack "Choke" Kelly, wokalista grupy Slapshot.

  
Obecny na pokazie Toby Richards z "Father's Day" i Jaclyn Jonet jako Pixxie w "Repo Chick".
czwartek, 25 marca 2010
Too Beautiful to Be True :)

463.

W poniedziałek rano poszłam do radia na 11:30, żeby porozmawiać przez 10 minut o filmach, które widziałam. Potem zrobiłam małe zakupy i wróciłam do domu. Przed pójściem do kina poszłam jeszcze do biblioteki, żeby oddać książkę i nie płacić kary :) Na 14:45 podjechałam do Cineworld na film "Bluebeard" (Barbe Bleue/Sinobrody) kontrowersyjnej francuskiej reżyserki
Catherine Breillant, który średnio mi się podobał. Później obejrzałam dokument "The Woman with the 5 Elephants" (Die Frau mit den 5 Elefanten) o Svetlanie Geier, ukraińskiej tłumaczce Dostojewskiego na niemiecki. Film w bardzo ciekawy sposób poruszał interesujący mnie temat tłumaczeń i braku kompatybilności między językami.

  
Nowa wersja bajki o Sinobrodym według Catherine Breillat oraz Svetlana Geier w czasie podróży.

Po filmie miałam trochę czasu, więc wróciłam do domu, żeby coś zjeść, a potem poszłam na kolejny seans: krótkometrażowy "Zahn um Zahn" o skinheadzie, który spotyka na swej drodze małą Murzynkę, a potem kolejny dokument "The Unworthy" (Die Unwertigen) o dzieciach, które w III Rzeszy zostały uznane za niegodne tego, żeby żyć i o tak zwanej Akcji T4. Po powrocie znalazłam w skrzynce kolejny list ze szpitala w Basse Terre (znów z sumą 77 euro do zapłacenia :) i payslip z college'u. Okazało się, że zapłacą mi w tym miesiącu więcej niż się spodziewałam, więc przynajmniej jedna wiadomość była dobra :) Acha, no i jeszcze dowiedziałam się od Kingi, że dostała pracę i leci na pół roku do Turcji jako rezydent! :)

  
Tobi, skinhead z filmu "Zahn um Zahn" oraz jeden z "niegodnych" w obozie w Moringen.

We wtorek rano znów byłam w radiu o 11:30, a potem kupiłam bakłażana i wróciłam do domu, żeby go przyrządzić z sosem beszamel, który przywiozłam z Gwadelupy. Potem napisałam kolejnego maila do szpitala w Basse Terre, że moim zdaniem powinnam zapłacić najwyżej 51 euro i że czekam na potwierdzenie z ich strony. Mam nadzieję, że to się kiedyś wreszcie skończy! Na 13:45 poszłam na kolejny seans: najpierw był krótki metraż "...Like Daughter" o ojcu, który w dniu pogrzebu matki mówi swojej córce, że ma przyrodnią siostrę. A potem obejrzałam najdziwniejszy jak na razie film tego festiwalu, "Dogtooth" (Kieł). Nie dziwię się, że wygrał w Cannes w sekcji "Un Certain Regard"! :)

  
Historia rodzinna w "...Like Daughter" oraz dość szokujący "Dogtooth" z paroma dobrymi scenami.

Po filmie wróciłam do domu i przeczytałam maila z Muzeum, że Cillian Murphy nie przyjedzie w środę na zapowiadane spotkanie z publicznością po filmie "Perrier's Bounty" z powodu tzw. zobowiązań zawodowych. Nie byłam zbytnio zaskoczona, ale bardzo rozczarowana, bo miałam nadzieję, że zrobię z nim wywiad. Ale oczywiście okazało się to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Potem poszłam na dokument "Red Poet" o Jacku Hirschmanie, komunizującym poecie z San Francisco. Przed filmem porozmawiałam chwilę z moim promotorem o tym, że chcę jednak zrobić MPhil do końca tego roku, a nie transfer z MPhil na PhD. Umówiliśmy się na spotkanie w przyszły wtorek, żeby to omówić.

  
Plakat do filmu "Perrier's Bounty" i Jack Hirschman, czyli "Red Poet" z San Francisco.

Po krótkiej przerwie w Muzeum, w czasie której obejrzałam dwie wystawy czasowe, poszłam na kolejny dokument "The Mosque in Morgantown" o dziennikarce Asrze Nomani, przyjaciółce Daniela Pearla, która zbuntowała się przeciwko dyskryminującym kobiety zasadom panującym w meczecie w jej rodzinnym mieście i rozpoczęła prywatną wojnę przeciwko kierującym nim fundamentalistom. Choć chwilami sprawiała wrażenie wariatki, to rozumiem jej desperację. Na koniec poszłam do Cineworld na "The Calling", ale pomyliłam się i byłam o godzinę za wcześnie, więc poszłam do baru obok i porozmawiałam z Majką przez telefon. Film opowiadał o zakonnicach i sytuacji kobiet w Kościele, która niestety jest podobna do tej w islamie.

  
Asra Nomani w "The Mosque in Morgantown" oraz Emily Beecham jako Joanna  w "The Calling".

Wczoraj nie szłam wyjątkowo rano do radia, tylko na 10:30 na pokaz filmu krótkometrażowego "True Beauty This Night" o złodziejaszku torebek, który zakochuje się w jednej ze swoich ofiar, a potem "New York, I Love You" (Zakochany Nowy Jork) - film wyreżyserowany przez 11 filmowców (m.in. Mira Neir, Shekhar Kapour, Natalie Portman), a każdy z nich opowiada jakoąś historię miłosną rozgrywającą się w Bigg Apple :) W filmie wystąpili m.in. Andy Garcia, John Hurt, Ethan Hawk,
Robin Wright Penn,, Christina Ricci, Orlando Bloom, Chris Cooper, Hayden Christensen, Bradley Cooper, Shia LaBeouf i Natalie Portman :) Oczywiście jedne historie są lepsze, a inne gorsze, ale ogólnie miło się to ogląda :)

  
Zatrzymany z "True Beauty This Night" i moja ulubiona historia  z filmu "New York, I Love You".

Po filmie miałam trochę czasu, więc poszłam do domu coś zjeść, a potem wróciłam do Muzeum na "A Taste of Honey" (Smak miodu), przed którym było spotkanie z grającą główną rolę Ritą Tushingham. Rita wystąpiła też w filmie "The Calling" i była obecna również po pokazie tego filmu, ale nie robiłam jej żadnych zdjęć, bo szczerze mówiąc jej nazwisko nic mi nie mówiło :) Podobnie zresztą jak nazwisko reżysera"Smaku miodu" Tony'ego Richardsona, który urodził się w pobliskim Saltaire. Potem poszłam znów do Cineworld na irański film o tamtejszej zakazanej scenie muzycznej "No-one Knows About Persian Cats". Był to właściwie jeden długi teledysk, ale ciekawy, bo pokazywał współczesny Teheran.

     
Rita
Tushingham w "A Taste of Honey" i bohaterowie filmu "No-one Knows About Persian Cats".

Wyszłam z Cineworld i doszłam w 15 minut w deszczu do Muzeum, żeby zobaczyć najpierw dosyć słaby krótki metraż z Australii "Embrace" (który byłby lepszy, gdyby skończył się parę minut wcześniej :), a potem francuski film o zimnej wojnie "L'affaire Farewell". Film był oparty na prawdziwej historii wysoko postawionego rangą Rosjanina, który przekazał zwykłemu francuskiemu inżynierowi tajne dokumenty, m.in. listę rosyjskich szpiegów działających na Zachodzie. Po filmie poszliśmy z Neilem na drinka i rozmawialiśmy ze dwie godziny o filmach :) Nie był to co prawda wywiad z Cillianem Murphy (a tak przecież planowałam spędzić ten wieczór), ale i tak było miło :)


  
Makabrycznie naiwny film "Embrace" oraz Guillaume Canet i Emir Kusturica w "L'affaire Farewell".
niedziela, 21 marca 2010
Festiwal...

462.

W piątek rano nie czułam się najlepiej, bo w domu byłam dopiero o 3 nad ranem :) Ale musiałam wstać i o 10:30 być już w Muzeum, żeby się spotkać z gościem z radia i odebrać bilety na festiwal. Trochę nam zeszło i musiałam iść szybko do radia, żeby zdążyć na wejście na żywo w studiu o 11:30. Trudno mi było trochę zebrać myśli, ale poszło całkiem nieźle, bo było dwóch prowadzących i rozmowa się nam fajnie toczyła :) Potem pojechałam na chwilę do domu, żeby szybko coś zjeść i się napić, a potem poszłam na 13:00 do kina. Najpierw obejrzałam krótki metraż "Alienadas" o nieznanej kolekcji ludzkich głów w formalinie z Argentyny. Był dużo lepszy niż pokazany po nim nowy film 100-letniego już
Manoela de Oliveiry "Eccentricities of a Blonde Haired Girl", który robił wrażenie bardzo staroświeckiego. Ciekawe czy wszystkie filmy z Portugalii są tak sztuczne i przez to zabawne? Trudno się przekonać, bo na festiwale od lat docierają tylko filmy de Oliveiry :)

  
Głowa kobiety z filmu "Alienadas" oraz Catarina Wallenstein i Ricardo Trepa u de Oliveiry.

Później obejrzałam świetny dokument "New Muslim Cool" o portorykańskim hiphopowcu, który przeszedł na islam i pod nowym imieniem Hamza zaczął działalność społeczną. Hamza był obecnym na sali i odpowiadał na pytania. Pierwsze zadała mu dziewczyna ode mnie z pracy, przed którą próbowałam się schować, ale mnie zobaczyła i spytała, co robię w kinie. Odpowiedziałam, że siedzę :) Postanowiłam przynajmniej nie wstawać z krzesła, żeby nie zauważyła, że nie mam kul :) Przez nią musiałam więc zostać w tej samej sali, zamiast przejść do następnej na kolejny film. Zamiast tego obejrzałam krótki metraż "Late" i kanadyjsko-meksykański film "Perpetuum Mobile", na które miałam się wybrać następnego dnia. "Late" był o bibliotekarzu, który "wkrada" się do domów, żeby odebrać książki, które nie zostały na czas oddane do jego biblioteki :) A na "Perpetuum Mobile" przysnęłam ze zmęczenia, bo nie był za bardzo interesujący. I raczej go nie polecam :)

     
"New Muslim Cool" - Hamza Perez oraz Gabino Rodriguez i Francisco Barreiro w "Perpetuum".

Przed wyjściem z sali upewniłam się, że rozmowa z Hamzą, która przeniosła się na korytarz, już się skończyła i dziewczyna ode mnie z pracy zniknęła :) A potem przeszłam do drugiej sali i obejrzałam najpierw zabawny krótki metraż z Irlandii "The Enchanted Island" o ogrodniku i syrenie, która pojawia się co wieczór i znika co rano, wpędzając go tym powoli w szaleństwo. Po nim zaczął się film "And Then Came Lola", który jest lesbijską wariacją na temat "Biegnij Lola Biegnij" Tykwera, a którego akcja rozgrywa się na ulicach San Francisco, po których nie jest łatwo biegać w górę i w dół :) Na koniec wybrałam się na pokazywane razem dwa włoskie filmy: najpierw krótkometrażowy antywojenny "Uerra" (War), a potem "Vincere" o prawdopodobnie pierwszej żonie Idzie Dalser i pierworodnym synu Mussoliniego. Ta niedawno odkryta smutna historia nadal kryje wiele tajemnic. Jan również się wybrał na ten pokaz i potem podwiózł mnie do domu, choć to niedaleko, bo padało.

  
Ogrodnik i syrena w "The Enchanted Island" oraz Asleigh Sumner jako Lola z Jill Bennett.

  
Bohaterowie filmu "Uerra" oraz Filippo Timi jako Mussolini i Giovanna Mezzogiorno w "Vincere".

W sobotę nareszcie mogłam się trochę wyspać, bo w radiu nadaję tylko od poniedziałku do piątku, ale rano obudziło mnie słońce. Poszłam jednak dalej spać i wstałam dopiero po południu :) Zjadłam obiad zamiast śniadania i na 14:45 poszłam znów do kina. Najpierw obejrzałam krótkometrażowy film "Mr. Bojagi", w realizacji którego brał mój znajomy z Muzeum. To jeden z bliźniaków, z którymi balowałam w czwartek do 3 nad ranem w Midlands Hotel, gdzie wszyscy się przenieśli po imprezie w Muzeum :) Jeden z nich jest tam operatorem, a drugi pracuję przy realizacji filmów, jak na razie głównie krótko-metrażowych, ale może kiedyś się wybije :) Po tym filmie obejrzałam świetny dokument "The Man Who Would Be Polka King" (Król polki) o Janie Lewandowskim, który po przyjeździe do Stanów w latach 60-tych zmienił nazwisko na Lewan i zrobił oszałamiającą karierę wśród amerykańskiej Polonii. Jeśli macie okazję gdzieś to zobaczyć, to gorąco polecam! :)

  
Ekipa filmu "Mr. Bojagi" (m.in. mój znajomy) i Jan Lewan -
"The Man Who Would Be Polka King".

Po krótkiej przerwie poszłam na następny pokaz, który rozpoczynał krótki metraż "The Photocopier", o maszynie ksero, która kopiowała wszystko (włącznie z Ziemią :) a następnie pokazywany był długo przeze mnie oczekiwany film "Modern Love is Automatic", który nie dojechał na zeszłoroczny festiwal. Tym razem udało mi się go obejrzeć i uważam, że warto było czekać. A o grającej w nim główną rolę Melodie Sisk pewnie jeszcze usłyszymy. Po filmie poszłam na chwilę do domu, a na koniec dnia poszłam posłuchać Johna Hurta i zobaczyć go w "The Elephant Man" (Człowiek słoń). Najpierw wziął udział w rozmowie z Tonym, dyrektorem festiwalu, a potem odebrał nagrodę za całokształt twórczości. Udało mi się zrobić mu parę zdjęć po wyjściu z sali, jak rozdawał autografy. Sama już od jakiegoś czasu nie zbieram autografów, tylko wolę właśnie zrobić zdjęcie. Jak wróciłam na salę, film się właśnie zaczynał i nareszcie obejrzałam go w całości, i to w kinie, a nie w telewizji w środku nocy! :)

     
Melodie Sisk w "Modern Love is Automatic" oraz
John Hurt w "The Elephnat Man" i dzisiaj.

  
Portret Johna Hurta z Internetu i jak odbiera nagrodę za całokształt twórczości na festiwalu.

Dzisiaj znów obudziłam się bardzo wcześnie rano i prób
owałam znowu zasnąć. W końcu wstałam po południu i znów zaczęłam od obiadu :) A potem poszłam do kina na "dzień dokumentów" i poprzedzających ich krótkich metraży. Zaczęłam o 15:45 od "Heppy's Daughter", czyli wywiadu z córką Cecila M. Hepwortha, pioniera brytyjskiego kina. Po nim pokazano parę jego starych filmów przy akompaniamencie pianisty na żywo. Potem poszłam na chwilę do domu, żeby coś zjeść i wziąć komórkę, o której rano zapomniałam. Wróciłam do kina na dokument o meksykańskim wymiarze sprawiedliwości (albo raczej jej braku) "Presumed Guilty" o młodym chłopaku, który został niesłusznie skazany na 20 lat więzienia. Po nim pokazano poruszający krótki metraż "Ana's Playground", o dzieciach wojny. Na koniec obejrzałam krótkometrażowy film "Scent" poprzedzający wspaniały film "Reel Injun" o tym jak przez lata portretowani byli w filmach Indianie. Autor wspomina tam m.in. o Crazy Horse Memorial rozpoczętym przez Korczaka Ziółkowskiego. Gorąco polecam! :)

  
Cecil M. Hepworth w jednym ze swoich filmów i "uznany za winnego" Jose Antonio.

  
Ana na placu zabaw i kadr z "Reel Injun" -  
wódz Czerwona Chmura z Crazy Horse Memorial w tle.
czwartek, 18 marca 2010
Powrót do pracy!

461.

W piątek poszłam po raz pierwszy od początku lutego do pracy. Nikt w recepcji nie zareagował na mój powrót zbyt entuzjastycznie. Część osób w ogóle nie wiedziała, że miałam jakiś wypadek i zdziwił ich widok moich kul. Teraz rozumiem już, dlaczego nie dostałam od nich kartki, żebym wracała do zdrowia. Większość myślała, że jestem nadal na urlopie. W każdym razie udało mi się jakoś przetrwać te 5 godzin, chociaż było bardzo głośno i pełno ludzi, aż mnie zaczęła głowa boleć. O 15:00 miałam mieć rozmowę z szefową, którą musi przeprowadzić z każdym pracownikiem, którego nie było dłużej w pracy, ale przeniosła ją na wtorek. Bałam się, że poruszy znów temat urlopu, na który już dosyć dawno wyraziła zgodę. Ale jak byłam na zwolnieniu zadzwoniła i spytała, czy nie wzięłabym go później. Jak powiedziałam, że muszę przecież wykorzystać roczny urlop do końca marca, to stwierdziła, że raczej do 20 kwietnia, bo wtedy zaczęłam pracować. Nie zgodziłam się, bo urlop zaplanowałam specjalnie na festiwal, a potem nie był by mi już potrzebny. Ale wyczułam, że nie była zadowolona. Wróciłam do domu bardzo zmęczona i resztę dnia spędziłam na Skypie, rozmawiając z dalszą rodziną.

W sobotę wstałam po południu i poszłam wreszcie pozałatwiać parę spraw na mieście :) Najpierw doszłam sobie spacerkiem do Centrum Turystycznego w ratuszu, bo dostałam jakiś czas temu maila, że można teraz kupić u nich bilety na koncerty. Myślałam, że będę może mogła kupić u nich taniej bilet na Rufusa, ale okazało się, że korzystają po prostu z tej samej strony internetowej (Ticketmaster), na której zwykle sama kupuję bilety, więc cena byłaby taka sama. Później podjechałam na Forster Square i kupiłam sobie płaskie buty, bo nie wolno mi teraz chodzić na obcasie, a tylko takie mam! :) Kupiłam też jeszcze raz takie same sandałki, jakie kupiłam przed wyjazdem na Gwadelupę i które tak ucierpiały w wypadku, że muszą iść do śmieci. Potem kupiłam jedzenie, wróciłam do domu i zrobiłam pranie (włącznie z pościelą), wzięłam prysznic, wskoczyłam w czystą piżamkę i zadzwoniłam do domu przez Skype'a. Kupiłam też wreszcie ten bilet na koncert Rufusa i zaczęłam słuchać dwóch jego płyt, które mam: "Want One" i "Want Two". Muszę sobie przypomnieć słowa, zanim pójdę go posłuchać na żywo, bo lubię śpiewać sobie pod nosem razem z artystą na scenie :)

Całą niedzielę spędziłam w łóżku, próbując coś napisać. Najpierw zaczęłam planować abstrakt na majową konferencję w Glasgow. Jedna jest w maju, a druga w czerwcu i na tą drugą wysłałam już swój proposal. Na obie nie pojadę, ale pomyślałam, że spróbuję i tu i tu, to może na którąś mnie zaproszą z prezentacją :) Potem zabrałam się za kolejny esej, który muszę napisać na kurs nauczycielski w college'u, ale nie wiedziałam za bardzo, o co w tym wszystkim chodzi, bo nie byłam przecież 3 tygodnie na zajęciach! W dodatku noga zaczęła mnie trochę boleć, bo pewnie trochę ją przeforsowałam w sobotę, więc nie mogłam się za bardzo skupić. Poza tym moje myśli zaprzątało wiele spraw, od niezapłaconego czynszu i problemów z agencją, przez kłopoty w pracy na uniwerku, aż po stres z powodu studiów. Trochę się tego nazbierało i z nerwów nie mogłam zasnąć aż do 5 rano! Próbowałam na przykład policzyć, ile dni urlopu zostanie mi do końca umowy, która kończy mi się 31 lipca. Nie byłam pewna, czy dobrze liczę, ale wychodziło na to, że nie będę miała dość urlopu, żeby go wziąć pod koniec czerwca i na cały lipiec, tak jak planowałam. A kupiłam już przecież bilet do Polski na 7 lipca!

W poniedziałek rano próbowałam zadzwonić do Citizens Advice Bureau, bo chcę z kimś porozmawiać na temat mojej agencji wynajmu i spytać, czy mają prawo tak mnie traktować. Niestety, ze Skype'a nie mogłam się do nich do dzwonić, więc będę musiała się tam przejść któregoś dnia wcześnie rano. Zadzwoniłam za to do BCB, żeby ustalić coś na temat festiwalu. Powiedzieli, żebym przysłała im listę filmów, które chcę zobaczyć, a oni załatwią mi bilety. Wybieram się na 47 filmów w ciągu 12 dni :) W pracy było dość spokojnie. Na 13:00 poszłam do działu Counselling na 20 minutową rozmowę i umówiłam się z nimi, że po Wielkanocy zacznę do nich chodzić na sesje. Teraz mają strasznie dużo chętnych, więc na razie wpisali mnie na listę oczekujących. Po pracy weszłam na chwilę do domu, zostawiłam kule (wszyscy mi radzą, żebym nadal brała je do pracy :) i poszłam na ostatnią na razie fizjoterapię. Zrobili mi ultrasonograf, a ja w podziękowaniu za wszystko dałam im Ptasie Mleczko :) Potem po raz pierwszy po przerwie poszłam na polski i było bardzo miło. A przed snem obejrzałam bardzo ciekawy dokument "It Might Get Loud" (Będzie głośno) o trzech znanych gitarzystach i ich miłości do gitary elektrycznej :)

  

Rufus Wainright, którego teraz słucham oraz Jack White, The Edge i Jimmy Page w "Będzie głośno".

We wtorek poszłam do pracy nastawiona bojowo, bo nie wiedziałam czego się spodziewać po tej rozmowie z szefową. Na pewno nie spodziewałam się jednak tego, co powiedziała. Stwierdziła bowiem, że źle liczyłyśmy mój urlop i że powinnam od 70 dni rocznie odjąć święta państwowe. Według niej wzięłam już za dużo urlopu w tym roku i teraz do końca umowy zostanie mi tylko 3 i pół dnia. No i oczywiście z tego powodu nie powinnam brać teraz tego półtora tygodnia od piątku. Wydało mi się to trochę podejrzane, więc powiedziałam, że wysłałam już maila do HR z pytaniem, jak mam liczyć swój urlop i że czekam właśnie na ich odpowiedź. Po pracy podjechałam do BCB, żeby zapłacić roczną składkę 5 funtów za członkostwo i ustalić szczegóły moich relacji z festiwalu (będę nadawać codziennie o 11:15 :) Potem wróciłam na chwilę do domu i zaraz już szłam na polski. Kupiłam dla moich studentów czekoladki, żeby im podziękować za kartkę z życzeniami powrotu do zdrowia :) Po lekcji skoczyłam z Wanyu i Zico do Weatherspoons na drinka, a potem poszłam raz wcześniej spać :)

W środę wstałam o 7:30 i na 9:00 poszłam na Tap Day, czyli taki kurs w college'u, za co zapłacą mi 33 funty :) Podjechałam autobusem, ale wysiadłam przystanek za wcześnie i musiałam jeszcze dojść przez pół parku. Wyszłam stamtąd tuż przed 12:00, choć ten trening trwał do 16:30, no i spóźniłam się 15 minut do pracy. Jak zostałam trochę sama, zeskanowałam swoją kartę europejską, prawo jazdy i oba listy ze szpitala z Gwadelupy i wysłałam to wszystko mailem do jakiegoś dyrektora, z którym koresponduję od piątku, żeby ustalić jak, ile i za co (i dlaczego tak drogo :) mam im w końcu zapłacić. Szefowa była na spotkaniu, więc nadal nie wiem, co z urlopem. Miała porozmawiać z jakąś babką z HR, która była dzisiaj u nas na spotkaniu, ale się z nią spotkała i wygląda na to, że do mnie ma o to pretensję, bo wyszła wcześniej obrażona. W ogóle zachowuje się jak małe dziecko. Po pracy poszłam na kurs dla nauczycieli, a potem wróciłam do domu i obejrzałam film "The Boys Are Back", który średnio mi się podobał, bo postawa głównego bohatera prawie cały czas mnie denerwowała. Ale być może było to spowodowane tym, że byłam zmęczona tym napięciem i miałam już wszystkiego dość.

Dzisiaj poszłam trochę wcześniej do pracy, żeby nadrobić wczorajsze spóźnienie. Okazało się, że szefowej nie mam w pracy. Po 13:00 poszłam więc znowu na rozmowę do Counselling, żeby się poskarżyć na całą sytuację i fakt, że nie wiem, czy mam od jutra urlop czy nie?! Poradzili mi, żebym porozmawiała z głównym szefem, dyrektorem całego Student Union i tak tez zrobiłam. Powiedział, że mam brać urlop, ale rozumiem, że ilość dni, które mi się należą nie została jeszcze rozwiązana. Cóż, będę się o to martwić po urlopie. Po pracy wróciłam szybko do domu, żeby się wyszykować na uroczystą ceremonię otwarcia Bratfoodzkiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, na które po raz pierwszy miałam oficjalne zaproszenie! :) Około 18:30 spotkałam się z Krystianem i poszliśmy na świetny film, który otwierał tegoroczny festiwal - "Perrier's Bounty" z jednym z moich ulubionych aktorów, Cillianem Murphy :) Przeżyłam jednak szok, gdyż okazało się, że jego imię wymawia się "Kilian" a nie "Silian", tak jak od zawsze myślałam (i jak się okazało wiele innych osób myślało podobnie). Jestem zawiedziona, bo moim zdaniem dużo lepiej brzmi "Silian" niż "Kilian"! :) To prawie jak "kiler" :) Ale film polecam! :)

  

Clive Owen z chłopcami w "The Boys Are Back" i Cillian Murphy w "Perrier's Bounty".

czwartek, 11 marca 2010
A Oscara dostaje...

460.

Miałam nadzieję, że w tym roku uda mi się obejrzeć Oscary w telewizji, chociaż nie mam telewizora :) Ale pytałam znajomych i parę osób nie miało nic przeciwko temu, żebym przyszła do nich. Niestety, okazało się, że transmisja jest na płatnym kanale Sky Premiere, a nikt z moich znajomych nie ma telewizji Sky. A zatem nie miałam wyboru i postanowiłam poszukać w sieci, a w najgorszym wypadku śledzić relację na żywo w "Stopklatce", choć to nie to samo :) Jak skończyłam oglądać "The Lovely Bones" w niedzielę, to było już po północy, czyli właściwie był już poniedziałek :) Transmisja z Oscarów miała się zacząć o 1 w nocy miejscowego czasu, ale 1:00 już minęła, a ja nadal nie mogłam znaleźć żadnej strony, na której za darmo można by ją obejrzeć. Przypomniałam sobie wtedy, że przecież w zeszłym roku oglądałam Oscary na jakiejś stronie z Antigui i Barbudy :) Na szczęście umieściłam na blogu adres i teraz jak wrzuciłam go w przeglądarkę, to znów zadziałał :) Okienko było co prawda dość małe, ale darowanemu koniowi nie patrzy się przecież w zęby :) W dodatku transmisja zaczynała się jednak o 1:30, więc nic nie straciłam :)

Bardzo się cieszę, że Oscara za najlepszy film dostał "The Hurt Locker", a nie "Avatar". Walka rozgrywała się pomiędzy tymi dwoma filmami, ale bardzo dobry był też "A Serious Man" braci Coen. Podobnie było w kategorii Najlepsza Reżyseria, która znów rozegrała się pomiędzy reżyserem "Avatara" Jamesem Cameronem i jego byłą żoną, reżyserką "The Hurt Locker", Kathryn Bigelow, która zwyciężyła również tą bitwę. Jej film wygrał wojnę zdobywając dwa razy więcej Oscarów niż "Avatar", czyli sześć do trzech :) Poza tym była pierwszą kobietą, która dostała Oscara za reżyserię, mimo iż wcześniej parę kobiet zdobyło nominacje do tej nagrody. Oprócz tego po dwa Oscary otrzymały filmy "Precious" i "Crazy Heart" - oba bardzo dobre. Co do nagród aktorskich to w tym roku trudno mi było zdecydować, kto zasłużył na nie najbardziej, ale osobiście głosowałabym chyba raczej na Woody'ego Harrelsona w "The Messenger" niż na Christopha Waltza w "Inglourious Basterds". Acha, no i myślałam, że Oscara dla filmu zagranicznego dostanie albo "The Prophet" albo "The White Ribbon"!

Transmisja skończyła się o 5 rano, ale zanim poszłam spać była 6:00 :) A już o 12:00 zadzwonił budzik, bo Krystian miał mi przywieźć zakupy. Przyjechał w końcu dopiero po 13:00
, złożył mi życzenia z okazji Dnia Kobiet i przyniósł z dołu list z Gwadelupy. Był to rachunek ze szpitala w Basse Terre na ponad 50 euro. Zadzwoniłam do ubezpieczenia i powiedzieli mi, że niestety muszę zapłacić, a potem starać się o zwrot pieniędzy. Potem chciałam wziąć prysznic, ale znów nie było ciepłej wody. Zapukałam więc do sąsiadów i sąsiadka zresetowała bojler. Wzięłam prysznic i zaczęłam się zbierać do wyjścia na fizjoterapię. Postanowiłam, że pójdę sama, bez kul. Ale jak wyszłam z domu, to przestraszyłam się, że nie dojdę i wróciłam po kule. Na fizjoterapii wszyscy chwalili moje postępy i powiedzieli, że ich zdaniem mogę już wrócić do pracy. Obawiam się więc, że w tym tygodniu skończy się moje leniuchowanie :) Jak wróciłam do domu, znalazłam drugi list z Gwadelupy - drugi rachunek ze szpitala z Basse-Terre, ale tym razem na 77 euro! Oba były identyczne, różniła je tylko suma i data wysłania - ten z 77 euro był wysłany dzień po tym z 55 euro.

Wieczorem postanowiłam obejrzeć jeszcze parę filmów, zanim wrócę do pracy i normalnego życia :) Zaczęłam od izraelskiego "Ajami", który był nominowany do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nie-anglojęzyczny. Był dobry, ale nie powalający. Potem obejrzałam lekki film Disneya, którego
główna bohaterka była po raz pierwszy czarnoskóra - "The Princess and the Frog" (Księżniczka i żaba). Dwie piosenki z tego filmu były nominowane do Oscara, a w tej kategorii wygrała piosenka "Crazy Heart" z filmu o tym samym tytule wykonywana przez Colina Farella. Nadal nie byłam zmęczona, więc obejrzałam jeszcze drugi izraelski film "Broken Wings" (Knafayim Shvurot), który dużo bardziej mi się podobał. A na koniec zafundowałam sobie lekką zabawną komedię chwilami romantyczną "The Proposal" (Narzeczony mimo woli) z Sandrą Bullock. Aktorka w tym roku dzień przed Oscarami dostała Złotą Malinę za rolę w filmie "All about Steve" (Wszystko o Stevenie), który chętnie bym zobaczyła :) Teraz na pulpicie zostało mi już tylko 12 filmów do zobaczenia, z czego tylko na 2 naprawdę mi zależy :)

  
Scena z izraelskiego filmu "Ajami" i z disnejowskiej bajki "The Princess and the Frog".

  
Maya Maron w "Broken Wings" oraz Ryan Reynolds i Sandra Bullock w "The Proposal".

We worek wstałam po południu, zjadłam śniadanie i poszłam do kina, bo na fizjoterapii kazali mi przecież chodzić na spacery, a bardzo chciałam zobaczyć dwa filmy, które grali tylko do czwartku :) Najpierw obejrzałam dokument Juliena Temple "Oil City Confidential" o zespole Dr Feelgood z Canvey Island w Essex. Przyznaję się bez bicia, że nigdy nie słyszałam o tym zespole, ale film jest naprawdę świetny! Gorąco polecam! A potem poszłam na "The Last Station" o ostatnich dniach Lwa Tołstoja i o jego żonie, zagranych przez Christophera Plummera i Helen Mirren. Oboje otrzymali nominacje do Oscara - on za rolę drugoplanową, a ona za pierwszoplanową. Ale tak naprawdę poszłam na ten film głównie dlatego, że grał w nim też James McAvoy :) I choć początkowo nie mogłam sobie wyobrazić, że mógłby grać Rosjanina, to jak go zobaczyłam w typowo rosyjskiej czapce, to zmieniłam zdanie :) Jak wróciłam do domu porozmawiałam przez Skype'a z Patrykiem, a potem zabrałam się za pisanie maili i poprawianiu abstraktu na czerwcową konferencję w Glasgow. Mój drugi promotor przysłał mi informację o jeszcze jednej konferencji w Glasgow, w maju, więc mam kolejny abstrakt do napisania! :)

  
Kwiatki, które dostałam na 8 marca :) Wilko i Lee z Dr Feelgood w filmie "Oil City Confidential".

  
Christopher Plummer i Helen Mirren oraz James McAvoy w filmie "The Last Station".

W środę obudziłam się o 8 rano i nie mogłam już zasnąć. Postanowiłam, że pójdę na zajęcia i zobaczę, co się tam dzieje, bo do końca marca muszę napisać esej, a nie wiem za bardzo o czym :) Poza tym miałam tutorial, więc napisałam maila do mojej wykładowczyni prowadzącej, że będę o 15:40 u niej w biurze. Potem zaczęłam odpisywać na pozostałe zaległe maile, a trochę się ich już uzbierało. W końcu postanowiłam się zdrzemnąć i jak o 14:00 zaczął mi dzwonić alarm, to do 14:45 nie mogłam się zwlec z łóżka! :) Ale jakoś się zmusiłam do tego, żeby wstać i zjeść zupę, a potem pójść na zajęcia i dowiedzieć się, o czym ma być ten esej :) Do tej pory napisałam i zaliczyłam dwa z czterech. Jeszcze dwa i skończę wreszcie te studia! :) Wróciłam do domu i znalazłam list z agencji, w którym napisali, że do tej pory nie zapłaciłam za czynsz, więc doliczają mi 25 funtów kary. Od razu usiadałam i napisałam maila, tłumacząc, że przez pomyłkę przelałam pieniądz za czynsz na konto Councilu. Wieczorem zadzwonił do mnie Jan i trochę mu się wyżaliłam. A przed snem obejrzałam sobie koncert Rufusa Wainwrighta na DVD :) Chcę się wybrać z Majką na jego koncert w kwietniu w Manchesterze.

Dzisiaj wstałam po południu i na 14:40 poszłam do lekarki Powiedziałam jej, że chcę wrócić już jutro do pracy, a że nie widziała przeciwwskazań, to dała mi zwolnienie tylko do jutra.  Wróciłam szybko do domu, bo o 15:30 miał przyjść Krystian, ale zadzwonił, że złapał dętkę na tylnym kole i że się spóźni, bo musi to naprawić. Potem zadzwonił, że na przednim kole też złapał dętkę :) W końcu dojechał i pożyczył mi swój mikrofon, żebym mogła dzwonić ze Skype'a, bo na mój wszyscy narzekali, że trzeszczy i nic nie słychać. Zadzwoniliśmy od razu do szpitala na Gwadelupie, żeby zapytać, czemu przysłali mi dwa rachunki, ale kazali zadzwonić jutro. Potem na 17:30 poszłam na fizjoterapię, a później wróciłam do domu i porozmawiałam trochę z rodziną przez Skype'a. Przed snem obejrzałam sobie dwa polskie filmy z 2005 roku: najpierw bardzo dobry film
Doroty Kędzierzawskiej "Jestem", a potem kiepskiego "Lekarza drzew" Janusza Zaorskiego. No i poszłam wcześniej spać, bo przecież jutro wracam do pracy! Ale tylko na tydzień, bo w przyszły piątek idę już na urlop i na Bratfootzki Międzynarodowy Festiwal Filmowy  :)

  
Świetny Piotr Jagielski w filmie "Jestem" oraz Magdalena Różczka jako Kaja w "Lekarzu drzew".
niedziela, 07 marca 2010
Droga do Oscara

459.

W poniedziałek była znów ciepła woda, więc wzięłam prysznic. Potem poszłam na pierwszą fizjoterapię na 16:30 do School of Health. Dopiero niedawno w Szkole Zdrowia postanowili uruchomić darmową fizjoterapię, w czasie której studenci pracują pod okiem swojej profesorki. Niestety, ani Shaz ani Jan nie mogli mnie podwieźć. Nie chciałam wydawać znów 4 funtów na taksówkę, skoro to tylko 2 ulice ode mnie i normalnie 10-minutowy spacer, postanowiłam więc pójść sama o kulach. Ale tym razem zajęło mi  to 20 minut i jak doszłam byłam cała mokra. Dosłownie lało mi się z czoła. Ale cieszę się, że poszłam, bo okazało się, że mogę już ruszać nogą bez żadnego bólu. Nie wiedziałam jednak o tym, bo bałam się nią ruszyć. Tymczasem okazało się, że mogę nawet na niej na chwilę stanąć! Miałam wrażenie, że to cud! :) Do domu wróciłam jednak taksówką, po drodze zahaczając o bankomat. Przed snem pooglądałam szósty sezon "Simpsonów" :)

We wtorek skończyłam oglądać sezon szósty "The Simpsons", a zaczęłam siódmy, ostatni. Na fizjoterapii zadali mi do domu pewne ćwiczenia, ale nie chciało mi się za bardzo ćwiczyć. Obejrzałam za to dwa filmy o RPA: "Invictus" i "Dystrykt 9" (District 9).  Pierwszy mnie rozczarował, bo miał być o Mandeli, a był o rugby. Za to drugi mi się podobał i czekam teraz na "Dystrykt 10" :) W środę oglądałam nadal "Simpsonów", a w czwartek poszłam znów na fizjoterapię. Tym razem Jan po mnie przyjechał i najpierw zawiózł mnie do przychodni, gdzie odebrałam drugie zwolnienie, bo okazało się, że szef z college'u też potrzebuje oryginał. A potem zawiózł mnie do School of Health i czekał godzinę, zanim skończę fizjoterapię. Zadali mi parę nowych ćwiczeń i tym razem postanowiłam zabrać się za nie porządnie. Potem Jan zawiózł mnie do siebie, bo Sue przygotowała znów dla nas kolację. Posiedziałam u nich do północy, a potem Jan odwiózł mnie do domu.

  
Morgan Freeman i Matt Demon w filmie "Invictus" i świetny Sharlto Copley w "District 9".

W piątek Krystian przywiózł mi zaległe filmy nominowane do Oscara, których jeszcze nie widziałam. Poza tym przywiózł też parę rzeczy do jedzenia. Po jego wyjściu zabrałam się za oglądanie. Zaczęłam od filmu
"Sherlock Holmes" z Robertem Downeyem Juniorem i Judem Law. Ogólnie średnio mi się podobał, ale dla Roberta obejrzę też drugą część :) Potem obejrzałam nastrojowe "Coco  Chanel" (Coco avant Chanel / Coco before Chanel). Zanim skończyłam oglądać, było już po 4 rano. Siedzenie w domu i oglądanie filmów nadal mi się nie znudziło, martwiłam się tylko o prace, bo szefowie z obu dzwonili do mnie i pytali kiedy wracam. Sama chciałabym wiedzieć!

  
Jude Law i Robert Downey Jr. w "Sherlocku" oraz Alessandro Nivola i Audrey Tautou w "Coco".

W sobotę obejrzałam najpierw film "Młoda Wiktoria" (The Young Victoria), który o dziwo nawet mi się spodobał :) Potem zaczęłam oglądać stary film "Król Artur" (King Arthur), który już kiedyś widziałam i już wtedy uznałam za niedorzeczny, ale mimo to obejrzałam go jeszcze raz :) Później obejrzałam dość przeciętny film "The Blind Side", ale z bardzo dobrą rolą Sandry Bullock. A na koniec zostawiłam sobie "Precious: Based on the Novel Push by Sapphire" ze świetną rolą Mariah Carey! Kto by pomyślał, że ona potrafi grać :) Pojawia się w nim także Lenny Kravitz oraz jeszcze jedna piosenkarka, Mon'ique. Wygląda na to, że niedługo artyści estrady z powodzeniem zastąpią gwiazdy ekranu! :)

  
Emily Blunt i Rupert Friend jako Wiktoria i Albert oraz Keira Knightley i Clive Owen jako Artur.

  
Quinton Aaron i Sandra Bullock w "Blind Side" oraz Gabourey Sidibe jako Precious.

Dzisiaj zaczęłam oglądanie od filmu "Julie i Julia" (Julie and Julia) z Meryl Streep i spodobała mi się ta prosta, urocza historia. Potem obejrzałam prawdziwe życiowo "Szalone serce" (Crazy Heart) z Jeffem Bridgesem i Maggie Gyllenhaal, w którym pojawiają się też Colin Farell i Robert Duvall. Później wzięłam się za oglądanie filmu "The Messenger", ale nie zdążyłam go dokończyć, bo przyszła Wanyu z Zico i kolacją :) Przyniosła mi bukiet kwiatów, żeby było u mnie przyjemniej i ładnie pachniało :) Dopiero po ich wyjściu dokończyłam ten wzruszający obraz społeczeństwa w stanie wojny, z Woodym Harrlesonem i Samanthą Morton. Na koniec udało mi się jeszcze obejrzeć "Nostalgię anioła" (Lovely Bones), a później zabrałam się za szukanie relacji z Oscarów na jakiejś stronie internetowej! :)

  
Amy Adams (Julie) i Meryl Streep (Julia) oraz
Maggie Gyllenhaal i Jeff Bridges w "Crazy Heart".

  
Ben Foster i Woody Harrelson w "The Messenger" oraz Saoirse Ronan w "The Lovely Bones".