Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 28 marca 2011
Mój ostatni festiwal...

524.

W czwartek obudziłam się o 8:00, więc wstałam wcześniej i poszłam na 11:00 na drugi pokaz "Reuniting the Rubins", ale musiałam wyjść w połowie filmu, bo na 12:00 szłam na dokument "Greenwashers", o tym jak różne firmy udają "zielonych". Daniel znów złapał  mnie w połowie filmu za ramię, żeby się przywitać. Wkurzona wyszłam prosto po filmie i spotkałam znów tego reżysera, ale rozmawiał z paroma osobami, więc wsiadłam we free busa i pojechałam do sklepu, bo prawie skończyło mi się mleko, płatki i obiady. Wróciłam do domu, zjadłam obiad i na 15:45 poszłam na "The Adventures of Baron Munchausen" (Przygody barona Munchhausena). Prosto po filmie poszłam do Cineworld na 18:00 na dokument "Foreign Parts". Po filmie podszedł do mnie Daniel, więc powiedziałam mu, żeby nie witał się więcej ze mną w czasie filmów. Poszłam z nim na dworzec i wzięłam pieniądze z bankomatu. Potem wróciłam do domu i zjadłam kolację. A potem wychodząc spotkałam na korytarzu drugą koleżankę Celine, która przyjechała ją odwiedzić. Wróciłam do Cineworld na 20:30 na "Viva Riva!" z Kongo. Wróciłam piechotą do domu i poszłam spać tuż po północy, czyli trochę wcześniej niż ostatnio :)

  
Udający "zielonych", czyli "Greenwashers" oraz "The Adventures of Baron Munchausen".

  
Zakątek Queens skazany na zagładę w "Foreign Parts" oraz kongijski film noir "Viva Riva!".

W piątek poszłam na 10:30 na film "Goya or the Hard Way to Enlightenment" z 1971 roku, który pokazywano w ramach Widescreen Weekend, a w którym zagrali m.in. Gustaw Holoubek i Mieczysław Voit :) Mieli tylko wersję po niemiecku z francuskimi napisami, ale na szczęscie dla mnie to nie był problem :) Po filmie jak tylko zobaczyłam Daniela, od razu zrobiłam w tył zwrot i wróciłam do domu. Zdrzemnęłam się trochę, a potem poszłam na 14:30 na dokument o francuskiej Nowej Fali "Two in the Wave" (Deux de la vague). Po filmie wróciłam znów do domu i zjadłam obiad, a potem na 18:30 poszłam do Cineworld na western "Meek's Cutoff". Podobało mi się jego niedopowiedziane zakończenie. Po filmie podszedł do mnie Daniel i pokazał mi torbę, jaką dostał w Muzeum. Na 21:00 poszłam na "13 Assassins" i spotkałam znajomego, z którym i wraz z jego znajomymi poszłam po filmie na drinka do Lloydsa. Posiedziałam do północy, a potem wróciłam do domu, ale poszłam spać dopiero po 2:00.

  
Donatas Banionis jako Goya oraz Jean-Luc Godard i Francois Truffaut w filmie "Two in the Wave".

  
Michelle Williams w "Meek's Cutoff" oraz Yusuke Iseya w "13 Assassins" Takashiego Miikei

W sobotę nie wstałam na 10:00 na zlot fanów Widescreen Weekend i poszłam dopiero o 12:00 na "Fanny, Annie & Danny", kolejny film o dysfunkcyjnej
rodzinie. Potem wróciłam do domu i zdrzemnęłam się trochę, a później poszłam na 16:15 "Sailor" do Cineworldu. Wyszłam przed końcem, bo widziałam już końcówkę, a nie miałam ochoty gadać znów z Danielem. Odrzuca mnie już na jego widok. Poszłam do Tesco w centrum po coś do picia, a potem wrociłam na 18:30 na dokument "Outside the Law: Stories from Guantanamo". Po filmie odbyła się równie ciekawa rozmowa z reżyserką. Potem podszedł do mnie Daniel, ale pogadałam też z kolegą, którego znam z salsy. O 21:00 poszliśmy wszyscy na "Essential Killing", a potem kolega odwiózł mnie do domu. ostatni film trochę mnie rozczarował, bo spodziewałam się, że będzie bardziej poruszający. W domu usiadłam do komputera i posłuchałam starych piosenek Tiltu, Kobranocki, Janerki. Spać poszłam dopiero o 3:00, czyli 4:00 po zmianie czasu.

  
Jill Pixley w "Fanny, Annie & Danny" oraz bryła życiorysu mężczyzny w śpiączce z filmu "Sailor".

  
Dokument "Outside the Law: Stories from Guantanamo" oraz Vincent Gallo w "Essential Killing".

W niedzielę znów nie wstałam na 10:00 na Widescreen Weekend. Nie dotarłam nawet na 12:30 na "Doktora Żywago", postanowiłam się bowiem wyspać. Poszłam dopiero na 15:45 na pokręcony
debiut Marcina Wrony "Moja krew" (My Flesh My Blood), pełen podobnych motywów do jego drugiego filmu "Chrzest". Szczerze mówiąc oba do mnie nie przemawiają. Po filmie wróciłam do domu i zjadłam obiad. A potem na 20:00 poszłam na film kończący festiwal, czyli "The Messenger" (W imieniu armii). Widziałam go już rok temu, przed zeszłorocznymi Oscarami, bo Woody Harrelson był za niego nominowany do Oscara za rolę drugoplanową, i miał też nominację w kategorii Scenariusz Oryginalny. Po filmie Daniel dał mi swój e-mail, choć nie wyrażałam chęci podtrzymania kontaktu. Potem pogadałam jeszcze z paroma znajomymi, aż w końcu odprowadziłam "niedobitki" do restauracji Omar Khan, a sama poszłam do domu. Przed snem porozmawiałam jeszcze z Krystianem, który właśnie wrócił z Blackpool.

  
Eryk Lubos i Luu De Ly w filmie "Moja krew" oraz Samantha Morton w "The Messenger".
niedziela, 27 marca 2011
Festiwalu ciąg dalszy

523.

W poniedziałek poszłam na 12:00 na "Dance to the Spirits", dokument o medycynie naturalnej przeciwko "chorobom nocy". Przysnęłam na nim trochę, choć był ciekawy. Potem poszłam o 14:00 na Double Bill, czyli dwa dokumenty o fotografii: "Disfarmer. A Portrait of America" o Mike'u Disfarmerze i "An American Journey" o zdjeciach Roberta Franka. Oba były bardzo interesujące i mam zamiar poczytać więcej o obu fotografach. Po pokazie Daniel powiedział mi, że stworzył program komputerowy, który wylicza mu, ile ma czasu pomiędzy filmami :) Powiedział, że może mi go dać, ale podziękowałam :) Doszłam do wniosku, że to jakiś świr i zaczął mi powoli działać na nerwy. Na szczęście spotkałam znajomą z mężem, więc porozmawiałam z nimi, a potem urwałam się do domu coś zjeść. Później podjechałam free busem na Interchange i poszłam na 16:45 do Cineworld na "Fear and Loathing in Las Vegas" (Las Vegas Parano) Terry'ego Gilliama. Po filmie poszłam na bufet w chińskiej restauracji "Real China", potem na 19:15 z powrotem do Cineworldu na "Elsewhere" (La tete ailleurs). Po filmie porozmawiałam przez telefon z Wanyu i na 21:15 poszłam na bardzo dobrą angielską komedię "Being Sold". Zdążyłam na ostatni autobus do domu i przed snem porozmawiałam z Krystianem.

  
Szaman w filmie "Dance to the Spirits" oraz zdjęcie z filmu
"Disfarmer. A Portrait of America".

  
Zdjęcie Roberta Franka z filmu
"An American Journey" oraz Johnny Depp w "Las Vegas Parano".

  
Nicolas Abraham w "Elswhere" oraz bohaterowie komedii o cenie człowieka "Being Sold".

We wtorek poszłam najpierw na 11:00 na dokument o japońskich fotografach "Traces of a Diary".
Oczywiście znów przysypiałam, bo był dość kiepsko zrobiony, ale zainteresował mnie paroma kolejnymi nazwiskami fotografów. Po filmie poszłam się czegoś napić i Daniel się do mnie dosiadł. Powiedział mi, że był dwa razy w Japonii i że ma zamiar jeszcze tam pojechać. Na 13:00 miałam iść na kolejny film, ale zamiast tego zdecydowałam się pójść do domu i trochę odpocząć. Wróciłam do Muezum o 15:00 na ciekawy dokument "Killing Kasztner: The Jew Who Dealt With Nazis". Po filmie znów wróciłam do domu i zjadłam obiad. Potem wróciłam do Muzeum o 18:30 na film "Cave of Forgotten Dreams 3D" Wernera Herzoga, z którym później łączono się przez satelitę, żeby odpowiedział na pytania widownii, ale niestety nie mogłam zostac, żeby to zobaczyć, bo na 20:00 szłam na film "Modra". Po filmie odbyło się spotkanie z reżyserką, która okazała się niezłą świruską :) Kręciła właśnie scenę do swojego nowego filmu, więc spytała widzów, czy chcą robić za statystów :) Wyszłam z koleżanką dopiero o 22:30 i poszłam prosto do Deliusa, gdzie czekała już Jacqueline, Celine i jej koleżanka. Później doszedł jeszcze do nas Arnold i w końcu po północy poszliśmy do domu.

  
Nobuyoshi Araki w
"Traces of a Diary" oraz Rudolf Israel Kastner w "Killing Kasztner".

  
Malowidła z jaskini Chauvet w "Cave of Forgotten Dreams" Herzoga oraz scena z filmu "Modra".

W środę zaczęłam o 12:15 od Double Bill, czyli dwóch dokumentów: "Boris Ryzhy" o rosyjskim poecie czasow Pierejstrojki oraz "The World According to Ion B." o rumuńskim artyście kolażu. Pomiędzy jednym a drugim podszedł do mnie Daniel, żeby się przywitać i złapał mnie za ramię. Już po raz drugi mnie tak przestraszył! Po filmie porozmawiałam ze znajomą, a potem z Neilem zanim poszłam na 14:45 na "A Doll's House" (Dom lalki) według dramatu Ibsena. Miała to być wersja z Claire Bloom z 1973, a była z Jane Fondą, z tego samego roku. Po filmie dyrektor festiwalu dawał więc darmowe bilety w ramach rekompensaty, ale nie wzięłam. Poszłam do domu zjeść obiad i przeczytałam maila z BBC na temat pracy, a potem wróciłam na 18:00 na francuski film noir "Point Blank" (A bout portant). Po filmie porozmawiałam ze znajomymi, a potem próbowałam znaleźć dobre miejsce na kolejny film, na który bilety były całkiem wyprzedane. Usiadłam z przodu i Daniel się do mnie dosiadał. O 20:00 zaczął się film "Reuniting the Rubins" z Timothym Spallem, a po filmie było spotkanie z reżyserem i aktorami. Prosto po tym poszłam na końcówkę "Sailora" Normana Leto (czyli Łukasza Banacha :) Potem poszłam z nim, jego dziewczyną
i z Neilem do hotelu na drinka, gdzie był też reżyser poprzedniego filmu. W domu byłam po 1:00, ale zasnęłam dopiero o 3:00.

  
Rosyjski poeta Boris Ryzhy oraz rumuński artysta samouk Ion Barladeanu.


  
Dwa "Domy Lalki" Ibsena z 1973 roku: z Jane Fondą oraz z Claire Bloom i Anthonym Hopkinsem.

  
Bohaterowie walczący o przetrwanie w "Point Blank" i komedia rodzinna "Reuniting the Rubins".

poniedziałek, 21 marca 2011
17-ty Bratfootzki Festiwal Filmowy :)

522.

W czwartek wstałam o 10:00 i na 11:00 poszłam do Muzeum na film "Limelight" (Światła rampy) z i w reżyserii Charlesa Chaplina. Film był puszczony z odreasturowanej kopii i jakość była naprawdę świetna. Później na 14:00 poszłam na węgierski film "The Last Report on Anna" Marty Meszaros o Annie Kethly, przywódczyni partii socjaldemokratycznej. Po nim obejrzałam ciekawy dokument "Film as a Subversive Art: Amos Vogel and Cinema 16" o założycielu pierwszego awangardowego kina w Nowym Jorku. Po filmie porozmawiałam chwilę z babką z Galerii II  i ustaliłyśmy ostateczny program naszych pokazów. Później poszłam na godzinkę do domu, żeby coś zjeść, a potem podjechałam na 19:00 do Cineworld na "Cudowne lato" (Wonderful Summer) Ryszarda Brylskiego, ale niestety okazało się pokaz będzie opóźniony. W końcu film się zaczął o 19:40 "", a prosto po nim zostałam na "When We Leave" o tureckiej rodzinie w Niemczech. Był to bardzo dobry film, podobny do greckiej tragedii, w którym wszyscy są ofiarami. Skończył się około północy, więc wróciłam do domu piechotą.

  
Otwarcie festiwalu (jestem na tym zdjeciu :) oraz Claire Bloom i Charlie Chaplin w "Limelight".

  
Scena z filmu "The Last report on Anna" Marty Meszaros oraz Amos Vogel z żoną w Cinema 16.

  
Helena Sujecka jako Kitka w "Cudownym lecie" i świetna Sibel Kekilli w "When We Leave".

W piątek wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam na świetny dokument o wzlocie i upadku Detroit w Michigan - "Deforce". Po filmie zagadał mnie Anglik o imieniu Daniel, który też się wybiera na ponad 50 filmów i z którym spotykałam się tego dnia na każdym seansie :) Poszliśmy razem na 14:00 na kolejny dokument, austriacki "Kick Off" o drużynie piłkarskiej bezdomnych, jadącej na mistrzostwa świata bezdomnych w piłce nożnej odbywających się w Australii :) Potem poszliśmy na dziwny i trochę straszny film Terry'ego Gilliama "Tideland", bo nigdy go nie widziałam. Po filmie pobiegłam szybko do domu, żeby coś zjeść, a potem wróciłam na 18:00 na dołujący kanadyjski dramat rodzinny "A Night of Dying Tigers". Po filmie Neil przedstawił mnie reżyserowi kolejnego filmu, Marcinowi Wronie, który po swoim filmie "Chrzest" odpowiadał na pytania, a ja wspierałam go w angielskim :) Potem poszliśmy we czworkę z nim, z Chinką i z Neilem na drinka do Jacobs Well. Około 23:00 Neil wrócił do hotelu, a my poszliśmy we trójkę do akademiku na imprezę, na która zaprosiła reżysera polska studentka. Oczywiście okazało się, że ją znam, jak i pozostałych polskich studentów, z którymi poszliśmy stamtąd po 1:00 na FND :) Załatwiłam darmowe wejście naszym gościom, a tymczasem oni po półgodzinie zniknęli bez pożegnania! Wkurzyłam się, jak się dowiedziałam, więc też wróciłam do domu i zasnęłam o 3:00 rano.

  
Detroit, Michigan - miasto podobne do Bratfoot, oraz drużyna bezdomnych reprezentująca Austrię.

  
Jodelle Ferland w "Tideland" Terry'ego Gilliama oraz Jennifer Beals w "A Night for Dying Tigers".

  
Natalia Rybicka i Wojciech Zieliński w filmie "Chrzest" oraz reżyser filmu Marcin Wrona.

W sobotę rano nie wstałam na zestaw filmów krótkiemetrażowych pokazywany o 11:00, tylko poszłam dopiero na 13:00 na niskobudżetowy thriller "Innocent Crimes", po którym było jednak widać brak budżetu. Po filmie porozmawiałam chwilę z Danielem oraz z Neilem, któremu poskarżyłam się na zachowanie jego gości poprzedniej nocy. Później poszłam na amatorski film "Putty Hill" z serii "Uncharted States of America" i pogadałam chwilę z chłopakiem z BCB i szefową stacji. Na filmie oczywiście przysnęłam, bo Neil go wybierał i nic się na nim nie działo. Po filmie pogadałam znów z szefową radia przed dokumentem "Hollywood on the Tiber" o włoskiej wytwórnii filmowej Cinecitta, prosto po którym poszłam do domu coś zjeść i pogadałam w kuchni z Celine. Po obiedzie wróciłam do kina na "Timebandits" Terry'ego Gilliama oraz spotkanie z samym reżyserem. Byli też na nim Jan i Sue. Po 23:00 poszłam z Neilem i jego kolegą pisarzem Adamem Maxwellem na drinka do ich hotelu. Było bardzo miło, więc posiedzieliśmy do 1:00 w nocy, a potem wróciłam do domu i zasnęłam znów o 3:00.

  
Tania podróbka filmu gangsterskiego "Innocent Crimes" oraz nudnawe, amatorskie "Putty Hill".

  
Historia kina w "Hollywood on the Tiber" oraz Sean Connery i Craig Warnock w "Timebandits".

W niedziela wstałam cudem o 9:15 i przed pójściem do kina porozmawiałam z Krystianem, który wrócił właśnie z salsa party w Birmingham :) Potem poszłam na 10:15 na pokaz filmów wspomaganych przez Fabrics - organizację, która pomaga mi teraz znaleźć lepszą pracę :) Potem porozmawiałam chwilę z Neilem i wróciłam do domu zjeść jakąś kanapkę. Po jedzeniu jednak zdrzemnęłam się zamiast iść na "Labirynt" Jima Hensona na 13:00. Wróciłam do kina dopiero na 15:00 na kolejny niskobudżetowy, ale znacznie lepszy film "Rebels Without a Clue", gdzie spotkałam znów Daniela. Po filmie pogadałam z tą studentką, u której byliśmy w piątek w akademiku, a która pracuje w Muzeum. Później na 17:00 poszłam na ostatni z cyklu niskobudżetowych filmów, całkiem dobry "The Last Days of Edgar Harding". Po filmie porozmawiałam znów chwilę z Neillem, a potem poszłam do domu na obiad. W kuchni Celine przedstawiła mnie swojej koleżance Marie, która przyjechała do niej w odwiedziny. Pogadałam z nimi godzinkę, a potem poszłam na 20:45
do Cineworldu na dokument o książkach serii Harlequin pt. "Guilty Pleasures". Niestety, film był opóźniony pół godziny, więc napiłam się coli w kręgielni. Po pokazie nie zostałam na rozmowę z bohaterami, tylko pobiegłam na ostatni autobus, ale zasnęłam dopiero po 2:30.

  
Projekt "48 hour Film Challange" oraz bohaterowie zabawnego filmu "Rebels Without a Clue".

  
Bohaterowie "
The Last Days of Edgar Harding" i model z okładek romansów w "Guilty Pleasures".
Spokój przed festiwalem :)

521.

W poniedziałek obudził mnie dzwonek do drzwi. Pomyślałam, że to nie do mnie, ale że lepiej sprawdzę, która jest godzina. Była 10:30 i mój alarm właśnie zaczął dzwonić, a mimo to miałam dziwne poczucie, że zaspałam. I wtedy do mnie dotarło, że to Sarah przyszła na lekcję polskiego, o której zupełnie zapomniałam! Zeszłam więc na dół w szlafroku, żeby ją przeprosić i umówiłyśmy się zamiast tego na dwie godziny we wtorek rano. Wróciłam do łóżka, a potem wstałam i poszłam na 12:00 do pracy. O 17:00 wyszałam i zajrzałam do biblioteki po dwa filmy, które chcę pokazać w Galerii II: "Le balon rouge" (The Red Balloon) i "Złodzieje rowerów" (Bicycle Thieves / Ladri di biciclette) de Sici. Wieczorem w domu obejrzałam sobie "Le balon rouge", a potem parę odcinków "South Parku" i poszłam spać.

We wtorek wstałam o 8:30, bo o 9:30 przyszła Sarah na dwugodzinną lekcję polskiego. Po lekcji podrzuciła mnie do pracy na 12:00, ale tym razem nie wyszłam o 17:00, tylko zostałam z Jacqueline i poprawiłam jej esej. Od koordynatora wyborów dostałam koszulkę zzachęcającą do głosowania na nowych Students Union Sabatical Officers i poszłam w niej na salsę. Wiedziałam z maila, że organizatorka chce, żebyśmy poprowadzili z Krystianem lekcję dla początkujących, do przyjścia naszego nauczyciela Teo, ale kiepsko to wyszło, bo tańczyły poza nami tylko trzy osoby, a jak się dowiedziałam, że Teo w ogóle nie przyjdzie, to wróciłam z Jacqueline do domu. Przed snem obejrzałam krótkometrażowy film "Crin blanc: Le cheval sauvage" (White Mane), a potem "Złodziei rowerów".

W środę rano poszłam do centrum i zrobiłam małe zakupy w Tesco, a potem o 10:00 poszłam na akupunkturę. Potem zostawiłam w dom zakupy i przeczytałam mail z BCB, że mam jednak zaproszenie na wieczorną galę otwarcie festiwalu! A już myślałam, że nie uda mi się wkręcić :) Po drodze do pracy weszłam do biblioteki i oddałam filmy. Prosto po pracy podjechałam  free busem do BCB, gdzie mówiłam na żywo przez jakieś 5 minut o "gwoździach" tegorocznego festiwalu. O 18:00 wsiadłam znów do free bus, gdzie spotkałam Severine  i pojechałam do domu. Zjadłam dwie kanapki, przebrałam się w sukienkę i pobiegłam do kina na "You Will Meet a Tall Dark Stranger" (
Poznasz przystojnego bruneta) Woody'ego Allena. Po filmie była impreza dla VIPów (na którą Neill przyszedł z jakąś Chinką) w czasie której nawiązałam parę kontaktów, m.in porozmawiałam z szefową BBC :) W domu byłam o 23:00.

  
"The Red Balloon" i "White Mane" - dwa filmy krotkometrażowe w reżyserii Alberta Lamorisse'a.

  
"Złodzieje rowerów" Vittoria de Sici oraz Gemma Jones w "Poznasz przystojnego bruneta" Allena.
niedziela, 13 marca 2011
Madryd, w Hiszpanii :)

520.

W poniedziałek chciałam podjechać
rano przed pracą do sklepu, ale nie dałam rady wcześniej wstać. Poszłam więc do pracy na 12:00, a do sklepu pobiegłam prosto po 17:00, żeby kupić make up na wyjazd, pastę do zębów i coś do jedzenia. Wróciłam do domu free busem, po drodze wyjmując z bankomatu pieniądze na czynsz. Zapłaciłam i zabrałam się za rozgryzanie programu festiwalu. Udało mi się wreszcie zdecydować na 53 pokazy. Ciekawe ile z nich uda mi się zobaczyć :) Czasem w czasie festiwalu nie udaje mi się rano wstać na film :) Ale nawet jeśli obejrzę 50, to już mi się opłaci, bo wyjdzie niewiele ponad półtora funta za film :) Przed snem zaczęłam oglądać szósty już sezon "South Parku" :)

We wtorek był Dzień Kobiet i rano dostałam życzenia od Krystiana :) Na 12:00 poszłam do pracy i wyrobiłam sobie wreszcie nową kartę pracownika, bo stara miała już ponad pięć lat i się dosłownie rozpadała :) Potem dodzwoniłam się wreszcie do BCB i porozmawiałam chwilę z szefową, która powiedziała, że w czwartek da mi znać co postanowili w sprawie festiwalu. Zdecydowałam więc, że nie mam co na nich czekać i wydrukowalam listę filmów, które chcę zobaczyć. Po pracy poszłam najpierw do Alhambry i kupiłam bilet na balet
Matthew Bourne'a "Kopciuszek", a potem poszłam do Muzeum i zaniosłam im moją listę filmów do zobaczenia na festiwalu. Potem wróciłam do domu, zjadłam zupę i po 19:00 poszłam z Krystianem na salsę, ale mimo, że był Teo, to niczego nowego się nie nauczyliśmy.

W środę poszłam do pracy na 12:00 i w ramach Tygodnia Kobiet miałam zrobione zdjęcie z tabliczką, że nadal mężczyźni zarabiają więcej, nawet wykonując tą samą pracę. Szefowej nie było, więc miałam trochę luzu i wyszłam wcześniej, żeby zrobić pranie przed wyjazdem. Potem zjadłam zupę i na 19:00 poszłam na "Kopciuszka", ale nie był porywający. Chociaż sam pomysł umieszczenia tej historii w czasie bombardowań Londynu był ciekawy. Jak do tej pory z baletów Matthew Bourne'a, jakie tu obejrzałam, najbardziej podobały mi się "Car Man" i "Dorian Grey", ale reszta mnie nie powaliła. Po teatrze wróciłam do domu i przed snem obejrzałam jeszcze parę kolejnych odcinków "South Parku" :)

  
"Kopciuszek"
Matthew Bourne'a - jako ofiara nalotów na Londyn w czasie II wojny światowej.

W czwartek poszłam znów jak zwykle do pracy na 12:00, a że szefowej nadal nie było, wydrukowałam sobie spokojnie bilet. Student, który nam pomaga spytał, gdzie lecę na weekend, a jak mu powiedziałam że do Madrytu, to spytał gdzie to jest :) Zostałam w pracy do 17:20, bo na 17:30 szłam do pobliskiego Sport Centre na masaż. Od dawna próbowałam się umówić z tą babką na Aromoterapię, czyli masaż całego ciała z olejkami, no i wreszcie się udało, ale początkowo miałam dziwne wrażenie, że jest albo pijana albo upalona :) Ale masaż z olejkiem z jaśminu, mandarynki i drzewa różanego był przyjemny :) Wróciłam do domu, a o 21:30 poszłam z dziewczynami do Weatherspoon, gdzie doszli do nas Mikael, Ronaldo, Arnold i James ze znajomymi. Po 23:00 wróciłam z Ronaldo do domu i wreszcie się spakowałam.

W piątek wstałam przed 8:00, wzięłam prysznic i o 9:00 wsiadłam w autokar do Manchesteru, a stamtąd w autobus na lotnisko w Liverpoolu. Około 17:00 czasu hiszpańskiego byłam już w Madrycie, ale zanim spotkałam się z Sally na stacji metra
Moncloa dochodziła 18:00. Poszłyśmy do niej do domu, gdzie szybko coś przekąsiłam i pojechałyśmy na miasto coś zjeść. Najpierw poszłyśmy do Casa Labra przy Puerta del Sol na drinka, potem do Casa Alberto na tapas (pyszna tortilla, oliwki, chleb i sałatka ziemniaczana) i Vermouth, później do Vina Pi (na zupę i sangrię), a potem do baru Rubio spotkać się z ludźmi z Coach Surfing. Ostatnim metrem wróciłyśmy do nas na stację, ale po drodze do domu weszłyśmy do jeszcze jednego baru. Tam poznałyśmy jakiś kolesi i poszłyśmy z nimi do pobliskiego klubu Santa Teresa. Wypiłam ze trzy whiskey z colą, a dopiero o 5:30 poszłyśmy do domu i spać.

  
Casa Alberto, gdzie zjadłyśmy pyszne tapas (polecam) oraz the Old Post Ofice na Puerta del Sol
.

Nie dziwne więc, że w sobotę spałyśmy do południa :) Po przebudzeniu jednak bardzo źle się czułam, więc poszłam dalej spać. Dałam radę wstać z łóżka dopiero o 16:00! Wzięłam prysznic i pojechałyśmy z Sally do Parku Retiro. Tam nad stawem z pomnikiem króla Alfonsa XII zjadłam "śniadanie" (tortillę z herbatą), a potem poszłyśmy zobaczyć szklany pawilon Palacio de Cristal. Stamtąd poszłyśmy spacerkiem do Museo Reina Sofia, ale było średnio ciekawe. Wyszłyśmy z niego tuż przed 21:00 i pojechałyśmy do domu na obiad i drzemkę. Pospałyśmy do 23:45, a potem pojechałyśmy ostatnim metrem do Puerta del Sol i poszłyśmy do klubu El Son na salsa party, gdzie tańczyłam prawie do 6:00 :)

  
Pominik Alfonsa XII w parku Retiro oraz Muzeum Narodowe Centrum Sztuki Królowej Zofii.

Dzisiaj wstałam o 11:00 rano po jakiś czterech godzinach snu! :) Wzięłam prysznic i poszłam z Sally na śniadanie do pobliskiej knajpki. Potem podjechałyśmy metrem do świątyni Debod w Parku del Oeste. Na koniec wsiadłyśmy w Teleferico (czyli kolejkę linową :) i podjechałyśmy nią do Casa de Campo. Tam wsiadłyśmy w metro, pożegnałyśmy się i Sally pojechała do domu, a ja na lotnisko. Byłam dość wcześnie, ale to dobrze, bo była duża kolejka. O 18:00 byłam już w Liverpoolu, gdzie zjadłam tosta i napiłam się herbaty czekając na autobus do Manchesteru. Tam wsiadłam w autokar do Bratfoot, który spóźnił się 15 minut, więc zamiast być w domu przed 21:00, dotarłam tuż po. Zjadłam kolację i usiadłam do Internetu, żeby uzupełnić bloga, a potem pooglądać kolejne odcinki "South Parku" :)

  
Starożytna egipska świątynia Debod w parku del Oeste oraz kolejka linowa El Teleferico.
poniedziałek, 07 marca 2011
Znowu Leeds

519.

W poniedziałek po północy zaczęłam szukać strony, na której mogłabym obejrzeć Oscary. Zajrzałam na tą, z której korzystałam rok i dwa lata temu, ale chociaż poprawił im się obraz, to niestety zaczęli kodować dźwięk. Musiałam więc szukać dalej. Udało mi się znaleźć stronę Ustream.tv, ale musiałam parę razy zmieniać użytkowników, bo ich blokowali :) W każdym razie od 1:30 w nocy do 4:00 rano oglądałam ceremonię, która w tym roku jednak nie była zbyt atrakcyjna. W poprzednich latach śmiałam się i wzruszałam, ale tym razem się wynudziłam. O 11:00 wstałam po zaledwie paru godzinach snu i poszłam do pracy na 12:00. O17:00 wyszłam i pojechałam do Leeds na wizytę u mojej pani shrink. Byłam w bardzo dobrym humorze, ale po wizycie mi się popsuł i głowa znów zaczęła mnie boleć. W dodatku Michael nie odpisał mi przez cały dzień na SMSa. Kiedy wracałam na dworzec i mijałam miejsca, w których byliśmy, zdałam sobie sprawę, że Leeds nigdy już nie będzie dla mnie takie samo.

We wtorek rano poszłam na kurs pisania artystycznego CV w bibliotece na uniwerku. Zaczłą się po 9:30 i skończył się po 12:00, więc spóźniłam się trochę do pracy. Nadal nie czułam się zbyt dobrze. O 17:00 wróciłam do domu, wzięłam prysznic i
poszłam prosto do łóżka. Wieczorem mieliśmy iść we trójkę z Krystianem i Jacqueline na salsę, ale nadal nie byłam w stanie się ruczyć. Krystian walił w drzwi i dzwonił, a dziewczyny wysyłały do mnie SMSy, a ja leżałam i patrzyłam w pustkę. Nie miałam nawet siły ani ochoty im odpowiedzieć. W końcu zdrzemnęłam się, otrząsnęłam się z letargu i obejrzałam nominowany w tym roku do Oscara film "The Fighter". W rolach głównych wystąpili Mark Wahlberg i Amy Adams, ale Oscary otrzymali aktorzy występujących w rolach drugoplanowych - Christian Bale i Melissa Leo. Film bardzo mi się podobał, a szczególne wrażenie zrobiły na mnie szalenie przekonujące aktorki grające siostry głównych bohaterów. Przed snem obejrzałam kolejny odcinek "South Parku".

  
Zdobywcy Oscarów za role drugoplanowe w "The Fighter" oraz aktorzy pierwszoplanowi.

W środę obudziłam się o 8:30, bo o 10:00 byłam umówiona z kolejną babką z Fabrics w Starbucks, w ramach programu Move On Up. Po rozmowie z nią uwierzyłam, że za trzy lata będę miała swój własny festiwal! :) Po spotkaniu poszłam do Tesco, a potem podjechałam Free Busem do pracy na 12:00. Tuż przed 17:00 zadzwoniła do mnie babka z galerii uniwersyteckiej i powiedziała, że się trochę spóźni. Byłam przekonana, że byłyśmy umówione na zajutrz, ale okazało się, że się myliłam. Poszłam więc się z nia spotkać w galerii i ustaliłyśmy, że zrobimy pokaz trzech filmów w kwietniu. Obiecałam jej, że zajmę się organizacją wszystkiego i moja lista rzeczy do zrobienia znacznie się powiększyła :) Po powrocie do domu poszłam do kuchni ugotować sobie obiad. Wszyscy się do niej zeszli i musiałam wysłuchiwać od Krystiana i dziewczyn, że się o mnie poprzedniego dnia martwili, jak nie dawałam znaku życia. To miło z ich strony, ale mieli do mnie pretensje i nie byłam w stanie im powiedzieć, że cały czas byłam w domu.

W czwartek wstałam o 11:00 i poszłam do pracy na 12:00. O 17:00 poszłam do galerii na otwarcie wystawy Cyrila Mounta, którego dzieła są wystawiane w Imperial War Museum. Napiłam się wina i przyjrzałam się obrazom oraz sali. Jest długa i wąska, ale wydaje mi się, że nada się świetnie na pokazy filmów. Jeśli pierwsze trzy sie udadzą, to pomyślimy o dalszej współpracy. Wracając do domu weszłam po drodze do mojego starego domu. Odebrałam list od byłych sąsiadów i poszłam odwiedzić znajomych, którzy we wtorek wprowadzili się do mieszkania w piwnicy. Napiłam się u nich herbatki, a potem wróciłam do domu i poszłam prosto do łóżka, ale z mocnym postanowieniem, że zabiorę się za moje "prace domowe" zmierzające do organizacji pokazów. Zamiast tego przegadałam jednak najpierw z godzinę z Alainem na Skajpie. Dopiero potem zabrałam się zasprawdzanie szczegółow i za maile do obu babek z Fabric. Przed snem obejrzałam jeszcze świetny film "127 hours" (127 godzin) z Jamesem Franco.

  
Obraz "Young Che with Cuban Cigar" Cyrila Mounta i James Franco w scenie z filmu "127 godzin".

W piątek poszłam do pracy na 12:00 i wyszłam o 17:00. Zabrałam wreszcie z lodówki mleko i ser, które leżały tam od środy, bo do tej pory nie wracałam po pracy prosto do domu, tylko do galerii, więc nie brałam tam ze sobą zakupów. Wieczorem planowałam przejechać się na kurs Pięciu Rytmów, ale znów tam nie dotarłam. Zamiast tego zjadłam obiad i udzieliłam Celine kolejnej lekcji polskiego. Spędziłam też trochę czasu na Internecie w poszukiwaniu potrzebnych mi informacji. Wreszcie przed 21:00 poszłam z Celine na Kółko Francuskie. Krystian, Jacqueline i Arnold powiedzieli, że nie idą, Severine też mi napisała, że nie dotrze, ale za to pojawili się dwaj nowi chętni, z którymi pograłyśmy w bilard, a potem doszedł jeszcze Ronaldo z dwoma wolontariuszkami w Włoch. Posiedzieliśmy w 1in12 do północy, a przed wyjściem podziwiliśmy początek partii bilarda w wykonaniu dwóch pijanych dziewczyn! :) Był to niesamowity widok! :) Wracając do domu weszłam jeszcze do sklepu po kartkę urodzinową dla Barbary.

Wczoraj obudziłam się o 11:00, wzięłam prysznic i wpłaciłam 20 funtów na knto jakiejś fundacji, o co zamiast prezentów prosiła Barbara. Nie zdążyłam na autobus, który zawiózłby mnie prosto po kosciół, w sali którego organizowała swoje przyjęcie urodzinowe, więc pojechałam późniejszym i musiałam kawałek dojść. Przywitałam się z nią i z jej mężem, a potem złozyłam jej życzenia i wręczyłam kartkę.. Myślałam, że posadzą mnie ze swoją rodzina, bo już ich znam, ale rodzina miała osobny stolik. Znalazłam się więc przy stoliku, przy którym siedziała jakaś starsza nauczycielka, rodzice jednego z moich byłych uczniów oraz były pracownik uniwerku z żoną. Średnia wieku dobijała 60-siątki, ale miło mi się z nimi rozmawiało :) Po imprezie doszłam piechotką do autobusu i pojechałam do domu. Przebrałam się i pojechałam do dużego Morrisona i spotkałam innego byłego ucznia z dziewczyną Polką. Zrobiłam zakupy, wróciłam do domu i obejrzałam dwa ostatnie odcinki piątego sezonu "South Parku" :)

Dzisiaj obudziłam się przed 12:00, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i sprzatnęłam trochę pokój, bo o 14:00 przychodziła Sarah na kolejną lekcję polskiego. Po lekcji podrzuciła mnie do Kirkgate, bo miałam nadzieję, że sklepy są otwarte do 17:00 i że zdążę jeszcze kupić sobie make up, bo mi się dziś skończył. Tymczasem sklepy były otwarte tylko do 16:30, jak mi powiedziała Gosia, którą spotkałam pod Balangą. Czekała na mnie, bo postanowiła po raz pierwszy przyjść na nasz pokaz filmowy. Ponieważ poza nami nikogo jeszcze nie było, więc postanowiłam zjeść przed filmem, ale jak tylko zamówiłam jedzenie, pojawili się Basia i Piotr. Zeszliśmy więc wszyscy na dół i zjadłam swój gulasz po ciemku, jednocześnie oglądając "Nigdy w życiu". Pierwsza połowa filmu była nawet dość zabawna, ale potem było coraz gorzej. Po filmie zostałam z Barbarą i Piotrem na harbacie, a potem odwieźli mnie do domu. Ponieważ dopiero minęła 20:00, Krystian namówił mnie na lekcję salsy. Przed snem obejrzałam jeszcze film "Red".

  
Danuta Stenka i Artur Żmijewski w "Nigdy w życiu" oraz Bruce Willis i Mary-Louise Parker w "Red".