Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
Studia w Anglii!

306.

Dzisiaj rano nie chciało mi się wstać z łóżka. Ale zdążyłam jakoś cudem do pracy i zabrałam się za przygotowywanie formularzy, w które studenci będą wpisywać dodatkowe, wybrane przez siebie kursy. Każdy kierunek (course) ma parę zajęć obowiązkowych i parę do wyboru z zestawu zajęć naszej szkoły, czyli Social Sciences and Humanities (Nauki Społeczne i Humanistyczne). Mamy tu wiele takich kursów, np: Applied Criminal Justice Studies, Creative Writing, English, Gender Studies and Social Policy, Interdisciplinary Human Studies, Psychology, Psychology and Crime, Psychology and Management, Psychology and Sociology, Social Policy and Administration, Social Policy and Welfare Studies, Social Policy and Sociology, Social Work czy Sociology. Każdy z kierunków trwa 3 lata, po których otrzymuje się BA, czyli taki nasz licencjat. I każdy z nich składa się z Modułów, czyli zajęć na konkretny temat, które trwają semestr albo dwa i kończą się egzaminem.

Najczęściej ten egzamin to praca pisemna, którą trzeba oddać w wyznaczonym terminie. I jutro właśnie mija ten termin :) Dla nas oznacza to, że będziemy cały dzień przyjmować te prace od studentów :))) Dzisiaj zaczęli już przychodzić. Każdy student musi przynieść dwa egzemplarze swojej pracy i dostaje od nas potwierdzenie na piśmie, że ją złożył. Potem od 4 do 18 maja będzie trwał okres egzaminów pisemnych, bo ustnych to tu chyba wcale nie ma (przynajmniej u nas nie zauważyłam) Przeważnie jest to tak zwany "Seen exam" czyli trzeba odpowiedzieć na parę pytań z listy, które zostały udostępnione wcześniej, żeby się na ich podstawie przygotować. Po egzaminach będziemy miec dużo pracy, bo zaczną się Exam Boards, czyli Komisje Egzaminacyjne, po których trzeba będzie wszystkim studentom wysłać listy z ich ocenami. Do czasu zebrania się Komisji są to oceny tymczasowe (provisional), które dopiero zostaną potwierdzone (ratified) lub zmienione, choć to akurat rzadkość.

Moja praca polega teraz na przygotowaniu broszur dla każdego z naszych kierunków, w których podaję studentom różne informacje, między innymi które Moduły są dla nich obowiązkowe, a ile muszą sobie dobrać z innych kierunków lub szkół. Zwykle unika się dawania im takiej opcji na pierwszym roku, na drugim przeważnie mogą wybrać z naszych Modułów, a na trzecim mają już całkiem wolny wybór. Ale wszystko zależy od kierunku. W praktyce wygląda to tak, że czyjś Moduł obowiązkowy jest dla kogoś Modułem dodatkowym. Na przykład na Warsztaty Kreatywnego Pisania, które są obowiązkowe dla studentów wydziału "Kreatywne Pisanie" chodzą też niektórzy studenci Anglistyki czy powiedzmy Psychologii. Trochę to wszystko skomplikowane na pierwszy rzut oka, ale o dziwo jakoś to działa! :))) Niektóre kierunki, jak Psychologia czy Pomoc Społeczna (Social Work) są oblegane, podczas gdy inne (na przykład Anglistyka, oferowana też na innych okolicznych uniwersytetach) mają  tylko paru studentów i w przyszłym roku nie będzie naboru, tylko ludzie z tegorocznego pierwszego roku przejdą na drugi, a za dwa lata jak skończą studia, ten kierunek całkiem u nas zniknie.

Dzisiaj po lunchu mieliśmy zebranie administracyjne, w czasie którego dowiedziałam się, że poziom studentów z roku na rok jest coraz niższy, co jest spowodowane głównie tym, że nie chce się im iść do pracy, więc przedłużają sobie młodość studiami, ale w ogóle się nie uczą. Poza tym za niektóre kierunki płaci państwo, więc dostają takie swoiste stypendia i niektórzy decydują się na studia właśnie ze względu na pieniądze. Jeszcze nie rozgryzłam jak to dokładnie działa, ale każdy potencjalny student składa podanie do UCAS (Universities and College Admissions Service) i przez nich jest to dalej załatwiane. Kandydaci na studia podają interesujące ich kierunki i uniwersytety, a potem po ukończeniu szkoły i zdaniu egzaminów na kształt naszej matury (Level A equivalent) decydują się na któryś z tych uniwerków, który zechce ich przyjąć, bo spełniają jego kryteria, czyli zdobyli wystarczającą ilość punktów. Nie ma więc żadnych egzaminów wstępnych. Wyjątkiem jest tu tylko kierunek Pomocy Społecznej, gdzie jest rozmowa kwalifikacyjna, żeby sprawdzić predyspozycje kandydatów do zawodu Social Workera (pracownika Pomocy Społecznej).

Tak w skrócie wygląda sprawa Undergraduate Studies, czyli trzyletnich studiów licencjackich. Większość studentów angielskich na tym etapie kończy swoją edukację. Ponad połowa Postgraduates, czyli studentów robiących magisterkę czy doktorat, pochodzi z innych krajów. Magistrem można zostać już po roku, a doktorem po 3 latach studiów dziennych. W dodatku jedno nie wypływa wcale z drugiego, tak jak u nas, czyli żeby robić doktorat, nie trzeba mieć wcale magistra! Tutaj wychodzi się z założenia, że magister to tylko praca odtwórcza, takie dłuższe niż dotychczas wypracowanie. Natomiast doktorat łączy się z badaniami (Research) czyli pracą twórczą, która zaowocuje jakimś nowym odkryciem (w takich kierunkach jak na przykład Biologia czy Farmacja) lub przynajmniej poszerzeniem ogólnej wiedzy na dany temat (dotyczy to na przykład naszej szkoły i nauk humanistycznych). Na przykład w mojej pracy doktoranckiej nie będzie rozdziału dotyczącego żadnych nowych badań (primary data), poza badaniem stanu wiedzy na temat polskiego kina w Anglii na podstawie dostępnych publikacji (secondary data).

Przed wyjściem z pracy wydrukowałam testy na dziś wieczór i na środę, dla drugiego roku. Potem poszłam do domu coś zjeść i sprawdziłam ostatnie testy pierwszego roku. Wyszłam z domu o 18:30, żeby po drodze wejść jeszcze do biblioteki i oddać 3 książki, bo dziś upływał termin i potem musiałabym płacić karę. Nie chciałam już przedłużać terminu, bo i tak z nich nie skorzystam, ale przedłużyłam dwie pozostałe i o dziwo zamiast jak zwykle przedłużyć mi termin o tydzień lub miesiąc (w zależności od tytułu), okazało się, że od teraz juz wszystkie książki przedłużają do października! :) Zajęcia już się skończyły w zeszłym tygodniu (semestr w praktyce trwa tu jakieś 3 miesiące, a każdy Moduł składa się z zaledwie 10 zajęć), więc jak pójdę w tym tygodniu do biblioteki, to mogę wypożyczać, co tylko chcę i trzymać to przez całe wakacje! :))) Mam nadzieję, że biblioteka w Leeds działa podobnie, bo jak mam do końca maja napisać pierwszy rozdział pracy, to było by mi wygodniej z książkami pod ręką.

Na polskim było dziś tylko 6 osób, a reszta nie dała mi nawet znać, że nie przyjdą. Wymęczyłam ich i narzuciłam zawrotne tempo, a i tak wciąż się boję, że nie wyrobimy się czasowo, przez te głupie testy, które muszę im teraz robić. Domyślam się, że to powód tak małej frekwencji. Ale nie mam wyboru i muszę im teraz co tydzień robić test! Na szczęście za tydzień nie ma zajęć, bo w poniedziałek jest Bank Holliday (święto państwowe), więc może usiądą i się trochę pouczą?!  Kogo ja próbuję oszukać? :))) W każdym razie poszło im całkiem nieźle i byli bardzo z siebie zadowoleni. Po lekcji wyszłam z Tomem, chłopakiem Agnès, który zaprosił mnie na jutro na grilla i ognisko. Squatowcy robią o 18 imprezę z okazji 1 maja :) Powiedziałam, że przyjdę, pod warunkiem, że będziemy skakać przez to ognisko :))) Ale czekam jeszcze cały czas na wiadomość od tej grupy Polaków, którzy chcą się uczyć angielskiego, czy mamy jutro pierwszą lekcję czy nie. Jeśli tak, to będę wolna dopiero po 20. Jeżeli będę w stanie :) Ciekawa jestem, jak to wszystko wyjdzie. Cóż, wkrótce zobaczymy!

niedziela, 29 kwietnia 2007
Kino, teatr i wodospady! :)

305.

W środę poszłam do pracy i zajęłam się dalej przygotowywaniem broszur informacyjnych na nowy rok akademicki dla każdego z naszych wydziałów. Jest to dość czasochłonne, bo trzeba wszystko parę razy sprawdzać, ale przynajmniej czas dzięki temu szybciej zlatuje :) W czasie lunchu poszłam do domu, a potem wróciłam do pracy, czasami tylko robiąc sobie przerwy na Internetu lub maile, dla odpoczynku. Po pracy poszłam do domu i coś zjadłam, a potem na 19 poszłam na polski i dałam im kolejny test - tym razem mieli przetłumaczyć na angielski list napisany po polsku. A na koniec dałam im parę przykładów zaproszeń - formalnych i nieformalnych, bo tego właśnie będzie dotyczył ich kolejny test za tydzień :)

W czwartek dzień w pracy minął mi bardzo szybko - tak to jest, jak się ciężko pracuje :))) W czasie lunchu znów byłam w domu, a po pracy weszłam do Jacksona i kupiłam sobie Nutellę. Pod sklepem spotkałam Krystiana, który wkrótce się wyprowadza z Piotrkiem najprawdopodobniej do Shipley. W domu wrzuciłam wreszcie na "fotki" moje stare zdjęcia z Edynburga, bo już dawno obiecałam to znajomej z Oksfordu, którą próbuję namówić na wyjazd do Szkocji :) Na 20:30 poszłam do Muzeum, gdzie w ramach "Kółka francuskiego" umówiliśmy się na oglądanie filmu "Indigènes"(Days of Glory). Oprócz mnie przyszła Nina, Conrad, Matthieu, Tom i Agnès.

Bardzo mi się podobały zdjęcia do tego filmu i rzeczywiście nasuwały skojarzenia z "Szeregowcem Ryanem", do którego ten film jest porównywany i nazywany jego francuską wersją. Ale scenariusz chwilami był zbyt naiwny. Mimo to podobno jego projekcja w Cannes zaowocowała wypłaceniem zaległych żołdów żołnierzom z francuskich kolonii, którzy w czasie II Wojny Światowej wyzwalali Francję spod kontroli Niemców. Po filmie znalazłam tzw. książkę "przechodnią" - w ramach akcji "Bookcrossing.com" w różnych miejscach zostawiane się książki, które po przeczytanie zostawia się gdzieś dla kolejnych czytelników. Potem poszliśmy do Polskiego Klubu na piwo, skąd wyrzucono nas około północy :)

    

Roschdy Zem, Samy Naceri, Jamel Debbouze i Sami Bouajila jako "Indigènes".

W piątek w pracy dokończyłam te broszury na tyle, na ile mogłam, zanim dostanę potwierdzone terminy przyszłorocznych zajęć i nowy plan lekcji. Wtedy dorzucę tylko to wszystko na koniec i możemy zacząć je drukować, żeby rozdać je studentom jeszcze przed wakacjami. Pod koniec dnia przyszedł Javier i zgodził się zamówić dla mnie książkę w bibliotece, bo bałam się, że zamknął mi ją przed końcem pracy. Ale ponieważ szefowa szła do teatru, to i mnie puściła parę minut przed 17. Poszłam więc do biblioteki, gdzie porozmawiałam chwilę z Javierem, a potem poszłam do domu i dokończyłam Nutellę, dzięki czemu mam nową szklankę ;) A później położyłam się na chwilę do łóżka, żeby się zdrzemnąć.

Obudziłam się o 1:30 w nocy! :) Usiadłam do komputera, a około 5 rano poszłam dalej spać. W końcu wstałam o 11 i poszłam do sklepu po jedzenie i po materac. W piątek przyjeżdża do mnie znajoma z Manchesteru i muszę ją na czymś położyć :) Niestety, okazało się, że materacy zabrakło, ale będą w środę. Wróciłam więc do domu, wypakowałam zakupy i na 14:30 poszłam do Gosi na spaghetti, po drodze spotykając znów Maćka. Po obiedzie wróciłam do domu, wzięłam prysznic i położyłam się znów do łóżka :) Wstałam dopiero o 18:30, ubrałam się i poszłam do teatru, po drodze wyjmując pieniądze z bankomatu i spotykając dyrektora wrześniowego festiwalu "Bite the Mango".

Do teatru dotarłam tuż po 19 i spotkałam tam Shaza z pewną Polką, o której słyszałam jakiś rok temu, bo napadł na nią jakiś Anglik z nożem i wszystko jej zabrał. Przez jakiś czas było o tym głośno wśród wszystkich Polaków w Bratfoot. O 19:30 zaczęło się przedstawienie "Heartless Valentines", którego autorem obecny na sali lokalny dramatopisarz był Berni Bertola. Po spektaklu usiedliśmy wszyscy w barze, włącznie z aktorami, z których znałam połowę z ostatniej imprezy u Debz. Siedziałam z Shazem i z tą Polką pijąc "Żywca", a co jakiś czas dosiadał się do nas ktoś ze znajomych, żeby porozmawiać. W końcu około północy Shaz odwiózł nas do domu, a ja usiadłam jeszcze do netu i czatowałam z jakimiś Francuzami :)))

Dzisiaj obudziłam się przed budzikiem, ale poleżałam jeszcze w łóżku, aż w końcu wstałam o 8:30, zrobiłam kanapki, ubrałam się i na 9:15 poszłam pod uniwerek. Gosia doszła za chwilę i kupiła banany na drogę w Jacksonie. Wsiadłyśmy z jej chrześnicą w autobus numer 1 z bardzo miłym kierowcą Davidem, który zawiózł nas do Ingleton. Tam poszliśmy szlakiem "Waterfalls Walk" mijając po drodze 5 wodospadów. Zajęło nam to 4 godziny, a potem wróciliśmy na 5 do domu. Porozmawiałam z mamą przez SKYPE'a, a potem wrzuciłam zdjęcia z dzisiejszej wycieczki na "fotki". Sprawdziłam testy z polskiego, uzupełniłam wpis na blogu i poszłam wreszcie spać :)))

    

Drzewo nabite 2-pensowymi monetami i wodospad Thornton Force (więcej na "fotki.com/annad9")

wtorek, 24 kwietnia 2007
Nie miała baba kłopotu! :)

304.

W poniedziałek rano poszłam do pracy i wydrukowałam wszystkie rezerwacje z niedzieli (3 hotele w Portugalii i wynajem samochodu :) Potem przesłałam mojemu promotorowi 15 stron wstępu i przełożyłam spotkanie z nim na środę po pracy, bo na wtorek byłam umówiona z grupą Polaków, którzy chcą się uczyć angielskiego i nie chciałam się stresować. Mam parę pomysłów i chcę z nim o nich porozmawiać, a jutro mam czas przed lekcją polskiego prawie do 19:00. Później wysłałam maila do mojego szefa z college'u, bo sprawdziłam wyciągi z konta i okazało się, że nie dostałam pensji w lutym! Taki się wydawało, ale najpierw wolałam się upewnić i rzeczywiście nie znalazłam niczego na wyciągu ani pay-slipa z lutego. O 13 przyszedł Javier i poszliśmy obejrzeć "La Casona" - 15 minutowy horror z jego udziałem. Potem usiedliśmy w Atrium i zjedliśmy razem lunch. Ustaliliśmy też, że w wakacje nakręcimy razem film :) Zobaczymy, co z tego wyjdzie :))) Po powrocie do pracy nie miałam już nic do roboty, więc posurfowałam po Internecie.

W domu zaczęłam jeść obiad, kiedy przyszła chrześnica Gosi, której dałam wydrukowane wcześniej w pracy CV, a potem poszłam do biblioteki, żeby oddać książkę i film "21 gramów". Wtedy zauważyłam, że wydrukowałam za mało testów na polski, więc próbowałam wrócić do pracy, ale okazało się, że moja karta nie otwiera drzwi, które po 17 są blokowane. Poszłam więc do college'u i zabrakło mi tylko jednego testu dla Toma, chłopaka Agnès. Po lekcji poszłam z nim i Jan do Agnès, u której siedziało już pełno ludzi, bo Jan przyniosła tort z okazji urodzin, które obchodzi w środę. Potem odprowadziłam ją na przystanek, ale wracając weszłam do Agnès, żeby się wyżalić, bo właśnie się załamałam, że jestem okropnym nauczycielem. Jeden z uczniów nie jest w stanie sklecić nawet prostego zdania po polsku. Agnès  mnie pocieszyła, że jak inni sobie radzą, to znaczy, że nie jest aż tak źle. Posiedziałam u niej do 23:30 rozmawiając z nią i chłopakiem, który nadal u niej siedział jak przyszłam. Miło mi się z nim rozmawiało, bo inteligentny Anglik to rzadkość:)

We wtorek w pracy postanowiłam zapytać szefową, czy nie ma dla mnie jakiejś roboty, bo dość się już wynudziłam, a poza tym miałam okazywać entuzjazm :) Okazało się, że idealnie wyczułam moment, bo szefowa miała mnie właśnie poprosić, żebym zaczęła opracowywać broszury na temat każdego wydziału na nowy rok akademicki :) Początkowo wyglądało to dość przerażająco, ale okazało się, że nie jest tak źle, bo dziś zrobiłam już cały pierwszy rok i został mi tylko drugi i trzeci :) Powinnam się zatem wyrobić do końca tygodnia :))) W czasie lunchu poszłam do sklepu, a potem po raz pierwszy w tym tygodniu do domu :) Po pracy przebrałam się i coś przegryzłam, a później poszłam do Muzeum i kupiłam bilet na czwartek. Tym razem w ramach "Kółka francuskiego" idziemy na francuski film "Indigènes" (Days of Glory), a że jako "Friend of Film" mam zniżkę, to obiecałam, że spróbuję kupić bilety dla paru osób - co dzień jeden :))) W końcu około 17:40 dotarłam do pubu, gdzie byłam umówiona z jedną z moich uczennic i grupą Polaków. Pogadaliśmy i mają się zastanowić, ale chyba od przyszłego wtorku zacznę ich uczyć angielskiego w Polskim Klubie. W co ja się znów pakuję?! :)))

niedziela, 22 kwietnia 2007
Wielki cyrk! :)

303.

W czwartek rano pensja spłynęła mi na konto, więc nastawiłam się, że w niedzielę zarezerwuję wreszcie noclegi w Portugalii. W tym miesiącu dostałam pay-slipa (wydruk stanu pensji) w kolorze jasno-fioletowym, a nie jak do tej pory jasno-zielonym. Pewnie związane jest to z faktem, że uniwerek zmienia swój wizerunek - nowa strona już straszy ostrym różem :))) W czasie lunchu znów zjadłam makaron z sosem - tym razem krewetkowym, a potem wzięłam się za spisywanie raportu ze środowego zebrania wydziału Psychologii. Po pracy weszłam na chwilę do domu, żeby coś zjeść, a potem na 17:30 poszłam do Muzeum na film "Dobry Niemiec" (Good German) Stevena Soderbergha. Bardzo mi się nie podobał - od tego, że rosyjski generał miał na nazwisko Sikorski począwszy, a na podejściu do głównej bohaterki i tytule skończywszy. Po filmie porozmawiałam chwilę z bratem przez SKYPE'a i dłużej ze znajomą z Manchesteru. A potem około 21 poszłam do Agnès na "Kółko Francuskie", jak zwykle obiecując sobie, że nie zostanę długo. Conrad oddał mi poprawione 14 stron mojego wstępu do pracy doktorskiej, a potem grałam z 3 Francuzkami i jednym Francuzem w Tarota i zanim się obejrzałam była już 3 rano :)))

    

George Clooney, Kate Blanchett i Tobey Maguire w udającym "Casablankę" filmie "Good German".

W piątek pogoda się popsuła, a w dodatku od rana męczył mnie kac po francuskich winach :) Nie mogłam więc uwierzyć własnym oczom, gdy na trawniku przed głównym budynkiem uniwerku zobaczyłam teren ogrodzony żółtą policyjną szarfą i grupę ludzi w białych kombinezonach, goglach i niebieskich ochraniaczach na nogach, którzy pochylali się na paroma leżącymi tam trupami. Jak się przyjrzałam, zobaczyłam, że te trupy to manekiny, a szefowa uświadomiła mnie, że to studenci medycyny sadowej mają ćwiczenia :) Muszę powiedzieć, że było to dość makabryczne i przerażające, szczególnie w kontekście niedawnej masakry w Virginia Tech. Do lunchu na szczęście kac mi przeszedł i tym razem szefowa zauważyła i doceniła wreszcie, że zostaję w pracy i jem makaron :) Po lunchu przyszedł do mnie znajomy student z Hiszpanii, Javier, z którym ostatnio często rozmawiam i przegadaliśmy z godzinkę, oglądając krótkometrażowy film jego znajomego na "Youtube" :) Ten znajomy to operator Juan Pablo Antun, u którego Javier zagrał w poprzednim krótkim metrażu "La Casona". Umówiliśmy się, że obejrzymy go w poniedziałek w czasie lunchu w salce uniwersyteckiej, gdzie można oglądać filmy na wideo :) Javier też chce nakręcić film w te wakacje i chce, żebym mu w tym pomogła :)))

Po jego wyjściu dokończyłam raport zebrania Psychologii i tuż przed 17 wysłałam go szefowej wydziału. Po pracy weszłam do domu, żeby się przebrać, a potem pojechałam do Morrisona na zakupy. Kupiłam między innymi "Wiśnie w likierze", kapustę kiszoną "Krakusa" i składniki potrzebne do zrobienia zrazów. Na sobotę wieczór zaprosiłam bowiem Anglików, u których byłam na obiedzie tuż przed świętami i powiedziałam, że przygotuję typowe polskie jedzenie. Wracając autobusem do domu zadzwoniłam do Gosi i spytałam, czy ma tłuczek do mięsa. Wypakowałam tylko zakupy i poszłam od razu do niej, żeby go pożyczyć. Była już u niej jej chrześnica i namówiły mnie na jedno piwko. Zrobiły się z tego 2 piwka i godzina 22 :) Pobiegłam szybko do sklepu obok i kupiłam 4 butelki "Tyskiego" (jedno dla Gosi, którą też zaprosiłam, ale stwierdziła, że będzie zbyt zmęczona i nie przyjdzie), a potem wsiadłam z chrześnicą Gosi w autobus i wróciłam do domu. Zabrałam się do robienia zrazów, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie kupiłam cebuli! :) Poszłam więc do Jacksona, ale tam jej nie mieli, więc musiałam znów iść do Gosi :))) Potem porozmawiałam chwilę ze znajomą z Manchesteru, jednocześnie gotując bigos i zrazy, aż w końcu ok. 1 w nocy padłam na twarz i poszłam spać.

W sobotę obudziłam się o 11 i włączam znów bigos i zrazy. Zjadłam śniadanie i w południe wyszłam z domu. Zaraz koło domu spotkałam Maćka, którego nie widziałam od zeszłych wakacji. Okazało się, że nadal mieszka na sąsiedniej ulicy i teraz kiedy zrobiło się ładnie i ciepło, pewnie będziemy znów częściej na siebie wpadać :( Rozmawiając z nim przez chwilę uświadomiłam sobie, że nie wzięłam ze sobą karty bibliotecznej, więc wróciłam do domu, a potem poszłam na Interchange i pojechałam pociągiem do Leeds. Tam wsiadłam w autobus i podjechałam do biblioteki uniwersyteckiej, gdzie oddałam książkę o Polańskim, a wypożyczyłam o Kieślowskim, która już na mnie czekała. Wracając do domu weszłam do Alhambry, żeby kupić wcześniej bilet na "Le Grand Cirque" na 14:30. Szybko się przebrałam, po czym wróciłam do teatru. Zespół "Le Grand Cirque" składał się z samych Chińczyków i Chinek, oprócz prowadzącego i tancerek w stringach, które miały odwracać uwagę widzów i zabawiać ich w czasie zmian dekoracji. Chińczycy popisywali się swoimi umiejętnościami w rytm klasycznych przebojów w stylu disco (m.in. Bolero Ravela, Lot Trzmiela, Król Gór, O Fortuna:) W pewnym momencie, kiedy 12 Chińczyków wykonywało akrobacje na 4 słupach, przypomniała mi się scena z "Ocean Eleven" - Clooney: "Który to?" Pitt: "Ten mały Chińczyk" :)))

    

Le Grand Cirque (więcej na: http://www.palacetheatremyrtlebeach.com - warto kliknąć na Show Movie)

Po przedstawieniu wróciłam do domu i zabrałam się za sprzątanie, jednocześnie gotując dalej bigos i zrazy, które zresztą przypaliłam :) Potem wzięłam prysznic i uratowałam jakoś 8 z 12 zrazów :))) Ubrałam się, skończyłam zmywać i byłam gotowa na czas. Najpierw zaproponowałam moim gościom "Tyskie", bo stwierdziłam, że pasuje do kiszonej kapusty. Potem rozmawialiśmy i piliśmy białe wino, które przynieśli. Chcieli wyjść przed 22, ale namówiłam ich na ostatnie polskie piwo i wyszli po 22 :) A ja zabrałam się za poprawianie wstępu mojej pracy według wskazówek Conrada. W końcu koło 1 w nocy poszłam spać. A dziś obudziłam się o 10:00 i pozmywałam naczynia. Potem przez parę godzin rozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a, ale nareszcie udało mi się dojść z bratem do porozumienia i zarezerwować samochód oraz większość noclegów w Portugalii. Resztę chcemy znaleźć już na miejscu. Ustaliliśmy też szczegóły mojego przyjazdu w maju na 90-te urodziny babci. O 17 przyszła Gosia z chrześnicą na resztę bigosu i zrazów. Potem bez zapowiedzi czy zaproszenia wpadł Shaz, którego olałyśmy, bo pomagałam Gosi chrześnicy napisać CV. Wyszłyśmy razem, bo bałam się, że w przeciwnym razie Shaz zostanie i będzie mi gadał, a jak się z nami pożegnał, wróciłam do domu i zabrałam się za porządkowanie papierów :)

środa, 18 kwietnia 2007
A życie toczy się dalej!

302.

W poniedziałek szefowej nie było w robocie, więc miałam luzy. Odpisałam na maile i umówiłam się ze znajomymi na piątek 11 maja w mieszkaniu mojego brata w Warszawie. Uczę się na błędach, bo w  czasie mojego poprzedniego pobytu w Polsce umówiłam się z ludźmi w knajpie, ale okazało się, że akurat mają tam imprezę zamkniętą, a w drugiej wszystkie stoliki były zarezerwowane. Problem polega na tym, że nie mam już polskiej karty i mało kto ma do mnie numer telefonu, więc wolę się umówić zanim przylecę :) W czasie lunchu nie poszłam jak zwykle do domu, tylko zostałam w pracy i zjadłam makaron z sosem, który kupiła dla mnie Debz (ta koleżanka z pracy, u której byłam na imprezie :) Przypomina to trochę nasze chińskie zupki, tylko wlewa się mnie wody :) Zachwalała mi kiedyś, że takie dobre i kosztuje tylko 8 pensów, aż powiedziałam, żeby kupiła mi z 5, to spróbuję. W tym tygodniu postanowiłam zatem zostawać na lunch w pracy i próbować równych rodzajów sosów :) A przy okazji odsiedzieć te dwie godziny, które spędziłam w kinie w czasie festiwalu, gdy mnie szefowa puściła na dokument o Kieślowskim. Po pracy wróciłam do domu i położyłam się na pół godzinki na łóżku. A potem zjadłam coś i na 19 poszłam do college'u na pierwszą po przerwie lekcję polskiego. Było bardzo fajnie i się cieszę jednak, że nadal uczę.

Po lekcji porozmawiałam chwilę z jedną z uczennic, która chce żebym uczyła angielskiego Polaków, którzy przyjeżdżają do pracy do restauracji, w której jest menadżerką (to właśnie restauracja płaci za jej lekcje polskiego :) Umówiłyśmy się, że spotkam się z nimi w przyszły wtorek po pracy i sprawdzę ich poziom angielskiego. Wracając do domu spotkałam Agnès  pod jej domem oraz Polkę, która mieszka obok niej. Podeszła ze mną do domu, żeby pożyczyć ode mnie jakieś filmy z polskimi napisami, bo jej mama przyjechała do niej w odwiedziny, ale nie zna za dobrze angielskiego i nudzi się, gdy ona i jej chłopak oglądają filmy w oryginale. Pożyczyłam jej więc "Daleko od nieba", "Płytki grób" i "Świętych z Bostonu" :) Po polsku mam jeszcze tylko "Kill Billa", ale pożyczyłam go właśnie Chinkom. Oczywiście wszystkie te filmy są z wydań gazetowych. Potem przypomniałam sobie, że mam jeszcze "Czasem słońce, czasem deszcz", czyli superprodukcję z Bollywood :))) Spodobałaby się jej mamie :) Później pogadałam przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru. Ponarzekałyśmy sobie na Busha i na Amerykę w związku ze strzelaniną w Wirginii. Aż w końcu stwierdziłyśmy, że życie toczy się dalej, a rano trzeba wstać do pracy, więc poszłyśmy spać.

We wtorek szefowa wróciła do pracy, więc poszłam do niej zapytać o parę spraw i zabrałam się za robotę. W czasie lunchu zostałam znów w robocie, a po 17 poszłam prosto do biblioteki, oddałam parę książek i wypożyczyłam "21 gramów" na DVD. Wracając weszłam jeszcze po drodze do sklepu po mleko. W domu zjadłam trochę "Ptasiego mleczka" i zaczęłam przeglądać strony internetowe w poszukiwaniu wiadomości o strzelaninie w Wirginii. W niektórych miejscach znalazłam antyamerykańskie lub anty-koreańskie komentarze. Niektórzy dziwili się, co to ma wspólnego z Irakiem lub potępianą w nich polityką zagraniczną USA. Cóż, dopóki nie zrozumieją, że to wszystko się ze sobą łączy, nic się tam nie zmieni na lepsze. A także dopóki nie zdelegalizują broni, albo przynajmniej nie zaostrzą przepisów. Pogadałam znów chwilę ze znajomą z Manchesteru i miałam właśnie zacząć oglądać film, kiedy do drzwi zapukała ta Polka, która wczoraj pożyczyła ode mnie filmy. Poprosiłam Agnès, żeby jej przekazała, że mam dla niej jeszcze jeden, więc przyszła ze swoim chłopakiem, żeby go pożyczyć. Jak zobaczyli, że to Bollywood, to nie byli zachwyceni :) Ale powiedziałam, żeby dali mu szansę, a nie pożałują. Jak wyszli obejrzałam wreszcie "21 gram" i teraz podobał mi się bardziej niż za pierwszym razem, te parę lat temu.

    

Benicio del Toro oraz Naomi Watts i Sean Pean w filmie "21 gram".

Dzisiaj w pracy zdałam sobie właśnie sprawę, że do niczego już się nie zmuszam, tylko chodzę uśmiechnięta i zadowolona. Wystarczyło, że wytłumaczyłam sobie z szefową parę spraw i nagle wszystko się jakoś układa. O 11:30 poszłam na kolejne zebranie wydziału Psychologii, które potrwało do 13:30. Ich sekretarka nadal jest na zwolnieniu na stres, już od jakiś 5 miesięcy. Jak tak dalej pójdzie, to może zaczną szukać kogoś na jej miejsce, a wtedy chętnie bym się zgodziła. Miałabym jeszcze mniej obowiązków niż teraz, chociaż nie mogę jakoś narzekać na ich nadmiar. Podobno po egzaminach będzie naprawdę dużo roboty, ale podchodzę do tych ich zapewnień "z pewną taką nieśmiałością" i przymrużeniem oka :) Lunch znowu zjadłam w pracy, ale szefowa chyba nadal nie zauważyła, że nie idę do domu. Mam nadzieję, że to w końcu dostrzeże i doceni :))) Po pracy poszłam do domu i porozmawiałam z kuzynką przez SKYPE'a. A później poszłam na polski i zrobiłam studentom drugiego roku kolejny test. Teraz już co tydzień będę im musiała robić takie testy, żebyśmy się wyrobili do końca czerwca. Po pracy porozmawiałam jeszcze chwilę z siostrą, a potem poszłam wcześniej spać.

niedziela, 15 kwietnia 2007
Koniec laby! :)

301.

W sobotę obudziłam się przed 11, zjadłam śniadanie i koło południa pojechałam do dużego Morrisona na zakupy. Kupiłam między innymi "Ptasie mleczko", ale zupełnie zapomniałam o proszku i płynie do prania. Po powrocie do domu poszłam więc do bankomatu i do Jacksona, a potem mogłam wreszcie zrobić pranie. Ale sprawdziłam w programie Alhambry, że po raz ostatni grają "Mahabharatę", więc zamiast do pralni, przebrałam się i poszłam do teatru. Na miejscu okazało się jednak, że odwołali wszystkie przedstawienia. Wróciłam zatem do domu i pomiędzy praniem a suszeniem ugotowałam sobie obiad. Włączyłam sobie płytę "Tata Kazika" Kultu na cały regulator, ale jak wyszłam z domu po suche ubrania, okazało się, że na zewnątrz i tak nic nie słychać. W końcu położyłam się do łóżka i zasnęłam. Pół godzinki później dostałam SMSa od chrześnicy Gosi, że są bardzo zmęczeni po wycieczce do Skipton i do Haworth, więc nie mają siły, żeby do mnie przyjść. Mieliśmy napić się u mnie piwka, a potem pójść do jakiegoś klubu potańczyć. Ale zaproponowali, żebyśmy zamiast tego spotkali się około 20 u nich. Zgodziłam się i poszłam dalej spać. Potem wstałam wzięłam prysznic i poszłam. Posiedziałam dwie godzinki, a później wsiadłam z chrześnicą Gosi w autobus i wróciłam do domu. Poszłam spać około północy.

Dziś obudziłam się o 10 i zabrałam się za sprzątanie. Przygotowałam drugą pralkę do prania, a potem wzięłam prysznic i czekałam na gości. Umówiliśmy się, że spotkamy się u mnie wszyscy o 12, Gosia i jej brat przegrają sobie u mnie zdjęcia, a potem pójdziemy wszyscy do Chińczyka na bufet :) O 12:30 byliśmy już w restauracji, a godzinkę później wyszliśmy tak najedzeni, że nie mieliśmy już siły iść :) Wsiedliśmy więc w autobus i podjechaliśmy do Gosi do domu. Udało mi się ich namówić na to, żebyśmy wzięli kocyk i poszli trochę poleżeć na trawce za Gosi domem. Jest tam wielkie boisko, a za jej domem było przejście, ale okazało się, że ktoś ostatnio założył tam furtkę i zamknął ją na kłódkę. Musieliśmy więc iść dookoła, aż doszliśmy do bramy i tamtędy weszliśmy na boisko, na którym parę osób grało chyba w krykieta. Przeszliśmy obok trzech zaparkowanych tam samochodów i położyliśmy się pod Gosi oknami. Niecałą godzinkę później chcieliśmy wrócić tą samą drogą, ale okazało się, że wszystkie samochody zniknęły, a brama jest zamknięta i musieliśmy przejść przez murek :) Gosi brat dokończył pakowanie i poszliśmy razem na przystanek. Dziewczyny jechały z nim na lotnisko, żeby go odprowadzić na samolot, a ja poszłam piechotką do domu.

Wzięłam pranie i poszłam znów do pralni na przeciwko. Na szczęście dziś był inny pracownik niż wczoraj, bo tamtego nie lubię. Nie podoba mi się jego zachowanie, ale co mogę zrobić? Natomiast ten, który był dzisiaj jest najfajniejszy - nie zagaduje klientów tylko siedzi sobie i czyta książkę, a jak trzeba to zawsze chętnie pomoże czy rozmieni pieniądze. Następnym razem poproszę ich chyba o grafik, żeby wiedzieć, kiedy mam robić pranie :))) Po praniu, kiedy zabrałam się za wieszanie, zadzwoniła moja siostra przez SKYPE'a. Napisałam jej przez czata, że nie mogę teraz rozmawiać, bo chciałam zrobić wreszcie porządek w szafie i pochować zimowe rzeczy gdzieś na dno, a wyjąć na wierzch te lżejsze. Od dwóch dni mamy bowiem upały i ponad 20 stopni! :) W tym tygodniu ma się co prawda trochę ochłodzić, ale i tak powinno być ponad 15o C! :) Porozmawiałam więc z nią dopiero pół godziny później, jak skończyłam wiosenne porządki. A potem zadzwoniłam do mamy i wygadałam wszystkie pieniądze, jakie miałam jeszcze na karcie :))) W końcu zabrałam się za przygotowywanie do lekcji polskiego, bo jutro kończy mi się przerwa wielkanocna w college'u :) Zostało mi tylko po 10 lekcji w każdej grupie, w czasie których muszę przeprowadzić testy, żeby moi studenci dostali na koniec certyfikaty, a więc do roboty! :)))

piątek, 13 kwietnia 2007
300! :)

300.

Nawet nie wiem kiedy minęły mi ponad dwa lata w Anglii i kiedy wrzuciłam 299 postów na tego bloga! :))) Dziś piszę 300 (zupełnie jak tytuł nowego filmu o Spartanach :))) I planuję spędzić tu najbliższe 3 lata mojego życia. A potem, jak skończę studia, mam nadzieję zmienić kraj, choć niektórzy straszą mnie, że tu się łatwo "wsiąka" :) I tego prawdę mówiąc najbardziej się obawiam - że zanim się obejrzę minie 30 lat, a ja nadal będę mieszkać w Bratfoot :))) Sean się kiedyś naśmiewał, że przyjedzie za jakiś czas do Bratfoot w odwiedziny, a ja przywitam go z gromadką dzieci słowami "Hello Love" z silnym akcentem z Yorkshire :))) Mam jednak nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie i że nie znajdę kolejnego powodu, aby spędzić tu kolejne 3 lata :))) Nie żałuję decyzji o wyjeździe z Polski i przyjeździe do Bratfoot, ale nie chciałabym tu spędzić starości. Zawsze powtarzam, iż myślałam, że będzie tu gorzej, ale dzięki Muzeum Mediów, Alhambrze i sali St. George's czy Priestley Theatre da się tu jakoś wytrzymać. Ale lubię duże miasta i Nowy Jork jest mi bliższy niż miasteczko w Yorkshire :)))

W środę poszłam do pracy z uśmiechem, ale bez entuzjazmu. Pięć dni przerwy trochę mnie rozleniwiło i nie miałam wcale zamiaru rzucać się od razu w wir pracy. W dodatku byłam sama w pokoju, więc nie musiałam nawet za bardzo udawać, że pracuję :) Dopiero w czasie lunchu przyszła dziewczyna, która robi u nas praktyki. Zostawiłam ją i poszłam do domu na obiad. Jak wróciłam, jej już nie było, bo w tym tygodniu ma praktyki w bibliotece. Wróciłam więc do surfowania w Internecie :))) A po pracy spotkałam się w Wanyu, moją znajomą Chinką (kryptonim Jessica :) którą poznałam w Graduate School. Poszłyśmy do restauracji Omar Balti, żeby coś zjeść i napić się lassi - takiego owocowego koktajlu z jogurtem. Potem przeszłyśmy się na spacer i dotarłyśmy do Muzeum Mediów, gdzie namówiłam Wanyu na to, żeby kupiła sobie kartę "Friends of Film", na którą będzie miała zniżkę do kina. Spytała mnie wtedy, czy mogłabym porozmawiać i może trochę pomóc jej znajomej, która pisze pracę magisterską na temat kina europejskiego i hollywoodzkiego. Zgodziłam się i umówiłyśmy się znów na następny dzień. Na koniec poszłyśmy do centrum, pod ratusz i usiadłyśmy a zewnątrz Lloydsa. Wanyu wzięła piwo, a ja Smirnoff Ice i rozmawiałyśmy do 20. W końcu poszłyśmy do domu i spać.

W czwartek nadal byłam sama w pokoju, bo Leah wzięła urlop do końca tygodnia. W czasie lunchu znów przyszła praktykantka, a ja znów zostawiłam ją samą i poszłam do domu. Potem wróciłam i coś tam porobiłam, zadając szefowej parę pytań, żeby wiedziała, że coś robię :) A po pracy spotkałam się znów z Wanyu i poszłyśmy do niej do akademika. Nie byłam jeszcze w żadnym akademiku uniwersyteckim. Do tej pory dotarłam tylko do dwóch akademików college'u :) Znajoma Wanyu ugotowała dla nas obiad - ryż z warzywami, do tego kurczak z zieloną papryką i orzeszkami oraz jajecznica z pomidorami. Prawdziwy chiński obiad domowej roboty! :) Potem poszłyśmy do jej pokoju i okazało się, że porównuje "Nikitę" Luca Bessona z amerykańskim remake'iem "Point of No Return" i że napisała już 50 stron. Porozmawiałyśmy trochę o kinie europejskim i hollywoodzkim, na którym nie znała się zbyt dobrze, więc podałam jej parę tytułów klasycznych filmów. Szkoda, że nie pisze o kinie chińskim. Na koniec obiecałam, że pożyczę jej "Kill Bill" na DVD, zeby zobaczyła jakie filmy mogą teraz powstać dzięki "Nikicie" Bessona.

Wanyu odprowadziła mnie do domu. Po drodze weszłyśmy do sklepu, bo chciałam kupić jakieś wino na wieczorne "Kółko francuskie", ale nie mogłam się zdecydować. Na szczęście spotkałyśmy Agnès, która pomogła mi wybrać. W domu przebrałam się w jeansy, Wanyu wzięła ode mnie obie części "Kill Bill", a potem pomogła mi się zabrać :) Wzięłam grilla, laptopa i "Nienawiść" Mathieu Kassovitza na DVD i wyszłyśmy. Pożegnałam się z Wanyu pod squatem i poszłam do Agnès. Podłączyłam laptopa, ale stwierdziłam, że przydały by się głośniki. Nina i Mathieu są we Francji, więc miała nas być tylko troje: ja, Agnès Conrad, więc stwierdziłyśmy, że to idealna okazja, żeby obejrzeć wreszcie film. Kiedy przyszedł Conrad, na jego widok przypomniałam sobie, że zapomniałam zabrać dla niego 14 stron mojej wprawki do pracy doktoranckiej :))) Pobiegłam więc do domu i przy okazji wzięłam głośniki i sok jabłkowy :) A potem obejrzeliśmy się "Nienawiść" i po raz kolejny przekonałam się, że to niesamowity film, który za każdym razem wydaje mi się lepszy :) A potem doszedł Tom, Paweł i jacyś squaterzy. Jeden z nich przyniósł mi lilie z odzysku :) Piliśmy wino i zanim się obejrzałam było już po północy. Pożegnałam się więc z Agnès i wyszliśmy z Conradem, umawiając się na kolejne "Kółko" za tydzień :)

W piątek nie było szefowej w pracy, a poza mną przyszła tylko dziewczyna z pokoju obok i dziewczyna z agencji. Poza nami pojawiła się jedna z wykładowczyń. Zabrałam się akurat za odpisywanie maile, kiedy włączył się alarm przeciwpożarowy. Myślałam, że to ćwiczenia przeciwpożarowe, więc wzięłam torebkę, kurtkę i chciałam wyjść przed budynek, ale na korytarzu spotkałam dziewczynę z pokoju obok, która powiedziała, że to ona przypaliła tosta i że nie muszę wychodzić. Machała w kuchni z drugą dziewczyną ścierkami, żeby rozproszyć trochę dym :) Pojawił się jakiś pan i wyłączył alarm, a ja wysłałam do mojej "Subject Librarian" listę książek o polskim kinie, które chciałabym, aby kupiła do biblioteki. A potem zabrałam się za robotę, aż przyszedł praktykantka przyszła lunch. Poszłam więc do domu i zabrałam się za sprzątanie, bo po pracy zaprosiłam do siebie Sandrę, dziewczynę z Hospitality Club. Potem wróciłam do pracy i dokończyłam robotę. O 16 dziewczyna z biura obok przyszła i powiedziała, że uważa, że powinniśmy iść do domu. Oprócz nas w pracy pojawiło się ze dwóch wykładowców i ze dwie wykładowczynie. Studentów jeszcze nie ma i wrócą na zajęcia dopiero w przyszłym tygodniu. Przekonała dziewczynę z agencji (bo mnie nie musiała przekonywać :) i o 16:15 poszłyśmy wszystkie do domu :)

Po drodze weszłam do sklepu, żeby kupić mleko i piwo na wieczór. Mieszkanie miałam już sprzątnięte, więc usiadłam do Internetu i aż do przyjścia Sandry odpisywałam na maile, próbując nadrobić zaległości :) Sandra wróciła niedawno z Włoch i przywiozła ze sobą płytkę ze zdjęciami, więc najpierw obejrzałyśmy jej fotki :) Napiłyśmy się kawki i porozmawiałyśmy o wspólnych znajomych wolontariuszach :) Na koniec umówiłyśmy się, że może pojedziemy razem do Walii w jeden z długich weekendów w maju (tak, tak, tutaj w maju są dwa długie weekendy - pierwszy i ostatni weekend miesiąca :) Około 20:00 Sandra poszła na autobus, bo jutro rano leci na 4 dni do Francji i musiała się jeszcze spakować :) Tak jak każdy w Hospitality Club uwielbia podróżować i tak jak ja, wyjeżdża kiedy tylko może :) Po jej wyjściu zadzwoniłam do Gosi i namówiła mnie, żebym przyszła do nich na godzinkę lub dwie. Napiliśmy się piwka z jej  bratem, a potem wróciłam autobusem z jej chrześnicą do domu. Umówiliśmy się, że jutro wieczorem pójdziemy do jakiegoś klubu potańczyć :) W domu porozmawiałam przez SKYPE'a z siostrą, a potem po raz pierwszy z kuzynką i jej rodziną :) A potem poszłam spać :)

    

Kwiaty na drzewie koło kościoła obok domu Gosi i moje lilie (wyrzuciłam je, bo za ostro pachniały! :)

wtorek, 10 kwietnia 2007
Słodkie lenistwo :)

299.

Zabrałam się wczoraj za pisanie i tak mi dobrze szło, że zanim się obejrzałam, było już jasno :) Po 6 rano zaczęłam wreszcie odczuwać zmęczenie i tuż przed 7:00 skończyłam pisać 13 stronę i poszłam wreszcie spać :) Obudziłam się dziś o 14:00! :) Sprawdziłam pocztę i poczyrałam cudze blogi, a potem wzięłam prysznic i poszłam do sklepu po chleb, bo ostatnie parę kromek mi się popsuło i musiałam je wyrzucić. Tutaj jedzenie niestety dość szubko się psuje. Kupiłam więc chleb i owoce, a potem wróciłam do łóżka i napisałam bibliografię, dochodząc tym samym do 14 stron i myślę, że na razie wystarczy. Conrad powiedział, że jak mu je przyniosę wydrukowane w czwartek na "Kółko francuskie", to mi je w weekend sprawdzi. Super! :) Pogadałam jeszcze chwilę z przyjaciółką z Polski, a potem postanowiłam iść na spacer zanim się ściemni. Spytałam Gosię, czy nie chcą się z bratem wybrać do pobliskiego parku, ale byli dziś na wycieczce i nie mieli już siły, więc poszłam sama. A potem weszłam do nich i pogadaliśmy, ale tym razem nie napiłam się z nimi, bo rano trzeba iść do pracy :( W dodatku z entuzjazmem i uśmiechem na ustach :) A już się przyzwyczaiłam do takiego leniwego trybu życia :)))

   

Słup elektryczny na mojej ulicy i meczet koło parku (nadal w budowie :)

poniedziałek, 09 kwietnia 2007
My Big Fat Pakistani Wedding :)

298.

W nocy z soboty na niedzielę nie mogłam zasnąć, bo nadal bolała mnie głowa, chociaż wzięłam już ze 3 środki przeciwbólowe. Włączyłam muzykę relaksującą i założyłam okulary z materiału wypełnione ziołami, ale płyta się skończyła, a ja nadal nie mogłam zasnąć. Ból na szczęście przeszedł i wreszcie około 5 nad ranem udało mi się zapaść w sen, ale obudziłam się tuż po 7. Zmusiłam się do tego, żeby jeszcze trochę pospać, aż o 8 zadzwonił budzik. Wstałam, wzięłam prysznic, zrobiłam makijaż i ubrałam się elegancko na ślub. Byłam już prawie gotowa, kiedy dostałam SMSa od chrześnicy Gosi, że zaraz będzie koło mojego domu, więc jeśli jeszcze nie wyszłam, to możemy pójść razem. Pięć minut później była już pod domem, więc wyszłam i dotarłyśmy do Gosi tuż przed 9. Przywitałam się z jej bratem, a potem zabraliśmy się wszyscy za przygotowania do świątecznego śniadania. Podzieliliśmy jajka, kiełbaskę i chleb ze święconki. Podzieliliśmy się jajkiem, a potem Gosia podała żurek. Później zjedliśmy jeszcze pasztet domowej roboty z ćwikłą i na koniec babkę piaskową! :)

Po 10:00 przyjechał nasz wspólny znajomy z Balmoralu, który był u Gosi na imieninach. Zabrał ich wszystkich samochodem na dworzec, gdzie Gosia i jej chrześnica wsiadły w pociąg do Yorku, a reszta (to znaczy jej brat, znajomy z Balmoralu z dziewczyną i jej synem oraz jego brat) miała dojechać do nich samochodem. Ja tymczasem wróciłam piechotką do domu, bo dostałam SMSa od Shaza, że przyjedzie po mnie o 11. Położyłam się na łóżku i czekałam. Minęła 11, potem 11:30, a Shaza ani widu, ani słychu. Prawie zasnęłam, kiedy wreszcie o 11:59 zadzwonił telefon i powiedział, że czeka na mnie pod domem. Zeszłam na dół, podeszłam do samochodu i spytałam, czy na pewno chce, żebym w ogóle jechała na ten ślub. Pomyślałam, że może ma jakiś problem z rodziną, która nie chce, aby przyszedł z jakąś obcą dziewczyną. Ale powiedział po prostu, żebym wsiadała do samochodu i pojechaliśmy. Shaz wypożyczył specjalnie większy samochód, żeby zmieściło się w nim więcej osób. Zajechaliśmy pod jakiś dom i ja zostałam na siedzeniu z przodu, a za nami usiadła jego babka, matka i ciotka z Norwegii, a z tyłu usiadła jeszcze dwójka dzieciaków.

Po prawie godzinie jazdy w korkach dojechaliśmy wreszcie do hotelu gdzieś pod Ilkley, w którym odbywało się wesele. Ślub odbył się już w piątek, a w sobotę były poprawiny, teraz zaś wszyscy spotkali się po raz trzeci, jeżeli dobrze zrozumiałam, żeby złożyć im życzenia. Shaz przedstawił mnie swojej przyjaciółce Lily, która przyszła ze swoim partnerem Davidem i z nimi usiadłam przy stoliku. Za jakiś czas pojawili się państwo młodzi i zajęli miejsca na scenie. Goście podchodzili do nich i składali im życzenia, po czym panowie wychodzili i szli do sali obok, a panie zostawały. David też został poproszony o to, żeby przeniósł się do sąsiedniej sali (tylko dla mężczyzn :) U nas zostali tylko młodzi chłopcy. Okazało się bowiem, że pan młody jest bardzo religijny i dlatego uroczystość była podzielona na damsko-męską.

W naszej sali było kolorowo i z głośników leciała muzyka. Po jakimś czasie pojawiły się kelnerki i zaczęły roznosić jedzenie. Przeprosiłam Lily na chwilę i poszłam pstryknąć parę zdjęć, a potem wróciłam do stolika i przegadałam z nią całe przyjęcie. Okazało się, że pochodzi z Indonezji, a jej mąż umarł na raka 3 lata temu. Pracuje w Social Services, gdzie poznała Shaza. Uwielbia z Davidem podróżować i dopiero wrócili z Salzburga, a już zaraz lecą do Mediolanu, a potem na Bali, gdzie mają letni dom. Znalazłyśmy więc wspólny temat i zanim się obejrzałam minęły ze dwie godzinki. Jak się już najadłyśmy curry (dla mnie było trochę za ostre :) to wyszłyśmy z sali i poszłyśmy do baru, gdzie już siedział David z piwem :) Dowiedziałyśmy się od niego, że w ich sali było dużo nudniej, bo tylko jedli, nie było słychać muzyki, a wszyscy panowie byli w czarnych garniturach i obsługiwali ich kelnerzy na czarno :) 

Zostałam zaproszona na Bali, kiedy tylko będę miała czas i ochotę, bo wkrótce Lily idzie na emeryturę i przeprowadzają się tam z Davidem na stałe :) Są bardzo miłą parą i bardzo przyjemnie mi się z nimi rozmawiało. Potem dołączył do nas Shaz, ale co jakiś czas musiał iść komuś w czymś pomóc. W końcu Lili i David zaczęli się zbierać, a i Shaz zabierał część rodziny do domu, więc usiadłam znów z przodu i pojechaliśmy za Lili i Davidem, którzy pokazali nam krótszą drogę do Bratfoot. Matka Shaza spytała, czy dobrze się bawiłam, więc zaczęłam zapewniać, że wspaniale spędziłam czas i bardzo podobała mi się muzyka :) Potem podjechaliśmy pod mój dom, więc pożegnałam się, mówiąc że miło mi było poznać i poszłam do domu.

    

Młoda para i sala pełna kobiet i dzieci :)

Za jakiś czas zadzwoniła Gosia, która wracała już z Yorku i umówiliśmy się, że przyjdę do nich i obejrzymy zdjęcia. Puścili mi sygnał, jak autobus ruszył spod ratusza i za chwilę się do nich dosiadłam :) Obejrzeliśmy nawzajem swoje zdjęcia, a potem piliśmy piwko do 1 w nocy i musiałam wracać do domu piechotą. Sprawdziłam im jeszcze pociągi i autobusy do Blackpool w Internecie i wreszcie poszłam spać. A dziś obudziłam się o 13 i usiadłam od razu do komputera. Miałam dalej pisać moją pracę doktorancką, ale najpierw wrzuciłam zdjęcia z wesela na www.fotki.com/annad9, Porozmawiałam chwilę z przyjaciółką na czacie i z siostrą przez SKYPE'a, a potem zaczęłam czytać blogi i zanim się obejrzałam, zrobiło się ciemno i zapadła noc. Zjadłam coś wreszcie, ale nawet nie skończyłam, bo w ogóle nie byłam głodna. A potem zabrałam się znów za pisanie.

sobota, 07 kwietnia 2007
Cierpienia młodej doktorantki! :)

297.

W poniedziałek rano zaczęłam Spring Training Week. Na 9:15 poszłam na "Survival Skills and Introduction", który prowadził profesor Fell, mój były szef z Graduate School. Dzięki tym zajęciom zorientowałam się, na czym polega tutejszy system studiów doktoranckich. W czasie lunch poszłam do domu, a potem wróciłam o 13:30 na "Etykę", którą prowadził szef działu Personal Development. Później porozmawiałam z nim chwilę i dowiedziałam się, że w czasie jego rozmowy z moją bezpośrednią szefową dowiedział się od niej, że nie puścili mnie na ten kurs bez urlopu, bo nie są zadowoleni z mojej pracy. Trochę mnie tym zaskoczył, bo mi szefowa powiedziała, że nie mają mi nic do zarzucenia, z wyjątkiem braku entuzjazmu. Potem zapytał, czy dostałam już list z kadr potwierdzający moje zatrudnienie po okresie próbnym i tym samym dał mi do myślenia. Być może jak wrócę po świętach do pracy, to się okaże, że nie przedłużają mi umowy? A wtedy moje studia wezmą z łeb. A właśnie zaczęło mi się podobać i wreszcie poczułam się studentką! :) Po zajęciach poszłam zrobić pranie, bo nie miałam już prawie co na siebie włożyć. A potem pojechałam do dużego Morrisona po "Ptasie mleczko", bo w czwartek byłam zaproszona na obiad i nie chciałam iść z pustymi rękami. Przy okazji kupiłam śliwki i wiśnie w czekoladzie oraz kabanosy, które zaczęłam już jeść wracając autobusem do domu :) W domu rozpakowałam zakupy i poszłam do biblioteki. Przejrzałam znów całą półkę z książkami na temat filmów, a potem usiadłam do komputera i chciałam właśnie poćwiczyć EndNote, kiedy okazało się, że zaraz zamykają i muszę opuścić budynek. Myślałam, że biblioteka będzie jak zwykle w tygodniu otwarta całą noc, ale okazało się, że w czasie przerwy świątecznej zamykają o 21. Wypożyczyłam więc 7 książek, które wspominają coś o polskim kinie i jeden film na DVD, bo chciałam się wieczorem odprężyć i coś sobie obejrzeć przed snem. Zdecydowałam się na "Człowieka przyszłości" z Robinem Williamsem i muszę przyznać, że mi się podobał, mimo ckliwego zakończenia.

We wtorek poszłam na 9:30 na kolejny kurs zatytułowany "Twoja kariera jest ważna" i mimo, iż nie myślałam o swojej dalszej "karierze", to wiele się tam nauczyłam, m.in. jak zredagować CV i list motywacyjny. W Wielkiej Brytanii na przykład do CV nie dołącza się swojego zdjęcia, jak to jest dość popularne w Polsce, a czemu Anglicy nie mogą się wprost nadziwić. Potem poszłam do domu i na lunch i wróciłam znów o 13:30 na "The End Game", czyli zajęcia o tym, co  mnie czeka przy końcu tych studiów, które pomogły mi jednak zrozumieć, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi :) Odkryłam Amerykę, że doktorat to swoiste ćwiczenie, poprzez które mam udowodnić, że potrafię sama prowadzić badania i które musi spełniać określone warunki, a do tej pory myślałam, że mam napisać książkę :) Mogę oczywiście później przerobić moją pracę na literaturę popularną i ją wydać, ale będzie to wymagało pewnej pracy i zmiany jej konstrukcji oraz języka. Niby oczywiste, ale dopiero teraz to do mnie dotarło :))) Po zajęciach poszłam znów do biblioteki, żeby porozmawiać z tzw. "subject librarian", czyli pracownikiem, który zamawia książki z danej dziedziny i wie, gdzie poszukiwać wiadomości na dany temat. Porozmawiałam chwilę z jedną babką, ale odesłała mnie do innej, która w tym czasie jednak poszła już do domu, bo minęła 17. Obiecałam sobie, że pójdę do niej następnego dnia w czasie przerwy na lunch. Wróciłam do domu i dostałam SMSa od Sabriny, którą poznałam przez Hospitality Club, a z którą miałam wieczorem iść na piwo, że źle się czuję. Przełożyłyśmy więc spotkanie na przyszły tydzień, szczególnie że mnie od poniedziałku też męczył katar i leczyłam się Fervexem, więc nie powinnam pić piwa. Zamiast do pubu poszłam więc wcześniej do łóżka i zaczęłam czytać biografię Romana Polańskiego napisaną przez Johna Parkera, którą wypożyczyłam z biblioteki w Leeds. Nie mogłam się od niej oderwać i poszłam spać dopiero jak skończyłam ją czytać około 4 nad ranem :)

W środę wstałam po jakiś 4 godzinach snu i na 9:15 poszłam na kolejne zajęcia. Tym razem w czasie "Surviving the Viva" dowiedziałam się, jak będzie wyglądał egzamin końcowy, kiedy oddam już swoją pracę doktorancką i będę musiała ją obronić przed dwoma egzaminatorami - wewnętrznym (z naszego uniwerku) i zewnętrznym (teoretycznie specjalistą w danej dziedzinie z innego uniwersytetu, ale w praktyce w całej Anglii nie ma chyba specjalisty od kina polskiego :))) W czasie lunchu poszłam do biblioteki i porozmawiałam z odpowiednią bibliotekarką, która powiedziała, że jak jej napiszę w mailu jakie książki są mi potrzebne, a jednocześnie są dość ogólne i mogą się przydać innym studentom, to mi je zamówi i zakupi do biblioteki. Powiedziała, że pracuje właśnie nad taką listą, bo ma na to dodatkowe fundusze, które jeszcze się nie wyczerpały. Potem na 13:30 poszłam na zajęcia "Writing Your Thesis" o tym jak się pisze pracę doktorancką od strony językowej. Okazały się bardzo przydatne, bo największym problemem jest dla mnie fakt, że muszę ją napisać po angielsku :) Po zajęciach wróciłam do domu, a potem tuż przed 19 poszłam szukać nowego squatu Toma, gdzie tym razem wyjątkowo umówiliśmy się na "Kółko francuskie". Na święta przyjechali do Agnès w odwiedziny dwaj Francuzi (Jacenty i jego kolega Samuel) i zatrzymali się u Toma, bo Nina pojechała do Francji i zwolnił się jej pokój.  Miałam adres od Conrada i umówiliśmy się, że razem go poszukamy. Znaleźliśmy i przegadaliśmy prawie cały wieczór na temat mojej pracy doktorskiej, popijając znów francuskie wino i jedząc ugotowany przez Agnès i Samuela obiad. A na deser były moje camemberty z bagietką :) Oprócz naszej czwórki, Jacentego i Toma, przyszła jeszcze jakaś dziewczyna, która zamieszkała na tym squacie, a potem doszli także inni Anglicy oraz były wolontariusz z Polski, który też teraz tam mieszka, więc rozmawialiśmy już w trzech językach :) W końcu około 23 Conrad zaczął się zbierać, a ja razem z nim, bo nie czułam się najlepiej, a poza tym nie chciało mi się samej wracać. Ustaliliśmy, że zobaczymy się w sobotę na grillu, albo w czwartek na "Kółku Francuskim".

W czwartek na 9:30 poszłam do biblioteki na zajęcia "IT Skills", czyli znajomość komputera. Myślałam, że jak już mam ECDL (Europejskie Komputerowe Prawo Jazdy) to się tam wynudzę, ale okazało się, że poznałam wiele sztuczek, które zaoszczędzą mi wiele czasu w czasie pisania pracy, a których do tej pory nie znałam, czemu nie mogę się wprost nadziwić! :))) Na lunch poszłam znów do domu, a potem wróciłam na ostatnie zajęcia "Small and Medium Enterprises" o przedsięwzięciach i inicjatywach biznesowych. Teoretycznie nie interesuję się biznesem, ale po pierwsze w tym czasie nie było nic ciekawego (a nie chciałam marnować pół dnia urlopu :) a po drugie obejrzeliśmy fragmenty filmu z końca zeszłego wieku nakręconego w Yorkshire, który został niedawno odkryty i wydany na DVD przez BBC. Prowadzący, którego znałam z czasów, gdy pracowałam w Graduate School (byliśmy wszyscy razem na kręglach rok temu na Christmas Do :) obiecał, że jak mu napiszę przypominającego maila, to mi pożyczy ten film po świętach. Po zajęciach poszłam do domu i usiadłam do Internetu, szukając książek na temat polskiego kina, które powinnam przeczytać. Problem polega jednak na tym, iż chcę pisać o tym jak widzą je Anglicy, a okazuje się, że takich pozycji jest bardzo mało. Dlatego wymyśliłam, że skupię się na artykułach i recenzjach, które pojawiły się w miesięczniku "Sound and Sight", który jest brytyjskim odpowiednikiem "Kina", wydawanym przez Brytyjski Instytut Filmowy. Potem około 18:30 wyszłam z domu i poszłam na Interchange. Wsiadłam w autobus, który w niecałe 20 minut dowiózł mnie na miejsce i równo o 19 zapukałam do drzwi tego znajomego z kursu "Nowe Kino Europejskie" i wręczyłam mu waniliowe "Ptasie mleczko" :) Jego partnerka, podobnie jak on, była już na emeryturze, ale nadal udzielała się zawodowo, więc to on zajmował się domem i ugotował naprawdę dobry obiad. Spędziliśmy bardzo miło wieczór, rozmawiając o historii i polityce, aż wreszcie po 22 zamówili mi taksówkę i wróciłam do domu.

W piątek pospałam do południa, a potem zabrałam się za pisanie wstępu do mojej pracy doktoranckiej. Postanowiłam, że zacznę pisać krótką historię kina polskiego, bo mimo iż sam temat wciąż mi się trochę zmienia, to na pewno będę pisać o naszej kinematografii, więc taki wstęp na pewno mi się przyda. Jednak po napisaniu dwóch stron i to Arielem 12 z interlinią na 1,5 wiersza utknęłam i nie byłam w stanie napisać ani słowa więcej. Zamiast tego dorwałam się do Internetu i na "youtube" obejrzałam fragmenty paru polskich filmów i wywiad z Kieślowskim, a potem zaczęłam wynajdywać stare polskie teledyski :) W końcu zamiast iść spać zaczęłam oglądać fragmenty serialu "Scrubs", w którym gra Zach Braff i zanim się obejrzałam minęła 1 w nocy! Nastawiłam budzik na 8 rano, bo umówiłam się z rodzeństwem, że porozmawiamy chwilę przez SKYPE'a zanim wyjadą z Warszawy i pojadą na święta odwiedzić babcię i mamę, która się nią opiekuje. Dziś obudził mnie budzik, ale oczywiście bracia jak zwykle się spóźnili i zanim przyjechali była już 8:30, spokojnie mogłam więc pospać pół godzinki dłużej :) Porozmawialiśmy chwilę na temat mojej pracy doktoranckiej, Portugalii i weselu kuzyna Shaza, na który jutro idę i gdzie będę robić zdjęcia, a potem rodzeństwo pojechało do babci, a ja usiadłam znów do pisania i doszłam do czterech stron! :) Wreszcie około17 zjadłam obiad, a o 20 postanowiłam pójść do na grilla, bo głowa mnie rozbolała od tego siedzenia przed komputerem i wiedziałam, że nic już dzisiaj nie napiszę. Poszłam do sklepu po sok jabłkowy do Żubrówki i pod sklepem spotkałam Shaza. Podwiózł mnie pod squat Toma, ale okazało się, że impreza jest u Agnès, więc wróciłam tam na piechotę. Wszyscy byli już w stanie wskazującym, a w dodatku wkrótce zrobiło się ciemno i zimno, więc posiedziałam tylko do 21:30, a potem oni zebrali się i poszli na koncert do Love Apple, a ja wróciłam do domu, wyprasowałam sukienkę i poszłam spać.

 
1 , 2