Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 26 kwietnia 2009
Mój blog po angielsku :)

428.

Wczoraj zaczęłam pisać kolejnego bloga na "Gazecie.pl". Nazywa się "Teaching Specialist Subject" i jest po angielsku :) Nie jest to bynajmniej oznaka mojego snobizmu, ale wymóg college'u - piszę go na zaliczenie moich ostatnich w tym roku zajęć podyplomowego kursu dla nauczycieli PCET :) Mam się tam skupić na mojej specjalizacji i poruszyć związane z nią problemy. Powiedziano nam, że nasz blog może być założony gdzie tylko chcemy, więc zdecydowałam się na "Gazetę", ponieważ zdążyłam się już z nią oswoić i przyzwyczaić :) Zobaczymy, co moi wykładowcy na to powiedzą :) Tego się pewnie nie spodziewali - że ktoś założy bloga na obcojęzycznym serwerze :) No cóż, piszę go w końcu po angielsku, więc nie mogą się czepiać :) Oto adres: http://teaching.blox.pl/html. Na razie są tylko dwa wpisy, ale do końca maja będzie ich przybywać. Termin zaliczenia to pierwszy czerwca. A potem zobaczymy, co z tym zrobię. Może zostawię?

Oprócz założenia tego bloga i dwóch wpisów na nim nie wiele zrobiłam, a papiery z college'u nadal leżą i czekają. Muszę na przykład przygotować plan lekcji na wtorek, bo będę znów obserwowana przez kogoś z mojego kursu. W poniedziałek muszę iść i obserwować lekcję prowadzoną przez moją mentorkę. Potem muszę przeprowadzić jeszcze jedną obserwację - najlepiej kogoś kto uczy języków. Myślę nawet, żeby się przejść na jakąś lekcję polskiego w innym college'u. Przynajmniej w dwóch jeszcze uczą tu polskiego. Oprócz tego wszystkiego dostałam maila od drugiej szefowej, że od maja ktoś będzie wizytował dział, w którym uczę angielskiego i muszę mieć wszystkie papiery na miejscu. A to oznacza, że muszę wreszcie zacząć je wypełniać, bo prawie nic jeszcze nie mam zrobionego! Jednym słowem urwanie głowy, ale jeszcze tylko do połowy czerwca, bo wtedy mi się kończy college i zostanie tylko 5 godzin dziennie na uniwerku :)

Wczoraj wieczorem spotkałam się z Shazem oraz Sally, Sarah Jane i jej koleżanką z Glasgow. Poszliśmy na curry (do tej samej knajpy, co w piątek wieczorem :) a potem do Theatre in the Mill na uniwerku. Cały dzień odbywała się tam impreza "Village Fete". Zdążyliśmy na ostatni utwór ostatniego koncertu w wykonaniu Davida Thomasa Broughtona. Bardzo mi się podobał. Próbkę jego talentu można zobaczyć na Youtube (np. http://www.youtube.com/watch?v=FGW6zF9V4Vg&hl=pl) lub posłuchać na MySpace (http://www.myspace.com/davidthomasbroughton). A potem poszliśmy jeszcze do Polskiego Klubu, gdzie posiedzieliśmy do jakiejś 2 w nocy. Było bardzo miło. A dziś poszłam wieczorkiem do Gosi na naleśniki. Jak od niej wróciłam chciałam włączyć piecyk, ale strzelił tylko we mnie i wywaliło korki :) Na szczęście za jakiś czas ktoś widocznie poszedł i je włączył, bo kontakty znów mi zaczęły działać, a już się martwiłam, jak sobie poradzę bez prądu! :)

    
David Thomas Broughton i scena Theatre in the Mill po koncercie :)
sobota, 25 kwietnia 2009
Święta w Polsce

427.

W sobotę wieczorem pojechałam do Liverpoolu. Chciałam uniknąć spania na lotnisku, więc znalazłam nocleg przez Hospitality Club. Mój gospodarz odebrał mnie z kolegą z dworca, dał klucz i instrukcje (np. jak wyłączyć alarm zaraz po wejściu do domu :) i poszedł na piwo z kolegami, a ja pojechałam do niego :) Jak najszybciej poszłam spać, bo musiałam wstać o 5:30 rano. Rano zamknęłam drzwi na klucz, który wrzuciłam mu do środka przez skrzynkę na listy :) i pojechałam na lotnisko. Pobyt w Polsce upłynął mi bardzo miło. Poszłam oczywiście do dentysty, krawcowej i fryzjerki :) Zrobiłam zakupy (lekarstwa, kawa "Inka", miesięcznik "Kino", płyty CD Edyty Bartosiewicz, Renaty Przemyk i pierwsza płyta zespołu Hey :) i przejrzałam stare zdjęcia w moim pokoju. Namówiłam też rodzinę na jednodniowy wypad do Kazimierza Dolnego, na obiad do knajpy "U Fryzjera" :) Na kolejny obiad wyciągnęłam rodzinę do Quchni Artystycznej w Zamku Ujazdowskim i okazało się, że jest tam drożej, ale przynajmniej nie trzeba dojeżdżać i płacić tyle za benzynę, więc być może się przerzucimy :)))

   
Stara synagoga, gdzie było kino, a teraz jest muzeum i budynek PTTKu w Kazimierzu Dolnym.

Potem przyszły święta, które spędziłam z rodziną. Wybraliśmy się między innymi do Teatru Wielkiego na "Madame Butterfly". A po świętach pojechałam z mamą do Wrocławia, gdzie odwiedziłyśmy mojego kuzyna i jego żonę. Mają dwie córeczki, których nigdy wcześniej nie widziałam! Cały dzień zwiedzałyśmy z mamą miasto i szukałyśmy krasnali :) Po obiedzie spotkałyśmy się z Weroniką, którą poznałam przez Hospitality Club i która kontynuowała z nami poszukiwania małych ludków :) Wytłumaczyła nam, że podobno wszystko zaczęło się statuetki Papy Krasnala z Pomarańczowej Alternatywy. Potem pojawiły się kolejne, a teraz ponoć co miesiąc w mieście przybywa jeden krasnal. Każdy chce mieć swojego krasnala, choć taka statuetka kosztuje 5 tysięcy złoty. Więcej na temat krasnali można znaleźć na stronie www. krasnale.pl. Nam się udało znaleźć ze 30 (zdjęcia na http://public.fotki.com/annad9/easterinpoland :)

    
Papa Krasnal, od którego wszystko się zaczęło i Rynek Główny we Wrocławiu.

Po powrocie z Wrocławia spotkałam się ze starymi znajomymi i miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie, a te 4 lata w Anglii tylko mi się przyśniły :) Odlatywałam już w nowego budynku lotniska na Okęciu, która całkiem się zmieniło! W sobotę po południu byłam już w domu i dość wcześnie poszłam spać. W niedzielę miałam się zająć papierami z college'u, ale cały dzień przesiedziałam w sieci lub przeleżałam w łóżku i nic nie zrobiłam, choć zajęć mi nie brakuje. Przywiozłam ze sobą około 30 kaset magnetofonowych, żeby je przesłuchać. Są na nich wywiady, które przeprowadziłam w latach 1998-2004. Chce je przegrać w radiu BCB na płyty CD, bo mają tam taką możliwość. Poza tym staram się o swój własny program o filmach i pomyślałam, że mogłabym tam wykorzystać te stare wywiady. Nagrywałam je tylko po to, żeby potem je spisać i zamieścić w gazecie lub w Internecie. A teraz mam zamiar je obrobić i puścić w radiu :)

W poniedziałek poszłam pierwszy dzień do nowej pracy. Wyszłam po 5 godzinach lekko załamana i zamiast pójść jeszcze na godzinę na zajęcia, poszłam do kina na 2 filmy :) Pierwszy - "Two Lovers" z Joaquinem Phonixem i Gwyneth Paltrow - początkowo lekko mnie dobił, zamiast rozweselić. To po tym filmie Joaquin Phonix stracił kontakt z rzeczywistością. Ale potem obejrzałam zabawny "The Damned United" o słynnym trenerze Brianie Cloughu, który  zrobił wielką karierę w Derby, a później został zwolniony przez Leeds United po zaledwie 44 dniach pracy. Główną rolę zagrał w nim Michael Sheen, który niedawno zagrał Frosta w "Frost/Nixon". We wtorek rano poszłam na kolejną rozmowę o pracę na uniwerku, ale jej nie dostałam. A przez pozostałe dni przekonałam się do mojej nowej pracy, bo nie jest zbyt skomplikowana, a ludzie dość mili. W dodatku mam dość dużo wolnego i nie będę musiała się zwalniać, jeśli dostanę tę pracę we Francji (wciąż czekam na odpowiedź).

    
Vinnessa Shaw, Joaquin i Gwyneth w "Two Lovers" oraz Michael Sheen w "The Damned United".

Podpisałam umowę do końca lipca 2010 roku i pomyślałam, że być może nawet zostanę do tego czasu, nawet jeśli nie pozwolą mi kontynuować studiów doktoranckich za darmo. Do tego czasu ukończę już moje podyplomowe studia nauczycielskie i mam zamiar się wreszcie stąd wyprowadzić, a przynajmniej mam do tego czasu zapewnioną pracę, z której opłacę mieszkanie. Poza tym myślę o tym, żeby przez ten ponad rok zrobić zaawansowany kurs ECDL (European Computer Driving Licence), po którym można tego uczyć! Przed wyprowadzką zdobyłabym wtedy jeszcze jeden przydatny papier. Dotrwałam jakoś do końca pierwszego tygodnia i myślę, że wytrzymam jakoś ten rok, 3 miesiące i 2 tygodnie :) W piątek spotkałam się z Evą i Kennethem oraz Jeanem i paroma innymi znajomymi na curry, bo chciałam to uczcić. Poza tym dawno ich wszystkich nie widziałam, ale mnie zawiedli, bo wszyscy byli zmęczeni i po posiłku poszli do domu spać! Chciałam zabalować, a tymczasem o 23 byłam już z powrotem w domu!

sobota, 04 kwietnia 2009
15-ty Festiwal Filmowy

426.

Tegoroczny 15-ty Bratfoodzki Międzynarodowy Festiwal Filmowy był moim piątym festiwalem. Pierwszy raz wybrałam się na niego w marcu 2005 roku. Ale ten czas leci! Przeprowadziłam wtedy swój ostatni profesjonalny wywiad w życiu z Pawłem Pawlikowskim dla Stopklatki. W tym roku gośćmi byli głównie brytyjscy filmowcy, których nazwiska nic mi nie mówiły - aktorka Virginia McKenna, producentów serii filmów o Bondzie Michael G. Wilson, reżyser filmów eksperymentalnych Peter Whitehead czy scenarzysta "Full Monty" (Goło i wesoło) i "Slumdog Millionaire" (Slumdog. Milioner z ulicy) Simon Beaufoy, którego dopiero od teraz kojarzę :) Jedynie ostatni gość festiwalu był mi znany, czyli Terry Jones, jeden z grupy Monty Pythonów, i tylko z nim chciałam zrobić wywiad. Ale ponieważ zaproponowano mi zaledwie 5 minut, zrezygnowałam z tego i zadałam swoje pytania w czasie spotkania z widzami.

W tym roku zostałam po raz pierwszy zaproszona na uroczyste otwarcie festiwalu, w czasie którego pokazano film "Is Anybody There?".
Na otwarciu obecni byli niektórzy aktorzy, którzy zagrali w tym filmie. Po pokazie odbyła się część oficjalna i Sylvia Syms wręczyła nagrodę za całokształt osiągnięć Virginii McKenna. Obie są tu podobno dość znanymi aktorkami :) A potem była część nieoficjalna, która zakończyła się dla mnie przed północą w Midlands Hotel. Zrobiłam krótki wywiad z Neilem, który jest jednym z konsultantów festiwalu, na temat filmów które wybrał na tegoroczną edycję. Na Galę Otwarcia byłam zaproszona jako przedstawicielka BCB i musiałam się elegancko ubrać :) Oprócz mnie był jeszcze Andy z radia, który do tej pory zajmował się dla nich festiwalem, ale który wkrótce planuje wyjechać na stałe do Stanów. I to on właśnie ostatecznie zrobił ten 5-minutowy wywiad z Terry Jonesem. Ale to ja dostałam darmowe bilety na ponad 50 filmów :)

  

Obsada filmu "Is Anybody There?" i Sylvia Syms przed wręczeniem nagrody Virginii McKenna.

Obejrzałam około 50 filmów (nie licząc krótkich metraży, które pokazywano niemal przed każdym filmem), ale z dwóch wyszłam, a na paru zasnęłam. To jedyny znany mi festiwal, który obok profesjonalnych filmów kinowych pokazuje też filmy amatorskie, kręcone kamerą cyfrową oraz filmy telewizyjne. I stawia je na jednym poziomie! A dla mnie ważne jest jednak, żeby film było dobrze widać i słychać! No i najlepiej jeszcze żeby był ciekawy :) Ale czasami okazuje się, że mam za duże wymagania. Na tym festiwalu wszystkie te filmy są traktowane równo i bilety na nie mają taką samą cenę. Gdybym to ja za nie płaciła, to czasem zażądałabym zwrotu pieniędzy. A tak to po prostu wychodziłam i szłam do domu odpocząć. Albo do radia zmontować materiał. Ostatecznie miałam 5 wejść na antenę, tak jak ustaliliśmy, z czego dwa były nagrane, a trzy zmontowane wcześniej, z wykorzystaniem krótkich wywiadów z Neilem i Tonym, dyrektorem artystycznym festiwalu. Obu znam dosyć dobrze osobiście, więc rozmowy z nimi mnie nie zestresowały :)

Wybrałam się znów
na Widescreen Weekend, czyli zlot fanatyków filmów szerokoekranowych :) Zjeżdżają się tu co roku z całego świata i oglądają na specjalnym wygiętym ekranie filmy kręcone na taśmie 65 i 70-milimetrów. Ale muszę przyznać, że bardzo miło ogląda się te filmy i w tym roku chyba najlepszym filmem jaki widziałam (po raz pierwszy w kinie) było właśnie szerokoekranowe "West Side Story". Ten film w ogóle się nie zestarzał! Widziałam też parę innych świetnych filmów - "Encounters at the End of the World" (Spotkania na krańcach świata) Herzoga, "Dear Zachary: A Letter to a Son About His Father", "Religulous", izraelski "The Debt" czy węgierski "The Investigator" - ale słabe jednak niestety przeważały. Plusem tutejszego festiwalu jest natomiast możliwość zobaczenia z bliska znanych osób, takich jak Malcolm McDowell, Kenneth Branagh, Michael Palin czy Terry Jones. A w tym roku miałam też okazję zrobić sobie zdjęcie z prawdziwą statuetką Oscara w ręku! :) Była bardzo ciężka i należała do Simona Beaufoya :)

  
Zbiorowe zdjęcie uczestników Widescreen weekend i moje ręka zaciśnięta na statuetce Oscara :)

Spotkania z zaproszonymi gośćmi przed lub po filmie są świetną okazją do tego, by zadać im parę pytań. W tym roku wybrałam się tylko na dwa - z Simonem Beafoyem, bo wiedziałam, że obiecał przywieźć swojego Oscara, oraz z Terrym Jonesem, bo nie mogłam sobie tego odmówić. Na zakończenie przyjeżdżają też zwykle twórcy filmu, który zamyka
festiwal. W tym roku pojawili się twórcy filmu "Shifty" - debiutujący tym obrazem reżyser Eran Creevy i grający główną rolę Daniel Mays. Z nimi przegadaliśmy potem pół nocy w Midlands Hotel :) Poza tym przyjechali też twórcy "Awaydays" - reżyser Pat Holden, scenarzysta Kevin Sampson, producent Dave Hughes oraz młodzi aktorzy, z których znany jest tylko Stephen Graham, który zagrał m.in. w "Snatch" (Przekręt) z Bradem Pittem oraz w głośnym "This is England" (To właśnie Anglia). Teraz ma zagrać Al Capone w nowym filmie Scorsese. I z nimi właśnie zakończyłam tegoroczny festiwal. W domu byłam o 4 rano :)

  
Simon Beaufoy z Oscarem i z Tonym Earnshaw oraz Terry Jones, także w czasie rozmowy z Tonym.

To były zwariowane dwa tygodnie! :) Codziennie byłam w kinie przynajmniej na jednym filmie (albo na 5 :) a w pozostałym czasie nadal uczyłam w college'u i musiałam jeszcze zajrzeć do radia, żeby zmontować materiał lub powiedzieć coś o festiwalu. Wspomniałam na przykład o "Katyniu" - jedynym polskim filmie na tegorocznym festiwalu - który mnie niestety rozczarował. To bardzo ważne dzieło i musiało powstać, tylko szkoda, że tak późno i że to właściwie nie jest film. Być może ktoś inny powinien nakręcić film na ten temat? Być może ktoś młodszy? Wajda już dawno przestał trafiać do publiczności swoimi filmami quazi-historycznymi. Kiedyś był na to czas i miejsce, ale wydaje mi się, że te czasy już minęły. W każdym razie zabrałam na "Katyń" moich studentów polskiego z trzeciego i czwartego roku. Obejrzeliśmy go zamiast lekcji, a potem mieliśmy dyskusję na ten temat. Ich zdania były podzielone - jednym się podobał, innym mniej.

W ostatni piątek festiwalu, czyli 27 marca rano miałam rozmowę o pracę na uniwersytecie, w Stowarzyszeniu Studentów. Złożyłam tam aplikację, kiedy straciłam pracę w agencji i zanim zaczęłam pracować więcej godzin w college'u. A teraz spodobało mi się, że pracuję tylko naście godzin w tygodniu za duże pieniądze i przekonałam się, że spokojnie mogę się z tego utrzymać :) Dlatego nie chciałam wcale otrzymać tej nowej pracy. Ale poszłam na rozmowę, bo nie miałam żadnej od roku i mam nadzieję, że pracując tam być może mogłabym kontynuować moje studia doktoranckie za darmo. No i oczywiście dostałam tę pracę! Zaczynam zaraz po powrocie z Polski, w poniedziałek 20 kwietnia, 25 godzin tygodniowo, codziennie od 12:00 do 17:00. Za parę godzin jadę do Liverpoolu, gdzie przenocuję u jednego z członków Hospitality Club i jutro rano lecę na 2 tygodnie do Polski! :) Mam nadzieję, że trochę odpocznę i naładuje akumulatory zanim zacznę nową pracę :)