Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Graduation - w lipcu czy w grudniu?

471.

W czwartek obudziłam się znów wcześniej, bo za oknami świeciło piękne słońce. Postanowiłam więc wstać i przejść się po sklepach w poszukiwaniu torebki na bal i od razu na ślub pod koniec maja. Pomyślałam też, że wejdę do dwóch innych sklepów i popatrzę na sukienki, bo jak znajdę lepszą niż tą, co kupiłam, to mogę ją jeszcze oddać. Ale nic nie znalazłam, kupiłam tylko małą torebkę i spóźniłam się 5 minut do pracy, bo po drodze weszłam do sklepu i była kolejka :) W czasie pracy kupiłam bilet do Manchesteru przez Internet. Prosto po pracy wróciłam do domu i przebrałam się w jeansy. Wkrótce przyszedł Krystian, któremu pozwoliłam skorzystać u mnie z Internetu, bo oni chwilowo nie mieli sieci. Na 17:45 pobiegłam na autobus i o 19:00 byłam już w Manchesterze.

Piechotką poszłam do Apollo Theatre, gdzie o 20:00 zaczął się koncert Rufusa Wainwrighta. Siedziałam dość daleko, więc nie za wiele widziałam, ale jego głos brzmiał bardzo donośnie, aż mi ciarki po plecach szły :) Po koncercie wróciłam piechotką na dworzec i porozmawiałam chwilę z Krystianem przez telefon, który pytał, czy może przyjść do mnie znów następnego dnia, żeby skorzystać z Internetu i obejrzeć mecz. Wysyłałam też SMSy do Radka, któremu powiedziałam, żeby spotkał się z Mattem, bo chciał porozmawiać z kimś, kto uczył w Chinach angielskiego, a Matt podobno to robił (o ile nie kłamał). Napisał mi, że mogę Radkowi podać jego telefon, więc chyba mówił prawdę, bo inaczej mógł się przecież po prostu wykręcić. Potem wsiadłam w autobus i o 1:00 w nocy byłam już w domu :)

  
Rufus Wainwright z bliska i na scenie Manchester Apollo. Bardzo nastrojowy koncert!

W piątek rano Krystian przysłał mi SMSa z pytaniem, czy może przyjść zanim wyjdę do pracy i skorzystać z Internetu w tym czasie, jak mnie nie będzie. Zgodziłam się, ale jak przyjechał nie byłam jeszcze gotowa, bo dopiero wyszłam spod prysznica. Kazałam mu więc poczekać pod drzwiami. Potem go wpuściłam i poszłam do pracy. Wszyscy przeżywali wieczorny bal i zwalniali się, żeby iść do fryzjera :) W końcu szefowa powiedziała, żebym też poszła wcześniej i puściła mnie już o 16:30. Po drodze weszłam do sklepu, a potem wróciłam do domu i zaskoczyłam Krystiana, który akurat grał w jakąś grę (a miał szukać pracy przez Internet :) Krystian pojechał do domu coś zjeść i umówiliśmy się, że wróci przed 19:00, jak będę wychodzić, to znów go wpuszczę, a tymczasem w spokoju się wyszykuję.

O 19:00 weszłam do hotelu Hilton, ale okazało się, że musimy poczekać do 19:30 zanim pozwolą nam usiąść do stołów. W końcu się doczekaliśmy. Wszyscy chwalili moją sukienkę, nawet jacyś obcy ludzie :) Siedziałam z główną szefową i jej mężem, którego już znam, oraz z innymi ludźmi z pracy i z Michaelem z Language Centre z żoną. Na mój widok zaczął się dopytywać czegoś więcej na temat mojej pracy magisterskiej, więc go uciszyłam, bo nikt u mnie w pracy nic nie wie. Po posiłku zaczęła się ceremonia rozdania nagród dla członków klubów sportowych i stowarzyszeń. A po 23:00 zaczęły się tańce, ale większość ludzi przeniosła się już do klubu Coco, gdzie kontynuowano imprezę. Dotarłam tam z paroma osobami z pracy po 23:00 i poszłam trochę potańczyć, ale o 2:00 byłam już w domu.

W sobotę pospałam trochę, a potem poszłam na zakupy. Planowałam też zrobić pranie, ale jakoś mi się nie chciało. Nie udało mi się nawet zmusić do posprzątania mieszkania, mimo że po 18:00 spodziewałam się Majki z chłopakiem. Zamiast tego zdrzemnęłam się trochę, i nic nie zrobiłam. Jak przyjechali goście, zabrałam ich do Balangi na polski obiad. Byli w Leeds na meczu piłki nożnej i bardzo im się podobało. Namawiali mnie zresztą wcześniej, żebym się z nimi zabrała, ale nie chciało mi się i szkoda mi było pieniędzy. Potem wróciliśmy do  mnie i po 22:00 pojechali do domu, a ja zamiast wziąć się za magisterkę, obejrzałam sobie kolejne odcinki drugiego sezonu Simpsonów :) Przeczytałam bowiem maila od sekretarki, z którego wynikało, że nie uda mi się jednak załapać na lipcowe Graduation...

W niedzielę pospałam do południa, a potem wyszłam z domu, żeby porobić zdjęcia,  bo w środę rano szłam na tzw. Sounding Board czyli sesję w trakcie której profesjonaliści będą oceniać moje zdjęcia.  Postanowiłam porobić zdjęcia miejscom, które 100 lat temu sfotografował Francis Frith. Ale  jak tylko wyszłam z domu zaczął padać deszcz! Wróciłam więc i zrobiłam pranie, a potem zadzwoniłam do domu i porozmawiałam z mamą przez Skype'a. Powiedziałam jej, że sekretarka robi mi problemy i mówi, że nie przyjmie mojej pracy, ale że nie tracę nadziei i będę się jeszcze bić w przyszłym tygodniu, w związku z tym zabrałam się za jej poprawianie. Zeszło mi do jakiejś 3 rano i zamiast iść spać, zabrałam się za wybieranie zdjęć na to Sounding Board i poszłam spać dopiero po 5:00.

  
Wool Exchange w obiektywie Francisa Firtha i w moim ponad 100 lat później!

Dzisiaj wstałam o 10:00 i poszłam do The Hub, żeby zapytać kogoś z uniwerku, czy sekretarka może mi odmówić przyjęcia pracy. Okazało się, że powinnam mieć najpierw egzaminatora, zdecydowałam więc, że nie będę nic robić na siłę. Poszłam się spotkać z tą sekretarką i przekonałam się, że nie robi mi specjalnie na złość, a wręcz przeciwnie - jest nawet dość pomocna. Spotkałam się też na chwilę z moimi promotorami i wszystko wskazuje na to, że może uda mi się obronić do końca czerwca i załapać na Graduation w grudniu :) Będę wtedy miała dwa, jedno po drugim, w college'u i na uniwerku :) Na 12:00 pobiegłam do pracy, bo byłam już parę minut spóźniona, i wysłałam obu moim promotorom poprawiona wersję mojej pracy do przeczytania. A po pracy weszłam do biblioteki, żeby jeszcze coś sprawdzić :)

Jak wróciłam do domu, zjadłam szybko naleśniki na obiad i poszłam do centrum porobić te zdjęcia na Sounding Board. Tym razem pogoda dopisała i w godzinkę zrobiłam 12 zdjęć dokładnie w tych samych miejscach, gdzie jakieś 100 lat wcześniej fotografował je jeden z pierwszych fotoreporterów. Potem wróciłam do domu i przebrałam się, bo w pracy miałam "Jeans Day", ale na polski musiałam iść lepiej ubrana :) Po lekcji wróciłam do domu i zabrałam się za bloga, a potem za obrabianie zdjęć i przygotowanie ich w takiej formie, żeby je dobrze zaprezentować w środę rano. Zdecydowałam się zaprezentować dwa projekty - "Bratfoot kiedyś i dziś" oraz "Zegary Anglii" :) Przed snem obejrzałam  jeszcze resztę odcinków z drugiego sezonu "Simpsonów". Teraz muszę sobie ściągnąć trzeci sezon :)
środa, 21 kwietnia 2010
A życie toczy się dalej

470.

W czwartek jak przyszłam do pracy zapytałam szefową, czy mogę zniknąć na jakieś 20 minut i pójść do działu Counselling się wygadać. Niestety, nie mieli wolnych miejsc, więc zamiast tego poszłam do jednej z naszych pracownic, która zrobiła kiedyś kurs counsellingu. Poradziła mi, żebym wysłała maila do wszystkich i napisała, dlaczego ostatnio "nie jestem sobą". Tak też zrobiłam i od razu lepiej się poczułam. Napisałam też maila do mojego promotora i do sekretarki, z pytaniem, do kiedy muszę oddać moją pracę magisterską, żeby załapać się na Graduation w lipcu :) Sekretarka odpisała, że mam czas do końca kwietnia i że raczej nie dam rady. Po drodze do domu weszłam do sklepu i kupiłam krewetki na obiad, ale nie zdążyłam ich zjeść, bo Krystian już na mnie czekał pod drzwiami. Nie wypadało mi samej jeść, więc podgrzałam zupę i najpierw zjedliśmy, a potem ćwiczyliśmy salsę
z przerwami od około 18:00 do 21:30. Kiedy Krystian wyszedł, obejrzałam parę odcinków pierwszej serii "Simpsonów".

W piątek przed pracą poszłam najpierw do bankomatu, a potem kupić bilety na 8 maja na Day of the Dance dla siebie, Krystiana i Piotrka.
Jak przyszłam do pracy, okazało się, że dostałam od jednej osoby odpowiedź na mojego maila z poprzedniego dnia, a druga zagadała ze mną w kuchni. Z każdym dniem czułam się już  dużo lepiej. Potem zadzwoniłam do naszej studenckiej drukarni, żeby zapytać jak długo zajmie i ile będzie kosztować wydrukowanie mojej pracy magisterskiej. Powiedzieli, że wydruk zajmie jeden dzień roboczy, a koszt to jakieś 40 funtów. To oznaczało, że mam całe dwa tygodnie, zaczęłam się więc zastanawiać, czemu sekretarka powiedziała, że nie dam rady! :) Nabrałam od razu ochoty do pisania, a krótki termin bardzo mnie zmobilizował. Po pracy pojechałam do sklepu po coś do jedzenia i do apteki, a potem usiadłam do komputera i zaczęłam pisać. Przez te trzy lata zebrałam dosyć dużo materiału i miałam już praktycznie napisany cały pierwszy rozdział. Wreszcie po 8 rano poszłam spać :)

Pospałam niestety tylko z jakieś trzy godziny, bo obudziły mnie krzyki dzieci bawiących się u mnie pod oknami. Moi sąsiedzi (głównie Polacy) zorganizowali sobie imprezę na podwórku. Zjadłam śniadanie i zabrałam się znów za pisanie. Wpadłam w trans :) Przerywałam go tylko po to, żeby coś zjeść i na krótko zadzwonić do domu. Pogoda była dosyć ładna, więc przez cały dzień miałam otwarte okno, choć słyszałam przez to nadal piski dzieciaków. Żeby
je trochę zagłuszyć i móc się skoncentrować, puściłam sobie głośniej muzykę :) Tym czasem ich rodzice wystawili krzesła pod moim oknem i imprezowali do 21:00 :) Ale nic nie było w stanie mnie rozproszyć :) Wiedziałam, że muszę w poniedziałek wysłać mojemu promotorowi ponad 60 stron, które muszą mieć jakiś sens. A wtedy reszta będzie już zależała od niego. Doszłam do wniosku, że nie źle mi idzie i nie zawaliłam już kolejnej nocy, tylko obejrzałam parę odcinków "Simpsonów" i koło północy poszłam już spać.

W niedzielę obudziłam się po południu i usiałam dalej do pisania. Większość była już napisana, ale czekało mnie jeszcze żmudne poprawianie źródeł cytatów oraz bibliografii. Muszę się trzymać harwardzkiego systemu referencyjnego. Kiedy stwierdziłam, że prawie skończyłam, zadzwoniłam do domu, żeby porozmawiać z rodziną. Brat przyjechał do domu na obiad, więc udało mi się także z nim porozmawiać, a jego dziewczyna i moja siostra podpowiedziały mi parę nazwisk i tytułów filmów do drugiego rozdziału o polskich filmach kultowych. O ile z komediami nie miałam większego problemu, to przy pozostałych filmach nie mogłam wymyślić niczego poza "Krollem" i dwoma częściami "Psów". Ale dzięki nim udało mi się dopisać jeszcze ze dwie strony :) Kiedy doszłam wreszcie do wniosku, że to co napisałam nadaje się już do pokazania mojemu promotorowi, była prawie 2:00 w nocy. Obejrzałam więc jeszcze tylko parę odcinków z drugiego sezonu "Simpsonów" na rozluźnienie i w końcu poszłam spać.

  
Rodzinka Simpsonów oraz plakat do filmu "Kroll" z Bogusławem Lindą i Olafem Lubaszenką.

  

Bogusław Linda w pierwszej części "Psów" i z Arturem Żmijewskim w "Psy 2. Ostatnia Krew".

W poniedziałek poszłam do pracy i wysłałam moją pracę promotorowi. Po jakimś czasie zadzwoniłam do niego i spytałam czy dostał maila :) Powiedział, że tak i obiecał, że w tym tygodniu go przeczyta i da mi znać, co o tym myśli. Pełna nadziei wysłałam więc wstęp i zakończenie Janowi i Conradowi, żeby mi poprawili błędy. Nie śmiałam wysłać im wszystkich 65 stron, ale zaczęłam za to dzwonić po uniwerku i szukać jakiegoś działu, gdzie poprawialiby prace studentom nie-anglojęzycznym. Udało mi się znaleźć dwa takie miejsca, ale w żadnym nie chcieli przeczytać aż tylu stron, i to przez tydzień! :) W pewnym momencie zadzwoniła moja komórka. Nie rozpoznałam numeru i odebrałam. Okazało się, że to Matt. Wrócił do Bratfoot i powiedział, żebym dała mu znać, jak będę chciała się z nim spotkać.
Po pracy poszłam do domu i zjadłam zupę, a potem poszłam na polski. W czasie pierwszej godziny obserwowała mnie moja wykładowczyni z kursu PCET. A po lekcji wróciłam do domu i pooglądałam "Simpsonów"

We wtorek rano obudziło mnie silne słońce. Postanowiłam więc wstać i pojechać do sklepu, żeby kupić sukienkę na ślub byłej koleżanki z pracy, który będzie pod koniec maja. Poza tym w pracy namówili mnie, żebym poszła na organizowany przez nas bal w ten piątek, więc pojechałam do TKMaxxa i kupiłam coś, co moim zdaniem nada się na obie okazję :) Potem poszłam do pracy i kupiłam bilet na ten bal. Po powrocie do domu zjadłam zupę na obiad i zdrzemnęłam się pół godzinki :) A potem poszłam na lekcję polskiego, w czasie której znów byłam przez pierwszą godzinę obserwowana przez inną wykładowczynię z mojego kursu dla nauczycieli :) Po lekcji poszłam jak zwykle z Wanyu do Weatherspoon. Tym razem dołączył do nas Radek - mój znajomy, który chce jechać na rok do Chin uczyć tam angielskiego i który miał do niej parę pytań. Później doszedł też Zico i posiedzieliśmy do 23:00. Jak wróciłam do domu, poszłam od razu spać, bo zamieniłam się i szłam do pracy na 9:30 rano!

Dzisiaj udało mi się wstać o 8:30 dzięki temu, że było znów piękne słońce :) O 9:30 byłam już w pracy, bo zamieniłam się z Nicolą na godziny, żeby wyjść wcześniej i pójść na pierwsze po wielkanocnej przerwie zajęcia na moim kursie dla nauczycieli. Wydrukowałam sobie wstęp i zakończenie pracy, bo na 15:00 byłam umówiona z kimś w Language Centre na poprawianie błędów :) Wyszłam z pracy o 14:30 i weszłam po drodze do The Hub, żeby zapytać czy nie muszę przypadkiem zapłacić za złożenie pracy i wysłanie jej do egzaminatora zewnętrznego. Okazało się, że niestety muszę - 105 funtów. Potem wróciłam do domu i zjadłam zupę, a na 17:15 poszłam na zajęcia PCET. Puścili nas wcześniej i już o 19:00 byłam z powrotem w domu o 19 i zabrałam się na odpisywanie na maile i uzupełnianie bloga :) Potem naniosłam poprawki, które mi zaznaczyła bardzo miła babka w Language Centre i popracowałam jeszcze trochę nad moją pracą magisterską. A przed snem obejrzałam sobie znów parę odcinków "Simpsonów" :)
środa, 14 kwietnia 2010
Koniec z polityką!

469.

W nocy z soboty na niedzielę, zanim przestałam wreszcie czytać wiadomości i wyłączyłam komputer, była 5:00 rano. W niedzielę wstałam więc dopiero po południu i znów usiadłam do Internetu. Zadzwoniłam do domu i porozmawiałam chwilę z mamą i z siostrą na Skypie. W końcu postanowiłam wyjść z domu, żeby nie zwariować. Wzięłam prysznic i spytałam Wanyu, czy chce iść na spacer. Poszłyśmy najpierw do sklepu, a potem na polski obiad do restauracji Balanga. Później wróciłyśmy na chwilę do niej, a potem poszłyśmy na spacer po campusie. Rozmawiałyśmy parę godzin, o wszystkim, także o przyszłości. Na koniec zaproponowałam, żebyśmy weszły do Weatherspoon na drinka. Wróciłam do domu dopiero po 23:00. Zerknęłam tylko szybko na wiadomości i poszłam spać.

W poniedziałek poszłam do pracy w żałobie, żeby okazać szacunek tym 96 osobom, które zginęły tragicznie. Mało kto wspomniał, o tym, co się stało w weekend. Myślę, że większość nie miała nawet pojęcia. Parę osób spytało mnie na przykład jakby nigdy nic, jak mi minął weekend, albo jak się mam. No to im powiedziałam. Po pracy wróciłam prosto do domu i posprzątałam trochę mieszkanie, bo po 19:00 byłam umówiona z Krystianem. Przyszedł i przegrał mi dwa filmy, o które prosiłam. Potem zadzwonił Piotrek i powiedział, że odwołali salsę w Love Apple, więc też przyjdzie. Postanowiliśmy więc poćwiczyć u mnie i tańczyłam z nimi na zmianę do 22:30. Jak wyszli,
postanowiłam dopatrzeć się jakiś pozytywnych stron tej tragedii. Wrzuciłam te swoje przemyślenia na bloga (poniższy wpis).

We wtorek ledwo się zwlokłam z łóżka i łydki mnie trochę bolały, bo po raz pierwszy od dwóch miesięcy miałam na nogach buty na obcasie i przez ponad trzy godziny w nich tańczyłam. W pracy nikt już nie wspomniał o tym, co się dzieje w Polsce, tylko ja uświadomiłam mojego głównego szefa, jak mnie spytał, jak się mam. Nadal spędzałam dużo czasu w Internecie i tuż przed wyjściem z pracy doczytałam się, że są plany, żeby pochować Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Wydało mi się to tak absurdalne, że nie zwróciłam na to zbyt dużej uwagi, szczególnie, że ostateczna decyzja miała być podana później i wydawało mi się oczywiste, że jego rodzina podziękuje za zaszczyt, ale zrezygnuje. W międzyczasie w mailach podesłałam
znajomej Amerykance link o Katyniu, za co mi później dziękowała.

Po pracy poszłam do lekarza po receptę i
żeby pokazać ranę na kolanie, która moim zdaniem nie najlepiej się goi. Kiedy wróciłam do domu, przeczytałam w Internecie, że decyzja już zapadła. Do tej pory podchodziłam do całej sytuacji z godnością i spokojem. Miałam poczucie, że polska demokracja zdała egzamin i wszystko sprawnie działa. Byłam pełna nadziei na przyszłość. A tymczasem jedna czy parę osób podjęło sobie całkiem niedemokratyczną decyzję. Dołączyłam więc od razu do protestu przeciwko pochowaniu państwa Kaczyńskich na Wawelu, gdyż uznałam to za duże nadużycie. Argumenty za wskazywałyby na to, że powinno się tam pochować wszystkie 96 osób. Jest mi bardzo przykro, że już się wszystko posypało jak domek z kart. Nie mogłam zasnąć i do 3 rano siedziałam przy komputerze.

Dzisiaj poszłam do pracy w naprawdę podłym nastroju. Nie potrafiłam już dłużej się uśmiechać i mieć dumnie podniesioną głowę. Fakt, że nikt nie wiedział, co się dzieje, sprawił tylko, że czułam się bardzo wyobcowana. W końcu pod koniec dnia zadzwoniła do mnie Wanyu i jak rozmawiałam z nią w kuchni, to się trochę rozkleiłam. Widział to Ben, z którym pracuję, jak już wychodziłam do domu i widocznie powiedział szefowej, bo zadzwoniła do mnie. Trudno mi było wytłumaczyć, co jest nie tak, ale powiedziałam jej, że jutro już będzie lepiej. Obiecałam sobie bowiem, że nie dam się już tak nakręcić i będę unikać wiadomości z Polski. Moje nadzieje zostały znów zawiedzione, więc postanowiłam liczyć tylko na siebie i po prostu robić swoje. A wtedy na sobie przynajmniej się nie zawiodę.

Po powrocie do domu rozmawiałam chyba ponad godzinę z Majką, która właśnie wróciła z Polski i utwierdziłam się w przekonaniu, że powinnam się skupić na tu i teraz, a nie żyć przeszłością i martwić się o przyszłość. Potem porozmawiałam też z mamą przez Skype'a i jak się tak już wszystkim wygadałam, to zrobiło mi się trochę lżej na duszy. Obiecałam też sobie, że nie wrócę do kraju, dopóki nie będzie to państwo w pełni demokratyczne (mam nadzieję, że nie będę czekać przez najbliższe 5 lat). Tymczasem mam zamiar skończyć wreszcie jedne i drugie studia, zostawić jedną i drugą pracę na pół etatu i znaleźć coś sensownego na cały etat - jednym słowem zacząć wreszcie wieść normalne życie. No i zacząć pisać bloga o filmach, po angielsku. To jest moje nowe postanowienie. Szczegóły już wkrótce.
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Przemyślenia po...



468.  


Po raz kolejny czytam listę osób, które zginęły na pokładzie prezydenckiego samolotu. Wyjechałam ponad pięć lat temu i jak już wspomniałam większość z nich nic mi nie mówi (poza Marią i Lechem Kaczyńskimi, Ryszardem Kaczorowskim, no i oczywiście Anną Walentynowicz). I tak sobie myślę, że gdyby rozbił się zwykły samolot z prawie 100 osobami na pokładzie, to byłaby wielka tragedia. Gdyby w rocznicę Katynia zginęli zwykli ludzie, to byłaby straszna tragedia. Gdyby prezydent zginął sam w wypadku, albo ktokolwiek z tych osób, to byłaby tragedia. Ale fakt, że to wszystko stało się na raz, jest po prostu nie do uwierzenia!  Niesamowity zbieg okoliczności! I myślę, że to jest właśnie w tym najbardziej szokujące. Bo nie wątpię, że był to po prostu wypadek. Nie wierzę w żadne teorie spiskowe. Gdyby ktoś chciał w ten sposób przejąć władzę w państwie, to już by to wrobił. Fakt, że do niczego takiego nie doszło moim zdaniem dowodzi, że nikt tego nie zaplanował i wszyscy byli w szoku, jak się dowiedzieli. Coraz więcej osób skłania się ku myśli, że pilot po prostu myślał, że da radę wylądować. W przeciwnym wypadku nawet rozkaz prezydenta nie zmusił by go przecież do narażania życia tylu osób.

Zainteresowało mnie szczególnie zdanie jednego z internautów, który twierdzi, że wskaźnik wysokości w lotnictwie podaje się w hektopaskalach, ale w rosyjskim wojsku według słupka rtęci. I sugeruje, że być może nastąpił błąd w czasie przeliczania tych wskaźników. Należy bowiem pamiętać, że piloci nie mieli na to zbyt dużo czasu. Kolega mojej siostry należy do załogi prezydenckich samolotów. Tym razem jednak nie leciał, ale powiedział jej, że on się akurat na tym dobrze zna i że szkoda, że go nie było w tym samolocie, bo być może nie doszłoby do tragedii. Ale widocznie tak chciało przeznaczenia. Na przykład Zofia Kruszyńska-Gust jako jedyna nie poleciała, choć była na liście pasażerów. Może miała jakieś przeczucie? Na razie nie chce o tym mówić. Myślę, że w takiej sytuacji człowiek czuje się, jakby dostał drugą szansę od życia. Trudno mi sobie nawet wyobrazić jakie to uczucie. Choć powoli zaczynam rozumieć, jak to jest mieć taką natrętną myśl, żeby coś zrobić, albo czegoś nie robić, choć nie wie się dlaczego. A to przecież właśnie nazywamy przeczuciem.

Wiem, że trudno w takiej chwili myśleć o pozytywnych stronach, ale mam nadzieję, że z tej katastrofy wypłyną przynajmniej trzy pozytywne aspekty. Po pierwsze świat usłyszy znów o Katyniu i być może wreszcie zrozumie, co to miejsce dla nas znaczy. Dzięki temu śmierć prawie 100 osób nie pójdzie na marne. Po drugie być może, wbrew pozorom, przyczyni się to do polepszenia relacji z Rosją. Nasi wschodni bracia okazali nam bardzo duże poparcie w tych ostatnich dniach. Choć myślę, że większość Polaków zawsze wiedziała, że łączy nas z Rosjanami więcej, niż czasem chcielibyśmy przyznać - słowiańska dusza. A nasza podejrzliwość była zawsze skierowana do władz Rosji, a nie jej często równie ciemiężonych mieszkańców. Tym razem też pojawiły się pewne wątpliwości, ale myślę, że postawa rosyjskich władz szybko jej rozwiała. Ostatnim pozytywnym aspektem, jakiego próbuję się dopatrzyć w tej sytuacji jest solidarność narodowa i postawa zarówno zwykłych ludzi,
jak i polityków, którzy okazują szacunek wszystkim ofiarom, bez względu na poglądy. Miejmy nadzieję, że tak już zostanie. Albo przynajmniej, że będzie to trwało jak najdłużej.

  
Morze zniczy pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie i dwie róże w kolorach narodowych.

PS. Niestety, dzień po publikacji tego wpisu muszę zweryfikować dwa z trzech pozytywów, jakich się spodziewałam. W Anglii do ludzi dotarło jedynie, że zginął prezydent Polski (prezenter w pewnym radiu nie podał nawet nazwiska - pewnie nie wiedział jak wymówić). Moja nadzieja na to, że świat usłyszy o masakrze w Katyniu była płonna. Nikogo to nie interesuje, a ci co się interesują, to już wiedzą. Po drugie społeczeństwo już zostało podzielone decyzją pochowania pary prezydenckiej na Wawelu, a niektórzy politycy najwyraźniej w ten sposób zaczynają swoje podchody. Przykro mi, że się zawiodłam. Przeliczenia wysokości podobno również nie miały żadnego znaczenia. Teraz pewnie okaże się, że pomyliłam się także w sprawie stosunków polsko-rosyjskich. Szkoda...

PS. Do tej pory przestrzegałam zasady, że o zmarłych nie mówi się źle i nie pisałam o prezydencie
wcale. Ale dziś dopuszczono się nadużycia, a ten tragiczny wypadek został haniebnie wykorzystany. Dlatego też pozwolę sobie zauważyć, że prezydent częściowo przyczynił się do tej tragedii. I to bez względu na to, co wykaże dochodzenie. Wszyscy, którzy zginęli, włącznie z nim i jego małżonką, byli ofiarami jego "idee fixe", by zorganizować własne obchody rocznicy. Członek mojej rodziny również został zamordowany w Katyniu, a mimo to nie uważam, że prezydent poległ oddając mu hołd. Obawiam się, że zaspokajał jedynie własną potrzebę misji. I z pewnością nie zginął śmiercią bohaterską, tylko bezsensowną i tragiczną. A z nim niestety również 95 innych osób. Niech wszyscy zatem spoczną na Wawelu.
sobota, 10 kwietnia 2010
Przeklęte miejsce

467.

W środę obudziło mnie słońce i nie mogłam już zasnąć. Poszłam do pracy i siedziałam cały dzień z szefową, która nie wiedzieć czemu zrobiła się miła, jakby nic się nie stało. Po pracy weszłam do sklepu i kupiłam parę rzeczy do jedzenia, m.in. zupy w puszkach, na które postanowiłam ostatnio się przerzucić. Pogoda robi się coraz ładniejsza, więc trzeba zacząć jeść trochę lżej. Jak przyszłam do domu i położyłam się na łóżku, to od razu odechciało mi się iść do kina. Miałam iść na
"Micmacs" (Micmacs a tire - larigot / Człowiek z kulą w głowie) Jeana-Pierre'a Jeuneta, ale postanowiłam, że pójdę kiedy indziej. Zamiast tego weszłam do łóżka i obejrzałam najpierw "Valkyrie' (Walkiria), a potem "Angels and Demons". Drugi film o wiele bardziej mi się podobał. Był bardziej wciągający i mniej przewidywalny. Pewnie pomógł fakt, że nie czytałam książki.

  
Tom Cruise i Kenneth Branagh w "Walkirii" oraz Tom Hanks i Ayelet Zurer "Anioły i demony".

W czwartek poszłam do pracy i znów przesiedziałam cały dzień z szefową miłą aż do bólu. Oczywiście wydaje mi się to mocno podejrzane, szczególnie, że nie wspomina już nic o przedłużeniu umowy. Po pracy poszłam do domu się przebrać, a potem wybrałam się po raz pierwszy od ponad trzech tygodni na fizjoterapię, żeby zapytać, czy mogę już zacząć tańczyć salsę :) Poradzili mi, żebym najpierw zaczęła nosić buty na wysokim obcasie po domu i tam też na razie ćwiczyła, zanim wybiorę się na lekcje. Potem przegadałam ponad godzinę z Majką, która następnego dnia leciała na pięć dni do Polski. A potem poszłam na 20:30 do kina na nastrojowy francuski film "Father of my children" (Le pere de mes enfants / Ojciec moich dzieci) o tym, jak
osierocone "kobiety" radzą sobie po samobójczej śmierci bliskiej im osoby, ojca i męża.

  
Scena z "Father of my children" i lista pasażerów fatalnego lotu prezydenckiego do Smoleńska.

W piątek rano poszłam najpierw na 10:00 na spotkanie z doradcą prawnym, żeby porozmawiać na temat moich problemów z agencją wynajmu i właścicielem domu. Babka, która ze mną rozmawiała okazała się bardzo pomocna, ale ustaliłyśmy, że na razie wstrzyma się do maja, bo nie chcę, żeby właściciel się zdenerwował, że kogoś na niego nasyłam i dał mi wymówienie. W międzyczasie mam się dowiedzieć paru rzeczy, m.in. na temat mojego zastawu, które wpłaca się zawsze na początku wynajmu, a który agencja powinna mi zwrócić, jak będę się wyprowadzać (mam nadzieję już nie długo). Powiedziała mi też, żebym sporządziła listę moich kontaktów z agencją i właścicielem oraz problemów z ogrzewaniem i wodą. I wtedy właśnie okazało się, jak przydatny może być ten blog! I fakt, że to wszystko piszę! Na 12:00 pojechałam do pracy, z której wyszłam z szefową jakieś 15 minut wcześniej i poszłam do domu.
 
O 19:15 byłam umówiona z Rachel, ale postanowiłam się wcześniej trochę zdrzemnąć. I to był błąd, bo potem ledwo udało mi się zwlec. Ale wstałem i podjechałam pod dom Kingi, gdzie już czekała na mnie Rachel w swoim czerwonym mini. Pojechałyśmy do Idle Working Mens Club, gdzie odbywało się spotkanie przedwyborcze partii Liberalnych Demokratów. Zagrał tam zespół, w którym występuje jedna z moich uczennic pierwszego roku! Na miejscu spotkaliśmy się z Janem i Sue, którym koncert średnio się podobał, ale ogólnie wszyscy dobrze się bawiliśmy. Choć nie interesuję się polityką, to ciekawie było zobaczyć jak to się u nich robi i wysłuchać paru przemówień. Pogadałam nawet z ich kandydatem, choć nie mogę tu przecież głosować. Rachel odwiozła mnie do centrum i poszłam do Wanyu, która zaprosiła mnie i parę osób na tradycyjne chińskie jedzenie i deser. Okazało się, że to jej urodziny, ale jak zwykle nic nie powiedziała!


  
Jeden z kandydatów Liberalnych Demokratów i zespół mojej uczennicy The Master of Nonne.

Dzisiaj obudziłam się i włączyłam komputer. Nie spodziewałam się kompletnie tego, co przeczytałam w Internecie i co w pierwszej chwili wzięłam za niesmaczny żart. Okazało się jednak, że to prawda. Prawie 100 osób zginęło w tak symbolicznym miejscu i czasie. Tylko parę z tych nazwisk coś mi mówi: Lech i Maria Kaczyńscy, Ryszard Kaczorowski, Anna Walentynowicz... Pierwsza myśl była taka, że to jakieś przeklęte miejsce. Może dlatego, że wsiąkła w nie krew tylu bestialsko zamordowanych, w tym członka mojej rodziny. Ale nadal uważam, że był to tylko nieszczęśliwy wypadek. Być może spowodowany jednak faktem, że pilot został zmuszony do lądowania w niesprzyjających warunkach. Cały dzień nic nie robiłam tylko czytałam wiadomości i pojawiło się coraz więcej pytań bez odpowiedzi. Dlaczego wszyscy lecieli tym samym samolotem? Dlaczego w ogóle lecieli tam teraz, niejako na przekór? I wiele innych.


Zdjęcia niektórych osób, które zginęły dziś w katastrofie samolotu prezydenckiego w Smoleńsku.
wtorek, 06 kwietnia 2010
W poszukiwaniu białych jaj :)

466.

W piątek rano obudziło mnie silne słońce, więc zaczęłam czytać książkę
Richarda Rouda "A Passion for films" o Henrim Langlois, założycielu Cinematheque Francaise. Po jakimś czasie znów przysnęłam i wstałam dopiero po południu. Pojechałam do sklepu po jedzenie i postanowiłam, że zabiorę ze sobą do Jana i Sue w niedzielę pisanki. Wyruszyłam więc w poszukiwanie białych jajek. Okazało się to dość trudne, bo wszędzie były tylko brązowe! Na targu kupiłam farbki spożywcze i odwiedzałam kolejne stoiska, na którym mieli "ponoć" mieć białe jajka. W rybnym nawet były białe, ale kacze! :) Zajrzałam więc do polskiego sklepu naszych znajomych, żeby ich zapytać, czy nie wiedzą, gdzie jeszcze mogę poszukać, a tu okazało się, że mają 10 pięknych białych jaj z Polski! :) Wróciłam więc zadowolona do domu i zrobiłam sobie na obiad śledzika w śmietanie i ziemniaki, a potem zabrałam się za pisanie.

W sobotę znów pospałam trochę dłużej, a potem zabrałam się dalej za pisanie mojej pracy MPhil. Na obiad zrobiłam sobie buraczki na ciepło i wołowinę.
Potem odpisałam na maile i napisałam do szefa strony Cinema Retro ze Stanów, którego poznałam w trakcie festiwalu. Zaproponowałam mu, że mogę napisać coś o polskich filmach i zaczęłam szukać czegoś, co mogłoby zainteresować jego czytelników. Większość artykułów dotyczy filmów z lat 60-tych i 70-tych oraz tego, co się dziś dzieje z ludźmi, którzy w nich grali. Doczytałam się na IMDB, że Elżbieta Czyżewska zagrała w jednym z odcinków drugiego sezonu "Seksu w wielkim mieście", obejrzałam więc ten odcinek i rzeczywiście tam była! :) Wieczorem zabrałam się za pisanki. Przed snem napisałam jeszcze abstrakt na majową konferencję w Glasgow. Już wiem, że nie przyjęli mojej propozycji na czerwcową konferencję MeCCSA, ale może tu się uda? :)

  
Koszyczek z pisankami mojej roboty oraz dwa punche z rumem: Kimbe Red i Pina Colada.

W niedziela byłam zaproszona na 12:30 do Jana i Sue. Wstałam więc, przygotowałam się i spakowałam "święconkę" oraz punch Pina Colada, czyli z mleczkiem kokosowym i ananasem. Drugi, czyli Kimbe Red z imbirem, żeń-szeniem i karmelem, zostawiłam na później. Jan
przyjechał po mnie wraz z jednym z gości, a wszystkich razem było nas 11 osób przy stole, z czego połowa to były ich okoliczne sąsiadki! :) Każdy z nas dostał uszy królików, ale było o jedne za mało, więc wcisnęłam swoje Janowi :) Zjedliśmy pyszny obiad, a potem było "Egg Hunt", czyli szukanie czekoladowych jajek w ogrodzie :) Posmakowałam też dwóch nowych smaków Baileys'a: miętowego i karmelowego, na które już dawno miałam ochotę :) Posiedziałam u nich do 23:30, a potem wsiadłam w taksówkę i wróciłam do domu. Zwykle Jan odwozi mnie do domu, ale tym razem uprzedził mnie, że będzie pił, więc byłam przygotowana.

  
Stół z serwetkami w kształcie zajączków i czekające na nas zajęcze uszy na oparciach krzeseł :)

W poniedziałek obudziłam się szczęśliwa, że nikt mnie nie obleje wodą :) Tu nie ma Lanego Poniedziałku, co bardzo sobie chwalę, bo nienawidzę tego zwyczaju. Wysłałam maila do Glasgow z propozycją prezentacji, a potem napisałam też zaległe maile do wielu osób i instytucji, m.in. do Vanessy, Rachel, Jan i Sue z pytaniem, czy wybiorą się ze mną w piątek na koncert zespołu, w którym gra jedna z moich uczennic. Zespół nazywa się The Masters of Nonne i mają swoją stronę (www.myspace.com/themastersofnonne).
Wygląda na to, że wybierze się nas przynajmniej czworo, a może nawet więcej. Koncert połączony jest z imprezą Liberalnych Demokratów, więc będą też przemówienia i jedzenie. Zapowiada się ciekawie. Przed snem udało mi się wreszcie napisać spis rozdziałów mojej pracy MPhil i czuję, że jestem w stanie ją wkrótce skończyć i złożyć do oceny.

Dzisiaj od rana nic mi się nie chciało. Pospałam z przerwami prawie do 16:00, a potem wreszcie wstałam, zjadłam śniadanie i zadzwoniłam do domu. Później zabrałam się znów za moją pracę MPhil. Po świętach spotkam się znowu z moim promotorem i mam nadzieję, że wkrótce skończę wreszcie te studia. W międzyczasie muszę zacząć szukać nowej pracy, więc odświeżam stare kontakty i zawieram nowe. Do maja mam napisać artykuł dla Cinema Retro, odezwałam się też do The Polish Connection i Polish Cultural Institute, a jednocześnie zagaduję Toma, który jest odpowiedzialny za program filmowy w Muzeum. Mam nadzieję, że coś się z tego wszystkiego wyklaruję i że będę promować polskie filmy w UK :) Może zapoczątkuję jakiś festiwal albo firmę promującą polska kinematografię? Potrzebuję tylko funduszy :) Może są jacyś chętni, którzy chcieliby zainwestować? Czekam na propozycje! :)
piątek, 02 kwietnia 2010
I po festiwalu

465.

W niedzielę zaczęłam od filmu telewizyjnego "Made in Britain" o 12:15 w TV Heaven w Muzeum. W roli skinheada rewelacyjnie zadebiutował w nim Tim Roth. Potem poszłam do domu na obiad i trochę odpocząć, zanim na 18:00 poszłam do Cineworld na kolejne pokazy. Najpierw obejrzałam brytyjski krótki metraż z rosyjskimi dialogami "The Sickness is Coming or, The Blind Man's Television", który był słabą podróbką Tarkowskiego. Po nim pokazano film "Greenberg" z Benem Stillerem i Rhysem Ifansem, który mi się podobał. Przypominał chwilami styl wczesnego Woody'ego Allena. Na koniec poszłam na "Whip It" - debiut reżyserski Drew Barrymore, z Ellen Page, Juliette Lewis i samą Drew w rolach agresywnych wrotkarek :) To taki typowy film dla nastolatek, który ogląda się bezboleśnie, ale który zupełnie nie pasuje na festiwal. Po filmie poszłam do Muzeum, żeby napić się wina, ale tym razem nie zabalowałam tak jak co roku, bo mimo iż teoretycznie festiwal się kończył, to wybierałam się jeszcze na 3 filmy w ramach Widescreen Weekend, więc żeby rano wstać już o 1:00 w nocy poszłam do domu :)

  
Debiut Tima Rotha w filmie telewizyjnym "Made in Britain" oraz kadr z filmu "The Sickness...".

  

Ben Stiller w filmie "Greenberg" oraz Drew Barrymore i Ellen Page w "Whip It".

W poniedziałek udało mi się rano wstać i pójść na 10:00 na "The Blue Lagoon" (Błękitna Lagoona). Nigdy nie widziałam tego filmu, a na dużym ekranie prezentował się bardzo ładnie :) Następnym filmem pokazanym na szerokim 70-milimetrowym ekranie był "Quest for Fire" (La guerre du feu / Walka o ogień), który już kiedyś widziałam w telewizji, ale który teraz dużo bardziej mi się podobał. Na koniec obejrzałam "The Hunt for Red October" (Polowanie na Czerwony Październik), którego chyba nigdy nie widziałam w całości. Jak widać nie były to może najlepsze filmy, ale w czasie Widescreen weekend o jakość filmów, a nie ich wartość :) Festiwal skończył się zatem dla mnie dopiero w poniedziałek o 17:00 :) W tym roku było trochę nietypowo, bo krócej i w większej ilości sal, ale przez to gorzej niż zazwyczaj do tej pory. Szkoda, bo to najprawdopodobniej mój ostatni festiwal tutaj. Po filmach wróciłam do domu, zjadłam obiad i zdrzemnęłam się trochę, zanim na 19:00 poszłam do college'u na polski. Po lekcji jeden z moich uczniów podrzucił mnie najpierw do sklepu, a potem do domu, bo strasznie padało.

  
Brooke Shields i Christopher Atkins w "The Blue Lagoon" oraz Ron Perlman w "Quest for Fire".

  
Sean Connery i Alec Baldwin w "The Hunt for Red October" oraz moja ściana z plakatami festiwalu.

We wtorek rano byłam umówiona na 11:00 z moim promotorem, ale doszłam na uniwerek okazało się, że cały wydział się przeniósł do budynku obok. Zanim go znalazłam minęło z 15 minut, ale na szczęście udało nam się spotkać i ustalić, że będę próbować do końca czerwca zrobić MPhil. W międzyczasie zaś wybieram się na kolejną konferencję do Glasgow :) Wróciłam do domu i miałam się zabrać za pisanie eseju na zaliczenie, ale zamiast tego zdrzemnęłam się trochę. Potem trochę popisałam, a na 19:00 szłam już na ostatnia lekcję polskiego przed świętami Wielkiejnocy. Po lekcji poszłam tradycyjnie na drinka z Wanyu i Zico do Weatherspoon. Po drodze weszłam do sklepu na małe zakupy, bo kończył mi się chleb. Zanim wróciłam do domu i zabrałam się na poważnie za pisanie tego przeklętego eseju, wybiła północ. Nie miałam już czasu na dalsze wymówki. Skończyłam pisać o 8 rano i poszłam spać :)

W środę pospałam do 13:30, a potem wstałam, przeczytałam ten esej jeszcze raz, ale postanowiłam nic już nie zmieniać. Zadzwoniłam do domu, bo dawno się już nie odzywałam. A potem poszłam po 16:00 do college'u wydrukowałam esej w bibliotece. Tuż przed 17:00 go oddałam, a potem poszłam na zajęcia. Na szczęście skończyły się już o 18:30, więc poszłam na Interchange i wsiadłam w autobus. Podjechałam pod Pierogarnię, gdzie byłam umówiona z Janem i Sue oraz z ludźmi z jego kursu polskiego. Pomyślałam, że jak już tam jestem, to wejdę też do polskiego sklepu na przeciwko i kupię polski chleb na święta. A potem poszłam na pierogi i porozmawiałam z paroma osobami. Po jedzeniu podjechaliśmy w 4 osoby do Balangi i poszliśmy jeszcze na drinka. A potem odwieźli mnie do domu.

Wczoraj poszłam po raz pierwszy po urlopie do pracy na 12:00. Szefowa na początku zachowywała się jakby nigdy nic, ale jak zostałyśmy same, to najpierw wspomniała coś, że Nicola, która też była w zeszłym tygodniu na urlopie, przyszła specjalnie na jeden dzień, żeby nadrobić zaległości. Potem powiedziała, że musimy porozmawiać o moim urlopie i że jednak mam mniej dni niż myślałam, bo muszę odjąć wszystkie święta. Według jej wyliczeń do końca lipca zostało mi tylko 6 i pół dnia urlopu, będę więc musiała odejść pod koniec czerwca, żeby móc pojechać na tydzień do Szkocji, a potem polecieć na początku lipca do Polski, tak jak planowałam. Moja mama i siostra kupiły już bilety do mnie na koniec czerwca, a ja kupiłam nam powrotny na 7 lipca.

Po pracy pojechałam prosto do Leeds i chciałam najpierw oddać książkę do biblioteki, ale niestety była już zamknięta na święta. Poszłam więc do mojej pani shrink i miałam bardzo intensywną sesję, w czasie której dostałam bardzo silnego bólu głowy. Poszłam więc na herbatę do pobliskiej knajpki, żeby wziąć proszki przeciwbólowe i żeby mi trochę przeszło zanim wsiądę w autobus, a potem w pociąg, żeby wrócić do domu. Kupiłam też kawałek ciasta czekoladowego, ale był za słodki i nie dałam rady go zjeść. Ból głowy nie ustępował i zaczęło być mi niedobrze po tym cieście. Właściciel zauważył, że źle się czuję i przyniósł mi szklankę wody. Minęło pół godziny, a proszki wciąż nie działały, więc wzięłam jeszcze dwa. W końcu po godzinie wyszłam od nich i poszłam na przystanek. Ponad pół godziny czekałam na autobus i ledwo zdążyłam na ostatni pociąg do Bratfoot. Jak wrócił do domu dochodziła już północ.