Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
18ty BIFF 2012 - koniec

584.

W poniedziałek wstałam o 6:30, żeby zamknąć drzwi za moim bratem i jego dziewczyną, którzy wracali już do Polski. Potem poszłam dalej spać i wstałam dopiero o 10:00. Na 12:05 poszłam do Muzeum Mediów, żeby zapowiedzieć film "Skrzydlate świnie". Przyszło ponad 10 osób i było to bardzo ciekawe doświadczenie. Później poszłam prosto na dworzec i wsiadłam w pociąg do Leeds, bo zgodziłam się tłumaczyć dla jakiejś pary, która brała ślub. Byłam trochę wcześniej, więc przeszłam się po sklepach i kupiłam nauszniki w TKMaxxie za 3 funty. Potem na 14:00 poszłam do ratusza, ale okazało się, że mam tłumaczyć nie na ślubie, tylko na spotkaniu o zgodę na ślub pomiędzy Polką i Pakistańczykiem. Wszystko się pięknie udało i godzinę później wsiadłam znów w pociąg i pojechałam do pracy, gdzie dotarłam o 16:00, tak jak się umówiłam z szefową. O 17:00 zaś poszłam na zebranie Execów, które miało trwać do 19:00, a skończyło się po 20:00! Zostałam więc w pracy do 21:00, bo musiałam odrobić te 3 godziny spóźnienia, a potem poszłam prosto na salsę. Potańczyłam trochę i pogadałam z dziewczynami, ale było kiepsko i mało osób, a potem Ala odwiozła mnie do domu i poszłam wcześniej spać.

We wtorek wstałam o 8:30, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i podjechałam na 10:00 do pracy. O 13:00 poszłam na krótszą przerwę na lunch, a potem zabrałam się za spisywanie minutes. W końcu poszłam do biblioteki po DVD z filmem "Still Life", który pokazuję w przyszły wtorek w swoim salonie filmowym. Wyszłam z pracy o 17:45 i poszłam prosto do
Muzeum Mediów na 18:05, żeby zapowiedzieć znów film "Skrzydlate świnie". Zostałam na filmie, bo wcześniej obejrzałam go na Youtubie, więc pomyślałam, iż zobaczę jak wygląda na dużym ekranie i trzeba przyznać, że całkiem nieźle. Musiałam jednak wyjść przed końcem, żeby zdążyć na 20:00 do Cineworld na pokaz "Carlosa". Spóźniłam się 5 minut, mimo że prawie biegłam. Na szczęście dopiero się zaczął, a trwał ponad 3 godziny! Skończył się dopiero po 23:00, ale był bardzo dobry i sprawił, że wiele faktów zaczęło mi się układać w jedną całość. O niektórych ze wspomnianych wydarzen widziałam już filmy, ale tutaj wszystko było skoncentrowane. Teraz chciałabym zobaczyć pełną 5-godzinną wersję serialu. Gorąco polecam obejrzenie "Carlosa"! Po filmie wróciłam do domu, wstawiłam pranie i uruchomiłam zmywarkę! :) Spać poszłam po 1:30 w nocy.

  
Paweł Małaszyński na plakacie "Skrzydlatych świń" oraz niesamowity Edgar Ramirez jako Carlos.

W środę obudziłam się o 9:30, wzięłam prysznic i zadzwoniłam do HM Revenue. Okazało się, że jeszcze nie wysłali mi tego czeku! Obiecali, że teraz się tym zajmą. Zjadłam śniadanie i poszłam na 11:0 do firmy Ingeus na 40 minut, żeby znów tłumaczyć dla starszego Polaka szukającego pracy, z ktorym spotykam się tam co miesiąc. Zaczął padać deszcz, więc wróciłam do domu po parasolkę, a potem poszłam na Interchange i podjechałam Free Busem do pracy, gdzie dotarłam o 12:20. Wkurzyłam się nieźle, jak się okazało, że zamiast biletów na piątkowy Colours Ball mamy zakładać ludziom wristbands, które trzeba ścisnąć obcegami z dwóch stron, żeby się trzymały! W czasie lunchu zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie odebrać pieniędzy za bilet i nie olać tego balu. Szefowa mnie jednak przekonała, żebym tego nie robiła. Zabrałam się więc znów za minutes, szczęśliwa, że przez najbliższe dwa dni nie pracuję. Z pracy wyszłyśmy z szefową przed 19:30 i poszłam w deszczu do Media Museum na spotkanie z Olivierem Assayasem. Nie zostałam jednak na filmie "Irma Vep", bo już go widziałam na DVD z Love Film, tylko wróciłam do domu, wstawiłam pralkę i zmywarkę, a potem się spakowałam i poszłam wcześniej spać.

  
Francuski reżyser Olivier Assayas oraz jego ówczesna, była już żona Maggie Cheung jako Irma Vep.

W czwartek wstałam o 8:30, wyprałam szybko i powiesiłam
pościel po gościach, a potem sprawdziłam saldo i okazało się, że mam ponad 140 funtow debetu, więc nie mogę już wyjąć nawet 10 funtów! Wcześniej saldo pokazywało 101 funtów, więc nie pożyczałam od nikogo pieniędzy na wyjazd. Miałam tylko nadzieję, że w hostelu pozwolą mi zapłacić kartą. Wyszłam z domu i wyrzuciłam śmieci, a o 9:00 byłam już na Interchange'u. Wsiadłam w autokar do Londynu i w czasie podróży skontaktowałam się z Richardem Kwietniowskim i ze znajomą Chinką, ale wyszło na to, że nie uda mi się spotkać się z żadnym z nich wieczorem. Na miejscu byłam po 14:00, kupiłam bilet dzienny i podjechałam metrem do stacji Hammersmith do hostelu Abercorn House. Okazało się jednak, że nie mogę zapłacić kartą, a bankomat nie wydał mi brakujących 30 funtów. Weszłam nawet do kantoru i spytałam, ile by mi dali za 10 euro i 20 złotych, które mi zostały z podróży, ale nadal miałabym za mało, więc ich nie wymieniłam. Odezwałam się za to do Nancy i do drugiej dziewczyny, którą znałam w Londynie, Glorii, bo wiedziałam, że obie przyjeżdżają za tydzień do Bratfoot, więc mogłabym od nich pożyczyć pieniądze i wtedy im je oddać.

Podjechałam do BFI Southbank, przebrałam się i umalowałam w łazience, a potem zgłosiłam się do organizatorów Learning on Screen Awards. Wysłali mnie na górę, żebym się czegoś napiła i na szczęście mieli tam szatnię, więc zostawiłam w niej płaszcz i plecak. W końcu po 18:00 poszłam na salę, w której wkrótce rozpoczęła się ceremonia. Później był poczęstunek, ale nie udało mi się upolować zbyt wiele od chodzącyh po sali pań z tacami. Tymczasem Nancy, która miała się tam ze mną spotkać,  zaproponowała, żebym przyjechała do niej gdzieś do czwartej strefy, ale miałam
bilet tylko na strefy 1 i 2, pojechałam więc na dworzec Victoria sprawdzić, czy są jakieś wieczorne autokary do Bratfoot. Nadal nie miałam jednak pieniędzy, popłakałam się więc Nancy w słuchawkę. Wtedy stwierdziła, że przyjadą obie z Glorią na Oxford Street, żeby się ze mną spotykać. Poszłyśmy coś zjeść do Bella Italia, więc zamówiłam carbonarę, bo byłam już godna. A potem Nancy pożyczyła mi 50 funtów. Po północy wróciłam do hostelu i zapłacilam za pokój, który okazał się super - nowy i czysty, z podwójnym łóżkiem i łazienką. Wzięłam więc prysznic i zasnęłam zmęczona po 1:00, mimo iż słyszałam ludzi na korytarzu.

W piątek obudziłam się o 9:00, ale wstałam dopiero o 9:30. Spakowałam się i o 10:00 oddałam klucze. Poszłam na dworzec Hammersmith, gdzie wsiadłam w metro i podjechałam do Victoria Station. Tam kupilam sobie herbatę i tosta z masłem orzechowym na śniadanie, a potem poszłam na dworzec autobusowy i o 11:00 wsiadłam w autokar do Bratfoot. Niestety, po drodze były korki z powodu deszczu, więc zanim dojechaliśmy do Bratfoot, mieliśmy ponad pół godziny spóźnienia. Zjadłam parę kanapek, wzięłam prysznic, założyłam sukienkę, umalowałam się i jak byłam wreszcie gotowa wyszłam o 19:30 z domu i poszłam do pobliskiego hotelu Hilton na Colours Ball. Dosiadłam się do stolika, gdzie siedziała jedna z pomagających nam studentek. Szefowa siedziała przy innym stoliku i po przystawce wyszła z mężem chyba obrażona, że nikt na nią nie zwracał uwagi. Planowałam, że wszystko się skończy około 23:00, więc wrócę do domu się przebrać i podjadę przed północą do Leeds na salsa party. Tymczasem zanim zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia było już po północy, więc pojechałam ze studentką taxi na FND, a potem o 2:00 wróciłam też taksówką do domu i do 6:00 rano siedziałam na Internecie! :)

W sobotę obudziłam się o 12:00, ale wstałam
dopiero o 13:00. Zjadłam śniadanie, wzięłam kąpiel i przed 16:00 podjechałam Free Busem do Morrisona na zakupy. Dostałam w piątek pensję na konto, bo 28-my był w sobotę, więc tak jak podejrzewałam, przelali pieniądze już dzień wcześniej. Szkoda, że musiałam się mimo to tyle nadenerwować i zapożyczyć! Kupiłam coś do jedzenia i wróciłam do domu około 17:00. Zjadłam obiad i o 17:30 zajrzałam na festyn May Day zorganizowany m.in. przez Klub 1in12, a potem poszłam do Media Museum na dwa kolejne filmy festiwalu. O 17:55 obejrzałam w Imaxie "Fausta" Aleksandra Sokurova, który trwał ponad dwie godziny. Pomyślałam sobie, że słuchanie rosyjskiego przez 140 minut może być nawet przyjemne, niestety film był po niemiecku! W dodatku był strasznie dziwny, ale jednocześnie niesamowicie urzekający i piękny, więc dałam mu się po prostu ponieść. Potem spotkałam parę znajomych osób, które tak jak ja szły na 20:40 na nakręcony w Indonezji przez Walijczyka Garetha Evansa film sztuk walki "The Raid". Był to niesamowity, krwawy balet! Polecam :) W domu byłam o 23:00, zrobiłam sobie rum z colą i usiadłam do Internet. Spać poszłam po 2:30 rano.

  
Anton Adasinsky jako Szatan i Johannes Zeiler jako "Faust" oraz Iko Uwais w krwawym "The Raid".

W niedzielę obudziłam się po 11:00, zrobiłam pranie, wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Potem mimo deszczu i wiatru poszłam na 13:00 na film "I Am a Good Person / I Am a Bad Person" Ingrid Veringer, który kręciła częściowo w czasie zeszłorocznego BIFF. Wzięłam w nim wtedy udział jako statystka, więc miałam nadzieję, że zobaczę się choć przez chwilę na ekranie. Niestety, musieli mnie wyciąć, bo nie widać mnie w czasie kręconej wtedy sceny (poniżej zdjęcie z planu). Był to mój 10 i ostatni film festiwalu, który nie zakończył się zbyt szczęśliwie, bo film mi się nie podobał i miałam poczucie zmarnowych 80 minut z życia, których nikt mi już nigdy nie odda :) Ingrid zmusiła nas do wjeścia z butami w jej życie i nie czułam się z tym komfortowo. Może dlatego, że nie darzę jej sympatią jako osoby? W każdym razie o 15:00 wróciłam
w deszczu do domu i chwilę później przyszła Sarah na polski. Wyszła przed 18:00, a ja zjadłam obiad i zabrałam się za gotowanie. Potem obejrzałam na DVD z Love Film francuski film "Hors la loi" (Outside the Law) Rachida Bouchareba o Algierii i FLN. Później usiadłam do Internetu i nie słyszałam jak Ismail dzwonił do mnie 2 razy! W końcu po 1:00 poszłam spać.

  
Indrid Veninger na BIFF 2011 oraz Jamel Debbouze,
Sami Bouajila i Roschdy Zem w "Hors la loi".
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
18ty BIFF 2012 - początek

583.

W czwartek wstałam o 8:30 i podjechałam na 10:00 do pracy. Celine przesłała mi zdjęcia z Francji przez Skype'a, więc zgrałam je na USB i wzięłam do domu.. Wyszłam z pracy o 17:00, więc miałam tylko dwie godzinki, żeby się przebrać, umalować i dotrzeć na 19:00 do Muzeum Mediów na otwarcie 18-tego Bratfootzkiego Festiwalu Filmowego. Moje nazwisko miało być na liście gości, ale oczywiście nie było! Na szczęście wpuścili mnie na imprezę, która tym razem odbywała się na górze. Wypiłam kieliszek szampana, przywitałam się z paroma osobami, m.in. moim rektorem i szefem wydziału, szefową radia BCB oraz z Neilem. Potem dostałam bilet na film i zeszłam na dół, gdzie spotkałam jeszcze parę znajomych osób. Po 19:30 zaczęła się ceremonia otwarcie festiwalu, najpierw pokazem filmu krotkometrażowego "2:20", który wygrał konkurs Virgin Media Shorts. Potem była kreskówka "One Froggy Evening", a w końcu pokazali lekki i zabawny film "Damsels in Distress" Whita Stillmana, na którym świetnie się bawiłam. Po filmie porozmawiałam z paroma osobami w kuluarach, ale w tym roku, w przeciwieństwie do poprzednich, nie było kontynuacji imprezy. Bar był co prawda otwarty, ale nie miałam przy sobie gotówki. W dodatku w tym roku nie było aż tak elegancko, ale mimo to czułam się dobrze w mojej długiej zielonej sukni. Wróciłam do domu po 22:00, lekko wkurzona i napiłam się rumu z colą, a potem pogadałam z Celine oraz z Sally przez Skype'a. W końcu o 2:00 w nocy poszłam spać.

  
Bohaterki filmu "Damsels in Distress" oraz współdyrektor festiwalu Tom Vincent i moje włosy :)

W piątek obudziłam się po 11:00, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i zabrałam się za sprzątanie. Ismail dzwonił poprzedniego wieczoru i ponownie rano, ale nie odebrałam telefony, tylko wysłałam mu SMSa, że w ten weekend nie idę na żadną salsę, bo goszczę brata i jego dziewczynę. Po 15:00 wyszłam wreszcie z domu i podjechałam do Argos po materac typu aerobed. Chciałam skorzystać z mojej nowej karty kredytowej Argosa, bo na koncie zostało mi tylko niecałe 30 funtów, ale babka w kasie poradziła mi, żebym skorzystała też z kuponu na 10 funtów zniżki. Musiałam po niego wrócić do domu, po drodze robiąc tylko małe zakupy w Wilkinsonie. Znalazłam kupon i wróciłam do Argosa tuż po 17:00. Materac już na mnie czekał i w dodatku nic za niego nie zapłaciłam, tylko będę musiała go teraz spłacić w ciągu 6 miesięcy. Był dość ciężki i nieporęczny, więc wróciłam z nim znów do domu. W końcu było za późno, żeby iść po jedzenie do Morrisona, więc poszłam do Tesco, a stamtąd prosto na Interchange, gdzie po 18:30 przyjechał brat z dziewczyną. Poszliśmy do mnie zostawić rzeczy, a potem do Chińczyka na kolację. Później zrobiliśmy sobie spacer po centrum i poszliśmy na drinka do Weatherspoons. W międzyczasie zorientowałam się, że zgubiłam opaskę do włosów i 25 funtów! Miałam już debet na koncie, po raz pierwszy wzięty z premedytacją, a tu jeszcze część z tych pieniędzy zniknęła! Biednemu zawsze wiatr w oczy! Wróciliśmy do domu przed 22:00 i oni poszli spać, a ja siedziałam do 1:00 w nocy.

  
Aerobed, który pompuje się po podłączeniu do prądu (taki jak kupiłam) oraz ratusz w Bratfoot nocą.

W sobotę wstaliśmy około 10:00 i zjedliśmy wspólne śniadanie. Potem poszliśmy na Interchange, po drodze sprawdzając, czy nie doszedł mój czek ze zwrotem podatku. Niestety, skrzynka była nadal pusta. Kupiłam im bilety do Yorku, ale nie było mnie stać, żeby z nimi jechać. Zrobiłam ostatnie zakupy w centrum. Po 14:00 wróciłam do domu i obejrzałam na stronie Love film "Our Day Will Come" (
Notre jour viendra) Romaina Gavrasa, syna Costy-Gavrasa. Był to bardzo dziwny film, nawet jak na francuskie standarty! Później zdrzemnęłam się trochę i wstałam dopiero o 17:00, żeby ugotować obiad. Brat z dziewczyną wrócili z Yorku i zjedliśmy razem makaron z krewtkami, oliwkami i cebulą w sosie pomidorowym, a potem pobiegłam do Muzeum Mediów na spotkanie z aktorem Rayem Winstonem. Okazało się, że niepotrzebnie się śpieszyłam, bo wszystko się opóźniło, ale warto było czekać. Ray Winstone był bardzo zabawny, podobnie jak prowadzący z nim rozmowę Mark Kermode. Siedziałam w drugim rzędzie i miałam bardzo dobry widok, a spotkanie było było naprawdę super i warto było na nie wydać 12 i pół funta :) Po rozmowie i sesji pytań publiczności był pokaz filmu "That Summer" z 1979 roku, w którym zagrał Ray. Był to typowy film dla młodzieży. Skończył się po 22:00 i o wpół do 23:00 byłam już do domu. Zmarzłam trochę w kinie i źle się czułam, więc wzięłam kąpiel, a moi goście poszli w tym czasie do Tesco. Jak wrócili usiedliśmy i oni pili whiskey, a ja Fervex, i rozmawialiśmy do 2 w nocy!

      
Vincent Cassel i Olivier Barthelemy ("Notre jour viendra") oraz Ray Winstone w "That Summer" i dziś.

W niedzielę wstaliśmy znów około 10:00 i zjedliśmy wspólne śniadanie, a potem oni wyszli i pojechali kolejką parową do Haworth, a ja położyłam się z powrotem do łóżka i zaczyłam czytać ich książkę "Zatopiona zima" (Winter Under Water) Jamesa Hopkina, Anglika mieszkającego przez pewien czas w Krakowie. W końcu wstałam o 16:00 i zrobiłam ciasto na naleśniki z rumem i z cynamonem, pozmywałam naczynia i wzięłam kąpiel. Około 17:00 dali mi znać, że niedługo wrócą, odgrzałam więc obiad i zaczęłam smażyć naleśniki, ale średnio mi szło. Zjedliśmy razem obiad i porozmawialiśmy trochę, a potem poszłam na 18:20 do kina na wzruszający i mądry życiowo film animowany "Wrinkles" (Zmarszczki). Kupiłam od razu bilety na 20:30 na "Alberta Nobbsa" i na wtorek na "Carlosa", bo nadal nie miałam żadnych wieści od szefowej radia BCB. Tymczasem przypadkiem spotkałam ją po pierwszym filmie i okazało się, że ma dla mnie bilety na te 3 filmy plus parę innych! Oddałam więc te trzy bilety i dostałam z powrotem moje 15 funtów! :) Po drugim filmie, czyli niepokojącym lecz nierównym "Albercie Nobbs", spotkaliśmy się pod Muzeum z bratem i jego dziewczyną. Wróciliśmy razem do domu i zjadłam parę naleśników, ktore usmażył mój brat, a potem napiliśmy się rumu z colą i pogadaliśmy do 00:30. Oni poszli wcześniej spać, bo rano mieli samolot, a ja usiadłam do komputera i zasnęłam dopiero o 3:00! Humor mi się poprawił i nabrałam nadziei, ale nadal źle się czułam, więc wzięłam znów Fervex na noc.

  
Bohaterowie filmu "Wrinkles" oraz Glen Close i Janet McTeer jako mężczyźni w "Albercie Nobbs".
czwartek, 19 kwietnia 2012
Montpellier i Sete

582.

W środę wstałam o 8:30, bo szłam do pracy na 10:00. Jak się zbierałam, zadzwonił Ismail i spytał, czy chcę z nim iść na obiad do restauracji. Powiedziałam mu, że nazajutrz lecę na 5 dni do Francji, więc umówiliśmy się na telefon na przyszły tydzień. Postanowiłam, że spotkam się z nim na neutralnym gruncie, jeśli chce, i wytłumaczę, dlaczego nie chcę z nim być, jeśli ma mu to jakoś pomóc. Nie chcę mu robić żadnych nadziei, więc powiem mu od razu, że nie chcę, żeby przyjeżdżał do mnie do domu. Po rozmowie z nim poszłam na Interchange i podjechałam na 10:00 do pracy. Nudy były straszne, bo prawie nikogo nie było! O 17:00 wyszłam więc i podjechałam Free Busem do domu. Usiadłam do Internetu, a potem zabrałam się na pakowanie.

W czwartek wstałam znów o 8:30, bo postanowiłam przed wyjazdem zrobić pranie pościeli. Powiesiłam ją i poszłam na Interchange, gdzie
o 10:10 wsiadłam w autobus na lotnisko. Samolot do Montpellier odleciał zgodnie z planem o 12:05 i po 15:00 tamtejszego czas byłam już we Francji. Poczekałam trochę na Celine, która utknęła w korku, a potem zawiozła mnie do miejscowości La Grande Motte znanej z dziwnych zabudowań z lat 70. Potem pojechałyśmy do niej do domu, czyli do Sete. Przywitałam się z jej mamą i dostałam swój pokój, w którym zdrzemnęłam się pół godzinki, bo coraz bardziej bolała mnie głowa. W końcu zjadłyśmy kolację i poszłyśmy z Celine na spacer nad zatokę. Pogoda była ładna, tylko trochę wiało. W końcu poszłyśmy wcześniej spać.

  
Dziwna architektura w miejscowości La Grande Motte oraz spacer po la Plagette w Sete nocą.

W piątek wstałyśmy o 9:00 i po śniadaniu pojechałyśmy na górę St. Clair, gdzie znajduję się kościół Notre-Dame de la Salette z ciekawymi malowidłami Jacquesa Bringuiera.
Potem wróciłyśmy do domu na lunch, po którym poszłyśmy piechotką zwiedzać miasto. Sete to bardzo malownicza miejscowość nad morzem Śródziemnym, tzw. prawie wyspa, bo od stałego lądu dzielą ją kanały :) A na środku jest wysoka góra St. Clair. Zwiedzanie zaczęłyśmy od plaży, a potem poszłyśmy do centrum, gdzie znalazłyśmy kościół St. Louis, ale niestety był zamknięty. Poszłysmy więc do parku, a stamtąd zabrała nas mama Celine i zawiozła do domu na kolację, m.in. świeże małże na przystawkę :) Wieczorem obejrzałyśmy program "On n'demande qu'a en rire" na France2 i poszłysmy spać po północy.

W sobotę wstałysmy o 10:00, zaczęłyśmy od razu od lunchu po 11:00, a potem pojechałyśmy do Montpellier. Zaparkowałyśmy na obrzeżach i pojechałyśmy tramwajem do centrum. Zaczęłyśmy od Ogrodu Botanicznego, później byłyśmy w katedrze św. Piotra, na promenadzie Peyrou, pod św. Anną i w dzielnicy Antygona. Potem wróciłyśmy do centrum i zjadłyśmy naleśniki w parku, a o 20:00 spotkałyśmy się z dwoma przyjaciółkami Celine, z którymi poszłyśmy na pyszną kolację do Bistro d'Alco, gdzie zjadłam fois gras jako przystawkę i mątwy z nadziewanym ziemniakiem jako danie główne, a na deser creme brule. Po jedzeniu poszłyśmy do pubu irlandzkiego, a po północy wróciłyśmy tramwajem na parking i do Sete.

  
Port w Sete oraz Promenada Peyrou w Montpellier (więcej na http://public.fotki.com/annad9/).

W niedzielę wstałyśmy znów o 10:00 i znów zjadłyśmy od razu lunch po 11:00, a potem Celine zawiozła mnie na malownicze bagna, ale nie pochodziłyśmy po nich zbyt długo, bo strasznie wiało. Celine podrzuciła mnie więc do Muzeum Georgesa Brassensa, skąd odebrała mnie o 16:00. Wróciłyśmy do domu i zrobiłyśmy pyszne naleśniki z rumem, które zjadłyśmy po kolacji. Przed snem obejrzałyśmy ponad 300 zdjęć, które zrobiłam w czasie mojego pobytu oraz nasze wspólne zdjęcia z Bratfoot i okazało się, że wielu z nich nie mam, więc Celine obiecała, że mi je przyśle, razem z tymi, które zrobiłam przez te parę dni. Potem pojechałyśmy cyknąć jeszcze parę zdjęć Sete nocą - na górę St. Clair i do centrum. W końcu po pólnocy poszłyśmy spać.

W poniedziałek wstałyśmy tradycyjnie o 10:00, zjadłyśmy przed wyjazdem na lotnisko i o 13:30 ruszyłyśmy do Montpellier. O 14:15 byłyśmy już na lotnisku, więc Celine odjechała, a ja poszłam do odprawy. W strefie bezcłowej kupiłam wino z 2005 roku z Bordeaux, a o 15:45 tamtejszego czasu
odleciałam do Anglii. Przed 17:00 byłam już na miejscu, ale w domu dopiero o 18:30, bo autobus strasznie długo jechał. Usiadłam do Internetu i nie wyrobiłam się na lekcję salsy o 20:00. Poniewaz jednak nie miałam co jeść, więc i tak musiałam iść do sklepu. Zdjęłam pościel z suszarki, pościeliłam łóżko i poszłam najpierw do Tesco, a potem na salsę. Potańczyłam do 23:00, a że nie było dziewczyn, do domu odzwiózł mnie znajomy. Zmęczona podróżą i tańcami poszłam wcześniej spać.

We wtorek o 8:30 obudził mnie budzik i na 10:00 podjechałam do pracy. Mieliśmy straszny Sajgon, bo sprzedawaliśmy bilety na Colours Ball, który odbędzie się w przyszły piątek. A ja musiałam wysłać maile do wszystkich, którzy w tym roku dostaną nagrody za wybitne osiągnięcia sportowe, w ramach stowarzyszenia czy wolontariatu. O 17:00 wyszłam z pracy i poszłam do Galerii II, gdzie poczekałam, aż ktoś przyjdzie na pokaz filmu "Blue" Dereka Jarmana, który przenieśliśmy do Delius Centre. Przyszła pare studentów z Rumunii, z którymi poszłam na pokaz, który połączyliśmy z Klubem Rysowania. My oglądaliśmy film, a pozostali rysowali modelkę, która im pozowała nago. Po 19:00 poszłam do domu, zahaczając po drodze o Tesco i przed snem obejrzałam jeszcze "Irmę Vep" na DVD z Love Film.

  
"Blue" - kadr z filmu Dereka Jarmana oraz Maggie Cheung jako Irma Vep w filmie Oliviera Assayasa.

W środę od rana padał deszcz. Wstałam po 10:00, wzięłam kąpiel i zjadłam śniadanie, a potem pojechałam na uniwerek i poszłam prosto do Horton Building na spotkanie Safety Forum, które zajmuje się problemem bezpieczeństwa na terenie kampusu. Spotkanie skończyło się tuż przed 15:00 i zajrzałam jeszcze na chwilę do mojego promotora, który dał mi bilet na Screen talk Oliviera Assayasa, bo jego biuro mieści się w tym samym budynku. Potem poszłam do pracy i znów miałam urwanie głowy. W końcu wyszłam z szefową przed 20:00, a że nadal padało, podwiozła mnie do domu. Zrobiłam pranie, a potem usiadłam do Internetu i zanim poszłam spać minęła 1:00 w nocy. Ismail na szczęście się nie odzywał, za to dostałam SMSa od chłopca z salsy, który mógłby być moim synem :)
środa, 11 kwietnia 2012
Tak zwana Wielkanoc :)

581.

W poniedziałek obudziłam się przed budzikiem nastawionym na 10:30, wstałam i podjechałam na uniwerek Free Busem. O 12:00 byłam umówiona w bibliotece z Subject Librerian, która mi pokazała,
w których bazach danych najlepiej szukać artykułów o Kieślowskim. O 13:00 byłam już w pracy, ale wyszłam o 19:30, bo nikogo nie było i poszłam do biblioteki. Znalazłam parę książek, ale stwierdziłam, że nie będę ich z sobą brać na salsę, więc zostawiłam je razem na jednej z półek i o 20:00 poszłam na salsę. Zostałam na imprezie z dziewczynami do 22:30, a potem mnie odwiozły do domu, ale oczywiście znowu usiadłam do Internetu i zanim poszłam spać było już po północy.

We wtorek wstałam o 8:30 i na 10:00 podjechałam Free Busem do pracy. W czasie lunchu poszłam do The Hub i wymieniłam moją kartę studencką na nową, bo na poprzedniej, którą mi wydrukowali w styczniu, obcięło im końcówki, m.in. do kiedy jest ważna! I zamiast do 2015 roku, była ważna do 201 :) O 17:00 podjechałam do domu Free Busem,
bo moja pani shrink spytała, czy zamiast jak zwykle o 18:30 mogłybyśmy się spotkać o 19:00. O 18:04 wsiadłam więc w pociąg do Leeds i wyszłam od niej po 21:00. Wróciłam pociągiem do Bratfoot i po 22:00 byłam już w domu. Zjadłam kolacja i usiadłam do Internetu. Porozmawiałam z przyjaciółką ze Stanów na Facebooku i poszłam spać po 1:30.

W środę wstałam znów po 8:30 i zobaczyłam, że w nocy napadał śnieg! Na 10:00 podjechałam do pracy, ale były straszne pustki, bo studenci mają wolne i większość wyjechała. Przed 17:00 wszyscy wyszli, a ja zostałam sama, bo czekałam na dwie dziewczyny, z którymi umówiłam się na obiad. W końcu spotkałyśmy się i poszłyśmy do Mamma Mia na pyszne włoskie jedzenie, a potem na 19:30 do kina koło mnie na "Street Dance 2 3D" :) W domu byłam po 21:00 i znajomy powiedział mi, że na BBC iPlayer można obejrzeć pierwszą część "Street Dance", więc ją obejrzałam, tylko po to, żeby się przekonać, że nie ma nic wspólnego z drugą częścią :) Film skończył się po północy i poszłam spać.

  
Eva i Ash w "Street Dance 2 3D" (plus salsa) oraz Carly i Tomas w "Street Dance" (plus balet).

W czwartek wstałam trzeci dzień pod rząd o 8:30 i na 10:00 podjechałam po raz ostatni przed przerwą świąteczną do pracy. Śnieg na szczęście już się roztopił, ale nadal było dość zimno. O 17:00 wyszłam i pojechałam Free Busem najpierw do księgarni Waterstones, która niestety była zamknięta, a potem do Morrisona po jedzenie. W domu byłam po 18:00, zjadłam kolację, przebrałam się i o 21:04 wsiadłam w pociąg do Leeds. Poszłam jak zwykle na lekcję kizomby, a potem zostałam na imprezie i tańczyłam do 2:00, ale niestety nie było moich ulubionych tancerzy. Znajomy z poniedziałkowych lekcji salsy podwiózł mnie do domu i po 4:00 w nocy poszłam wreszcie spać :)

W piątek wstałam po 14:00, zjadłam śniadanie i zabrałam się za przeszukiwanie baz danych w poszukiwaniu materiałów. Po 18:30 zjadłam obiad i znów zabrałam się do szukania. Spać poszłam o 3:00 w nocy. W sobotę o 10:00 obudził mnie budzik, wyszłam po 11:00 i o 11:30 byłam już w Polskim Klubie. Okazało się, że pierwszy film zacznie się o 13:00, więc podjechałam do Bootsa po make up i weszłam do WMSmith, a potem do Waterstones i Media Muzeum szukając książki "Zona", ale nigdzie jej nie mieli. Tak a propos, jak mi znajomy Anglik powiedział, że znalazł mojego bloga, to zernkęłam na tłumaczenie i okazało się, że
automat zabawnie go tłumaczy na angielski, np. tytuł "Zona" na "Żona" (Wife :)

Wróciłam do Polskiego Klubu i obejrzałam świetny film Wajdy "Niewinni czarodzieje", a potem zjadłam gulasz ze znajomymi, którzy zamówili coś, co się nazywało bigos, ale miało w sobie więcej cebuli niż kapusty :) No cóż, moi znajomi Anglicy gotowali według przepisu znalezionego w Internecie :) Przed pokazem "Pociągu" Kawalerowicza znajomy przeczytał swój tekst o polskim kinie, więc go posłuchałam, a potem poszłam do biblioteki po jeszcze 2 książki. Wróciłam po 17:00, zjadłam pierogi i posłuchałam Marka Goddarda, który tak ciekawie opowiadał o "Mansukrypcie znalezionym w Saragossie", że postanowiłam jeszcze raz go obejrzeć. Po 22:00 wróciłam do domu i zasnęłam tuż po północy.

  
Krystyna Stypułkowska i Łomnicki w "Niewinnych czarodziejach" oraz Cybulski w "Manuskrypcie".

W niedzielę obudziłam się przed południem z wielkim zimnem na górnej wardze! Odwołałam obiad u Jana i Sue oraz salsę wieczorem z dziewczynami, bo stwierdziłam, że lepiej będzie jak zostanę w ciepłym łóżku. Zaczęłam czytać materiały, które zebrałam, a potem coś zjadłam i porozmawiałam z mamą i wujkiem przez Skype'a. Później wstałam znów z łóżka, zjadłam dwa jajka, żeby tradycji stało sie zadość i zaczęłam dalej czytac, ale się załamałam i zamiast zacząć pisać, obejrzałam najnowszy odcinek "South Parku" oraz cztery odcinki "Spadkobierców". Próbowałam jeszcze coś poczytać o Kieślowskim, ale stwierdziłam, że nigdy nie napiszę tego doktoratu i w końcu po 1:30 poszłam spać.

W poniedziałek wstałam po południu, zjadłam śniadanie i usiadłam do Internetu. Po 15:30 wzięłam kąpiel, żeby się rozluźnić i żeby mi się lepiej myślało :) Zaczęłam wreszcie pisać! Po 18:00 zrobiłam sobie przerwę na obiad, a na deser zjadłam czekoladowego zajączka Friedela, którego dostałam od Jana i Sue :) Siedziałam nad komputerem prawie do 5:00 rano, na zmianę czytając i pisząc. Udało mi się napisać 5 stron, czyli połowę tego, o co mnie prosili promotorzy. Wszystko zaczęło się składać w jakąś całość, ale nadal nie jestem pewna, czy to co piszę jest na wystarczającym poziomie, żeby się nadawało na doktorat. Ale lepiej już nie potrafię! Wyślę im i zobaczę, co powiedzą.

We wtorek obudziłam się w południe, zjadłam śniadanie i usiadłam znów do pisania. Okazało się, że wykorzystałam już prawie cały mój limit Internetu na ten miesiąc, więc pisałam off line. Będę musiała zapłacić 5 funtów za dodatkowe 5GB i zmienić hasło, żeby sąsiadka nie mogła z niego korzystać. Później ugotowałam i zjadłam obiad, a potem się zdrzemnęłam. Po 20:00 zdzwoniłam się z rodziną przez Skype'a, bo odwiedziła ich ciocia, której dawno nie widziałam. Przez te parę dni obejrzałam w kawałkach prawie cały film "Podwójne życie Weroniki", o którym pisze.
Po 22:00 zadzwonił nagle Ismail, ale nie odebrałam. Byłam zajęta. Pisałam dalej, aż do północy!

  
Czekoladowy zajączek Friedel oraz Irene Jacob jako Weronika w "Podwójnym życiu Weroniki".
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Jak być kobietą :)

580.

W poniedziałek wstałam o 10:00 i o 11:00 byłam już w firmie Ingeus, ktory jest bardzo blisko mojego domu. Przez pół godziny tłumaczyłam dla Polaka, który szuka pracy i umówili nas znów za miesiąc. Na 12:00 pojechałam na uniwerek, żeby się spotkać z promotorem i ustaliliśmy, że muszę przez Wielkanoc zacząć pisać. Potem weszłam do biblioteki po drodze do pracy, gdzie dotarłam przed 13:00. Wieczorem odwiedziła mnie Wanyu, więc o 20:00 poszłam z nią poczekać na UBUS. Przez to spóźniłam się na lekcję, która już się zaczęła. Ale że prowadził ją znów Nikoali, to stwierdziłam, że nie będę się już przyłączać, tylko poszłam na dół po drinka i zaczęłam rozmawiać ze znajomym. Potem przyszedł Jonathan i usiedliśmy, żeby pogadać. Wróciliśmy na górę i lekcja się wkrótce skończyła. Zaczęła się impreza i potańczyłam z wszystkimi, świetnie się bawiąc. Zatańczyłam nawet z Nikolaiem i Elą trójkącik :) A potem dziewczyny odwiozły mnie do domu i poszłam spać.

We wtorek wstałam o 8:30 i na 10:00 pojechałam do pracy. Wyszłam o 17:00 i poszłam prosto do Alhambry, żeby kupić bilet na balet z Holandii. Występowali tylko dwa dni i chciałam się dowiedzieć, którego dnia mają po spektaklu spotkanie z widzami. Okazało się, że tego wieczoru, więc kupiłam od razu bilet i po drodze do domu przeszłam się piechotką po sklepach. Kupiłam coś do chleba i wróciłam Free Busem do domu. Zjadłam kolację, wstawiłam pralkę i poszłam się trochę zdrzemnąć. Potem wstałam o 19:30, powiesiłam pranie i na 20:00 poszłam na balet w wykonaniu Nederlands Dance Theater 2. Przedstawienie było niesamowite i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy nie pójść na nie jeszcze raz nazajutrz :) W domu byłam przed 23:00, ale spać poszłam dopiero po 1:00 w nocy.

  
Tancerze Nederlands Dance Theater 2 w "Studio 2" Paula Lightfoota/Sola Leona i "Deja Vu"...

  
...oraz w "Solo" - oba w choreografii
Hansa van Manena - i w "Minus 16" Ohada Naharina.

W środe zwlokłam się z trudem z łóżka po 11:00, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i zpałaciłam za czynsz przez Internet, a po drodze na Interchange weszłam do firmy Ingeus. W poniedziałek zapomniałam wziąć ze sobą Claim Form, więc teraz weszłam, żeby mi ją podpisali. Potem pojechałam do pracy na 13:00 i szefowa od razu wysłała mnie na zebranie w sprawie konferencji radiowej, jaką organizujemy w przyszłym tygodniu. Potem siedziałam na tyłach biura i wysłałam tą Claim Form faxem. Wyszłyśmy z szefową o 19:30 i poszłyśmy sprawdzić, czy wszystko w porządku na wykładzie islamskim, a potem wróciłyśmy do jej samochodu, bo mnie odwoziła do domu. Jak przejeżdżałyśmy koło uniwerku, zobaczylyśmy grupę muzułmanów z konferencji, jak się wspólnie modlą na trawniku. Jak bym miała aparat, zrobiłabym zdjęcie! W domu byłam już o 20:00, zapłaciłam online Council Tax za ostatnie 2 miesiące, zjadłam kolacja i obejrzałam niesamowity film "We Need to Talk about Kevin" (Musimy porozmawiać o Kewinie) na DVD z Love Film, przez co poszłam spać dopiero po 1:00 w nocy.


Ezra Miller jako Kevin i Tilda Swinton jako jego matka Ewa w filmie "
We Need to Talk about Kevin".

W czwartek wstałam o 11:00 i na 13:00 pojechałam na lunchu w Media School. Był tam chłopak z Minicine, które wspólnie organizujemy i reklamował je, a ja się dowiedziałam że mogę mieć darmowy bilet na spotkanie z francuskim reżyserem Olivierem Assayasem w środę 25 kwietnia, na kiedy mam już bilet do Londynu i zarezerwowany nocleg! Muszę to teraz wszystko zmienić i pojechać w czwartke 26 kwietnia. O 13:30 poszłam do pracy i wzięłam krótszą przerwę na lunch, a
potem o 20:00 prosto do Muzeum Mediów na wystawę Life On Line. Spotkałam tam obu chłopaków, którzy organizują Minicine Polskie. Zwiedziliśmy wystawę i pożegnałam się z nimi, bo byłam umówiona z dziewczynami. O 21:00 Ela i Kasia podjechały po mnie na parking i pojechałyśmy do Leeds. Wzięłam znów udział w lekcji kiozmby, a potem potańczyłam głównie salsę. Zatańczyłam parę razy ze świetnym tancerzem, którego poznałam 2 tygodnie temu i porozmawiałam z chłopcem, który dopiero zaczął się uczyć. Dałam mu moją wizytówkę. Wyszłyśmy z dziewczynami po 1:00 i zanim poszłam spać, było znów po 2:00 w nocy :)

W piątek wstałam o 8:30 i na 10:00 podjechałam Free Busem do pracy. Chłopiec z salsy napisał do mnie SMSa proponując spotkanie. Odpisałam luźno, że do zobaczenia na salsie! :) Mogłabym być jego matką! :) O 17:00 wsiadłam we Free Busa, a potem podeszłam piechotką do Pikniku, ale nie mieli żadnych ciast, a chciałam kupić jakieś na niedzielę. Piechotką podeszłam więc do Morrisona po resztę jedzenia i pojechałam do domu. Usiadłam do Internetu i znów poszłam późno spać. W sobotę obudziłam się w południe, wstałam i przed 14:00 dotarłam na pocztę, gdzie czekało na mnie DVD z filmem "Włoski dla początkujących", który pokazywałam w zeszły weekend. Muszę je teraz oddać Potem weszłam do sklepów po make up i buty. W domu ugotowałam sobie lunch do pracy, a potem usiadłam do Internetu. W końcu zaczęłam czytać świetną, zabawną książkę "How to Be a Woman" Caitlin Moran, którą pożyczyłam od koleżanki z pracy i spać poszłam znów po 2:00 w nocy.

W niedzielę obudziłam się najpierw o 10:00, a potem o 11:00 i o 12:00 wreszcie wstałam :) Posprzątałam trochę i porozmowiałam z bratem, a potem z mamą prze Skype'a. W końcu zabrałam się za gotowanie obiadu, na który zaprosiłam Jana i Sue. Wyszłam z domu o 16:45 i weszłam do Tesco po ser i masło, a potem poszłam do Ambrozji, gdzie mieliśmy się spotkać i kupiłam nam po kawałku szarlotki. Okazało się jednak, że oni czekają u mnie pod domem! Przyjechali jednak, żeby omówić z szefową restauracji szczegóły cateringu na ich wspólną imprezę urodzinową we wrześniu. Potem pojechaliśmy do mnie i  najpierw zjedliśmy ciasto, a w tym czasie ugotował się makaron. Zrobiłam danie, ktorego nauczył mnie Imsail. Po obiedzie pokazałam im mieszkanie, a potem wypiłyśmy z Sue dwie butelki białego wina, czyli prawie po jednej na głowę, ale ona wlewala sobie więcej :) Wyszli po 22:00, a ja porozmawiałam z Celine przez Skype i zanim poszłam spać było już oczywiście po 2:00 w nocy.
 
  
Książka "Jak być kobietą", którą powinnien przeczytać każdy oraz reklama resturacji Ambrozja.