Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 28 kwietnia 2013
Niedzielne tango

635.

W poniedziałek miałam budzik nastawiony na 9:00, ale nie wiem czemu nie zadzwonił i obudziłam się sama o 9:30. Na szczęście zdążyłam na 10:55 do przychodni, ale pielęgniarka która mnie przyjęła powiedziała, że jest tam tylko na zastępstwie i nie wie, co ma ze mną zrobić. Nie codzień nie mają tam nikogo, kto by starał się o Zieloną Kartę :) Nie wiedziała więc, czy mam płacić za te szczepionki i czy ma mi je zrobić, a że nie chciała brać żadnej odpowiedzialności, to kazał mi przyjść kiedy indziej, jak inna pielęgniarka przyjmuje. Umówiłam się więc na środę rano i poszłam pół godziny wcześniej do pracy. Posiedziałam trochę w Advice Centre, a potem przeniosłam się do recepcji. Tuż przed 20:00 wyszłam i poszłam do domu. O 20:30 byłam umówiona z kolegą z salsy, że po mnie przyjedzie, zdążyłam więc nawet coś zjeść. Spóźniliśmy się znów na lekcje i on prosto po lekcji pojechał, a ja zostałam do 22:30. Wróciłam do domu i ugotowałam zupę na dwa dni. W końcu poszłam spać po północy.

We wtorek wstałam po 7:30 i na 9:00 podjechałam do pracy. Po drodze weszłam do sklepu i kupiłam banany oraz wodę na śniadanie :) Potem przez pierwszą godzinę miałam zebranie z szefową i ustalałyśmy, co która ma zrobić. Mamy w tej chwili na głowie parę wycieczek i projektów, typu Pick Up Service czy Green Move Out. Potem poszłam do Advice Centre, a na 12:00 na Pilates. O 17:00 poszłam do Activities Room, gdzie przed naszym filmem zgodziliśmy się pokazać krótki metraż zrobiony przez studentów Media School. Miał trwać 15 minut i o 17:30 mieliśmy pokazać "Hidden Agenda" Kena Loacha, ale trwał 20 minut i przyszło tyle ludzi, że postanowiłam ich nie wyrzucać. Szczególnie, że z naszego stowarzyszenia byłam tylko ja i jedna dziewczyna, więc umowiłyśmy się, że ona weźmie DVD i pierwsza obejrzy film, a potem mi go odda w piątek i ja go obejrzę przez weekend :) Pokaz skończył się przed 18:00, ale rozmawiałam jeszcze ponad pół godziny ze znajomym, którego dawno nie widziałam, a z którym chodziłam kiedyś na kurs Kreatywnego Pisania. Był najlepszy na roku, a teraz gra ne perkusji, jest więc bardzo utalentowany :) W końcu się pożegnaliśmy i poszłam do sklepu po coś do jedzenia. Tam spotkałam znajomą z salsy, która mieszka niedaleko mnie, więc poszłyśmy razem. Zaprosiłam ją na herbatę, a po jej wyjściu porozmawiałam z bratem przez Skype'a. Później znów z tym kolegą na FB i polecił mi film "Moon" (Księżyc). Skończyłam go oglądać o 1:30 i po 2:00 poszłam wreszcie spać.

   
Studencki film krótkometrażowy pt. "Flipped" oraz Sam Rockwell w niesamowitym filmie "Moon".

W środę wstałam po 10:00 i przed 11:00 wyszłam z domu. Podjechałam Free Busem i już o 11:20 doszłam do przychodni. Pielęgniarka przyjęła mnie wcześniej i bez żadnego problemu zrobiła mi oba szczepienia, za darmo. Trwało to minutę, a cała wizyta może z 10 minut. Po drodze do pracy weszłam do sklepu, a potem do budynku, w którym Sarah miała o 15:00 prezentację, żeby wiedzieć gdzie jest sala, do której miałam przyjść. W pracy najpierw miałam zebranie recepcji, a potem z szefem. Tuż przed 15:00 poszłam na tą prezentację, ale niestety nie mogłam zostać do końca, a i tak sie trochę spóźniłam do pracy. Wieczorem był spokój, ale jak tylko podgrzałam zupę, zrobiło się tłoczno. Przyszli znajomi, których dawno nie widziałam, m.in. Toma ze squatu. Porozmawiała, więc trochę z nim, a potem zamknęłyśmy ze studnetką recepcję o 19:45 i zrobiłam sobie na szybcika makijaż. Wyszłam o 20:00 i poszłam pod college, gdzie o 20:15 spotkałam się z Alą. Pojechałyśmy do Leeds na spotkanie InterNations w hotelu Raddison Blu. Wypiłyśmy po drinku, zjadłyśmy trzy różne przystawki i porozmawiałyśmy z paroma osobami. W koncu wyszłyśmy po 22:30 i podprowadziłam Alę do samochodu, a sama poszłam na dworzec i wróciłam ostatnim pociągiem do Brtfoot. W domu byłam po 23:30, ale spać po północy.

W czwartek budzik zadzwonił o 9:30, bo myślałam o tym, żeby pójść przed pracą do paru sklepów i poszukać sukienki, która byłaby zarówno na bal w piątek jak i na ślub w czerwcu. Nie chciało mi się jednak wstać i po raz kolejny doszłam do wniosku, że pójdę w jakiejś, którą już mam. Wstałam więc dopiero o 10:20 i wzięłam kąpiel, żeby powoli zacząć dzień. Podjechałam do pracy na 12:00 i poszłam na trochę do Advice Centre, a potem wróciłam na recepcję. Głowa mnie zaczęła boleć. Dzwoniła do mnie Elka i umówiłyśmy się wstępnie, że może wpadnie do mnie po pracy. Wyszłam w końcu po 20:00 poszłam do domu, a Elka na szczęście odwołała spotkanie i tylko zadzwoniła, żeby się wygadać. Wzięłam znów kąpiel, bo miałam okres i byłam połamana i głowa mnie bolała. Poszłam spać po 23:00!

W piątek wstałam przed 8:00 i na 9:00 podjechałam do pracy. Posiedzialam trochę w Advice Centre, a potem wróciłam do recepcji. Dziewczyna z naszego stowarzyszenia oddała mi DVD z filmem "Hidden Agenda" Kena Loacha. Do 15:00 wydawaliśmy wristbands, które były jedncześnie biletami na Colours Ball w Hiltonie. Na godzinę przed terminem mieliśmy nadal ponad 100 nieodbranych. Po 15:00 zostało ich 30, więc wydrukowaliśmy listę osób, które jeszcze ich nie odbrały i zabrałam to wszystko ze sobą. Wyszłam około 15:30 i podjechałam na Interchange. Poszłam do Hiltona i zostawiłam to wszystko organizatorom, a potem o 16:00 podjechałam do TK Maxxa, żeby kupić jakąś sukienkę. Przymierzyłam 6 i zdecydowałam się na jedną, która nadawałaby się i na bal, i na wesele i na salsę :) Tuż po 17:00 byłam już z powrotem w domu i wkrótce przyjechała Ala. Porozmawiałam chwilę z mamą, bo nie mogłam  zdecydować, którą sukienkę założyć :) W końcu zdecydowałam się na krótką czerwoną, którą od początku zamierzałam wziąć! Ala mnie uczesała i umalowała, a potem na 19:00 podwiozła do Hiltona :) Siedziałam przy stoliku Students' Union z ludźmi z pracy. Szef dbał, żeby nasze kieliszki nie były puste i dolewał mi ciągle białego wina :) Znajomy założył się, że mną, że nie namówię nowego Media Officer na taniec i musiał nam postawić drinka, wypiłam więc jednego shota, a potem szef postawił mi jeszcze gin z tonikiem :) Po obiedzie zaczęły się tańce i nie zeszłam z parkietu aż do 00:30, kiedy to poszliśmy sobie zrobić wszyscy zdjęcie :) Potem oni pojechali na FND, a ja wróciłam do domu. Spać poszłam po 2:00.

W sobotę obudziłam się po 9:00 i usiadłam do komputera. Weszłam do wanny, a potem porozmawiałam z mamą przez Skype'a. Pokazałam się jej w sukience, którą kupiłam poprzedniego dnia w TK Maxxie. Skończyłyśmy rozmawiać i wyszłam wreszcie z domu po 14:00, żeby zrobić zakupy. Po 15:00 byłam już z powrotem w domu i wysłałam SMSa do Sarah, z którą byłam umówiona na 17:00, że może przyjechać wcześniej. Nie odpisała, a mnie zmogło, więc poszłam się zdrzemnąć. Obudziłam się przed 17:00 i sprawdziłam, czy nie napisała do mnie maila, ale tuż po 17:00 zadzwoniła i powiedziała, że czeka na dole. Pojechałyśmy na Manningham, gdzie kiedyś byla meksykanska restauracja, a teraz mieści się resturacja Staropolska. Zjadłyśmy całkiem dobry polski obiad i wyszłyśmy stamtąd po 19:00. Podjechałyśmy do mnie, bo zapomniałam okularów, a postanowiłyśmy iść do Muzeum Mediów na jak się później okazało świetny film "Arbitrage" (Arbitraż) Nicholasa Jareckiego. Poszłyśmy najpierw do kawiarni w muzeum, bo film zaczynał się o 20:15, a potem do sali IMAXu, w której był pokaz. Po filmie Sarah odwiozła mnie do domu i dokończyłam gotowanie zupy. Spać poszłam już po północy.

W niedzielę obudziłam się przed budzikiem, ale poszłam dalej spać. W końcu zadzwonił o 11:00, wstalam i wzięłam kąpiel. O 12:00 napisałam do Kasi z pytaniem, czy jedziemy do Leeds na warsztaty tanga w ramach Sunday School. Umówiłyśmy się na dworcu i miałyśmy jechać o 12:44 pociągiem, ale kupiłam bilet na 12:50 na autokar, bo wiedziałam, że się jak zwykle spóźni. Na szczęście zdążyłyśmy chociaż na ten National Express i już o 13:20 byłyśmy
w La Boheme. Lekcja wkrotce się zaczęła i najpierw zatańczyłam ze znajomym, z którym występowałam w zeszłą sobotę, a potem zmienialiśmy partnerów. Warsztaty trwały 2 godziny, a potem przenieśliśmy się do sali na dole na miloga. Przyjechał mój stary znajomy z tanga, który zaofereował swoją pomoc w pisaniu mojej pracy doktoranckiej! Tańczyłam też z bardzo miłym chłopakiem i z pewnym nauczycielem, którego już znałam. Przed 18:00 poszliśmy wszyscy na górę i potańczyłyśmy jeszcze salsę, zanim po 20:00 Jonathan zgodził się odwieźć nas do domu. Ugotowałam coś na obiad i dostałam SMSa od tego starszego znajomego z tanga  dziwną propozycją. Chyba sobie coś uroił :) Obejrzałam wreszcie na DVD świetny polityczny thriller "Hidden Agenda" Kena Loacha, który niestety nadal jest bardzo na czasie i poszłam spać po 1:00.

  
Susan Sarandon i Richard Gere w "Arbitrage" oraz Brian Cox i Frances McDormand u Kena Loacha.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Mój ostatni BIFF?

634.

W poniedziałek obudziłam się po 6:30 i do 8:00 nie mogłam zasnąć. W końcu zasnęłam, ale jak o 10:00 zadzwonił budzik, to nie mogłam się dobudzić. Zwlokłam się jednak z łóżka, wzięłam prysznic i podjechałam Free Busem do BCB Radio po bilety na 4 filmy festiwalu. W pracy najpierw poszłam do babki z Finansów i załatwiłam przelanie pieniędzy z konta naszego stowarzyszenia, żeby zapłacić nimi za bilety na Colours Ball. Potem poszłam do Advice Centre i sprawdziłam tam spokojnie maile. W końcu wyszłam o 20:00 i poszłam do domu, po drodze umawiając się ze znajomym z salsy, że po mnie przyjedzie. Zdążyłam coś zjeść i zejść na dół akurat, jak dzwonił, że dojechał. Spóźniliśmy się na rozgrzewkę, ale nie na lekcję. Potem odwiózł mnie do domu, zjadłam coś i poszłam spać po północy.

We wtorek budzik zadzwonił o 7:30, ale nie wstałam od razu, tylko dopiero o 8:05, jak się sama obudziłam! :) Okazało się, że go wyłączyłam! Nie zdążyłam więc umyć włosów, tylko zebrałam się z 20 minut i wyszłam! Podjechałam do pracy Free Busem na 9:00 i na 12:00 poszłam na Pilates. Później wróciłam i siedziałam do 17:00, kiedy to poszłam do Activities Room na kolejne zebranie mojego stowarzyszenia. Nikt jednak nie przyszedł, więc o 17:30 wyszłam z pracy. O 17:45 byłam już w Muzeum Mediów i poznałam dwójkę prowadzących program na antenie BCB. Najpierw ich gościem był mój znajomy, który jest dyrektorem festiwalu filmowego BIFF, a potem ja. Rozmawialiśmy o Aleksieju Bałabanowie, ale dość krótko , bo byłam na antenie tylko jakieś 4 minuty, za co dostałam te 4 bilety! :)

Jeden z nich wymieniłam od razu na ostatni film festiwalu, bo w czasie pokazu miałam tańczyć salsę w ramach Cultural Show! :) Potem wyszłam z Muzeum i spytałam znajomego z salsy, z którym występuje, czy mam przyjechać do niego i czy zrobimy sobie próbę, tak jak planowaliśmy, ale spytał czy moglibyśmy to przenieść na piątek, bo był zmęczony. Mi to nawet bardziej odpowiadało. Wróciłam więc do domu i w skrzynce znalazłam list z ambasady amerykańskiej w Londynie. Pisali w nim, że mam im udowodnić, iż posiadam środki  na utrzymanie w Stanach! Do tej pory o tym nie wspominali i zaczęłam się zastanawiać, ile mogą wymagać. I jak to sprawdzą. Napisałam więc długiego maila do cioci z pytaniem czy w razie czego będa moimi "żyrantami". Zanim wreszcie poszłam spać, minęła północ.

W środę wstałam po 10:00 i na 12:00 podjechałam do pracy. O 13:00 miałam zebranie w sprawie Pick Up Service, czyli akcji odbierania studentów z lotniska. Tego dnia założyłam czerwony sweterek na znak protestu przeciwko temu, że pogrzeb Margaret Thacher był płacony z naszych podatków. Nic do niej nie miałam, ale uważam, że ją rodzinę stać było na to, żeby wyprawić jej pogrzeb. Pamiętam, że byłam zszokowana, jak tu przyjechałam i dowiedziałam się, że na północy Anglii wszyscy jej nienawidzili i teraz nadal byłam zniesmaczona hasłami "The Which is Dead". Na 20:20 poszłam do Muzeum na film "Zabić bobra" (To Kill a Beaver) Jana Jakuba Kolskiego z Erykiem Lubosem, ale mi sie nie podobał. Neil zniknął, choć mieliśmy się spotkać po filmie, więc wróciłam do domu i poszłam raz wcześniej spać.

W czwartek podjechałam do pracy na 9:30, bo umówiłam się z szefową, że nie będę siedziała sama wieczorem na recepcji, tylko wyjdę o 18:30, bo nikt inny nie mógł tego dnia zostać dłużej. Urwałam się nawet parę minut wcześniej i pobiegłam na dworzec, gdzie spotkałam się z Kasią, którą kupiła mi już bilet do Leeds. Wsiadłyśmy w pociag o 18:34 i po 19:00 byłyśmy już w Viva Italian Restuarant, w której znajoma z salsy wyprawiała swoje urodziny. Spóźniła się jednak nieźle i żałowałam, że się tak śpieczyłam, zamiast przyjechać następnym pociągiem. Jedzenie jednak było bardzo dobre i w sumie dobrze się bawiliśmy. Było nas z 14 osób z salsy i po 22:30 poszliśmy wszyscy do Baracoa, gdzie tańczyłam do północy, aż znalazłam podwózkę do Bratfoot :) Do domu dotarłam o 1:00 i poszłam spać.

W piątek byłam w pracy od 9:00 do 16:00, a potem pobiegłam do Muzeum na film "Mee Too" (Ja tozhe hochu / Ja też chcę) Bałabanowa w Imaxie. Spóźniłam się trochę i musiałam wjechać z Neilem windą na samą górę. Po filmie, który średnio mi się podobał, wrociłam do domu coś zjeść, a potem wsiadłam w pociąg do Leeds. Po 19:00 byłam już u znajomego z salsy, żeby poćwiczyć przed naszym sobotnim występem. W końcu poszłam na dworzec, gdzie po 23:25 spotkać się z Kasią. Wsiadłyśmy w taksówkę i około północy dojechałyśmy na Rumba Picante. Wytańczyłyśmy się do 2:00 rano, a później podjechaliśmy w pięć osób na after party u znajomego. O 5:00 rano wyszłyśmy od niego i poszłyśmy na dworzec. Autokar spóźnił się 10 minut, więc dopiero o 6:00 byłam w domu i od razu poszłam spać :)

  
Agnieszka Pawełkiewicz i Eryk Lubos w "Zabić bobra" oraz Wieża Szczęścia w "Ja tozhe hochu".

W sobotę obudziłam się o 11:00 po 5 godzinach snu, ale poszłam dalej spać. Wstałam po południu, wzięłam kąpiel i poszłam do sklepów. W domu byłam o 15:30, zrobiłam sobie coś do jedzenia i po 16:00 poszłam do Muzeum na film "Cargo 200" (Gruz 200 / Ładunek 200) Bałabanowa. Był dość wstrząsający i długo nie mogłam potem o nim zapomnieć. Wróciłam do domu i zaczęłam przygotowywać obiad. Wkrótce przyjechała Ala  i razem go zjadłyśmy, bo umówiłyśmy się, że ugotuję jej obiad jeśli mnie uczesze :) Po 20:00 zadzwonił ten znajomy z salsy, że już jest w Bratfoot! A miał dojechać dopiero na 21:00! Założyłam więc szybko sukienkę i zanim przyszedł byłam już ubrana i miałam nałożony podkład na twarz :) Ala zaczęła robić mi włosy i makijaż, a tymczasem tuż przed 21:00 dojechała też do nas Kasia.

Pojechaliśmy we czwórkę samochodem na uniwerek, gdzie trwał już Cultural Show i jak zwykle okazało się, że jest lekkie opóźnienie, więc zdążyliśmy jeszcze poćwiczyć. Mieliśmy zatańczyć o 21:30 do salsowej wersji piosenki Justina Timberlake'a "What Comes Around Goes Around", ale w końcu weszliśmy na scenę po 22:00. Nie zaczęliśmy naszego tańca tak, jak było zaplanowane, tylko chwilę później, bo się zagapiłam :) W sumie zatańczyliśmy tak sobie, ale świetnie się bawiliśmy, a publika żywo reagowała, bo nie wiedziali nawet, kiedy coś poszło nie tak :) Po występie od razu wyszliśmy i odwiozłyśmy mojego partnera od tańca na dworzec, a dziewczyny pojechały do mnie. Przegrałam sobie od razu i obejrzałam za równo zdjecia jak i filmik od Kasi. Jak wyszły po północy od razu poszłam spać.

W niedzielę obudziłam się po 8:00 rano i do 12:00 siedziałam przy laptopie. Potem puściłam mamie sygnał, żebyśmy porozmawiały przez Skype'a, ale wtedy poczułam, że bierze mnie, więc zdrzemnęłam się do 16:00, a porozmawiałyśmy dopiero potem. Po 18:30 wzięłam kąpiel i na 20:00 poszłam do Muzeum na zakończenie festiwalu. Obejrzałam bardzo dobry film "The Reluctant Fundamentalist" Miry Nair, a potem porozmawiałam z byłym dyrektorem festiwalu, który mi podpowiadał, jak się skontaktować z Martinem McDonaghem, ktorego chcę zaprosić na kolejny IFF. Później pogadałam też z dwoma kinooperatorami, a współdyrektor festiwalu dał mi coś dziwnego do picia :) W końcu o 23:30 poszłam do domu i spać po 1:30. Jeśli się przeprowadzą do tych Stanów, to nie będę już na kolejnym festiwalu...

  
Bohaterowie "Cargo 200" oraz Kiefer Sutherland i Riz Ahmed w "The Reluctant Fundamentalist".
niedziela, 14 kwietnia 2013
Choróbsko!

633.

W poniedziałek wstałam przed 10:00, wzięłam prysznic i na 11:00 poszłam do Ingeusa. Tym razem nasze spotkanie trwało zaledwie 15 minut, a następne mamy dopiero za miesiąc! Miałam trochę czasu, więc poszłam na Interchange i tam wsiadłam we Free Busa. Spotkałam w nim babkę, którą poznałam z 7 lat temu i która zawsze była bardzo korpulentna, a teraz tak schudła, że ledwo ją poznałam! :) Okazało się, że miała jakieś kłopoty ze zdrowiem. Porozmawiałyśmy o dawnych wspólnych znajomych, m.in. moim byłym szefie z Olicana House. Po drodze do pracy weszłam do biblioteki i wypożyczyłam "Cinema Paradiso" Tornatore na DVD. Mimo to i tak byłam za wcześnie w pracy! :) Trudno mi się było odnaleźć po 10 dniach urlopu! :) W dodatku student, z którym pracowałam cieszył się, że Margaret Thatcher nie żyje! W końcu wyszłam parę minut przed 20:00 i poszłam prosto na dworzec. Tam spotkałam znajomego z salsy i o 20:19 razem wsiedliśmy w pociąg do Leeds. Ja jechałam na salsę, a on oglądać mecz Manchester United kontra Manchester City :) Ale powiedział, że po meczu też dojdzie na imprezę, która miała się odbyć po pierwszej lekcji salsy na 2 w Leeds! :) Lekcję tę prowadził mój znajomy, z którym mam zamiar wystąpić 20 kwietnia na Cultural Show! :) Dotarłam akurat na jej koniec, a potem zaczęła się impreza. Niestety, słabo się bawiłam, bo mało tańczyłam, a jak już, to na 2, a ja jeszcze gubię krok :) W dodatku musiałam wyjść zanim impreza się skończyła, żeby zdążyć na ostatni pociąg do domu! Tuż przed wyjściem okazało się, że zgubiłam mój ulubiony szalik i nigdzie go nie mogłam znaleźć. Pobiegłam więc na dworzec i po 23:30 byłam już w domu. Zjadłam coś i poszłam spać po północy.

We wtorek wstałam przed 8:00, wzięłam prysznic i podjechałam na 9:00 do pracy. Po drodze weszłam do sklepu po banany, bo nie miałam nic na śniadanie. Najpierw poszłam do Advice Centre, ale okazało się, że tam nasz system SAINT nie działa, więc musiałam się przenieść na inny komputer. Wysłałam maila do studentów o naszej następnej wycieczce 20 kwietnia do Walii. Przed 12:00 wyszłam, ale nie poszłam na Pilates, bo stwierdziłam, że z tym siniakiem na lewej stopie nie będę w stanie wykonać połowy ćwiczeń! Zamiast tego poszłam do Health Centre i pokazałam im list z tej kliniki w Londynie wyjaśniający, jakie szczepionki są mi potrzebne. Umówili mnie od razu nazajutrz na 11:10 i powiedzieli, że nie będę musiała nic za nie płacić! Cale szczęście, że się nie zdecydowałam na nie w Lonydnie! Wyszłam od nich i nie wiedziałam, gdzie się podziać do 13:00! :) Wsiadłam więc we Free Busa i po prostu obejchałam miasto :) Przy okazji trochę się zdrzemnęłam :))) Wróciłam do pracy i wysłałam maile do moich promotorów oraz do babki z BCB. W końcu wyszłam o 17:00 i poszłam na zebranie mojego stowarzyszenia. Przyszły tylko 2 osoby! Porozmawialiśmy i zdecydowaliśmy, że nie oglądamy "Cinema Paradiso", bo wszyscy już wiele razy widzieliśmy ten film :) Wróciłam do pracy i wrzuciłam na Facebooka trzy zdjęcia z sesji zdjęciowej naszego stowarzyszenia, która się odbyła ze 2 miesiące temu! W końcu wyszłam o 18:00 i podjechałam na małe zakupy do Morrisona. Po 19:00 byłam już w domu. Zjadłam coś i najpierw usiadłam do komputera, a potem weszłam do wanny i do łóżka, żeby się trochę podleczyć, bo od rana miałam katar i źle się czułam. Spać poszłam po północy.

W środę obudziłam się o 9:00 i czułam się jeszcze gorzej niż poprzedniego dnia. Zaczęłam sie zastanawiać, czy powinnam się szczepić, jak mam taki katar! Woda mi się lała z nosa i z oczu! Wyglądałam jakbym płakała!
Gardło mnie trochę bolało i trochę mnie łamało. Nie pamietam kiedy byłam ostatnio taka chora! Zadzwoniłam więc do przychodni i spytałam, czy mam w takim stanie przychodzić na szczepienie! Oczywiście powiedzieli, żebym poczekała, aż mi przejdzie. Zadzwoniłam więc też do pracy i powiedziałam, że nie przyjdę, bo postanowiłam zostać w domu i jak najszybciej wyzdrowieć! Ale zamiast iść do łóżka, usiadłam oczywiście do Facebooka i dopiero po czterech godzinach się oderwałam. Zdrzemnęłam się trochę, a potem wstałam po 17:00 i zjadłam zupę na obiad. Później odwiedziła mnie sąsiadka, przynosząc jakieś lekarstwa i miód, żebym szybciej wyzdrowiała. Wyjeżdżała na 2 miesiące do domu, do Bułgarii, więc przez ten czas będę musiała sama płacić za Internet. Dała mi tylko 5 funtów za te półtora tygodnia przed wyjazdem. Wieczorem postanowiłam zadzwonić do domu przez Skype'a, ale siostra mi napisała SMSa, że coś im Internet szwankuje, więc umówiłyśmy się na rozmowę nazajutrz. W końcu po północy poszłam spać. W czwartek obudziłam się o 10:30 i zadzwoniłam do szefowej, żeby jej powiedzieć, że raczej nie wyzdrowieje przed poniedziałkiem. Potem zjadłam śniadanie i usiadłam do Internetu. Pogadałam półtorej godziny z rodziną przez Skype'a, bo się nudziłam, a potem zjadłam obiad i znów usiadłam do Facebooka. Zdrzemnęłam się, zjadłam kolację i coś mnie naszło i obejrzałam sobie "Catch 22" (Paragraf 22) na Youtubie. Spać poszłam po 1:00.

  
Żołnierz w bieli oraz Alan Arkin jako Yossarian w
Mike'a Nicholsa ekranizacji "Catchu 22" Hellera.

W piątek obudziłam się po godzinie snu i już nie mogłam zasnąć do 7:00 rano! Wstałam o 11:00, jak zadzwonił budzik, zjadłam śniadanie i wzięłam lekarstwa. Weszłam na Facebooka i poprosiłam znajomą z pracy, żeby wykupiła mój bilet na Colours Ball, który miałam zarezerwowany. Potem się zdrzemnęłam, zjadłam zupę na obiad, a wieczorem obejrzałam drugi film antywojenny, "Hair" na Youtube. Spać poszłam po 1:00. W sobotę wstałam o 11:00, wzięłam kąpiel, zjadłam zupę na śniadanio-obiad i poszłam na 13:00 do Weatherspoon spotkać się z panem z tanga. Zaproponował mi jakiś czas temu spotkanie, żeby porozmawiać o moim doktoracie. Płaciłam też za jego napoje, bo robił to za darmo. Po 3 godzinach miałam jednocześnie dość i byłam mu wdzięczna. W końcu wyszliśmy po 16:30 i wziął ode mnie paczkę z płytami DVD dla Neila do Muzeum, a ja wsiadłam we Free Bus i podjechałam do Morrisona na zakupy, bo kończyło  mi się jedzenie i lekarstwa. Potem wróciłam do domu, zjadłam coś, zrobiłam pranie i porozmawiałam z mamą na Skypie. Potem obejrzałam na Youtube cztery odcinki programu BBC "Ways of Seeing" Johnba Bergera z 1972 roku, ktore mi polecił pan z tanga. Spać poszłam po 1:00 w nocy. W niedzielę wstałam przed południem, zjadłam śniadanie i porozmawiała przez Skype'a z bratem, któremu ostatnio wycieli pół nerki, bo miał raka. W czwartek zaczął się BIFF, tutejszy festiwal filmowy, a ja dopiero teraz dostałam maila, że mam bilety z BCB na parę filmów i że mam być we wtorek w ich programie na żywo.
Zjadłam obiad i zdrzemnęłam się trochę, a potem znajoma przyniosła mi kartę z 10% zniżki do Morrisona. Wieczorem zrobiłam pranie i weszłam znów na Facebooka. Spać poszłam po 1:00.

  
Beverly D'Angelo i John Savage oraz Treat Williams w Milosa Formana
ekranizacji musicalu "Hair".
niedziela, 07 kwietnia 2013
Szalony Londyn :)

632.

We wtorek obudził mnie SMS od właściciela firmy, która kiedyś sprzątała nasz budynek i który mi sczytywał liczniki. Pytał, co u mnie słychać, ale mu nie odpisałam, tylko poszłam dalej spać. Wstałam dopiero po południu i zjadłam znów owoce na śniadanie, a potem usiadłam do mojej pracy doktoranckiej. Jak zgłodniałam, zrobiłam sobie obiad i wróciłam do czytania na temat polskich filmów religijnych. Tymczasem dostałam maila od Ryanair, że mój lot w czerwcu został przekierowany z Modlina na Okęcie :) Miałam nadzieję, że tak będzie jak kupowałam bilet :) Zmienili mi tylko godzinę odlotu na 2 godziny wcześniej, ale to nie problem. Moja siostra przysłała mi też mailem zeskanowane zaproszenie na jej ślub :) Praktycznie przez cały dzień siedziałam na komputerze, aż o 1:00 poszłam spać. W środę wstałam o 8;00, jak zadzwonił budzik, bo postanowiłam przestawić swój zegar biologiczny i chodzić wcześniej spać i wcześniej wstawać. Poza tym musiałam nazajutrz wstać o 8:00, żeby złapać autokar do Londynu i pomyślałam, że jak rano wstanę, to wieczorem pójdę wcześniej spać, bo będę zmęczona. Niestety, zmęczyłam się już w środku dnia, bo tak wcześnie wstałam, więc musiałam się trochę zdrzemnąć :) Znów przez cały dzień jadłam tylko owoce oraz warzywa, popijając wodę, i znów spędziłam cały dzień na komputerze, wyszukując cytaty na temat polskich filmow religijnych. Potem weszłam do wanny, spakowałam się na wyjazd i postanowiłam iść wcześniej spać. Ale oczywiście nie mogłam zasnąć z emocji i co chwilę wstawałam, bo sobie o czymś przypominałam. W końcu zasnęłam :)

W czwartek obudziłam się przed budzikiem, weszłam pod prysznic i poszłam na Interchange. O 9:00 wsiadłam w autokar do Londynu, gdzie miałam dotrzeć o 14:05 na dworzec Victoria. Ale na stacji w Leeds usłyszałam, jak przez megafon mówią, że zatrzymamy się w Milton Keynes, przy Marble Arch w Londynie i dopiero na Victorii! Zapytałam więc panią kierowcę (bo to kobieta była :) czy mogę wysiąść przy Marble Arch! Z Victorii musiałabym jechać spowrotem na Bond Street, a tak to byłabym tylko jedną stację metra od tej kliniki i pomyślałam, że mogłabym tam nawet dojść na piechotkę. Pani kierowca powiedziała, że jak się jej uda zatrzymać, to mnie wypuści. Udało się i już o 14:00 (mimo padającego na mnie mokrego śniegu!) dotarłam do tej klinki, choć umówiona byłam dopiero na 15:30. Chciałam iść coś zjeść i wrocić za półtorej godziny, ale postanowiłam tam wejść i zapytać, czy mnie nie przyjmą wcześniej. Okazało się, że mieli mnie zapisaną na 15:30 poprzedniego dnia, ale przeprosili za pomyłkę z ich strony i powiedzieli, że zaraz mnie przyjmą. Najpierw porozmawiałam z niezwykle zabawną pielęgniarką, która powiedziała mi, co mnie czeka i że nic nie będzie bolało, aż do momentu gdy na końcu będę musiała im zapłacić - wtedy zaboli :) Wypytała mnie o te trzy szczepionki i okazało się, że tylko z jednej będę zwolniona, a dwie pozostałe muszę zrobić (u nich za ponad 60 funtów) albo poddać się testowi krwi (u nich za ponad 100 funtów). Sama mi więc poradziła, żebym spróbowała je zrobić w Bratfoot, bo tam może być taniej. A że mam jeszcze ponad miesiąc do mojego interview, to mam czas.

Potem poszłam do pokoju obok, gdzie zrobili mi zdjęcie rentgenowskie. W końcu po jakiś 10 minutach czekania przyjęła mnie lekarka. Zmierzyła mnie i zważyła, a potem zbadała mi wzrok, oczy, uszy, płuca, pobrała krew i zadała 100 pytań! :) Po godzinie było już po wszystkim i bylam wolna. Powiedzieli, że wyniki będą w poniedziałek i że dadzą mi znać, tylko jeśli coś będzie nie tak. W przeciwnym razie prześlą je prosto do ambasady amerykańskiej, jak tylko wyślę im dowód na to, że zrobiłam te dwie brakujące szczpionki lub badanie krwi udowadniające, że jestem uodporniona na tężec i błonnicę oraz na odrę, świnkę i różyczkę :) Zależy co będzie tańsze! :) Wyszłam więc od nich o 15:00, a że z Richardem Kwietniowskim umówiona byłam dopiero o 17:00 przy stacji Covent Garden, to poszłam tam coś zjeść. Długo szukałam restauracji, w której kiedyś już tam jadłam, ale że jej nie znalazłam, a czas leciał, to w końcu zdecydowałam się na ślimaki i małże we francuskiej restauracyjce Brasserie Blanc :) Oczywiście rachunek przewyższył sumę, którą planowałam wydać na obiad, ale na szczęscie dostałam SMSa od szefa agencji tłumaczeniowej, dla której pracuje, że właśnie mi przelał pieniądze na konto :) Po obiedzie spotkałam się z Richardem i poszliśmy na kawę, a potem zaproponował, żebyśmy poszli do kina na film "Populaire" Regisa Roinsarda, którego scenariusz współnapisał jego były chłopak. Poszliśmy więc do kina Curzon w Soho i okazało się, że pokazują ten film w ramach otwarcie przeglądu filmów francuskich i że po projekcji odbędzie spotkanie z reżyserem oraz z aktorami - Deborą Francois Romainem Duris! :)

  
Romain Duris i Deborah Francois w filmie "Populaire" oraz Romain Duris w kinie Curzon w Soho :)

Film był zabawny, a potem oczywiście podeszłam do Romaina i zrobiłam mu zdjęcie :) To mój drugi z kolei ulubiony francuski aktor, zaraz po Vincencie Casselu :) Zapytałam go o jego najnowszy film "L'ecume des jours" i powiedziałam mu, że nie moge się doczekać, żeby go zobaczyć! :) Potem napiliśmy się jeszcze z Richardem kawy i o 22:00 rozstaliśmy się pod stacją metra Leicester Square. Stamtąd poszłam do Bar Salsa na imprezę Latin Krazy, ale było tak sobie, bo spotkałam tylko czterech znajomych, w dodatku jeden z nich akurat wychodził, więc wyszłam stamtąd już o 23:30. Podjechałam metrem do znajomej, u której zatrzymywałam się na noc, ale że dzień miałam tak pełen wrażeń, to nie mogłam prawie cała noc zasnąć! Pogadałyśmy najpierw prawie do 2:00 w nocy, a potem i tak się jeszcze kręciłam w łóżku i dwa razy po drodze z łazienki zaglądałam do jej sypialni, żeby jeszcze pogadać :) Umówiłam się z nią, że zanocuję u niej także w maju, jak przyjadę na to interview do ambasady amerykańskiej. Przesłałam jej też SMSem to zdjęcie Romaina, żeby mi je wysłała mailem, bo nie mam kabelka, żeby ściągać zdjęcia z mojej komórki. Mam w niej beznadziejny aparat, więc miałam już nim nie robić zdjęć, ale tym razem nie miałam wyboru :) Wcześniej pożyczałam kabelek od kolegi z pracy, ale odkąd z niej odszedł zostałam na lodzie :) Mój pobyt w Londynie tak mi się spodobał (szczególnie zupełnie niespodziewane spotkanie z Romainem :) iż postanowiłam, że jak nie dostanę tej wizy do Stanów i zostanę w Wielkiej Brytanii, to zacznę znów na poważnie szukać jakiejś pracy w stolicy!

W piątek miałam budzik nastawiony na 7:30, ale że nie mogłam spać, to wstałam w końcu wcześniej, zebrałam się i o 7:30 już wyszłam, starając się zatrzasnąc drzwi tak, żeby nie obudzić przy tym znajomej. Podeszłam jeden przystanej metra i po drodze kupiłam sobie wodę na podróż, a potem podjechałam na Victoria Station. Na dworcu pociągowym zjadłam tosty z masłem orzechowym i wypiłam herbatę, a potem poszłam na autobusowy i o 9:00 wsiadłam w autokar do Bratfoot.W czasie jazdy wymieniłam się znów paroma SMSami z tym szefem firmy sprzatajacej kiedyś budynek, w ktorym mieszkam. Umówiliśmy się na przyszły tydzień. O 14:00 dojechałam do Bratfoot i poszłam od razu do sklepu po coś do jedzenia, bo miałam w domu pustą lodówkę. Skorzystałam więc z okazji i ją rozmroziłam :) Potem weszłam na trochę na Internet, ale po 15:00 poszłam do łóżka i pospałam do 18:30. Wstałam, wzięłam kąpiel i 19:10 wsiadłam w autobus do Ali, z którą się umówiłam, że mnie uczesze i umaluje na wieczorna imprezę Calle Ocho. Kasia dojechała godzinę później. Zanim się zebrałyśmy było po 22:00! Niestety miałam pecha i najpierw jedna babka stanęła mi obcasem na stopę i zrobila siniaka, a potem druga stanęła dokladnie na tego siniaka! Zrobił sie z niego krwiak i resztę imprezy przesiedziałam na kanapie przykładając lód do stopy. Popłakałam się nawet z bólu, ale potem świetnie się bawiłam, bo mnie zagadywali mili panowie i czas mi szybko minął :) W końcu o 3:00 impreza się skończyła i pojechałam z Kasią do Ali, a stamtąd wzięłyśmy taksówkę do domu. Usiadłam do Internetu i spać poszłam o 5:00.

W sobotę obudziłam się po 5 godzinach snu i już mi się nie chciało spać. Rozregulowałam sobie już całkiem mój zegar biologiczny! Usiadłam do Internetu i znajomy z tanga (ten, który chciał mi przywieźć coś do jedzenia, jak byłam chora :) zapytał, czy możemy się spotkać w przyszłym tygodniu i porozmawiać, bo on pracuje w firmie, która robi proof reading, czyli sprawdzanie błędów w pracach pisemnych. Później porozmawiałam z mamą i z siostrą przez Skype'a, a potem przyszła Kasia i przyniosła coś do jedzenia, bo przez tą spuchniętą stopę nie mogłam iść do sklepu! Zjadłyśmy razem obiadi porozmawiałyśmy o planach o wieczór. Od dawna wybierałyśmy się we trzy na parapetówę do jednego z tancerzy salsy, ale inny znajomy zapytał, czy nie chcemy jechać z nim na salsę do Birmingham. Zawsze było to moim marzeniem, ale chwilowo nie mogłam tańczyć, a Ala dostała kataru, więc namówiłyśmy Kasię, żeby sama z nim pojechała, a my się wybierzemy na tą parapetówkę. Wzięłam więc kapiel, ubrałam się i po 20:00 poszłam na dworzec. Pociag się spóźnił, więc dwie znajome musiały na mnie trochę poczekać na dworcu. Poszłyśmy razem na tą imprezę, a potem dojechała Ala, a na koniec także Kasia z tym znajomym, bo stwierdzili, że do Birmingham pojedziemy wszyscy razem za miesiąc. Wyszłam przed 23:00, żeby zdążyć na ostatni pociag do Batfoot, bo przyjechałam na tą imprezę tylko, żeby coś zjeść i namowić znajomego tancerza, żeby wystąpił ze mną 20 kwietnia :) Niestety, okazało się, że ostatni pociag mi uciekł, wiec poszłam na dworzec autobusowy, a po drodze zrobiłam małe zakupy.

W niedzielę 10 minut po północy wsiadłam w autokar do Bratfoot i przed 1:00 byłam w domu. Usiadłam do Internetu i pogadałam też z Kasią przez telefon, jak wracała ostatnim autokarem z Leeds o 2:15 :) W końcu o 3:00 poszłam spać i wstałam dopiero w południe. Miałam się zabrać za pisanie o polskich filmach religijnych, ale najpierw spędziłam pół dnia na Facebooku, a potem zjadłam curry, które poprzedniego dnia przyniosła mi Kasia. Po jedzeniu tak mnie zmogło, więc poszłam się zdrzemnąć :) Jak wstałam, poszłam do sąsiadki, która wyjeżdża w środę na dwa miesiace, zapłaciła mi więc tylko 5 funtów za Internet. Pogadałyśmy trochę, a później wróciłam do domu i zjadłam na kolację duszone warzywka, które też kupiła mi Kasia, razem z ziemniaczkami i jajkiem :) Napisałam maile do znajomej Francuzki, która przyjeżdża mnie odwiedzić pod koniec kwietnia, do Richarda, z którym jestem znów umówiona w maju w Londynie, oraz do Neila z pytaniem o kontakt do reżysera Martina McDonagha, którego chcę zaprosić na trzecią edycję mojego festiwalu IFF we wrzesniu i pokazac jego "In Bruge" (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj). Niestety, nie miał na niego żadnych namiarów, więc poradził mi, żebym napisała do dystrybutora jego ostatniego filmu "Seven Psychopaths" (7 Psychopatów), co też od razu zrobiłam :) Napisałam też do cioci ze Stanów, która pytała jak mi poszło w Londynie i gadałam na FB z tym tancerzem, z którym mam wystąpić, co niestety zależy od tego, o której godzinie miałoby to być, bo jest dość zajęty. Muszę porozmawiać z organizatorami! :) Spać poszłam już po północy :)
wtorek, 02 kwietnia 2013
Białe święta wielkanocne :)

631.

W poniedziałek wstałam z trudem o 8:00 i podjechałam na 9:00 do pracy. Cały dzień bolały mnie plecy i nie mogłam się wyprostować. To od tego leżenia w łóżku przez cały weekend, z książką i laptopem! Przykładałam sobie butelkę z gorącą wodą i starałam się jak najwięcej ruszać, bo jak sie nie ruszałam, to potem miałam wrażenie, że całkiem zesztywniałam. Wysłałam mamie pocztą upoważnienie z pracy, żeby mogła mi przesłać listę szczepień, które są mi potrzebne na te badania do Diversity Visa. Okazało się, że muszę mieć niektóre szczepienia zanim mnie wpuszczą do Stanów i pozwolą tam pracować. Ale jak się jedzie turystycznie to ich przecież nie wymagają. Dziwne! na szczęście wiekszość z nich dotyczy dzieci i ludzi przed 18 rokiem życia. Ja muszę mieć tylko 3, albo zapłacić za to, że mi je zrobią. Wyszłam o 17:00 i podjechałam do domu. Weszłam do wanny, a potem do łóżka i się zdrzemnęłam. Zamiast iść wieczorem na salsę obejrzałam "Alphaville, une etrange aventure de Lemmy Caution" oraz dokument o tym filmie. Film mi się nawet podobał, choć nie lubię francuskiej Nowej Fali :) Spać poszłam po północy.

We wtorek wstałam o 10:00 i na 11:00 poszłam do Ingeusa. Klientka się spóźniła, bo dostała wiadomość, że jest umówiona na 11:30! Na szczęście doradca ustalił z nami tylko datę nastepnego spotkania, pytając mnie tym razem, czy mi pasuje i wpisał mi w formularz, że nasze spotkanie trwało 45 minut! :) Tymczasem wyszłam stamtąd już po 11:35, ale i tak się spóźniłam na kolejne spotkanie, bo Free Bus się nie zatrzymał! Dopiero o 12:05 dotarłam więc do Chesham Cafe, gdzie byłam umówiona z babką, która miała mi poprawić moje wypociny. Zaczęła gadać o Kieślowskim i o tym, że mam znaleźć swój "voice" :) Tuż po 13:00 pobiegłam do pracy, gdzie wydrukowałam bilet do Londynu oraz mapki, żeby dotrzeć w czwartek do tej kliniki i potem do Baru Salsa. O 17:00 wyszłam z pracy i podjechałam najpierw do sklepów, a potem wróciłam piechotką do domu. Pogadałam  ze znajomą z Francji na Facebooku, a potem obejrzałam dokument o Jean-Luc Godardzie i Annie Karinie pod tytułem "Godard: Love and Poetry" Luca Lagier. Później weszłam do wanny i poszłam do łóżka, ale oczywiście siedziałam dalej na Facebooku :) Przed północą zadzwonił Ismail i pogadaliśmy trochę, a potem wreszcie poszłam spać.

  
Eddie Constantine i Anna Karina w "Alphaville" oraz Jean-Luc Godard i Karina, jego ówczesna żona.

W środę wstałam przed 8:00 i wyszłam wcześniej z domu, więc poszłam na Interchange i tam wsiadłam we Free Bus. Dojechałam do pracy przed 9:00 i odpisałam na maile, a potem poszłam na zebranie z szefową i głównym szefem. Wygląda na to, że dostanę cały etat, przynajmniej do końca września i że będę organizować wycieczki na zmianę z paroma osobami. Ogólnie więc jestem zadowolona ze zmian. Wyszłam z pracy o 17:00 i podjechałam do domu. Włączyłam dwa filmy Godarda jeden po drugim, "Made in USA" oraz "Passion", ale nie dałam rady żadnego obejrzeć przez dłużej niż 20 minut. Postanowiłam więc sobie darować i zamiast tego obejrzałam rozmowę Jean-Luca Godarda z Fritzem Langiem zatytułowaną "The Dinosaur and the Baby", wywiad z Anną Kariną oraz krótkimetraż Jean-Luc Godarda "Charlotte et son Jules". W międzyczasie ugotowałam sobie coś na lunch i weszłam na Facebooke'a. Okazało się, że znajomy, który zaczął tańczyć później niż ja niedługo zacznie uczyć salsy ON2, czyli na 2! Naprawdę wygląda na to, że w Leeds każdy może uczyć! Poszłam spać po 1:00.

W czwartek wstałam o 8:00 i podjechałam na 9:00 do pracy. Najpierw weszłam do biblioteki i oddałam DVD z filmami Goddarda, bo stwierdziłam, że nie dam jednak rady obejrzeć wszystkich pięciu :) Podobały mi się z nich tylko dokumenty, "Alphaville" i "Au bout de souffle" (Breathless / Do utraty tchu), który widzialam wcześniej. Mają jeszcze drugi zestaw pięciu kolejnych jego filmów, ale nie wiem, czy się na niego skuszę :) Może za jakis czas :) Byłam 15 minut wcześniej w pracy i dzień mi się strasznie dłużył! W końcu wyszłyśmy z szefową o 16:30 i poszłam do Language Centre, czyli Room C101, gdzie miało być Egg Hunt, czyli szukanie czekoladowych jajeczek :) Ale że zaczęli o 16:00, to przyszłam za późno i było już po wszystkim. Podjechałam więc do domu Free Busem, zjadłam coś i padłam wyczerpana do łóżka! :) Spałam ponad 3 godziny, a potem wstałam i usiadłam na Facebooke'a. Potem zaczęłam szukać biletu do Londynu na 22 maju, bo wtedy mam to interview w ambasadzie amerykańskiej. Zarezerwowałam też od razu nocleg w hostelu. Spać poszłam dopiero po 2:30.

W piątek obudziłam się o 11:00, bo Ala, u której byłyśmy z Kasią wieczorem umówione, przysłała mi SMSa :) Na 13:30 byłam umówiona na masaż, ale nie wiem jakim cudem dopiero w autobusie zorientowałam się, że dochodzi dopiero 13:00 i dojechałam tam na pół godziny wcześniej :) Poszłam więc do pobliskiego małego Tesco i zrobiłam zakupy, które miałam zrobić po :) Kupiłam też syrop z czarnej porzeczki Herbapolu do Guinnessa na wieczór :) O 13:30 poszłam na masaż, ale masażysta zrobił mi też akupunkturę na te plecy, bo powiedziałam mu, że czekają mnie trzy imprezy, na których muszę potanczyć! :) Po 14:00 wróciłam do domu i zabrałam się za gotowanie, a potem o 16:30 poszłam jeszcze do paru sklepów na Forster Square. W domu byłam po 17:30, wzięłam kąpiel i zaczęłam się zbierać. Kasia jak zwykle się nie wyrobiła, więc też miałam więcej czasu :) Zamiast o 19:10 wsiadłyśmy więc w autobus o 20:10 i pojechałyśmy do Ali na jedzonko i koktalje z Guinnessa. Na imprezę do Baracoa zajechałyśmy dopiero przed północą. Chciało mi się spać, a nie  tańczyć, w dodatku Jonathan na samym początku mi powiedział, że 20 kwietnia mu nie pasuje i nie będzie mógł ze mną zatańczyć. Popsuł mi więc od razu humor i nie bawiłam się za dobrze. Po 3:00 znajomy podwiózł mnie i Kasię do domu.

W sobotę wstałam o 12:00, jak zadzwonił budzik i dotarłam na 14:30 do Alhambry. Poszłam na "Matthew Bourne's Sleeping Beauty" (Śpiąca królewna), czyli najnowszy balet w choreografii gejowskiego choreografa, który zawsze zmienia historie i robi nową choreografię do starej muzyki. Zauważyłam, że tylko co drugi jego balet mi się podoba :) Ostatnio widziałam jego "Kopciuszka" rok temu i średnio mi się podobał. Za to jego najnowszy balet
do muzyki Czajkowskiego, który Bourne nazwał "gotyckim romansem", był oparty na super pomyśle, że Aurora zakochała się zanim zasnęła na 100 lat, a jej wybranek został zamieniony w wampira, żeby móc ją wtedy pocałować :) Po powrocie do domu zjadłam obiad i postanowiłam pojechać do Kasi, która zapraszała do siebie. Pojechałam do niej autobusem i dotarłam tam przed 20:00. Miałam od piątku być na diecie owocowo-warzywnej, żeby oczyścić sobie skórę, ale skusiłam się na parę sałatek i dwa likiery :) Potem pijąc wino i jędząc ciasta obejrzałyśmy "Flight" (Lot) Roberta Zemeckisa - bardzo dobry film z nominowanym w tym roku do Oscara Denzelem Washingtonem. Zanim od niej wyszłam dochodziła 1:00 w nocy :) Wróciłam do domu taksówką i zanim poszłam spać o 2:00, to już była 3:00, bo tej nocy była zmiana czasu na letni :)

  
Hannah Vasallo i Christopher Frenfield u Bourne'a oraz D. Washington i Kelly Reilly w filmie "Flight".

W niedzielę planowalam pojechać na 13:00 na Sunday School, bo od 13:00 do 15:00 miały być warsztaty zouk lambady. Ale obudziłam się dopiero za 5 minut 13:00, więc dałam sobie spokój :) Zamiast tego weszłam na Internet i umówiłam się na kawę z Richardem Kwietniowskim jak będę 4-tego kwietnia w Londynie. Miałam się zabrać za sprzątanie, ale strasznie mi się nie chciało :) Zadzwoniłam więc do rodziny przez Skype'a i przegadałam półtorej godziny z mamą. Ma mi po Świętach załatwić spis szczepionek, które miałam jako dziecko. W końcu wstałam z łóżka i poszłam ugotować sobie obiad. Potem zaczełam wreszcie sprzatać kuchnię i łazienkę, bo po wieczornej imprezie My Salsa My Soul u mnie miało być after-party :) Dziewczyny miały do mnie przyjechać na 19:00, ale myślałam, że jak zwykle się zpóźnią :) Weszłam więc do wanny dopiero za 10 minut 19:00 i wyszłam z niej tuż przed ich przyjściem! :) Ubrałam się, potem Ala nas obie uczesała i zrobiła mi makijaż :) Napiłyśmy się białego i czerwonego wina z lemoniadą :) A potem po 22:00 poszłyśmy do Malik House na imprezę. Tym razem lepiej się bawiłam, ale musiałam trochę potańczyć zanim mi to wino wywietrzało! :) Wyszłyśmy po 3:00 i poszłyśmy do mnie. Pogadałyśmy jeszcze do 4:00 i w końcu dziewczyny wyszły, a ja poszłam spać :)

W poniedziałek wielkanocny wstałam dopiero przed 14 :) Zjadłam owoce na śniadanie i postanowiłam przynajmniej przez najbliższe 3 dni trzymać się diety warzywno-owocowej! :) W tym roku Lany Poniedziałek wypadł w Prima Aprilis! :) I Wielkanoc sprawiła nam niespodziankę, bo zamiast białych Świąt Bożego Narodzenia (White Christmas) mieliśmy w tym roku białe święta wielkanocne (White Easter)! :) Na szczęście u mnie w centrum śnieg już praktycznie stopniał, choć w niedzielę wieczorem jeszcze trochę sypało, ale u dziewczyn nadal trzymała się gruba warstwa zlodowaciałego śniegu! Po późnym śniadaniu usiadłam oczywiście do komputera, ale tym razem nie w łóżku, tylko w salonie, żeby nie obciążać placów. Porozmawiałam znów przez Skype'a z mamą i siostrą, które znalazły moją książeczkę zdrowia i wygląda na to, że nie będę potrzebowała żadnych szczepień. Po 18:00 mnie zmogło i poszłam się zdrzemnąć. Obudziłam się dopiero przed 23:00! :) Zabrałam się za gotowanie i zaczęłam się zastanawiać nad rezerwacją noclegu w Londynie w czwartek i powrotem w piatek rano :) Ale doszłam do wniosku, że jak mi się spodoba w Bar Salsa, to po prostu zostanę. W końcu poszłam spać po 3:00.