Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 29 maja 2006

176.

W czwartek pogoda troche sie poprawila, wiec pojechalysmy zwiedzac. Najpierw bylysmy w Bingley zobaczyc tame Five Rise Locks. Potem przeszlysmy wzdluz rzeki Aire do Saltaire, ktore znajduje sie na liscie zabytkow UNESCO. To bardzo malownicza miejscowosc z zachowana fabryka Titusa Salta, w ktorej teraz najduje sie galeria i sklepy. Pozniej podjechalysmy jeszcze do Lister Parku i zwiedzilysmy wystawe w Cartwright Gallery. W koncu zajechalysmy do domu i poszlysmy do Alhambry. Myslalam, ze zjemy tam obiad przed przedstawieniem, ale restauracja byla zamknieta. Kupilysmy wiec bilety na "Jerry Springer Opera" i poszlysmy na obiad do Chinczyka :) Najadlysmy sie strasznie, bo to byl otwarty bufet, czyli mozna bylo sobie samemu nakladac co i ile sie chce :) Po obiedzie wrocilysmy do teatru i poszlysmy na przedstawienie - opere o programie Jerrego Springera. Jezeli ktos nie zna jego programow, to niech sobie wyobrazi, ze ktos napisal opere o programie Ewy Drzyzgi! :))) Mi sie podobalo, a poza tym chodzilo o to, by zobaczyc Alhambre w srodku :)

    

Widok na Saltaire i Alhambra od srodka :)

W piatek wstalysmy przed poludniem - pogoda oczywiscie sie popsula, tak jak zapowiadali. Przyszla Gosia, zjadlysmy bigos i mama poszla z nia oddac pare rzeczy, ktore kupily we wtorek :) A ja siedzialam sobie przy komputerze i chorowalam :) To znaczy odpisalam wreszcie na zalegle maile, poszukalam nowej pracy i wrzucilam zdjecia na strone www.fotki.com/annad9! Polecam wszystkim, ktorzy chca zobaczyc wiecej zdjec z naszych wojazy :) Poza tym musialam wypelnic strasznie duzo papierow w zwiazku z lekcjami polskiego w college'u, bo konczy sie rok szkolny i trzeba nadrobic cala robote papierkowa, ktora do tej pory wciaz odkladalam na bok. Potem poszlam sie spotkac z moim szefem w college'u - ma do mnie anielska cierpliwosc! :))) Okazalo sie, ze brakuje dowodow na pismie na to, ze cokolwiek z nimi robilam na lekcjach! I musze teraz tych dowodow dostarczyc. A to oznacza, ze przez trzy najblizsze i zarazem ostatnie lekcje bedziemy musieli robic wszystko na pismie. Teraz przez tydzien na szczescie nie ma zajec, ale 6 czerwca moge miec wizytacje! Wieczorem poszlysmy na obiad do chinsko-tajskiej restauracji z okazji polskiego Dnia Matki (w Anglii obchodza go w Marcu) a potem spotkalysmy sie znow z Gemma i znow poszlysmy w tan - tym razem balowalysmy do wpol do drugiej! :)

W sobote pogoda byla taka sobie, ale przynajmniej nie padalo, a na popoludnie zapowiadali slonce, wiec zdecydowalysmy sie wyjsc z domu. Obie czulysmy sie juz troche lepiej, wiec pojechalysmy autobusem do Keighley i tam wsiadlysmy w stara ciuchcie, ktora zawiozla nas do Haworth. To kolejna malownicza miejscowosc, w ktorej mieszkaly i tworzyly siostry Bronte: Charlotte, Emily i Anne. Pierwsza jest najbardziej znana jako autorka "Jane Eare", druga "Wichrowych wzgorz", a trzecia nie stworzyla zadnego dziela, ktore byloby mi znajome, ale ma tez na swoim koncie pare powiesci :) Dwie pierwsze sa pochowane w tamtejszym kosciolku, a Anne nad brzegiem morza w Scarborough. W Haworth napilysmy sie kawki i herbatki w typowym angielskim pubie, a do tego zjadlysmy po ciachu :) Chwilami troche kropilo, ale wycieczka byla dosc przyjemna. Potem wrocilysmy do Bratfoot i pojechalysmy prosto do duzego Morrisona na zakupy. Kupilysmy caly kosz jedzenia i musialysmy wracac taksowka :) Pozniej mama poszla do Kosciola, a ja zabralam sie za wypakowywanie zakupow! Po kosciele poszlysmy na curry do resturacji Kashmir :) Mama byla bardzo dzielna i zjadla Chicken Korma :)

  

Ciuchcia do Haworth i grobowiec rodziny Bronte.

W niedziele rano pojechalysmy na planowana juz od dawna wycieczke do Yorku. Zajechalysmy tam w poludnie i przeszlysmy sie przez miasto. Zjadlysmy typowo angielski obiad w najbardziej znanym pubie w Yorku (cielecine z rusztu, yorkshire pudding, ziemniaczki i warzywka :) Pospacerowalysmy jeszcze, odwiedzajac najbardziej malownicze miejsca, a pozniej pojechalysmy do Leeds i tam tez zrobilysmy sobie spcer po miescie. Pokazalam mamie najladniejsze miejsca - bylysmy nad rzeka, w parku gdzie rosnie dzewko ku czci "Solidarnosci" i w centrum, gdzie sa ladne stare budynki. Potem wrocilysmy do domu, przebralysmy sie i okolo 22 przyjechala po nas Malwina z kolega, ktory zawiozl nas samochodem na Singles Night do klubu Tramshed w Saltaire :) Wytanczylysmy sie do pierwszej w nocy i mama byla bardzo zadowlona, ale dzis znow troche gorzej sie czuje, wiec siedzimy w znow w domu, chorujemy i odpoczywamy :) A jutro do pracy! :(

    

Widok na York z Clifford Tower i pub, w ktorym zjadlysmy obiad :)

175.

W zeszla sobote troche pospalysmy i postanowilysmy, ze nic nie robimy, tylko odpoczywamy. Mama jednak wybrala sie na spacer po sklepach z Malwina, ale ja zostalam w domu, zeby sie troche podleczyc. Niewiele to pomoglo, bo w niedziele nadal nie czulam sie najlepiej, w dodatku znowu zmoklam. Poszlysmy z mama zaniesc mojego laptopa do naprawy. Zanim znalazlysmy zaklad mojego znajomego, mialam juz calkiem mokre nogi. Wsiadlysmy wiec w autobus i podjechalysmy do domu, zeby zmienic buty i skarpetki. Tam bylysmy umowione z Gosia i we trzy poszlysmy do Polskiego Klubu na obiad. Bylysmy umowione z moimi studentami, ale dotarly tylko dwie osoby. Zjedlismy bardzo dobry polski posilek (przynajmniej nie musialam gotowac :) a potem w drodze powrotnej weszlysmy do hinduskiego sklepu Bombay Store. To tutejsza atrakcja, ktora trzeba koniecznie zobaczyc - od nadmiaru kolorow hinduskich ubran, butow i torebek mozna dostac oczoplasu. Jak wrocilysmy do domu padlam znow do lozka, a pozniej przyszla Malwina i przyniosla laptopa, wiec zrzucilysmy zdjecia z naszej wycieczki do Londynu i troche poogladalysmy. W koncu Malwina zgrala je nam na plyte i dzieki temu moglam je teraz wrzucic na strone. Jak Malwina wyszla, bylo juz po 22, wiec usiadlam jeszcze troche do Internetu, az wreszcie poszlam spac, zeby zwlec sie jakos rano do pracy.

W poniedzialek rano nie bylo latwo, ale jakos dowloklam sie do biura. Wydrukowalam swoj esej z Kina Europejskiego oraz dwa teksty na zaliczenie Kreatywnego Pisania i zadzwonilam do przychodni, zeby sie umowic na wizyte. Zapisali mnie na 11:40, wiec jak przyszla szefowa, od razu jej o tym powiedzialam. Weszla akurat jak kaszlalam, wiec stwierdzila, ze bardzo dobrze, iz sie wybieram do lekarza. Nie wiedziala biedna, ze mam zamiar poprosic o zwolnienie i zostawic ja sama na kolejny tydzien. Zanim wyszlam padl nam system komputerowy, wiec nie moglam dokonczyc tego, co zaczelam. Wylaczylam komputer i poszlam oddac wszystkie teksty na zaliczenie semestru. Potem poszlam do przychodni i dostalam zwolnienie na tydzien. Wrocilam do domu i zadzwonilam do szefowej, ktora powiedziala, ze mam przyjsc i przyniesc to zwolnienie. Wziela je ode mnie i nawet za bardzo nie komentowala, ale widac bylo, ze nie jest zachwycona. Wrocilam wiec do domu, zjadlysmy z mama obiad i pojechalysmy na zakupy i wykupic dla mnie lekarstwo.

Pojechalysmy do duzego Morrisona i wyszlysmy z pelnym plecakiem i 4 siatkami jedzenia. Wsiadlysmy w autobus, ktory mial nas podwiezc prosto pod dom, ale okazalo sie, ze wsiadlysmy w zly, bo nie sprawdzilysmy numeru! Nie mialam pojecia gdzie jedziemy, wiec stwierdzilam, ze siedzimy, az nas zawiezie w jakies znajome miejsce lub z powrotem pod sklep. W pewnym momencie minelysmy drogowskaz na Leeds i tam wlasnie skrecilismy! Widzialam juz zatem, ze jedziemy do Leeds, ale nie zmienialo to faktu, ze nie mialam ochoty wysiadac w jakiejs obcej mi okolicy i szukac drogi powrotnej, szczegolnie, ze nie mialysmy juz drobnych i potrzebny byl mi bankomat! W koncu dojechalysmy do dworca autobusowego w Leeds i dopiero tam wysiadlysmy! Wsiadlysmy w autobus z powrotem do Bratfoot i zamiast wracac do domu pol godziny, zajelo to nam ponad dwie. Zrobilysmy sobie po drodze wycieczke krajoznawcza! :) Jeszcze nigdy mi sie to nie zdazylo, ale jak na razie nic sie nie uklada tak, jak powinno. Czekamy wciaz na ladna pogode, zeby troche pozwiedzac okolice.

We wtorek pospalam do poludnia, a potem wyslalam mame na zakupy z Gosia. Nie cierpie chodzic po sklepach, a one obie to uwielbiaja, wiec stwierdzilam, ze tak bedzie lepiej. Mama kupila pare rzeczy i wydala wszystkie pieniadze. Wieczorem przyjechala po nas moja studentka i pojechalysmy do Queensbury na lekcje polskiego. Mama przepytywala wszystkich, zadawala im pytania, a oni byli troche zestresowani, ale zadowoleni :) Potem ta sama studentka odwiozla nas pod sam dom i poszlysmy spac. W srode wieczorem wieczorem mialysmy powtorke z rozrywki z druga grupa studentow jezyka polskiego. A po lekcji poszlysmy do spotkac sie z Gemma na drinka. Mama wziela pysznego niebieskiego drinka China Blue, a ja sprobowalam dwoch innych, zanim stwierdzilam, ze ten jej byl najlepszy :) Spotkalismy tez Saja ze znajoma Emi, wiec dosiedli sie do nas, a potem spytali, czy idziemy potanczyc. Gemma poszla do domu, a ja z mama zabralam sie z nimi do klubu z muzyka z lat 80-tych i balowalysmy do polnocy :)

niedziela, 21 maja 2006

174.

W poniedzialek wstalysmy rano i poszlysmy na dworzec. Tam wsiadlysmy w pociag do Leeds, a pozniej w pociag do Londynu. Po 2 i pol godziny wysiadlysmy  na stacji King Cross, kupilysmy tygodniowe bilety i podjechalysmy metrem do stacji Waterloo, gdzie zostawilysmy bagaze w przechowalni i poszlysmy na pierwszy spacer po Londynie. Przeszlysmy sobie nabrzezem kolo London Eye i akwarium, potem mostem do parlamentu i Westminster, a pozniej ulica Whitehall do Trafalgar Square i kolumny Nelsona. Niestety, wlasnie ja odnawiaja, wiec byla zaslonieta. Stamtad poszlysmy do Leicester Square i Covent Garden, a pozniej wrocilysmy mostem Waterloo na dworzec. O 18 bylysmy umowione z Olkiem, wiec odebralysmy bagaze i podjechalysmy na stacje, na ktorej mialysmy sie z nim spotkac. Na szczescie nie bylo do nich daleko ze stacji, wiec jakos dotarlysmy, mimo, ze czulam sie coraz gorzej. Weszlam wiec tylko do wanny, wzielam lekarstwa i poszlam spac, zeby byc w stanie zwiedzac Londyn i okolice przez pare najblizszych dni.

  

Straz na koniach pod Admiralicja i katedra Westminster.

We wtorek pospalam troche dluzej i zanim sie zebralysmy, bylo juz poludnie. Podjechalysmy do Green Park i przeszlysmy pod Buckingham Palace. Potem z biura podrozy wzielysmy ulotki z wycieczkami do Stonehenge, zeby je postudiowac w domu. Stamtad podjechalysmy metrem pod Monument, gdzie poszlam do agencji posrednictwa pracy i zostawilam swoje CV. Pozniej poszlysmy piechotka pod Tower of London, napilysmy sie kawki i podeszlysmy pod Gerkin Building zwany przez nas pieszczotliwie "Pociskiem" :) W koncu pojechalysmy do muzem figur woskowych Madame Tussauds. Postanowilysmy zwiedzic muzem, bo wciaz padalo i pogoda nie sprzyjala wycieczkom po miescie. Jak wychodzilysmy z muzeum dochodzila 18, wiec postanowilysmy wrocic do domu.

  

"Pocisk", czyli Gerkin albo Swiss RE Tower oraz Tower of London.

W srode podjechalysmy do Victoria Station, kupilysmy bilety na wycieczke do Stonehenge i wsiadlysmy w autokar. Najpier pojechalismy do Bath, gdzie zwiedzlilismy rzymskie laznie zbudowane na goracych zrodlach. Pozniej zjedlismy angielski obiad (o dziwo dobry :) w najstarszym pubie w Laycock - malowniczej miejscowosci, niedaleko ktorej mieszka ksiaze Karol z Camila. Podobno 2 tygodnie wczesniej Camilii corka brala tam slub :) W koncu okolo 18:30 dotarlismy do Stonehenge i mimo deszczu poszlysmy zwiedzac "kamienny krag" :) Okazal sie duzo mniejszy niz sie spodziewalysmy, ale bardzo fotogeniczny :) Po 15 minutach chodzenia po trawie mialam znowu mokre nogi i wieczoram musialam sie znow nafaszerowac lekarstwami! :)

  

Rzymskie laznie w Bath i "kamienny krag" w Stonehenge.

W czwartek podjechalysmy do London Eye, wsiadlysmy do jednej z kapsul British Airways i porobilysmy zdjecia. Chwilami wychodzilo slonce, wiec zdjecia wyszly dosc ladne. Potem podeszlysmy na przystanek i kupilysmy bilety na autobus wycieczkowy. Objechalysmy miasto, kolo British Museum, Piccadilly Circus, Albert Hall i Albert Memorial, Muzeum Historii Naturalnej oraz Victorii i Alberta, Hyde Park, Marble Arch, katedra Sw. Pawla, The Monument, Tower Bridge, Tower of London, az w koncu wysiadlysmy pod Globem Szekspira i tam poszlysmy na obiad. Potem wsiadlysmy na lodke i poplynelysmy Tamiza az do Greenwich i z powrotem, mijajac po drodze Canary Wharf, czyli najnowoczesniejsza dzielnice Londynu. Wysiadlysmy z lodki pod parlamentem i poszlysmy na spacer na Leicester Square, gdzie kupilysmy pare pamiatek, az w koncu stwierdzilysmy, ze wracamy do domu, bo z kazdym dniem bylam coraz bardziej chora.

 

Kapsula British Airways na London Eye i widok z gory na Waterloo Station.

W piatek obudzilam sie z podkrazonymi oczami i czerwonymi bialkami :) Ale mimo to poszlysmy po raz ostatni zwiedzac miasto. Podjechalysmy do Greenwich, gdzie zwiedzilysmy obserwatorium, a potem pochodzilysmy po Canary Wharf. W domu bylysmy po 17, zrobilysmy obiad i polozylysmy sie na chwile. Kiedy wrocili nasi gospodarze, posiedzielismy troche przy herbacie i porozmawialismy az do 20, kiedy to musialysmy sie zbierac na pociag. Podjechalysmy na King Cross i wsiadlysmy do pociagu. W Leeds bylysmy tuz przed polnoca. Wyjelam z bankomatu pieniadze na taksowke i podjechalysmy pod sam dom. Za taksowke zaplacilam jednak tyle, co za bilet do Londynu :) W kazdym razie najwazniejsze, ze bylysmy wreszcie z powrotem w domu - zmeczone, chore i zmarzniete :))) Anglia nie powitala mojej mamy zbyt milo, tyko bardzo "wylewnie", bo deszczowo :)

  

Nowoczesna dzielnica Canary Wharf i obserwatorium w Greenwich.

sobota, 20 maja 2006

173.

W piatek nie przyznalam sie mojej szefowej, ze bylam wieczorem na koncercie i ze spotkalam tam druga szefowa. Humor mialam skwaszony, bo Sean sie nie odzywal, ale szefowa myslala, ze to z powodu zawalonego testu z ECDL. W czasie lunchu troche od niej odpoczelam, ale nie moglam sie juz doczekac tygodnia urlopu, bez widoku jej "przyjaznej" twarzy. W koncu poszlam do domu i zabralam sie za esej. Udalo mi sie go dokonczyc i zabralam sie za pisanie 2 tekstow na zaliczenie Kreatywnego Pisania. Wlasnie konczylam pierwszy, kiedy dostalam SMSa od Gemmy z pytaniem, czy nie chce troche odpoczac od pisania i wpasc na drinka do Lloydsa. Odpisalam, ze przyjde, skonczylam tylko tekst i poszlam. Oprocz Gemmy byl tam Saj i Rahat. Kiedy poszlysmy tanczyc, panowie stwierdzili, ze ida do domu. Gemma miala straszne rwanie! Nie moglysmy sie po prostu ruszyc, zeby nie ustawiala sie do niej kolejka! :) W Lloydsie podszedl do niej DJ, kupil jej drinka i wzial numer telefonu. Potem poszlysmy do CHI, a pozniej do Varsity i wreszcie na koniec tradycyjnie do Walkabout. Tam Gemma zaczela gadac z jakims kolega, a ja stwierdzilam, ze nie mam juz sily i ide do domu. O 2 w nocy bylam juz w lozku.

W sobote obudzilam sie dosc wczesnie rano i zabralam sie za pisanie drugiego tekstu na zaliczenie Kreatywnego Pisania i poprawianie eseju. Jak skonczylam, umowilam sie z Malwina na zakupy. Pochodzilismy troche po sklepach i spotkalysmy Briana z mojej bylej pracy. Potem kupilam cos do jedzenia i wrocilysmy do mnie. Malwina pomogla mi zrobic pranie i zanim sie obejrzalysmy bylo po 17. Myslalam, ze odprowadze Malwine do domu i po drodze zaniose mojego laptopa do naprawy. Rahat obiecal, ze rzuci na niego okiem, ale okazalo sie, ze jego zaklad jest otwarty tylko do 17, wiec musialam znow to odlozyc. Zabralam sie wiec za sprzatanie, a potem okolo 20 poszlam zobaczyc nowe mieszkanie Gemmy. W poniedzialek wprowadzila sie do 2-pokojowego mieszkanka w Little Germany, 5 minut od Olicana House, gdzie nadal pracuje i gdzie sie poznalysmy. Poczestowala mnie szampanem i powiedziala, ze odwiedzil ja dzis DJ z Lloydsa z kolega. Potem wyszlysmy i poszlysmy do CHI na drinka. Stamtad zadzwonilam na chwile do domu i porozmawialam z rodzina. Obiecalam, ze nie pojde za pozno spac i ze nie zaspie na lotnisko :)

W niedziele rano bylam umowiona z Malwina - tak na wszelki wypadek, gdybym jednak zaspala :) Ale kiedy przyszla bylam juz prawie gotowa. Zagapilysmy sie jednak troche i wyszlysmy 10 minut przed odjazdem autobusu do Liverpoolu. Podbieglysmy wiec na dworzec i na szczescie zdazylysmy :) W Liverpoolu przesiadlysmy sie od razu w autobus na lotnisko i bylysmy tam pare minut po wyladowaniu samolotu. Zrobilam mamie zdjecie, jak tylko wyszla z odprawy :) Potem pstryknelam jej jeszcze dwie fotki na lotnisku - pod pominikem Johna Lennona i z napisem Liverpool John Lennon Airport. Wsiadlysmy do autobusu i pojechalysmy do dworca, gdzie zostawililysmy w przechowalni duza walizke, a z mala poszlysmy na spacer. Zrobilam pare zdjec kibicom zgromadzonym przy trasie i czekajacych na powrot swoich pilkarzy, ktorzy poprzedniego dnia wygrali mecz z ekipa z Londynu. Zwiedzilysmy uliczke Matthews, gdzie zaczynali Beatlesi oraz wybrzeze i doki Alberta. Tam nas zlapal deszcz, wiec weszlysmy do resturacji w Tate Galery i zjadlysmy obiad. W miedzyczasie przestalo padac, wiec pozwiedzalysmy jeszcze miasto. O 22 bylysmy juz w domu w Bratfoot. Spakowalysmy sie i przed polnoca poszlysmy spac.

  

Swietujacy kibice w Liverpoolu.

  

Klub, w ktorym zaczynali Beatlesi i widok z dokow Alberta na Liver Buildings.

  

Widok na katedre i nabrzeze (akurat byl odplyw).

czwartek, 11 maja 2006

172.

Dzisiaj szefowej nie ma w pracy, wiec od rana przygotowywalam sie do testu z Accessa, ale niestety, na ostatnia chwile. Wlasnie wrocilam z testu i az wstyd sie przyznac, ale po raz pierwszy nie zdalam! Zabraklo mi 3 procent. Wiem nawet, na ktore pytanie zle odpowiedzialam, troche z rozpedu. Gdyby nie to, pewnie uzyskalabym te potrzebne mi 75 procent! Prowadzaca byla chyba bardziej zaskoczona i zawiedziona ode mnie! :) Najwyrazniej bylam ich faworytka, ktora idzie jak burza :))) Ale i tak mysle, ze do konca czerwca sie wyrobie. Tylko teraz zrobie sobie ze wszystkim przerwe na przyjazd mamy! :) Wyslalam dzis maila do Gemmy, w ktorym napisalam jej, ze zawalilam test, uzywajac na poczatku slowa uwazanego tu najwyrazniej za obrazliwe ("s"-word? :) bo wrocil do mnie z wiadomoscia od administratora, ze slowo to zostalo usuniete w wiadomosci wyslanej do nadawcy! :) A to oznacza, ze monitoruja tu maile!

Na lunch poszlam do domu i zjadlam szpinak z jajkiem :) Potem wrocilam do pracy i dalej sie obijalam. Wieczorem bylam umowiona u mnie o szostej z Seanem. Zabralam sie za esej i nawet niezle mi szlo, wiec kiedy przyszedl, powiedzialam, zeby sie soba zajal, a ja dokoncze mysl. Potem poszlismy do Burger Kinga - wiem, bardzo romantycznie! :))) Pozniej przeszlismy sie na spacer po Bratfoot, az doszlismy do Love Apple. Koncert mial sie zaczac o 20:30, ale do 21 nic sie nie dzialo. Usiedlismy na zewnatrz i rozmawialismy. Ostatnio zaczelismy sie coraz czesciej ze soba nie zgadzac, a ja zdalam sobie sprawe, ze mialam w glowie pewien obraz Seana, ktory nie do konca odpowiadal rzeczywistosci. W koncu weszlismy do srodka, kupilismy bilety i usiedlismy przy stoliku obok stolika mojej szefowej. Sean nie chcial nic pic, ale ja kupilam sobie Guinnessa. W koncu Sean kupil dwa piwa i wypil oba, zanim ja skonczylam swoje.

Zaczal sie koncert i grupa Movement, w ktorej gra syn mojej szefowej, zagrala jako pierwsza. Sean poszedl po nastepne piwo i nawet mnie nie spytal, czy tez chce, choc ja go wczesniej dwa razy pytalam. Potem zobaczylam, ze stoi obok baru. Nie wrocil przez pare pierwszych piosenek. Kiedy wreszcie podszedl i poprosil, zebym go przepuscila, bo chcial usiasc, bylam juz na niego tak wsciekla, ze nie mialam ochoty nawet na niego patrzec. Zapytal, czy chce porobic zdjecia jego aparatem, ale myslalam o tym wczesniej, kiedy wokalista nie mial jeszcze gitary i wykonywal fajne ruchy przy mikrofonie, a teraz powiedzialam, ze nie. Dotarlo do mnie, ze zmarnowalam wlasnie prawie rok zycia. Sean to niereformowalny przypadek. Kiedy Movement skonczyl grac, powiedzialam, ze ide do domu, pozegnalam sie z szefowa i Seanem. Powiedzial, ze wyjdzie ze mna. Jak wyszlismy powiedzial, ze wyszedl wlasciwie tylko po to, zeby powiedziec "do widzenia". A ja odpowiedzialam, ze teraz bede zajeta, bo moja mama przyjezdza i ze zycze mu fajnego zycia. Po czym wrocilam wsciekla do domu, wywalilam jego numer z komorki, a adres mailowy z ksiazki adresowej. I wypilam 2 piwa, ktore zostaly w lodowce z zeszlej soboty.

środa, 10 maja 2006

171.

Dobrymi checiami pieklo wybrukowano! :) Z pisania nici, choc przesiedzialam przy komputerze pare godzin. A potem sie polozylam, z ksiazkami pod reka, zeby troche poczytac. Ale rozpadal sie deszcz, ciesnienie spadlo i po prostu zasnelam... Obudzilam sie tylko na chwile kolo 22, nastawilam budzik na rano i poszlam dalej spac. Dopadla mnie jakas straszna niemoc - czyzby ciag dalszy przesilenia wiosennego? A moze juz letniego, bo poza weekenedem jest sliczna pogoda i temperatura dochodzi do 20 stopni! I to w maju, w Anglii - kto by pomyslal? :) W poniedzialek rano bylo co prawda pochmurnie, ale juz kolo poludnia zrobilo sie cieplo, wiec jak szlam na lunch z profesorem, zostawilam kurtke w pracy, zeby jej nie nosic :) Poszlismy do jakiejs malej restauracyjki kolo college'u. Oczywiscie jak zwykle zapytal, kiedy sie znow spotkamy, wiec powiedzialam mu, ze teraz bede zajeta, bo na trzy tygodnie przyjezdza moja mama. A potem pewnie on sie przeprowadzi do Londynu, wiec byc moze juz sie nie spotkamy. Poza tym powiedzialam mu, ze chyba spodziewa sie po mnie wiecej, niz moge mu dac i ze spotykam sie z kazdym, kto mnie gdzies zaprosi, ale tylko na zasadzie znajomosci. I ze milo bylo go poznac. Chyba troche go to zabolalo. Ciekawe, panowie maja do tego prawo, ale paniom juz nie wypada... Sprawiedliwosc!

Po pracy spotkalam sie z Pelagia w holu Richmond Building i poszlysmy do Titusa Salta na "Kolko francuskie". Sean napisal mi, ze jesli uda mu sie zwlec z lozka i wziac prysznic, to do nas dojdzie. Odpisalam, ze w niego wierze i rzeczywiscie - udalo mu sie :) Pelagie od razu przestala sie mna interesowac i zaczela rozmawiac z nim. I to tyle na temat mojej praktyki jezyka w czasie "Kolka francuskiego"! :))) Juz wole przegadac cala noc z Seanem, wtedy przynajmniej mam wrazenie, ze swietnie mowie po francusku :) W kazdym razie jak ja i Pelagia skonczylysmy swoja cole, a Sean mleko, zaproponowalam, zebysmy poszli do mnie, bo Pelagia juz wczesniej mnie pytala gdzie mieszkam. Pomyslalam, ze jej pokaze zanim wyjedzie, bo zostaje jeszcze tydzien, potem jedzie na 3 tygodnie do Francji, pozniej przyjezdza tu na egzaminy i w koncu wraca na dobre do kraju. Pytala Seana, jakie on ma plany na przyszlosc, ale powiedzial, ze nie wie. Potem zaczela go wypytywac, gdzie mieszka i stwierdzila, ze to gdzies kolo niej, wiec moze jej pokaze po drodze. Sean powiedzial, ze obiecal mi pomoc przy eseju - mielismy porozmawiac o obu filmach - wiec zaproponowal, ze odprowadzi Pelagie kawalek, a potem wroci. Wrocil po jakis 20 minutach i zaczelismy sie klocic na temat tego, czy kazdy film ma jakies przeslanie, czy tez chodzi tylko o opowiadanie historii i wedlug niego wylacznie o rozrywke. Jak poszedl zabralam sie za pisanie i poszlam spac dopiero o 3 rano, ale nadal nie skonczylam eseju, bo okolo 2 w nocy zaczelam rozmawiac przez Messengera ze znajomym ze Stanow :) Ma na imie AJ, poznalam go w San Francisco i poszlismy raz razem na piwo, zanim pojechalam do Los Angeles.

We wtorek obudzilam sie przed budzikiem i poszlam do pracy wypoczeta, jakby nigdy nic. Do lunchu czas jakos zlecial, a potem tuz przed 13 poszlam do Muzem Fotografii, Filmu i Telewizji spotkac sie z Neilem. Przyjechal do Bratfoot rano i zaraz po lunchu mial jechac do Liverpoolu. Poszlismy do Love Apple i usiedlismy na zewnatrz. Super sie nam gadalo - jakbysmy ostatnio widzieli sie wczoraj, a nie dwa miesiace temu i jakbysmy znali sie od dawna, a nie widzieli pare razy na oczy :))) Wzial ode mnie numer telefonu i umowilismy sie, ze spotkamy sie znow, jak bedzie w Bratfoot w czerwcu. Chyba, ze wczesniej go odwiedze nad morzem - powiedzial, ze pokaze mi okolice :) Ale oficjalnego zaproszenia jeszcze nie bylo :) Wrocilam do pracy prawie po dwoch godzinach, a szefowa do mnie z pretensjami! Ze nie moge znikac na tak dlugo nic jej nie mowiac, a przeciez rozmawialysmy o tym w piatek i powiedziala, ze nie ma sprawy, ze jest elastyczna! Jak jej o tym przypomnialam, to przestala gadac glupoty, ale nawet nie przeprosila. Zazdrosna jest, wiec robi mi glupie uwagi.i tyle A nie ma o co. Zreszta to nie moja wina, ze dla niej praca jest najwazniejsza i ze nigdzie nie chodzi, tylko siedzi w domu. Ale mam juz dosc jej tekstu, ze musze sie liczyc ze swoja praca, a przeciez pracuje tam tylko po to, zeby zarobic na zycie po pracy! :)

Wrocilam do domu i usiadlam do komputera, ale nie moglam sie jakos wziac za ten esej. Przed angielskim przyszla do mnie Malwina odebrac dwa listy, ktore do niej przyszly. Wieczorem przyjechala po mnie jak zwykle moja studentka i pojechalysmy na lekcje polskiego do Queensbury. Pogoda byla ladna, wiec frekwencja nie dopisala :) Zastanawialismy sie nawet, czy nie pojsc po prostu na dwor i nie usiasc na trawce :) Lub czy nie isc do pubu na piwo :))) Ale obowiazek zwyciezyl i zostalismy, przez dwie godziny powtarzajac przerobiony wczesniej material. Na koniec powiedzialam im, ze jestem z nich dumna i ze ich podziwiam, bo jeszcze jakis czas temu bylam pewna, ze Angole nie moga sie nauczyc polskiego :) A jednak mowia po polsku! :))) Po lekcji mialysmy podrzucic do centrum Patryka, ale okazalo sie, ze nie dotarl na hiszpanski. Nie dal mi nawet znac i wyszlam troche na glupia przed swoja studentka. W domu probowalam znow usiasc nad esejem, ale chyba trace juz nadzieje, ze kiedykolwiek go napisze, choc mam juz 1000 z 2000 slow :) Brak mi motywacji :)

Sroda minela mi szybko. W poludnie poszlam po raz ostatni na zajecia z Kreatywnego Pisania. Oni co prawda spotykaja sie jeszcze za tydzien, ale bede wtedy w Londynie. Znow prowadzacy nie znalazl zbyt wielu bledow w moim tekscie - moze nie jest ze mna az tak zle, jak myslalam? W kazdym razie musze jeszcze napisac krytyczny kometarz do ktoregos ze swoich tekstow na zaliczenie. Nie wiem, kiedy sie z tym wszystkim wyrobie! W dodatku zapisalam sie na czwartek rano na kolejny test z ECDL, choc zupelnie nie mam kiedy sie do niego przygotowac. Wieczorem na polskim powtorzylam drugiej grupie komplement na temat ich postepow . Naprawde ich podziwiam! :) Potem w domu usiadlam do eseju i zrobilam pewne postepy. Jak sie bardzo postaram, to moze uda mi sie go skonczyc przed niedziela :) Choc jutro po pracy planuje isc na koncert zespolu Movement, w ktorym gra syn mojej drugiej szefowej - tej, ktora lubie i ktora od prawie 3 miesiecy jest na zwolnieniu z powodu stresu :) Ale najwyrazniej ma sie zamiar jutro odstresowac na koncercie, bo napisala mi w mailu, ze tez tam bedzie :)))

niedziela, 07 maja 2006

170.

Piatek w pracy zlecial dosc szybko. W czasie lunchu spotkalam sie z Pelagia, ktora pokazala mi jak trafic do sali audiowizualnej. Zdecydowalam sie obejrzec polgodzinny film Chrisa Markera "La jetee" zamiast isc do domu na obiad. Potem zjadlam szybko zupe w uniwersyteckiej stolowce i wrocilam do pracy. Na szczescie szefowa chciala isc wczesniej do domu, wiec i ja wyszlam godzinke wczesniej. Wzielam prysznic i podcielam sobie wlosy, a potem sie przebralam i czekalam na Malwine. Spakowalysmy jej laptopa i jeszcze pare rzeczy, ktore zostaly i poszlysmy do niej. Mieszka w bardzo fajnym, przytulnym domku, pomalowanym w cieple kolory. Maja duza kuchnie i fajny salon. Malwina poszla sie umyc i przebrac, a ja poogladalam troche telewizje, bo w domu tego nie mam :) W koncu wyszlysmy i poszlysmy na autobus, ale nie przyjechal, wiec zadzwonilam do Gosi, ze sie spoznimy. Podjechalysmy nastepnym i bylysmy u nich po 20:00.

Wszyscy juz byli na miejscu. Wreczylysmy Roberto prezent i zaspiewalismy mu "Sto lat!" w czterech jezykach: po angielsku, po polsku, po hiszpansku i po francusku :) Od Piotrka, Krystiana i Anety dostal butelke "Chivas Regal", od Seana tez jakas whisky (nie znam sie za bardzo na tym trunku, choc zostalam w Irlandii dyplom w destylarni Jamesona :))) a od nas portfel i zestaw dlugopisow. No i zabawa szybko sie rozkrecila! :) Krystian zarzadzil znow sesje zdjeciowa - Roberto w srodku, a reszta dookola. Potem zdjecia parami: Malwina i Piotrek, Roberto i Rocio, ja i Sean - jak Krystian sie uprze, to nie da rady sie wymigac. Ustawial nas i mowil, ze mamy usiasc blizej :) Jak wyciagne od niego te zdjecia, to moze pare tu wrzuce :) Potem troche potanczylismy. Malwina wyszla pierwsza, jeszcze przed polnoca. Po niej zebrali sie Pawel, Krystian i Aneta. Ja z Seanem wyszlam dopiero po 2 w nocy. I zamiast do domu poszlismy do parku kolo katedry. Poniewaz brama jest o tej porze zamknieta, przeszlismy przez plot. A pozniej Sean mnie odprowadzil, wiec jak zwykle zaprosilam go na gore i znow przegadalisamy cala noc do rana :) Jak wyszedl bylo juz jasno, ale nie wiem, ktora byla godzina, bo bylam zbyt zmeczona, zeby spojrzec na zegarek, tylko od razu padlam spac :)))

W sobote o 14:30 obudzil mnie telefon od Shaza. Odebralam zaspana, a on stwierdzil, ze jak spie, to zadzoni pozniej! Jak juz mnie i tak obudzil! Wstalam wiec i umowilam sie z Malwina na zakupy. Spotkalysmy sie pod malym Morrissonem, a po drodze do mnie spotkalysmy Piotrka. Podobno za miesiac sa jego urodziny :) Jak dotarlysmy do domu, zadzwonilysmy do Polski, a potem Malwina poszla do siebie, a ja do biblioteki. Wlasnie wybieralam, ktore ksiazki wypozycze do domu, kiedy zadzwonil znajomy, ze stoi ze swoim niemieckim kolega pod moimi drzwiami (nazwijmy ich Patryk i Fabian :) Ostatnio byli u nas w niedziele dwa tygodnie temu na DVD. Patryk dzwonil do mnie pare dni wczesniej z pytaniem, czy moge mu pomoc wypelnic podanie o rezydencje i umowilismy sie na sobote wieczor, ale myslalam, ze jeszcze sie zdwonimy. Powiedzial, ze poczekaja na mnie, wiec wzielam 9 ksiazek i wypozyczylam je sobie, skanujac na specjalnej maszynie ich kody kreskowe. W weekend wieczorem trzeba sie samemu obslugiwac - jest tez maszyna, ktorej sie oddaje wypozyczone ksiazki.

Patryk i Fabian czekali na mnie pod drzwiami z butelka bialego wina i skrzynka piwa :) Ustalilismy wczesniej z Patrykiem, ze jak mam mu pomoc, to musi sie jakos odwdzieczyc :))) Okazalo sie jednak, ze przyniosl ze soba papiery o obywatelstwo, o ktore jeszcze nie moze sie starac, a nie o rezydencje! Pokazalam mu, jak powinno wygladac podanie o rezydencje i mamy sie umowic jeszcze raz :) Posiedzielismy wiec i porozmawialismy, az zostaly tylko dwie puszki piwa, a koledzy stwierdzili, ze idziemy do Walkabout. Zdazylismy przed 22, kiedy nie trzeba jeszcze placic za wejscie :) Postawili mi cole i jak ja wypilam, zostawilam ich przy stoliku i zaczelam tanczyc na scenie :) Chlopaki zostali, bo Fabian skrecil noge jak byl w Niemczech i teraz ma ja w opasce uciskajacej, ale podobno czasem tancza :) Wyszalalam sie za wszystkie czasy i przed polnoca stwierdzilam, ze wracam do domu, bo musze sie wyspac i napisac esej na zaliczenie semestru. Zyczylam im dobrej zabawy i poszlam sobie. Usiadlam jeszcze na chwile do Internetu, ale zaraz po polnocy poszlam spac.

W niedziele obudzilam sie po 8 rano i zabralam sie za pisanie eseju. Pisze o "La jetee" Chrisa Markera i opartym na nim filmie "12 malp" Terrego Gilliama. Co prawda mam czas do polowy maja, ale stwierdzilam, ze jak go nie napisze w ten weekend, to juz nie bede miala kiedy, bo za tydzien przyjezdza na trzy tygodnie moja mama i bedziemy caly czas gdzies jezdzic i zwiedzac. Zaczynamy od Liverpoolu, potem spedzimy 5 dni w Londynie, a pozniej planuje jeszcze ja wziac do Yorku, Haworth i innych okolicznych atrakcji. Zabralam sie wiec za wyszukiwanie cytatow z wypozyczonych wczoraj ksiazek, ale jest bardzo niskie cisnienie i pada deszcz, wiec oczywiscie usnelam nad nimi :) Potem zabralam sie za gotowanie obiadu, bo kazda wymowka jest dobra, byle nie zabierac sie do pracy :) Na przyklad pisanie bloga :) Ale zaraz sie biore za moj esej!

czwartek, 04 maja 2006

169.

Przedwczoraj obudzilam sie w podlym nastroju i bylam opryskliwa dla szefowej, co sie jej najwyrazniej podobalo - jak mam zly humor, to jej sie zawsze poprawia (taka dziwna zaleznosc :) Przed poludniem zadzwonil do mnie profesor poznany w drodze z lotniska, zeby sie umowic na kawe w czasie lunchu, ale powiedzialam mu, ze dzis jestem zajeta, a w czwartek - kiedy umowilismy sie na obiad - chce isc do Alhambry, wiec mozemy sie spotkac zaraz po pracy, ale tylko na dwie godzinki. Nie proponowalam mu, zeby takze poszedl do teatru, ale przeciez zabronic tez mu nie moge. W kazdym razie w czasie lunchu poszlam do domu i napisalam szybko tekst na zajecia z Kreatywnego Pisania. Podjelam tez pare waznych decyzji i przeszlam do czynow, zebym potem nie mogla sie wycofac. Napisalam maila do szefa jezykow w college'u, ze w przyszlym roku nie bede uczyc polskiego, bo chce sie wyprowadzic z Bratfoot. Od czerwca bede szukac nowej pracy. Chce sie stad wyniesc, bo dotarlo do mnie, ze to nie wyjazdy do Polski przynosily mi pecha, ale powroty do Bratfoot! Dlatego postanowilam, ze czas zmienic miejsce pobytu - na jakies wieksze miasto. Poza tym wyrejestrowalam sie ze wszystkich portali, na jakie ostatnio sie wpisalam, wlacznie z "My Space", na ktore namowil mnie Sean. W Stanach bylo teraz bardzo glosno o tej stronie, gdyz podobno korzystaja z niej pedofile. Coz, ich sie raczej nie obawiam, ale Sean mnie wczoraj zdenerwowal pytajac, dlaczego nie podalam swojego prawdziwego wieku. Sam nie wie dokladnie, ile mam lat, ale wie, ze wiecej niz tam wpisalam :))) Oskarzyl mnie o manipulacje, wiec usunelam swoja strone i tyle! :) Ale wieczorem, po polskim, humor mi sie troche poprawil :)

Wczoraj w czasie zajec z Kreatywnego Pisania wyszlismy na dwor i usiedlismy w tzw. amfiteatrze na terenie uniwerku, czyli na wzgorzu o takim ksztalcie. Jak zwykle czytalismy swoje teksty na glos, a potem omawialismy. Daniel napisal znow genialny tekst zatytulowany "Skarpetka" - chlopak naprawde ma talent! Zazdroszcze mu stylu i pomyslow! :))) Jest niesamowity. Moje wypociny przy jego tekstach to tylko sztampowe powielanie tego, co juz bylo, a on potrafi za kazdym razem napisac cos swiezego i nowego. Ostatnio jego teksty staly sie tez bardziej zrozumiale dla nas, czyli jego czytelnikow. Wczesniej odjezdzal calkowicie w kosmos i mowil, ze sam wlasciwie nie wie, o czym pisze :) Czuje, ze powinnam dac sobie spokoj z pisaniem po angielsku, bo nie potrafie tworzyc opisow. Pisze tylko krotkie zdania, by uniknac zbyt wielu bledow. Chociaz pozostalym podobalo sie pare rzeczy w moim tekscie, a i wykladowca nie zrobil zbyt wielu poprawek... Ale Daniel pisze tez swietne dialogi, wykorzystujac jezyk uslyszany na ulicy. Zastanawiam sie, czy potrafilabym to robic po polsku? Ale to chyba kwestia talentu, a nie tylko jezyka. W kazdym razie chlopak rzadko sie odzywa i jest naprawde niesmialy, co pasuje bardzo do jego odjechanych tekstow i zawsze wyobrazamy go sobie jako ich narratora i glownego bohatera :)

Szefowa puscila mnie troche wczesniej z pracy, wiec zabralam sie za przygotowywanie "ostatniej wieczerzy" dla mnie i dla Malwiny, ktora wieczorem  miala sie wyprowadzic. W niedziele obejrzala jakis pokoj i zdecydowala sie go wynajac. Jeszcze tam nie bylam, ale wybieram sie w piatek. Usmazylam wiec lososia i czekalam na Malwine, ktora przyjechala z kolega i z kolezanka z pracy. Dalysmy im zupe i podzielilysmy dwa kawalki lososia na cztery :) A potem Malwina zabrala walizki, ktore spakowala poprzedniego wieczoru i pojechali samochodem kolegi do jej nowego domu. A ja poszlam na polski i wieczorem wrocilam do pustego mieszkania. Zrobilo sie jakby wieksze... Ale sam na sam ze soba dobrze mi teraz zrobi - tego wlasnie potrzebowalam. Obejrzalam sobie "Tozsamosc Bourne'a" na DVD i wypilam piwko. Zadzwonilam do Malwiny, zeby spytac, czy wszystko ok, a potem zadzwonila do mnie Grazyna, z ktora umowilam sie na dzis do teatru. Wybieramy sie na balet "Edward Nozycoreki" zainspirowny filmem Toma Burtona - wiem, brzmi to niesamowicie i na pewno bedzie to niezwykle doswiadcznie! :))) Ale wczesniej, zaraz po pracy, jestem umowiona na obiad z profesorem.

Dzis rano mialam klopoty ze wstaniem - pogoda sie popsula, choc wczoraj bylo dosc cieplo, a dzisiaj mialo byc jeszcze ladniej! Tymczasem rano bylo cieplo, ale pochmurno i czasem siapal lekki deszczyk. A potem rzeczywiscie zrobilo sie upalnie, wiec jak poszlam na lunch do domu, to od razu zostawialam tak kurtke, bo stwierdzilam, ze nie bedzie mi potrzebna. Szefowa zaczela dzis oprozniac szuflady w biurku kolo mnie, bo wkrotce podobno mamy sie przenosic do nowego budynku. Nie podoba mi sie ten pomysl, ale nic nie moge zrobic - no, moze poza zmiana pracy i taki mam wlasnie zamiar :) Przed wyjscie dostalam maila od Seana - napisal, ze zwykle od razu odpisuje na maile, a teraz nic, wiec boi sie, ze mnie obrazil, a nie mial takiego zamiaru i przeprasza. Odpisalam, ze wybaczam i ze nie mam problemu ze swoim wiekiem, tylko z faktem, ze tutaj wszyscy o niego pytaja. A jak w koncu mowie prawde, to nie wierza. Postanowilam wiec, ze pozwole im po prostu zgadywac i myslec, to co chca. Przypomnialam mu o jutrzejszych urodzinach Roberto. Napisal, ze przyjdzie.

Prosto po pracy poszlam do Alhambry wykupic bilety, ktore zamowilam wczesniej przez telefon. Potem poszlam pod Revolution spotkac sie z profesorem. Tym razem ja placilam, zeby sobie za duzo nie pomyslal :) Nadal prawil mi komplementy, choc wszystkie przekrecam w zart. Po godzince poszlismy do Alhambry - zaproponowalam, zebysmy tam zjedli obiad, to bede miala potem blizej na przedstawienie. Poszlismy wiec do restauracji teatralnej i znow jadlam lososia, ale tym razem lepiej przyprawionego niz ten moj :))) Potem przyszla Gosia i poznala profesora, ale nie zrobil na niej wrazenia, bo mnie na pozegnanie pocalowal w reke, a ja nie. Obie stwierdzilysmy, ze sie nie zachowal. O 19:30 zaczelo sie przedstwienie. Tak jak przewidywalam, bylo niesamowite! :) Bardzo sie nam podobaly dekoracje i rozwiazania techniczne, bo jesli chodzi o choreografie, to tancerze poza paroma scenami nie mieli zbyt duzego pola do popisu. Ale ogolnie to przedstawienie robi duze wrazenie i niemal mozna zobaczyc w nich Johna Deppa i Winone Ryder :))) Przed snem obejrzalam jeszcze na DVD dokument o tym, jak Kassovitz krecil "Nienawisc", bo jutro Malwina zabiera laptopa do siebie i skonczy sie ogladanie :)

poniedziałek, 01 maja 2006

168.

Wstalam w sobote o 8:00, zupelnie jakbym szla do pracy! Bylam juz spakowana, zjadlam wiec tylko sniadanie i wzielam prysznic, a potem poszlam na autobus. Wedlug mojego rozkladu mial przyjechac o 9:00, ale okazalo sie, ze bedzie o 9:20. Na lotnisku bylam tuz po 10:00, czyli doslownie na ostatnia chwile, bo zostalo juz tylko 10 minut do konca odprawy. Potem co prawda okazalo sie, ze samolot jest opozniony, ale im wolno sie spozniac, tylko pasazerom nie :) W koncu wystartowalismy i po jakis 40 minutach bylam juz w Dublinie! Nie zdecydowalam sie na taksowke, tylko wsiadlam w autobus i wedlug wskazowek z Internetu dotarlam do mojego "hostelu". Spodziewalam sie czegos na ksztalt schroniska mlodziezowego, tymczasem znalazlam sie w pieknym, gustownie urzadzonym domu, prowadzonym przez przemila Maureen. Dostalam klucze do mojego pokoju oraz drzwi wejsciowych i umowilam sie na sniadanie nastepnego dnia o 9:00. Hostel nazywa sie No. 25 i znalazlam go na www.hostels.com - polecam go wszystkim, ktorzy wybieraja sie do Dublina! :)

         

Schody na moje pietro i jadalnia! :)

Zostawilam swoje rzeczy w pokoju i pojechalam do centrum. Kupilam tradycyjnie bilet na autobus turystyczny, do ktorego wsiadlam okolo 15 i objechalam nim miasto. Bylo pochmurnie, ale mimo to zdecydowalam sie robic zdjecia moja swiezo kupiona cyfrowka. Przejechalam ta sama trase dwa razy, zeby wiedziec, kiedy warto zrobic zdjecie i byc przygotowana :) Zreszta za drugim razem na gorze autobusu bylo prawie pusto i mialam wieksze pole manewru. Pozniej wyszlo slonce, wiec przeszlam sie na spacer w te miejsca, ktore wydaly mi sie interesujace i znajdowaly sie blisko centrum. Dalsze atrakcje zostawilam sobie na niedziele :) Zaczelam od glownej ulicy im. O'Connella, na ktorej znajduje sie iglica symbolizujaca nowe Millenium. Jest widoczna z kazdego miejsca w miescie, a w nocy jej czubek swieci jak latarnia :) Pozniej poszlam pod Trynity College, stamtad do parku St. Stephen's Green, a potem do dwoch dublinskich katedr - Christ Church i Sw. Patryka. W parku pod Sw. Patrykiem zjadlam pizze na obiad i wrocilam do centrum Dame Street kolo dublinskiego zamku. Niestety, okazalo sie, ze nie moge go zwiedzic, bo wlasnie trwa tam festiwal Heinekena Green Energy. Paru "konikow" probowalo mi co prawda sprzedac na niego bilety, ale szczerze mowiac nie znalam zadnej z wystepujacych grup (Ian Brown, Kaiser Chiefs czy Snow Patrol :) Moze Wam cos mowia te nazwy, ale mnie niestety nie :)

    

Millenium Spire na O'Connell Street za dnia i noca.

    

Trinity College i Christ Church Cathedral.

Okolo 21 wrocilam na O'Connell Street, skad mialam juz jechac do domu, ale poniewaz autobus dlugo nie przyjezdzal, postanowilam znalezc slynny Temple Pub w dzielnicy Temple Bar. Nadal nie wiem, dlaczego ten pub jest taki znany, ale rzeczywiscie byly w nim tlumy turystow i trudno bylo dopchac sie do baru! :) W koncu jednak udalo mi sie zamowic Guinnessa i z kuflem w reku zwiedzialam caly pub, przepychajac sie przez rozbawione towarzystwo. Rozochocona Guinnessem po drodze na przystanek autobusowy weszlam jeszcze do jednego pubu po drugiej strony rzeki, zeby troche potanczyc. W koncu okolo 23 zlapalam autobus i po 10 minutach bylam w domu. Wzielam prysznic i zanim zasnelam, poczytalam jeszcze przewodnik po Dublinie, ktory lezal w moim pokoju w szufladzie, tuz obok mapy miasta :) W Stanach w kazdym motelu w szufladzie szafki mozna znalezc Biblie, a w Dublinie w hostelu numer 25 ksiazki o Irlandii :)

    

St. Patrick Cathedral i zlot Pocahontas pod Temple Pubem :)

W niedziele zjadlam sniadanie w towarzystwie dwoch Finek, ktore wpadly do Dublina w drodze do Wloch :) Pozniej pojechalam do centrum i wsiadlam znow do autobusu City Tour, ktory podwiozl mnie pod Guinness Storehouse, czyli fabryke Guinnessa, w ktorej mozna poznac historie zakladow Artura Guinnessa i zobaczyc, jak sie robi to slynne na calym swiecie i zarazem jedno z moich ulubionych piw :) Na koniec wycieczki kazdy dostaje pinte Guinnessa w barze, ktory znajduje sie na 7 pietrze browarow i z ktorego rozciaga sie piekny widok na miasto. Znow rozochocona Guinnessem poszlam do resturacji 2 pietra nizej na obiad. Obslugiwala mnie jedna z wielu pracujacych tam Polek (sama spotkalam ze 4 :) z ktora wymienilysmy sie mailami - bede ja namawiac na szukanie pracy w Anglii, gdyz w Irlandii Polacy wykonuja tylko te zawody, ktorych nie chca sie podjac Irlanczycy. W praktyce oznacza to, ze panowie pracuja tylko na budowach, a panie wylacznie w cateringu. Po wyjsciu z browaru przekonalam sie, ze podjelam dobra decyzje, przyjezdzajac do Guinnessa tak wczesnie rano, gdyz uniknelam kolejki, ktora teraz ciagnela sie az do przystanku!

  

Dom Arthura Guinnessa i piwko z koniczynka zrobiona przez Polke :)

Wsiadlam znow w autobus turystyczny i podjechalam do Old Jameson Distillery i The Chimney, po drodze przejezdzajac przez Phoenix Park, w ktorym stoi Wellington Monument - drugi po Washington Monument w Waszyngtonie najwyzszy wolno stojacy obelisk. The Chimney to odrestaurowany komin, z ktorego mozna podziwiac panorame miasta. Niestety, okazalo sie, ze wjezdza sie na niego tylko raz na godzine. Poszlam wiec w miedzyczasie zwiedzic destylarnie whiskey Old Jameson. Przewodnik autobusu turystycznego mowil, zeby sie zglosic, jak beda szukali ochotnikow, wiec w koncu podnioslam reke (choc nie lubie whiskey :) bo potrzebowali dwoch pan, a zglosila sie tylko jedna Francuzka. Zwiedzilismy destylarnie i na koniec dotarlismy do baru, w ktorym czworo ochotnikow (czyli ja, Sophie i Jean z Francji oraz Jukka z Finlandii :) zostali posadzeni za stolem. Kazali nam probowac trzech rodzajow wyrabianej przez nich irlandzkiej whisky i wybrac najlepsza. Potem nalezalo ja porownac z Johnnym Walkerem i Jackiem Dannielsem. Cala czworka zdecydowala, ze Jameson jest najlepszy, za co dostalismy jeszcze po szklaneczce czystego Jamesona oraz certyfikat potwierdzajacy oficjalnie, ze jestesmy teraz wykwalifikowanymi degustatorami whisky! :))) Ale ja naprawde nie przepadam za whisky, wiec podeszlam do baru i poprosilam barmana, zeby do mojego Jamesona dolal troche coli! :))) Na szczescie nikt tego, nie widzial, bo wszyscy juz poszli, a ja pogadalam jeszcze z barmanem Davem, ktory chwalil mi sie, jakie zna nazwy zwierzat po polsku! Oprocz nazw zwierzat znal podobno tylko brzydkie wyrazy :)))

    

Monument Wellingtona i wejscie do mojego "hostelu" :)

Tymczasem zamkneli mi komin, wiec zrobilam sobie spacer wzdluz rzeki, ale poniewaz caly czas siapil deszczyk, weszlam w koncu do pubu "Pravda" na Guinnessa, bo cozby innego :) Potem znalazlam pomnik Jamesa Joyce'a i zrobilam mu zdjecie. Okolo 21 wsiadlam w autobus i pojechalam sie spakowac, wziac prysznic i isc wczesniej spac, bo o juz 8 mialam taksowke na lotnisko :) Rano zjadlam tylko sniadanie i pozegnalam sie z Maureen, a o 8:30 bylam juz na lotnisku. Wydalam jeszcze ostatnie euro, a drobne wrzucilam na jakis cel charytatywny. Przed 11:00 bylam juz z powrotem w Anglii, ale poniewaz dzis jest swieto, wiec zanim przyjechal autobus minela ponad godzina. W koncu o 13:30 dotarlam do domu, zjadlam zupe i nalesniki, ktore zostawila mi Malwina i poszlam do lozka :) Malwina pojechala zwiedzac okolice z ludzmi z pracy i nadal jej nie ma, ale ja zaraz ide spac, bo juz dochodzi 23, a rano trzeba znow do pracy. Ale dzis wreszcie postanowilam, ze poszukam nowej pracy w nowy miescie, bo to Bratfoot dziala na mnie tak przygnebiajaco i przynosi mi pecha :)))