Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 30 maja 2007
Rafaelowska twarz :)

322.

Dzisiaj od rana miałam świetny humor, nie wiedzieć czemu, i cały czas podśpiewywałam sobie pod nosem francuskie piosenki :) Ostatnio zaczęłam wyszukiwać różne rzeczy na Youtube i znalazłam wiele piosenek, które zawsze mi się podobały, ale nie wiedziałam, kto je śpiewa ani nie znałam tytułu (np. "Foule sentimental" Alaina Souchon, "Aimer jusqu'a l'impossible" Tiny Areny czy "Les rois du monde" z musicalu "Romeo i Julia"). Po pracy usiadłam od razu do komputera i napisałam jeszcze dwie strony pracy, więc teraz mam już 12 stron (plus 2 strony bibliografii :) A potem zaczęłam w kółko słuchać na Youtube piosenek Raphaëla Haroche - chyba się zakochałam :))) Pierwszy raz zobaczyłam go na koncercie Restos du coeur i od tamtej pory chodzi mi po głowie, chociaż nigdy wcześniej o nim nie słyszałam :) A teraz wciąż podśpiewuję sobie "Dans 150 ans", "Caravane" czy "Sur la route" :) Przeczytałam jego życiorys i teraz wiem już o nim wszystko :)

    

Raphaël Haroche (widać, że jego matką była Argentynką, a ojciec Rosjaninem :)

wtorek, 29 maja 2007
Im więcej, tym lepiej! :)

321.

Wstałam dziś rano lekko załamana. Za oknem było pochmurno, a w pracy zimno. Odpisałam na maile, a potem musiałam sobie wymyślić coś do roboty. Poszłam wcześniej na lunch, bo miałam już wszystkiego dość. Po drodze weszłam do sklepu i jak już coś zjadłam, to zrobiło mi się trochę lepiej. Założyłam też koszulkę pod sweter, więc po powrocie do biura nie było mi już tak zimno, choć nadal ciągnie od okna. Potem zadzwoniła do mnie jedna Polka i spytała, czy nie mogłabym uczyć we wtorki jedną grupę, a w jakiś inny dzień drugą. Ponieważ pracują w jednej restauracji, więc nie mogą wszyscy na raz wyjść z pracy, a nie chcą tracić co drugiej lekcji. Umówiliśmy się więc, że będę ich uczyć także w czwartki, od przyszłego tygodnia począwszy :) W ten sposób właśnie pozbyłam się kolejnego wieczoru w tygodniu i na studia zostały mi już tylko weekendy :))) Ale w tygodniu i tak nic zwykle nie robię, najwyżej poczytam, więc niewiele to już chyba zmienia. Zresztą co ja poradzę, że mnie praca sama znajduje, a pieniądze same pchają się do ręki? :))) Nie szukałam ani tej pracy, ani tej w college'u. Same się znalazły. A że pieniądze nie śmierdzą, no i nie ma sumy, której bym nie wydała, to się zgadzam :))) W biurze wydrukowałam materiały do nauki angielskiego i po pracy poszłam na 18 do Polskiego Klubu. Przyszły 4 osoby, a że trochę się spóźnili, to przedłużyłam im lekcję. Trochę się pod koniec pogubili, bo chyba zarzuciłam ich zbyt dużą ilością materiału na raz, ale przynajmniej nie będą mogli powiedzieć, że nie zapracowałam na te pieniądze, które mi zapłacili :) Umówiliśmy się, że od przyszłego tygodnia będę jednak jeździć do nich. Zobaczymy, jak to wyjdzie. W każdym razie nabrałam znów ochoty do działania. Im więcej mam obowiązków, tym większą mam motywację. Także do studiów! :)

poniedziałek, 28 maja 2007
A na co mi te studia! :)

320.

Przez 3 dni nie wychodziłam z domu, a z łóżka tylko po to, żeby pójść do kuchni albo do łazienki. Spędziłam te trzy dni z laptopem na kolanach, próbując napisać pierwszy rozdział mojej pracy. I teraz mogę stwierdzić, że zmarnowałam sobie długi weekend. Napisałam 9 stron tekstu, czyli mniej, niż poprzednio przez dwa dni weekendu! Niby mam jeszcze parę wieczorów przed piątkiem, ale wątpię, żebym zdołała jeszcze coś z siebie wykrzesać. Mam pustkę w głowie i chyba powinnam dać sobie spokój z tymi studiami. Szczególnie, że zadzwonili do mnie ci Polacy, których miałam uczyć angielskiego i zgodziłam się zacząć z nimi lekcje od wtorku, więc odpada mi kolejny dzień tygodnia. Przez trzy zeszłe dni na zmianę coś tam pisałam, spałam, oglądałam różne rzeczy na Youtube, odpisywałam na maile i rozmawiałam z paroma osobami przez SKYPE'a. Prawie nie jadłam, spożywałam tylko dużo płynów. Prawie nie wietrzyłam i teraz boli mnie głowa. Nawet nie wiem, kiedy mi te trzy dni minęły. Jest mi wstyd ze względu na moich promotorów, bo to fajni goście. Przykro mi, że będę musiała ich rozczarować i powiedzieć, że jednak się nie nadaję i nie zrobię kariery akademickiej. A jutro znowu trzeba iść do pracy. Ja nie chcę! :)))

piątek, 25 maja 2007
Impreza na plaży :)

319.

W czwartek poszłam rano do pracy z aparatem fotograficznym i zdziwiłam się, że nikt tu nie przeżywa przyjazdu królowej. Sama rozpoczęłam temat, ale nie zauważyłam, żeby się ktoś tym ekscytował. Stwierdziłam więc, że wyjdę na głupa, jeśli spytam szefową, czy mnie zwolni na pół dnia z tego powodu :) Postanowiłam zaczekać do lunchu. Umówiłam się z Gosią pod collegem i ok. 12:30 poszłyśmy obie pod ratusz. Niestety, spóźniłyśmy się, bo akurat zbierali barierki. Na moje pytanie policjant odpowiedział, że królowa godzinę temu pojechała do Huddersfield na lunch do restauracji Mumtaz. Wsiadłyśmy więc z Gosią zawiedzione do autobusu i pojechałyśmy każda do siebie do domu. Jak wysiadłam z autobusu pod pralnią po przeciwnej strony ulicy zobaczyłam Ninę z Pawłem, którzy czekali aż im się pranie skończy. Zaprosiłam ich zatem do siebie na kawę i herbatę i podzieliłam się obiadem - kiszoną kapustą z grzybami i polskim chlebem :) Pół godzinki później poszli po swoje pranie, a ja wróciłam do pracy. Zabrałam się za spisywanie raportu z zebrania wydziału Psychologii, a potem szefowa zapytała mnie, czy chcę przejąć wszystko, czym wcześniej zajmowała się Rachel. Myślałam, że będą szukać kogoś na jej stanowisko i miałam nawet zamiar o nie aplikować, ale okazało się, że planują raczej zatrudnić drugą osobę, która wraz ze mną zajmie się Undergraduate students. Powiedziałam, że się zastanowię.

Po pracy poszłam do domu przebrać się i jakoś uczesać, bo o 19 byłam umówiona z Gemmą w Lloydsie, a ona zawsze wygląda jak modelka, więc też musiałam coś ze sobą zrobić :))) Wyszłam z domu około 18:30 i poszłam do Agnès, żeby zostawić u niej chleb i camemberta na wieczorne "Kółko Francuskie" oraz płytę DVD dla Severine. Powiedziałam jej, że nie wiem o której będę wolna i czy w ogóle przyjdę wieczorem, dlatego wolałam przynieść wszystko wcześniej. Agnès zaproponowała, żebyśmy się napiły różowego wina, więc posiedziałam u niej do 19, a potem pobiegłam do Lloydsa, ale i tak byłam przed Gemmą. Nie widziałyśmy się prawie rok, ale miałyśmy wrażenie, jakbyśmy ostatnio widziały się wczoraj :))) Gemma miała ostatnio trochę problemów i dlatego się nie odzywała. Jej były chłopak, którego poznałam razem z nią, był w szpitalu psychiatrycznym, a kiedy wyszedł na przepustkę, popełnił samobójstwo. Gemmą to wstrząsnęło i przez jakiś czas nie chodziła nawet do pracy. Siedziałyśmy w Lloydsie i rozmawiałyśmy przez 5 godzin, popijając drinka za drinkiem (Gemma wódkę z colą, a ja Smirnoff Ice :) W końcu pożegnałyśmy się po północy, umawiając się na pierwszy weekend czerwca. Po północy dotarłam na trwające nadal "Kółko Francuskie" i znów napiłam się wina, tym razem białego. Do domu dotarłam tuż przed 3:00. I zabrałam z powrotem koncert Restos du coeur na DVD, bo Severine nie przyszła :)))

Dzisiaj dopiero miałam problemy ze wstaniem! :))) Wcześniej nie powinnam była narzekać, bo tym razem nie tylko byłam niewyspana, ale jeszcze do tego bolała mnie głowa :) Czułam się zupełnie jak Syrenka z reklamy na krakowskim rynku (http://www.youtube.com/watch?v=_V-C9DGEZJk :))) Ale jakoś dotrwałam do lunchu, grzebiąc w jakiejś papierkowej robocie. Jak wróciłam z domu po obiedzie, to spotkałam się z szefową wydziału Psychologii, która poprosiła mnie o rozmowę i powiedziała, że ma nadzieję iż przejmę na dobre obowiązki Rachel, więc można powiedzieć, że przejęłam jej stanowisko nie składając nawet aplikacji i bez rozmowy kwalifikacyjnej :))) Tyle tylko, że oprócz tego nadal pozostają mi wszystkie moje obowiązki, które mam na razie dzielić z jedną z czasowych pracownic z agencji. Poszłam do mojej szefowej, żeby ją powiadomić, że się zgadzam, a ona stwierdziła, że to dobrze dla wszystkich. Po pracy poszłam na chwilę do domu, a potem pojechałam do sklepu po jedzenie. Wróciłam ok. 19:30 i poszłam na Beach Party na terenie kampusu. Umówiłam się tam z Gosią, jej chrześnicą i znajomymi. Najpierw skakałam z ich synem po czymś dmuchanym, a potem trochę tańczyliśmy. W końca zostałam tylko z chrześnicą Gosi, a reszta sobie poszła. Jacyś kolesie zaproponowali nam piwo i zgadaliśmy się, że zakładali kable w moim biurze i stąd ich znam :) Niestety, musiałam wracać do domu i zaraz idę spać, bo od jutra piszę!!!

    

Tegoroczne Beach Party w Amfiteatrze na terenie uniwersyteckiego kampusu :)

środa, 23 maja 2007
Królewska wizyta! :)

318.

Dzisiaj rano znów miałam problemy ze wstaniem. Naprawdę muszę zacząć chodzić wcześniej spać :))) Tak, marzenia ściętej głowy :) Wyśpię się chyba dopiero w grobie! :) W każdym razie zastałam w naszym pokoju nową dziewczynę z agencji (zdaję się, że ma na imię Sarah :) Od rana miałam strasznie dużo roboty, a na 11:30 szłam na zebranie wydziału psychologii, więc poprosiłam naszą stażystkę o pomoc. Zebranie trwało ponad dwie godziny, bo przez godzinę dyskutowali na temat zajęć w przyszłym roku. Miałam tylko zapisać w raporcie, co ustalili i nie musiałam pisać wszystkiego, co mówią, więc siedziałam tylko i słuchałam, chwilami czując, że zasypiam :))) W końcu zebranie się skończyło, a ja poszłam do domu na lunch. Po lunchu okazało się po raz kolejny, że nasza stażystka nie jest zbyt lotna i nie potrafiła nawet wykonać  prostej czynności. Dokończyłam więc sama i o dziwo zajęło mi to znacznie krócej, niż myślałam. Bałam się, że się ze wszystkim nie wyrobię, tymczasem zdążyłam nawet odbić na ksero testy moich studentów z zeszłego tygodnia :)

W domu usiadłam do komputera i przejrzałam testy na przyszły rok. Na trzecim roku powinnam im zrobić 10 testów, czyli co trzeci dzień, bo mamy 30 zajęć w roku. Może nie będzie tak źle? Przypadki już przerobiliśmy, więc będę się teraz mogła skupić na stronie praktycznej i zmusić ich znów do mówienia. Bo ten rok koncentruje się na pisaniu i czytaniu. Na 19 poszłam na kolejną lekcję i zrobiłam im następny test. Zostały nam jeszcze 4 lekcje i 3 testy, więc powinniśmy się wyrobić. Za tydzień nie mamy zajęć, bo w poniedziałek jest Spring Bank Holiday, czyli Święto Narodowe - jeżeli dobrze rozumiem - z okazji wiosny :) No cóż, każda okazja dobra, żeby świętować :))) A to oznacza, że będziemy się spotykać przez cały czerwiec, aż do końca miesiąca. A potem będę wolna! :) Przynajmniej do września, bo potem mam mieć 4 lekcje w tygodniu :) Jakoś czarno to widzę, skoro przy dwóch już czasem wymiękam :)))

Po lekcji wróciłam do domu i porozmawiałam przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru. Przekazałam jej sensacyjną wiadomość, którą usłyszałam od moich studentów - otóż jutro do Bratfoot przyjeżdża królowa z mężem! Naprawdę! :) O 9:55 królewski pociąg zajedzie na Interchange, potem pójdą odwiedzić jakąś nowo wybudowaną świątynię hinduską, a później nową komendę policji. Po obowiązkach przyjdzie czas na przyjemność - spotkanie z mieszkańcami pod ratuszem, na które oczywiście się wybieram! :) Zabiorę swój aparat i pobiegnę w czasie lunchu na polowanie - może uda mi się ustrzelić królową? ;) Zastanawiam się nawet, czy nie poprosić szefową, żeby mnie zwolniła na pół dnia z pracy. W Internecie znalazłam artykuł, z którego wynika, że królowa przyjeżdża do Bratfoot po raz piąty. Pierwszy raz przyjechała w 1954 roku, potem w 1974, 1977 i ostatnio w 1997, czyli 10 lat temu. Zaraz, to ile ona ma lat?! :)))

    

Królowa Elżbieta II z mężem Filipem, księciem Edynburga. Pewnie lepszych zdjęć nie zrobię :)))

wtorek, 22 maja 2007
Restauracja serc! :)

317.

W poniedziałek poszłam do pracy dowiedziałam się, że od wtorku będziemy mieli dwie nowe pracownice z agencji. Do lunchu czas mi jakoś zleciał, a potem poszłam do domu i zabrałam sprawdzone testy z polskiego, żeby je odbić na ksero. Wydrukowałam też kolejne na wieczór. Po pracy poszłam do domu i położyłam się do łóżka. Po godzinie zadzwonił budzik, a ja byłam tak zmęczona, że ledwo się zwlokłam. Na 19 dotarłam jakoś na polski i oczywiście szybko się rozkręciłam :) Po lekcji poszłam z Tomem i Jan do Agnès na herbatę. Zastaliśmy ją w ogródku razem z paroma wolontariuszami. Żonglowali i wyglądało to bardzo efektownie, jak cyrk, szczególnie że używali do tego sztucznego płomienia. Chwilami mam wrażenie, że każdy Francuz i Francuzka potrafią żonglować, bo kto nie przyjedzie, zaraz zaczyna ćwiczyć z Agnès  :))) Po jakiejś godzinie odprowadziłam Jan na przystanek (robię znów za bodyguarda :) a potem wróciłam do domu i zamiast iść wcześniej spać, ściągnęłam z netu amerykańską wersję gry "Koło Fortuny" i grałam do 1 w nocy :)))

Dzisiaj obudziłam się lekko zmęczona, ale dotarłam do pacy na czas. Wkrótce przyszła jedna z nowych pracownic, Cheryl. To bardzo miła Murzynka, z którą fajnie mi się rozmawiało. Leah wzięła dziś wolne, więc siedziałyśmy same w pokoju. Druga pracownica z agencji w ogóle się nie pojawiła i nie dała znać dlaczego. Nikt tutaj nie szanuje pracy. Na lunch poszłam do domu zjeść kiszoną kapustę z grzybami i rodzynkami, którą ugotowałam w weekend. Do tego ugotowałam sobie dziś ziemniaczki i miałam naprawdę pyszny polski obiad :) Porozmawiałam przez chwilę przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru i z bratem, a potem wróciłam do pracy. Większość czasu przegadałam z Cheryl, bo nie miałam już nic do roboty. W końcu wyszłyśmy tuż przed 17 i w domu porozmawiałam znów chwilę przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru i z siostrą, a potem wzięłam się za oglądanie koncertu "La Caravane des Enfoirés" na DVD, który pożyczyła mi Severine. Skończyłam po północy i wreszcie poszłam spać :)))

Co roku w ramach "Des Restos du Coeur" (francuskiej wersji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy :) odbywa się koncert, z którego dochód jest przekazywany dla bezdomnych. Pomysłowdawcą był zmarły w 1986 roku komik Coluche. Tegoroczny koncert był zatytułowany właśnie "La Caravane des Enfoirés" i odbył się pod koniec stycznia w hali Zénith w Nantes. Z 35 wykonawców, którzy wzięli w nim udział znałam zaledwie siedmioro (Patrick Bruel, Carla Bruni, Garou, Jean-Jacques Goldman, Patricia Kaas, MC Solar i Yannick Noah :) choć parę innych twarzy wydało mi się znajomych :) Nie znałam też większości piosenek, ale i tak obejrzałam ten koncert z dużą przyjemnością. Zastanawia mnie tylko, ile musiał kosztować i czy nie lepiej by było oddać te pieniądze bezdomnym... Ale domyślam się, że za wszystko płaciła telewizja, której potrzebne są tego typu programy, tak jak u nas wszelkiego rodzaju "Biesiady" :) Francuski koncert opiera się na podobnym pomyśle, ale lepiej wykonanym :)))

  

Patricia Kaas i Jean-Jacques Goldman oraz Yannick Noah i Patrick Bruel.

  

Carla Bruni i Garou w czasie koncertu.

  

MC Solar i zdjęcie Colucha na zakończenie koncertu.

niedziela, 20 maja 2007
Kraina Jezior :)

316.

W sobotę obudziłam się przed budzikiem i zaczęłam zbierać się na wycieczkę. O 8:30 byłam już pod uniwerkiem i zapoznałam się ze znajomymi Gosi, którzy przyjechali akurat do niej z Polski w odwiedziny. Razem z chrześnica Gosi pojechaliśmy wszyscy na wycieczkę do Cumbrii, tutejszej Krainy Jezior. Gosia i ja opiekowałyśmy się autokarem numer 4 - musiałyśmy policzyć ile jest osób, potem Gosia rozdała im ulotki na temat wycieczki, a ja przekazałam najważniejsze informacje przez mikrofon. Dzięki temu wycieczkę mamy za darmo i jeszcze nam dają 15 funtów na jedzenie. O 11:00 dojechaliśmy do Lakeside nad brzegiem Windermere - największego jeziora w Anglii. Tam poszliśmy do Akwarium, w którym miał być rekin, ale był to dość mały budynek, zaledwie dwupiętrowy, więc i rekin był malutki :)))

O 12:30 wsiedliśmy na statek "Swan", którym popłynęliśmy do Bowness. Po 40 minutach rejsu wysiedliśmy w Bowness, gdzie po chwili złapał nas deszcz. Padało przez jakieś pół godziny, więc zadekowaliśmy się w sklepie, w którym spotkaliśmy sprzedawcę z Polski. Potem poszliśmy na kawę i obsługiwała nas oczywiście Polka. W końcu poszliśmy na obiad do typowo angielskiego pubu i tam już nie było Polaków :) Po obiedzie strzeliliśmy sobie jeszcze lody i wróciliśmy do portu. Tam poszliśmy do kasyna i graliśmy w automaty :) Wreszcie o 17 wsiedliśmy do autokaru i po dwóch godzinach byliśmy z powrotem w Bratfoot :) Miałam się tylko przebrać i jechać na imprezę do Debz, ale byłam tak zmęczona, że napisałam jej tylko SMSa, że mam gorączkę i idę spać, po czym rzeczywiście położyłam się "na chwilę" do łóżka.

    

"Swan" - nasz statek oraz Muzeum postaci z książek Beatrix Potter w Bowness.

Obudziłam się po 5 rano i oczywiście poszłam dalej spać. Obudziłam się znów po 8 i poleżałam jeszcze trochę w łóżku, aż w końcu po 9 wstałam i pojechałam do sklepu. Jak wróciłam z zakupami, zabrałam się za pranie, w międzyczasie gotując bigos i rozmawiając z rodziną przez SKYPE'a. W końcu poczułam się tak zmęczona, że położyłam się znów do łóżka i przespałam półtorej godzinki :) Później zabrałam się ostro do roboty. Wrzuciłam zdjęcia z wyjazdów z całego zeszłego tygodnia (Polska, Manchester i Cumbria) na "fotki" i rozesłałam rodzinie zdjęcia z zeszłotygodniowych urodzin babci. Potem zrobiłam sałatkę z kurczaka, napisałam parę zaległych maili, sprawdziłam ostatnie testy z polskiego i wreszcie przed północą poszłam spać :)

piątek, 18 maja 2007
Manchester revisited! :)

315.

Wczoraj szefowa pojawiła się w pracy, jakby nigdy nic. Zanim zabrałam się za robotę, pogadałam z Leah o naszych doświadczeniach jako "au pair" w Stanach :) Potem zabrałam się za te broszury informacyjne, które już prawie skończyłam. Na lunch poszłam do domu, a potem około 15 przyszła po  mnie szefowa wydziału Psychologii i poszłyśmy wraz z jeszcze dwoma wykładowczyniami Psychologii do centrum. Pod ratuszem miała być jakaś impreza w ramach Tygodnia Zdrowia Psychicznego, w której mieli brać udział nasi studenci. Ale na miejscu okazało się, że nikogo tam nie ma i nic się nie dzieje. Poszłyśmy więc na kawę i znów musiałam słuchać gadki-szmatki :) Najpierw zaczęły rozmawiać o bieliźnie, a później o swoim życiu seksualnym, a dokładnie jego braku w przypadku jednej z nich. Po 8 latach znajomości wyszła za mąż za ojca swojego dziecka i podobno wtedy wszystko się skończyło, nie licząc świąt i specjalnych okazji, ze 4 razy w roku :) Do tej pory myślałam, że Angielki otwierają się tak tylko po piwie lub innym alkoholu :) Ale wygląda na to, że kawa ma na nie taki sam wpływ :)))

Po 16:00 zaczęłyśmy się zbierać i wróciłyśmy do pracy. Na 17 miałam wrócić pod ratusz, żeby zobaczyć obchody Międzynarodowego Dnia Przeciwko Homofobii - The International Day Against Homophobia (IDAHO) ale ponieważ po 16 nie było tam jeszcze żadnych przygotowań, stwierdziłam, że znów tylko stracę czas i zamiast tego wróciłam do domu. Po drodze spotkałam Agnès, a potem znajomą Polkę, której dawno nie widziałam. Na 18 poszłam do kina na dokument "Scott Walker: 30 Century Man". Przyznaję, że nie wiedziałam kim jest Scott Walker i chciałam się dowiedzieć. Tymczasem okazało się, że napisał muzykę do filmu "Pola X" Leosa Caraxa, który widziałam parę lat temu na festiwalu w Cieszynie. Jak wróciłam do domu zaczęłam słuchać utworów Scotta Walkera na "Youtube", a potem na 21 poszłam do Agnès na "Kółko Francuskie". Był już tam Olivier, którego poznałam ostatnim razem, a potem doszła Nina, Paweł, Severine i Tom. Jak zwykle piliśmy wino (tym razem tylko białe :) i zanim się obejrzałam, było po północy! :)

    

Tajemniczy Scott Walker i Guillaume Depardieu z Yekateriną Golubevą w filmie "Pola X".

W piątek nie znów było nie było szefowej w pracy. Wzięłam się za Module Descriptors, czyli opisy każdych zajęć. Ich obrabianie zajęło mi praktycznie cały dzień. W czasie lunchu poszłam jak zwykle do domu, a jak wracałam do pracy spotkałam najpierw znajomych Polaków ze squatu, a potem z Balmoralu :) Wyszłam o 17:50, bo nie chciałam się spóźnić na autobus do Manchesteru, a poza tym w poniedziałek skróciłam sobie lunch o jakieś 10 minut, więc teraz je sobie odebrałam. W Manchesterze byłam o 18:35 i spotkałam się ze znajomą, która oprowadziła mnie po mieście. Miała mnie przekonać, że Manchester nie jest taki zły i nieciekawy, jak mi się wydawało. I trochę się jej udało :) Poszłyśmy na bardzo dobry bufet do Chińczyka, a potem do klubu Contact na uniwerku na pokaz filmu dokumentalnego "The Siege of Le Madame". Przed filmem był performance  Leona Dziemaszkiewicza, a po filmie rozmowa z Kaśką, była dyrektor artystyczną klubu. Po dyskusji poszliśmy na dół do baru, ale musiałam się zbierać na autobus. W domu byłam znów po północy! :)

    

Biblioteka publiczna w Manchesterze i performance Leona Dziemaszkiewicza.

środa, 16 maja 2007
Dobry romans nie jest zły :)

314.

We wtorek poszłam na rano do pracy. Przed wyjazdem zarezerwowałam sobie ten dzień i powiedziałam szefowej, że zobaczę, w jakim będę stanie, ale byłam dość wyspana, a nie chciałam tracić całego dnia urlopu. Przyniosłam ze sobą czekoladowe "Ptasie Mleczko", bo czasem jak ktoś gdzieś wyjedzie, to przynosi potem czekoladki ze Szwajcarii albo z Hiszpanii, więc pomyślałam, że to będzie miły gest. Parę osób powiedziało mi potem, że bardzo im smakowało, ale pewnie byli tylko uprzejmi. Nieważne, liczą się moje dobre intencje i próba zaaklimatyzowania. Mam nadzieję, że szefowa to doceni :))) Tuż przed lunchem jedna z wykładowczyń poprosiła, żebym jej odbiła coś na ksero. Na oko zajęłoby to ze 2 godzinki, a ja już umierałam z głodu. Poprosiłam więc Debz, żeby mi pomogła, a ja dokończę, jak wrócę z lunchu. Nie poszłam więc na cała godzinę, tylko wróciłam wcześniej, a ona tymczasem już skończyła, więc mogłam się nie spieszyć!

Po pracy weszłam na chwilę do domu, a potem pojechałam do Leeds oddać książkę o Kieślowskim. Wypożyczyłam za to kolejną książkę o Andrzeju Wajdzie i zaczęłam ją czytać w pociągu. Myślałam, że wyrobię się w półtorej godziny, ale w domu byłam dopiero przed 20. Porozmawiałam dosłownie chwilę z mamą i z siostrą, a potem poszłam do kina na "Malowany welon" (The Painted Veil). To bardzo przyzwoite romansidło :) Podobało mi się, głównie muzyka, a szczególnie utwór "Gnossienne No.1" Erika Satie. Wieczorem poszukałam tego utworu na "Youtube" i znalazłam bardzo ciekawą wersję :) Polecam: http://www.youtube.com/watch?v=-IFPBq4-AYA&mode=related&search. Pierwszy raz widziałam Naomi Watts w ciemnych włosach! W filmie jej męża grał Edward Norton, a jej kochanka zagrał jej prawdziwy mąż, Liev Schreiber, któremu właśnie ostatnio urodziła dziecko.

    

Naomi Watts i Edward Norton oraz Liev Schreiber w filmie "Malowany welon".

Dzisiaj w pracy nie było szefowej. Zwykle mówi nam, jak ma zamiar nie przyjść. Tymczasem dziś nikt nie wiedział, co się z nią stało i zaczęliśmy się nawet trochę martwić. W czasie lunchu sprawdziłam testy z polskiego z ostatniej środy, po czym zabrałam je do pracy, żeby je odbić na ksero, bo przypomniałam sobie, że muszę szefowi dostarczyć testy najlepszej osoby. Już chyba wiem, kto to będzie w tym roku :) Dziewczyna, która zawsze wie, jaki to przypadek, zanim ja się doliczę :))) Po pracy poszłam do domu i porozmawiałam znów przez chwilę z rodziną przez SKYPE'a. A potem poszłam na polski i zrobiłam im kolejny test. Muszę przyznać, że naprawdę idzie im coraz lepiej. Jedna z uczennic przyniosła mi dwie książki do poczytania - jedną z nich napisał i wydał w Polsce jej ojciec, który mieszkał w Anglii. Mam jej pomóc przetłumaczyć ją na angielski. Po lekcji podwiozła mnie do domu, bo trochę padało. Porozmawiałam więc przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru i znów przełożyłyśmy kupno biletów na Lou Reeda na bliżej nie określoną przyszłość :)

poniedziałek, 14 maja 2007
Urodziny babci :)

313.

W piątek rano wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i tuż po 8:30 wyszłam z domu. Siąpił deszcz, więc wsiadłam w autobus, który akurat nadjechał. Na dworcu zdałam sobie sprawę, że jak pojadę autobusem do Leeds, to mogę nie zdążyć na autokar do Liverpoolu, wsiadłam więc w pociąg, a potem przeszłam w 10 minut z dworca pociągowego na autobusowy. W autokarze czytałam książkę "Kieślowski o Kieślowskim", bo musiałam ją wkrótce oddać do biblioteki. W Liverpoolu przesiadłam się w autobus na lotnisko, gdzie napiłam się herbaty w Burger Kingu i zjadłam kanapki. Potem kupiłam dwie kartki urodzinowe - jedną dla babci, a drugą dla znajomej z Ukrainy. W końcu wsiadłam w samolot i poleciałam do Warszawy :) Z lotniska odebrały mnie mama z siostrą i pojechałyśmy do mojego brata do domu. Jeszcze go nie było, więc zostawiłyśmy bagaże i pojechałyśmy na Starówkę do "Pierogarni", bo chciałam wreszcie zjeść coś ciepłego. Wkrótce doszli do nas obaj moi bracia. Porozmawialiśmy trochę i ustaliliśmy co robimy dalej :)

    

Hotel Hilton w Manchesterze i Daweoo Tower w Warszawie - czy ktoś dostrzega podobieństwo? :)

Mama z siostrą oraz jeden z braci pojechali do siebie do domów, a ja z drugim bratem po kartkę dla znajomej z Ukrainy, a potem na Pragę do knajpy "Łysy Pingwin" na jej urodziny. Brat poszedł do sklepu po chleb, a ja na imprezę :) Posiedziałam tam godzinkę, a potem pojechaliśmy z powrotem do brata, gdzie dotarliśmy po 21. Zaczęli się schodzić moi znajomi i posiedzieliśmy razem do jakiejś 3 rano, pijąc piwo, jedząc kanapki i rozmawiając. W końcu wszyscy się rozeszli, a ja poszłam z bratem odprowadzić ostatniego gościa na ostatnie metro :) Weszłam z nimi na peron i chwilę później podeszło do mnie dwóch panów kontrolerów :) Oczywiście nie miałam ani biletu, ani zamiaru wsiadać w metro, ale nie dało się panów przekonać :) Ponieważ nie miałam przy sobie żadnych dokumentów, brat poszedł do domu po moją torebkę, panowie wypisali mi mandat na warszawski adres, swój pobyt w Warszawie zaczęłam więc z przygodami :))) Około 4:00 poszliśmy wreszcie z bratem spać.

Budzik obudził nas jakieś 4 godziny później, ale trochę to potrwało zanim się zwlekliśmy :) Wzięłam prysznic i zrobiłam kanapki, po czym dojechał do nas mój najstarszy brat i razem ruszyliśmy do babci. Po drodze spotkaliśmy się z mamą, siostrą i wujkiem na stacji benzynowej. Do babci zajechaliśmy około 11:00 i zaczęliśmy się witać z cała rodziną. Ciocia wynajęła dla nas całą salę klubu osiedlowego, żeby wszyscy się pomieścili, bo było nas z 50 osób. Mój najstarszy brat zaczął rozmawiać z naszymi kuzynami ze Stanów i namówił ich na to, żeby wrócili z nami wieczorem do Warszawy. Obiecał im, że pójdziemy potańczyć do jakiegoś klubu, po czym zapytał, czy pójdę z nimi, bo on nie może długo zostać, więc nas zostawi. Zabraliśmy więc chłopaków w jeden samochód, a mama z siostrą, wujkiem i drugim bratem pojechała drugim samochodem. Spotkaliśmy się znów na tej samej stacji pod Warszawą i dosiadł się do nas mój drugi brat. Pojechaliśmy prosto do klubów - najpierw "Paprotka", a potem "Desperados", gdzie balowaliśmy znów do 3 rano! :)

W niedzielę weszłam do wanny, a jak wyszłam z łazienki okazało się, że pozostali też już wstali z łóżek. Pojechaliśmy do brata do domu na śniadanie, a potem przeszliśmy się na spacer na Starówkę. Zjedliśmy lody, porobiliśmy parę zdjęć i popatrzyliśmy na tancerzy break-dance. A potem zabraliśmy zgrzewkę piwa, która została jeszcze z mojej piątkowej imprezy i pojechaliśmy z nią do babci. Mieliśmy co prawda wsadzić chłopaków w autobus, ale ponieważ zapomniałam w sobotę walizki, więc musieliśmy po nią wrócić! Posiedzieliśmy jeszcze z godzinkę z rodziną, a potem pożegnałyśmy się z chłopakami, zabrałyśmy walizkę i wróciłyśmy do Warszawy. Najpierw pojechałyśmy do brata do centrum, a potem do Tesco, na ostatnie zakupy. Po 22 byłyśmy w domu, więc zabrałam się za pakowanie walizki, potem coś zjadłam i poszłam wreszcie raz wcześniej spać :)))

    

Chór i tancerze - na dziedzińcu zamku tańczący poloneza, a na zewnątrz break-dance :)

W poniedziałek wzięłam znów kąpiel, bo w domu tego nie mam :) A potem przepakowałam trochę walizkę, dorzucając do niej parę książek i filmów na DVD. Zadzwoniłam też do Filmoteki Narodowej i dowiedziałam się z kim mam załatwiać ewentualny przegląd polskich filmów. Potem wsiadłam z mamą w samochód i pojechałyśmy do brata, który zabrał nas na lotnisko. Siedziałam z książką i robiłam z niej ostatnie notatki. Samolot się niestety spóźnił, więc nie zdążyłam na autokar z Liverpoolu do Leeds, a że miałam bilet kupiony w promocji za 1 funta, to mi przepadł i musiałam kupić nowy za 10 i pół funta. Kupiłam więc od razu bilet do Bratfoot, gdzie miałam dojechać o 18, ale wysiadłam na Interchange'u o 18:25. Podjechałam do domu, zostawiłam bagaż, przebrałam się i na 19 poszłam do college'u na polski. Zrobiłam moim uczniom kolejny test, a potem wróciłam do domu, rozpakowałam walizkę i przejrzałam zdjęcia :) Porozmawiałam jeszcze chwilę przez SKYPE'a ze znajomą z Manchesteru, po czym udało mi się pójść spać przed północą! :)

 
1 , 2