Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
sobota, 16 maja 2009
Przerwa w nadawaniu :)

431.

W zeszły piątek do Bratfoot przyjechał Gordon Brown, żeby wziąć udział w uroczystościach odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej zastrzelonej w 2005 roku policjantce Sharon Beshenivsky. Parę ulic koło mnie zostało z tej okazji zamkniętych na jakieś 8 godzin. W tym tygodniu postanowiłam więc pójść zobaczyć tą słynną tablicę. Wygląda jak nagrobek. Zachęcona też chwilową jak się okazało poprawą pogody zrobiłam parę innych zdjęć, na przykład balonów, które pojawiły się nie wiem skąd na słupie koło domu, w którym mieszkam. Zdążyłam zrobić im zdjęcie, zanim uciekło z nich powietrze, a pogoda znów się popsuła. Poza tym tydzień minął mi bardzo szybko, bo przespałam każdą wolna chwilę. Myślę, że to oznaka jakiegoś przesilenia - późnego wiosennego lub wczesnego letniego :) Tylko we wtorek i w piątek rano miałam lekcje, a w trzy pozostałe dni spałam do 11:00 :)
    
Balony na słupie i tablica poświęcona zastrzelonej
policjantce Sharon Beshenivsky.

W poniedziałek po pracy zamiast na zajęcia pojechałam do
Manchesteru na koncert Counting Crows :) Koncert miał się odbyć w grudniu zeszłego roku, ale został przesunięty na maj :) Niezbyt mi to pasowało, ale mimo to postanowiłam na niego pojechać. Mam sentyment do tej grupy od czasu mojego pierwszego pobytu w Stanach, z którym mi się niezmiennie kojarzą. Wtedy też kupiłam ich dwie pierwsze płyty: "August and Everything After" oraz "Recovering the Satellites", których do dziś mogą w kółko słuchać. Znam na pamięć słowa prawie wszystkich piosenek, ale nie pośpiewałam sobie na koncercie, bo wokalista Adam Duritz lubi zmieniać aranżacje, a nawet słowa swoich piosenek. Potrafi też połączyć dwa utwory w jeden. Brzmiało to niesamowicie i czasem dopiero po paru zdaniach domyślałam się, który utwór śpiewa. Raz  zaczął od recytacji zwrotki, a zaśpiewał dopiero od refrenu. Był to bardziej artystyczny performance niż zwykły koncert.
  
Koncert Counting Crows w Manchesterze - widok z mojego miejsca i z końca Manchester Arena.


Po raz pierwszy byłam w sali koncertowej M.E.N. Arena, która skojarzyła mi się z Torwarem. Mają tam wiele ciekawych koncertów do zaproponowania - w tym roku zagrają u nich jeszcze m.in. Jean-Michel Jarre, Blur, Nine Inch Nails, Pearl Jam, Green Day, Elbow, a także Depeche Mode, Britney Spears, Boyzone, Beyonce, Pink i Madonna. Na żaden się jednak raczej nie wybiorę, no chyba że nie dostanę tej pracy we Francji i zostanę tu w na wakacje. W każdym razie na koncercie Counting Crows po raz pierwszy stwierdziłam, że się starzeję. Mimo iż miałam miejsce stojące na płycie areny, to nie miałam siły stać i poszłam je zamienić na siedzące! W związku z tym nie mam za dobrych zdjęć, mimo iż siedziałam w pierwszym rzędzie. Pocieszam się jednak, że gdyby ten koncert odbył się w weekend - tak jak to początkowo miało być, kiedy kupowałam na niego bilet w zeszłym roku - to pewnie miałabym więcej siły niż po dniu pracy i skakałabym jak zwykle pod sceną :)

We wtorek, w środę i w czwartek po pracy miałam jedne z ostatnich lekcji polskiego i francuskiego. Od połowy czerwca będę już wolna po 5 godzinach pracy na uniwerku i będę mogła pospać do woli :) W czwartek po pracy spotkałam się z Patrykiem i pożyczył mi parę filmów, które będę miała w czerwcu wreszcie czas obejrzeć :) W piątek w pracy jakiś student najpierw próbował mnie przekonać, że Bóg istnieje, a potem spytał, czy się z nim umówię! :))) Powiedziałam, że się zastanowię :) Po pracy pojechałam na dworzec i kupiłam bilet do Doncaster, a potem zrobiłam zakupy i posprzątałam trochę mieszkanie, bo dziś przylatuję do  mnie na 2 tygodnie mama (stąd zapowiedziana przerwa, bo będę zajęta :) Zadzwoniłam też do domu i ustaliłyśmy ostatnie szczegóły, a potem poszłam na Kółko Francuskie. Oprócz mnie dotarł na nie tylko Pete (choć miało być więcej osób i mieliśmy iść na jakąś afrykańską imprezę), więc posiedzieliśmy tylko półtorej godzinki w pubie.
poniedziałek, 11 maja 2009
Londyn i Francja :)

430.

W zeszły weekend pojechałam z Kingą do Londynu. Kinga przyszła wcześniej do mnie ze swoim nowym laptopem, żeby go zarejestrować, bo nie ma Internetu. Zostawiła go też u mnie na czas wyjazdu. O 15 poszłyśmy na dworzec i wsiadłyśmy w pociąg. Miałyśmy przesiadkę w Leeds i w Londynie byłyśmy dopiero po 18:00. Okazało się, że linia metra dojeżdżająca najbliżej naszego hostelu jest częściowo zamknięta, więc musiałyśmy jechać autobusem. Zostawiłyśmy rzeczy w pokoju i postanowiłyśmy pojechać do centrum. Ale że miałyśmy tylko mapkę metra, a nie miasta, to autobus wywiózł nas na peryferię, do Peckham :) Nie wysiadłyśmy więc w ogóle z tego autobusu, tylko poczekałyśmy aż zawróci i wysiadłyśmy dopiero w pobliżu hostelu. Było już ciemno i późno, więc zamiast jechać do centrum poszłyśmy tylko coś zjeść w pobliskiej Pizza Hut.

W niedzielę poszłyśmy za późno na śniadanie, bo wydawało się nam obu, że serwują je to 10:00, a nie jak się okazało do 9:00 :) Pojechałyśmy do centrum i zaczęłyśmy zwiedzanie od Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds, gdzie zrobiłyśmy sobie trójwymiarowe zdjęcia :) Potem zjechałyśmy centrum autobusem turystycznym, zaglądając po drodze do sklepu Ferrari na Regent Street i jedząc sushi przy Piccadilly Circus. Potem przepłynęłyśmy się stateczkiem po Tamizie, po czym wróciłyśmy do hostelu, żeby się przebrać i ruszyłyśmy w miasto :) Pojechałyśmy metrem na Leicester Square, nie wiedząc co dalej, a tam ktoś nam dał zaproszenia na pobliskiego klubu Zoo. Poszłyśmy więc zobaczyć, jaką tam grają muzykę i postanowiłyśmy już tam zostać. Balowałyśmy do jakiejś 2 rano, aż w końcu stwierdziłyśmy, że wracamy do domu, bo rano musimy wstać. Poza tym miałyśmy już dość pary Włochów, którzy nas podrywali :) Udało się nam znaleźć nocny autobus i o 3 nad ranem byłyśmy w hostelu.

W poniedziałek zjadłyśmy śniadanie i wymeldowałyśmy się z hostelu, który znajdował się w pobliżu Greenwich, więc tam zaczęłyśmy tego dnia zwiedzanie. Potem zahaczyłyśmy znów o
Leicester Square, tym razem za dnia, a potem poszłyśmy na Covent Garden, gdzie przyglądałyśmy się ulicznym występom. Potem pojechałyśmy do British Museum, a stamtąd na dworzec. Jak przesiadałyśmy się z jednej linii metra na drugą, spotkałyśmy w przejściu mojego kolegę ze studiów, którego nie widziałam z 5 lat! :) Co prawda wysłałam mu maila, że będę w Londynie, ale on akurat był w Polsce. Nie dogadaliśmy się jakoś, że on wraca w niedzielę wieczorem, a my wyjeżdżamy w poniedziałek.  Dlatego też ja myślałam, że on jeszcze jest w Polsce, a on że mnie już nie ma w Londynie :) To się dopiero nazywa spotkanie! :) Podjechaliśmy razem kawałek metrem, a potem on wysiadł, a my przed odjazdem pociągu zjadłyśmy jeszcze obiad we włoskiej restauracyjce. W domu byłam o 23:00.

    
Obserwatorium w Greenwich i klub Zoo, w którym balowałyśmy w niedzielę :)

We wtorek rano poszłam na lekcję, potem do pracy, a wieczorem na polski. Zaczęłam się stresować, że nie mam jeszcze odpowiedz z Francji co do pracy na wakacje, a mi znajomi już wiedzą, że pracują. Znajoma poradziła mi więc mailem, żebym zadzwoniła do HR tej firmy we Francji i dowiedziała się, co się dzieje. Zadzwoniłam więc w środę rano i usłyszałam, że w ogóle nie mają mojego nazwiska ani CV w systemie. Zdenerwowana napisałam maila do Benoit, mojego byłego szefa w filii tej firmy tutaj. A on mi podał nazwisko osoby, której przekazał moje CV i list motywacyjny. Zadzwoniłam więc jeszcze raz, ale nie zastałam tej pani, ale powiedziano mi, że do  mnie oddzwoni. Rzeczywiście, ktoś zadzwonił jak byłam w pracy i powiedział, że nadal nie udało im się znaleźć moich papierów! I poradzili, żebym skontaktowała się z osobą, która miała przekazać moje CV, czyli z Benoit :)

Zanim zdążyłam to zrobić, zadzwoniła kolejna pani i powiadomiła mnie, że znaleźli moje papiery :) Powiedziała, że wysłali mi maila zapraszając mnie na testy i rozmowę o pracę, ale nic do mnie nie doszło! Zapytała, czy w takim razie mogę przyjechać na ostatni w tym roku nabór 18 i 19 maja. Ale nie była mi w stanie powiedzieć, do jakiej sumy mogą mi zwrócić koszty biletu. Ustaliśmy więc, że się zorientuję w cenach i oddzwonię do niej jutro, żeby potwierdzić, że przylatuję. W międzyczasie prowadziłam nerwową korespondencję z Benoit, bo nie wiedziałam już za bardzo, co mam robić. Wytłumaczył mi, że wszyscy sezonowi pracownicy muszą pierwszy raz zdać te testy i mieć rozmowę, ale warto spróbować, bo to ciekawe doświadczenie. Zaczęłam więc szukać biletu i udało mi się znaleźć dość tani lot Ryanair z London Stansted do La Rochelle w niedzielę 17 maja i powrotny w poniedziałek 18 maja wieczorem.

W czwartek po lekcji zadzwoniłam do tej babki, ale jej nie było. Oddzwoniła do mnie później, jak już byłam w pracy i prawie wszyscy słyszeli, jak rozmawiam z nią po francusku. Potwierdziłam, że przyjeżdżam, a ona, że zwrócą mi pieniądze za bilet. Benoit ma mnie odebrać z lotniska i mam u niego zostać na noc. Szefowa zgodziła się dać mi urlop i wszystko nareszcie się ułożyło, ale kosztowało mnie to sporo zdrowia :) W każdym razie mam bilet i lecę za tydzień na moją
pierwszą rozmowę o pracę we Francji! :) Już się nie mogę doczekać, bo mam wciąż nadzieję, że spędza tam tegoroczne wakacje. Ale nawet jeśli nie odstanę tej pracy, to przynajmniej będę za darmo 24 godziny we Francji! :))) Jedyny problem w tym, że moja mama przylatuje w sobotę na 2 tygodnie w odwiedziny, a ja dzień po tym jak odbiorę ją z lotniska, zostawię ją na 2 dni samą! Ale powiedziała, żebym się nie martwiła i spróbowała swoich sił. Nie mogę się już doczekać! :)

    
Zamek w Niort i położenie miasta na mapie (niedaleko La Rochelle :)

W piątek wreszcie wiedziałam na czym stoję i lepiej się poczułam. Po pracy przyszła do mnie Kinga, żeby przegrać zdjęcia z Londynu. Myślałam, żeby iść na 19:30 do Alhambry na "Kopciuszka na lodzie", ale się zasiedziałyśmy i zamiast tego poszłam od razu na Kółko Francuskie. Oprócz Pete'a i Sally przyszła Ewa z Julią i Yungiem, którzy dawno na Kółko nie dotarli. Conrad była zajęty, a Jean jest wciąż w Kanadzie, więc było nas tylko sześcioro i nie posiedzieliśmy zbyt długo. Następnego dnia ja i Sally wybierałyśmy się na Dzień Tańca do Saltaire, więc przed północą byłam już w domu. W sobotę obudziłam się sama rano i chciałam na 11 jechać na pierwsze zajęcia do Saltaire, ale jak już byłam na dworcu, zorientowałam się, że zostawiłam w domu kartę do bankomatu i nie mam żadnych pieniędzy! Wróciłam więc do domu i wrzuciłam kolejny post na mojego anglojęzycznego bloga, potem pogadałam z Sally przez telefon, a później się zdrzemnęłam :)

Do Saltaire dotarłam dopiero na lekcję baletu o 17:00 :) Sally chodziła na balet 10 lat temu, ale ja nigdy nie uczyłam się baletu klasycznego, choć jako mała dziewczynka zdawałam do Szkoły Baletowej w Warszawie. W przeciwieństwie do mojego brata nie zostałam przyjęta, ale zawsze mieli tam nadmiar dziewczynek i niedobór chłopców :) Potem jak byłam w Stanach, to chodziłam przez jakiś czas na Jazz Dance, bo właściwie wolę balet nowoczesny od klasycznego. I to było całe moje doświadczenie. Ale jakoś sobie radziłam na lekcji i nabrałam ochoty na naukę baletu, Co prawda do tej pory bolą mnie wszystkie mięśnie, ale wiem, że z czasem było by lepiej. Po lekcji poszłyśmy z Sally na spacer po Saltaire i opowiadała mi o swoich problemach z chłopakiem, z którym już po raz kolejny zerwała. Potem odwiozła mnie do domu, bo zmarzłam i byłam zmęczona, więc zdecydowałam nie iść na żadną z dwóch konkurencyjnych imprez :) Po drodze próbowałam zeswatać Sally z Benoit, a właściwie namówić ją, żeby dała mu szansę :) Przed snem porozmawiałam na Skajpie z kuzynem ze Stanów.

Dziś miałam parę rzeczy do zrobienia i zaczęłam od spaceru do Morrisona, żeby zrobić zakupy na nadchodzący tydzień. Okazało się, że w niedzielę jest zamknięty, musiałam więc iść do pobliskiego Sainsbury, który jednak niestety jest dużo droższy. Kupiłam najdroższy chyba jak dotąd proszek za ponad 3 funty i najdroższy szampon, który w dodatku okazał się odżywką, jak mu się bliżej przyjrzałam w domu :) Wstawiłam więc pranie i wróciłam do sklepu, żeby zamienić odżywkę na szampon, bo mi się kończy. Jak skończyłam pranie poszłam na 17 do 1in12 na pokaz filmu "Chernobyl. The Survivors" (Czarnobyl. Ci, którzy przeżyli), który zrobił mój znajomy z radia BCB. Jego dokument pokazuje zupełnie inny od stereotypowego obraz i daje nadzieję na przyszłość. Po filmie była ciekawa dyskusja, która przeciągnęła się do 23:00. Sally podwiozła mnie potem do domu, ale nie udało mi się już zrealizować mojego planu, żeby jeszcze napisać coś na ostatnie w tym roku zaliczenie :)

sobota, 02 maja 2009
Jestem zmęczona :)

429.

W poniedziałek pospałam trochę przed uniwerkiem, a po pracy poszłam na 18:00 do college'u, żeby przez godzinę obserwować moją "mentorkę", jak uczy księgowości. Nikt inny nie miał czasu i nie zgodził się mnie "mentorować" (cokolwiek to znaczy :) Siedziałam przez godzinę na jej lekcji i przysypiałam :) Ale podobno ma mi to pomóc w moim rozwoju :) W każdym razie zaraz potem poszłam do kina na polityczny film o IRA "Fifty Dead Men Walking" (50 ocalonych).  Jest to historia
Martina McGartlanda, który pracował jako podwójny agent. Wszedł w szeregi IRA, żeby pomóc policji w ujęciu najbardziej niebezpiecznych jej członków. Prawdziwy Martin odcina się jednak od filmu, twierdząc, że reżyserka zmieniła za dużo faktów z jego życia. Film jest jednak bardzo ciekawy i skłania do zadania sobie pytania, czy IRA jest jak mafia (jak twierdzi Martin) czy też może jest organizacją terrorystyczną? Przy czym pamiętać trzeba, że zwykle najeźdźca terrorystami nazywa ruch oporu danego kraju. To bardzo skomplikowane i delikatne tematy, a ten film prowokuje do zastanowienia się nad nimi.

Pozostała część tygodnia minęła mi dość szybko. Rano college, potem uniwerek, potem znów college. Mam teraz trzy poranne lekcje angielskiego (we wtorek, czwartek i piątek rano). A w środę rano spotkałam się z szefem, ale jestem z nim umówiona na dłuższą rozmowę za tydzień. Chce mi w przyszłym roku dać 4 lekcje, a ja chce tylko 2, więc będziemy się kłócić :) W tym tygodniu nagrywałam też moich studentów
na wszystkich wieczornych lekcjach (pierwszy i trzeci rok polskiego oraz pierwszy rok francuskiego). Oczywiście byli trochę zestresowani, ale jakoś poszło. Jest to część tak zwanego portfolio. Muszą zrobić wszystkie testy i przykład pracy jednego z nich wysyłamy potem gdzieś dalej do sprawdzenia. Potem podpisuję listę, że pozostali zrobili takie same testy i wszyscy na tej podstawie dostają certyfikat, Nie mogę się już doczekać czerwca, bo wtedy skończą mi się lekcję i zostanie tylko 5 godzin pracy dziennie na uniwerku :) No i czekam wciąż na odpowiedź z Francji, czy będę przez lipiec i sierpień pracować w Niort.

Wczoraj po pracy spotkałam się w kinie z Sally i Petem i poszliśmy na "In the Loop" - zabawną, a jednocześnie straszną komedię o meandrach polityki :) Straszną, bo obawiam się, że pokazane w niej sytuacje nie są zbyt dalekie od tego, co się naprawdę dzieje w polityce :) I wywołanie kolejnej wojny, jak już się zresztą nie raz przekonaliśmy, jest dziecinnie proste. Po filmie poszliśmy do pubu, gdzie doszedł do nas jeszcze Conrad. Sally była głodna, więc postanowiliśmy pójść do nowo otwartej restauracji irańskiej, którą polecił nam Conrad. Pete wsiadł na rower, a reszta do samochodu Sally (niedawno zrobiła prawko i zakupiła używany samochód :). Po drodze zabraliśmy jeszcze Victora i w piątkę poszliśmy coś zjeść, a potem do B5 na drinka. Było bardzo miło i stwierdziłam ponownie, że mogę liczyć przynajmniej na "starą gwardię", bo nowi mnie w ostatni weekend zawiedli :) Około 2 w nocy Sally odwiozła mnie do domu i poszłam spać. A dziś jadę z Kingą do Londynu. Trochę się martwię, jak to będzie i boję, że wrócę prosto do pracy we wtorek rano
jeszcze bardziej zmęczona!

    

Jim Sturgess jako Martin McGartland w "50 Dead Men Walking" i Tom Hollander w "In the Loop".