Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
Długi weekend, długi wpis :)

477.

W poniedziałek wstałam o 9:00 i na 10:00 pojechałam do doradczyni prawnej w sprawie
wypowiedzenia i kaucji za moje mieszkanie. Teraz ona się skontaktuje z agencją wynajmu w moim imieniu i mam nadzieje, że się przestraszą i oddadzą mi kaucję. Potem weszłam do Inland Revenue, ale miałam przy sobie tylko rozliczenie roczne P60 z uniwersytetu i powiedzieli, że muszę je przynieść z obu prac, żeby mi wyliczyli podatek. Podjechałam free busem do sklepu po zakupy i wróciłam do domu na śniadanie. W pracy spytałam wreszcie z szefową co z moją pracą, bo teoretycznie pod koniec lipca kończy mi się kontrakt na uniwerku. Odpowiedziała, że nie wie i że muszę w przyszłym tygodniu porozmawiać z głównym szefem, bo ona jedzie na 2 tygodnie urlopu do Kanady. A ja przecież musiałam wiedzieć, co robić w lipcu i czy mam się wyprowadzić pod koniec czerwca. W dodatku dostałam maila z uniwerku o tym, że jak się obronię w Boże Ciało, to będę miała Graduation 20 lipca o 14:00, a nie dopiero w grudniu! Zadzwoniłam też do Wanyu, żeby się z nią umówić nazajutrz na 10:00 rano na siłownię, bo wygrałam 3 wizyty do klubu Fitness First dla siebie i mojego gościa. Nie byłam na siłowni z 6-7 lat! :)

Tymczasem zadzwonił do mnie znajomy Polak, który prowadzi program w radiu BCB i spytał, czy mogę wieczorem być gościem w jego programie "The Eastern Bloc" :) Wyszłam więc za zgodą szefowej
wcześniej z pracy i poszłam do domu po jakieś polskie płyty CD, tak jak mnie prosił. Po 17:00 podjechał po mnie samochodem i pojechaliśmy do radia. Od 18 do 18:30 byliśmy na żywo na antenie i rozmawialiśmy o lekcjach polskiego dla Anglików i o pokazach polskich komedii kultowych w 1in12. Po programie podwiózł mnie pod bibliotekę, gdzie wydrukowałam materiał na polski i poszłam na lekcję. Przyszły tylko dwie osoby. Po lekcji weszłam do sklepu po mleko na rano. Potem zadzwoniłam też do domu, żeby się poradzić co mam robić. Postanowiłam jednak wyprowadzić się z mieszkania pod koniec czerwca, a o resztę martwić się potem. Posłuchałam chwilę na My Space zespołu Family Elan założonego przez jednego z moich uczniów (http://www.myspace.com/familyelan). Wysłałam też maila do mojego szefa z college'u, bo z naszego pokoju nauczycielskiego zniknął mój sprzęt CD wraz z płytą do nauki polskiego. Przed snem przygotowałam jeszcze wszystko, co było mi potrzebne na siłownię.

We wtorek wstałam znów o 9:00 i o 10:00 byłam już w Fitness First. Wanyu doszła parę minut później, jak już się zdążyłam przebrać. Najpierw zrobili mi szybkie Health check, czyli ważenie i mierzenie (Wanyu nie chciała :) Potem spędziłyśmy 20 minut na rowerku, 15 na steperze i 10 na bieżni. Nie mogłyśmy zostać dłużej, bo obie szłyśmy do pracy, wzięłyśmy więc tylko szybko prysznic i wyszłyśmy. Następnym razem pójdziemy na dłużej w weekend i zostaniemy też na saunę :) W pracy szefowa powiedziała mi, że rozmawiała z szefem, który da mi znać, jak tylko coś będzie wiedział na temat mojego kontraktu. Ale w środę i czwartek szedł na urlop, więc spodziewam się, że dowiem się czegoś dopiero w przyszłym tygodniu. Wyszłam znów wcześniej z pracy, żeby pójść na pocztę i wysłałam wypowiedzenie mieszkania pod koniec czerwca. Wróciłam do domu i zabrałam się za przygotowania do lekcji polskiego. Głowa zaczęła mnie boleć, ale wzięłam proszek i jakoś przetrwałam lekcję. Po polskim poszłam tradycyjnie z Wanyu i Zico na drinka, a po drodze do domu weszłam do sklepu po mleko.

W środę wstałam o 9:30 i na 10:30 poszłam na lekcję do jednej z moich koleżanek ze studiów, żeby ją obserwować. Do 9 czerwca muszę uzupełnić mój folder, w którym m.in. muszą się znaleźć 4 obserwacje innych nauczycieli przeprowadzone przeze mnie i 8 obserwacji z moich lekcji przeprowadzonych przez moich wykładowców i mentorkę. Teraz brakuje mi już tylko ostatniej obserwacji od mojej mentorki. W pracy jeden kolega, któremu w piątek kończy się umowa zdenerwował się, że nikt z HR się z nim nie kontaktował i właściwie do ostatniego tygodnia nie było wiadomo, czy ją przedłużą, czy nie. Doczytał się gdzieś, że dział Personnel powinien był od pół roku prowadzić z nim rozmowy. Powiedziałam szefowej, że moja sytuacja jest podobna i że ze mną też się nikt nie kontaktował, więc zobaczę, co jemu uda się załatwić i najwyżej pójdę jego śladem :) Po pracy weszłam do sklepu po mleko i coś na obiad. Potem na 18:15 poszłam do kina na nastrojowy francuski film "35 rhums" (35 Shots of Rum) z Gregoirem Colinem. Wieczorem zadzwoniłam do domu i złożyłam mamie życzenia z okazji Dnia Matki.

  
Plakat do filmu Claire Denis
"35 rhums" i przystojny Gregoire Colin w jednej ze scen.

W czwartek pospałam wreszcie do 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. Okazało się, że policja aresztowała naszego 40-letniego studenta robiącego doktorat w kryminologii, podejrzanego o zamordowanie trzech prostytutek. Ostatnia z nich zniknęła w zeszły piątek, a policja znalazła części jej ciała w rzece w Saltaire. Teraz poszukują pozostałych w centrum miasta, gdzie doszło do morderstwa. Biuro medialne uniwerku wysłało maila do wszystkich, że nie wolno nam rozmawiać na ten temat z dziennikarzami, tylko mamy ich odsyłać do nich. A rano podobno byli już u nas reporterzy lokalnej gazety i BBC. Znów wyszłam wcześniej z pracy, żeby pójść na pocztę, ale jak podeszłam do bankomatu, żeby wyjąć pieniądze, nigdzie nie mogłam znaleźć mojej karty. Wróciłam więc do domu, myśląc, że może tam ją zostawiłam, a potem do pracy, gdzie znalazłam ją na biurku! Wyjęłam pieniądze i pojechałam do Leeds. Najpierw weszłam do biblioteki i
oddałam wszystkie zaległe książki, a potem na 18:30 poszłam do mojej pani shrink. Potem wróciłam do domu i poczytałam trochę więcej na temat tych zabójstw na BBC.

W piątek wstałam znów wcześniej i około 10:00 pojechałam do Inland Revenue, czyli tutejszego biura podatkowego, żeby im zawieść oba P60, zarówno z uniwerku jak i z college'u, który wreszcie doszedł do mnie pocztą. Powiedzieli mi, że w lipcu powinnam dostać zwrot podatku. Podałam im adres Jana i Sue, żeby mi tam odesłali papiery, bo od końca czerwca nie będę przecież miała adresu zamieszkania! Potem poszłam szybko na zakupy do Morrisona w centrum, ale ulepszają niby sklep i pozmieniali wszystko. Nie cierpię, kiedy mi to robią :) Wcześniej wiedziałam gdzie co jest, a teraz chodziłam w kółko i
wszystkiego szukałam! Wróciłam do domu na śniadanie, a potem weszłam po drodze do pracy do The Hub i im też podałam adres Jana i Sue, żeby mi do nich przysłali informacje o Graduation. W pracy było istne wariactwo, bo wieczorem była impreza na zakończenie roku akademickiego, a my sprzedawaliśmy na nią bilety! Mimo to udało mi się wydrukować i wypełnić formularz przewidywanych z góry wydatków na konferencję w Glasgow i wysłać go mojemu promotorowi pocztą wewnętrzną.

  
POTA, czyli Party on the Amp - coroczna impreza na zakończenie roku akademickiego.

Po pracy poszłam na chwilę do Amfiteatru, żeby zobaczyć Party on the Amp (od słowa Amphitheatre) ale nie zostałam długo. Pstryknęłam tylko parę zdjęć i wróciłam do domu na obiad, bo na 18:00 szłam do kina. Najpierw obejrzałam duńsko-angielską koprodukcję "Valhalla Rising" z
Madsem Mikkelsenem w roli głównej - bardzo nastrojowy i krwawy film, ale oczu nie mogłam oderwać od "jednookiego" Madsena :) Potem wróciłam na chwilę do domu, a na 20:25 poszłam na izraelski "Lebanon" (Liban). Film opowiadał o pierwszym dniu wojny w Libanie w 1982 roku z perspektywy czterech pancernych - młodych i niedoświadczonych żołnierzy zamkniętych w czołgu, z którego obserwują okropności wojny. Po filmie poszłam do Weatherspoon, gdzie dołączyłam do Conrada i Jeana, a potem doszedł do nasz jeszcze Victor. Wypiliśmy na spółkę cztery butelki różnego białego wina, bo w pubie trwał akurat "Festiwal Win". Wyszliśmy stamtąd po 1:00 w nocy i poszliśmy jeszcze na chwilę we czwórkę do pubu tuż koło mnie. W domu byłam po 3:00 i przed snem wysłałam jeszcze parę maili i SMSów :)

  
Jednooki Mads Mikkelsen w
"Valhalla Rising" oraz czołg czterech pancernych z "Libanu".

W sobotę obudziłam się z lekkim kacem po tych białych winach :) Wstałam z łóżka około 14:00 i na 15:00 pojechałam do fryzjerki, ale okazało się, że muszę poczekać ze 20 minut. Poszłam więc na przeciwko do sklepu Piknik i zajrzałam do Pierogarni porozmawiać chwilę z właścicielami. Wszystko jest na tej samej ulicy i robi się tam powoli polska dzielnica :) W końcu około 16:00 usiadłam na fotelu i fryzjerka zaproponowała mi zamiast koka loczki. Godzinę później wyszłam lżejsza o 20 funtów z loczkami, które w ogóle się nie trzymały na moich włosach i skorupą lakieru :) Podjechałam Free Busem do domu i wzięłam prysznic, starając się jednocześnie nie zamoczyć resztek loczków :) Zjadłam obiad, bo wszyscy mnie uprzedzali, że na angielskich weselach nie dają jeść, a potem wsiadłam w autobus i podjechałam na Interchange. Tam spotkałam się z Krystianem i poszliśmy do Victoria Hotel na wesele mojej znajomej z byłej pracy. Najpierw siedzieliśmy w barze prawie dwie godziny, czekając, aż w końcu zaproszono nas na dół do sali, w której był ciepły bufet, zespół na żywo, DJ i tańce do 1:00 w nocy :)

Wczoraj wstałam przed południem i usiadłam do komputera. Zadzwoniłam do domu, żeby im powiedzieć, że zarezerwowałam już samochód na naszą wyprawę do Szkocji i pokój na pierwsze trzy noce w Glasgow. Po 16:00 wyszłam z domu i poszłam do klubu 1in12, żeby podłączyć sprzęt i przygotować wszystko do pokazu filmu. Zapisałam się też i zostałam członkinią klubu, więc mają mi dać klucze i nie będę musiała co tydzień ściągać Toma na 16:00 :) Tym razem przyszło tylko sześć osób - Tom, para znajomych Polaków, moi uczniowie z college'u Barbara i Piotr oraz Sarah, którą od niedawna uczę prywatnie. O 17:00 puściłam im "Rewers", a po filmie podjechałam z Barbarą i Piotrem na curry do restauracji niedaleko ode mnie. W domu byłam po 20:30. Pod moimi oknami sąsiedzi znów zrobili sobie imprezkę, bo pogoda była ładna. Jeden spytał, czy to prawda, że się wyprowadzam! Ciekawe skąd wie! Znajomy podjechał jeszcze, żeby pożyczyć ode mnie parę filmów po polsku, a potem usiadłam do komputera, żeby napisać mój ostatni esej na zaliczenie, ale byłam zmęczona i zasnęłam około północy.

  
Pierwszy taniec na weselu oraz Anna Polony, Agata Buzek i Krystyna Janda w "Rewersie".

Dzisiaj jest Bank Holiday. Obudziłam się przed południem i zaczęłam uzupełniać tego bloga oraz odpisywać na zaległe maile. Potem zabrałam się za folder na mój kurs dla nauczycieli PCET i zdałam sobie sprawę, ile muszę w nim jeszcze dziur uzupełnić! Nie wspominając już o tym, że muszę też na przyszłą środę napisać ostatni esej. Nie zabrałam się jednak nawet za niego, bo zadzwoniła Majka z Manchesteru i przegadałyśmy z godzinę. Około 16:00 wstałam, ubrałam się, zjadłam obiad i trochę posprzątałam, bo na 17:00 byłam umówiona z Sarah na kolejna po przerwie lekcję polskiego. Jak wyszła poszłam do sklepu po mleko na śniadanie i coś na kolację. A potem usiadłam znów do tego folderu i zaczęłam uzupełniać brakujące rzeczy. Coś czarno to widzę, bo w tygodniu jestem zajęta, a w weekend nic mi się już nie chce i na nic nie mam siły. Zresztą tak naprawdę będę miała tylko sobotę wolną, bo w niedzielę robię pokaz "Rejsu" w 1in12. Najgorsze, że tak trudno zawsze mi się zmusić do pisania, a potem siedzę na ostatnią chwilę po nocy. Nie mogę się już doczekać kiedy to się wszystko skończy!
niedziela, 23 maja 2010
Klub Filmowy

476.

W poniedziałek
o 10:30 rano przyszła Sarah na kolejną lekcję polskiego. Bardzo jestem zadowolona z tego nagłego przypływu gotówki, szczególnie, że jak na razie nie kosztuje mnie to zbyt wiele wysiłku. Korzystam po prostu z materiałów, z których i tak uczę w college'u. I nawet fakt, że muszę wstawać rano o 9:30 mi nie przeszkadza, bo pogoda sprzyja wcześniejszemu wstawaniu. Na 11:30 poszłam do pracy, a po pracy wróciłam do domu na obiad i zabrałam się za przygotowania do lekcji polskiego. Poszłam wcześniej do college'u, żeby skserować pomoce naukowe. W czasie lekcji potwierdziłam, że pokażę w niedzielę o 17:00 "Nie lubię poniedziałku" w Balandze, a potem pójdziemy ze studentami do Pierogarni.

We wtorek rano mogłabym dłużej pospać, ale obudziło mnie piękne słońce. Robi się coraz ładniej i coraz cieplej. Do pracy poszłam znów na 11:30, a potem prosto do domu na obiad. O 19:00 miałam kolejną lekcję polskiego, a po lekcji poszłam z Wanyu na jednego drinka do Weatherspoon, a potem do sklepu po mleko. Nie siedziałyśmy tym razem długo, bo obie byłyśmy zmęczone, a ja w ogóle nie mam ostatnio humoru. Poskarżyłam się jej na Matta, ale nie powiedziałam, że to ja zaproponowałam spacer :) Pochwaliła mnie, że tak świetnie sobie z tym radzę. Cóż, chyba jednak nie aż tak dobrze, skoro wyłączyłam komórkę i zaczęłam używać innego numeru :) Potem wróciłam do domu i poszłam spać.

W środę rano o 10:30 znów przyszła Sarah, a potem poszłam znów na 11:30 do pracy. Z pracy wróciłam po 15:00 do domu, zjadłam szybko zupę i poszłam na ostatnie zajęcia na moim kursie dla nauczycieli PCET. Okazało się, że nie zaliczyłam mojego ostatniego eseju i muszę go poprawić. Facet bardzo nisko wszystkich ocenił, bo nawet osoby, które inne eseje zaliczały na 70 - 80 punktów, teraz zdawały z 42 lub 45. Mi obniżyli ocenę za błędy językowe, bo jak się okazało Spell check mi nie zadziałał. Po zajęciach poszłam prosto do sklepu po mleko, a potem do domu. Przed snem poczytałam książkę, którą mi pożyczyła Severine, o przygodach Anglika w Paryżu - "A Year in the Merde" (Merde! Rok w Paryżu) Stephena Clarke'a.

W czwartek o 10:30 rano byłam umówiona na spotkanie z szefem z college'u. Zaproponował mi 4 klasy polskiego w przyszłym roku, a także francuski, jeśli byłabym zainteresowana. Powiedziałam mu, że mam nadzieję, iż do końca roku wyprowadzę się z Bratfoot, więc żeby za bardzo na mnie nie liczył. Potem złożyłam "mitigating circumstances", czyli innymi słowy podanie o "okoliczności łagodzące", w którym tłumaczę, że zawaliłam ten esej, bo miałam wypadek :) Mam zaświadczenie od lekarza, że nie mogłam chodzić na zajęcia, więc może mi uznają i jak poprawię ten esej, to mi go zaliczą :) Parę lat pracy na uniwerku i w college'u czegoś mnie nauczyło - trzeba znać system, żeby móc go wykorzystywać :) 

Pogoda była letnia! Do pracy dotarłam dopiero na 12:00 i od razu poszłam oglądać nasz nowy budynek, do którego mamy się przeprowadzić pod koniec sierpnia (ale myślę, że będzie to raczej wrzesień :) Potem wyszłam trochę wcześniej z pracy i poszłam na pocztę wysłać list do agencji wynajmu, powiadamiający ich, że moja lodówka od 2 tygodni nie działa. Potem weszłam do sklepu po mleko. Jak wróciłam do domu okazało się, że z Balangi nici, więc zarezerwowałam 1in12. Potem obejrzałam "The Road" (Droga), który średnio mi się podobał. Nie lubię takich makabrycznych filmów, choć są wyjątki (np. "28 dni później" :) Przed snem poprawiłam więc sobie "smak" oglądając dużo lepszy "The Informant" (Intrygant).

  
Viggo Mortensen (z synem :) w "The Road" oraz Matt Damon (z żoną :) w "The Informant".

W piątek nadal było gorąco. Poszłam do pracy na 11:30 i udało mi się w końcu doprosić Chrisa, żeby zrzucił zdjęcia z naszej wczorajszej wycieczki do budynku obok, bo sama zapomniałam komórki i on jako jedyny cykał, a wyglądaliśmy dość zabawnie w specjalnych butach, kamizelkach i kaskach :) Po pracy wróciłam do domu i zdrzemnęłam się, mimo, że sąsiedzi znów urządzili sobie imprezkę pod moimi oknem. Jak Cyganie, brakowało tylko kur i kóz :) Na 20:20 poszłam do kina na świetny film "American: The Bill Hicks Story" o kontrowersyjnym amerykańskim komiku, Po filmie weszłam do sklepu, a w drodze powrotnej zerwałam sobie gałązkę bzu i teraz mi ładnie pachnie w mieszkaniu :) Wróciłam do domu po 22:30, a imprezka pod oknem nadal  trwała! :)

  
Stan budynku, do którego mamy się przeprowadzić w sierpniu oraz młody Bill Hicks.

Wczoraj słońce obudziło mnie przed 10:00 rano. Już trzeci dzień jest letnia pogoda. O 13:00 wyszłam z domu i pojechałam do sklepu. Potem spotkałam znajomych Polaków i z dwójką z nich poszłam do klubu 1in12. Miałam ze sobą mojego laptopa, żeby sprawdzić czy  bez problemów uda się nazajutrz puścić film, ale zapomniałam kabla i laptop mi się wyłączył! Pojechałam więc do domu po kabel i zjadłam zupę, a potem weszłam znów do sklepu i w końcu wróciłam do 1in12. Wszystko działało jak trzeba. Pod klubem porozmawiałam trochę z Martinem, który miał tam wieczorem koncert. Severine z nim nie przyjechała, więc pogadałam z nią przez telefon. Pod ratuszem trwał festyn LGB (Lesbian-Gay-Bisexual) Pride. Wróciłam do domu i usiadłam do komputera, a przed snem zadzwoniłam do Polski. Potem przeczytałam do końca "A Year in the Merde" i w końcu o 3:00 poszłam spać.


  
Festyn Pride LGB (lesbijsko-gejowsko-biseksualny) pod ratuszem oraz wejście do klubu 1in12.

Dzisiaj rano obudziła mnie muzyczka "umpa umpa" z dołu z takimi basami, że łóżko mi się ruszało! :) Próbowałam spać dalej, ale wtedy dzieciak na górze zaczął znów biegać jak zwykle tam i z powrotem. Pewnie ma jakieś ADHD :) Połowa domu to Polacy. Zaczęłam się cieszyć na myśl, że za miesiąc się wyprowadzam :) Wstałam i postanowiłam sprawdzić ich wytrzymałość na decybele puszczając na cały regulator stare płyty REM. Potem poszłam zrobić pranie. Wracając spotkałam dwóch Polaków i pewnie mamę jednego z nich pod drzwiami. Z mojego okna na cały regulator waliło REM, a z ich samochodu pod moim oknem jakieś radio z "umpa umpa". Wymieniliśmy grzeczności typu "dzień dobry" i tyle :) Potem jeden sąsiad zaczął drugiemu przycinać włosy, podczas gdy ten przeglądał się w lusterku swojego samochodu i dawał mu wskazówki. Mam wrażenie, że ten samochód jest dla niego wszystkim!

Na 13:40 poszłam do Muzeum na niesamowity film "Double Take" (Dubel) o Alfredzie Hitchcocku, jego sobowtórze, Zimnej Wojnie i o tym, że życie pisze ciekawsze scenariusze niż filmowcy. Gorąco polecam! Po filmie wróciłam do domu, spakowałam laptopa do plecaka i poszłam do 1in12. Tom już tam był. Podłączyliśmy wszystko, po czym poszłam do Balangi i przyprowadziłam paru moich studentów. W sumie "Nie lubię poniedziałku" obejrzało 12 osób, a do Pierogarni dotarło jeszcze więcej i w końcu było nas 18. Wyszłam z Pierogarni po 21:00 z Janem i Sue, którzy chcieli mnie odwieźć, ale akurat przejeżdżał Shaz, więc on mnie podrzucił i poszliśmy jeszcze na drinka do baru obok mojego domu, w którym byłam do tej pory z raz, a mieszkam tu już prawie 5 lat! Ogólnie bardzo udany wieczór :)

  
Sobowtór Hitchcocka Ron Burrage w "Double Take" i Bogdan Łazuka w "Nie lubię poniedziałku".
niedziela, 16 maja 2010
Ech, głupia ty...

475.

W środę rano Sarah przyszła o 10:00 na pierwszą godzinną lekcję polskiego, w czasie której przerobiłyśmy alfabet i podstawowe zwroty. Potem przez telefon porozmawiałam z właścicielem Balangi i ustaliliśmy, że w przyszła niedzielę pokażemy pierwszy film w ramach klubu filmowego prezentującego polskie
komedie kultowe. Mamy zacząć od "Rewersu", ale pomyślałam, że najpierw sama muszę go obejrzeć i sprawdzić, czy się nadaje. Później poszłam na 12:00 do pracy, a po pracy wróciłam do domu i chciałam iść na 18:00 do kina na "Four Lions", ale dostałam maila od Jana z poprawioną magisterką, więc zostałam w domu i zabrałam się za poprawki. Około 19:00 zasnęłam jednak nad komputerem i obudziłam się dopiero o 23:00. Zabrałam się za dalsze poprawianie, aż wreszcie około 2:00 w nocy stwierdziłam, że lepiej już nie będzie :) Wysłałam więc "ostateczną" wersję moje magisterki do druku, żeby zabrali się za nią od razu, jak przyjdą do pracy :) A potem poszłam wreszcie spać :)

W czwartek rano sprawdziłam maile, a tam napisali mi z drukarni, że zaczną drukować, jak przeleje pieniądze telefonicznie.
Wysłałam im mailem naprawdę ostateczną wersję pracy, do której dołączyłam jeszcze stronę z podziękowaniami, ale nie zdążyłam zadzwonić, bo Sarah przyszła o 10:30 z książką, z której zaczęłyśmy tłumaczyć fragment potrzebny do jej pracy doktorskiej. Po drodze do pracy zapłaciłam 105 funtów za obronę, a potem u nas w pracowniczej kuchni zjadłam śniadanie, bo lodówka nadal mi nie działa. Potem zadzwoniłam do drukarni i przelałam im przez telefon ponad 50 funtów. Razem kosztowało mnie to już prawie 160 funtów! :) Ben poszedł wcześniej do domu, a ja prosto po pracy weszłam do sklepu, a potem na 19:00 pojechałam do Queensbury, żeby obserwować jak Patricia ode mnie z kursu uczy francuskiego. W domu byłam po 20:00 i przed snem nareszcie obejrzałam "Rewers". Był bardzo dobry, ale okazał się mniej zabawny niż myślałam, więc chyba go nie pokażę za tydzień.

W piątek wstałam o 10:00, bo obiecałam szefowej, ze przyjdę na 11:00 na zebranie. Kiedy dotarłam tuż przed 11:00 do sali, okazało się, że nikogo tam nie ma. Reszta doszła dopiero parę minut po 11:00. Potem w pracowniczej kuchni był wspólny lunch, na który każdy miał coś przynieść. Nie miałam na to czasu, ani głowy, poprosiłam więc dziewczynę z pracy, żeby kupiła jakieś sałatki, jak będzie w sklepie, a ja oddam jej pieniądze. Wzięłam ode mnie całe 5 funtów i myślę, że przepłaciłam :) Ponieważ przyszłam wcześniej do pracy, szefowa zaproponowała, żebym też wcześniej wyszła, ale powiedziałam, że wolę wyjść w trakcie i coś załatwić. Zniknęłam więc po 15:00 i poszłam do drukarni, skąd odebrałam cztery kopie mojej magisterki. Zrobiłam im zdjęcie, po czym trzy z nich od razu złożyłam w sekretariacie. Z czwartą wróciłam szybko do domu, a potem trochę spóźniona do roboty. Po pracy pojechałam do sklepu, gdzie spotkałam znajomą, a potem wróciłam do domu i porozmawiałam z Victorem przez telefon.

W międzyczasie obejrzałam "Nie lubię poniedziałku" na Youtubie i od niego postanowiłam rozpocząć nasz przegląd polskich komedii kultowych, a dopiero potem pokazać "Rewers". Po 20:00 poszłam na Interchange i po drodze spotkałam Angelo z firmy, w której pracowałam w wakacje dwa lata temu. Później spotkałam się z  Krystianem i Shazem i poszliśmy do chińskiej restauracji Kongo, a potem do Weatherspoon na drinka, żeby uczcić mój pierwszy od dłuższego czasu wolny weekend :) Myślałam, że pójdziemy może potańczyć, ale panowie szybko zmyli się do domu, a nikt inny się do mnie nie odezwał. Wróciłam więc trochę zawiedziona i smutna do domu i postanowiłam, że nazajutrz odezwę się do Matta, bo wreszcie jestem wolna i miałam ochotę z kimś świętować fakt, że nareszcie oddałam tą przeklętą pracę! :) Teraz czeka mnie jeszcze
tylko jej obrona w czwartek trzeciego czerwca, czyli jak się okazało w Boże Ciało :) Przed snem porozmawiałam jeszcze z Beatką na Facebooku.

  
Marcin Dorociński i Agata Buzek w "Rewersie" oraz kadr z filmu "Nie lubię poniedziałku".

W sobotę obudziłam się przed południem i wysyłam do Matta SMSa, proponując żebyśmy poszli na spacer. Odpisał, że jest w kościele i że odezwie się do mnie później. Usiadłam więc do komputera i próbowałam dodzwonić się do rodziny, ale nikt nie odbierał. W końcu postanowiłam pojechać do banku. Potem wróciłam do domu i dodzwoniłam się wreszcie do domu. Matt też w końcu odpisał i zaproponował, że wpadnie do mnie wieczorem z winem i filmem na DVD. Odpisałam, że wolę iść na drinka i porozmawiać, bo mam do niego parę pytań. Odpowiedział że nie ma dziś ochoty na przesłuchanie, więc żebyśmy dali sobie z tym dzisiaj spokój. A ja głupia na to, żeby się do mnie odezwał, jak będzie gotów do rozmowy. Nie wierzę, że mogłam być taka naiwna, żeby myśleć, że się zmienił! Cały dzień znów miałam przez niego rozbity. Na 20:30 poszłam więc wreszcie do kina na komedię
"Four Lions", ale nie miałam za bardzo nastroju do śmiechu, choć film był bardzo dobry.

  
Cztery kopie mojej magisterki (teraz mi została tylko jedna :) i zdjęcie z filmu "Four Lions".

Wczoraj w nocy, czyli właściwie już dzisiaj,
obejrzałam przed snem najnowszy film Jean-Pierre Jeauneta "Micmacs a tire-larigot" (Człowiek z kulą w głowie), a potem poszłam spać. Od wczoraj mam wyłączoną komórkę, bo dość miałam czekania na to, że może ktoś się odezwie. Poza tym wkurzyłam się na moich znajomych i nie mam ochoty z nikim rozmawiać. W ten weekend miałam wreszcie zabalować, a okazał się gorszy niż wszystkie do tej pory. Postanowiłam więc, że przynajmniej porządnie odpocznę, więc dzisiaj cały dzień spędziłam w łóżku, czasem przysypiając. Po południu obejrzałam bardzo dobry, niepokojący film Martina Scorsese "Shutter Island" (Wyspa tajemnic), a potem zadzwoniłam do Pierogarni, żeby potwierdzić, że przyjdę w przyszłą niedzielę ze studentami na pierogi. Później zabrałam się za przeglądanie papierów, przygotowania do polskiego i uzupełnianie mojego folderu z kursu PCET, za który również będę oceniana. Muszę napisać jeszcze tylko jeden esej i te studia też już skończę!

  
Danny Boon i Julie Ferrier w "Micmacs" oraz świetny Leonardo DiCaprio w "Shutter Island".
wtorek, 11 maja 2010
Szach Matt :)

474.

W piątek poszłam na 11:30 do pracy i już od rana Ben mnie wkurzał jakimiś głupimi tekstami. Zapoznałam się z wynikami wyborów w Wielkiej Brytanii i zmartwił mnie trochę fakt, że wygrali konserwatyści. Nasza sytuacja tutaj może się pogorszyć. Mam tylko nadzieję, że uda mi się otrzymać obywatelstwo, zanim zmienią zasady, a wtedy nic nie będą mogli mi zrobić :) Przed 17:00 szefowa powiedziała, że nic się nie dzieje, więc możemy wyjść wcześniej i poszła. A Ben stwierdził, że ja muszę zostać, bo ktoś miał przyjść coś odebrać, i znowu mnie zdenerwował. Strasznie się chłopak rządzi, a przecież jest tam tylko na stażu. Na szczęście w połowie lipca odchodzi! :) Po pracy weszłam na chwilę do Language Centre po instrukcje, które miały mi pomóc poprawić moją pracę magisterską. Zostawiła je dla mnie babka, która wcześniej mi pomagała w korekcie. Stamtąd poszłam prosto do Alhambry i kupiłam bilet na wieczorne przedstawienie grupy baletowej Companhia de Danca Deborah Colker z Rio de Janeiro. Spotkałam Hatema, chłopaka Susany, który tam pracuje. Potem podjechałam do Morissona na małe zakupy. Lodówka nadal mi nie działa, więc nie mogłam kupić zbyt wielu rzeczy na zapas.

Po wyjściu ze sklepu weszłam prosto na Matta! Porozmawialiśmy chwilę, ale czułam się dość dziwnie widząc go tak nagle po pół roku. Ucięłam nasza pogawędkę mówiąc, że idę wieczorem do teatru i nie mam zbyt wiele czasu. Wsiadłam w autobus i zadzwoniłam do Wanyu, żeby jej opowiedzieć o tym niespodziewanym spotkaniu. W domu zjadłam obiad i porozmawiałam przez telefon z Krystianem, a na 20:00 poszłam do teatru. Balet był zatytułowany "Cruel" i bardzo mi się podobał. Zaczął się niepozornie, ale od momentu pojawienia się na scenie stołu, a potem pięciu noży, było coraz ciekawiej :) Najbardziej podobały mi się niesamowite rozwiązania scenograficzne, ale także choreografia. Po przedstawieniu zostałam więc na krótkie spotkanie z członkami zespołu. Potem wróciłam do domu, żeby zabrać dres do spania i poszłam do znajomych Polaków, bo obiecałam im, że zostanę u nich na noc i popilnuję dwójki dzieci :) Starsza dziewczynka obejrzała bajkę i poszła grzecznie spać po północy, ale jej zaledwie roczny brat dwa razy się budził i płakał - raz przed 3:00, a drugi raz przed 6:00 nad ranem :) Musiałam więc go usypiać i sama za bardzo się nie wyspałam :)


Spektakl "Cruel" w wykonaniu zespołu Companhia de Danca Deborah Colker z Rio de Janeiro.

Kiedy ich rodzice wrócili w sobotę nad ranem, zebrałam się i poszłam do domu, gdzie położyłam się jeszcze do łóżka na jakieś 50 minut :) W sumie spałam może z jakieś 6 godzin z przerwami, ale o 9:00 musiałam już wstać, bo na 10:00 szłam na trzygodzinny kurs do college'u :) Ledwo wytrzymałam te trzy godziny :) Na szczęście zapłacą mi za to, więc miałam dodatkową motywację :) Po kursie wróciłam do domu, ogarnęłam trochę mieszkanie i zmyłam naczynia, bo przychodził do mnie Krystian, żeby pomóc mi trochę posprzątać. Potem wyszłam z domu i poszłam do Tesco, żeby kupić kartkę urodzinową dla Vanessy oraz coś w rodzaju kuponu zamiast prezentu, żeby sama sobie coś kupiła. Po drodze spotkałam znów Matta na ulicy! Tym razem roześmiałam się na jego widok i pomyślałam, że to chyba jakiś znak, że mam się jednak z nim spotkać. Kiedy więc pod koniec naszej krótkiej pogawędki zapytał kiedy mam czas, powiedziałam, że dam mu znać, jak będę wolna, bo na razie mam urwanie głowy. Ale najpierw muszę oddać wreszcie moją pracę magisterską i dopiero wtedy będę mogła myśleć o czymś innym! :)

Wsiadłam w autobus i pojechałam do Saltaire na Dzień Tańca, ale spóźniłam się na pierwszy warsztat z flamenco, więc odpuściłam i zamiast tego spotkałam się z Davidem, Janem i Sue w pobliskim pubie i razem poszliśmy do Vanessy, która kupiła dom w Saltaire i jeszcze go nie wyremontowała. Warunki były dość pionierskie, a impreza dość drętwa :) Z ulgą wyrwałam się więc i na 17:00 poszłam na warsztat z tańca w stylu Bollywood. Ćwiczyliśmy układ do jednej z piosenek z filmu "Czasem słońce, czasem deszcz", który mam w domu, więc będę mogła sobie poćwiczyć :) Po półtorej godzinie zajęć wróciłam do Vanessy
na pierogi i porozmawiałam trochę z Sue, która powiedziała, że mam im przysłać moją pracę magisterską, to ją z Janem przeczytają i poprawią. Stwierdziła też, że musimy zorganizować u nich jakąś imprezę zanim wyjadę w lipcu :) Po 20:00 wyszłam i poszłam na imprezę do Victoria Hall, gdzie spotkałam się z Krystianem i Piotrkiem. Później doszli do nas również Rachel, David, Vanessa i jej goście. Wyszłam po 23:00, żeby zdążyć jeszcze na autobus i przed północą byłam już w domu, zupełnie jak Kopciuszek :)

  
Dzień Tańca w Saltaire - sala z muzyką klezmerską i para próbująca zatańczyć salsę :)

W niedziela pospałam trochę dłużej i obudziłam się dopiero około południa. Zabrałam się od razu za poprawianie mojej pracy magisterskiej. Zmieniłam trochę jej układ, parę rzeczy wyrzuciłam, bo i tak miałam dużo stron i znaków, a parę innych dopisałam. Skorzystałam przy tym z jeszcze paru nowych książek. Starałam się zmniejszyć ilość opisów, a zwiększyć ilość analiz. Wkrótce się przekonam, czy mi się udało :) Nie zadzwoniłam nawet do rodziny, tylko prawie cały dzień spędziłam przy komputerze. Oderwałam się od niego tylko, żeby coś zjeść i umyć lodówkę. Potem ją włączyłam, modląc się w duchu, żeby zaczęła znów działać, ale mimo, że światło działa, a lodówka wydaje różne dźwięki, niestety nadal grzeje, zamiast chłodzić. Jak już skończyłam
poprawiać 65 stron moich wypocin, wysłałam wszystko do Jana około 1:30  w nocy i poszłam spać.

W poniedziałek wstałam trochę wcześniej i poszłam do biblioteki uniwersyteckiej po parę książek. Chciałam sprawdzić, czy mam poprawne numery stron, kiedy cytuję poszczególnych autorów. Może nikt tego nie sprawdzi, ale staram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby ta praca prezentowała się jak najlepiej. Na 12:00 poszłam do pracy i dowiedziałam się z maila, że w środę jest strajk wykładowców, więc nie będę miała zajęć nauczycielskich. Postanowiłam więc iść w tym czasie do kina na brytyjską komedię "Four Lions", którą zachwalała mi Rachel :) Nie udało mi się jej zobaczyć w czasie festiwalu, bo był to jedyny pokaz, który został błyskawicznie wyprzedany :) Po pracy poszłam do domu i napisałam plan lekcji, bo wieczorem
moja mentorka przyszła mnie obserwować. Po lekcji weszłam na chwilę do sklepu po małe mleko, bo większe zaraz by mi się popsuło, a potem usiadłam do Internetu i znów poszłam spać dopiero około 2:00 w nocy.

  
Scena z filmu Chrisa Morrisa "Four Lions" i niezapomniany aktor Maciej Kozłowski.

Dzisiaj wstałam o 9:30, ale i tak się spóźniłam na 10:30 na spotkanie w Atrium ze studentką, która chce się uczyć polskiego. Skontaktowała się ze mną w zeszły tygodniu pisząc na mojego maila z college'u, więc domyślam się, że ma na mnie namiary od mojego szefa. Po bardzo miłej pogawędce z nią, umówiłyśmy się od razu na jutro rano i czwartek rano na lekcje. Postanowiłyśmy spotykać się dwa razy w tygodniu na godzinkę i na pierwszej lekcji uczyć się podstawowych zwrotów "survivalowych" :) A w trakcie drugiej będziemy czytać i tłumaczyć materiały po polsku potrzebne do jej pracy doktoranckiej. Potem poszłam na 12:00 do pracy i od razu do Counselling na kolejną sesję. Później przeczytałam w necie wiadomość, że zmarł aktor Maciej Kozłowski i przypomniałam sobie wywiad, jaki przeprowadziłam z nim parę lat temu w czasie festiwalu w Kazimierzu Dolnym. Bardzo go lubiłam i świetnie się nam rozmawiało. Szkoda...

Przed końcem pracy poszłam na masaż szyi, który za darmo zapewnił nam uniwerek i wyszłam dziś pół godziny wcześniej, żeby po drodze wejść na pocztę. W domu byłam więc przed 17:00. Zdrzemnęłam się trochę, a potem przygotowałam szybko coś na lekcję polskiego, jak zwykle na ostatnią chwilę i spóźniona wpadłam na polski, bo po drodze musiałam jeszcze wejść do biblioteki, żeby to wydrukować.
Wanyu powiedziała, że jest zbyt zmęczona, żeby iść po lekcji na drinka, odwołałam więc Radka, który chciał do nas dołączyć. Zamiast tego poszłyśmy tylko z Wanyu po lekcji do sklepu, a potem wróciłam do domu i usiadłam do aktualizowania bloga :) No i zabrałam się za ostatnie poprawki w mojej pracy magisterskiej, bo dziś dostałam wreszcie wiadomość, że mogę ją złożyć i że mój egzamin końcowy odbędzie się w czwartek trzeciego czerwca. Nareszcie będę miała to z głowy i będę mogła odpocząć i się zrelaksować! :) Nie mogę się już doczekać, kiedy będzie po wszystkim :)
czwartek, 06 maja 2010
Po trupach...

473.

W piątek poszłam do pracy na 11:30 i przeżyłam jakoś te 5 godzin. Prosto po pracy pojechałam do sklepu po jedzenie i o 18:00 byłam już z powrotem w domu. Sprawdziłam maile i przeczytałam wiadomości z Polski, a potem obejrzałam na Youtubie piosenkę"Po trupach do celu" Wojewódzkiego i Figurskiego. Nie byłam oburzona, wręcz przeciwnie - nie mogłam przestać w kółko jej słuchać. Nie uważam, że panowie przesadzili - przesadą jest raczej to, co się w tej chwili dzieje w Polsce. Gdyby bohater tej piosenki powiedział, że propozycja pochowania jego brata na Wawelu jest wielkim zaszczytem, ale
odmówiłby, miałabym dla niego wiele szacunku. I pewnie nie tylko ja. Podobnie by było, gdyby nie zdecydował się kandydować na prezydenta - choć tu pewnie w jakimś sensie jest zmuszony przez swoją partię, która zdaje sobie sprawę, że komuś innemu trudniej by było zebrać 100 tysięcy podpisów. Niestety, wydarzenia potoczyły się inaczej, a fakt, że nigdy nie miał poczucia humoru na swój temat sprawiły, że stał się częstym obiektem żartów. Ale ta piosenka wydaje mi się nie tylko zabawna, ale i bardzo ważna. Wieczorem poszłam do Weatherspoon i spotkałam się z Conradem, któremu wręczyłam wreszcie jego prezent urodzinowy!

W sobotę wstałam w południe i na 13:00 poszłam do Sport Centre, żeby pomóc przy Turnieju Koszykówki. Zgodziłam się pracować w weekend, bo miałam za to potem dostać dwa dni wolnego i darmowy obiad wieczorem :) Siedziałam więc przez sześć godzin przy wejściu i odpowiadałam na pytania zawodników i zawodniczek :) Przyjechało ponad 30 drużyn z różnych angielskich uniwerków. Miałam pracować tylko do 18:00, ale w końcu wyszłam o 19:00. Nie miałam nic przeciwko temu, żeby posiedzieć godzinkę dłużej, bo potrzebne mi parę wolnych dni. Dlatego też zgodziłam się pracować również w niedzielę, choć początkowo zaplanowałam, że będę wtedy poprawiać moją pracę magisterską. Po wyjściu
poszłam do biblioteki po parę książek, a potem wróciłam na chwilę do domu, żeby je zostawić, przebrać się i na 20:00 szłam już do restauracji Amam na curry. Niestety, było trochę za ostre jak na mnie. Po posiłku znajomi z pracy podwieźli mnie do centrum, ale zamiast iść z nimi na drinka wróciłam do domu i zabrałam się za poprawianie mojej pracy. Szybko jednak wymiękłam i poszłam spać.

  
Ścianka do wspinania w Sport Centre koło której siedziałam dwa dni i jeden z meczów koszykówki.


W niedzielę znów poszłam więc do Sport Centre na 13:00 i tym razem poszłam przynajmniej popatrzeć chwilę jak grają, szczególnie, że nie miałam już siły siedzieć z szefową, z którą nie miałam o czym rozmawiać. Kiedyś nałogowo oglądałam NBA, ale niestety uniwersyteckim drużynom daleko było do tego poziomu. Tym razem jednak puściła mnie do domu o 18:00 i powiedziała, że jak wrócę na 19:15, to mogę z nimi podjechać do Chino Tai, gdzie tym razem szliśmy na chińszczyznę. Wróciłam więc do domu, przebrałam się i zjadłam kromkę chleba, bo byłam już bardzo głodna. A potem wróciłam do nich i podjechaliśmy jeszcze z paroma osobami do restauracji. Tym razem jedzenie o wiele bardziej mi smakowało i nawet poszłam trzy razy po dokładkę :) Po kolacji podwieźli mnie znów na teren kampusu, skąd Severine i jej chłopak Martin, którzy przyjechali na weekend do Bratfoot, zabrali mnie na urodziny do znajomego Polaka. Niestety, nie mogłam długo posiedzieć. Wypiłam tylko jedno piwo i po 23:00 wróciłam już domu, żeby popracować nad moją pracą magisterską. Przed snem obejrzałam jeszcze dwa odcinki Simpsonów, żeby przestać o niej myśleć i móc zasnąć :)

W poniedziałek było święto, tzn. Bank Holiday, więc miałam przynajmniej cały dzień na to, żeby popracować nad moim dziełem :) Dodałam jeszcze parę cytatów i dobiłam do 25 tysięcy znaków i 65 stron, choć wystarczy 20 tysięcy i jakieś 60 stron. Po południu zadzwoniłam do domu, bo po raz pierwszy od dłuższego czasu tak się złożyło, że tutejszy długi weekend pokrył się z tym w Polsce, gdzie zawsze wolny jest trzeci maja, a tutaj pierwszy poniedziałek tego miesiąca :) Ale nie rozmawiałyśmy długo, bo miałam przed sobą jeszcze dużo pracy, obiecałam więc, że zadzwonię na dłużej w przyszły weekend. Potem zadzwonił do mnie Jan i zapytał, czy chcę się wybrać z nim, Sue i jeszcze jednym znajomym do Balangi na Polski Festiwal, który zaczął się w sobotę. Musiałam niestety odmówić, ale potem okazało się, że nie mam czego żałować, bo właściwie nic się nie działo i nie było prawie ludzi. Jan powiedział mi potem, że jego zdaniem organizacja tego tygodnia zostawia wiele do życzenia. Cały dzień upłynął mi na poprawianiu pracy - dopisywaniu nowych rzeczy, a potem wyrzucaniu tego, co zdaniem mojego promotora było zbędna. Zbiłam 25 do 23 tysięcy znaków i 60 stron. Zanim poszłam wreszcie spać, minęła 3 rano.

We wtorek spóźniłam się parę minut do pracy, bo rano się okazało, że lodówka mi się rozmroziła. Od jakiegoś czasu wydawała dziwne dźwięki, więc ją parę razy na chwilę wyłączyłam, bo nie mogłam się skupić na pisaniu. Ale nadal głośno pracowała, tyle że zamiast chłodzić zaczęła grzać! Musiałam wyrzucić jogurt, serek homogenizowany i mleko, a zamiast płatków muesli na śniadanie musiałam zjeść kanapki. Jak myłam zęby,
zadzwonił właściciel Balangi, żeby zaprosić mnie na wieczorną imprezę. Dotarłam wreszcie do pracy, a już na 12:00 szłam na sesję w counselling. Po pracy wróciłam tylko na chwilę do domu, żeby coś zjeść i na 18:30 biegłam już do college'u, żeby spotkać się z jedną z moich uczennic, która uczyła kiedyś angielskiego i pożyczyła mi parę książek o nauce języka obcego. Po lekcji zamiast pójść jak zwykle na drinka z Wanyu, poszłam do Balangi na "imprezę zamkniętą". Nie znałam tam nikogo poza szefem, więc czułam się dość dziwnie, ale szybko zaczęłam rozmawiać z pracownikiem councilu i dziewczyną, która na tą imprezę upiekła niesamowite ciasta i tort. Po 23:00 byłam już w domu.

  
Tort zrobiony z okazji Polskiego Tygodnia w Balandze oraz Michał Figurski i Kuba Wojewódzki.

W środę obudziłam się rano i wstałam zanim zadzwonił alarm. Postanowiłam wyjść z domu i pozałatwiać parę spraw. Jak czekałam na autobus zadzwonił znajomy Polak, który pracuje w lokalnym radiu i umówiliśmy się, że o 11:00 powiem parę słów na antenie o Polskim Tygodniu. Najpierw poszłam jednak do banku, bo dostałam ostatnio dwa czeki - jeden z ubezpieczenia i drugi z councilu. Pieniądze z pierwszego będę musiała oddać Krystianowi, bo to on płacił za leczenie, ale reszta to zwrot za council tax. Potem weszłam do polskiego sklepu znajomych, bo powiedzieli, że go zamykają i wyprzedawali taniej towar. Później poszłam do radia BCB i dosłownie przez 5 minut byłam na antenie :) Podjechałam na 11:30 do pracy, z której wyszłam już o 15:00. Niestety, sprawdzanie w Language Centre zostało odwołane, więc poszłam do domu zjeść obiad, a potem na 16:00 poszłam na zajęcia PCET. Miałam krótką prezentację, która wydaje mi się przebiegła dosyć sprawnie :) I o 20:00 byłam już w domu. Porozmawiałam z Janem przez telefon o tym, jak fatalnie zorganizowany jest ten Polski Tydzień, a potem obejrzałam ostatnie odcinki trzeciego sezonu Simpsonów i poszłam spać.

Dzisiaj wstałam znów wcześniej, bo Krystian miał przyjść zanim wyjdę do pracy i naprawić mi lodówkę :) Ale zadzwonił, że nie przyjdzie, bo dostał pracę z agencji na 3 tygodnie! Rano znów musiałam wyrzucić jedzenie - między innymi popsute mleko i pasztecik pełen mrówek! Resztę rzeczy, które powinny być schłodzone zabrałam ze sobą do pracy i wprowadziłam się do tamtejszej lodówki :) Jak byłam w pracy, zadzwonił znów znajomy Polak z radia i spytał, czy popilnuje ich dzieci w piątek w nocy :) Zgodziłam się, bo powinny teoretycznie przespać ten czas, a ja będę po prostu na wszelki wypadek w domu :) Kiedyś pracowałam jako "au pair" albo "baby sitter" i wtedy już doszłam do wniosku, że mogę się zajmować cudzymi dziećmi, na krótko i za pieniądze, ale własnymi, non stop i za darmo, to ja dziękuję :) Po pracy wróciłam do domu i zjadłam obiad, a potem poszłam zagłosować na Zielonych w wyborach lokalnych. Później poszłam do Balangi, gdzie o 18:30 mieli pokazać "Katyń", a około 21:15 "Szczęśliwego Nowego Jorku". Oczywiście nie pokazali ani jednego ani drugiego, bo nikt nie przyszedł. Ale sprawdziłam dźwięk i był bardzo dobry, obraz też, więc umawiam się z nimi, że będę tam pokazywać stare dobre polskie komedie kultowe :)
środa, 05 maja 2010
Terapia

472.

We wtorek poszłam do pracy na 11:30, a już o 12:00 poszłam do Counselling Service na moją pierwszą sesję. Okazało się jednak, że może być też ostatnią, bo babka z którą się spotkałam powiedziała, że nie mogę korzystać z ich serwisu, jeśli chodzę już do innego terapeuty. Zdziwiłam się bardzo, bo myślałam, że ich rola polega na czymś zupełnie innym. Poza tym u nich miałam być co tydzień i za darmo, a mojej pani shrink płacę 35 funtów za półtorej godziny raz w miesiącu. Ustaliłyśmy więc, że się zastanowię, zapytam moją panią shrink, czy ma coś przeciwko i za tydzień znów się spotkamy i coś ustalimy. Po pracy wróciłam do domu, zjadłam naleśniki i porozmawiałam z Krystianem przez telefon. Po 18:00 poszłam do biblioteki i wydrukowałam swoje zdjęcia na Sounding Board. Potem poszłam na lekcję polskiego, a po lekcji z Wanyu na drinka. Ale nie siedziałyśmy długo i po 22:00 byłam już z powrotem w domu. Obejrzałam dwa ostatnie odcinki drugiego sezonu Simpsonów, ale w ciągu dnia ściągnęła mi się już trzecia seria, więc będę nadal miała co oglądać przed snem :)

W środę obudziłam się i pomyślałam, że włączę komórkę i zobaczę, która godzina. Okazało się, że zapomniałam nastawić budzik i dochodziła 10:45! O 11:00 miałam być w galerii na Sounding Board, za co dałam 10 funtów kaucji. Jeśli bym się nie pojawiła, pieniądze by chyba przepadły. Ubrałam się zatem i w ciągu paru minut wyszłam z domu! Pobiegłam do galerii i wpadłam tam dokładnie o 11:00! A i tak kazali mi czekać 5 minut, zanim mnie wreszcie przyjęli :) W komisji były tylko dwie osoby, ale byli bardzo mili i pomocni. Podali mi namiary na osoby, które mogą być zainteresowane projektem "Bratfoot kiedyś i dziś" oraz spisali parę nazwisk fotografów, którymi mogłabym się zainspirować. Sesja trwała 20 minut, więc jak wyszłam, dochodziła 11:30. Zanim doszłam do pracy, byłam spóźniona prawie 10 minut. Dobrze, że tu wszystko jest tak blisko siebie! :))) Z pracy wyszłam już o 15:00 i poszłam do Language Centre na poprawianie mojej pracy, a potem weszłam jeszcze do sekretariatu i oddałam sekretarce  formularz z tytułem mojej pracy magisterskiej.

W drodze do domu zorientowałam się, że nie mam klucza. Zadzwoniłam do pracy i poprosiłam Bena, żeby sprawdził, czy mi nie wypadł i nie został w szufladzie, ale niestety
go tam nie było. Pomyślałam więc, że poproszę sąsiada o drabinę i wejdę przez uchylone okno. Zadzwoniłam do sąsiadów i sąsiadka powiedziała mi, że zostawiłam klucze rano w drzwiach! Usprawiedliwiłam się tym, że zaspałam, po czym zjadłam obiad dzwoniąc jednocześnie do ubezpieczenia i council taxu, żeby się dowiedzieć, co się dzieje, i w obu mi powiedziano, że wkrótce dostanę pieniądze! :) Na 17:00 pobiegłam na zajęcia, bo miałam się spotkać z kolegą ze studiów, z którym przygotowujemy wspólnie prezentację na przyszły tydzień. Miałam szczęście, bo on już całą przygotował i będę musiała tylko teraz trochę o tym poczytać i za tydzień przedstawić połowę. Potem podjechałam do Balangi po informacje o Polskim Festiwalu, który będzie trwał cały przyszły tydzień i w końcu wróciłam do domu. Przed snem porozmawiałam jeszcze z rodziną przez Skype'a, a potem zaczęłam oglądać trzeci sezon Simpsonów :)

W czwartek poszłam na 11:30 do pracy, a prosto po pracy pojechałam do Leeds na kolejną sesję z moją panią shrink. Myślałam, że będę wcześniej i zdążę jeszcze wejść do biblioteki, ale ponieważ zaczął padać deszcz, pociągi i autobusy były spóźnione, a co za tym idzie i ja spóźniłam się parę minut. Spytałam moją panią shrink czy ma coś przeciwko temu, żebym chodziła na counselling, ale powiedziała, że nie. A potem powiedziałam jej o tym, że Matt wrócił i że mam ochotę się z nim spotkać, ale wiem, że nie powinnam. Zaczęłyśmy rozważać wszystkie za i przeciw, ale w efekcie stwierdziła, że jest jeszcze za wcześnie i że minęło dopiero pół roku, więc lepiej, żebym się z nim nie spotykała... Po sesji weszłam do biblioteki i wypożyczyłam parę książek o Wajdzie i Kieślowskim. Postanowiłam poprawić w weekend moją pracę magisterską, bo promotor przysłał mi parę uwag i zaproponował zmianę struktury. W domu byłam przed północą i zanim poszłam spać obejrzałam sobie parę odcinków Simpsonów na odprężenie przed snem, bo ostatnio jestem dość zestresowana.


Homer, Marge, bart, Lisa and Maggie Simpson na amerykańskich znaczkach pocztowych :)