Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 30 maja 2011
Najgorsza impreza roku :)

534.

W poniedziałek obudziłam się o 9:00 rano i nie mogłam już zasnąć :) Na Facebooku pojawiało się coraz więcej zdjęć i filmów pokazu, więc w końcu mogłam zobaczyć, jak wyglądałam w czasie każdego z dziewięciu wyjść. Niewyspana poszłam do pracy na 12:00 i cały dzień przeżywałam nasz pokaz mody z koleżankami :) Dostałam wiadomość o tym, że o 13:00 zorganizowano nam kolejną sesję zdjęciową, ale nie mogłam wyjść z pracy. O 14:00 poszłam na zebranie, w czasie którego po raz kolejny zaprezentowałam mojego PowerPointa. Po 17:00
większość modeli poszła razem na kręgle, ale ja wróciłam do domu coś zjeść i po rzeczy na siłownię. Od 18:00 do 19:00 byłam bowiem po raz pierwszy na zumbie, gdzie spotkałam koleżankę z byłej pracy. Potem w domu czułam narastający ból głowy, więc zamiast iść na salsę, wzięlłam proszek przeciwbóly i zdrzemnęłam się trochę. Obudziłam się znów dopiero około 22:30 i czułam się na tyle dobrze, że obejrzałam na DVD świetny film Petera Weira "The Way Back" (Niepokonani) oparty na książce "Długi marsz" (The Long Walk) Sławomira Rawicza. W związku z tym znowu spać poszłam dopiero o 2:00 w nocy.

We wtorek obudziłam się około 5:00 rano i znów nie mogłam spać. Potem w końcu zasnęłam i nie dałam rady wstać na 10:00 na spotkanie z pracownicą Fabrics, która zajmuje się mną w ramach programu Move On Up. Głowa znów mnie strasznie rozbolala, więc odwołałam to spotkanie i poszłam dalej spać. O 11:00 nadal nie byłam w stanie wstać z łózka, wysyłam więc SMSa do pracy, że przyjdę później, jak mi przejdzie. Wzięłam jeszcze jeden proszek przeciwbólowy i poszłam dalej spać. Wreszcie wstałam o 13:30 i na 14:30 dotarłam na 2 i pół godziny do pracy. Po 17:00 podeszłam do Galerii II po ulotki reklamujące moje pokazu filmów, a potem poszłam do apteki po lekarsywa, O 17:30 byłam już w Sport Centre, mimo że miałam się spotkać z terenerem dopiero o 18:00. Na szczęście był akurat wolny, więc spotkał się ze mną już o 18:35. Wyszłam stamtąd po półtorej godziny i poszłam do domu. Zjadłam zdrowy obiad, składający się z najzdrowszych (według Gazety Wyborczej :) składników i około 24:00 poszłam spać.

W środę wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. Przez cały dzień przychodzili znajomi modele i modelki z naszego pokazu :) Po pracy wróciłam do domu na kolejny zdrowy obiad, a na 18:30 poszłam do Muzeum Mediów na spotkanie zatytułowane "Yes We Cannes" :) Był to czteroosoblowy panel, którego członkowie opowiadali o swoich doświadczeniach z festiwali w Cannes i podpowadali, jak się tam najlepiej wybrać. W ogóle zachęcali do takie podróży, chwaląc możliwości prowadzenia tzw. networking, czyli nawiązywania nowych, przydatnych w przyszłości kontaktów biznesowych. I tym się właśnie zajęłam zaraz po spotkaniu. Porozmawiałam z chłopakiem, którego poznałam już kiedyś z Muzeum Mediów, a który niedawno założył własną firmę. Powiedział mi, żebym mu wysłała moje CV. Zapoznałam się też z paroma nowymi osobami, z którymi posiedziałam do 22:00 w barze. W końcu wróciłam do domu i usiadłam jak zwykle do Internetu, więc spać poszłam dopiero po 1:30 w nocy.

W czwartek z trudem dotarłam na 12:00 do pracy :) Końcówka dnia była całkiem szalona, bo nagle wszyscy naraz postanowili kupić bilety na Party on the Amp i ostatnie FND. Tymczasem na Facebooku pojawiły się kolejne zdjęcia z naszego charytatywnego pokazu mody, więc nadal mnie podkręcały, choć miałam nadzieję, że do końca tygodnia już trochę ochłonę :) W dodatku grupa Emancipation Models na Facebooku dopiero po pokazie zrobiła się bardzo prężna i niemal co chwilę pojawiały się jakieś wiadomości i propozycje spotkań. Postanowiłam wymienić się kontaktami z wszystki modelami, a nie tylko tymi, których znałam trochę lepiej niż resztę. Pomyślałam sobie, że na razie możemy miło spędzić czas, a jak się porozjeżdżają na wakacje, to ich usunę :) Po 17:00 wróciłam do domu na obiad i poszłam zmęczona do łóżka. Zadzwoniłam do Polski, żeby złożyć mamie życzenia z okazji Dnia Matki i porozmawiałam z nią do 23:00, a potem do północy oglądałam "South Park" :)

  
Scena zbiorowa z filmu "The Way Back" oraz prawie wszyscy bohaterowie serialu "South Park" :)

W piątek rano poszłam na 12:00 do pracy, a potem zobaczyć POTA, czyli Party on the Amp. Jest to coroczna impreza na zakończenie roku akadmickiego, która ma miejsce w Amfiteatrze, czyli zielonej części kampusu. W tym roku była jednak wyjątkowo brzydka pogoda, więc wróciłam po jakiś 15 minutach, bo nic ciekawego się nie działo. W końcu wyszłam o 16:30, czyli wcześniej z pracy i poszłam do domu obiad, a potem na 18:00 do Sport Centre na Salsa Aerobics. Podobało mi się dużo bardziej niż na Zumbie. Potem wróciłam do domu i położyłam się na trochę do łóżka :) Wstałam o 22:00 i założyłam czerwoną sukienkę. O 23:00 przyjechała Celine i pół godziny później razem poszłyśmy na ostatnie FND. Impreza była super - miałam rwanie i nieźle się wytańczyłam przez te pięć godzin. Jedynym minusem był fakt, że pojawił się na niej mój kolega z pracy, który ostatnio mnie podrywał. A plusem, ze pod koniec przyszedł też jeden z modeli, który mi się podoba :) O 4:30 impreza się skończyła i wróciłyśmy z Celine do mnie do pokoju, ale spać poszłyśmy dopiero o 6:00, bo przed snem jeszcze trochę pogadałyśmy :)

W sobotę wstałyśmy dopiero po południu i zjadłyśmy śniadanio-obiad :) Potem poszłyśmy do biblioteki i okazało się, że campus jest już pięknie wysprzątany po imprezie, choć nad ranem Amfiteatr wyglądał jak pobojowisko. Wracając poszłyśmy jeszcze do sklep i do bankomatu, bo musiałam zapłacić czynsz. W domu trochę się zdrzemnęłam, a potem o 20:00 poszłam z Celine na kolacje do Cyrusa, gdzie doszła do nas Wanyu. Tak się najadłam przystawką, że nie dałam rady zjeść głównego dnia, więc zabralam je w pudełku do domu :) O 22:00 poszłam z Celine do Deliusa, gdzie spotkałyśmy się z Mikaelem, ale było tam tak głośno, że postanowiliśmy się przenieść do Weatherspoon. Tam doszli do nas Krystian z kolegą i Ronaldo. Po północy wymiękłam i wróciłam z Krystianem do domu, ale nie mogłam iść spać, bo musiałam poczkeać na
Celine, która wróciła dopiero po 1:30 w nocy. Wpuściłam ją do pokoju, bo spała u mnie na materacu. Zasnęłam zanim skończyła się myć i poszła wreszcie spać :)

W niedziela budzik Celine zadzwonił o 8:30 i poszła do łazienki, a ja poleżałam jeszcze do 9:00, a potem tylko szybko się ubrałam i o 9:30 byłyśmy już gotowe. Zeszliśmy wszyscy na dół, z Krystianem włącznie, a tam czekał już na nas Mikael, żeby się pożegnać z dziewczynami. Jacqueline i Arnold przyjechali samochodem i zabrałam się z nimi na lotnisko. Dojechaliśmy tam o 10:00, ale zanim się pożegnaliśmy, minęło 45 minut. Później Arnold odwiózł mnie do domu i zdrzemnęłam się pół godzinki, zanim wstałam i posprzatałam trochę pokój. O 13:00 przyszła Sarah na kolejną lekcję polskiego. Skończyłyśmy o 15:45 i zjadłam szybko obiad, którymi został z poprzedniego dnia z Cyrusa. O 16:10 poszłam do Deliusa na koncercie zespołu znajomej Angielki. Zaśpiewali tylko parę piosenek, więc skończyli już o 16:40, akurat jak doszedł Arnold :) Na 18:00 jechali do Leeds na kolejny koncert, więc obiecałam znajomej, że przyjdę ich posłuchać z tydzień w Playhouse i wróciłam do domu i do łóżka :)

Na stronie Emancipation Models na Facebooku pojawił się post, że Nancy organizuje wieczorem kolację u siebie i zaprasza na 20:00 wszystkich modeli i modelki. Wstałam więc z łóżka i po drodze kupiłam dużą butelkę Smirnoff Ice :) Zanim doszłam do Nancy do domu, była już 20:30. Po mnie doszedł jeszcze jeden chłopak i razem było nas dziewięcioro. Cały czas strasznie głośno leciał jakiś film na DVD, więc nic nie było słychać. Nancy zrobiła spaghetti, kurczaka i makaron z tuńczykiem i brokułami. Jak zjedliśmy okazało się, że bedzięmy oglądać kolejny film na DVD. Tamtego nie skończyli, a już zaczęli oglądać następny. W dodatku po 15 minutach do wyłączyli, a do tego większość cały czas była na Facebooku, używając do tego telefonów. Wkurzyłam się i powiedziałam, że jestem zmęczona i wracam do domu. Jak wychodziłam, przyszły kolejne dwie dziewczyny, a potem ponoć doszło jeszcze parę osób i podobno świetnie się bawili. Ale dla mnie była to jak na razie najgorsza impreza tego roku!
niedziela, 22 maja 2011
Wsiąść do pociągu byle jakiego :)

533.

W poniedziałek wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy, choć nie było łatwo  :) Po pracy chciałam iść na zumbę, czyli takie połączenie salsy z aerobikiem, ale okazało się, że nie ma już wolnych miejsc w Sport Centre. Zarezerwowałam więc od razu miejsce na przyszły tydzień. Prosto po pracy poszłam do znajomych, którzy mieszkają w moim były domu. Załapałam się u nich na pyszny wegański obiad, który ugotował mój kolega.
Niestety wrócił  też do pomysłu, żebym śpiewała u niego w zespole :) Zmusił mnie więc, żebym coś pośpiewała i spodobało mu się. Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie :) Tak się u nich objadłam, że ledwo dałam radę dojść do domu :) Przebrałam się tylko szybko i poszłam z Krystianem na salsę. Po lekcji zostaliśmy i jak zwykle potańczyliśmy chwilę, aż przypadkiem jedna z dziewczyn kopnęła mnie z całej siły obcasem w kostkę - i to w tą, którą miałam rok temu zwichniętą! Wróciliśmy więc do domu, bo noga mnie bolała i zaczęłam kuśtykać. Zestresowałam się trochę tą sytuacją, bo przypomniałam sobie, jak przez ponad miesiąc nie mogłam chodzić i nie chciałabym, żeby się to powtórzyło. Potem usiadłam do komputera i poszłam spać dopiero po 1:00 w nocy.

We wtorek obudziłam się przed 10:00, wzięłam prysznic i poszłam na 11:00 do pracy, prosto na zebranie. Wyszłam więc godzinę wcześniej, czyli o 16:00 i poszłam prosto do Galerii II, żeby się zająć organizacją mojego ostatniego jak na razie pokazu filmowego. Organizatorka wyjechała i poprosiła jedną ze swoich pracownic, żeby mi pomogła. Okazało się, że projektor i ekran już są, ale brakuje laptopa, bo zupełnie zapomniałamo tym, że to ja miałam go przynieść! :) Poszłam więc po niego do domu, a w drodze powrotnej weszłam do sklepu i kupiłam dwa soki. Dziewczyna z galerii znalazła jakieś dwie butelki czerwonego wina, więc jak zwykle było coś do picia. Podłączyłyśmy wszystko, więc usiadłam i sprawdziłam maile, a potem położyłam się na kanapię, żeby trochę odpocząć. I tam właśnie zastał mnie Matt :) Potem przyszła też Sarah z koleżanką, a później doszły jeszcze cztery osoby, więc razem było nas ośmioro. Obejrzeliśmy "Pan's Labyrinth" (Labirynt Fauna), a po filmie rozgorzała dyskusja. Film wzbudził pewne kontrowersje. Po pokazie wróciłam do domu i poszłam od razu do łóżka. Posiedziałam trochę na Internet, a potem około północy poszłam spać.

  
Ja i Krystian tańczący salsę w Polskim Klubie oraz Ivana Baquero w filmie "Labirynt Fauna".

W środę wstałam znów o 10:00, na 11:00 poszłam do działu Careers na spotkanie w sprawie mojego CV. Potem poszłam od razu do pracy, a po pracy prosto na próbę naszego pokazu mody. Przez dwie godziny ćwiczyliśmy choreografię. Cały pokaz był nadal w rozsypce i sprzedaliśmy tylko parę biletów, ale zostało nam jeszcze parę dni. Po próbie wróciłam do domu po buty i strój na siłownię i poszłam z powrotem na campus, do Sport Centre. Dotarłam tam zadowolona tuż przed 20 na Induction, ale okazało się, że byłam umówiona na 19:00! Przełożyłam więc wszystko na piątek i wróciłam do domu. Zostawiłam rzeczy i wsiadłam w autobus do dużego Morrisona kupić najzdrowsze rzeczy do jedzenia (przynajmniej według artykułu w Gazecie Wyborczej :) Wróciłam do domu po 22:00 i Celine przyszła do mojego pokoju pogadać. Ustaliłyśmy szczegóły jej wyprowadzki i to, że na czas tygodniowej podróży po Anglii zostawi u mnie rzeczy, a potem zanocuje i w niedzielę za tydzień wróci już na stałe do Francji. Jacquline zrobi to samo, tylko zostawi rzeczy i przenocuje przed odlotem u Arnolda, bo znów są parą, choć przed Wielkanoca zerwali :) Posiedziałyśmy z Celine do północy, a potem poszłam wreszcie spać.

W czwartek obudziłam się o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy, ale dość szybko porządnie się wkurzyłam, bo pracownicy urządzili piknik na trawie, a babka ode mnie z pracy mnie zostawiła i sama na niego poszła. Jak już wróciła i powiedziała, że teraz ja mogę iść, było już po wszystkim, chodziłam więc cały dzień wkurzona. Po pracy poszłam na kolejną próbę, ale wkurzyłam się na chłopaka, którego mi przydzielono do pary i przez to, że miałam zły humor, nie podałam swoich wymiarów projektantom z firmy Magic Streetwear, którzy byli jednymi z dostarczycieli ubrań na nasz pokaz mody. Straciłam trochę motywację, a przede wszystkim poczucię, że się w ogóle do tego nadaje i chciałam zrezygnować. Wracacjąc do domu po 17:00 weszłam do Sports Centre i przekożyłam znów Induction, tym razem na wtorek w przyszłym tygodniu, bo doszłam do wniosku, że w piątek mam już za dużo rzeczy do zrobienia. Po powrocie do domu padłam na łóżko i dopiero po pół godzinie zwlekłam się, założyłam piżamę i obejrzałam ostatnie odcinki szóstej serii "South Parku" zanim o północy poszłam spać.

W piątek obudziłam się przed budzikiem, bo z nerwów przed zbliżającym się pokazem nie mogłam spać. Poszłam na 12:00 do pracy i podzieliłam się z Nancy moimi watpliwościami. Zdecydowałam się jednak nie rezygnować, poprosiłam tylko, żeby dała mi kogoś innego do pary. W pracy byłam nadal wkurzona na babkę, z którą pracuję, ale humor mi się już trochę poprawił. Po 17:00 zeszłam na dół na kolejną próbę. Pojawiły się na niej kolejne ubrania, ale Nancy przydzieliła mi tylko jedną koszulkę, a miałam wyjść na scenę przynajmniej ze cztery razy! Na szczęście przydzieliła mi też innego partnera, ale nie miałam nawet czasu z nim poćwiczyć. Program nadal był niedomknięty, ale wszyscy pogodziliśmy się już z myślą, że wszystko się wyjaśni w sobotę w czasie ostatecznych prób. Na pocieszenie organizatorzy poczęstowali nas pizzą :) Zanim się zorientowałam, dochodziła 20:00, więc wyszłam przed końcem. W domu spotkałam się z Celine i tam doszedł do nas Mikael. Poszliśmy we trójkę na otwarcie knajpki jednego z moich byłych uczniów. Wypiliśmy po jednym piwie, a potem poszliśmy do 1in12 na Kółko Francuskie, na które później doszło jeszcze osiem osób. Do domu wróciliśmy po 1:00.

Wczoraj obudziłam się znów zanim zadzwonił budzik. Sprawdziłam na FaceBooke'u, ile osób  i  kto dokładniej zadeklarował się, że przyjdzie na nasz pokaz, bo sprzedaliśmy dość mało biletów. W końcu wstałam, wzięłam prysznic i zaczęłam się przygotowywać. Okazało się, że nie mam czarnych leginsów, choć wydawało mi się, iż miałam jedną parę. Każdy miał też przynieść dwa swoje własne stroje - jeden na rozpoczęcie, a drugi na zakończenie pokazu. Zabrałam parę rzeczy na zapas, zjadłam muesli i poszłam o 11:00 na ostatnią próbę, trwającą aż do samego pokazu, czyli do 19:00. W jej trakcie dostałam wreszcie resztę ubrań i poćwiczyłam dwa układy - jeden z dziewczyną, a drugi z chłopakiem. Ostateczny program wyklarował się wreszcie na jakieś dwie godziny przed pokazem i został rozwieszony po sali, w której się przebieraliśmy. Wszystkie dziewczyny musiały mieć paznokcie pomalowane na czarno, ze srebrną kreską po środku :) Rzadko w ogóle maluję paznokcie, ale na szczeście dziewczyny mi pomogły :) Projektanci dawali nam ubrania, które wieszaliśmy sobie gdzieś pod ręką, babki od makijażu zaczęły nas malować, a na koniec jakiś lekko zwariowany fryzjer-artysta zaczął nas czesać :)

  
Przygotowania przed pokazem - podium oraz ja w rękach zwariowanego fryzjera-artysty :)

Rozpoczęcie pokazu opóźniło się o pół godziny, ale podobno wszystko fajnie wyszło. Krystian robił nam zdjęcia, bo załatwiłam mu za darmo wejściówkę dla fotoreportera :)
Dopiero na jego zdjęciach zobaczyłam, co miałam na głowie, bo w czasie pokazu ledwo był czas, żeby się przebrać, a nas fryzjer-artysta czesał nas do ostatniej chwili tuż przed wejściem na wybieg! :) Ostatecznie miałam 10 wyjść: 1-sze w mojej własnej sukience (z lokówkami we włosach :), 2-ie w długiej sukni w stylu arabskim, 3-cie w koszulce i spódniczce w stylu afrykańskim, 4-te miało być w afrykańskiej sukience na jedno ramię, ale w czasie pokazu sukienka gdzieś zniknęła (więc wyszłam  we własnej koszulce i spódniczce mini), 5-te w żółtym T-shircie z logo firmy Swagger Boyys Clothing (zamiast czarnych leginsów miałam czarne rajstopy i krótkie spodenki), 6-te w jeansach i czerwonej koszuli Magic Streetwear, 7-me w czerwonej sukni The Craft Collective (którą kupiłam po pokazie :), 8-me w ich czarnym stroju kabaretowym (w stylu Moulin Rouge :) i 9-te w mojej sukience, w której zostałam na After Party, z której Krystian wyszedł wcześniej, a ja dopiero o 2:30, prosto na deszcz, więc przed pójściem spać wzięłam prysznic :)

Dzisiaj obudziłam się znów po zaledwie pięciu godzinach snu i zajrzałam od razu na FaceBooka :) Wymieniałam się kontaktami z paroma osobami z pokazu i obejrzałam pierwsze zdjęcia opublikowane na naszej stronie :) W południe wstałam i ogarnęłam trochę pokój oraz zjadłam śniadanie i zanim Sarah przyszła na polski, zdążyłam zmyć paznokcie Po lekcji Sarah podzwiozła mnie pod bankomat, a potem poszłam na autobus, bo postanowiłam zamiast iść tradycyjnie na nasz pokaz filmu, pojechać gdzieś do parku. Wygrałam tygodniowy bilet na autobusy i pociągi, który jest ważny tylko do jutra, a w ciągu tygodnia nie miałam za bardzo czasu go wykorzystać! Niestety,  w niedziele komunikacje działa tutaj tragicznie, więc dojazd do Saltaire zajał mi dwie godziny! Podjechałam najpierw autobusem do Shipley, później pociągiem do Bingley i kolejnym dotarłam wreszcie do Saltaire. Normalnie taka podróż trwa z 15 minut! :) Przeszłam się po parku, ale tak wiało, że szybko się zniechęciłam. Z powrotem nie było wcale lepiej! Pociąg wywiózł mnie do Leeds, skąd musiałam wrócić do domu, gdzie dotarłam po 19:30. Obejrzałam zdjęcia, które zrobił Krystian, a potem posiedziałam jeszcze przy komputerze do 4 w nocy :)

  
Plakat reklamujący nasz pokaz mody oraz plakat Danusi do pokazu "Zemsty" Fredry / Wajdy :)
niedziela, 15 maja 2011
Długi powrót

532.


W zeszłą niedzielę wstałam rano i jak na złość od rana była piękna pogoda :) Na złość, bo jak poprzedniego dnia pojechałam do Wilanowa, to padało, a teraz czekał mnie praktycznie cały dzień w podróży! Zjadłam śniadanie, wzięłam kąpiel i zaczęłam pakowanie. Po południu moja siostra i mama odwiozły mnie na Dworzec Zachodni, gdzie wsiadłam w autobus do Gdańska. Dziewczyna, która siedziała koło mnie wysiadła w Mławie i resztę podroży siedziałam już sama. Podróż trwała ponad sześć godzin. Po drodze zatrzymaliśmy się Ostródzie, gdzie jeszcze nigdy nie byłam. Strasznie mi się tam spodobało i obiecałam sobie, że jak będę następny raz w Polsce, to odwiędzę ostórdę i Elbląg oraz Kanał Elbląski ze słynnymi pochylniami. O 19:45 wysiadłam na dworcu w Gdansku, skąd odebrała mnie kuzynka i zawiozła do domu na kolację. Pogadałam z nią do północy, a potem usiadłam jeszcze do Internetu.

W poniedziałek obudziłam się około 8:00 i usiadłam znów do komputera. Później wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Porozmawiałam trochę z ciocią czekając na kuzynkę, która powiedziała, że wyrwie się z pracy i zawiezie mnie na lotnisko. Niestety, okazało się, że były korki i zamiast o 12:00, podjechała po mnie dopiero około 12:15. Znowu więc jechałam na ostatnią chwilę, na szczęscie jednak dojechałyśmy na dwie minuty przed zamknięciem bramki :) A że lotnisko w Gdansku jest małe, bez problemu wsiadłam w samolot i o 13:10 odleciałam do Anglii, gdzie wylądowałam o 14:25 czasu lokalnego. O 15:20 wsiadłam w autobus do
Bratfoot, a tam podjechałam Free Busem do sklepu po make up i po jedzenie. Później wrociłam do domu i poszłam do sklepu na dole zapłacić włąścicielowi za czynsz. Potem wzięłam prysznic i posżłam do łóżka, ale po 20:00 Krystian wyciągnął mnie na salsę, gdzie potańczyliśmy do 23:00. Było bardzo miło i cieszę się, że poszłam na tą lekcję, mimo że przez to poszłam spać po 24:00 :)

We wtorek zwlokłam się z łóżka o 11:00 i ledwo udało mi sie dotrzeć do pracy na 12:00 :) Prosto po pracy poszłam do Galerii II na pokaz filmu "Hidden" (Cache / Ukryte). Pamiętam, że za pierwszym razem ten film średnio mi się podobał, ale za drugim razem zrobił na mnie o wiele lepsze wrażenie. Tym razem na pokaz przyszedł tylko Matt i dwie studentki studiów magisterskich, ale po filmie odbyła się bardzo ciekawa dyskusja. Potem, jak już wszystko posprzatałyśmy, poszłam do szefowej galerii i napiłyśmy się u niej w kuchni białego wina, które zostało z pokazu :) W domu byłam więc dopiero po 22:00 i najpierw poszłam się przywitać z Celine i Jacqueline, a później doszli jeszcze do nas Krystian oraz Arnold i chwilę razem pogadaliśmy, a potem poszłam spać.

  
Lotnisko imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku oraz Daniel Auteil i Juliette Binoche w filmie "Hidden".

W środę obudziłam się wcześnie rano, ale jak chciałam sprawdzić, która jest godzina, okazało się, że nie mogę włączyć komórki! Włączyłam więc laptopa, wzięłam proszek przeciwbólowy, bo mnie znów zaczęła boleć głowa i poszłam dalej spać, budząc się co jakiś czas i sprawdzając, która jest godzina. Na 11:00 miałam iść na spokanie z doradczynią z działu Careers, ale ponieważ komórka mi nie działała, więc budzik również. Wstałam dopiero o 11:00 i na 12:00 dotarlam do pracy. Zadzwoniłam do przychodni studenckiej i umówiłam się do lekarza na piątek, a potem na siłownię na piątek i na przyszłą środę z tą doradczynią z Careers. Wszystkie te spotkania musiałam wcześniej
odwołać, jak mi uciekł samolot. Po 17:00 wyszłam z pracy i poszłam piechotką na dworzec. Tam udało mi się wreszcie uruchomić komórkę, a już myślałam, że będę musiała kupić nową, bo ta się popsuła. Wsiadłam w pociąg do Leeds i na 18:30 pojechałam do mojej pani shrink. Wyszłam od niej po 20:00 i znów na piechotkę poszłam spacerkiem na dworzec. W domu byłam po 22:00 i przed snem rozesłałam jeszcze maila o pokazie filmu w niedzielę.

W czwartek wstałam o 8:30 i na 9:30 poszłam do pracy, bo szefowa poproiła mnie, żebym pracowała cały dzień. Mimo, że prawie przez cały dzień siedziała koło mnie, udało mi się wrozesłać maila o kolejnym Kółku Francuskim i wymienić parę maili z Gilbertem, którego poznałam na ostatnim Kółku. Dodzwoniłam się też do Spa, do którego miałam iść w zeszłą sobotę, ale wygląda na to, że teraz mi przepadnie, bo kupon miałam ważny tylko do końca maja. Później przyszedł pewien pracownik uniwersytetu, który przyszedł na mój poprzedni pokaz filmowy przed Wielkanocą i przyniósł mi na DVD film "Bad Boy Bubby". Powiedział, że to jego ulubiony film i że muszę do obejrzeć :) Po 17:00 miałam iść na basen, ale zamiast tego wróciłam do domu, bo byłam zmęczona. Zjadłam kolację i przez ponad godzinę rozmawiałam z Mattem na Skypie. Od 21:00 do 22:30 poćwiczyłam z Krystianem u mnie w pokoju salsę, a potem uzupełniłam trochę bloga i poszłam spać dopiero po 1:00 w nocy.

W piątek wstałam o 10:00 i poszłam na 11:10 do przychodni na cytopatologię. Potem na 12:00 poszłam do pracy, w miniówie i na obcasie, bo po pracy miałam kolejną próbę do naszego pokazu mody. Kolega z pracy zaproponował mi wspólne wyjście w weekend, ale go zbyłam. Potem zobaczyłam na FaceBooku, że Gilbert  jest o 13 lat młodszy ode mnie! O 17:00 poszłam na próbę, która zamiast godzinę trwała 45 minut dłużej, więc nie miałam już czasu, żeby wrócić do domu i się przebrać, bo i 19:00 byłam umówiona z Wanyu w Ambrozji. Poszłyśmy tam kolacji, a o 21:00 podeszłyśmy do 1in12, gdzie czekał już na nas Lucas. Poszliśmy na górę, gdzie doszła do nas Celine, a później Jacqueline, Arnold i James, a w końcu także Mikael i Henri z nowymi wolontariuszami z Francji i Hiszpanii. Gilbert grał na dole w bilard ze swoim znajomym, gdzie wkrótce do nich dołączyliśmy, i przez cały wieczór nie zamienił ze mną ani słowa. Po 23:00 Wanyu wyszła, za to doszedł do nas Krystian. Razem było nas 15 osob i było bardzo miło, szczególnie. Skończyliśmy po 3:30 i w domu byliśmy o 4:00, ale spać poszłam dopiero o 4:30 :)

  
Kultowy australijski "Bad Boy Bubby" oraz reklama Ambrozji - nowej polskiej restauracji w Bratfoot.

Wczoraj miałam wstać o 11:00 i na 12:00 pójść na sesję zdjęciową przed naszym pokazem mody :) Ale dopiero o 12:00 udało mi się zwlec z łóżka, więc dotarłam tam po 13:00. Zrobiłam sobie pełen makijaż, ale zanim przyszła moja kolej minęła ponad godzina. W końcu fotograf zrobił mi parę zdjęć i poszłam na zakupy, najpierw do Boots, żeby kupić kolejny podkład, ale że sprzedawali trzy w cenie dwóch, to od razu skorzystałam z okazji i dostałam jeszcze w prezencie saszetkę z próbkami różnych kosmetykow Max Factora :) Potem poszłam do Morrisona po jedzenie, bo moja lodówka świeciła już pustkami. W końcu weszłam do polskiego sklepu po chleb i wróciłam Free Busem do domu. Później zrobiłam pranie i usiadłam do Internetu. Po 20:00 przyszła Celine i wypiłyśmy po drinku, zanim przyszli Mikael i Henri z wolontariuszem z Hiszpanii i poszliśmy do Deliusa na koncert zespołu Laika Dog (Pies Łajka :) Tam czekał już na nas Ronaldo ze swoją dziewczyną (jakąś Angielską :) a wkrotce dołączył do nas także Krystian. Koncert był bardzo dobry i świetnie się na nim bawiłam z Celine. Po koncercie chłopaki zaprosili nas na imprezę u ich znajomych Hiszpanów, ale wyszłyśmy z niej dość szybko, bo chciałyśmy potanczyć, a to była "nasiadówa" :) Poszłyśmy więc do Che Bar, gdzie potańczyłyśmy do 1:30, zanim wrociłyśmy wreszcie do domu i po 3:00 poszłyśmy spać :)

Dzisiaj obudziłam się przed 12:00 i wzięłam prysznic, a potem zjadłam śniadanie i posprzątałam trochę, bo o 14:30 przyszła Sarah na kolejną lekcję polskiego. Po dwóch godzinach lekcji zeszłyśmy na dół, gdzie czekała już na nas Gosia i razem pojechałyśmy na 17:00 do 1in12 na pokaz "Superprodukcji" Machulskiego. Tam czekała już na nas Barbara, a wkrótce doszła też Myfanwy z mężem. Pokaz zaczął się po 17:00, bo musieliśmy zaciemnić jakoś pokój. Ostatnio wymienili tam okna, które kiedyś były przyciemniane, więc powiesiliśmy na nich koce :) Na filmie było w końcu 12 osób, wliczając też mnie, Danusię, jej dzieci i chłopaka, który znów zaczął mi działać na nerwy. Wypił już sobie ewidentnie wcześniej i obiecałam sobie, że więcej nie będę z nim rozmawiać. Ale pokaz był bardzo udany, a po filmie poszliśmy w siedem osób do Ambrozji na obiad. Potem Jan i Sue odwieźli mnie i Gosię do domu, gdzie dotarłam po 21:00. Zabrałam się od razu za uzupełnianie bloga, a potem obejrzałam niesamowity film "Bad Boy Bubby" i poszłam spać o 2:00 w nocy.

  
Plakat do naszego pokazu "Superprodukcji" oraz Anna Przybylska i Paweł Królikowski w tym filmie.
Warsaw, Poland

531.

W poniedziałek obudziłam się
o 11:00, po 12 godzinach snu. Po śniadaniu pojechałam z mamą do centrum - najpierw do jej banku, a potem na pocztę, żeby poszukać tej serii znaczków polskich noblistów dla Alaina. Okazało się, że nie ma takiej serii, tylko pojedyńcze znaczki, które widocznie w Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie zebrano razem.W końcu pojechałyśmy do sklepu po papierosy dla Gosi, która mi pożyczyła torbę na wyjazd, a które jej obiecałam. Po obiedzie umyłam włosy i pojechałam do koleżanki z byłej pracy zobaczyć jej nowe mieszkanie. Dopiero niedawno się wprowadziła i żyje jeszcze na pudłach, zupełnie tak jak ja :) Od niej pojechałam na 20:30 do centrum spotkać się z bratem i jego dziewczyną. Poszliśmy na piwo (moje było bezalkoholowe :) Potem odwiozłam ich do domu i poszłam spać przed północą.

We wtorek obudziłam się o 10:00, odpisałam na zaległe maile, zjadłam pyszny rosół i na 13:30 pojechałam do kina na "Salę samobójców". Zawsze jak jestem w domu, staram się iść na chociaż jeden polski film. No i tym razem znów dobrze trafiłam - może uda się go tu pokazać na festiwalu? Po filmie wróciłam do domu na obiad. Sprawdziłam znów maile i poogladałam trochę telewizję, bo w domu tego nie mam :) Wieczorem dostałam SMSa od Matta z pytaniem, czy tego dnia jest kolejny pokaz filmu. Odpisałam, że nie, że dopiero za tydzień, a on odpisał, że zobaczymy się wtedy. Zaczyna mnie trochę denerwować fakt, że jest wszedzie, gdzie się ruszę. Około 19:00 za oknem zaczęła się burza śnieżna! :) Mimo to dotarła do nas moja
koleżanka ze szkoły podstawowej i posiedziałyśmy do 21:30, wspominając stare czasy. Przed snem obejrzałam sobie jeszcze program Kuba Wojewódzki Show, którego gościem był Wiktor Zborowski (oraz Natalia Kukulska).

  
Pałac Kultury i Nauki (czyli PeKiN :) oraz Jakub Gierszał w mojej ulubionej scenie "Sali samobójców".

W środę obudziłam się znów o 10:00, bo u sasiadów trwał remont. Rano przyjechała moja siostra, która była w Rzymie na Mszy Beatyfikacyjnej papieża. Zjadłyśmy razem śniadanie i pojechałam na 12:00 do fryzjerki podcieniować trochę włosy i zmienić kolor na ton ciemniejsze. O 14:00 spotkałam się z moim ojcem na miejscu, gdzie kiedyś stał Klub Fugazi, bo chciałam koniecznie zrobić tam parę zdjęć. Potem pojechaliśmy do centrum i poszliśmy na pierogi do Bliklego na Nowym Świecie. Później przeszliśmy się Chmielną i o 16:00 spotkałam się z koleżanką z liceum,  z którą poszłam do Bordo naprzeciwko kina Atlantic. Porozmawiałyśmy trochę, a po 17:00
zaczęły dochodzić inne osoby - najpierw koleżanka ze studiów oraz koleżanka z innej byłej pracy, kolega z Fugazi (jeden z czterech współzałzałożycieli) i na koniec mój brat. O 20:00 pożegnaliśmy się i poszłam z bratem do Wedla na imieniny mojej siostry, gdzie reszta rodziny już na nas czekała. Zasłodziłam się strasznie i potem nie mogłam spać :)

W czwartek wstałam o 3:45, wzięłam kąpiel i o 4:30 wsiadłam w taksówkę na lotnisko. Dopiero wtedy się zorientowałam, że pomyliłam się o godzinę i że już zamknęli mi bramki, a samolot odleci w momencie jak dojadę na lotnisko. Poprosiłam więc taksówkarza, żeby zawrocił i próbowałam się bezskutecznie dodzwonić do Wizzair. W końcu kupiłam nowy bilet za 50 funtów z Gdańska na poniedziałek. Byłam wyczerpana, więc poszłam dalej spać. Jak się już obudziłam, spędziłam cały dzień przed komputerem odpisując na maile i wypełniając jakieś aplikacje o pracę.
Moja mama zadzwoniła do swojej znajomej z pytaniem, czy nie słyszała o jakieś propozycji pracy w mediach :) Zdecydowałam, że będę teraz szukać pracy na dwa fronty - zarówno w Polsce, jak i w UK. Powiadomiłam też oczywiście szefową, że pojawię się w pracy dopiero we wtorek. Przed snem pooglądałam znów telewizję.

  
Miejsce, w którym kiedyś stał Klub Fugazi oraz unowocześniony pasaż za byłymi Domami Centrum.

W piątek obudziłam się o 10:00 i wzięłam kąpiel, a potem ustaliłam z bratem, że wieczorem pójdziemy do Czeskiej Baszty na piwo, natomiast nazajutrz zrobimy sobie w domu kolację rodzinną przed moim wyjazdem do Gdańska. Potem usiadłam do Internetu, żeby wysłać znów parę aplikacji o pracę i uzupełnić bloga. Później zjadłam zupę i na 17:00 pojechałam pod pomnik de Gaulle'a, gdzie spotkałam sie z bratem i koleżanką z liceum. Razem podjechaliśmy do Czeskiej Baszty, gdzie czekał już na nas mój kolega ze studiów, a za chwilę doszła koleżanka z tych samych studiów. Później dołączyła do nas jeszcze druga koleżanka z liceum z mężem i koleżanka z byłej pracy z chłopakiem. W sumie siedzieliśmy tam non stop sześć bitych godzin :) Na początku wypiłam jedno piwo, a potem już piłam tylko herbatę i czeską colę, czyli Kofolę :) Przed północą odwiozłam brata i jego dziewczynę do domu, a potem wróciłam do domu i usiadłam znów do Internetu, przez co spać poszlam dopiero przed 3:00 w nocy.

W sobota wstałam rano, zjadłam śniadanie, wzięłam prysznic i w końcu pojechałam z mamą na Dworzec Zachodni po bilet do Gdańska. Potem pojechałyśmy do Wilanowa, bo tego dnia miała być bardzo ładna pogoda. Tymczasem strasznie się zachmurzylo, więc najpierw poszłyśmy na kawę i herbatę do Wedła, a dopiero potem na spacer. Ale podeszłyśmy pod Pałac, zaczął padać deszcz, więc wróciłyśmy do domu. Zjadłyśmy obiad, a póxniej się zdrzemnęłam, zanim przyjechał brat ze swoją dziewczyną na kolację. Myślałam, że uda mi się może spotkać również z moim drugim bratem, który poleciał z żoną na dwa tygodnie do Wietnamu w czasie Świąt Wielkanocnych, ale okazało się, że wracają dopiero w poniedziałek rano, więc nie udało się nam spotkać, bo ja nazajutrz jechałam do Gdańska. Tydzień po tym jak stamtąd wyjechałam, musiałam wrócić, żeby polecieć z powrotem do Anglii.

  
Fragment fasady Pałacu w Wilanowie oraz ślubna limuzyna przed wilanowskim kościołem św. Anny.

piątek, 13 maja 2011
Polonie :)

530.

W niedzielę wstałam o 4:00 rano, wzięłam prysznic i
o 4:30 wsiadłam z dziewczynami do samochodu, który zawiózł nas na lotnisko w Doncaster. Kierowca był bardzo miły i dobrze mi się z nim rozmawiało,  a dziewczyny przespały całą podróż. O 7:00 rano wsiadłyśmy w samolot i po 10:00 czasu europejskiego byłyśmy już w Warszawie. Na lotnisku poczekałyśmy na Alaina, a potem podjechała po nas moja siostra i zabrała nas na obiad. Moja mama wystawiła odświętną zastawę, bo oprócz nas był też brat z dziewczyną i jej mamą oraz chłopak mojej siostry. Razem do stołu usiadło nas 10 osób. Po obiedzie zabrałam trójkę z Francji do samochodu mojej siostry i podjechaliśmy z bratem do niego po papiery jego wozu, bo zapomniał je przywieźć, a nim mieliśmy jechać do Krakowa. Wróciliśmy przez centrum, żeby zobaczyli kawałek Warszawy, zanim ich wywiozę :) Potem zjedliśmy jeszcze deser i po 17:00 ruszyliśmy w drogę. Najpierw ja prowadziłam, ale głowa mnie coraz bardziej bolała, więc oddałam kierownicę Celine. Potem prowadził Alain i dojechał aż pod sam hostel Trzy Kafki. Tam zaparkowaliśmy samochód i po zaniesieniu naszych rzeczy na górę, poszliśmy na spacer po Rynku Głównym. W końcu poszliśmy na drinka do InCognito, gdzie posiedzieliśmy do jakiejś 1:30 w nocy.

W poniedziałek zjadłam co tam mieliśmy na śniadanie, ale oni chcieli coś słodkiego, więc poszliśmy do McDonalda. Później przeszliśmy się trochę po Rynku za dnia, a potem poszliśmy na Wawel. Pokazałam im czakram i zrobiliśmy sobie parę zdjęć, zanim zeszliśmy pod Smoka. Tam jakaś babka namówiła nas na
półgodzinną przejażdżkę łódką po Wiśle, ale oni w ostatniej chwili się wycofali, więc popłynęłam sama,  z jakąś parą z Cardiff i tłumaczyłam im, co mówi kapitan :) Po powrocie przeszliśmy się na Kazimierz i zjedliśmy obiad w Arielu. Potem wróciliśmy na Stare Miasto i na Plantach przypomniałam sobie, że jest Lany Poniedziałek, jak nas zaczęły gonić dzieciaki z pistoletami na wodę. Na szczęście tylko trochę nas zmoczyli, a wkrótce i tak zaczęło padać, więc schowaliśmy się w Kościele Mariackim i porobiliśmy zdjęcia ołtarza Wita Stwosza. Na koniec poszliśmy jeszcze do Collegium Maius, a potem do domu na krótką drzemkę :) Wtedy Alain się pomylił i zamiast Pologne powiedział Polonie, więc tak już zostało :) Wieczorem wypiłam jednego Redd'sa, a oni rozpili prawie całą butelkę wódki we  trójkę i poszliśmy na ulicę Wielopole do klubu Kitsh. Tam bawiliśmy się do 3:00.

  
Wystawa zdjęć Jana Pawła II na Rynku Głównym w Krakowie oraz makieta Wawelu na Wawelu :)

We wtorek wstaliśmy o 8:00 i o 9:00 zawiozłam ich do Wieliczki, ale do kopalni zeszliśmy dopiero przed 11:00, razem z parą jakiś Francuzów, bo nie mogliśmy się zdecydować, do której grupy dołączyć. Z przewodnikiem w języku angielskim była dużo droższa, więc ich namówiłam na polskiego przewodnika, obiecując, że będę im tłumaczyć. Zwiedzanie trwało ponad dwie godziny i bardzo się nam wszystkim podobało. Później zawiozłam ich do Oświęcimia, wysadziłam pod obozem i pojechałam pod pomnik, który znajduję się pomiędzy obozami. Było tam tak spokojnie, że zdrzemnęlam się godzinkę w samochodzie. Po 17:00 podjechałam po nich i ruszyliśmy do Warszawy. Zmieniliśmy się na stacji benzynowej i najpierw prowadziła Jacqueline, a potem Celine. Do domu dojechaliśmy o 23:30 na kolację. Po północy pojechaliśmy na Nowy Świat, ale było strasznie pustawo. Klub Desperados był zamknięty i w końcu wyladowaliśmy na drinku w Szparce na placu Trzech Krzyży. Spać poszliśmy więc dopiero po 1:00 w nocy.

W środę wstaliśmy rano i po śniadaniu pojechaliśmy na Starówkę. Najpierw zwiedziliśmy katedrę, a potem napiliśmy się czegoś pod parasolami na Rynku Starego Miasta. Później zaczęliśmy iść w stronę Rynku Nowego Miasta, ale po drodze zobaczyłam, że Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie jest otwarte, więc poszłam je zwiedzić razem z Alainem. Dziewczynami tymczasem poszły na gofry, skąd podeszliśmy wszyscy razem pod pomnik Powstańców pod sądami, a potem pod Małego Powstańca. Przeszliśmy kawałek wzdłuż Barbakanu, a potem zaszliśmy na tył Katedry i na podwórze Zamku. Następnie podjechaliśmy pod Łazienki i poszliśmy na spacer po parku. Doszliśmy do Pałacu na Wyspie i Teatru na Wodzie, a potem jeszcze pod pomnik Chopina. Potem podjechaliśmy na 15:00 do dentysty, bo miałam przegląd, a oni poczekali na mnie 15 minut przy samochodzie. W domu zjedliśmy tylko obiad i ruszyliśmy do Gdańska. Najpierw prowadził Alain, potem Jacqueline, aż Celine dojechała o 23:30 do domu mojej cioci. Tym razem w ogóle nie prowadziłam, bo nadal mnie głowa bolała. Porozmawialiśmy chwilę z moją ciocią, która uczyła się kiedyś francuskiego, aż w końcu o 1:00 poszliśmy spać.

  
Kaplica św. Kingi w Wieliczce i pomnik upamiętniający wywóz francuskich Żydów w Oświęcimiu.

W czwartek zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy najpierw do Gdyni. Tam zaparkowałam pod Akwarium na końcu portu i prawie dostałam mandat, ale strażnik miejski dał sie udobruchać i kazał mi po prostu wykupić bilet w parkomacie. Zrobiliśmy sobie spacer po porcie, a potem pojechaliśmy do Sopotu. Tam przeszliśmy się po Monte Casino i potem oni poszli na Molo, a ja usiadłam sobie na ławce, aż wrócili. Weszliśmy na chwilę na plażę i usiedliśmy na piasku. W końcu ruszyliśmy i po półgodzinie błądzenia udało się nam wreszcie
wyjechać z Sopotu! :) Wróciliśmy do domu mojej cioci na obiad, a potem pojechaliśmy do Gdańska. Znów się zgubiłam, więc w końcu zaparkowałam za Motławą, a nie tak jak chciałam na początku ulicy Długiej. Przeszliśmy się więc najpierw Długą, a potem weszliśmy do Bazyliki. Później podeszliśmy na uliczkę Mariacka, gdzie są same sklepy z bursztynami, ale już powoli zamykali, więc trudno było coś wybrać tak w pośpiechu. Kupiłam sobie wisiorek z zielonym bursztynem, bo takiego jeszcze nie mam, Alain wisiorek swojej mamie, a dziewczyny nic. Później podeszliśmy pod Żurawia, napiliśmy się czegoś i wróciliśmy do domu się przebrać. Wieczorem pojechaliśmy do Gdańska na kolację, którą mi fundnęli w ramach podziękowania, a potem pojechaliśmy do Sopotu do Dream Club w Krzywym Domku, gdzie tańczyliśmy do 2:30 rano.

W piątek pospaliśmy wreszcie troche dłużej, prawie do 10:00, a potem zjedliśmy śniadanie, spakowali się i odwiozłam ich na lotnisko Lecha Wałęsy. Nigdy jeszcze
tam nie byłam, więc zapłaciłam za parking i poszłam z nimi. Obejrzeliśmy kawałek ślubu Williama i Kate na ekranie telewizora w holu. Potem ich odprowadziłam i pożegnaliśmy się. W czasie ich pobytu czasami mnie wkurzali i parę razy im to okazałam, ale ostatni wieczór i ich ostatni dzień minęły już w pozytywnej atmosferze i rozstaliśmy się w przyjaźni. Wracając nabrałam trochę benzyny, bo od poprzedniego wieczoru jeździłam już na oparach :) Potem wróciłam do domu cioci i pojechałam z kuzynką po moją mamę na dworzec. Po obiedzie pojechałyśmy z mamą na Molo w Sopocie. Tym razem miałam ciepła kurtkę, więc przeszłyśmy się aż do końca, gdzie teraz budują przystań dla jachtów. Potem poszłyśmy na Monte Casino i napiłyśmy się gorącej czekolady. W końcu wróciłyśmy do cioci na kolację. Przed snem trochę porozmawialiśmy i zanim poszłyśmy spać, minęła już północ.

  
Statek piracki stojący w porcie w Gdyni oraz dawne wejście na Molo w Sopocie.

W sobotę rano zjadłyśmy z mamą śniadanie, a potem pojechałyśmy do Gdańska. Najpierw poszłyśmy do Muzeum Bursztynu, ale niestety baterie mi się rozładowały i nie mogłam robić zdjęć. Potem poszłyśmy do Pikawy, gdzie moja mama wzięła kawę Pikawę, a ja gorącą czekoladę Puchatek :) Później przespacerowałyśmy się nad Mołtawę, a na koniec poszłyśmy jeszcze na uliczką Mariacką ze sklepami z bursztynem. Patrzyłyśmy na lampy z bursztynu i na ich ceny, bo chciałabym kiedyś sobie taką kupić. Weszłyśmy też na pocztę, bo szukałam znaczków z polskimi Noblistami dla Alaina. Widzieliśmy taką serię w Muzeum Marii Skłodowskiej - Curie. W końcu wróciłyśmy do cioci na obiad, a potem przyjechała jej druga córka, a moja kuzynka na kolację. Wyszła przed północną i poszliśmy spać.

W niedzielę rano wstałyśmy i zjadłyśmy śniadanie, a potem od 10:00 ogladałyśmy w telewizji Mszę Beatyfikacyjną Jana Pawła II w Watykanie, aż do 12:45. Potem zjadłyśmy obiad i zebrałyśmy się do drogi. Ruszyłyśmy o 14:00 i
dojechałyśmy do Warszawy w cztery i pół godziny, bo ja prowadziłam! :) Im ta sama droga zajęła pięć i pół godziny, a ja wcale nie szalałam, bo jakbym szarżowała, to dojechałbym i w cztery godziny! :) W domu byłyśmy już o 18:30 i moja mama poszła na 19:30 do kościoła, a ja weszłam do wanny. A potem o 21:00 obejrzałam na żywo "Spadkobierców" :) Nareszcie mogłam trochę odpocząć i wyspać się wreszcie we własnym łóżku. Od przyjazdu spędziłam bowiem zaledwie jedną noc w domu. Ale teraz miałam przed sobą całe trzy dni w Warszawie :)

  
Neptun na środku ulicy Długiej w Gdańsku oraz sklepy bursztynowe na ulicy Mariackiej.
piątek, 06 maja 2011
Przed wyjazdem

529.

W poniedziałek wstałam o 8:30, bo o 9:30 przyszła Sarah na kolejną lekcję polskiego. Na 12:00 podwiozła mnie do pracy, a że szefowej nie było, to poćwiczyłyśmy z dziewczynami "chodzenie" na charytatywny pokaz mody :) O 17:00 poszłyśmy na dół na próbę, ale mi po 15 minutach prowadzaca powiedziała, że mogę już iść do domu, bo wszystko umiem :) Zjadłam więc obiad, a potem na 19:30 poszłam do Polskiego Klubu na salsę. Zapłaciłam 7 funtow za Ladies Styling, ale lekcja się opóźniała i nie podobało mi się za bardzo, więc więcej się na nią nie wybiorę. Później doszedł Krystian i była już trochę lepsza lekcja. A potem zostaliśmy do 23:30 na free style i wytrańczyłam się znów trochę :)

We wtorek wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. Szefowa już wróciła i wysłała mnie do ogródków działkowych
na Cecil Avenue, gdzie kiedyś mieszkałam, żeby odebrać stamtąd wolontariuszy. Po pracy poszłam prosto do Galerii II na pokaz "Cinema Paradiso". Przyszło na niego 10 osób, m.in. moje dziewczyny i Matt. Po filmie pomogłam posprzątnąć, a potem o 20:30 spotkałam się w Wanyu. Poszłyśmy do nowej polskiej restauracji Ambrozja, ale niestety była zamknięta. Poszłyśmy więc do Balangii na naleśniki, a potem do Weatherspoon na drinka. Tam doszły do nas dziewczyny, Arnold i James, żeby nas namówić na drinka w Lloydsie. Doszłyśmy tam do nich trochę później i siedzieliśmy do 23:30. W domu byliśmy przed północą i usiadłam znów do komputera. Matt zaczął do mnie pisać na Skypie. Wysłał mi stronę z filmami Tarkowskiego i obiecał listę swoich filmów na DVD.

  
Salvatore Cascio jako Toto w "Cinema Paradiso" Giuseppe Tornatore oraz Andriej Tarkowski.

W środę wstałam znów o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy. Potem wróciłam do domu, zjadłam jakąś kanapkę i o 18:00 poszłam do mojego starego domu razem ze znajomą Wegierką, która szuka mieszkania. Pokazaliśmy jej ze znajomymi, którzy teraz tam mieszkają, jak wygląda dom. Potem dali mi jakąś kartkę urodziniowa z fabryki, w której pracowali, bo poskarżyłam się, że idę na urodziny i nie zdążę już nic kupić :) Po 19:00 wyszłam od nich i poszłam prosto do Gosi pożyczyć torbę na wyjazd. Chcę wywieźć parę rzeczy do Polski, żeby mieć mniej w czasie kolejnej przeprowadzki. Zostawiłam tą torbę w domu po drodze do Nandos, gdzie o 20:00 byłam zaproszona na urodziny Mansi. Czekała już tam Nancy, a potem doszło jeszcze 7 babek :) Po obiedzie zjadłyśmy lody z doniczki z kwiatkami, które Mansi dostała w prezencie (bardzo fajny prezent :) I po 22:00 znajoma podrzuciła mnie do domu.

W czwartek wstałam o 11:00 i na 12 poszłam jak zwykle do pracy. Szefowej znów nie było, więc wydrukowałam sobie bilety do Polski i mapkę hostelu w Krakowie. Potem zadzwonilam do HR, żeby dowiedzieć się, do kiedy został przedłużony mój kontrakt, który kończył się 30 kwietnia. Okazało się jednak, że nie został przedłużony, więc się za to zabrali, bo powiedziałam, że jak nie dostanę potwierdzenia, to nie wrócę z Polski! :) Potem poflirtowałam chwilę z jednym ze starszych studentów, który często do nas przychodzi, ale kolega z pracy chyba zrobił się zazdrosny, więc zaproponował, żebyśmy poszli razem potańczyć w piątek i wziął mój numer telefonu, ale później się z tego wykręciłam. Po pracy poszłam na basen, a potem na jakieś zajęcia aerobikowie, ale mi się nie podobały i nie wybieram się na nie już nigdy więcej :) Wróciłam do domu, zjadłam obiad i kupiłam dziewczynom jakiś bilet przez Internet. Chcą w maju zjechać w tydzień pół UK, zanim wrócą na stałe do Francji. Później się zdrzemnęłam, a potem usiadłam do Internetu. Matt przesłał mi wreszcie
listę swoich filmów i parę piosenki Pati Yang (Polki, o której wcześniej nie słyszałam :) Poszłam spać dopiero po 3:30 rano.

  
Lody w doniczce, a w nich gerbery (oryginalny prezent :) oraz Pati Yang, czyli Patrycja Hilton.

W Wielki Piątek pospałam wreszcie do południa, a wieczorem poszłam znów na urodziny Mansi, ale tym razem do domu jej przyjaciółki. Zaprosiła nas na sushi, co mnie bardzo ucieszyło, bo akurat chciałam się pozbyć składników, które od dawna mi zalegały w szafie. Poszłam tam na 19:00 i pomogłam pokroić składniki. Wtedy sobie potem przypomniałam, że zapomniałam zabrać wasabi z lodówki! Wróciłam więc po nie do domu i spotkałam Jacqueline i Arnolda. Umówiliśmy się, że dojdę do nich później na Kółko Francuskie, bo najpierw muszę zjeść to sushi :) Dlatego do 1in12 dotarłam dopiero po 21:00. Była już tam Severine z chłopakiem i z siostrą, która przyjechała ją odwiedzić oraz nowi ludzie - Japonka, dwóch braci Chińczyków i Francuz. Wracaliśmy razem do domu, więc wzięłam od nich
adresy e-mail, żeby ich powiadomić o następnym Kółku. W domu byliśmy przed północą i zaraz poszłam spać.

W sobotę wstałam w południe i miałam całą listę rzeczy do zrobienia przed wyjazdem, ale jakoś nie mogłam się zmobilizować. W końcu wzięłam strój kąpielowy i najpierw poszłam do apteki, ale była zamknięta. Po drodze spotkałam znajomego Polaka, potem wczorajszą solenizantkę :) Bratfoot jest jednak małe :) Potem poszłam na basen, ale okazało się, że też jest zamknięty. Zaczęłam więc wracać do domu, ale po drodze spotkałam Celine i poszłam razem z nią na campus do Amfiteatru, czyli takiego parku. Tam położyłyśmy się na trawie i do domu wróciłyśmy dopiero po 17:00. Odpuściłam sobie pranie, bo stwierdziłam, że nie ucieknie i do
kończyłam opisywać zdjęcia z Madrytu i Amsterdamu, a potem rozesłałam maile. Później się zdrzemnęłam, a potem porozmawiałam z rodziną przez Skype'a. W końcu się spakowałam i poszłam wcześniej spać, bo nazajutrz rano leciałyśmy do Polski :)