Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 27 maja 2013
Zwariowany tydzień!

639.

W poniedziałek wstałam po 6:00 rano, wzięłam prysznic i po 7:00 wyszłam z domu. Doszłam pod uniwerek i zaczął się chaos :) Stały tam już 3 autokary, bo okazało się, że spod uniwerku oprócz naszej rusza też inna wycieczka, więc nasze 6 autokarów się nie zmieściło. Podjechały 3, a reszta stanęła kawałek dalej. W dodatku liczba miejsc w autokarach nie zawsze zgadzała się z tą podaną nam wcześniej, a co za tym idzie z liczbą sprzedanych biletów :) W końcu okazało się, że mieliśmy parę wolnych miejsc. Zabraliśmy nawet jedną studentkę więcej, która zapłaciła nam w drodze powrotnej, jak już na miejscu wyjęła pieniądze z bankomatu :) Ja z szefową siedziałyśmy ze studentami na górze jedynego tym razem Double Deckera i nie było nam za wygodnie. O 8:00 udało się nam wszystkim wreszcie ruszyć i po 11:00 dojechaliśmy do Alton Towers. Poszłam najpierw z szefową na atrakcje dla dzieci: przejażdżkę łódeczką Riverbank Eye Spy i kolejkę Squirrel Nutty Ride :) Potem poszłyśmy do "Ice Age. The 4D Experience" czyli do 4-wymiarowego kina na krótki film z serii "Epoka lodowcowa".

Później wsiadłyśmy w kolejkę górską Sky Ride i pojechałyśmy ponad ogrodami na drugą stronę parku. Przeszłyśmy przez parę kolejnych rejonów parku i spotkałyśmy parę osób z naszej wycieczki. W pirackiej Mutiny Bay poszłyśmy na Live Pirate Show, ale nie był zbyt zabawny, więc wsiadłyśmy znów w Sky Ride i podjechałyśmy do Woodcutter's Bar and Grill na obiad, a po obiedzie poszłyśmy do "Charlie and the Chocolate Factory. The Ride". Na deser podjechałyśmy znów kolejką linową do Corner Coffee and Bar, a że miałyśy jeszcze trochę czasu, to zaliczyłyśmy jeszcze raz poranne atrakcje dla dzieci: Riverbank Eye Spy i Squirrel Nutty Ride:) O 17:00 byłyśmy już przy autokarach, ale zanim zebrałyśmy wszystkich studentów, to nasz autokar wyruszył jako ostatni o 18:00. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na przerwie na toaletę, więc pod uniwerkiem byliśmy dopiero przed 21:00. Potem szefowa podwiozła mnie do domu, gdzie dotarłam po 21:00. Nie poszłam już na salsę, ale zamiast od razu iść spać, mimo że byłam zmęczona, usiadłam do Internetu :) A spać poszłam dopiero po 1:00.


Mapa najbardziej popularnego ponoć w Anglii parku Alton Towers, z najwyższymi roller coasterami.

We wtorek wstałam po 7:30 i podjechałam do pracy na 10:00. Byłam niewyspana, więc schowałam się w Advice Centre, żeby tylko przeczekać jakoś dzień :) Nie poszłam nawet na Pilates, bo w piątek szłam na lunch z ludźmi z Advice Centre i chciałam sobie zaoszczędzić na to trochę ekstra czasu. Potem od 15:30 do 17:00 siedziałam na recepcji. Chłopak z BSC przyszedł wcześniej, żeby pokazać "Spirited Away" na kolejnym spotkaniu IFSoc, a ja poszłam na dworzec i wsiadłam w autokar do Londynu. Niestety, nikt nie przyszedł na film, więc przysłał mi wiadomość, że idzie do domu. A ja poszłam spać w autokarze i dopiero jak dojeżdżaliśmy do Londynu, to spytałam kierowcę, czy zatrzymuje się przy Marble Arch. Powiedział, że zobaczy, czy mu się uda, ale że po 22:00 zatrzymał się przy stacji metra Golders Green linii Northern, więc tam wysiadłam i podjechałam do znajomej. Dotarłam dzięki temu do niej dużo wcześniej, bo już o 23:00, ale zagadałyśmy się i zanim poszłyśmy spać, to już oczywiście dawno minęła północ.

W środę wstałam o 6:00 rano, wzięłam prysznic i wyszłam po 7:00. Zostawiłam wszystko u znajomej, włącznie z komórką, zebrałam ze sobą tylko potrzebne mi papiery. Wsiadłam w metro i tuż przed 8:00 doszłam pod Ambasadę, ale do środka weszłam dopiero o 8:15, bo musiałam najpierw stanąć w kolejce i przejść przez ochronę. Miałam numerek 906 i po jakiejś godzinie mnie wywołali. Złożyłam wszystkie dokumenty i zapłaciłam ponad 200 funtów, a potem czekałam dalej. W końcu znów mnie wywołali do okienka i dostałam tą wizę! Zapłaciłam jeszcze 15 funtów ekstra za kuriera i po 10:30 wyszłam. Po 11:00 byłam już z powrotem u znajomej i zaprosiłam ją na lunch, bo od rana nic nie jadłam. Wyszłyśmy po 12:00 i poszłyśmy do bardzo fajnej knajpki Cafe Lemon na Green Lanes coś zjeść, a potem przed 14:00 odprowadziła mnie na stację metra i pojechałam na Victorię. Dotarłam tam przed 15:00, ale okazało się, że mój autokar jest prawie godzinę spóźniony, ruszyliśmy więc dopiero przed 16:00. Koło mnie przez część drogi siedziała babka ze złamaną nogą, a potem w Leeds musieliśmy zmienić autokaru, bo podobno zostawiłam odkręconą wodę w łazience i zalało nam podłogę :) W domu byłam przed 21:00. Wzięłam kąpiel, zapowiedziałam na FB, że kończę wkrótce z salsa parties i po 24:00 poszłam spać.

W czwartek obudziłam się po 9:00, bo myśli mi się kotłowały w głowie i nie mogłam już spać, więc usiadłam do Internetu. Potem wróciłam do łóżka na pół godzinki i wstałam po 10:00. Po 11:00 wyszłam z domu i podjechałam do Health Centre po receptę na krem, który mi się kończy. Przy okazji miałam szczęście, bo pielęgniarka miała akurat czas, żeby mnie przyjąć i dostałam od razu receptę na pigułki. Po drodze do pracy weszłam do apteki, ale nie mieli tego kremu, więc będę musiała pójść do innej, jak znajdę czas. Jak wyszłam z apteki, to było już za późno, żeby wejść do sklepu, poszłam więc prosto do pracy, po raz ostatni na 12:00, bo teraz przez całe lato będę pracować 9:00-17:00. Usiadłam na Recepcji i cały dzień
bolała mnie głowa. Wzięłam szefową na stronę i powiedziałam jej, że dostałam wizę i muszę na jakieś 2 tygodnie polecieć do Stanów na początku października. Powiedziała, że byłoby lepiej, gdybym poleciała na 2 pierwsze tygodnie września. Ustaliłyśmy, że zobaczymy, bo to zależy od cen biletów. Wyszłam z pracy przed 20:00 i poszłam do domu. Wzięłam kąpiel i przed 24:00 poszłam spać.

W piątek obudziłam się o 6:30 i już nie zasnęłam. Wstałam więc przd 7:30 i usiadłam do komputera. W końcu się ubrałam i wyszłam. Podjechałam Free Busem pod uniwerek i po drodze weszłam jeszcze do sklepu po banany. W pracy byłam przed 9:00, ale przygotowania do Party on the Amp (POTA), czyli ostatniej imprezy roku akademickiego, szły już pełną parą. Ponieważ padał deszcz całą imprezę przenieśli do budynku Student Central, do barów na dole. Po 11:00 przeszłam się więc zobaczyć, jak to wygląda i załapałam się na darmowe lody, żelki i Fortune Cookie :) W środku było napisane: "You are young at Heart" :) Jakbym nie wiedziała! :) Na 13:00 poszłam z ludźmi z Advice Centre na lunch do Lahore, gdzie spotkaliśmy się z babką, która niedawno poszła na urlop macierzyński. Moja ryba z grilla była trochę ostra, ale ogólnie było smacznie i tanio, mimo, że zrzuciliśmy się i zapłaciliśmy za tą babkę :) Wróciliśmy do pracy po 14:30 i po drodze zajrzeliśmy na POTA :) Do końca dnia mieliśmy urwanie głowy, bo studenci wciąż przychodzili odebrać bilety! W końcu udało mi się wyjść 5 minut po 17:00! :) Podjechałam do Morrisona, a później z ciężkimi siatami do domu. Zrobiłam dwie miski Sangrii, gadając jednocześnie z ludźmi na Facebooku (m.in. z Krystianem), aż w końcu poszłam spać przed północą!

W sobotę obudziłam się po 9:00 i wstałam, bo miałam strasznie dużo do roboty. Ugotowałam makaron i zrobiłam sałatkę, a potem zaczęłam trochę sprzątać. Ale jednocześnie zaglądałam też cały czas na Facebooka, więc wolno mi to wszystko szło :) W końcu około 15:00 poszłam się godzinkę zdrzemnąć, bo coś mnie zmogło. Miałam w końcu dość ciężki tydzień pełen wrażeń! :) Potem weszłam do wanny i zaczęłam się ubierać. Ala przyjechała po 17:30, tak jak się umawiałyśmy. Uczesała mnie i poszłyśmy wstawić obiad. Kasia dojechała spóźniona po 18:30, prosto na jedzenie, a potem zaczęli się powoli schodzić goście. Pierwszy był Piotrek, kolega Krystiana, którego znam od wielu lat, a potem pozostali znajomi z salsy. Jeden z nich poszedł na 21:00 na lekcje, a my doszliśmy dopiero po 22:00 prosto na imprezę My Salsa My Soul. Jak zwykle pół przetańczyłam, a pół przesiedziałam, ale ogólnie byłam zadowolona i nawet się wytańczyłam. Po imprezie parę osób poszło do mnie na after party, ale część od razu wzięła taksówkę i zostało nas tylko siedmioro. Potańczyliśmy trochę kizombę, a potem znajomy z Manchesteru wyszedł, a reszta zebrała się po 5:00 rano. Zmyłam tylko makijaż i po 5:30 poszłam spać.

W niedzielę obudziłam się przed budzikiem, ale wstałam dopiero po 11:00 i wzięłam prysznic. Potem trochę posprzątałam i wychodząc wyniosłam od razu śmieci. Poszłam na dworzec i kupiłam bilet do Leeds na 12:25. Wsiadłam w pociąg i przed 13:00 doszłam już do La Boheme na Sunday School. Nikogo jeszcze prawie nie było i zanim lekca się zaczęłam, to było już z 15 minut po 13:00. Parę osób się spóźniło, m.in Kasia oraz chłopak, którego poznałam miesiąc temu na pierwszych warsztatach i z którym tańczyłam na poprzednich 2 tygodnie temu. Przetańczyłam z nim większość piosenek w czasie Social Dancing po warsztatach tanga i na koniec wymieniliśmy się numerami telefonów i umówiliśmy się wstępnie na tango na wtorek ;) Ustalilismy też, że będziemy się spotykać i wspólnie ćwiczyć :) Porozmawiałam też z tym znajomym z tanga, który zaoferował mi pomoc w pisaniu pracy i umówiłam się z nim wstępnie na najbliższy tydzień. W końcu po 17:00 wyszłam z tym chłopakiem, pożegnaliśmy się i poszłam na dworzec. Pogoda była nareszcie piękna i słońce mocno grzało, więc postanowiłam wsiąść w pociąg jadacy na Forster Square i wysiąść po drodze w Saltaire. Akurat przyjechał i ledwo na niego zdążyłam, ale okazało się, że się nie ztrzymuje w Saltaire, tylko w Shipley, więc  musisiałam kawałek dojść. Po 18:00 leżałam już na trawie w Roberts Park :) Ale nie udało mi się zdrzemnąć, bo Kasia zadzwoniła i jak skończyłyśmy gadać, to już mi się nie chciało spać :) Poleżałam jednak do 19:30, a potem weszłam do sklepu i poszłam na stację. Wsiadłam w pociąg do Bratfoot i po 20 byłam w domu. Porozmawiałam chwilę z mamą i z siostrą przez Skype'a, jednocześnie dokańczając chipsy i sok z imprezy :) Potem przyszedł Sekretarz naszego stowarzyszenia zobaczyć mój salon, bo stwierdziłam, że albo muszę się wyprowadzić, albo znaleźć lokatora, żeby zaoszczędzić pieniądze! I stwierdził, że chce się wprowadzić pod koniec czerwca. Pogadaliśmy i wyszedł po północy, ale spać poszłam po 2:00 :)

W poniedziałek był kolejny Bank Holiday, czyli znowu długi weekend. Przed 11:00 obudził mnie telefon od Kasi, która leciała wieczorem do Polski, z pytaniem, czy mam drukarkę, bo musi wydrukować bilet! Że też się nie boi zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę? Poza tym wszędzie się zawsze spóźnia, więc ciekawe czy w ogóle zdąży na ten samolot! Nie zasnęłam już tylko wstałam i wstawiłam wreszcie naczynia z imprezy do zmywarki. Zaczęłam też gotować ryż na lunch do pracy oraz makaron na obiad. Większość dnia spędziłam w sieci. Stanisław Zawiśliński odpowiedział mi na pytania dotyczące Kieślowskiego i umówiłam się na rozmowę z Jerzy Stuhrem, jak będę w Polsce. Zaczęłam się zastanawiać czy lepiej wynająć mój salon, czy się wyprowadzić i stwierdziłam, że zacznę jednak czegoś szukać. Wieczorem przyszła sąsiadka, która wróciła właśnie po 2 miesiącach i spytałam ją, czy nie zaczekałaby jutro u mnie na kuriera, który ma dostarczyć mój paszport pomiędzy 8 rano a 6 wieczorem, o ile nie pojawi się do południa. Potem obejrzałam na Youtubie film Petera Weira "Green Card" (Zielona karta), żeby go sobie przypomniać, bo jest teraz na czasie ;) I w końcu poszłam spać
przed północą.

  
Jacyś ludzie w mojej kuchni (impreza :) oraz Gerard Depardieu i Andie MacDowell w "Green Card".
niedziela, 19 maja 2013
"Fenomenalna" impreza

638.

W poniedziałek obudziłam się przed budzikiem, ale wstałam dopiero jak zadzwonił o 10:00. Wzięłam kąpiel i podjechałam Free Busem do sklepu. O 11:30 poszłam się spotkać z moim promotorem na szybką pogawedkę. O 12:00 byłam już w pracy i okazało się, że nowa nie przyszła, a studentowi, który miał przyjść o 13:00, coś wypadało. Miałyśmy więc z szefową urwanie głowy, w dodatku o 13:00 musiałyśmy iść obie na zebranie w sprawie organizowanych przez nas wycieczek. Poprosiłyśmy więc Sabbów, żeby popracowali na Recepcji, ale oczywiście wszystko zrobili źle i nieźle namieszali :) Z zebrania zaś wynikło, że ja i szefowa zajmiemy się stroną administracyjno-organizacyjną oraz organizowaniem wycieczek do parków rozrywki i być może zagranicznych (na razie jest mowa o Paryżu i Brukseli :) Do 16:00 zasuwałysmy obie na Recepcji, aż przyszła studentka, a ja wyrwałam się wreszcie na lunch. Potem się uspokoiło i do 20:00 zdążyłam się wynudzić. Wyszłam parę minut wcześniej i poszłam do domu. Zjadłam coś szybko, a potem poszłam na salsę, ale i tak się spóźniłam. Po lekcji poszłam do sklepu po coś do picia i do jedzenia na moje ostatnie spotkanie naszego stowarzyszenia, bo za tydzień będę w Londynie. Wróciłam do domu, zjadłam coś i po północy poszłam spać.

We wtorek wstałam po 7:30, wzięłam kąpiel i podjechałam z dwoma ciężkimi torbami zakupów do pracy. na szczęście we Free Busie spotkałam jedną z naszych Sabatical officers i pomogła mi nieść jedną siatkę. Tymczasem odpisali mi z Ambasady Amerykanskiej w Londynie i z maila od nich wynika, że w trakcie interview będę musiała wypełnić jakiś formularz, który będzie miał ich przekonać, że jestem w stanie sama się utrzymać. No cóż, już wkrótce będę wszystko wiedziała! :) Zaczęłam też sprawdzać pociągi z Warszawy do Lwowa, bo obie moje ciocie z Ameryki wyraziły chęć wybrania się tam na wycieczkę. Dzień mi minął szybko, a o 17:00 poszłam do Activities Room na moje ostatnie spotkanie naszego stowarzyszenia i pokaz filmu "Ministry of Fear" (Ministerstwo strachu) Fritza Langa. Oprócz mnie przyszedł tylko jeden student i w dodatku nie chciał nic jeść ani pić. Sama zjadłam więc marchewki z hummusem i migdały. Film był bardzo dobry i obojgu się nam podobał. Po filmie zostawiłam w pracy jedną Fantę i Pringles, a resztę rzeczy zabrałam do domu. Zjadłam coś, a potem ugotowałam marchewki. Porozmawiałam chwilę z siostrą przez Skype'a i usiadłam do Internetu. I zamiast od razu iść spać obejrzałam na Youtube półtora godzinne show komediowe Petera Kay. Do łóżka poszłam po północy.

  
Ray Milland i Marjorie Reynolds w "Ministry of Fear" oraz nawet dość zabawny komik Peter Kay.

W środę wstałam po 10:30 i weszłam do wanny. Potem wsiadłam we Free Busa i podjechałam na 12:00 do pracy. Wieczorem zaczęłam rozmawiać jednocześnie z siostrą przez Skype'a i z Krystianem na Facebooku! :) Siostra zaprosiła go na wesele, ale on się nie mógł zdecydować, czy przyjedzie. O 20:00 wyszłam z pracy i po drodze do domu weszłam do sklepu. Potem kontynuowałam rozmowę zarówno z siostrą jak i z Krystianem. Dałyśmy mu jeden dzień do namysłu :) W międzyczasie zaczęłam się umawiać z jedną z moich byłych uczennic na prywatne konwersacje. Potrzebuję pieniędzy, więc postanowiłam spróbować :) Siostra dowiedziała się też, ile by kosztował wyjazd z Warszawy do Lwowa, więc napisałam do cioci z Ameryki z informacja. Jeśli to wypali, to będę miała znów bardzo napięty plan pobytu! :) Przylot jest w czwartek i wieczorem jestem już umówiona na salsę. W piątek przygotowania do ślubu i w sobotę ślub. W niedzielę jeden dzień odpoczynku, a w poniedziałek wyjazd do Krakowa na spotkanie z panem Jerzym Stuhrem. We wtorek fryzjerka i dentystka, i wieczorem wyjazd do Lwowa, Tam dwa dni i powrót w piątek rano. W sobotę rano wylot. Uff! :) A chciałam jeszcze spróbować się spotkać z Krzysztofem Piesiewiczem. Nie byłoby już kiedy go wcisnąć! W końcu po 1:00 poszłam spać.

W czwartek obudziłam sie o 8:00 rano i już nie mogłam zasnąć. W końcu wstałam z łóżka i usiadłam do komputera. O 10:00 weszłam do wanny i tuż przed 11:00 wyszłam z domu. Podjechałam do uniwerku i doszłam do przychodni, gdzie miała na mnie czekać recepta, którą zamowiłam przez Internet. Niestety, nie mogli jej nigdzie znaleźć i będę musiała przyjść jeszcze raz. Ale dopiero za tydzień będę miała czas. Po drodze do pracy weszłam jeszcze do The Hub i dowiedziałam się, jakie są terminy składania prac. Jeżeli np. chciałabym mieć Graduation w grudniu, to muszę oddać moją pracę doktorską do 1 pażdziernika :) A jeżeli z lipcu przyszłego roku, to do 1 maja 2014. Dotarłam w końcu do pracy i zabrałam się za obie wycieczki. Zarówno sobotnia do Lake District jak i poniedziałkowa do Alton Towers były wyprzedane. Trzeba było więc przygotować torby dla helperów z listą osób oraz handoutami. Udało mi się wyjść parę minut przed 20:00 z pracy i powolutku wróciłam sobie piechotką do domu. Zjadłam coś i obejrzałam na BBC iPlayer drugi odcinek programu "Bratfoot - City of Dreams". Tym razem było m.in. o polskiej kiełbasie i sklepami z polską żywnością :) Trochę stereotypowe. Tymczasem Krystian odpisał, że nie przyjedzie jednak na ślub mojej siostry. Może to i lepiej :) Spać poszłam tuż po północy.

W piątek budzik zadzwonił o 7:00, bo chciałam trochę rano posprzątać, ale wstałam dopiero o 7:30. Weszłam do wanny, a potem zmyłam naczynia i ogarnęłam trochę salon. Podjechałam do pracy na 10:00 i miałam cały dzień urwanie głowy z obydwoma wycieczkami. Co prawda były już niby wyprzedane, ale parę osób przyszło po zwrot pieniędzy i oddało bilety, więc musieliśmy je na nowo sprzedać. A ja musiałam uaktualnić listę osób. W dodatku jak chciałam coś sprawdzić na maszynie do kart bakowych, zablokowało mi PIN! Poszłam więc od razu do bankomatu, zobaczyć, czy karta mi nadal działa i bez problemu wypłaciłam pieniądze. W końcu udało mi się wyjść po 16:30 i tuż po 17:00 byłam w domu. Moja była uczennica przyszła po 17:15 na próbną lekcję polskiego. Wyszła zadowolona godzinę później i umówiłyśmy się na następną lekcję na środę za półtora tygodnia. Wieczorem miałam jechać z Kasią do Ali i stamtąd wybierałyśmy się razem do Leeds na Rumba Picante, ale około 19:30 sen mnie zmógł i poszłam się zdrzemnąć. Oprzytomniałam dopiero po 23:30 i jak chciałam sprawdzić stan konta, okazało się, że PIN jednak mi nie działa. Pod koniec dnia wysyłamy bowiem informacje o wszystkich tranzakcjach do banku i dopiero wtedy mi go pewnie zablokowali. Po 1:00 poszłam dalej spać.

W sobotę obudziłam się o 10:00 i już mi sie nie chciało spać, więc poszłam najpierw do Barclaysa odblokować PIN (okazało się, że nie było z tym żadnego problemu i trwało to minutę) a potem do Morrisona po jedzenie. Wróciłam do domu po południu i porozmawiałam z siostrą i z mamą przez Skype'a. Pomysł wyjazdu do Lwowa całkiem już padł i całe szczęście, bo inaczej mój wyjazd zamieniłby się w bardzo męczący maraton! :) Zjadłam coś i nagotowałam zupy na przyszły tydzień, a potem poszłam się zdrzemnąć, bo coś mnie zmogło :) Umówiłyśmy się znów z dziewczynami, że wieczorem pojedziemy do Ali, a potem razem na Latin Vibe. Weszłam więc do wanny, ubrałam się i poszłam na Interchange. Pojechałyśmy z Kasią autobusem po 20:00 i Ala najpierw mnie uczesała, a potem zrobiła też makijaż! :) Po 22:00 byłyśmy już w La Boheme, ale było tak dużo ludzi, że praktycznie nie dało się tańczyć! Cały czas miałam oczy dookoła głowy, a i tak ktoś mi pojechał obcasem po pięcie :) O północy było pokazy, ale połowa na dość średnim poziomie. Postanowiłam wrocić do domu ostatnim autokarem o 2:15, ale zanim się zebrałam, ktoś zdążył mi jeszcze przytrzasnąć dwa palce drzwiami! Włożyłam je w szklankę lodu z baru, a potem poszłam na dworzec. W domu byłam po 2:40, a spać poszłam po 3:30.

Dzisiaj wstałam przed południem i usiadłam do Internetu. Napisałam najpierw do tancerza, którego poznałam na Calle Ocho, jak przykładałam lód do stopy, a którego spotkałam poprzedniego dnia przy barze, jak prosiłam o lód na palce! :) Spytałam mnie, czy na każdej imprezie robię sobie krzywdę :) Obiecałam mu, że jak przyjdzie na My Salsa My Soul za tydzień, to na pewno wreszcie zatańczymy, nawet jeśli będę miała podeptane obie stopy i połamane wszystkie palce! :) Zdałam sobie wtedy sprawę, że na tamtej imprezie miałam dokładnie taką samą fryzurę, czyli donata na głowie i doszłam do wniosku, że to ona mi przynosi pecha :) Potem niedobrze mi się zrobiło od komentarzy ludzi, którzy się zachwycali wczorajszą imprezą, więc nie wytrzymałam i dla równowagi zadałam pytanie na forum, czym niby wczorajsza impreza różniła się od innych i czemu niby była fenomenalna, jak to cały czas twierdzili organizatorzy. Dwoje znajomych napisało do mnie na private, że się ze mną zgadzają, ale otwarcie mało kto mnie poparł :) Straszne zakłamanie panuje na tej scenie salsowej! :) Zjadłam obiad, wstawiłam pranie i zaczęłam pakować torbę na wyjazd do Londynu, bo zdałam sobie sprawę, że nie będę miała później za bardzo na to czasu. W końcu
zjadłam jeszcze kolację i przedłnocą poszłam spać.
niedziela, 12 maja 2013
Najazd Francuzów :)

637.

We wtorek wstałam po 7:30 i wzięłam kąpiel, a potem podjechałam Free Busemdo pracy. Weszłam najpierw do sklepu, a potem do Richmond Building. Potem poszłam do pracy i zjadłam banany na śniadanie. Na 10:00 poszłam do jednego z siedmiu akademików i pogadałam 15 minut z szefową. Dałam jej plakaty i ulotki, a potem wróciłam do  pracy. Po drodze weszłam do biblioteki, ale okazało się, że  ktoś wypożyczył "Spirited Away" na DVD i nie oddał. Na 12:00 poszłam na Pilates, a potem usiadłam w Advice Centre. Po 15:00 wróciłam do Recepcji i o 17:00 poszłam do Activities Room. Trzy osoby przyszły na pokaz filmu, ale niestety musiałam w zamian pokazać "Rear Window" (Okno na podwórze) Hitchcocka. Jedna osoba poszła, ale dwie zostały i we trójkę obejrzeliśmy film, który okazał się dużo zabawniejszy niż się wszyscy spodziewaliśmy i bardzo się nam podobał :) Wyszłam z pracy o 19:00 i podjechałam ostatnim Free Busem do domu. Zjadłam coś i zaczęłam oglądać znów stare skecze kabaretu TEY. Kiedyś nie zauważałam, że niektore z nich są szowinistyczne! Spać poszłam po północy.

W środę obudziłam się sama o 9:00, więc wstałam wcześniej i wzięłam kąpiel, żeby leniwie zacząć dzień. Wyszłam o 11:00 i najpierw weszłam do mojego banku po wydruk mojego konta oszczędnościowego, a potem do sklepu w oczekiwanu  na Free Bus, którym podjechałam pod uniwerek. Tam weszłam do drugiego sklepu po coś do jedzenia, a potem poszłam do The Hub, żeby się dowiedzieć ile kosztują moje studia, za które nie płacę :) Wszystko po to, żeby móc udowodnić w Ambasadzie Amerykańskiej, że będę w stanie sama sie utrzymać w Stanach. W pracy najpierw poszłam na zebranie, a potem siedziałam cały dzień w Recepcji, bo dwie studentki dały znać, że dziś nie przyjda, jedna po drugiej! Wyszłam o 20:00 i poszłam do domu. Zjadłam coś i wstawiłam pranie, a potem zaczęłam oglądać współczesne programy kabaretowe. Niektóre rzeczy się nie zmianiają. Spać poszłam znów po północy.

W czwartek obudziłam się znów przed budzikiem, o 8:30. Na 10:00 poszłam do kolejnego akademika, Wardley Hall. Szefowa doszła za chwilę i poprosiłyśmy menadżera, żeby nas oprowadził. Zaraz potem poszłyśmy wcześniej niż byłam umówiona do Kexgill Hall i tam też poprosilam o oprowadzenie. Później wróciłyśmy do pracy i dopiero na 12:00 poszłyśmy do Malik Hall i zwiedziłyśmy także ten akademik. Wróciłyśmy znów do pracy, a na 13:00 poszłam już sama do The Green, w deszczu, bo pogoda się w międzyczasie popsuła :( Wracając do pracy weszłam do Sainsbury, a potem na 14:00 poszłam znów sama i znów w deszczu do Forster Hall. Wracając stamtąd weszłam do Bombay Store i zobaczyłam buty, które chciałabym kupić na wesele siostry, do sukienki, którą niedawno kupiłam. Na 15:00 poszłam znów sama i w deszczu do ostatniego akademika, Arkwright Hall. Wracając zahaczyłam o Richmond Building i potem już do 18:00 siedziałam w pracy. O 18:00 poszłam na pokaz BSC "Jack Reacher" (Jack Reacher: jednym strzałem) i  bardzo mi się podobał. Po 20:00 byłam w domu, zjadłam coś i obejrzałam na BBC iPlayer pierwszy odcinek dokumentu "Bratfoot - City of Dreams". Spać poszłam znowu po północy.

  
James Stewart i Grace Kelly w "Rear Window" oraz Rosamund Pike i Tom Cruise jako Jack Reacher.

W piątek wstałam po 7:30, wzięłam prysznic i na 10:00 podjechałam do pracy. Pół dnia spędziłam w Advice Centre i udalo mi się dodzwonić do Ambasady w Londynie, ale nie znali odpowiedzi na moje pytanie. Chciałam wiedzieć jak mam im niby udowodnić, że stać mnie na to, żeby się samej utrzymać w Stanach. Kazali mi wysłać maila pod jakiś adres, z którego dostałam automatyczna odpowiedź, że odpiszą mi w ciągu 10-12 dni. Mam nadzieję, że zdążą przed moim interview w Ambasadzie, które mam 22 maja! :) Później poszłam na recepcję i tuż przed 17:00 zaczął się kocioł, więc zamiast wcześniej, wyszłam parę minut później! Podjechałam Free Busem do sklepu po jedzenie i już po 18:00 byłam w domu. Zabrałam się za sprzątanie, a potem wyszłam po 20:00 i poszłam na Interchange po znajomą Francuzkę i jej chłopaka. Czekałam na nich na dworcu autobusowym, a oni przyjechali pociągiem :) Żadno z nich nie miało komórki, więc całe szczęście, że udało się nam spotkać! :) Poszliśmy do mnie zostawić bagaże, a potem do Omar's Balti na curry :) Wróciliśmy do domu po 22:00 i poszliśmy spać.

W sobotę obudziłam się o 9:00 i zobaczyłam, że o 11:30 mamy autokar do Manchesteru. Majka zaprosiła mnie na drugie urodziny ich synka, a znajomi Francuzi zgodzili się w tym czasie pozwiedzać miasto. Pojechaliśmy więc razem i rozstaliśmy się w centrum - oni poszli zwiedzać w deszczu, a ja wsiadłam w autobus na Chorlton, skąd mnie odebrał chłopak Majki. Pojechaliśmy do nich do domu, gdzie było przyjęcie urodzinowe z jeszcze jedną parą z dwójką dzieci oraz sąsiadem, który o 17:00 odwiózł mnie na dworzec. Tam wsiedliśmy w Francuzami w autokar do Bratfoot, gdzie dotarliśmy o 19:00. Poszliśmy do sklepu na zakupy, bo zaproponowali, że ugotują obiad. Był bardzo smaczny, a potem zebraliśmy się i po 22:00 pojechaliśmy do Leeds i poszliśmy do Azucar. Kupiliśmy sobie dzbanek Sangii i czekaliśmy, aż się zaczną schodzić ludzie. Nie było jednak za bardzo z kim tanczyć, więc wyszliśmy przed 1:00 i wróciliśmy przedostatnim autokarem do domu. Ale dobrze się bawiliśmy.

W niedzielę obudziłam się znów wcześniej, ale wstałam dopiero jak zadzwonił budzik o 11:00 i wzięłam prysznic. Francuzi się spakowali i pojechaliśmy razem do La Boheme na Sunday School. To znaczy oni zostawili tylko bagaże i poszli zwiedzać Leeds, a ja zostałam na warsztatach tanga. Bardzo mi się podobało, bo byli fajni nauczyciele i tańczyłam znów z tym miłym chłopakiem, którego poznałam na poprzednich warsztatach tanga dwa tygodnie temu :) Potem Francuzi wrócili, zabrali bagaże i poszliśmy na kawę do kafejki obok, ale nie zostało nam zbyt dużo czasu. Odprowadziłam ich na dworzec pociągowy, a sama wróciłam na autobusowy, po drodze kupując lemmoniadę i tonik, żeby dokończyć butelkę białego wina, którą poprzedniego dnia otworzyliśmy :) O 17:00 wsiadłam w autokat do Bratfoot i po 17:30 byłam w domu. Posprzątałam wszystkie ślady pobytu gości - wyprałam nawet od razu pościel :) Zjadłam obiad i nagotowałam zupy na caly tydzień, a potem porozmawiałam z mamą przez Skype'a. Planujemy 2-dniowy wypad do Lwowa w czasie mojego pobytu w Polsce. Potem usiadłam do komputera, a po północy poszłam spać.
poniedziałek, 06 maja 2013
Kocia muzyka :)

636.

W poniedziałek budzik zadzwonił o 10:00, ale zwlokłam się z łóżka dopiero o 10:40. Podjechałam późniejszym Free Busem niż zwykle i spóźniłam się 5 minut do pracy. Najpierw siedziałam w Recepcji, bo nowa pracownica poszła na lunch, a później przeniosłam się do Advice Centre. Tam obdzwoniłam wszystkie siedem akademików, których menadżerowie wyrazili chęć wzięcia udziały w akcji Green Move Out, czyli zbierania rzeczy w stanie używalnym po wyjeżdżających studentach i rozdawania ich nowym przyjeżdżającym studentom. Po 14:00 wydrukowałam całą listę i poszłam na 14:30 na zebranie, na którym ją omiawialiśmy. Resztę dnia spędziłam w Recepcji, aż w koncu wyszłam o 20:00 i poszłam do domu coś zjeść. O 20:30 byłam umówiona ze znajomym z salsy, że pod mnie podjedzie, ale jak o 20:40 nadal go nie było, napisałam mu, żeby zapomniał i poszłam piechotą. Minął mnie i dojechał chwilę przede mną, ale przynajmniej tym razem zdążyliśmy na rozgrzewkę. Zaraz po lekcji odwiózł mnie do domu i poszłam wcześniej spać, bo już przed północą!

We wtorek wstałam przed 8:00, wzięłam prysznic i pojechałam do pracy. Po drodze weszłam do sklepu po banany i wodę, a potem poszłam znów do Advice Centre, żeby popracować nad Green Move Out. Na 12:00 poszłam na Pilates, a potem siedziałam w Recepcji, żeby nowa mogła pójść na lunch. O 17:00 poszłam do Activities Room na pokaz filmu Piera Paolo Pasoliniego "Love Meetings" (Comizi d'amore / Zgromadzenie miłosne), na który przyszły dwie osoby, m.in. mój znajomy, z którym w zeszły wtorek przegadałam pół wieczoru :) Po filmie znów się zagadaliśmy, ale na szczęście zdążyłam na ostatni Free Bus do domu. Po drodze kierowca się zatrzymał, przeprosił nas na chwilę i wyskoczył do sklepu! :) Wróciłam do domu i założyłam szlafrok, zanim przypomniałam sobie, że miałam sprawdzić licznik prądu. Zarzuciłam więc coś na siebie i poszłam spisać odczyt. Ugotowałam zupę i zjadłam coś, a potem obejrzałam ciekawy dokument "Pier Paolo Pasolini - A Film Maker's Life" w reżyserii Carlo Hayman-Chaffeya. Znów poszłam spać przed północą.

W środę zwlokłam się z trudem z łóżka po 10:30, wzięłam kąpiel i podjechałam na 12:00 do pracy. Najpierw oddałam DVD z filmem Pasoliniego do biblioteki i usiadłam na Recepcji, żeby nowa mogła pójść na godzinę na lunch, a potem poszłam jak zwykle do Advice Centre. Wróciłam na Recepcję przed 16:00 i jakoś wytrzymałam do 20:00. Cały czas jednak chciało mi się jeść i w ogóle nie najlepiej się czułam. Chyba przyszło przesilenie wiosenne! Chodziłam więc do chwilę do sklepu coś kupić, aż wreszcie się najadłam żelków i zrobiło mi się niedobrze :) Pogoda się trochę poprawiła i było słonecznie, więc wróciłam do domu bardzo wolnym spacerkiem i zajęło mi to prawie pół godziny! Ugotowałam sobie coś na kolację i obejrzałam do końca koncert Marca Anthon'ego z Chile, który zaczęłam oglądać poprzedniego wieczoru. Wieczorem zadzwoniła Kasia i powiedziała, żeby jej nazajutrz nie kupować biletu na musical "Cats" do Alhambry, bo dziś szło parę osób z salsy i mieli wolny bilet, więc się z nimi zabrała. Spać poszłam tuż po północy.

  
Pier Paolo Pasolini w czasie jednego z wywiadów do "Love Meetings" i Mark Anthony na koncercie.

W czwartek wstałam o 10:15, wzięłam kąpiel i poszłam piechotką do Alhambry po bilety na "Cats". Okazało się, że na weekend nie ma żadnych zniżek i że taniej byłoby iść tego dnia wieczorem, ale Ala nie mogła, a ja pracowałam do 20:00. Kupiłam więc nam dwa bilety za 23 i pół funta na balkonie i poszłam do pracy. Po drodze spotkałam patrol policji z psem, który obwąchiwał przechodniów! Domyślam się, że szukali narkotyków, ale po raz pierwszy się z tym spotkałam na ulicach Bratfoot. W pracy usiadłam od razu na Recepcji, bo nowa poszła na rehabilitację i nie było jej w pracy. Utworzyłam wydarzenie na Facebooku i zaprosiłam 25 osób na imprezę przed i po My Salsa My Soul w sobotę 25 maja, z czego 5 to organizatorzy, więc liczyłam, że raczej nie przyjdą :) Ale parę innych osób się wprosiło, więc wyszło na to samo :) Dzień mi strasznie wolno płynął, aż wreszcie o 20:00 wyszłam z pracy i poszłam do sklepu po jedzenie. W domu ugotowałam sobie coś do jedzenia i usiadłam do komputera. Spać poszłam przed północą.

W piątek wstałam przed 8:00 i byłam w pracy przed 9:00, więc umówiłam się z szefową, że wyjdę też parę minut wcześniej. Poszłam do Advice Centre i próbowałam się bezskutecznie dodzwonić do ambasady amerykańskiej w Londynie. Po 12:00 usiadłam na Recepcji, żeby nowa mogła pójść na lunch, a potem wróciłam znów do Advice Centre. Po 15:30 wróciłam na Recepcję, a po 17:00 wyszłam z pracy i podjechałam Free Busem do domu. Zaczęłam gotować obiad i wkrótce potem dojechałam Ala, a jak wszystko już było gotowe, także Kasia. Zjadłyśmy więc razem i poplotkowałyśmy do 19:00, a potem zebrałyśmy się i Kasia poszła na siłownię koło mnie, a ja z Alą do Alhambry na musical "Cats". Nigdy wcześniej go nie widziałam, więc wyszłam z niego bardzo zdezorientowana. Podobnie zresztą jak Ala i moja angielska znajoma, która koło nas usiadła! :) Brakowało nam jakiejś historii, więc jak wróciłyśmy do domu, od razu poczytałyśmy z Alą na ten temat w Wikipedii. Doszła do nas Kasia i wyszły ode mnie po północy, a ja po 2:00 poszłam spać.

W sobotę wstałam po południu i zjadłam resztki obiadu z poprzedniego dnia na śniadanie, bo nic innego już nie miałam do jedzenia :) O 14:00 wyszłam z domu na zakupy, ale zaraz wróciłam, bo zapomniałam karty dającej mi 10% zniżki w Morissonie. Jak weszłam na górę zobaczyłam, że sąsiadka w tym czasie wystawiła swoje śmieci na korytarz. Zdenerwowałam się, bo zdarzyło się to już nie po raz pierwszy i napisałam od razu maila do firmy zarządzającej budynkiem. Wyszłam znów z domu i spotkałam sąsiadkę w drzwiach. Spytałam ją, co ma zamiar zrobić z tymi torbami śmieci, a ona odparła, że wyrzucić. Szkoda, że nie spytałam wtedy, kiedy ma zamar je wyrzucić, bo jak wróciłam półtorej godziny później z zakupów, nadal stały na korytarzu! Zrobiłam pranie i porozmawiałam z mamą i z siostrą przez Skype'a. Wieczorem obejrzałam na Youtube fragmenty musicalu "Cats" (całości nie znalazłam) czytając jednocześnie teksty piosenek, żeby zrozumieć wszystko, co śpiewają. Potem usiadłam do komputera i spać poszłam po 1:00.

W niedzielę wstałam po 11:00 i wstawiłam kolejne pranie. Potem przeczytałam wszystkie wiersze z tomu "Old Possum's Book of Practical Cats" T. S. Eliota, na których oparty jest musical "Cats", żeby porównać je z tekstami piosenek i przekonać się, jak niewiele się różnią! Później nagotowałam zupy na cały tydzień i usiadłam do Internetu. Coś mnie wzięło na oglądanie starych kabaretów. Zaczęłam od "Spotkań z balladą" i występów Loży 44, czyli Irosława Szymanskiego, Jerzego Rogalskiego i Macieja Wijatkowskiego, a potem pooglądałam jeszcze występy Zenona Laskowika i Bohdana Smolenia, czyli kabaretu TEY. W końcu przed 1:00 poszłam spać. W poniedziałek był Bank Holiday i miałam wolne, ale najpierw obudził mnie telefon, a potem sąsiadka waląca do drzwi naprzeciwko. Wstałam więc o 10:00 i wstawiłam pościel do prania. Potem posprzątałam dokładnie salon i wstawiłam drugie pranie. O 17:00 wzięłam kąpiel i na 18:00 poszłam na świetny film "Silver Linings Playbook" (Poradnik pozytywnego myślenia) w BSC. Wróciłam do domu, zjadłam coś i poszłam spać.

  
Scena z musicalu "Cats" oraz Bradley Cooper i Jennifer Lawrence w filmie "Silver Linings Playbook".