Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 26 czerwca 2006

183.

W poniedzialek szefowej nie bylo w pracy! :) W czasie lunchu poszlam wiec do sklepu, a w drodze powrotnej weszlam do jednego z budynkow college'u w ktorym zrobiono wystawe zdjec studentow na zakonczenie roku. Sean powiedzial mi, zebym poszla ja zobaczyc, bo byly tam takze jego zdjecia. Byly to czarno-biale ujecia starych fabryk i opuszczonych domow. O 16 wyszlam z pracy i poszlam na pozegnanie jednej z pracownic, ktora wychodzi za maz i przeprowadza sie do Szkocji. Jej narzeczonemu koledzy ogolili pol glowy, kiedy zasnal pijany na imprezie i musial potem zgolic reszte, wiec na slubie bedzie lysy :) Nie ma to jak impreza z kolegami :))) Napilam sie winka i zjadlam ciasto, a potem poszlam do pubu studenckiego, zeby sie spotkac z Patrykiem. Oddal mi biografie Kieslowskiego, ktora pozyczyl ode mnie po Beach Party. Pozniej poszlam do domu i stwierdzilam, ze przyda mi sie wazonik, a butelka czerwonego wina, ktora przywiozl Neil idelanie sie do tego nada. Oproznilam ja wiec i wlozylam do niej zerwane w ogrodku roze :)

We wtorek szefowa stwierdzila oczywiscie, ze wychodzimy wczesniej z pracy, wiec dalam znac Seanowi, ze jestem juz w domu. Mielismy sie spotkac po raz ostatni, zeby sie pozegnac. Przyszedl po 17:00 i dal mi kwitek na orchidee - poszedl jeszcze raz do tej kwiaciarni i tym razem obiecali mu kwiatek w doniczce :) Dal mi tez kupon na Bingo, ktory ma upowazniac do darmowej gry oraz drinka i posilku (zobaczymy, czy jest jeszcze wazny :) A ja dalam mu otwieracz, ktory kupilam dla niego w Dublinie i syrenke z Warszawy :) Powiedzial, ze zaprasza mnie do Francji i byc moze wybiore sie w odwiedziny... A potem poszedl, a ja zaczelam sie zbierac na ostatnia lekcje polskiego w Queensbury. Wczesniej dostalam jednak SMSa od Patryka, ktory pytal, czy pozycze mu swoj sprzet grajacy, skoro mam teraz nowa wieze :) Przyszedl go pozyczyc i wyszlismy razem, kiedy przyjechala po mnie moja studentka. Na ostatniej lekcji poczestowalam ich waniliowym "Ptasim mleczkiem" i wreczylam "dyplomy" - pocztowki z Warszawy z gratulacjami i zyczeniami powodzenia w dalszej nauce polskiego! :) A potem wrocilam do domu i zrobilo mi sie smutno, ze wszystko sie konczy i wszyscy wyjezdzaja...

W srode szefowa znow wziela sobie wolne (oby tak czesciej :))) wiec zrobilam sobie dluzsza przerwe na lunch i poszlam z Gosia i jej kolezanka Ewa na "Chinczyka". Po drodze weszlam z Gosia do college'u i pokazalam jej zdjecia Seana na wystawie. Pozniej wrocilam do pracy, ale wyszlam wczesniej, bo i tak nikogo nie bylo i nie bylo za bardzo nic do roboty :) W domu zabralam sie za przygotowania do mojej ostatniej lekcji polskiego - wypisalam kartki dla drugiej grupy i wzielam reszte "Ptasiego mleczka". Przed lekcja zadzwonil jeszcze do mnie Maciek i spytal, czy moge mu pozyczyc 10 funtow. Powiedzial, ze bedzie na mnie czekal po 21 pod collegem. Zupelnie o tym zapomnialam jak wychodzilam ze studentami z budynku, ale podszedl i poszlismy do Deliusa. Zamowilam cole, a Maciek piwo i zaplacil z tych 10 funtow, ktore mu pozyczylam! :) Pogadalismy troche, a potem odprowadzil mnie do domu i troche wczesniej poszlam spac.

Czwartek minal mi szybko, mimo ze szefowa wrocila do pracy. Ale oczywiscie wyszlysmy jak zwykle wczesniej :) Mialam sie spotkac z Gemma, ale spytala, czy mozemy to przeniesc na kiedy indziej. Wyslalam wiec SMSa do Krystiana, z pytaniem, czy chce sie spotkac, bo mial mi oddac 5 funtow za prezenty dla Seana i Hiszpanow. Odezwal sie dopiero okolo 20:00, kiedy weszlam wlasnie do lozka, wiec umowilismy sie na przyszly tydzien. W piatek umowilam sie znow z Gosia na lunch, ale tym razem u niej, bo zrobila ogorkowa :) Kiedy wychodzilam o 13, szefowa powiedziala, zebym juz nie wracala, posiedzialam wiec u Gosi az do 15 i wyszlysmy razem. Ona poszla do college'u, a ja do sklepu i do domu, dokonczyc wypelnianie papierow dla mojego szefa z college'u. Bylam z nim umowiona na 17 i ledwo zdazylam. Niestety, okazalo sie, ze nie zrobilam jeszcze calej papierkowej roboty, wiec musielismy spreparowac pare testow :) I musze mu jeszcze doniesc raport i notatki od moich studentow! O 19 spotkalam sie z nimi w Polskim Klubie na piwie i powiedzialam im o tym. Przyszla tez Gosia z Hiszpanami, ktorzy wylatuja dopiero w srode rano, ale wczesniej jada do Londynu. Wyszli okolo polnocy, a ja poszlam z moim bylem uczniem Dannym i jego przyjaciolmi do klubu gejowskiego. W domu bylam o 2:00! :)    

Po paru godzinach snu i jak zwykle na kacu zebralam sie i poszlam pod college, gdzie czekala juz na mnie Gosia i jej znajome: Kasia, Ewa oraz Basia. Jak zwykle poszlam spac w autobusie - zaczynam miec wprawe - i obudzilam sie dopiero jak dojezdzalismy do Blackpool :) Najpierw przeszlysmy sie wzdluz morza do Parku Rozrywki. Tam z Basia i Kasia przejechalysmy sie na 3 roller-coasterach :) Gosia i Ewa wolaly popatrzec na nas z dolu i robily nam zdjecia :) W Blackpool znajduje sie najwyzszy roller coaster w Europie, ale nie dzialal. Ruszyl dopiero po poludniu, jak juz zjadlysmy obiad we wloskiej reaturacji. Stwierdzilysmy wiec, ze teraz to juz za pozno i poszlysmy spacerkiem pod wieze w Blackpool. Szlysmy dnem morza,bo wlasnie byl odplyw - woda, ktora rano siegala brzegu, teraz cofnela sie tak daleko, ze moglysmy przejsc sie pod molem! :) Okolo 17 dotarlysmy do wiezy i weszlysmy do srodka. Kasia zostala na zewnatrz, a my pojechalysmy winda na gore i porobilysmy zdjecia. A potem poszlysmy na sale Ballroom, gdzie gral pianista na zywo, a starsi panstwo tanczyli tance towarzyskie. Napilysmy sie tam herbaty, sluchalysmy muzyki i podziwialysmy, jak tancza.

    

Deptak i wieza w Blackpool.

    

Tramwaj na deptaku i widok na molo (jedno z trzech :)

    

Neony na deptaku (podobno zapalaja je tylko w jedna noc w roku, jakos w sierpniu :)

    

Najwyzszy roller coaster w Europie (na ktorym nie bylam :) i Revolution (na ktorym bylam :)

     

Widok z wiezy i sala dancingowa w srodku :)

W koncu wyszlysmy i poszlysmy w druga strone, do konca deptaku. Tam pogralysmy w gry hazardowe, az kazda przepuscila po pare funtow :) Wtedy wrocilysmy do wiezy, ktora zamykali dopiero o 23, a autokar mial po nas przyjechac o polnocy. Poszlysmy wiec jeszcze na spacerek i oddalysmy sie hazardowi :) Okazalo sie, ze jeden z pracownikow to Polak i pytal, czy u nas latwiej znalezc dobrze platna prace. Bo w Blackpool jest pelno Polakow, ktorzy przyjezdzaja tu na sezon (od marca do listopada) ale stawki nie sa za wysokie. Dalam mu numer telefonu do naszej agencji pracy :) O polnocy wsiadlysmy do autokaru i przed 2:00 bylysmy w domu. Cala niedziele przelezalam w lozku. Wstalam tylko, zeby zjesc sniadanie. Potem zadzwonilam do domu i znow zasnelam. Obudzilam sie, zjadlam obiad i poszlam spac. Pozniej wstalam jeszcze na kolacje :) Pewnie przesiedzialabym pol dnia w Internecie, ale nie dzialal. Dzieki temu przynajmniej sie wyspalam :) Wieczorem porozmawialam z Malwina przez telefon i umowilam sie z nia dzis wieczorem, bo wreszcie ma jeden dzien wolny! :) Acha, w sobote poszla z tym kwitkiem po orchidee, ale oczywiscie okazalo sie, ze nie dali jej doniczki, tylko ciete kwiaty. Ale coz, lepsze to niz nic :)

A dzis znow nie ma szefowej w pracy i byc moze wezmie caly tydzien wolny, ale nie chce zapeszac :))) Po pracy spotkalam sie z Mackiem, ktory do mnie zadzwonil pytajac, o ktorej koncze, bo chce przyjsc mnie odebrac z pracy! A co, sama nie moge sie odebrac?! :))) Okazalo sie, ze podobno sie z nim umowilam na poniedzialek. Jakos sobie nie przypominam. W kazdym razie musial na mnie czekac pol godziny, tylko po to, zebym mu powiedziala, ze jestem umowiona z Malwina. Biedak sie zalamal. Moze wreszcie da sobie spokoj? Szlismy wlasnie w strone domu (niestety, mieszka niedaleko mnie :) kiedy spotkalismy Krystiana. Niestety, nie mial przy sobie 5 funtow dla mnie :) Tymczasem zadzwonila Malwina mowiac, ze wlasnie przed chwila przejezdzala obok z kolega i nawet wcisneli klakson, ale ich nie widzialam. Kolega zgodzil sie zawrocic i wyrwac mnie z niezrecznej sytuacji :) Pojechalismy do sklepow, a potem do Malwiny na kolacje. W miedzyczasie zrzucilam reszte zdjec z aparatu i zgralam je na plytke. Po 23 kolega podwiozl mnie do domu i padlam znow spac. Cos chyba wisi w powietrzu, ze wciaz mi sie spac chce! :)

PS. Wiecej zdjec znajdziecie na www.fotki.com/annad9 (wlasnie przeczytalam, ze moj blog jest 76 na liscie 100 najczesciej czytanych blogow Gazety :)))

182.

W czwartek jak zwykle wyszlam wczesniej z pracy. Juz nie pamietam kiedy ostatnio przpracowalam te glupie 7 godzin i 15 minut :) Przeszlam sie po sklepach w poszukiwaniu pozegnalnych  przentow dla Sena i Hiszpanow. Dla nich kupilam czerwone koszulki z napisem England, a dla Seana gre SIMsow – to tak nasz szyfr :) Dostalam SMSa od Gemmy, ze juz wrocila z Chin i ma dla mnie prezent. Chciala mnie wyciagnac na otwarcie jakiegos nowego pubu. Odpisalam, ze na 20:00 ide do kina, wiec musimy to przelozyc, bo wiedzialam, ze po “Podwojnym zyciu Weroniki” nie bede miala ochoty na balowanie. Sean tez mial sie wybrac, ale niestety stracil rzadka okazje zobaczenia tego filmu w kinie. W domu zajrzalam znow do biografii Kieslowskiego, a potem poszlam spac. W piatek szefowa puscila mnie znow do domu po lunchu, to znaczy, jak wychodzilam o 13, powiedziala, zebym juz nie wracala :) Poszlam wiec do Gosi na spaghetti. Potem wrocilam do domu i polozylam sie do lozka. Okolo 19 obudzil mnie Maciek pytajac, czy idziemy na Beach Party. Umowilismy sie za pol godziny i poszlismy zobaczyc ostatnia impreze studnecka przed wakacjami.

Beach Party polega na tym, ze wysypuja piasek i robia sztuczna plaze, na ktorej graja pozniej w rozne gry, a jakis zespol przygrywa im na zywo. Pozostali siedza na gorce, pija piwo i jedza kielbaski z grilla :) Dostalam SMSa od Patryka, wiec napisalam mu, ze jestem na Beach Party i zeby przyszedl, ale nie wspomniala nic o tym, ze jest tez Maciek, bo panowie za bardzo sie nie lubia :) Usiedlismy w pubie studenckim, gdzie spotkalam znajome z pracy. Dosiadla sie tez do nas Maria z  Columbii, ktora - jak sie okazalo - wyszla niedawno za jednego z naszych studentow! :) Ale tylko dla papierow, zeby nie musiala wracac do Kolumbii. Chlopak jest z Hiszpanii i zgodzil sie z nia ozenic, zeby jej pomoc :) Po polnocy doszla do nas jeszcze Malwina i razem okolo 2 w nocy wrocilismy do domu. Maciek poszedl do siebie, a Patryk wszedl z anmi na gore, zeby sie napic Zubrowki. Wyszli okolo 3 nad ranem, a ja w koncu poszlam spac :)

     

Przygotowania do Beach Party i impreza w pelni :)

  

Wojownicy sumo oraz gry zespolowe na plazy :)

W sobote wstalam kolo poludnia i poszlam zrobic pranie. W miedzyczasie kupilam tez kartke dla Seana i papier do pakowania prazentow, oraz suszarke do naczyn dla dziewczyn. Sean mial do 15:00 odebrac orchidee z kwiaciarni dla dziewczyn na nowe mieszkanie :) Oczywiscie sie nie wyrobil, wiec 15 minut przed 15:00 poprosil mnie, zebym pobiegla do tej kwiaciarni i powiedziala, ze mam odebrac orchidee dla fotografa, ktory robil zdjecia ich kwiatow. Dal im pozniej pare tych zdjec, a oni chcieli mu zaplacic, ale powiedzial, ze woli w zamian kwiat, wiec umowili sie, ze w sobote dostanie ta orchidee. Zdazylam do kwiaciarni przed 15:00 i wytlumaczylam, o co chodzi. Wlasciciel powiedzial, ze pamieta, po czym urwal mi jednego kwiatka!!! :))) Podal mi go mowiac, ze wyjdzie ladnie na zdjeciu! :))) Scielo mnie, nic nie powiedzialam, tylko wyszlam i napisalam do Seana, ze poszlam do Lloydsa na cole, bo tak sie zmeczylam tym biegiem. Odpisal, ze zaraz dojdzie i jak zobaczyl tego kwiatka, to wymiekl :) Stwierdzil, ze chyba sobie jaja z niego robia :))) Poszedl nawet do tej kwiaciarni, ale byla juz zamknieta. Wzielismy wiec biednego kwiatka i poszlismy do mnie. Sean dal mi swoja wieze, bo stwierdzil, ze nie da rady jej zabrac. Na szczescie zdazylam zaslonic prezenty, ktore lezaly na oknie, przygotowane do pakowania! :) Umowilismy sie, ze spotkamy sie wieczorem na imprezie i Sean poszedl do domu, a ja dokonczylam pranie, sprzatanie i pakowanie prezentow :)

Bylam juz wlasciwie gotowa do wyjscia, ale poniewaz napisalam Neilowi, ze gdyby przyjechal wczesniej do Bratfoot, moze mnie odwiedzic, wiec siedzialam nadal w domu. W koncu jak zaczelam sie zbierac przed 20:00, zadzwonila Malwina, wiec umowilam sie z nia, ze poczekam. Przyszla za jakis czas z Krystianem, ktorego spotkala po drodze. Poszlismy razem do dziewczyn. Impreza juz trwala i bylismy ostatnimi goscmi, na ktorych czekano. Wreczylismy Hiszpanom koszulki, a oni od razu je przymierzyli :) Okolo 20 czesc gosci stwierdzila, ze idzie do klubu. Na szczescie moi znajomi postanowili zostac, a ja musialam czekac na Neila, ktory mial dojsc po filmie. Wreszcie okolo 23 zaczelismy sie zbierac do wyjscia. Gosia zostala w domu, a ja z Seanem, Krystianem i Piotrkiem spotkalismy sie na dole z Neilem. Chlopaki chcieli wejsc do klubu Reflex, gdzie juz czekaly na nich dziewczyny i reszta ludzi z imprezy, ale Neil nie chcial wchodzic, wiec ja tez zostalam. Poszlismy do Titusa Salta, bo tam mozna spokojnie porozmawiac. Po trzech Guinnessach Neila i moich dwoch piwach musielismy sie zwijac, bo zamykali pub. Poszlismy wiec do mnie na Zubrowke. Neil stwierdzil, ze bedzie ja pil bez soku jablkowego, wypil pare i padl (niemal doslownie :) Zaczal mi zasypiac na krzesle, w koncu zle sie poczul i stwierdzil, ze idzie do domu i poszedl! :) Dochodzila 5 rano i mimo, ze mialam nadal ochote sie bawic, poszlam spac, bo nie bylo z kim :)))  

Po jakis dwoch godzinach snu, zwloklam sie z lozka i wzielam prysznic, ktory troche mnie otrzezwil, ale nie do konca :) Mimo kaca, udalo mi sie jednak na 8:30 dotrzec pod uniwersytet, gdzie czekala juz na mnie Gosia, ktora wczesniej dzwonila, zeby miec pewnosc, ze wstalam :) Zajelysmy miejsca na koncu autokaru, wiec polozylam sie i poszlam spac :))) Pierwsza miejscowoscia, ktora zwiedzilismy w angielskiej Krainie Jezior bylo Ambleside. To sliczne miasteczko, ktorego glowna atrakcja jest malenki domek zbudowany na moscie, zeby uniknac placenia podatku ziemskiego :) Nazywa sie Old Bridge House i podobno mieszkala tam 6-osobowa rodzina! :) Zwiedzilysmy z Gosia reszte miasta, ale niestety zaczelo padac. Deszcz kropil nadal, kiedy plynelismy po jeziorze Windermere do Bowness. To portowe miasteczko tez jest bardzo malowniczo polozone, ale wiekszosc czasu przesiedzialysmy tam we wloskiej restauracji, czekajac az przestanie padac, a jednoczesnie na obiad. Zamowilysmy paelle, ale nie byla taka dobra, jak ta, ktora robia nasi Hiszpanie :) Nie dalam rady jej zjesc do konca, bo byla wyjatkowo tlusta. Tymczasem przestalo padac, ale oczywiscie jak tylko wyszlysmy z Gosia z restuaracji, znow zaczelo kropic! Mimo deszcze pospacorowalysmy troche po Bowness, az wreszcie o 17:00 autokar zabral nas z powrotem do Bratfoot, gdzie bylismy juz o 19:00. Gosia weszla na chwile do mnie, a potem padlam wyczerpana do lozka :)))

    

The Old Bridge House zbudowany na mostku (teraz w srodku jest sklep z pamiatkami :)

    

Widoczki z malowniczego Ambleside w Cumbrii (Lake District).

    

Port w Ambleside i nasz stateczek na Jeziorze Windermere.

    

Nasz statek w porcie w Bowness i port w Bowness.

    

Kosciol Sw. Marcina w Bowness z zewnatrz i w srodku.

    

Uliczka w Bowness i widok na Jezioro Windermere.

środa, 14 czerwca 2006

181.

Poniedzialek uplynal nam na przygotowaniach do wtorkowej Komisji Egzaminacyjnej. W przerwie na lunch zaczelam szukac plyty Seana, ktora mi kiedys pozyczyl i ktora chcialam mu wieczorem oddac. Umowilismy sie, ze przyjdzie, zeby mi oddac obie czesci "Kill Billa", ktore wzialam do niego, jak sie umowilismy na ogladanie filmow na DVD. Wydawalo mi sie, ze juz mu oddalam to CD, ale twierdzil, ze co prawda go nie ma, ale mam sie nie przejmowac. Szefowa na szczescie puscila mnie godzine wczesniej z pracy, wiec wzielam sie za sprzatania i przejrzalam wszystkie plyty, az w koncu ja znalazlam! Potem zabralam sie za wypelnianie aplikacji o prace - znalazlam trzy, ktore mnie naprawde zainteresowaly. Sean przyszedl okolo 18. Pokazalam mu pare zdjec z Whitby, a potem zaproponowal, zebysmy poszli zobaczyc mecz w Walkabout. Powiedzial mi, ze kupil bilet do Francji na przyszly wtorek, chociaz mowilam mu, ze nie chce wiedziec, kiedy wyjezdza... Sobotnia impreza u Gosi i Magdy bedzie wiec takze jego ostatnia. Postanowilismy jemu rowniez kupic prezent pozegnalny.

Jak wrocilam do domu, usiadlam znow do komputera, bo we wtorek mijal termin nadsylania aplikacji i musialam je dokonczyc. W miedzyczasie "rozmawialam" z Seanem mailami, az wreszcie wymieklismy i po 1:00 poszlismy spac :) Mimo to we wtorek obudzilam sie przed budzikiem i nie moglam juz zasnac. Wzielam prysznic i poszlam wczesniej do pracy, zeby wydrukowac aplikacje i zdazylam ze wszystkim akurat tuz przed przyjsciem szefowej :) Przynioslam ze soba walizeczke na kolkach, bo musialysmy przewiezc do starego budynku wszystkie prace studentow, ktore mialy byc tego dnia oceniane w trakcie Komisji Egzaminacyjnej. Komisja zbiera sie dwa razy w roku, ostatnio w listopadzie, ale wtedy nie musialysmy tak daleko chodzic, bo wszystko bylo w jednym budynku, tylko pietro wyzej! Tym razem byl z tym niezly cyrk :))) W poludnie bylam umowiona z Gosia, od ktorej wzielam pieniadze na prezenty pozegnalne dla Seana i Hiszpanow. Dzieki temu mialam drobne na znaczki i moglam wreszcie wyslac swoje aplikacje oraz podanie o ceryfikat rezydencji podatkowej. Po lunchu byla Komisja, ktora na szczescie nie trwala zbyt dlugo, wiec jak okolo 3:30 przewiozlysmy wszystkie prace z powrotem do nas, szefowa stwierdzila, ze dosc sie dzis napracowalysmy i idziemy do domu :) Tym razem bylam wiec w domu 2 godziny wczesniej :) Zabralam sie za papierkowa robote z college'u, a potem pojechalam na polski do Queensbury.

Po lekcji bylam umowiona z Mackiem - zadzwonil w poludnie, mowiac, ze koniecznie musimy sie spotkac, bo chce mi cos opowiedziec, a przez telefon nie moze. Poszlam wiec sie z nim spotkac pod ratuszem, ale po drodze spotkalam jednego ze swoich bylych studentow, Danny'ego. Powiedzial, ze idzie do pubu Blue Pelican, wiec namowilam Macka, zebysmy do niego dolaczyli. Okazalo sie, ze Maciek chcial sie ze mna podzielic relacja ze swoich poszukiwan pracy, bo natchnelam go, mowiac, ze powinno sie robic cos, co sie lubi i ze trzeba do tego dazyc :) Coz, Ameryki przeciez nie odkrylam, w kazdym razie dowiedzialam sie, ze do Brytyjskiego wojska nie chca go przyjac, wiec zlozyl papiery na strazaka :) Po dwoch colach i dwoch jego kawalach mialam dosc i powiedzialam, ze ide do domu, bo mam dwie prace i jestem zmeczona. Danny wygadal sie, ze w przyszly piatek idziemy na piwo do plskiego klubu, wiec Maciek oczywiscie stwierdzil, ze tez tam bedzie! Nigdzie sie juz nie moge ruszyc, zeby go zaraz tam nie bylo! Odprowadzil mnie pod dom i chcial jeszcze namowic na spacer, ale bylam nieugieta. Powiedzial, ze w takim razie spotkamy sie w piatek, bo wczesniej nieopatrznie napomknelam, ze ide na Beach Party - impreze na uniwerku. Zwoza ciezarowke piasku i wysypuja ja na trawe, udajac, ze to plaza :) Musze to zobaczyc :))) Wezme ze soba aparat, wiec jesli pogoda dopisze, moga byc z tego niezle zdjecia :)))

Dzisiaj znow mialam problemy ze wstaniem, bo pogoda sie popsula. Do poniedzialku bylo prawdziwe lato! Dzis jednak kropi deszcz, a slonce nie pokazalo sie nawet na chwile. Kiedy szlam do domu na lunch, kropilo, wiec zamienilam spodniczke na jeansy i sweterek na kurtke. Na lunch bylam umowiona z Gosia, ale chcialam wczesniej wpasc do Virgin Records i poszukac jakiegos prezentu dla Seana. ledwo wyszlam z domu, a tu spotykam Macka! Nie poszedl do pracy, bo mu sie nie chcialo, a poza tym liczy, ze odezwa sie ze strazy pozarnej :) Oczywiscie poszedl ze mna do miasta i do sklepu tez! Na szczescie nie wprosil sie do Gosi, tylko grzecznie pozegnal, pytajac, co robie dzis wieczorem. Odpowiedzialam, ze mam polski, wiec zaproponowal, zebysmy sie spotkali jutro. Powiedzialam, ze jestem juz umowiona, bo wybieram sie do kina na "Podwojne zycie Weroniki" i nie chcialam, zeby tez przyszedl, szczegolnie, ze jego ulubiony film to podobno "Koszmar z ulicy Wiazow" (wszystkie czesci :) Koszmar! :))) Fakt, ze jestem z kims umowiona troche go zniechecil, przynajmniej taka mam nadzieje, bo probuje mi sie wprosic na kazda impreze, na ktora ide. Jak sie dowie o sobocie, pewnie bedzie to samo :))) Ale nie ma szans - zaprosilam juz Neila, ktory przyjezdza tylko na weekend, jako osobe towarzyszaca, a poza tym bedzie tam Sean, wiec chyba wystarczy atrakcji, jak na jeden wieczor! :)))

Gosia przygotowala pyszne spaghetti na lunch, wiec powiedzialam, ze ja zapraszam w piatek. Wybieramy sie razem na Beach Party w godzinach lunchu, bo szefowej w piatek nie ma i powiedziala, ze mam po poludniu nie wracac do pracy. Poza tym dowiedzialam sie, ze w niedziele jest nastepna wycieczka z uniwersytetu i wlasnie sie nad nia zastanawiamy, choc ja nie wiem, czy dam znow rade jechac autokarem po kolejnej imprezie :) Szczegolnie, ze za tydzien czeka mnie powtorka z rozrywki - w piatek ide ostatni raz na polskie piwo ze studentami, bo konczy sie rok szkolny, a w sobote rano jade do Blackpool! :))) Chyba dopiero w przyszla niedziele odpoczne :))) A dzis w czasie lekcji polskiego w szybke w drzwiach do naszej klasy zapukal Patryk. Ma w tym samym czasie angielski i wlasnie mieli przerwe. Przyszedl podziekowac za to, ze podalam jego numer szefowi jezykow obcych w college'u, bo okazalo sie, ze nadal szukaja kogos na moje miejsce, a on kiedys wspominal, ze bylby zainteresowany. Podalam im tez numer do Malwiny i mysle, ze ona ma wieksze szanse, ale nie chcialam dawac tylko jednego namiaru, zeby nie wygladalo, ze kogos faworyzuje. Sami beda najelepiej wiedzieli, kogo zatrudnic - co do mnie sie nie pomylili :) Po lekcji usiadlam do komputera i sledzilam mecz Polska - Niemcy w sieci. Coz, co moge powiedziec - szkoda, bo zapewne tak jak wszyscy mialam przez chwile nadzieje... Nie interesuje sie pilka nozna i caly ten mundial niewiele mnie obchodzi, ale dzis po raz pierwszy od dluzszego czasu poczulam jakas wiez narodowa z Polska ;)

niedziela, 11 czerwca 2006

180.

W czwartek szefowa zaskoczyla mnie, mowiac ze mam juz po lunchu nie wracac do pracy, tylko odpoczac. Skorzystalam wiec z okazji, zeby pozalatwiac pare spraw w urzedach, ktore pracuja w tych samych godzinach co ja i na ktore nigdy nie mam czasu. Najpierw poszlam do Inland Revenue (tutejszy Urzad Skarbowy :) po "certyfikat rezydencji podatkowej w UK", a potem do banku, zeby na paszport wyjac pieniadze (moja karta do bankomatu pojechala sobie do Polski, beze mnie :) Pozniej wzielam kocyk i polozylam sie na trawce niedaleko domu. Poczytalam troche i poopalalam sie. W koncu wrocilam do domu, wzielam prysznic i usiadlam do komputera, czekajac na Seana, ktory mial przyjsc okolo 20. O 18 przyslal mi jednak SMSa, ze juz jest wolny i zaraz bedzie. Poszlismy na spacer do Horton Parku, po drodze wchodzac na teren jakiejs budowy, gdzie znajduja sie "schody do nieba" :) Tak je nazwalam, bo wygladaja dosc dziwnie - budynek konczy sie na drugim pietrze, a schody ida dalej donikad! :) Do Seana doszlismy okolo 20, robiac po drodze zakupy. Obejrzelismy u niego dwie komedie: "Podwodne zycie ze Stevem Zissou" i "Spinal Tap". Okolo 1:00 odprowadzil mnie do domu.

W piatek udalo mi sie jakos zwlec z lozka i pojsc na 9:00 do pracy. Kiedy przyszlam szefowa juz siedziala przy komputerze! Na moje zdziwienie zareagowala stwierdzeniem, ze nie mogla spac, wiec przyszla wczesniej do pracy. Zal mi sie jej zrobilo! Kiedy szlam na lunch, znow powiedziala mi, ze mam nie wracac i ze ona tez idzie do domu. Zjadlam wiec obiad i spotkalam sie z Gosia. Potem wzielam znow kocyk i poszlam sie opalac, tym razem jednak na terenie kampusu, bo tam czulam sie bezpieczniej. Wszedzie pelno studentow, ktorzy graja w pilke lub robia sobie grilla. Udalo mi sie nawet zasnac na pol godzinki! :) W koncu poszlam do domu sie przebrac i spotkalam sie znow z Gosia, zeby zobaczyc jej nowe mieszkanie. Pozniej poszlysmy do jej starego mieszkania, by dokonczyc pakowanie. Po 19:00 przyjechal po nia samochod do przeprowadzek, a ja poszlam sie spotkac z Mackiem. Znamy sie Balmoralu, ale nie widzielismy sie prawie rok! Spotkalam go w zeszly piatek i umowilismy sie na piwo. Poszlismy do bardzo fajnego, rockowego pubu. Pozniej dolaczyl do nas jego kolega Darek i pojechalismy taksowka na impreze techno do jednej z bylych fabryk. Swietnie sie bawilam, ale po 2:00 zmusilam sie, zeby isc do domu, bo wiedzialam, ze rano musze wstac na wycieczke! :)

Obudzialm sie zupelnie nieprzytomna po 5 godzinach snu, ale prysznic troche pomogl. Kiedy sie pakowalam, zadzwonil Maciek, pytajac, czy moze mnie odprowadzic na autobus. Powiedzialam mu, zeby sobie lepiej pospal. Kiedy skonczylam pakowanie znow zadzwonil, powiedzial, ze jest na glownej ulicy i spytal, czy bede tedy przechodzic. Wyszlam wiec z domu i sie z nim spotkalam. Wydaje mi sie, ze nie wiedzial, skad wychodze, ale poniewaz zapomnialam biletow, musielismy wracac, wiec i tak zobaczyl gdzie mieszkam. Okazalo sie, ze od 3 tygodni jestesmy prawie sasiadami, ale nie chcialam, zeby o tym wiedzial, bo obawiam sie zbyt czestych wizyt "po sasiedzku". Po drodze spotkalismy Malwine, a pod uniwerkiem Gosie. Wsiedlismy w autokar i pojechalismy najpierw do Robin Hood's Bay (akurat byl odplyw :) a potem do Whitby. Tam zjadlysmy typowo angielski obiad - "fish and chips", a potem poszlysmy na wzgorze, zwiedzic Whitby Abbey. To bardzo fotogeniczne ruiny starego opactwa. Chetnie zostalabym tam dluzej, ale musialysmyh biegiem wracac do autokaru. O 19:00 bylismy juz z powrotem w Bratfoot. Od razu poszlam do lozka. Marcin dzwonil dwa razy i powiedzial, ze zadzwoni jutro. Odezwal sie tez Patryk z pytaniem, czy mam laptopa, na ktorym mozna ogladac filmy. Musialam go rozczarowac. Poniewaz mnie rozbudzili, usiadlam do Internetu i poszlam spac dopiero o 1 w nocy.

  

Tajemnicze "schody donikad" kolo Horton Parku i odplyw w Robin Hood's Bay.

    

Widok na Whitby Abbey z daleka i z bliska :)

Dzisiaj wstalam o 9 rano! Obudzilam sie jeszcze wczesniej, bo spadl na mnie plakat umocowany nad moim lozkiem blue tagiem :))) Spakowalam plyty ze zdjeciami i poszlam do Malwiny. Nagralam Gosi, Krystianowi, Roberto i Rocio, Seanowi oraz Jose zdjecia ze wszystkich naszych wspolnych wycieczek i imprez. O 13 bylam umowiona z moim studentami na lunch w Polskim Klubie, ale poniewaz dotarlam tam wczesniej, weszlam jeszcze do Bombay Store'u, bo nie chcialam tam sama siedziec. Gosia tez miala przyjsc, ale musiala dokonczyc przeprowadzke, a Malwina byla juz wczesniej umowiona ze znajomymi, wiec zostalam sama. Na szczescie wkrotce przyjechala Janina z synem, potem Samantha z mezem i Basia z Piotrem. Jak zaczelismy zamawiac, doszla jeszcze Jane. Zjedlismy zupe jarzynowa i pierogi (dla nich to duza atrakcja :) a na deser wiekszosc z nich wziela lody, ale ja juz nie dalam rady :) Potem usiedlismy jeszcze w czesci barowej, zeby porozmawiac. W koncu okolo 15 Basia i Piotr podwiezli mnie do domu. Weszli na gore, bo obiecalam im pozyczyc klej silikonowy. Malwina kupila go kiedys, zebysmy zakleily dziure w lazience, ale do tej pory tego nie zrobilam. Okazalo sie zreszta, ze nie moglabym tego zrobic, bo potrzebne jest mi jeszcze jakies narzedzie. Obiecali, ze mi je pozycza, jak beda mi oddawac reszte kleju :) Obejrzeli tez moje mieszkanko i bardzo im sie podobalo :)

Po ich wyjsciu zadzwonilam do Gosi, zedby spytac, do ktorej jest otwarty sklep kolo nich. Okazalo sie, ze jest zamkniety, a one nie maja soli! Obiecalam wiec, ze zaraz im przyniose. Gosia chciala mnie oczywiscie poczestowac obiadem, ale bylam najedzona. Posmakowalam tylko troche, ale mimo ze byl pyszny dalam tylko rade zjesc truskawki na deser :) Pozniej poszlam z Gosia do jej starego mieszkania, gdzie Hiszpanie wystawili "na sprzedaz" (za darmo :) wszystko, czego nie zabieraja ze soba do Hiszpanii. Zaprosili nas, zebysmy wybrali sobie, co moze sie nam przydac. Wzielam od nich pare talerzy i kubkow, bo jak przychodza goscie, to mam deficyt :) Umowilismy sie tez, ze w przyszla sobote bedzie parapetowka u Gosi i Moniki, a jednoczesnie impreza pozegnalna Hiszpanow. Chcemy im kupic jakis przeznt i kartke. Co prawda wyjezdzaja dopiero za dwa tygodnie, ale jedziemy wtedy z nimi do Blackpool i nie byloby kiedy zorganizowac imprezy, dlatego zdecydowalismy polaczyc sie ja z parapetowa u dziewczyn. Wrocilam od nich obladowana jak wielblad i zamiast isc spac, usiadlam do komputera. Napisal do mnie Eryk, zapraszajac do siebie - musze tylko odlazyc troche pieniedzy i mysle, ze sie do niego wybiore. Odezwal sie tez Neil, ze przyjezdza za tydzien do Bratfoot na Fantastic Films Weekend  oraz Sean, ktory wrocil wlasnie z Edynburga, gdzie spedzil ten weekend.

środa, 07 czerwca 2006

179.

W poniedzialek jak zwykle mialam klopoty ze wstaniem do pracy, ale tym razem jakby wieksze niz zwykle. Zadzwonilam do lekarza i umowilam sie na wizyte w czasie lunchu. Szefowa nie byla zachwycona, widzac mnie w takim stanie, ale byla nawet dosc mila. Tak to juz jest - jak przestaje sie usmiechac, to ona zaczyna. Poszlam wiec do lekarza i wyzalilam mu sie, a ten #£$%^&* zamiast zwolnienia dal mi ulotke, jak sobie radzic ze stresem! Wrocilam wiec do pracy, nie wiedzac co mam powiedziec szefowej. Nie mialam wyboru i pokazalam je te "20 krokow do pozbycie sie stresu" :) A ona na to, ze to ona ma dopiero stress, ze moje zycie prywatne nie powinno miec wplywu na moja prace, bo praca jest najwazniejsza, jednym slowem waniejsza niz zycie :) Nie wytrzymalam i powiedzialam, ze praca tez mnie stresuje. A wtedy ona z pretensjami, ze powinnam byla powiedziec, jak mnie pytala, zanim podpisalam kontrakt. Powiedzialam wiec, ze wtedy jeszcze nie wiedzialam o przeprowadzce i ze nie podoba mi sie w nowym miejscu. Szefowa nie zrozumiala oczywiscie aluzji, ze sam fakt przebywania z nia w jednym pokoju jest juz stresujacy, tylko wytlumaczyla to sobie inaczej - to biuro jest przygnebiajace, dla niej tez, ale to tylko chwilowe, bo za 2-3 miesiace bede znow miala wlasne, duzo biuro. Nawet wieksze od niej, bo u mnie bedzie stalo wiecej szafek :) Super, juz sie nie moge doczekac! :) Pomyslalam tylko sobie, iz mam nadzieje, ze do tej pory znajde sobie nowa prace, a glosno powiedzialam, ze juz mi lepiej i nasza rozmowa bardzo mi pomogla! :))) Wlasciwie to prawda, bo zrozumialam, ze znow bedzie trudno i ze musze sobie radzic sama. Nabralam wiec znow sil do walki :)))

Skoro nie dostalam zwolnienia, chcialam przynajmniej wziac sobie dzien lub dwa wolne i odpoczac, ale szefowa stwierdzila, ze jej zdaniem, to ja mam depresje, a nie stres i w zwiazku z tym bedzie lepiej dla mnie nadal przychodzic do pracy niz siedziec samej w domu! Oczywiscie calkiem mnie juz tym dobila i przekonalam sie tylko, ze rzeczywiscie nie warto bylo wcale zaczynac z nia tej rozmowy, tylko po prostu isc na chorobowe. Ale coz, teraz juz za pozno, wiec musze sie caly tydzien jakos przemeczyc. W miedzyczasie odezwal sie do mnie Eryk przez Messengera, ale odpisalam mu, ze teraz nie moge rozmawiac, bo po pierwsze siedze w jednym pokoju z szefowa, a po drugie zle sie czuje, bo jestem zestresowana. Obiecalam, ze napisze do niego wieczorem maila, a on powiedzial, ze zadzwoni. Oczywiscie nie zadzwonil i od tamtej pory znow sie nie odzywa. Z jednej strony dobrze, ze nie zadzwonil, bo to za drogo, ale mogl choc odpisac na maila. A juz mialam nadzieje, ze sie do niego wprosze w odwiedziny - przydalby mi sie teraz krotki odpoczynek w cieplym kraju! :)))

Tymczasem we wtorek odezwal sie Sean. Wyzalilam mu sie troche, a on na to, zebym pojechala z nim wieczorem na koncert do Manchesteru, to sie odstresuje i zapomne o problemach. I ze on stawia piwo. Odpisalam mu, ze chetnie, ale mam lekcje polskiego, wiec umowilismy sie na czwartek na ogladanie jakiegos filmu u niego. Troche mu "wygarnelam" w tych mailach, ale najwyrazniej postanowil nie reagowac lub potraktowal to jako zart, bo odpisal, jakby nigdy nic. W pracy robilam znow mine meczennicy, co najwyrazniej dziala (szefowa jest strasznie mila i nawet kupila mi czekolade na poprawienie humoru :) ale jest dla mnie dosc meczace. Szczegolnie, ze zrobilo sie prawdziwe lato i pogoda nie sprzyja malkontenctwu. Na szczescie w naszym pokoju jest tylko male, waskie okienko pod sufitem i nie widac slonca, a to ulatwia mi sprawe :) Caly tydzien ma byc tak ladnie,  wiec w czasie lunchu kupilam bilety dla siebie, Malwiny i Gosi na wycieczke nad morze, do Robin Hood Bay i Whitby! :) Mysle, ze bez wzgledu na to, czy mam depresje, czy tez jestem zestresowana, dobrze mi to zrobi :)))

Szefowa puscila mnie znow wczesniej do domu, bo stwierdzila, ze wygladam gorzej niz rano i oczywiscie wyszla razem ze mna. I tak by nas puscila, ale teraz przynajmniej miala lepszy powod - troske o mnie :) Wrocilam do domu i usiadlam do komputera, ale zaczelam zasypiac. Polozylam sie wiec na chwile, ale nastawilam budzik, bo moja studentka dala mi znac, ze zle sie czuje i mnie dzis nie zawiezie, a to oznaczalo, ze musze jechac wczesniej autobusem. Przed 18 przyszla Malwina, ktora szla wlasnie na angielski, zeby pozyczyc dlugopis i kartke, bo byla prosto z pracy i nie miala nic przy sobie. Po jej wyjsciu skonczylam jeszcze porzadkowac papiery na lekcje, a potem wyszlam i wsiadlam w autobus. Jak zwykle nie wiedzialm gdzie wysciac - poprzednim razem wysiadlam za daleko, a tym razem przystanek za blisko! :) W dodatku na lekcje przyszly tylko dwie osoby! Troche mnie to podlamalo, bo wydalam ostatnia kase na bilet - wszystko poszlo na nowego laptopa i jeszcze sie zapozyczylam, wiec jestem splukana az do przyszlej pensji! :) Laptop juz przyjechal do Polski (w Stanach sa tansze :) i teraz tylko czekam, az mi go ktos tu przywiezie. Najwazniejsze, ze nie bylo wizytacji, choc zapowiadali, ze moze sie pojawic!

Dzis znow mialam problemy ze wstaniem, ale poniewaz szefowa zasugerowala mi delikatnie, ze nie mam co przychodzic na 8:30, bo jej i tak do 9:00 nie ma w pracy, wiec ostatnio leze troche dluzej w lozku. W koncu poszlam do pracy i jakos mi dzien minal. Szefowa znow puscila nas prawie godzine wczesniej do domu, zebym sobie troche odpoczela. Inna sprawa, ze nie ma za bardzo co robic. Co prawda w przyszlym tygodniu zbiera sie Komisja Egzaminacyjna i zawsze robia z tego wielkie halo, ale juz wlasciwie prawie wszystko jest przygotowalam i naprawde nie wiem, czemu oni tak to przezywaja. Zeszlym razem dziekowali mi, bo podobno jeszcze nigdy tak sprawnie to nie poszlo! Coz, nie widze czemu im to zajmowalo cale tygodnie, skoro mozna wszystko zrobic w pare dni! Chyba nigdy sie nie przyzwyczaje do tutejszej mentalnosci. A przeciez chce tu zostac jeszcze pare lat! Musze tylko znalezc nowa prace. Dzis zadzwonili do mnie z jakiejs firmy z Londynu, do ktorej wyslalam swoje CV, ale rozmowa chyba nie poszla mi najlepiej, bo powiedzieli, ze powiadomia jak mi poszlo mailem, a to oznacza, ze zawalilam :) No coz, pierwsze koty za ploty :))) Za to zmobilizowalo mnie to do tego, zeby usiasc po polskim i poszukac ostro pracy - skoro kogos zainteresowalo moje CV (powiedzieli mi, ze zdzwonili , bo w CV zamiescilam zdjecie :)

wtorek, 06 czerwca 2006

178.

W piatek przyszedl wreszcie facet od komputera i az wstyd sie przyznac, ale okazalo sie, ze nie podlaczylam jednego kabla! Dlatego nic nie dzialalo! Mysle, ze to swiadczy tylko o tym, w jakim bylam stanie. Perspektywa dwoch miesiecy w jednym pokoiku z moja szefowa calkiem wytracila mnie z rownowagi! W dodatku caly piatek uplynal mi na wyjmowaniu dokumentow i ukladaniu ich w szafach! W koncu okolo 16 szefowa stwierdzila, ze robimy juz sobie weekend, wiec wyszlam prawie godzine wczesniej z pracy. Poszlam do sklepu po Smirnoffa dla Piotrka, a potem wrocilam do domu, weszlam pod prysznic i zalozylam czerwona sukienke :) Wkrotce przyszla Gosia, a potem Hiszpanie i poszlismy razem na impreze. Po drodze spotkalismy sie jeszcze z Malwina. Impreza powoli sie rozkrecala, kiedy przyszedl Sean. Przywitalismy sie i tyle. Dopiero po jakims czasie troche porozmawialismy, kiedy Hiszpanie juz poszli. Zreszta wkrotce sie zwinal, bo pracuje teraz nad oddaniem wszystkich prac na zaliczenie, zeby skonczyc jednak te studia. To byl jego drugi i ostatni rok. Kiedy okazalo sie, ze Malwina ma podwozke, ja i Gosia zabralysmy sie z nia, wiec w domu bylam dosc wczesnie, bo juz przed 2:00 :)

Sobota uplynela nam na praniu i pakowaniu. Wstalysmy dosc wczesnie, ale i tak dopiero po poludniu bylysmy gotowe. Przyszla Gosia i poszlysmy razem do Horton Parku na spacer. Zrobilysmy pare zdjec, a potem Gosia wrocila do domu, a my poszlysmy do Malwiny na obiad. Przy okazji zgralysmy mamie wszystkie zdjecia na plyte CD. Wieczorem mialysmy jechac do Bingley na barbeque u Insana, na ktore Rahat mial przywiezc mojego laptopa. Cos mnie tknelo i wyslalam mu SMSa z pytaniem, czy o nim pamietal. Oczywiscie odpisal, ze zapomnial! Napisalam mu, ze musze go dzis miec, bo jutro rano mama zabiera go do Polski, skad wroci do Stanow, gdzie byc moze uda sie go naprawic taniej. Odpisal, ze podjedzie po niego. Wsiadlysmy wiec z mama w autobus i pojechalysmy do Bingley. Impreza byla calkiem przyjemna. Humor mi sie poprawil, kiedy przyjechal Rahat z laptopem. Zjadlysmy kurczaka z rozna, wypilysmy troche ponczu i posiedzialysmy do 22, a potem zaczelysmy sie zbierac, bo rano trzeba bylo wczesnie wstac.

W niedziele wstalysmy o 7:30, zeby zjesc sniadanie i spakowac mame do konca. Potem poszlysmy na dworzec i wsiadlysmy w autobus do Manchesteru. Tam mialysmy 40 minut przerwy, poszlysmy wiec na krotki spacer pod brame Chinatown i na malownicza Uliczke Gajow i Lesbijek, pelna teczowych flag. Potem wrocilysmy na dworzec i wsiadlysmy w autobus do Liverpoolu. Tam przesiadlysmy sie jeszcze raz i pojechalysmy na lotnisko. Myslalam, ze juz wszystko bedzie w porzadku i moj pech sie w koncu skonczy, tymczasem okazalo sie, ze wage laptopa licza do bagazu podrecznego i ze musze doplacic, zeby sie go wreszcie raz na zawsze pozbyc! Nerwy mi puscily, ale zaplacilam. Pozegnalam sie z mama i wrocilam do Liverpoolu. Zjadlam obiad w Tate Cafe w Dokach Alberta, a potem zrobilam sobie spacer po miescie. Poszlam do Muzeum Swiata, a jak je zamkneli o 17, polozylam sie na trawce w Parku St. Jamesa. Swiecilo sliczne sloneczko i bylo bardzo milo. Ale potem troche sie ochlodzilo, wiec wstalam i pochodzilam jeszcze po miescie, zanim o 19 wrocilam na dworzec, a o 19:30 ruszylam do Bratfoot. W domu bylam o 22 i poszlam od razu spac. Wzielam tylko prysznic, zeby sie troche ugrzac przed snem, bo liverpoolski wiatr znow mnie wysmagal :)

piątek, 02 czerwca 2006
Dzien Dziecka!

177.

W poniedzialek bylo swieto narodowe - Memorial Day, czyli Dzien Pamieci. W kazdym razie nie trzeba bylo isc do pracy! Przesiedzialysmy caly dzien w domu - ja glownie w sieci, szukajac nowej pracy. We wtorek poszlam jeszcze do starej - specjalnie poszlam troche wczesniej, zeby wydrukowac bilet do Liverpoolu, ktory sobie kupilam na niedziele przez Internet. Cos mnie tknelo i zamknelam drzwi do biura, zeby nikt nie widzial, ze cos drukuje. Ledwo wlaczylam komputer, a tu slysze glos szefowej, gadajacej z kims za drzwiami! Powinna przyjsc dopiero na 9:00, tymczasem byla juz o 8:30! Na szczescie nie weszla do mnie, a za chwile uslyszalam, ze ida na gore. Wylaczylam komputer i otworzylam drzwi. Jak za chwile zeszli na dol, udalam, ze wlasnie przyszlam do pracy. Pozniej, w ciagu dnia, jak szefowa poszla do nowego budynku, udalo mi sie wszystko wydrukowac na jej drukarce, bo w mojej juz nie bylo papieru. Potem kazala mi wyslac do wszystkich maila, ze sie przeprowadzamy do nowego biura.

O 12 poszlam do domu na lunch. Przyszla tez Gosia, bo chciala, zebym zadzwonila w pare miejsc w sprawie wynajmu mieszkania. Od jakiegos czasu szuka czegos nowego, bo Hiszpanie w polowie czerwca wracaja do domu i musi sie gdzies przeprowadzic. Potem wrocilam do pracy i poszlam z szefowa zobaczyc nasze nowe biuro. No i dowiedzialam sie, ze w "okresie przejsciowym" (2-3 miesiace) bede siedziala razem z nia w jednej, malej klitce! Od razu zdobylam silniejsza motywacje do szukanie nowej pracy! :))) Po pracy bylam umowiona z Malwina. Przyszla na gore, wypilysmy herbate i zjadlysmy "Ptasie mleczko", a potem poszlysmy do niej. Wzielam ze soba plyty ze zdjeciami z poprzednich imprez i nagralam CD dla Piotrka, ktory ma w piatek urodziny. Chce mu ja dac w prezencie, bo juz dawno obiecalam mu, ze zgram mu wszystkie zdjecia z poprzednich balang :) Potem weszlysmy jeszcze po drodze od Netto kolo niej, ale po 20 bylam juz w domu. Usiadlam znow do komputera, ale jak na razie szukanie nowej pracy nie idzie mi za dobrze.

W srode przyszlam do pracy, a tu szefowa znow przed czasem! Stwierdzila, ze musi wszystkiego sama dopilnowac, bo bez niej sie przeciez oczywiscie wszystko zawali. Dlatego przychodzi wczesniej i wychodzi pozniej. Ale to juz jej problem! W kazdym razie caly ranek uplynal mi na snuciu sie po opustoszalym biurze i przesiadaniu sie z jednego krzesla na drugie. W koncu panowie wyniesli prawie wszystko i nie bylo juz prawie na czym usiasc - zostalo tylko biurko i parapet. O 11 szefowa powiedziala mi, zebym poszla na wczesniejszy lunch i na 13 przyszla juz do nowego budynku. W czasie lunchu przyszla znow Gosia i zabrala mame na spacer - poszly obejrzec kolejne mieszkanie. Tym razem udalo im sie znalezc dosc tanie w samym centrum, tuz nad "Gesia" i rzut beretem do Lloydsa :) Prawdopodobnie je wezma, tzn, Gosia i Magda, dziewczyna Piotrka, bo na jedna osobe to troche drogo (choc tansze niz moje, ale ja mam juz rachunki w cenie :) Po lunchu okazalo sie, ze nasze biurka stoja juz wstawione do tej klitki z malym, waskim oknem tuz pod sufitem. Moje na szczescie stoi pod okienkiem, wiec komputer mam w strone sciany i nikt mi w niego nie bedzie zagladal (jak sie go wreszcie uda uruchomic :) Zaczelysmy sie rozpakowywac. Szefowa znow gdzies zniknela, a tymczasem przyszedl profesor Fell i wreczyl mi 3 bukiety kwiatow: dla mnie najmniejszy i dwa duze dla obu szefowych! W koncu wybila 16:45, wiec zadzwonilam do szefowej z pytaniem, gdzie jest! Powiedziala, ze zaraz przyjdzie, po czym poprosila, zebym pomogla jej te dwa wielkie bukiety zaniesc do samochodu. Zanim dotarlam wreszcie do domu bylo po 17!

Malwina i mama juz na mnie czekaly. Zjadlysmy obiad i deser, czekajac na Rahata, ktory powiedzial, ze moze podrzuci mi mojego laptopa do domu. Niestety, okazalo sie, ze mi go nie naprawi, bo wyszlo by to drozej niz kupienie nowego. A to byc moze oznacza, ze mama zabierze go z powrotem do Polski, a stamtad pewnie pojedzie do Stanow, gdzie byc moze mozna go naprawic taniej. A ja tymczasem musze sobie kupic nowy, bo jak zmienie prace, to ten rzech na ktorym teraz pisze bede musiala oddac i zostane jak bez reki! :))) Minela 18, a Rahat nie dojechal, wiec wyszlysmy. Mialam im pokazac dzielnice Little Germany. Przeszlysmy cala wszerz i wzdluz, az doszlysmy do hotelu Victorii i pomnika Deliusa. Po 2 godzinach wrocilysmy do domu i ja oczywiscie usiadlam do komputera, ale zadzwonil Patryk i spytal, czy spotkam sie z nim na piwo. Takim zaproszeniom nigdy nie odmawiam, wiec umowilismy sie za godzine w Deliusie. Mama poszla spac, a ja poszlam sie z nim spotkac, ciekawa czego teraz ode mnie chce. Ale go nie rozgryzlam :) Chyba chodzilo mu o informacje na temat studiow na uniwerku. Po 23 wrocilam juz do domu i poszlam do lozka.

    

Kamienny zegar i fotel - atrakcja Little Germany oraz pomnik Deliusa pod Hotelem Victoria

W czwartek rano mialam problemy ze wstaniem, bo pogoda znow sie pogorszyla. W koncu sie zwloklam i poszlam najpierw do starego budynku po poczte dla nas, a potem do nowego. Cos tam jeszcze poukladalam i jak przyszla szefowa zaczelam podlaczac komputer. Okazalo sie, ze nie dziala, wiec zadzwonilysmy po fachowca. Powiedzial, ze przyjdzie okolo 12:30. Szefowa zniknela znow gdzies na pare godzin, a ja w spokoju troche popracowalam. W koncu wrocila przed 12 i powiedziala, ze skoro profesora dzis nie ma, to idziemy wczesniej do domu. O 13 poszlam na lunch i powiedzialam mamie, ze zrobie sobie dzis Dzien Dziecka i juz nie wroce do pracy! :) Zamiast tego wybralysmy sie na spacer. Kupilysmy kartke urodzinowa dla Piotrka, a potem podjechalysmy do Lister Parku. Tam wsiadlysmy na rower wodny i poplywalysmy pol godzinki po jeziorku. Tak sie mamie spodobalo, ze nie chciala wysiadac. Posiedzialysmy wiec jeszcze w lodce, a potem wrocilysmy na autobus i pojechalysmy do centrum. Mama nie czula sie najlepiej, wiec stwierdzilysmy, ze kregle to nie jest dobry pomysl, bo potem wszystko ja bedzie bolalo. Przeszlysmy sie wiec jeszcze na spacer, a potem wrocilysmy do domu i poogladalysmy zdjecia na komputerze. W koncu przed polnoca poszlysmy spac.

    

Jeziorko w Lister Parku i bardzo realistyczna rzezba w Cartwright Gallery.