Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
sobota, 30 czerwca 2007
Requiem

334.

Dzisiaj rano wstałam o 8:00, zupełnie jakbym szła do pracy. O 8:45 byłyśmy już z Gosią, którą spotkałam po drodze, pod uniwersytetem. Czekała już tam na nas jej chrześnica, a później doszła jeszcze Esthere ze znajomą Turczynką. Okazało się, że wczorajsze "Kółko hiszpańskie" skończyło się o 2:00 w nocy, ale udało im się rano wstać. Wsiadłyśmy wszystkie na małego, 20-osobowego busiku, w którym oprócz nas byli prawie sami Chińczycy, a reszta wycieczki jechała z dużym autokarze. W czasie drogi do Robin Hood's Bay moja znajoma Chinka Jessica poprosiła mnie, żebym pomogła jej wypełnić raport do college'u. Jednocześnie rozmawiałam ze znajomą Gosi z Polski, która zadawała mi pytania, na które nie znałam odpowiedzi. W końcu się zdrzemnęłam i obudziłam się już na miejscu. Mieliśmy godzinkę na zwiedzanie Robin Hood's Bay, ale my z Gosią już tam byłyśmy, więc kupiłyśmy sobie po krabie i przeszłyśmy się nad wodę i z powrotem. Jej chrześnica biegała po dnie morza, bo właśnie był odpływ - zupełnie jak rok temu, kiedy my tam byłyśmy - tylko, że miałyśmy lepszą pogodę. Potem wróciliśmy do autokaru i znów poszłam spać, bo ciśnienie strasznie spadło.

O 13:30 dojechaliśmy do Scarborough i mimo pochmurnego nieba poszłyśmy zwiedzać miasto. Wjechałyśmy kawałek pod górę taką kolejką, jak na Gubałówce, tylko dużo mniejszą. Przeszłyśmy się przez miasto i doszłyśmy do kościoła Św. Marii, gdzie na cmentarzu pochowana jest jedna z sióstr Brontë - Anne. Znalazłyśmy jej grób, a potem poszłyśmy na zamek, a właściwie jego ruiny. Powspinałyśmy się na mury, choć oczywiście nie było wolno i porobiłyśmy sobie zdjęcia. Na szczęście nie padało, ale było cały czas pochmurno i widoczność nie była za dobra. Potem zeszłyśmy na sam dół, nad morze, i weszłyśmy na wesołe miasteczko. Jako jedyna zdecydowałam się wsiąść na koło, żeby porobić zdjęcia. Gosia w tym czasie zapaliła papierosa, a jej chrześnica poszła na jakąś zakręconą karuzelę o dźwięcznej nazwie "Twister". Potem poszłyśmy szukać jakiejś restauracji i zdecydowałyśmy się na taką typowo angielską. Postanowiłam po raz kolejny zaryzykować i zjeść tradycyjne angielskie "fish and chips". Dziewczyny wzięły coś innego, ale żadna z nas nie była zadowolona, bo angielskie jedzenie jest jednak okropne. Potem w deszczu wróciłyśmy do naszego busa i do Bratfoot.

    

Zamek w Scarborough oraz zatoka z latarnią morską (więcej zdjęć na www.fotki.com/annad9)

Po drodze znów zasnęłam, bo strasznie bolała mnie głowa. Wysiadłyśmy pod uniwerkiem i poszłyśmy wszystkie do mnie zgrać od razu zdjęcia i napić się "Żuberka". Zrobiłam specjalnie sama syrop jabłkowy, żebyśmy mogły posmakować tego nowego drinka - brzeg szklanki moczy się w syropie, a potem w cynamonie, później wlewa się syrop jabłkowy, a na koniec Żubrówkę. Smakuje to jak lekarstwo! Dziewczyny wyszły ode mnie przed 21, a ja weszłam pod prysznic. Jak wyszłam, wzięłam proszek od bólu głowy, a potem zadzwoniła do mnie siostra przez SKYPE'a i powiedziały mi z mamą, że dziś rano umarła babcia. Dopiero byłam w Polsce na jej urodzinach! Świetnie się trzymała jak na swoje 90 lat. Tańczyła, śmiała się, a dwa tygodnie później znalazła się w szpitalu. Pogrzeb jest we wtorek, zaczęłam więc sprawdzać loty do Polski, ale nie wiem, czy polecę. Z jednej strony bym chciała, ale z drugiej nie jest to takie proste. Zresztą jeszcze to do mnie nie dotarło. Postanowiłam więc iść spać i pomyśleć o tym jutro...

    

Babcia Helenka (1917 – 2007) w czasie swoich 90-tych urodzin.

Olé! Olé!

333.

W czwartek rano obudziłam się z dziwnym przeczuciem, że zapomniałam poprzedniego dnia nastawić budzik. I rzeczywiście, okazało się, że minęła 8:30, czyli że właściwie powinnam właśnie wychodzić, żeby zdążyć :) Wstałam więc i zjadłam śniadanie, ale nie myłam już włosów, tylko poszłam prosto do pracy. Dotarłam tam na 9:00, więc spóźniłam się tylko 15 minut, ale jak weszłam do biura, siedziały i rozmawiały tam akurat Leah i główna szefowa. Usiadłam za biurkiem jak gdyby nic i udawałam, że nic się nie stało :) Sheryl też się znowu spóźniła i też nic nie powiedziała, ale mi się to zdarzyło po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu. Zabrałam się za robotę, a potem poszłam do domu na lunch, po drodze kupując parę rzeczy w sklepie. Potem Debz opowiedziała nam historię swojej rodziny - jako nastolatka dowiedziała się, że jej starsze rodzeństwo jest  przyrodnie - brat jest synem jej ojca z inną kobietą, a siostra córką matki z innym mężczyzną, adoptowaną przez jej ojca. Przed jego śmiercią ojca (zmarł na raka) okazało się, że jeszcze, że ma dwie przyrodnie siostry z jego pierwszego małżeństwa! A ja myślałam, że moja rodzina ma pokręconą historię! :)

Po pracy poszłam do domu i umyłam głowę, a potem weszłam na chwilę do łóżka, ale po 18 byłam umówiona na angielski, więc poleżałam dosłownie 15 minut i już musiałam wstawać. Po ponad dwóch godzinach lekcji w Polskim Klubie poszłam do Muzeum Mediów po program kina, bo chciałam namówić ludzi z "Kółka francuskiego", żebyśmy poszli znów do kina na francuski film, a potem porozmawiali o filmie. W lipcu będą grali aż trzy francuskie filmy - "Je ne suis pas ici là pour être aimé", "La vie en rose" i "Molière" - i na wszystkie już się wybieram. Weszłam do domu po camemberta, bagietkę i piwo, które mi zostało z poniedziałkowego "Kółka polskiego", ale zapomniałam ze sobą wziąć program kina na "Kółko francuskie" :) Umówiliśmy się jednak, że koniecznie musimy pójść na film o Edith Piaf! Tym razem spotkaliśmy się na squacie u Niny i jak zwykle było pełno ludzi, nawet takich, którzy nie mówią po francusku :) Pojawił się też jeden nowy chłopak, Andy. Zaczęłam się zbierać z Matthieu już przed północą, ale zanim w końcu wyszliśmy z Agnès i Conradem, była 1:30, więc zanim poszłam spać, wybiła 2:00 w nocy :)

W piątek Sheryl nie przyszła do pracy i nie zadzwoniła, więc nie wiemy, co się z nią dzieje. Jedna z wykładowczyń przyniosła curry własnej roboty, żeby podziękować wszystkim za wszystkie ciastka i czekoladki, które wciąż się pojawiają w naszej kuchni :) Potem szefowa poszła na spotkanie Komisji Egzaminacyjnej, a ja wymknęłam się z pracy i pobiegłam do college'u, żeby dać szefowi wszystkie testy jednego z uczniów, listy obecności i raporty "samo-oceniające". Okazało się jednak, że potrzebne mu są oryginały testów, a nie kopie, więc obiecałam, że dostarczę mu je w poniedziałek. Wróciłam do pracy i wysłałam SMSa do tego ucznia, a on oddzwonił i powiedział, że może mi je podrzucić w czasie lunchu. O 12:30 byłam umówiona z jedną z pracownic, która pomogła mi kiedyś coś załatwić, ale powiedziałam jej, że przyjdę trochę później. Spotkałam się więc najpierw z moim uczniem przy głównym wejściu, a potem poszłam do Tree House. Agnès akurat była za ladą, więc chwilę pogadałyśmy, zanim dosiadłam się do tej znajomej z uniwerku i jakiejś jej koleżanki. Potem dosiadł się jeszcze do nas chłopak, który zajmuję się pocztą na uniwerku.

Po pracy poszłam do sklepu, żeby kupić czerwone wino i owoce na Sangrię. Pod sklepem spotkałam Toma i spytałam go czemu nie przyszedł wczoraj na "Kółko francuskie", a on powiedział, że rozstał się z Agnès i pomyślał, że lepiej jak zrobią sobie na razie przerwę! Tym czasem Agnès przysłała mi SMSa, że idzie spać, więc żebym zamiast prosto po pracy, przyszła do niej o 18. Tymczasem minęła 18, a ona nie odpisała na moją wiadomość i nie odbierała telefonu. Już w Tree House wydawało mi się, że jest jakaś smutna, ale nie wiedziałam dlaczego. Trochę się zaniepokoiłam i poszłam do niej do domu zapukać w okno. Oczywiście okazało się, że zaspała. Myślałam, że będzie może wolała zostać w domu, ale powiedziała, że idziemy na "Kółko hiszpańskie", a Sangrię zrobimy na miejscu. Po drodze weszłyśmy jeszcze do mnie po resztę składników i równo o 19 byłyśmy w Douglas Tower. Znajomi Hiszpanie kończyli właśnie hiszpańskie omlet, a my zabrałyśmy się za Sangrię. Była bardzo dobra, choć Hiszpanie się śmiali, że pierwszy raz pili Sangrię z truskawkami, winogronami i bananami, za to bez jabłek :) Stwierdzili, że to taka polsko-francuska Sangria :)))

Kiedy wszystko było gotowe, usiedliśmy przy stole i zajadaliśmy się omletem, sałatką z fetą oraz szynką i suszoną kiełbasą z rodzinnych stron Guillermo, popijając Sangrię :) Potem zaczęli dochodzić ludzie i wkrótce cały pokój się zapełnił. Przyszli między innymi dwaj moi uczniowie z pierwszego roku, bo na "Polskim kółku" usłyszeli o hiszpańskim i strasznie się zapalili do tego pomysłu. Potem Sergio zagrał parę klasycznych utworów na gitarze, a na koniec przygrywał nam do tańca - Matthieu zatańczył ze mną flamenco, a Guille z Esthere coś, co mało przypominało tradycyjny taniec hiszpański :))) W każdym razie świetnie się bawiliśmy i staraliśmy się jak najwięcej mówić po hiszpańsku. Jeśli o mnie chodzi, to dużo rozumiem, ale z mówieniem jest dużo gorzej, dlatego Esthere mówiła do mnie po hiszpańsku wolno i wyraźnie, a ja odpowiadałam jej po angielsku :) W końcu o 23, jak już dokończyłam ostatnie owoce z Sangrii, zaczęłam się zbierać do domu, bo rano musiałam wstać na wycieczkę. Zostawiłam więc moich uczniów i poszłam wcześniej spać :)

środa, 27 czerwca 2007
Kultowy Kult :)
332.

W poniedziałek od rana padało, a chwilami nawet lało. Jak doszłam do pracy, miałam już całkiem mokrą kurtkę. Podobno jest lato, a ja ubieram się jak jesienią! W zeszłym roku lipiec był bardzo ładny, ale podobno to się zmienia co dwa lata, więc jest nadzieja na przyszły rok. Tymczasem idąc do pracy w deszczu nuciłam sobie pod nosem piosenkę Formacji Nieżywych Schabów "Lato, lato wszędzie" :))) Minęła 9:00, a Sheryl wciąż nie było w pracy. Zaczęłam się martwić, że może wyniki jej badań były negatywne, ale Leah powiedziała, że zanim wyszła w czwartek z pracy, zadzwonili do niej z kliniki, żeby jej powiedzieć, że wszystko jest ok. Napisałam więc do niej maila, ale mi nie odpisała. Na lunch poszłam do domu, bo mimo że padało, musiałam przynieść ostatnie sprawdzone przeze mnie testy z polskiego i odbić je na ksero, nie miałam więc wyboru. Potem zabrałam się dalej za listy z ocenami. Strasznie dużo z nimi zachodu, bo trzeba wszystko dokładnie sprawdzić, żeby nie wysłać komuś błędnych lub cudzych ocen.

Po pracy poszłam do domu, odgrzałam kapustę z grzybami i zapakowałam łyżki, polski chleb, kabanosy i polędwice Sopocką, a potem na 19 poszłam na ostatnią w tym roku lekcję polskiego z pierwszym rokiem. Na ostatniej lekcji studenci nadrabiali zaległości w testach, czyli robili te, których nie zrobili wcześniej, bo nie przyszli na lekcję. Niestety, parę osób się spóźniło, więc był to jeden wielki chaos :) Potem jedliśmy kapustę z grzybami i chleb oraz śpiewaliśmy "Da Da Da" Formacji Nieżywych Schabów, bo ma najprostszy tekst, jaki udało mi się znaleźć! :) Coś mnie ta FNS prześladuje! :) Po lekcji poszliśmy wraz z 5 studentami na "Polskie kółko" na drugim squacie. Ale ponieważ Jan spóźniła się na lekcję i nie wyrobiła się z wszystkim testami (jako jedyna miała do zrobienia aż 7) więc musiałam je z nią dokończyć. A potem musiałam ją jeszcze odprowadzić na przystanek i jak wróciłam, nie było już żurku, który ugotował Paweł :(  Z żalu wypiłam więc 4 piwa i jedną Szarotkę, a potem wróciłam do domu i około 2:00 poszłam spać.

We wtorek pogoda się trochę poprawiła. Od rana miałam dużo pracy i byłam zabiegana, bo znów były rozmowy o pracę na wydziale Psychologii. Rano jedna z kandydatek na to stanowisko zadzwoniła, że niestety nie przyjedzie, bo poprzedniego dnia mieli powódź - Internet nie działa, pociągi wstrzymali, a samochód zamókł. Nie pamiętam, skąd dokładnie była, ale rzeczywiście deszcz wyrządził wiele szkód, a parę osób nawet zginęło. Dojechał za to Francuz z Tuluzy, ale nie odezwałam się do niego po francusku, żeby mu się języki nie mieszały, tylko żeby się przestawił na angielski i dostał tę pracę :) Na lunch poszłam do domu, a wracając pogadałam z Agnès i Tomem, który oblał mnie wodą! W pracy byłam znów zajęta, więc czas mi szybko minął, ale czułam, że mam coraz większą gorączkę. W domu tylko coś zjadłam i na 17:30 poszłam na lekcję angielskiego. Postanowiłam więc iść wcześniej spać, ale zamiast tego usiadłam oczywiście do Internetu i obejrzałam urywki "Idola" na Youtube :) A teraz słucham "Poligono Industral" Kultu i coraz bardziej mi się podoba ta płyta :) A swoją drogą Kazik nagrał bardzo fajną piosenkę pt. "Idol", ale nigdzie nie mogę jej znaleźć!

     

Kazik - bard mojego pokolenia - i młody Kult (zdjęcia ze strony http://www.kult.art.pl)

Dzisiaj na uniwersytecie był "Dzień Arabii Saudyjskiej" :) Minęła 9, a Sheryl znów nie pojawiła się w pracy. W końcu zadzwoniła i powiedziała, że źle się czuje, ale już jej lepiej, więc przyjdzie przed lunchem. Jak dotarła, poszłyśmy do atrium, żeby zobaczyć co się tam dzieje i kupić coś do jedzenia. Właśnie zastanawiałyśmy się, gdzie zacząć zwiedzanie, kiedy podszedł do nas chłopak ubrany jak beduin :) Zaproponował, że nas oprowadzi i rzeczywiście nie odstępował nas na krok. W części opowiadającej o religii, inny Arab Saudyjski (chyba tak się nazywają mieszkańcy tego kraju :) zapytał, czy jestem muzułmanką, bo w przeciwieństwie do większości zwiedzających wiedziałam, co to jest Czarny Kamień. Na koniec zrobiłyśmy sobie z naszym "przewodnikiem" Adilem zdjęcie w tradycyjnych strojach. Potem kupiłyśmy zupę pomidorową i sałatkę i wróciłyśmy do pracy. Szefowa działu Psychologii powiedział mi, że zdecydowali już, którym osobom zaproponują pracę, ale niestety Francuz z Tuluzy do nich nie należy :(

Sheryl chce przyjść na "Kółko francuskie" i na "Kółko hiszpańskie", ale jutro nie może, a w piątek wieczorem leci do w Paryża! :) Pytała nawet, czy też chcę lecieć, ale jadę w sobotę do Scarborough, poza tym pewnie tak tylko powiedziała, jak to mają tutaj w zwyczaju :) Pewnie nie podejrzewała nawet, że gotowa byłabym to zrobić :))) Powiedziała, że przyjdzie na oba "kółka" w przyszłym tygodniu. Zobaczymy. Po pracy poszłam do domu coś zjeść, a potem na 19 poszłam na ostatnią w tym roku akademickim lekcję polskiego. Uczniowie dokończyli wszystkie testy, a potem umówiliśmy się na niedzielny obiad i na koniec zaśpiewaliśmy sobie "Da Da Da" Formacji Nieżywych Schabów :) Po lekcji zabrałam się za wypełnianie raportów i całą papierkową robotą, którą chcę jutro podrzucić szefowi w college'u i mieć wreszcie spokój! :) Odpisałam też na maile, między innymi mojemu kuzynowi z Wrocławia, kórego bardzo dawno nie widziałam, a który znalazł mnie przez SKYPE'a. A teraz idę do łóżka i będę czytać kolejną książkę o polskim kinie! :)

niedziela, 24 czerwca 2007
"Moja piosnka" :)

331.

W środę w naszym biurze znów był tłum, bo oprócz Sheryl - dziewczyny z agencji - była jeszcze nasza praktykantka, no i oczywiście Leah. Prawdę mówiąc Leah zaczyna mnie coraz bardziej wkurzać. Słucha cały czas o czym mówimy i wtrąca się nieproszona do każdej rozmowy. A jak ją zapytam na przykład jak coś poprawnie napisać, to pyta od razu o cały kontekst i wszystkie szczegóły. Jednym słowem jest wścibska, więc najlepiej mi się rozmawia z Sheryl, kiedy jej nie ma w pokoju :) Na lunch poszłam znów do domu, bo wtedy przez mam chwilę spokój i mogę zapomnieć o pracy. Potem wróciłam do roboty i dalej się nudziłam. Po pracy posprzątałam trochę w domu, bo o 17:30 przyszła Gosia z synem, synową i wnuczką. Przegrałam im zdjęcia na płytę, bo nie mieli już pamięci na karcie, a potem poszłam na polski i zrobiłam moim uczniom ostatni test! Teraz muszą jeszcze tylko zrobić te, które przegapili nie przychodząc na którąś z ostatnich lekcji. Jednej uczennicy został tylko jeden test, a pozostałym od 2 do 4. Po lekcji usiadłam do komputera i przed snem porozmawiałam jeszcze ze znajomą z Manchesteru, która wróciła właśnie z Polski.

W czwartek Sheryl szła do lekarza po wyniki testów, bo ma jakieś problemy ze zdrowiem. Jak wróciłam z lunchu, już jej nie było. Nadal nie miałam za dużo roboty i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy nie pójść do szefowej i nie spytać, czy ma coś dla mnie, ale co jakiś czas przychodzi jakiś mail, na który musiałam odpisać i czas jakoś mijał :) Po pracy poszłam na chwilę do domu i położyłam się dosłownie na 15 minut do łóżka, bo byłam dosłownie wyczerpana. A potem musiałam już wstawać i iść na 18:00 do Polskiego Klubu na kolejną lekcję angielskiego. Tym razem przyszła tylko jedna dziewczyna i w dodatku spytała, czy może mi zapłacić za tydzień, więc w tym tygodniu za bardzo się nie wzbogaciłam :) Weszłam na chwilę do domu po bagietki i wino, które kupiłam wracając z pracy, a potem poszłam na "Kółko francuskie" :) Jak zwykle było miło, choć przez pół wieczoru siedział z nami jakiś dziwny facet, który nie znał francuskiego i gadał sam do siebie :) Ale potem się go pozbyliśmy i znów zanim się obejrzałam, wybiła północ! :))) I znów jako jedna z pierwszych osób poszłam do domu, a reszta siedziała jeszcze ponoć do 3 rano! :)

W piątek odbyły się pierwsze rozmowy o pracę wykładowcy na naszym wydziale Psychologii. Kandydaci przychodzili najpierw do mnie, a ja prosiłam żeby usiedli i pytałam, czy chcą coś do picia. Potem szłam zawiadomić komisję, że przybyła już następna "ofiara" :) A we wtorek będzie druga tura i tym razem przyjedzie jeden Francuz z Tuluzy oraz Meksykanin :) W międzyczasie szefowa dała mi wreszcie jakąś robotę - musiałam wydrukować listy z ocenami, które będziemy teraz wysyłać naszym studentom. Zamiast iść na lunch do domu, postanowiłam więc zostać w pracy i zjeść coś z lunchu zamówionego dla komisji rekrutacyjnej. A ponieważ jestem na diecie i staram się nie jeść chleba, więc wyjadłam tylko łososia i ser ze środka :) I tak by zaraz wyrzucili te kanapki, bo według ich przepisów nie mogą stać dłużej niż 3 godziny. Po pracy pojechałam do Morrisona na zakupy, bo lodówka była już prawie całkiem pusta. Dosyć szybko się uwinęłam, ale i tak spóźniłam się do Polskiego Klubu, gdzie byłam o 19 umówiona z moimi uczniami. Zabalowaliśmy do północy, a potem poszłam jeszcze na chwilę na imprezę wolontariuszy u Agnès, by ustalić, że w piątki będziemy mieć "Kółko hiszpańskie" :)

W sobotę wstałam około południa i porozmawiałam przez SKYPE'a z rodziną. Kupiłam wreszcie bratu bilet do Bratfoot i mogę już planować jego pobyt u mnie :) Lecimy stąd na 12 dni do Portugalii, ale oprócz tego chcę z nim pojechać jeszcze w parę miejsc w Anglii. Potem poszłam zrobić wreszcie pranie i zabrałam się za gotowanie kapusty z grzybami - tym razem z suszonymi, które dała mi specjalnie znajoma, a nie tak jak dotychczas z pieczarkami. Zapomniałam tylko kupić rodzynki, ale Gosia zaprosiła mnie na obiad i obiecała, że mi pożyczy. Byłam u niej o 18 i po obiedzie obejrzeliśmy jeszcze ich zdjęcia z Hull, gdzie zwiedzali akwarium. Wyszłam od nich po 20, ale musiałam wrócić, bo zapomniałam rodzynek i mojego chrupkiego chlebka, który Gosia kupiła dla mnie w Lidlu. Od dwóch tygodni się odchudzam, więc taki chlebek jest lepszy, a poza tym tak szybko nie pleśnieje, a zepsuł mi się toster i nie mogę już opiekać podeschniętych kromek. Przed snem obejrzałam sobie "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego na DVD i muszę przyznać, że mimo iż zdjęcia były bardzo dobre, to dialogi i aktorstwo trochę się zestarzało. Ale domyślam się, że w tamtych czasach, ten film musiał robić wrażenie!

    

Jolanta Umecka i Zygmunt Malanowicz (nie dziwię się, że nie zrobili wielkiej kariery filmowej) ...

    

... oraz Leon Niemczyk (za którym zresztą też nigdy nie przepadałam) a w tle mazurskie jeziora.

Dzisiaj wreszcie się trochę wyspałam, a potem zabrałam się za testy z polskiego i całą papierkową robotę, którą mam w nadchodzącym tygodniu oddać mojemu szefowi z college'u. Muszę miedzy innymi wypełnić dwa raporty samo-oceniające! Straszne! :) Wydaje mi się, że nie jestem najlepszym nauczycielem, ale staram się jak mogę, a szef jest najwyraźniej ze mnie zadowolony. Właśnie poprosił mnie, żebym w przyszłym roku uczyła 3 grupy (rok 1, 2 i 3) i się zgodziłam. Jednocześnie gotowałam dalej bigos na jutrzejsze "Polskie kółko", na które kupiłam też polski chleb, kabanosy i polędwicę Sopocką :) Oprócz tego muszę się nauczyć na pamięć jakiegoś wiersza i jutro go wyrecytować :) Zdecydowałam się na "Moją piosnkę" Norwida, bo lubię jego poezję, a ten wiersz bardzo pasuje do klimatów emigracyjnych :) Poza tym umiałam go kiedyś zaśpiewać grając na gitarze i muszę go sobie tylko przypomnieć. Siostra podała mi wczoraj chwyty gitarowe, więc może nawet go zaśpiewam? Po 20:00 przyszła Gosia i kupiłyśmy wreszcie bilety do Polski na Święta! Posmakowała też mojej kapusty z grzybami i powiedziała, że dobra :) Potem Internet zaczął mi nawalać, więc poszłam wcześniej spać.

wtorek, 19 czerwca 2007
Weekend w Bristolu :)

330.

W piątek wyszłam z domu po 19 i poszłam na dworzec. Spakowałam się oczywiście na ostatnią chwilę, wrzucając po prostu wszystko jak leci do plecaka :) Na dworcu okazało się, że pociąg do Leeds jest opóźniony 10 minut z powodu deszczu, a to oznaczało, że będę miała tylko 5 minut na znalezienie peronu i pociągu do Bristolu. W Leeds okazało się jednak, że wszystkie pociągi są spóźnione. Miałam nadzieję, że po drodze trochę nadrobią i opóźnienie się zmniejszy, tymczasem się zwiększyło i zamiast o 23:45 byłam w Bristolu o 24:25. Na dworcu czekała na mnie moja znajoma Hiszpanka, Dolores. Pojechałyśmy taksówką do domu, w którym wynajmuje pokój. Wzięłam prysznic, a potem usiadłyśmy na moim łóżku, piłyśmy wino i rozmawiałyśmy do 4 rano :) Nie widziałyśmy się prawie dwa lata, więc musiałyśmy nadrobić zaległości! :) Ustaliłyśmy też, że za rok we wrześniu przyjadę wreszcie w odwiedziny do Hiszpanii i zrobimy sobie razem "objazdówkę" po znajomych: od Valencii, przez León do Santiago de Compostela :)

    

Symbol miasta Bristol i przepiękna katedra, pod którą zbiera się i przesiaduje młodzież.

W sobotę wstałyśmy o 10 i zjadłyśmy śniadanie, a potem poszłyśmy na przystanek spotkać się z koleżanką Dolores. Myślałam, że to też Hiszpanka, ale okazało się, że urodziła się i pierwsze 18 lat spędziła w Polsce :) Teraz jednak od wielu lat mieszka w Hiszpanii, gdzie wyszła za mąż. Pojechałyśmy zwiedzać razem miasto, które jest naprawdę piękne. Napstrykałam oczywiście dużo zdjęć, które można znaleźć u mnie na "fotkach". Około 18:30 byłyśmy z powrotem w domu. Gospodyni Dolores miała zrobić obiad, bo płaci za mieszkanie z wyżywieniem, ale okazało się, że zasnęła, więc poszłyśmy do Chińczyka i wzięłyśmy pyszne jedzonko na wynos. Zjadłyśmy je w domu, a potem spotkałyśmy się z tą polsko-hiszpańską znajomą :) We trzy poszłyśmy do pubu Mill na bilard. One piły znów czerwone wino, a ja Smirnoff Ice. Zagrałyśmy trzy partie, zaśmiewając się przy tym nieźle, bo Dolores nigdy wcześniej nie grała w bilard. Na koniec podszedł nawet do nas jeden z gości i powiedział, że dziękuje nam za darmową rozrywkę :))) Potem poszłyśmy do tej znajomej do domu i piłyśmy znów wino - one czerwone, a ja białe. Wreszcie o 5, jak już obie zaczęły przysypiać, poszłyśmy do domu :)

    

Most wiszący nad rzeką Avon - dzieło brytyjskiego inżyniera Isambarda Kingdom Brunela.

W niedzielę wstałyśmy dopiero po 12:00 :) Zjadłyśmy śniadanie, a potem się spakowałam i pojechałyśmy na dworzec autobusowy. Pożegnałyśmy się i umówiłyśmy, że teraz w lipcu Dolores przyjedzie do mnie w odwiedziny :) Wsiadłam w autobus i mimo iż miałam czytać książkę z biblioteki, którą specjalnie wzięłam na drogę, od razu zasnęłam :) Obudziłam się dopiero w Birmingham, gdzie miałam przesiadkę. Ponieważ autobus do Bratfoot był dopiero półtorej godziny później, więc poszłam zwiedzać miasto. Pierwsze wrażenie nie było najlepsze, ale jak doszłam do centrum, okazało się, że to bardzo ciekawe miasto, w którym stara architektura miesza się z nowoczesną. Po godzinie wróciłam na dworzec i o 19 ruszyłam do Bratfoot, gdzie dotarłam o 22:30. Tym razem trochę poczytałam i prawie skończyłam kolejną książkę o polskim kinie :) W domu usiadłam do komputera i obejrzałam zdjęcia, a potem poszłam spać.

    

Selfridges - część centrum handlowe BullRing oraz kościół Św. Marcina w Birmingham.

W poniedziałek ledwo się obudziłam i poszłam do pracy. Prawie cały dzień czułam, że zasypiam i marzyłam tylko o tym, żeby się położyć, ale umówiłam się z Gosią, że zajrzy do mnie na chwilę po pracy, żeby zgrać zdjęcia z karty, bo przyjechał do niej syn z żoną i z córką, więc na karcie prawie zabrakło jej miejsca :) Zatem zamiast położyć się na pół godziny w czasie lunchu, zabrałam się za sprzątanie! :) Potem wróciłam do pracy i wytrwałam jakoś do 17. Po drodze do domu weszłam do sklepu, a potem położyłam się na łóżku, czekając aż przyjdzie Gosia i mnie obudzi. Pospałam więc jakąś godzinkę, aż obudził mnie telefon. Okazało się, że Gosia z rodziną jest nadal w Yorku, więc przełożyłyśmy przegrywanie zdjęć na kiedy indziej. Zebrałam się i poszłam na kolejną lekcję polskiego, na której zrobiliśmy ostatni test - teraz każdy musi tylko nadgonić te, które przegapił, choć i tak nie ma to takiego znaczenia, bo szef powiedział, żebym dała mu testy tylko jednej osoby z drugiej grupy. Po lekcji poszliśmy z paroma osobami na "Kółko francuskie", ale posiedziałam tylko do północy, zjadłam pierogi, które zrobił Tom i poszłam do domu :)

Dzisiaj spóźniłam się do pracy 10 minut. Wstałam tak jak zwykle, ale zaczęłam coś robić i zanim się obejrzałam zrobiło się późno. Z pracy wysłałam Polakom, których uczę angielskiego SMSy, bo poczułam że sytuacja zaczęła mi się wymykać spod kontroli. Okazało się, że niektórzy się nie lubią, więc nie chcą uczyć się razem. Wyszło zatem na to, że we wtorki będą 3 osoby, w czwartki 1, a 3 pozostałe chcą czekać do lipca, aż będę miała więcej czasu! Musiałam im zatem uświadomić, że nie będę im poświęcać 3 dni w tygodniu! Też chcę mieć wakacje, a poza tym muszę się zabrać za studia. No i że cena, którą im zaproponowałam dla grupy była niższa niż prywatne lekcje. Ale zgodziłam się, że dziś wyjątkowo spotkam się w tej samej cenie tylko z jedną dziewczyną, bo reszta pracuje. W czasie lunchu w domu dostałam SMSa od jednej z moich uczennic polskiego, która pochwaliła się, że poszła dziś na zakupy do polskiego sklepu w Leeds i sprzedawczyni ją zrozumiała, jak zamawiała rzeczy po polsku! Fajnie :) Prosto po pracy poszłam do biblioteki po kolejną książkę do mojej pracy doktoranckiej, a potem na prywatną lekcję angielskiego w Polskim Klubie. A później w domu usiadłam do komputera i wrzuciłam zdjęcia z wycieczki :)

piątek, 15 czerwca 2007
Czarna Ręka Forever! :)

329.

Wczoraj w pracy przez cały dzień męczyłam się z listami do osób, które starają się o pracę wykładowców na naszym wydziale Psychologii. Wydawało się, że wszystko jest ok, ale główna szefowa powiedziała, że jedna z ważnych "szych" w komisji rekrutacyjnej musi wyjść godzinę wcześniej niż początkowo miały się skończyć rozmowy o pracę, więc musiałam wszystkich przesunąć o ponad godzinę wcześniej! A to oznaczało, że muszę im znów wysłać te listy, bo w nich było podane, o której mają interview. Zrobiło się z tego straszne zamieszanie, bo musiałam pozmieniać cały plan dnia. W czasie lunchu poszłam tylko na dół do uniwersyteckiej kawiarni i kupiłam sobie całkiem smaczną zupę pomidorową. Później porozmawiałam trochę z Sheryl - dziewczyną z agencji, która jest bardzo sensowna i miła - o brytyjskich autostradach. Spytałam ją, czy tak jak Amerykanie mają drogę numer 66 i okazało się, że istnieje Motorway 66 i ma dość ciekawą historię. Przesłała mi do niej linka: http://www.cbrd.co.uk/motorway/m66/. Drugą dziewczynę z agencji odesłali, bo stwierdzili, że nie mają dość pracy dla dwóch. Ale Amerykę odkryli! Wystarczyło by, żeby mnie zapytali, to dawno bym im to powiedziała :)))

Po pracy poszłam na chwilę do domu, a potem o 18 byłam już w Polskim Klubie i czekałam na jedną z Polek, która przyjechała trochę spóźniona na lekcję angielskiego. Właściwie powinnam wziąć o niej 2 razy więcej pieniędzy, bo przecież zeszłam z ceny tylko dlatego, że miała być większa grupa, a ona była sama, ale nic nie powiedziałam. Za "miętka" jestem :))) Po lekcji weszłam do domu tylko po to, żeby się przebrać i zabrać camemberta i wino, które kupiłam wracając z pracy. Zwykle jak przychodzę na "Kółko francuskie", to jeszcze nikogo nie ma, ale tym razem był już Conrad ze znajomym oraz Nina i Tom. Później doszedł jeszcze Paweł, Matthieu i Severine oraz paru Anglików, którzy nie znają francuskiego, więc jak zwykle rozmawialiśmy w paru językach :))) Słuchaliśmy też płyty "Patchanka" Mano Negry i obiecałam Agnès, że przegram jej wszystkie ich 4 płyty, jakie mam, jak tylko przypomnę sobie, jak to się robi. Bo ostatnio próbowałam przegrać dwa CD i mi się nie udało. Pojawił się jakiś błąd i nie i wiem, czy to moja wina, czy też tanich płyt CD :)

Dzisiaj w pracy musiałam się dalej zajmować tymi listami i rozplanowaniem rozmów o pracę w naszym dziale Psychologii, chociaż nie mogłam już na nie patrzeć! :) Wysłałam jeszcze maile do kandydatów, a że jest wśród nich jeden Francuz, do niego napisałam po francusku. Ciekawe, co on na to :) W końcu udało mi się wszystko wysłać i poszłam wreszcie na lunch do Tree House :) To taka knajpka prowadzona przez wolontariuszy, gdzie sprzedają dość tanio zdrowe jedzenie, a poza tym znajduje się tam "Biblioteka pokoju" z książkami dla dzieci, a także szafy z książkami dla dorosłych i płytami, które można sobie zabrać do domu i potem odnieść. To bardzo fajne miejsce, które niestety - jak każdy taki "drugi dom" - ma problemy finansowe. Skojarzyło mi się to z warszawskim Fugazi, które dla mnie było takim "drugim domem". Po pracy wróciłam do domu, szybko coś zjadłam i spakowałam się, bo zaraz jadę do Leeds na pociąg do Bristolu! :)

    

Mano Negra sprzed lat i Manu Chao dzisiaj  (http://www.manuchao.net :)

czwartek, 14 czerwca 2007
Dziwny sen Anny D9! :)

328.

W poniedziałek wróciłam do pracy. Oczywiście musiałam wszystkim opowiadać, co mi było, jak bolało, co pomogło, a co nie i tak dalej :) Potem zabrałam się za odpisywanie na maile. Na lunch tym razem nie poszłam do domu, bo przecież mówiłam wszystkim, że mam mało chodzić, więc taki spacer do domu i z powrotem byłby podejrzany :) Dlatego wzięłam ze sobą sałatkę z tuńczyka i migdały jako zagryzkę. Poza tym po raz pierwszy chyba od jakiś dwóch lat zjadłam śniadanie przed pójściem do pracy, a wszystko w ramach nowej diety, żebym się mogła w Portugalii pokazać na plaży :) Mam miesiąc na to, żeby zgubić trochę w biodrach :) Wiem, powinnam ćwiczyć, ale nie mam czasu, a jak mam, to już nie mam siły! :))) Po pracy poszłam na masaż do fizykoterapeuty. Najpierw kazał mi ruszać nogą w różne strony, aż w końcu stwierdził, że naciągnęłam mięsień i nerw. Prawdopodobnie nadwyrężyłam je już wcześniej, a doprawiłam w sobotę tańcząc. W końcu przez ostatnie 10 minut zaczął mi masować ten mięsień i poczułam się po tym trochę lepiej :)

Wróciłam do domu na chwilę i usiadłam do komputera, a potem zabrałam wszystkie materiały oraz testy i poszłam na polski. Po lekcji mieliśmy drugie "Polskie kółko", na które tym razem oprócz mnie, Toma i Jan dotarł też Satbir. Na miejscu był jeszcze jakiś Polak, którego wcześniej nie znałam, a potem doszła do niego jeszcze znajoma z Kenii. Była też Agnès, bo to w końcu u nich w ogródku :) Na koniec doszedł jeszcze Paweł (wolontariusz), a reszta to byli Anglicy. Pobiegłam na chwilę do domu i przyniosłam płyty Kultu i Renaty Przemyk, żeby była polska muzyka, a w zamian pożyczyłam składankę Marka Grechuty. Po 22 odprowadziłam jak zwykle Jan na przystanek. Noc była bardzo ciepła, a po paru piwach zrobiło mi się jeszcze cieplej :) Dlatego nie spieszyłam się do domu. A jak w końcu chciałam się zbierać, to zaczęłam rozmawiać z Johnatanem, którego poznałam kiedyś u Agnès i który studiuje u nas Międzywydziałowe Studia Humanistyczne i naprawdę świetnie mi się z nim rozmawia. Zanim się obejrzałam minęła 2:00, a zanim poszłam spać, dochodziła 3:00 :)

We wtorek miałam oczywiście problem z przebudzeniem :) Ale prysznic i spacer po świeżym powietrzu trochę pomogły :) Na lunch znów zostałam w pracy i zjadłam sałatkę, a po pracy pobiegłam szybko do domu, przebrałam się i pojechałam do Birstall, do Polaków, których uczę angielskiego. Spotkałam się z dwójką z nich i pozzliśmy razem do mieszkania, w którym mieszka reszta. Lekcja zaczęła się około 18:30 i skończyła się przed 21, a że autobus był akurat parę minut po 21, więc jak doszliśmy na przystanek okazało się, że muszę czekać prawie godzinę na następny. Zaczęłam więc iść na piechotę do przodu, aż wreszcie usiadłam na przystanku pod jakimś pubem i tam już poczekałam na autobus, który zawiózł mnie na Interchange. Tam wsiadłam w autobus do domu, gdzie dotarłam dopiero o 23:00. Byłam zmęczona i miałam dość, więc następnym razem muszę przypilnować, żebyśmy wcześniej skończyli lekcje. W skrzynce na listy znalazłam bilet do Bristolu, który kupiłam w sobotę i który już doszedł pocztą!

Dzisiaj rano nie mogłam się obudzić. Śniło mi się, że się obudziłam i okazało się, że poprzedniego dnia dostałam ataku szału i zdemolowałam dom, a rano niczego nie pamiętałam. Bardzo dziwny sen! Od rana miałam więc dziwne wrażenie, że może nadal się jeszcze nie obudziłam, szczególnie że idąc do pracy przechodziłam koło jednego z domów, w którym mieszkają studenci i zobaczyłam grupę dziewczyn w piżamach i szlafrokach stojących pod drzwiami. Uśmiechnęłam się na ich widok, szczególnie, że w ogródku obok pracowali dwaj robotnicy, więc cała sytuacja wyglądała dość komicznie. Dziewczyny najwyraźniej z jakiegoś powodu nie mogły wrócić do domu (może wypłoszył je alarm przeciwpożarowy?) ale widząc mój uśmiech, też zaczęły się śmiać :) Naprawdę, dziwnie się zaczął dzisiejszy dzień :) W pracy było już trochę normalniej. Szefowa wydziału Psychologii poszła ze mną do kawiarenki i poprawiłyśmy razem raport z ostatniego zebrania wydziału. Potem wróciłam do biura i zjadłam znów sałatkę na lunch :)

Tymczasem dostałam SMSa od brat, który jechał właśnie na koncert Pearl Jam do Katowic, że ma wolny bilet, więc może wsiądę w jakiś samolot i przylecę, a rano wrócę? :) Dziewczyny stwierdziły, że powinnam lecieć, ale jak zaczęłam szukać biletu, okazało się, że nie dotrę na czas, w dodatku "last minute" wcale nie było takie tanie! Poza tym wieczorem miałam polski, musiałam więc zrezygnować z tego pomysłu. Ale zaczęłam się poważnie zastanawiać nad tym, czy nie pojechać z nim na koncert Red Hot Chili Peppers 3 lipca :))) Znalazłam bilet do Katowic za 19 funtów, ale powrót kosztowałby mnie prawie 400! Jeszcze poszukam i pomyślę :) Po pracy poszłam do domu cos zjeść, a potem miałam kolejną lekcję polskiego z drugim rokiem. Ponieważ trochę padało, więc jeden z uczniów odwiózł mnie potem do domu - dwa razy! :) Jak dojechaliśmy stwierdziłam, że zgubiłam po drodze testy, które właśnie zrobili, więc wróciliśmy pod college i wtedy przypomniałam sobie, że włożyłam je pod kurtkę, żeby nie zmokły, zanim jeszcze zaproponował, że podwiezie mnie swoim czerwonym mini :)))

    

Płyta Grechuty, której teraz w kółko słucham i Grechuta, jakiego pamiętam (nie taki młody)

niedziela, 10 czerwca 2007
Bollywood Night! :)

327.

W sobotę obudziłam się około 7 rano z okropnym bólem głowy. Wzięłam więc lekarstwo przepisane mi przez lekarza, ale zamiast poprawy, głowa zaczęła mnie boleć jeszcze bardziej! Wtedy stwierdziłam, że to pewnie od początku był skutek uboczny tego lekarstwa, więc je odstawiłam i wróciłam do Ibuprofenu. W końcu głowa przestała boleć i znów zasnęłam. Około 11 obudził mnie telefon od Gosi. Szła właśnie do sklepu i miałam jej oddać pieniądze - 10 funtów, które mi pożyczyła w poniedziałek na taksówkę do lekarza oraz rozliczenie za grudzień, kiedy to moja rodzina spała u niej w domu (nareszcie :) Umówiłyśmy się, że zrzucę jej pieniądze z okna w torebce i tak też zrobiłam. Potem posiedziałam trochę w Internecie i porozmawiałam z rodziną z Gdańska. Kupiłam też wreszcie bilety do Bristolu na najbliższy weekend i umówiłam się z Dolores, którą jadę odwiedzić, że będzie na mnie czekała na dworcu :) A później poszłam z powrotem spać :))) Miałam co prawda iść do sklepu, bo nie miałam już nawet chleba na śniadanie, ale zasnęłam i spałam aż do 18. Noga przestała mnie boleć, więc wstałam, wzięłam prysznic i ubrałam się, bo po 19 byłam umówiona z Gosią i jej chrześnicą. Dotarły obie około 19:30 i poszłyśmy do centrum na Mela Festival. Zwykle odbywał się w Peel Parku, ale w tym roku przenieśli go pod ratusz.

     '

Rozdanie "bollywoodzkich Oscarów" na ekranie przy Lloydsie i podświetlony ratusz :)

Pod ratuszem spotkałyśmy Shaza, który wrócił właśnie z Leeds i mówił, że tam też jest impreza plenerowa. Wszystko z okazji rozdania bollywoodzkich nagród filmowych, które wiele osób oglądało na ekranie koło Lloydsa. Shaz zaprosił nas tam na drinka - dziewczyny wzięły po piwie, a ja i Shaz bezalkoholowo - on sok, a ja colę :) Dowiedziałyśmy się, że show "Bollywood Steps", który przyszłyśmy zobaczyć, zacznie się dopiero o zachodzie słońca, więc chrześnica Gosi stwierdziła, że wraca do domu. Shaz powiedział, że ją odwiezie i poszli, a ja z Gosią pojechałyśmy do niej, żeby coś zjeść i wrócić na 22 pod ratusz. Tymczasem zadzwoniła do mnie Agnès i umówiłyśmy się, że spotkamy się na show. Wsiadłyśmy z Gosią w autobus i przyszłyśmy akurat, jak się zaczynało przedstawienie. Zaczęłyśmy pstrykać zdjęcia jak szalone :) Agnès nas znalazła i we trzy podziwiałyśmy show w rytmie bollywoodzkich przebojów :) Impreza skończyła się tuż przed 23, więc Gosia poszła na ostatni autobus, a ja zostałam z Agnès. Jej chłopak Tom pomagał przy organizacji imprezy i właśnie zwijał sprzęt, a my pokręciłyśmy się trochę, aż spotkałyśmy wolontariuszy, którzy wrócili właśnie ostatnim pociągiem z imprezy przebierańców w Leeds :) Naprawdę nieźle wyglądali :) Oni poszli jeszcze balować do Love Apple, a ja wróciłam do domu.

    

"Bollywood Steps" show na schodach pod ratuszem.

Dzisiaj znów obudziłam się około 7 i poszłam dalej spać. Kiedy o 11 zadzwonił telefon, miałam wrażenie, że to "Dzień Świstaka" :))) Tyle, że tym razem zamiast Gosi dzwonił Tom. Nie zdążyłam odebrać, ale domyślam się, że chciał mnie spytać, gdzie dokładnie jest dom Jan, bo miał rano jechać z Agnès skosić Jan trawę w ogródku. Wstałam i porozmawiałam godzinkę przez SKYPE'a z rodziną, która wróciła właśnie znad morza. Kąpali się nawet, takie są ponoć w Polsce upały! :) A u nas dość ciepło, ale jakoś tak duszno i spać cały czas się chce... Przed 14 wsiadłam w autobus i podjechałam do Gosi. Namówiłam ją na zakupy w pobliskim Lidlu, bo naprawdę miałam już całkiem pustą lodówkę, a muszę przecież wziąć jutro jakiś lunch do pracy. Bo jak nie mogę chodzić, to nie pójdę przecież do domu, tylko muszę zostać w pracy i nie nadwyrężać nogi :) Po powrocie ze sklepu zrobiłyśmy spaghetti i zjadłyśmy je w ogródku. Potem pomogłam Gosi ścinać trawę nożycami do trawy :) Wreszcie o 18 wsiadłam w autobus i wróciłam do domu. Wypakowałam zakupy i poszłam znów spać! To chyba jakieś przesilenie letnie! :))) Pospałam dwie godzinki, a potem zrobiłam sobie sałatkę z tuńczyka na jutrzejszy lunch. Później włączyłam płytę z "Kill Bill" i i usiadłam do komputera, ale zaraz kończę i idę spać, bo jutro trzeba wracać do pracy! :)

piątek, 08 czerwca 2007
Zabić Billa! :)))

326.

W środę nadal mnie bolała noga i nie czułam żadnej poprawy. Pół dnia oczywiście przespałam, a potem wzięłam się trochę za studia i za polski. Przed 19 poszłam do college'u, żeby wydrukować jakiś dokument, który przesłał mi szef i który miałam podpisać. Oczywiście okazało się, że w drukarce nie ma papieru. Znalazłam kartki A5 i gilotyną przecięłam 3 z nich na pół. Później jednak nie mogłam się zalogować na komputerze, więc czekałam, aż ktoś przyjdzie i pozwoli mi skorzystać ze swojego nicka, żebym dostała się do hotmaila. Przyszła nauczycielka rosyjskiego, ale okazało się, że podobnie jak ja, nigdy nie korzysta z komputera w college'u. Tymczasem wybiła 19, więc poszłam na lekcję. Przerwałam ją, kiedy zobaczyłam, że przyszedł nauczyciel greckiego. Pozwolił mi skorzystać ze swojego konta, ale czekał ze mną aż się wydrukuje ten dokument, bo nie chciał mnie zostawić zalogowanej na jego nicka. To miło, że wzbudzam zaufanie ;) W każdym razie najważniejsze, że mimo przeciwności udało mi się wszystko załatwić i przeprowadzić lekcję, nie narzekając nawet na moją nogę. Oczywiście studenci nie są ślepi i po lekcji zapytali mnie, co mi jest, więc musiałam im powiedzieć :)

Po lekcji poszłam do Revolution, bo Danny chciał się ze mną spotkać. Myślałam, że chce o czymś pogadać, ale okazało się, że chcą się po prostu ze mną napić :) Problem polegał jednak na tym, że brałam Ibuprofen, więc piłam tylko colę.  Po jakimś czasie zaczęłam się więc nudzić, ale za każdym razem jak wspominałam, że chcę iść do domu dać nodze odpocząć, od razu kupowali mi kolejną colę :) W dodatku obiecałam im, że spędzimy razem Sylwestra w Warszawie! Danny powiedział, że chce jechać do Polski i że pojedzie tylko, jak ja tam będę i się nim zajmę. Ok, nie mam nic przeciwko temu, ale obawiam się, że jego przyjaciółki nie przypadły mi do gustu. Nie mają klasy i nie potrafią się zachować, a już po alkoholu to w ogóle nie chce mi się z nimi zadawać. Wstyd jak beret pokazać się z nimi w Warszawie :) W dodatku jedna z nich zaczęła mi zadawać głupie pytania, typu: "A macie tam Hiltona? Bo w byle jakim hotelu nie śpię" albo "A macie tam jakieś dobre restauracje?" i jeszcze "Jakie jest w Polsce jedzenie?" Cóż, na pewno lepsze niż w Anglii, bo gorszego żarcia niż tu to ze świecą szukać! Jednym słowem odechciało mi się wspólnej wycieczki. W dodatku uparli się, że mnie odprowadzą do domu!

W czwartek obudziłam się znów koło południa - człowiek szybko się przyzwyczaja do dobrego :) Noga nadal mnie bolała tak samo jak poprzednio. Doszłam więc do wniosku, że potrzebne mi silniejsze lekarstwo i zamówiłam sobie wizytę na piątek u innego lekarza. Potem przyszła mnie odwiedzić Wanyu, której dawno ostatnio nie widziałam i przyniosła ze sobą brunch z Burger Kinga :) Oddała mi też obie części "Kill Billa", które jej kiedyś pożyczyłam. Po jej wyjściu wzięłam prysznic i na 17 poszłam na spotkanie z moim promotorem. Zamiast mnie ochrzanić, że napisałam tylko 13 stronie i powiedzieć, żebym dała sobie spokój, to zaczął chwalić, że nie źle mi idzie i że to bardzo ciekawe, co piszę. Wskazał mi parę nowych ciekawych kierunków, w których mogę podążyć, więc zamiast zrezygnować, postanowiłam, że jednak spróbuję :) Po spotkaniu poszłam do sklepu i kupiłam sobie parę soków na wieczorne "Kółko Francuskie", bo nadal nie piłam alkoholu. W domu porozmawiałam chwilę ze znajomą z Polski, a potem z rodziną przez SKYPE'a, zanim na 21 poszłam do Agnès. Jeden z wolontariuszy wracał następnego dnia do Niemiec, więc zamiast "Kółka" była właściwie impreza pożegnalna.

Około północy wróciłam więc już do domu, a dzisiaj znów pospałam do południa. Potem poszłam na 13:50 do drugiego lekarza. Ten też zmierzył mi nogi, żeby sprawdzić, czy prawa mi nie spuchła, a potem na moją prośbę przepisał mi jakiś mocniejszy lek, który jest dostępny tylko na receptę, a nie jakiś Ibuprofen! Ale zwolnienia mi nie dał, tylko powiedział, że jak nie będę za dużo chodzić, to mogę w poniedziałek iść do pracy. Po powrocie do domu napisałam więc maila do szefowej, a ona odpisała, że dopilnuje, żebym siedziała za biurkiem, a nowe dziewczyny z agencji będą za mnie biegać :))) Potem obejrzałam sobie "Plac Zbawiciela" na DVD, które pożyczyła mi Malwina. To podobno najlepszy polski film zeszłego roku, i rzeczywiście, mimo iż nie lubię państwa Krauze, to muszę przyznać, że ten film im naprawdę wyszedł i udało im się prawie osiągnąć poziom "Długu"! A potem na deser obejrzałam sobie hurtem obie części "Kill Billa" :) Nie widziałam tego filmu parę lat, ale z przyjemnością sobie go znów przypomniałam :) Dla mnie do dziś jest to przykład jednego z lepszych manifestów feministycznych oraz filmów propagujących Girl Power :)))

    

Plac Zbawiciela w Warszawie i scena z filmu państwa Krauze.

    

"Kill Bill" Vol. 1 & 2 - Uma Thurman z Crazy 88 i z Davidem Carradinem :)

wtorek, 05 czerwca 2007
Słodkie lenistwo :)

325.

W poniedziałek rano noga nadal mnie bolała. Wzięłam prysznic i nasmarowałam ją kremem rozgrzewającym. Skóra zrobiła się czerwona i oprócz bólu nogi doszedł mi jeszcze ból skóry! :) Zadzwoniłam więc do przychodni i umówiłam się na 15:50 na wizytę. A potem zadzwoniłam do szefowej i powiedziałam, że nie dam rady dojść do pracy :) Poszłam z powrotem do łóżka i zasnęłam. Po 12 przyszła Gosia, którą poprosiłam o pożyczenie mi 10 funtów, żebym mogła pojechać taksówką do lekarza. Miałam tylko 3 funty drobnymi, a do bankomatu nie chciało mi się iść :))) Gosia zjadła ze mną obiad, a potem namówiła mnie, żebym pojechała do niej autobusem, bo przychodnia jest niedaleko jej domu, a u niej można przynajmniej posiedzieć w ogródku. Podjechałyśmy więc, posiedziałyśmy, a potem poszłam do lekarki. Zbadała mnie, zmierzyła mi prawą nogę, żeby się upewnić, że mi nie spuchła i że nie jest grubsza od lewej, a potem kazała kupić Ibuprofen i leżeć parę dni w łóżku. Spytałam ile, bo miałam dać znać w pracy, kiedy wrócę. Lekarka stwierdziła, że jak dam nodze odpocząć, a potem trochę ją rozćwiczę, to może mi przejść do środy, a nie powinno mnie trzymać dłużej niż do piątku. Ale już coś czuję, że do piątku to mi nie przejdzie :))) Wczoraj poszłam jeszcze na 19 na lekcję polskiego, a potem na pierwsze "Polskie kółko". Nie było za dużo chętnych do mówienia po polsku, ale może za tydzień będzie lepiej? A dziś leżałam cały dzień w łóżku, drzemiąc, czytając i oglądając koncert Les restos du coeur. Po 17 przyszła Malwina odebrać jakieś stare listy do niej i pogadałyśmy do jakiejś 20, a potem usiadłam do Internetu i tak już zostałam :) Ale zaraz biorę lekarstwo i idę spać :)))

 
1 , 2