Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
piątek, 06 czerwca 2008
Zmiany, zmiany...

414.

Od pewnego czasu spędzam z kimś miło czas wolny. Mam przez to mniej czasu na pisanie. Ale w tak zwanym międzyczasie byłam w kinie na niesamowitym filmie animowanym "Persepolis" opartym na wspomnieniach Iranki, która dorastała we Francji. Wybrałam się też do Alhambry na "Dziadka do orzechów" w choreografii Matthew Bourne'a, razem z moim uczniem Satbirem i spotkaliśmy Cheryl w zaawansowanej ciąży :) Na początku drugiego aktu włączył się alarm przecipożarowy i wszyscy zmuszeni byliśmy opuścić teatr. Jeszcze mi się coś takiego tutaj nie zdarzyło :) W każdym razie po jakiś 15 minutach wrociliśmy na salę i obejrzeliśmy spektakl do końca. Był dosyć dziwny i nadal mam mieszane uczucia. Wygląda na to, że z twórczości Bourne'a podoba mi się co drugi spektakl :) Ale na pewno nie brakowało znów jak zwykle ciekawych rozwiązań choreograficznych. Przeszkadza mi chyba u niego tylko to, że jego balety to czysta rozrywka, a nie sztuka. Ale trzeba mu przynać, że to rozrywka na bardzo wysokim poziomie :)

  
Kadr z filmu "Persepolis" i scena z baletu "Dziadek do orzechów".

Później spędziłam szalony weekend, który zaczął się na kolacji w jednego z moich uczniów, na który wybrałam się z przyjaciółmi, a skończył się dość nieoczekiwanie :) W niedzielę po południu pojechałam z Kingą na wycieczkę do Knaresborough, gdzie podobno mieszkała kiedyś jasnowidzka zwana Matka Shipton. Znajduje się tam studnia z wodą pełną minerałów, która zamienia w kamień wszystko, po czym przez dłuższy czas spływa. W związku z tym ludzie wieszaja tam różne rzeczy, które wkrótce pokrywają się wapieniem i zaczynają wyglądać jak kamienne :) Zrobiłyśmy sobie godzinną przejażdżkę łódką, w czasie której próbowałam dojść do siebie :) A potem byłam jeszcze kinie na nowym filmie
Jiri Menzela "Obsługiwałem angielskiego króla" (I served the King of England) i to za darmo, bo był błąd w programie i przyszłam za późno na seans. Dali mi zatem darmowy bilet na następny dzień i wtedy Conrad wybrał się ze mną na ten film.

  
Oldrich Kaiser jako młody Jan Dite w "Obsługiwałem angielskiego króla" i Paryż z Montrmartu :)

Pod koniec maja byłam w Paryżu, gdzie spotkałam się z rodziną i gdzie świetnie się bawiliśmy :) Z moim bratem zrobiłam sobie na przykład "pub crawl", zaczynając w "Chat Noir" koło Moulin Rouge na placu Blanche, a kończąc na placu Pigalle, po drodze zahaczając jeszcze o dwa irlandzkie puby i jeden, w którym chwilę potańczyliśmy. Do hotelu wróciliśmy o 3 nad ranem i nie wstaliśmy następnego dnia na śnaidanie :) Moja mama, siostra i brat przylecieli do Paryża trochę wcześniej i wcześniej wyjechali, a ja zostałam ostatnią noc sama i zanocowałam u kolegi, którego poznałam przez Hospitality Club. Wcześniej spędziłam trochę czasu z innym członkiem Hospitality Club, który przewiózł mnie swoim skuterem po Paryżu. Niestety, zaczęło padać, więc poszliśmy na herbatę, a potem odwiózł mnie do kolegi, u którego zostawałam na noc :)

Wcześniej jednak poszliśmy na kolację do restauracji na Montmarcie, która się nazywa "Refuges de fondus" i gdzie wino pije się z butelek dla dzieci, a goście siedzą wspólnie przy jednym stole i są niejako zmuszeni do tego, żeby się poznać :) My siedzieliśmy z przemiłą parą i nabijaliśmy się wspólnie z amerykańskich turystów :) Po kolacji poszliśmy jeszcze na kolejnego drinka, a potem wylądowaliśmy na dwóch kolejnych w "Cafe des 2 moulins", gdzie pracowała Amelie Poulain :) W końcu po 1:00 w nocy kolega wypożyczył rower i próbowaliśmy nim dojechać do domu :) Takie rowery stoją na stojakach w całym Paryżu i możne je brać w jednym miejscu, a oddać w innym. Świetna sprawa! :) Przewróciliśmy się tylko 3 razy, bo za trzecim powiedziałam, że już na niego nie wsiądę :) Na szczęście byliśmy już blisko :)

Rano wsiadłam w samolot i wróciłam do Bratfoot, a po lunchu poszłam nawet na 3 godziny do pracy! :) Nie było łatwo, ale jakoś dałam radę, zmotywowana tym, że płacą mi tylko za przepracowane godziny. I całe szczęście, że poszłam,bo w piątek tak się rozchorowałam, że nie dotarłam w ogóle do pracy :) Być może miało to cos wspólnego z tym, że w czwartek wieczorem żegnaliśmy Ninę, która wracała znów do Francji i piliśmy Żubrówkę u znajomych? :))) W ten piątek dostanę zatem śmieszną wypłatę, bo w zeszłym tygodniu przepracowałam tylko 2 i pół dnia :) A w zeszły weekend mimo choroby miło spędziłam czas, w piątek ogladając z kolegą "Drżące ciało" Almodóvara, a w sobotę balując na imprezie urodzinowej Philippa. A w ten weekend przyjeżdża Majka, robimy sushi, a potem idziemy na imprezę do Ukraińskiego Klubu :)
czwartek, 05 czerwca 2008
Jak zostałam aniołkiem :)

413.

W połowie kwietnia poszłam wreszcie do pracy. Obeszłam parę agencji rekrutacyjnych i w końcu kilka z nich się odezwało z propozycjami, z których wybrałam 2-miesięczną robotę w prywatnej firmie znajdującej się niecałe 10 minut piechotką ode mnie. Zaproponowała mi ją agencja Office Angels i tak oto zostałam biurowym aniołkiem :))) Praca jest dość nudna i polega głównie na rozliczaniu faktur, ale muszę zarabiać,więc wytrzymam tam 8-tygodni. Podoba mi się to, że nie ciąży tam na mnie żadna odpowiedzialność. Robię to co mi mówią, a po 17:00 wychodzę i zapominam, że byłam w pracy :) Minusem jest natomiast fakt, że płacą mi tylko za przepracowane godziny, a w maju były aż dwa święta państwowe i długie weekendy, za które nie dostałam ani grosza. Ale na razie jestem dość zadowolona. W firmie pracuje tyle samo kobiet co mężczyzn, a to dla mnie pewne urozmaicenie po 2 latach pracy na uniwerku, gdzie w biurach administracyjnych przeważają kobiety.

W sobotę 3 maja wybrałam się na "Niebo nad Berlinem" (Wings of Desire) Wima Wendersa. Nigdy nie widziałam tego filmu w kinie, tylko na video lub DVD. Grali go tylko dwa razy w Muzeum, więc nie mogłam przepuścić takiej okazji! :) Z tego powodu zostałam na sobotę w Bratfoot, mimo że był długi weekend i dopiero w niedzielę rano pojechałam do Cardiff, stolicy Walii. Po filmie Wendersa poszłam za ciosem i zostałam jeszcze na pokazie "Love in the Time of Cholera" (Miłość w czasach zarazy) na podstawie powieści Marqueza. Dołączyła do mnie znajoma Polka z Hospitality Club. Po filmie poszłyśmy do Titusa Salta, gdzie dołączył do nas znajomy Agaty, z którym poszłam do Lloydsa, żeby potańczyć. Postawił mi 2 piwa za to, że poznałam go ze swoimi uczniami z polskiego :) Około 1:00 zostawiłam go jednak z jego znajomymi, a sama wróciłam do domu, bo o 6:30 miałam autokar do Cardiff! :) Po drodze okazało się, że mamy godzinę przerwy w podróży w Birmingham. Poszłam więc szukać czegoś do jedzenia i skończyłam w barze w frytkami :)

  

Bruno Ganz w "Niebo na Berlinem" oraz Javier Bardem i Giovanna Mezzogiorno u Margueza.

Wieczorem w Cardiff spotkałam się z paroma osobami z Hospitality Club na piwie. Francuz, który zorganizował to spotkanie i który miał sie ze mną spotkać, miał niegroźny wypadek samochodowy i w końcu w ogóle nie dojechał! Wycieczka była jednak bardzo udana, a zdjęcia oczywiście są już na mojej stronie. A wracając spotkałam się w Birmingham z Damianem i w czasie mojej godzinej przerwy przeszliśmy się na spacer po mieście :) A potem wróciłam do domu, do pracy i do rzeczywistości :) Ale w pewien czwartek miałam urozmaicenie codziennej nudy, bo ludzie z mojej nowej pracy szli się integrować, więc poszłam z nimi na piwo. Przed 19 musiałam jednak uciekać i biec na lekcję polskiego (nigdy więcej nie będę pić piwa przed lekcją! :) a oni jechali na obiad do restauracji. Wzięłam jednak numer telefonu of kolesia z którym na co dzień współpracuję i którego najlepiej znam, żeby dołączyć do nich później. Niestety, zanim dojechali do Bratfoot, było już dobrze po północy, a ja leżałam w łóżku.

Potem w piątek po pracy połóżyłam się na chwilę do łóżka, ale jak o 20 zadzwonił budzik, nie byłam się wstanie podnieść i nie poszłam na Kółko Francuskie ani na grilla zorganizowanego przez Toma. Wyspałam się za to, co dobrze mi zrobiło, biorąc pod uwagę, że następnego dnia wybrałam się na Dzień Tańca do Saltaire. Była to świetna, ale jednocześnie wyczerpująca impreza. Poszłam na lekcję czterech tańców: tango argentyńskie, plemienny taniec brzucha, jazz dance oraz rumba flamenca. Każda lekcja kosztowała 5 funtów, a wejście na wieczorną imprezę 8, ale pieniądze te szły na organizacje charytatywne. Wieczorem dojechała jeszcze Sally oraz jej koleżanki Sarah i Hannah. Kiedy przed północą wróciłam do domu, ledwo mogłam chodzić. Wsadziłam więc nogi do miski i to trochę pomogło. Następnego dnia poszłam odwiedzić Gosię, żeby posmakować grilla z sobotniej imprezy, na którą nie dotarłam. Poopalałyśmy się nawet ze 3 godzinki w jej ogródku. Niestety, od tamtej pory pogoda znacznie się pogorszyła.