Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 24 czerwca 2009
Śluby, śluby, śluby...

436.

W poniedziałek miałam wolne, bo w pracy trwała przeprowadzka. Już dawno zostało ustalone, że tego dnia będziemy pracować z domu, albo zgłosimy się gdzieś na wolontariat. W ciągu roku przysługuje nam 21 godzin wolnego na pracę wolontaryjną. Postanowiłam więc, że pójdę do BCB, ale miałam jeszcze strasznie dużo rzeczy do zrobienia przed spotkaniem z jedną z moich wykładowczyń. Poszłam wcześniej do college'u, żeby wydrukować to, co właśnie napisałam i wyrobiłam się dosłownie na styk. Ale babka była zadowolona i teraz mam już naprawdę spokój, aż do przyszłego roku. Tuż przed tym tutorial dostałam SMSa od Ewy, że jest właśnie w Bratfoot, ale jutro wyjeżdża i że jeśli chcę się z nią spotkać, to żebym przyszła do restauracji International na 19. Powiadomiłam więc Sally i Pete'a, a potem także jedną z wolontariuszek, Jessicę. Zadzwoniłam do niej, żeby zapytać, czy wie, że Kenneth nie żyje, bo nie chciałam, żeby spytała Ewę, co u niego słychać. Tak jak podejrzewałam, okazało się, że o niczym nie wiedziała, bo dawno się nie widzieliśmy.

Spotkałam ją pod domem i poszłyśmy razem do restauracji, gdzie czekało już parę osób. W sumie zebrało się nas z 17 i muszę przyznać, że było bardzo miło. Siedziałam obok, jak się okazało, siostry Kennetha z mężem, którzy wraz z jego bratem przyjechali zobaczyć, gdzie Kenneth studiował i pomóc Ewie wyprowadzić się z Bratfoot. Tego samego wieczoru jechali we czwórkę do Liverpoolu, skąd następnego dnia rano lecieli do Norwegii. Byłam trochę zaskoczona decyzją Ewy, żeby się tam jednak przeprowadzić, ale o nic nie pytałam, chociaż siedziała naprzeciwko mnie. Z drugiej strony siedział Tadek z Gdańska, którego poznałam na jednej z imprez. Okazało się, że poleciał razem z Julią, Sabriną i Samem do Norwegii na pogrzeb. Ustaliliśmy z Ewą, że nas odwiedzi w sierpniu - najpierw zajrzy do mnie do Warszawy, a potem do Gdańska do Tadka, który po obronie magisterki chce wracać do Polski. Porozmawiałam też z pozostałymi osobami, których dawno nie widziałam. Ogólnie atmosfera była bardzo przyjemna i pogodna. Po powrocie do domu porozmawiałam jeszcze przed snem z mamą.

We wtorek rano dostałam SMSa od szefowej, żebym nie przychodziła do pracy. Tak jak podejrzewałam, przeprowadzka nie była ukończona i nie mogliśmy
jeszcze rozpakować naszych rzeczy. Powiedziałam szefowej, że w takim razie popracuję znów wolontaryjnie i postanowiłam tym razem dotrzeć do radia BCB. Ale wcześniej sprawdziłam maile i okazało się, że brat przesłał mi zdjęcia ze ślubu mojego kolego ze studiów, na który poszedł, żeby mnie reprezentować :) Sama bym chętnie pojechała, ale muszę jeszcze trochę popracować. Tymczasem znajoma przesłała mi adres strony fotografa, który robił zdjęcia na jej ślubie. Oba przeszły mi koło nosa, a jak będę teraz w Polsce, to nikt się nie żeni! Nie mogli trochę poczekać? :))) W tym miesiącu nie miałam czasu ani pieniędzy, żeby gdzieś latać, nie poleciałam więc ani na pogrzeb, ani na żaden ślub.

Około 15:00 dotarłam w końcu do BCB, ale nie udało mi się przegrać wywiadu z kasety na płytę CD, tak jak planowałam, bo nie było kabla. Wróciłam więc do domu i postanowiłam pójść zobaczyć, jak idą pracę w nowym budynku i czy są szanse, że jutro będę pracować :) Po drodze spotkałam Tadka i wymieniliśmy się numerami telefonów. Nigdzie nie mogłam znaleźć szefowej, więc do niej zadzwoniłam, ale okazało się, że jest już w domu. Poprosiła, żebym przyszła następnego dnia wcześniej, więc powiedziałam, że będę o 10. Potem poszłam do kina na francuski dokument Raymonda Depardona "La vie moderne" (Współczesne życie / Modern Life) i na film o baseballu "Sugar". Pierwszy mnie trochę rozczarował, a drugi był dużo lepszy, ale miałam jak zwykle problem ze zrozumieniem, kiedy bohater wygrywał, a kiedy przegrywał. I dlaczego. Ten sport chyba zawsze pozostanie dla mnie zagadką, podobnie jak krykiet czy rugby :)

  
Obraz życia francuskich rolników, czyli "La vie moderne" oraz film o baseballu "Sugar".
Urodziny

435.

W poniedziałek wstałam o 11:00 i na 12:00 poszłam do pracy z kaszlem i bólem gardła. Miałam okropny głos, jakby przepity, choć od ponad 7 miesięcy nie piję alkoholu. Po 5 godzinach wróciłam do domu i padłam do łóżka. We wtorek rano miałam ostatnią lekcję w tym roku, a później poszłam do pracy. Po 17 wróciłam do domu i znów padłam do łóżka. W środę po pracy poszłam do kina na dwa filmy - francuski "Pour elle" (Wszystko dla niej / Anything for her) a potem na "Fugitive Pieces" (Ulotne fragmenty).
Oba były warte obejrzenia, ale ten drugi bardziej mi się podobał. Opowiadał historię żydowskiego chłopca, którego w lesie w Biskupinie znalazł grecki archeolog i zaopiekował się nim. Zabrał go ze sobą najpierw do Grecji, a po wojnie do Kanady, gdzie pojechał wykładać na jednym z uniwersytetów. Bardzo piękny, dojrzały film. Polecam!

  
Diane Kruger i Vincent Lindon w "Pour elle" oraz zdjęcie z filmu "Fugitive pieces".

W czwartek poszłam do pracy w jeansach, bo zaczęliśmy przeprowadzkę do innego budynku i Student Union było zamknięte. Mój komputer był już schowany do pudła i na biurku został już tylko telefon :) Pochowaliśmy pozostałe rzeczy do pudeł, które do nowego budynku zabierze firma zajmująca się przeprowadzkami. Trudno powiedzieć, żebym tego dnia pracowała, choć odebrałam parę telefonów :) Szefowa puściła mnie trochę wcześniej, więc poszłam do centrum załatwić kubek z naszymi wspólnymi zdjęciami dla Jana, który miał w niedzielę urodziny. A wieczorem poszłam na 20:00 do IMAXu na amerykański film "Watchmen" (Strażnicy). Oparty był na komiksie i chociaż nie jestem fanką tego rodzaju filmów, to słyszałam, że ten jest inny. Wyjątkowy. I rzeczywiście, nie zawiodłam się. Zostałam nawet fanką Strażników :) Najbardziej podobał mi się Jon, czyli Dr. Manhattan :) Poza tym była tam świetna muzyka, zdjęcia i dialogi.

  
Odbicie Dr. Manhattana z filmu "Watchmen. Strażnicy" oraz bohaterowie filmu "Looking for Eric".

W piątek poszłam do pracy na 10:30, bo szefowa poprosiła mnie, żebym przyszła wcześniej. Odebrałam znów parę telefonów w pustym biurze, ale koło 12 szefowa stwierdziła, że nie ma co tak dalej siedzieć i powiedziała, żebyśmy poszli wszyscy do domu. Kupiłam kartkę urodzinową dla Jana, a potem pojechałam do centrum, żeby odebrać kubek  dla niego i zrobić małe zakupy. Potem przyszła do mnie Kinga, żeby podpisać kartkę i zapakować prezent. Na 17:45 poszłam znów do kina, tym razem no nowy film Kena Loacha "Looking for Eric". Nigdy wcześniej nie słyszałam o podobno kultowym piłkarzu Ericu Cantona, ale teraz już wiem  o nim więcej, bo po tym zabawnym filmie zrobiłam sobie taki mały research :) Pochodził z Francji, ale grał w Leeds United, a potem w Manchester United i był kiedyś sławniejszy niż David Beckham :)))

Po filmie poszłam prosto do 1in12 na koncert heavy metalowy, na którym grał zespół Martina. Zespół nazywa się Gruel i jest chyba dość znany w heavy metalowych kręgach :) Zagrali parę koncertów w różnych miastach - niektóre z nich można znaleźć na YouTube. Martin, który na co dzień jest przemiłym, uśmiechniętym kolesiem, na scenie zamienił się w coś a la średniowieczny mnich z kijem w ręku i płachtą na głowie, który wydawał z siebie niesamowite gardłowe dźwięki :) Kolesie na sali bujali się jak w transie, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać ani uwierzyć, że oto naprawdę Martin. Zrobiłam mu parę zdjęć, a potem wróciłam na górę do Pete, mimo że zapłaciłam aż 4 funty za wejście na ten koncert :)  Zagraliśmy z Petem w warcaby czym się dało i co tam mieliśmy pod ręką. Zjadłam też pierogi zrobione przez Toma, a potem wróciłam do domu.

  
Prowizoryczne warcaby w 1in12 oraz zespół Gruel w akcji, czyli ciemna strona Martina na scenie :)

W sobotę wstałam rano i poszłam zobaczyć coroczną paradę mera miasta. Zwykle zaczynała się po południu, ale tym razem zaczęli o 10 rano i jak dotarłam pod ratusz, to było już po paradzie! Zrobiła parę zdjęć i wróciłam do domu, a potem poszłam się spotkać o 13:30 z Polką, która w pobliskim college'u zaczęła w tym roku uczyć polskiego. Chciałam przyjść do niej na lekcję i zrobić obserwację, która była mi potrzebna na moje studia, ale się nie zgodziła. Zgodziła się za to ze mną spotkać i razem napisałyśmy obserwację z lekcji, na której rzekomo byłam :) Wiadomo, Polak potrafi :))) Potem poszłyśmy jeszcze na spacer po centrum, a później wróciłam do domu i zabrałam się za pisanie innych rzeczy na studia, bo w poniedziałek byłam umówiona na ostatnie w tym roku tutorial, czyli spotkanie z jedną z wykładowczyń i musiałam jej pokazać moje portfolio.

Wieczorem odezwała się do mnie Sally i spytała, czy chcę pojechać do niej, bo jej ojciec wychodził wieczorem z domu, żeby świętować swoje urodziny i miała wolną chatę :) Spotkałyśmy się więc po 20 i zaczęłyśmy dzwonić do znajomych i pytać, kto chce przyjść :) Victor był chętny, ale był akurat w Tesco, więc pojechałyśmy po niego, z przy okazji coś kupić. W sklepie spotkałam Malwinę z kolegą (teraz już narzeczonym), których nie widziałam już z ponad rok. Tymczasem okazało się, że Victor był w innym Tesco, pojechałyśmy więc po niego do domu :) Dojechaliśmy do domu Sally i wkrótce dołączył do nas Pete, więc Sally zabrała nas na spacer po okolicy, gdzie kiedyś kręcono Emmerdale, jeden z tutejszych seriali-tasiemców :) Potem usiedliśmy w ogródku i oni pili wino, a ja sok :) Około 23 Sally pojechała na dworzec po Patryka, który dojechał do nas pociągiem. Zjedliśmy pizzę i nachos, słuchając jednocześnie muzyki, głównie hiszpańskiej, aż w końcu około 1 w nocy wrócił ojciec Sally, więc zebraliśmy się i Pete odwiózł nas do Bratfoot.
 
Darth Vader i Harry Potter na paradzie oraz malownicze Guiseley, gdzie mieszka Sally.

W niedzielę rano Patryk wypił kawę i pojechał do domu, a ja wzięłam prysznic i zaczęłam się ubierać, choć nie mogłam się zdecydować, którą sukienkę założyć :) Po 13:00 przyjechał po mnie Jan z Kingą i pojechaliśmy na jego działkę, gdzie Jan zerwał sałatę, a ja truskawki :) W końcu dojechaliśmy do niego do domu, gdzie Sue przygotowała jak zwykle całą masę jedzenia :) Pogoda dopisała, więc siedzieliśmy w ogródku, przez który przewinęło się chyba ze osób :) Janowi bardzo się podobał kubek od nas oraz słomkowy kapelusz z logiem Bacardi :) Później był tort i "Sto lat" po angielsku, polsku i włosku :) Na koniec zostali już tylko sąsiedzi z naprzeciwka i my. Poszliśmy zobaczyć ich ogródek, a że mieli trampolinę, skończyło się na tym, że najpierw Kinga, a potem także sąsiadka, Sue oraz Jan zaczęli na niej skakać! O dziwo się nie urwała! W końcu wróciliśmy do nich do domu, gdzie siedzieliśmy jeszcze do 2 w nocy, zanim Jan w końcu zadzwonił nam po taksówkę :)
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Pogrzeb

434.

W zeszły poniedziałek rano postanowiłam zamiast do pracy iść do lekarza. Zadzwoniłam rano zaraz po otwarciu przychodni studenckiej, ale najwcześniejszą wizytę mieli dopiero o 13:30. Potem poszłam dalej spać , a przed 12:00 zadzwoniłam do szefowej, żeby jej powiedzieć, że nie przyjdę nadal do pracy. Lekarka oczywiście w ogóle mi nie pomogła - powiedziała, że to jakiś wirus, który do końca tygodnia powinien mi przejść i że zamiast Paracetamolu mam brać Ibuprom. Po drodze do domu weszłam do sklepu, a potem zabrałam się za przygotowanie ostatniego w tym roku testu dla studentów trzeciego roku polskiego.
Musiałam znaleźć jakieś wiadomości - jedną z zakresu nauki, drugą polityki i trzecią kultury. I przeglądając portal Wyborczej natknęłam się na informację o nalocie "Złotych" na Brukselę - happeningu artystycznym Pawła Althamera, który zabrał rodzinę i sąsiadów z Bródna na jednodniową wycieczkę do Belgii złotym samolotem :) Wszystko w ramach obchodów 20-lecia upadku komunizmu pod hasłem "Zaczęło się w Polsce". Uważam, że był to naprawdę świetny pomysł!

  
"Złoci" na lotnisku Okęcie oraz
Kosma - jeden z młodszych uczestników w złotym kombinezonie.

Później zrobiłam pranie i wyłączyłam komputer z silnym postanowieniem, że posprawdzam wszystkie testy studentów, bo czekał mnie ostatni tydzień zajęć w college'u i musiałam je im oddać. Tymczasem zadzwonił Conrad i powiedział, że Kenneth nie żyje. Jakiś czas temu pojechał do Norwegii, gdzie dostał pracę, a Ewa miała do niego dołączyć po wakacjach. Poleciała właśnie do niego na weekend i pojechali na ślub jego przyjaciela. Tuż przed ceremonią Kenneth zaczął się trząść, stracił przytomność i już się nie obudził, mimo że zabrano go helikopterem do szpitala w Oslo i próbowano reanimować. Ewa wysłała maila z tą wiadomością do Julii, Julia do Jeana, a Jean do Conrada. Po rozmowie z Conradem zadzwoniłam do Sally, która o niczym nie wiedziała. Później rozmawiałam znów z Conradem, a wieczorem znów z Sally i z Jeanem przez Skype'a.

We wtorek nadal nie czułam się dobrze, więc przełożyłam poranną lekcję na przyszły tydzień i nie poszłam znów do pracy. Zabrałam się więc wreszcie za te testy, żeby czymś się zająć i nie myśleć o tym, co się stało. Kennethowi nie można już było pomóc, ale Ewa była tam nadal z jego rodziną i myślałam głównie o niej. Pisała maile do ludzi, które potem przesyłaliśmy sobie nawzajem, z których wynikało, że jakoś się trzyma, ale byłam pewna, że nadal jest w szoku. Wieczorem ludzie, którzy znali Kennetha zorganizowali spotkanie, na którym można się było wpisywać do poświęconej jego pamięci księgi i dać pieniądze, która chcą przeznaczyć na zasadzenie mu w bratfoodzkim Ogrodzie Pokoju drzewka. Nie poszłam tam, bo miałam ostatnią lekcję polskiego, po której spotkałam się z Wanyu. Powiedziałam jej, co się stało, chociaż nie znała Kennetha i porozmawiałyśmy sobie o życiu i śmierci...

W środę postanowiłam wrócić do pracy - skoro i tak zaczęłam już chodzić do college'u, to mogłam też i na uniwerek. Testy były sprawdzone i nie miałam już żadnej wymówki, żeby zostać w domu, choć nie byłam jeszcze do końca zdrowa. Poza tym rano miałam spotkanie z szefem z college'u, więc i tak musiałam rano wstać. Ustaliłam z nim, że w przyszłym roku będę miała 3 lekcje polskiego. Potem ustaliłam z szefową na uniwerku, kiedy biorę te 2 miesiące urlopu - od czwartku 25 czerwca do czwartku 20 sierpnia, czyli równo 8 tygodni. Jest to płatny urlop, więc uniwerek będzie mi w tym czasie normalnie płacił - grosze, ale na mieszkanie wystarczy. Utrzymać się natomiast będę musiała z ostatniej wypłaty z college'u, którą dostanę pod koniec czerwca. Dostanę też jeszcze od nich jakieś grosze pod koniec lipca za lekcje z czerwca. Wieczorem miałam ostatnie zajęcia z pierwszym rokiem polskiego, na które studenci przynieśli wyżerkę - gołąbki, kotlety schabowe, faworki i czekoladki.

W czwartek jak przyszłam do pracy, okazało się, że babka z którą dzielę stanowisko i która miałam dziś wrócić do pracy po urlopie źle się czuła i nie przyszła do pracy. Szefowej też nie było do południa, więc recepcje była zamknięta i musiałam ją otworzyć. Po pracy pojechałam na ostatnią lekcję francuskiego w tym roku i dostałam od studentów kwiaty i czekoladki. Dziękowali mi za ten rok i było mi bardzo miło, bo nie byłam pewna czy dam radę, ale się udało i jestem z siebie dumna. W piątek o 10:00 rano przyszła do mnie babka z agencji wynajmu zobaczyć, w jakim stanie jest mieszkanie i zapytać, czy czegoś nie potrzebuję. Powiedziałam, że chcę wieszak na płaszcze w korytarzu, bo chociaż obeszłam się bez niego przez trzy lata, to wszyscy moi goście narzekają na jego brak. Potem poszłam załatwiać różne sprawy w college'u i w urzędzie podatkowym. Kupiłam też dwie kartki z kondolencjami - jedną dla Ewy, a drugą dla rodziców Kennetha, bo postanowiliśmy spotkać się wieczorem z Kółkiem Francuskim i je podpisać, a potem przekazać Julii, która wraz z 2 innymi osobami leciała na pogrzeb.

Ewa napisała, że pogrzeb odbędzie się w poniedziałek 15 czerwca i te trzy osoby zdecydowały się na niego lecieć. Poza tym okazało się, że autopsja niczego nie wykazała, co dobiło Ewę. Gdyby przynajmniej udało się wyjaśnić, co się stało, na pewno byłoby jej łatwiej. W każdym razie napisała, że po pogrzebie będzie impreza z piwem i dobrą muzyką, bo tego by sobie życzył Kenneth. Po pracy wróciłam więc do domu, a potem po 20 spotkałam się z Sally, Conradem i Petem. Poszliśmy do restauracji śródziemnomorskiej Cyrus, a potem do mnie, żeby podpisać kartki. Dołączył do nas Patryk, który chciał, żebym jako tutor z college'u poświadczyła mu jakieś dokumenty. Kiedy wszyscy już wyszli, poszliśmy sobie na spacer, a potem wróciliśmy do mnie i rozmawialiśmy do 4 nad ranem, zanim wreszcie poszliśmy spać.

  
Kwiatki i czekoladki od studentów francuskiego oraz
kartki dla Ewy i dla rodziców Kennetha.

W sobotę wstaliśmy i po śniadaniu pojechaliśmy do Saltaire. Pod koniec zeszłego roku szkolnego dostałam od moich studentów polskiego bony na 20 funtów, żeby sobie coś kupiła w Salt Mill, gdzie mają wiele fajnych sklepów. Bony były ważne do 20 czerwca tego roku, więc był to już naprawdę ostatni dzwonek, żeby je wreszcie wykorzystać. Kupiłam sobie książkę i kartki, a potem poszliśmy z Patrykiem do parku i położyliśmy się na trawkę. Było bardzo miło, ale przed 17 musieliśmy się już zbierać, bo o 19 byłam umówiona ze studentami polskiego w Pierogarni na pożegnalną imprezę. Patryk zgodził się zanieść Julii kartki, które następnego dnia miały lecieć do Norwegii, bo ja bym się już nie wyrobiła. Impreza w Pierogarni była bardzo udana, choć Kinga nie była zachwycona, że Patryk później do nas doszedł, bo nie przepadają za sobą. Jan i Sue odwieźli ją do domu, a my wsiedliśmy z paroma osobami w autobus i poszliśmy jeszcze do Polskiego Klubu.

W niedzielę po śniadaniu poszliśmy do Peel Parku na festiwal Mela. Doszedł do nas Conrad i obaj z Patrykiem przekonali mnie, żebyśmy szli na piechotę, a nie jechali autobusem. Doszliśmy tam tuż przed 13 i udało się nam na szczęście znaleźć scenę, na której grał Imani Hekima tuż przed tym jak zaczął się jego koncert, po którym kupiłam od niego za 5 funtów płytę z 3 piosenkami. Moim zdaniem chłopak zrobi jeszcze karierę muzyczną. Tymczasem doszli do nas Sally i Pete oraz odezwała się Kinga z Janem i Sue, z którymi w końcu udało mi się na chwilę spotkać pod namiotem, w którym za jakiś czas miał zagrać Javad, kolega Conrada. Czekając na jego występ zrobiliśmy sobie wyżerkę, bo znajomy z Language Exchange przyniósł jedzenie. Doszło też jeszcze parę osób i zrobiła się z  nas większa grupa. Po 16:00 poszliśmy wszyscy na występ Javada i Nicka, którzy grali na gitarach i śpiewali różne pieśni (między innymi Edith Piaf i The Cure :) Po ich występie wróciłam z Patrykiem do domu i zjedliśmy razem kolację. Po 23:00 Patryk poszedł na ostatni autobus do Leeds, a ja poszłam spać.

  
Imani Hekima na scenie Guava oraz Javad i Nick w The Sanctuary na Meli w Peel Parku.
poniedziałek, 08 czerwca 2009
Sunday Funday :)

433.

W zeszły poniedziałek rano poszłam do college'u, żeby wydrukować mój blog na kolorowej drukarce. Potem zaniosłam go do recepcji i oddałam zanim poszłam do pracy na 12:00. Nie czułam się najlepiej, ale wzięłam Fervex, żeby jakoś wytrzymać te 5 godzin w robocie. Dopiero zaczęłam tam pracować i nie chciałam już iść na chorobowe. Po pracy poszłam do college'u na ostatnie spotkanie przed wakacjami. Każdy przyniósł coś do jedzenia i do picia, więc było bardzo miło. Dowiedziałam się też, że wbrew temu, co myślałam, nie będę miała ceremonii Graduation w lipcu przyszłego roku, ale dopiero w listopadzie. Trochę mi to krzyżuje plany, bo myślałam, że od lipca będę już wolna - skończy mi się kontrakt na uniwerku i skończę studia. Chciałam się wtedy gdzieś przeprowadzić. Ale tak sobie pomyślałam, że nadal mogę tak zrobić i przyjechać tylko później na samo Graduation w listopadzie.

We wtorek rano poszłam na przedostatnią poranną lekcję - za tydzień kończę już wszystkie lekcje w college'u. Ale ponieważ źle się czułam, to się spóźniłam, bo nie mogłam się zwlec z łóżka. Potem się zagapiłam i spóźniłam się też do pracy na uniwerku. A wieczorem prawie się spóźniłam na polski :) Ale udało mi się jakoś dotrzeć i wytrzymać do końca. Po lekcji miałam się spotkać z Wanyu, która uczy Chińskiego, ale akurat tego dnia utknęła w drodze z Blackpool i nie dotarła :) Zamiast niej pod collegem czekał na mnie Patryk i wprosił się do mnie na kawę :) Chciał obejrzeć jakiś film na DVD, ale powiedziałam, że mam dużo papierkowej roboty, więc mi pomógł. Pozmywał nawet naczynia. I znów mu uciekł ostatni autobus do Leeds i spał na materacu :)

W środę trochę się wyspałam, ale zamiast wyzdrowieć, to zaczął mi się katar i kaszel. Szefowa oczywiście niczego nie dostrzegała, ale pozostali pytali, czy dobrze się czuję, bo źle wyglądam. Właściwie to czułam się lepiej niż poprzednio, bo przestało mnie łamać, ale najwyraźniej wyglądałam gorzej :) Mimo to poszłam do pracy, bo wieczorem i tak musiałam iść na polski. Przyszły na niego tylko 3 osoby i bawiliśmy się w wykreślanki i szubienicę :) W czwartek wszyscy w pracy zaczęli mi mówić, że jak się źle czuję, to powinnam iść do domu, więc i szefowa się w końcu do nich przyłączyła. Opierałam się, ale w końcu wyszłam godzinę przed czasem, bo i tak nie było nic do roboty. Wieczorem pojechałam na francuski i graliśmy w szubienicę - musieli zgadywać wyraz litera po literze używając francuskiego alfabetu :)

W piątek nie miałam już żadnych lekcji, więc postanowiłam zostać w domu i trochę się podleczyć. Conrad co prawda próbował mnie wyciągnąć na Kółko Francuskie, ale się wykręciłam :) Odkąd nie dostałam tej pracy we Francji, obraziłam się na francuski :) I na cały ten kraj :) Postanowiłam, że już tam nie pojadę :) Zdałam też sobie sprawę, że nadal lubię Francuzów, ale nie lubię Francuzek :) W każdym razie zadzwoniłam do domu i zaplanowałam z nimi te dwa miesiące urlopu, które miałam spędzić we Francji. Idę na urlop już w środę 24 czerwca i 2 tygodnie siedzę w Anglii. Być może pojadę do tutejszej Krainy Jezior z Majką i jej chłopakiem :) Potem 9 lipca lecę do Włoch, gdzie spędzę z rodziną tydzień nad morzem koło Rzymu, a potem 3 dni w samym Rzymie. Stamtąd
20 lipca wracam z nimi tym samym samolotem do Warszawy, gdzie zostanę cały miesiąc. Wyjdzie mnie to taniej niż jakieś podróże, a nie chcę siedzieć cała wakacje w Bratfoot :)

Mam jeszcze jeden plan - powiedziałam sobie, że jak nie dostanę tej pracy we Francji, to pojadę tego lata na 2 tygodnie na Ukrainę, żeby uczyć
angielskiego dzieci z okolic Czarnobyla. Ale jak na razie nie udało mi się niczego załatwić. Jeśli się uda, to pojadę po prostu w trakcie tych 4 tygodni pobytu w Polsce - będzie bliżej. Pomyślałam też sobie, że jak już tak długo będę w Polsce, to zorientuję się, jak wygląda tam teraz rynek pracy i pochodzę ze swoim CV po firmach :) Może uda mi się nawet wybrać na jakąś rozmowę o pracę? :) Do Anglii wracam w środę 19 sierpnia i w czwartek idę już do pracy. Ale w weekend jadę z Kingą do Cardiff na koncert U2 :) Na koncert koło nas, w Sheffield, nie było już biletów :) No a tydzień później jest ostatni długi weekend w Anglii i Kinga namówiła mnie na 3 dni w Paryżu :) Bo ona we wrześniu wraca do Polski na studia i prosiła mnie, żebym była jej tłumaczką i przewodniczką po mieście. A tak się zarzekałam, że nie polecę do Francji!

Jan przywiózł mi pamięć zewnętrzną 500GB, którą mi kupił w PC Worldzie, ale dopiero w środku nocy znalazłam czas, żeby ją otworzyć. Jednak na komputerze nadal pojawiała się wiadomość, że mam za mało pamięci! Dałam więc sobie w końcu spokój i poszłam spać. Całą sobotę też przesiedziałam przy komputerze, przegrywając zdjęcia z dysku na pamięć zewnętrzną, którą wreszcie udało mi się opanować dzięki telefonicznej pomocy Krystiana :) Zażyczył sobie za to obiad! :) Pogadałam też z Kingą, Gosią, Mirką i z rodziną zarówno przez Skype'a, jak i przez telefon. Dodzwoniłam się także do biura obsługi klienta w Jet2, żeby mi naliczyli punkty za bilet do Paryża. Za takie połączenie z komórki liczą jak za zboże, ale się opłaci. Teraz mam 200 punktów, a jak uzbieram 600, to mogę je zamienić na kolejny bilet! :) A znając mnie na pewno niedługo je uzbieram :)

W niedzielę obudziłam się nadal chora. Mimo to wstałam i się ubrałam, bo umówiłam się z Kingą, Janem i Sue w Lister Parku. O 14:30 odbywała się tam impreza charytatywna, z której dochód był przeznaczony na badania raka piersi. Kobiety w różnym wieku biegły (lub szły :) 5 kilometrów, żeby zebrać fundusze na ten cel, większość z nich ubrana na różowo. Wyglądało to bardzo kolorowe, bo uczestniczek było ponad 5 tysięcy. Po jakiejś godzinie, kiedy ostatnia z nich dotarła na metę, podjechaliśmy do Pierogarni, a potem do mnie na kawę i herbatę. Sue i Jan wyszli około 18:30, a ja z Kingą poszłam na 19:00 do Love Apple na Sunday Funday, czyli imprezę na rzecz pokoju na świecie :) Jak przyszłyśmy ludzie czytali akurat własną poezję, więc poszłyśmy do innej sali, ale wróciłyśmy jak się zaczął koncert. Najpierw śpiewał Imani Hekima, a potem wystąpili niesamowici
Peace Artistes (Artyści Pokoju :) Na koniec zespół Honeydrum wprowadził wszystkich w transowy tan :) Po tych tańcach i skakaniu poczułam się znów gorzej :) Chyba pójdę w poniedziałek rano do lekarza :)

    
Czołowe uczestniczki Race for Life oraz jedne z bardziej kolorowych :)

    
Peace Artistes i Honeydrum na imprezie Sunday Funday w Love Apple.
sobota, 06 czerwca 2009
Polski Dzień Matki :)

432.

W sobot
ę rano pojechałam po mamę na lotnisko Robin Hooda w Doncaster. Miała ze sobą tylko małą walizeczkę jako bagaż podręczny, więc prosto z dworca w Bratfoot pojechałyśmy do Lister Parku, żeby zobaczyć wystawę "Z Polski do Anglii" w Cartwright Hall. Walizkę zostawiłyśmy panu na dole, a same obejrzałyśmy całą galerię. Potem poszłyśmy do Pierogarni na obiad, po drodze spotykając się z Kingą, która do nas dołączyła. Zjadłyśmy niedrogo pyszny polski obiad, a potem pojechałyśmy do domu i spakowałam się w mamy walizeczkę na wyjazd. W niedzielę wsiadłam o 7:30 w autobus na lotnisko w Stanstead koło Londynu z przesiadką w Goldens Greens. Cały czas byłam w kontakcie telefonicznym z mamą i Kingą, które pojechały do Haworth na Weekend lat 40-tych. O 17:50 tata Benoit odebrał mnie z lotniska, bo Benoit miał jakiś turniej. Czekałam później na niego w jego ogródku, bo było piękne słońce. Jak przyjechał pojechaliśmy na chwilę do jego znajomych, a potem wróciliśmy do domu na kolację i poszliśmy wcześnie spać, bo rano miałam interview!

W poniedziałek rano Benoit miał mnie zawieźć do firmy, jak wyszliśmy z domu, okazało się, że jego ojciec zabrał samochód :) Poszliśmy więc piechotką i 10 minut później byliśmy na miejscu. Najpierw czekały mnie testy - z pisania w Wordzie na francuskiej klawiaturze (koszmar, bo mają inne ustawienie liter :) oraz obsługa Internetu i zaznaczenie 10 miast na mapie Francji. Potem była przerwa i dwa testy logiczne - jeden obrazkowy, a drugi językowy, po francusku! Najlepiej mi poszedł drugi i czwarty test, a najgorzej pierwszy, trzeci i piąty. Mimo to powiedziano mi, że za półtorej godziny będę miała rozmowę z tą babką, której szef przekazał moje papiery. Poszłam więc coś zjeść, a potem wróciłam na rozmowę o pracę. Byłam bardzo zestresowana i zaczęłam się robić coraz bardziej czerwona, co tylko jeszcze bardziej mnie zestresowało :) Po 40 minutach wyszłam i Benoit po mnie przyjechał. Zjedliśmy coś i pocieszał mnie, ze na pewno dostanę tę pracę. Potem zawiózł mnie na lotnisko w La Rochelle i po 24 godzinach pobytu opuściłam Francję! :) Znów miałam przesiadkę w Goldens Greens, więc zjadłam kolację w bardzo dobrej włoskiej restauracji, a potem z dworca w Bratfoot wzięłam taksówkę i o1:30 byłam w domu.

  
Reklama firmy IMA, w której starałam się o pracę i mapa Francji :)

We wtorek poszłam na
10:30 rano na lekcję, ale odwołałam wieczorny polski, bo byłam zbyt zmęczona. Poszłam tylko na 12:00 na uniwerek, a po pracy spotkałam się o 17:00 z mamą i poszłyśmy do restauracji śródziemnomorskiej Cyrus na bardzo dobry i niedrogi obiad :) W środę rano też miałam lekcję, potem poszłam na 5 godzin do pracy na uniwerku, a później na lekcję polskiego z pierwszym rokiem. W czwartek pospałam wreszcie do 11:00 i poszłam dopiero na 12 do pracy, a wieczorem na francuski, ostatnia lekcję przed tygodniową przerwą z okazji Spring Bank Holiday. W piątek była impreza z okazji zakończenia roku akademickiego w Amfiteatrze ze zjeżdżalnia wodną i muzyką na żywo, więc poszłam po pracy z mamą i z Kingą zobaczyć, jak się bawią studenci :) Potem pojechałyśmy do Pierogarni, gdzie spotkałyśmy się z Janem i Sue. Jan pożyczył nam GPSa na nasz wyjazd do Szkocji, a potem podwiózł nas domu, bo jechał do Gosi, żeby jej pożyczyć drugiego GPSa. Ona też wybierała się ze znajomymi z Polski do Szkocji. Spakowałyśmy się na wyjazd i poszłyśmy wcześniej spać.

W sobotę od rana czekałyśmy na podwózkę z firmy Enterprise. Wreszcie około 10:30 przyjechali po mnie i po drodze zabraliśmy Gosię ze znajomym, którzy brali samochód z tej samej wypożyczalni, co my. Po raz pierwszy wzięłam dodatkowe ubezpieczenie, bo mi wszyscy narobili strachu, ale oczywiście się nie przydało. Zanim się zapakowałyśmy z mamą i pojechałyśmy po Kingę, wybiła 12:00. Nabrałyśmy pełny bak benzyny i ruszyłyśmy do Edynburga. GPS poprowadził nas najkrótszą drogą, a nie jak się okazało tą, którą chciałyśmy jechać! Zjechałyśmy więc bardziej na wschód, na Newcastle. Potem zobaczyłyśmy drogowskazy na Mur Hadriana i spędziłyśmy z półtorej godziny na jego poszukiwania, bo uparłam się, żeby go zobaczyć :) Oddzielał kiedyż Anglię od Szkocji, ale teraz nie wygląda zbyt imponująco. W każdym razie dojechałyśmy wreszcie wieczorem do domu moich znajomych w Edynburgu, zaparkowałyśmy tuż pod i poszłyśmy spać :)

W niedzielę rano pojechałyśmy zobaczyć kaplicę w Rosslyn, niestety okazało się, że otwierają dopiero w południe i że wejście kosztuje jakieś 7 funtów, a nie wolno robić zdjęć. Obeszłyśmy zatem mur dookoła, żeby zrobić parę zdjęć z zewnątrz, ale miałyśmy pecha, bo trwa właśnie renowacja z zewnątrz i prawie wszystko zasłaniał dach. Postanowiłyśmy więc, że wrócimy za rok, jak skończy się renowacja i wróciłyśmy do Edynburga. Zaparkowałam pod Calton Hill i zaczęłyśmy zwiedzać miasto. Znalazłyśmy pierwszą lożę Masonów, ale też była zamknięta. Potem wspięłyśmy się na wzgórze zamkowe i zaczęłyśmy
zwiedzanie schodząc w dół od zamku Royal Mile. Obiad zjadłyśmy w kościele św. Gilesa, gdzie teraz jest restauracji i sala koncertowa. Po drodze kupiłyśmy rajstopy i spódniczkę w szkocką kratę, wydając strasznie dużo pieniędzy w sklepach dla turystów :) Zmęczone wróciłyśmy do domu, ale ponieważ było jeszcze jasno postanowiłyśmy pojechać nad morze. Zachód słońca zobaczyłyśmy w Portobello i wróciłyśmy do domu bardzo zadowolone :)

  
Mur Hadriana i dach roztoczony nad kaplicą w Rosslyn (więcej na www.fotki.com/annad9)

W poniedziałek ruszyłyśmy o 8 rano z Edynburga i godzinkę później byłyśmy już w Glasgow. Zaparkowałyśmy koło parku i wsiadłyśmy w autobus turystyczny, który obwiózł nas po mieście. Weszłyśmy do Informacji Turystycznej i zjadłyśmy obiad w dzielnicy uniwersyteckiej, a potem wsiadłyśmy w samochód i wróciłyśmy do Bratfoot. Po drodze zahaczyłyśmy o skałki w Malham, ale kropiło i było trochę ślisko, więc tylko Kinga zdecydowała się pochodzić po okolicy, a my czekałyśmy na nią w samochodzie. Potem zajechałyśmy jeszcze na Five Rise Locks w Bingley, do Saltaire i do szkoły w Queensbury, w której uczę, bo chciałam ją pokazać mamie :) Chciałyśmy też wyjeździć trochę benzynę, bo za dużo jej nabrałyśmy na ostatniej stacji benzynowej :) W końca odwiozłyśmy Kingę, wróciłyśmy wreszcie do domu bardzo zadowolone z wycieczki i zanim poszłyśmy spać zaczęłyśmy już planować, że za rok zrobimy sobie tygodniowy objazd po Szkocji :)

We wtorek rano oddałam samochód, a potem poszłam na 12:00 na uniwerek. Mama została w domu i odpoczywała po podróży, a jak wróciłam z pracy wręczyłam jej bukiet tulipanów i kartkę z okazji polskiego Dnia Matki :) Tutaj Dzień Matki obchodzą w marcu. Wieczorem spotkałyśmy się z moją znajomą Chinką i poszłyśmy do restauracji Real China na bufet :) W środę pospałyśmy obie do 11:00, a potem poszłam na 5 godzin do pracy. Po 17 spotkałyśmy się z Sally i jej babcią, która jest Polką, w nowo otwartej polskiej restauracji Balanga. Znajduje się w samym centrum, ale szczerze mówiąc mi się bardziej podoba Pierogarnia. W czwartek zgodziłam się przepracować cały dzień od 9:30, żeby w piątek mieć wolne. Mama przyniosła mi lunch do pracy, a po 17:00 poszłyśmy na koncert, który odbywał się na terenie kampusu. Rhodri Davies gra muzykę współczesną na harfie elektrycznej. Wykonał cztery utwory (z których podobały mi się dwa) wykorzystując do gry m.in. wiatraczek, kłębek włóczki i mechaniczne zabawki :) Było to bardzo ciekawe doświadczenie :)

  
"Balanga" w centrum miasta i "Pierogarnia" na Manningham, gdzie mieszka dużo Polaków.

W piątek poszłyśmy z mamą na zakupy. Stwierdziłam, że do tych szkockich rajstop i spódniczki potrzebuję teraz bluzek. W szale zakupów kupiłam ich ponad 30, każdą w innym kolorze :) Jak wróciłam do domu i ułożyłam je na łóżku, wyglądało to jak tęcza :) Niestety, część z nich okazała się za mała, wróciłyśmy więc do sklepu, żeby je wymienić na większe, a z 10 oddać, bo miały naprawdę bardzo podobne kolory. Zostawiłam sobie tylko 20 parę bluzek, które najbardziej pasowały mi do moich ubrań :) Potem wsiadłyśmy z mamą w autobus i pojechałyśmy do Shipley Glen. Tam zrobiłyśmy sobie spacerek i widziałyśmy żywego zająca! :) Około 18:00 zadzwoniłam do Jana, który po nas przyjechał i zabrał nas do siebie na kolację. Kinga już tam była, a później dojechała jeszcze Gosia z parą znajomych w Polski. Jan dał mi parę książek o nauczaniu, żebym mogła napisać w weekend moje ostatnie zaliczenie, a Gosia pożyczyła nam wagę, żeby zważyć mamy bagaż. Zabalowaliśmy do 23:00, a potem Jan odwiózł
nas do domu. Mama spakowała swoją walizeczkę, która ważyła równo 10 kilo! :)

W sobotę pojechałyśmy z mamą na lotnisko Robin Hooda w Doncaster. Pożegnałyśmy się i wróciłam do domu, żeby pisać bloga na zaliczenie ostatnich zajęć z mojego podyplomowego kursu dla nauczycieli PCET. Najpierw oczywiście sprawdziłam pocztę i posiedziałam trochę w Internecie, bo ostatnio nie miałam na to czasu, ale potem zabrałam się za pisanie. Efekt końcowy, który będzie oceniany przez moich wykładowców można zobaczyć tutaj: http://teaching.blox.pl. Jednocześnie zaczęłam czuć się coraz gorzej i wiedziałam już, że bierze mnie jakieś choróbsko. Mimo to w niedzielę wieczorem poszłam do 1in12 na wymianę językową Language Exchange. Przyszedł też na nią Patryk, bo pokazywali jeden z jego ulubionych filmów "Motyl i skafander". Po filmie zagraliśmy dwie partyjki bilarda, które wygrałam, mimo iż już mnie łamało w kościach i czułam każdy mięsień :) A potem Patryk poszedł na dworzec, a ja do domu. Jakiś czas później zadzwonił do drzwi, bo
uciekł mu ostatni autobus do Leeds :) Położył się spać na materacu, a ja do 2:30 kończyłam pisać moją pracę zaliczeniową :)

  
Tęcza z bluzek i bukiet tulipanów dla mamy na Dzień Matki :)