Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 31 lipca 2006
W najbliższym czasie założę hasło na bloga. Jeżeli ktoś nadal chce go czytać, proszę o maile pod adresem annad9@o2.pl.

195.

W piątek wzięłam znów ze sobą kocyk do pracy, bo wróciły upały. Sprawdziłam maile i o 10 położyłam się na godzinkę na trawce :) Potem wróciłam na godzinkę do pracy, ale już o 12 przyszła po mnie Jessica i poszłyśmy na lunch do chińskiej restauracji. Jessica przyjęła to imię w Anglii, ale tak na prawdę nazywa się Wanyu i jak ją przedstawiłam znajomej kelnerce z Honk Kongu, zaczęły rozmawiać po chinsku (a dokładniej po mandaryńsku :) Poszłyśmy na otwarty bufet i najadłam się strasznie, biorąc parę razy dokładkę :) Jessica zapłaciła, bo zaprosiła mnie w ramach podziękowania za to, że dałam jej numer do szefa języków obcych w college'u (za jego zgodą, oczywiście :) i od września ma uczyć mandaryńskiego. Po ponad dwóch godzinach wyszłyśmy wreszcie z restauracji i po drodze spotkałyśmy znajomą Polke, której dawno nie widziałam. Powiedziała, że wybiera się na jakiś film do muzeum, a że planowalam iść na 15:45 na "Thank you for Smoking", umówiłyśmy się, że spotkamy się w kine. Po drodze do pracy kupiłam jeszcze kartkę pożegnalną dla profesora. Wypisałam ją i zostawiłam na jego biurku na poniedziałek. Tymczasem odezwała się do mnie Ainhoa i stwierdziła, że zaraz mnie odwiedzi. Wydrukowała sobie parę rzeczy na naszej drukarce. W końcu sprawdziłam, czy wszystko jest w porządku i wyszłyśmy. Ainhoa poszła do biblioteki, a ja do domu, żeby zostawić kocyk, a potem do kina.

"Thank you for Smoking" bardzo mi się podobało. To naprawdę zabawna amerykańska komedia (rzadkość :) o życiu rzecznika prasowego koncernów tytoniowych. Gorąco polecam, bo dawno się tak dobrze nie bawiłam w kinie :) Po filmie wróciłam wreszcie do domu i właśnie miałam się wziąć za pakowanie, kiedy zadzwoniły do mnie Gosia z Alicją, pytając czy przychodzę do Alicji na chińczyka (znowu :) Wiedziałam, że się nie wymigam, więc zabrałam z lodówki resztę piw, które zostały jeszcze ze środy i poszłam. Alicja przygotowała bardzo dobry ryż z warzywami. Poznałam też ich współlokatora :) Po paru godzinach i 4 piwach powiedziałam, że idę do domu, żeby się spakować. Wymusili na mnie obietnicę, że jeszcze wrócę i prawdę mówiąc sama w to wtedy wierzyłam :) Ale jak przyszłam do domu, zaczęłam rozmawiać z bratem i z siostrą przez SKYPE'a i zanim się obejrzałam, było już po 23 :) Rozmawiałam też z Patrykiem, który życzył mi przyjemnej podróży i miłego pobytu. Około 19:30 zabrałam się wreszcie za pakowanie i skończyłam o 1:00. Oczywiście Alicja i Carlos dzwonili i pytali, kiedy przyjdę, ale powiedziałam, że zobaczymy się dopiero po moim powrocie i wreszcie koło 2 poszłam spać.

Obudziłam się po 9:00, zanim jeszcze zadzwonił budzik. Wzięłam prysznic i zrobiłam sobie kanapkę na drogę. Próbowałam ogarnąć trochę mieszkanie, ale musiałam się jeszcze przepakować, bo stwierdziłam, że wolę wziąć walizeczkę niż plecak. W końcu wyszłam z domu o 10:30 i poszłam na dworzec autobusowy. Próbowałam się dodzwonić do pewnej Angielki o polskich korzeniach, która chce w przyszłym roku chodzić do mnie na lekcje. Szef z college'u podał mi jej numer, żebym z nią ustalila, czy zna polski na tyle dobrze, żeby pójść od razu na drugi rok, czyli dołączyć do moich dwóch zeszłorocznych grup. Nie odbierała telefonu, więc wysłałam jej SMSa, że zadzwonię za tydzien, jak wrócę z urlopu. O 11:00 wsiadłam w autobus do Manchesteru i zadzwoniłam do mamy. Nie przyznałam się jej, że wyjeżdzam, choć wspominałam jej wcześniej o swoich planach, ale nie chciałam, żeby denerwowała się za każdym razem, jak będzie oglądać wiadomości. Powiem jej, jak wrócę. W Manchesterze wsiadłam w samolot KLM do Amsterdamu, gdzie miałam przesiadkę i musiałam coś ze sobą zrobić przez 5 godzin. Poszłam do pierwszego na świecie Muzeum znajdującego się na lotnisku, ale mieli tam tą samą wystawę uczniów Rembrandta, która widziałam już jak przesiadałam się tam wracając z Kalifornii. W końcu wsiadłam w drugi samolot i z pewnymi przygodami dotarłam wreszcie do celu. Swoją podróż opiszę jak wrócę i założę hasło na bloga. Pozdrawiam!

czwartek, 27 lipca 2006

194.

Pogoda jest naprawdę dziwna ostatnio. Już rozumiem dlaczego Anglicy tak często rozmawiają o pogodzie - bo nie można za nią nadążyć! :))) Niby jest ciepło, bo ponad 20 stopni, ale jednocześnie pochmurno i ostatnio nawet czasem pada. Skończyły się bezchmurne, słoneczne dni! Ale mnie to nie rusza, bo przecież w weekend będę już leżeć na gorącej plaży i sączyć drinka! :))) A na razie siedzę w pracy i przygotowuję listę rzeczy, które zrobiłam i których jeszcze brakuje. Wczoraj po pracy weszłam po drodze do sklepu, żeby kupić mleko, colę, piwo i wódkę na wieczór. Gemma i jej siostra nie lubią piwa, wolą drinki, ale okazało się, że wódki mają tylko jeden rodzaj i to jakąś, której nie znam (choć w ogóle nie jestem znawczynią wódki :) Wróciłam więc do domu, zjadłam obiad i poszłam do Morrisona, a po drodze weszłam do sklepu z płytami DVD, żeby się zorientować w cenach serii "Seinfield", bo chce kupić Erykowi najnowszą w prezencie. Do Morrisona dotarłam w ostatniej chwili - za mną zamknęli już drzwi. Kupiłam wódkę i ser :) Pani przy kasie nie spytała mnie już nawet o dowód tożsamości, tak się spieszyła do domu (ostatnio żądano ode mnie dowodu na to, że mam ponad 21 lat, jak byłam w Cambridge :)

Wróciłam do domu, wzięłam prysznic, ubrałam się i usiadłam do komputera. Wyłożyłam też orzeszki i chipsy, które zostały z Graduation party, więc przyniosłam je do domu. W końcu po 19 zaczęli się schodzić goście - najpierw Gosia i Alicja, a potem Malwina. Dostałam od nich śliczne kwiatki! :) W międzyczasie zabrałam się za przygotowanie pizzy w piekarniku, ale jako że nie mam wprawy, trochę się przypaliła :) Później zadzwoniłyśmy przez SKYPE'a do mojej siostry i pogadałyśmy z nią trochę. Przez chwilę przyłączył się do nas mój brat i złożył mi jeszcze raz życzenia. Porozmawiałam też z mamą. W ogóle wiele osób z Polski pamiętało wczoraj o moich imieninach i złożyło mi życzenia SMSem lub mailem. O 23 dziewczyny poszły po Carlosa. Przyniósł bardzo dobrą pastę z tuńczykiem :) I wypił z Alicją prawie całą wódkę, którą kupiłam dla Gemmy i Lucie, które oczywiście nie dotarły. Wkrótce Malwina wyszła, żeby złapać jeszcze ostatni autobus :) Reszta wyszła po 1 w nocy, czyli całkiem nieźle, jak na nasze standardy :)))

Dzisiaj miałam przynajmniej co robić w pracy. Zadzwoniła też do mnie moja "ulubiona" szefowa i zaczęła zadawać mi pytania. Nigdy nie wiem, co jej odpowiedzieć, bo co nie powiem, zawsze wykorzysta przeciwko mnie. Straszne! :) W czasie lunchu sprawdziłam, na którą grają dziś dwa filmy, na które chciałam się wybrać. Potem wróciłam do roboty i do 16:30 siedziałam w Internecie :) Odpisałam na zalegle maile, a potem poszłam do Virgin Stores i kupiłam 6 sezon "Seinfielda" :) Potem wróciłam na chwilę do domu, żeby coś zjeść, a potem poszłam do Muzeum. W kasie siedziała znajoma, z którą zawsze gadam i dała mi oba bilety za darmo! :) Najpierw poszłam na "Kod DaVinci" i ogólnie mi się podobał (przekonałam się nawet do Hanksa, który mi zupełnie do tej roli nie pasował :) tylko uważam, że nie potrzebnie zmienili końcówkę i w ogóle książka bardziej mi się podobała. Zastanawiam się nawet, czy ktoś, kto jej nie czytał, zrozumie o co chodzi? :) W przerwie porozmawiałam z tą znajomą z kasy, a później poszłam na "Ask the Dust" i dobrze się bawiłam, ale znów końcówka mi się nie podobała (dlaczego na koniec zawsze muza musi umrzeć? :) czyli jak zwykle Amerykanie psują zakończenia! W ogóle ten Collin Farell jakiś pechowy (a właściwie może przynoszący pecha? :) Jednym słowem nie polecam.

środa, 26 lipca 2006

193.

Wtorek minął mi jak z bicza strzelił :) Rano oczywiście nie mogłam się zwlec z łóżka :) Znów dotarłam do pracy po 9:00, ale oczywiście nikt nie wie, o której przychodzę czy wychodzę! Wyszłam więc na lunch o 12, a wróciłam dopiero przed 15 :) Umówiłam się bowiem z dziewczyną, która też pracuje na uniwerku, a którą poznałam w sobotę na grillu. Poszłyśmy do Love Apple i rozmawiałyśmy prawie dwie godziny! :) Powiedziałam jej, że w poniedziałek spotkałam na ulicy tego Anglika, który mówi po francusku i którego też poznałyśmy w sobotę na grillu, a on wspomniał coś o kolejnej imprezie w ten piątek. Będzie to trochę nielegalna i ryzykowna impreza, bo wyprawiają ją w starym, zamkniętym i zabitym dechami pubie :) Każdy przynosi coś do jedzenia i do picia, a oni zapewniają muzykę :) Ale jak nie daj Boże policja zainteresuje się, dlaczego z nieczynnego pubu słychać muzykę, to mogą chyba być problemy :) A jakby mnie zamknęli na 24 godziny, to nie pojadę na wojnę! :) Dlatego zastanawiam się jeszcze, czy pójdę na hipisowską imprezę w pubie czy też zabaluję znów tradycyjnie z Gosią, Alicją i Carlosem :) Podobno wspominali coś, że tym razem zapraszają do siebie, ale dzisiaj będziemy dopiero omawiać szczegóły. Zapowiedzieli mi już jakiś czas temu, że przychodzą do mnie wieczorem świętować moje imieniny! :)))

Skoro wiem, że mam się dziś wieczorem spodziewać gości, to zaprosiłam jeszcze Malwinę, Gemmę i jej siostrę Lucie. Obiecałam Gemmie, że pokażę jej, jak działa SKYPE, bo zastanawia się, czy nie założyć sobie Internetu, żeby porozmawiać czasem z siostrą, kiedy ta wróci do Chin. Lucie mieszka od jakiś dwóch lat niedaleko Szanghaju wraz mężem , który dostał tam pracę. Umówiłam się więc z moją siostrą, jak do niej zadzwoniłam, że dziś też pogadamy. Wczoraj byliśmy umówieni na 18, ale jak wróciłam z pracy, padłam do łóżka i wstałam dopiero o 18:30. Brat specjalnie do niej przyjechał, żeby złożyć mi życzenia imieninowe, a drugi założył sobie właśnie Internet, więc zrobiliśmy sobie telekonferencję :))) Zaprosiłam też na dzisiaj Patryka, ale jak z nim rozmawiałam wczoraj przez SKYPE'a (tym razem tylko do 23 :) to powiedział, że nie ma nawet kasy na bilet, a wypłata dopiero w piątek, więc nie ma raczej szans na to, żeby się dziś zjawił. Planuje za to przyjechać w piątek, więc będę musiała go zabrać na którąś z tych imprez, w zależności od tego, na którą się zdecyduję. Chyba wolałabym jednak ten stary pub, bo będę mogła z niego w każdej chwili wyjść, a nie mogę za długo balować, bo w sobotę o 11 mam już autobus na lotnisko! :) A jak pójdę do Alicji i Carlosa, to spiją mnie i nie dadzą wyjść do rana! :))) Już ja ich znam! :)))

Wczoraj był upał nie do wytrzymania, a dzisiaj od rana jest pochmurno i czasem popaduje. Ale nadal jest gorąco i przez cały tydzień ma być ponad 20 stopni. To dość nietypowe, żeby angielskie lato trwało tak długo! :) Ale cóż, można się tylko cieszyć. Chciałabym trochę opalić nogi, zanim wyjadę, bo wstyd mi będzie pójść na plażę. Muszę w domu przymierzyć kostium kąpielowy i sprawdzić, czy się jeszcze w niego mieszczę! :))) Dzisiaj nici z opalania, ale jutro znów ma być słońce, więc wezmę ze sobą kocyk do pracy i przeczekam w biurze tylko to najostrzejsze słońce, ale resztę dnia mam zamiar spędzić na trawce :))) Gdyby dziś było ładnie, już by mnie tu nie było, bo jestem nadal niewyspana i ledwo się rano zwlokłam z łóżka! :) Ale zaraz idę do domu na lunch, to może się trochę zdrzemnę? :) A jak po południu wrócę do pracy, to wezmę się za robotę, bo właśnie przed chwilą jeden z naszych lektorów przyniósł mi parę ocenionych esejów, którymi muszę się zająć.

poniedziałek, 24 lipca 2006

192.

Planowałam, że w czwartek będę się opalać, jak sie da to nawet cały dzień :) Ale jak wstałam rano, stwierdziłam, że nie warto nawet zabierać ze sobą koca! Zachmurzylo się i nawet pokropiło, choć nadal było ciepło. W pracy siedziałam oczywiście całkiem sama. Po pracy poszłam do domu i położyłam się do łóżka. Potem wstałam i posprzątałam, bo Gosia powiedziała, że zadzwoniła do niej Alicja i że razem przyjdą do mnie wieczorem. Oczywiście przyniosły ze sobą piwo i zaczęła się znów spontaniczna impreza :) Takie są najlepsze! :) Po 23 poszły do "Angelo" po Carlosa, chłopaka Alicji. Carlos przyniósł ze sobą świeżo upieczoną pizzę! :) Była bardzo dobra i ćwiartka została mi jeszcze na obiad :) Zabawa skończyła się znów po 3 rano! :) Dobrze, że mam luzy w pracy, bo inaczej dużo gorzej bym to znosiła! :) Współczuję tylko Gosi, która pracuje ciężko od rana do wieczora!

Piątek miałam bardzo zajęty. W pracy pojawił się profesor, ale wpadł tylko na chwilę, żeby mi powiedzieć, że pod koniec lipca kończy u nas pracę. Wiedziałam o tym od mojej głównej szefowej, która zajmie teraz jego miejsce, ale udałam zdziwioną, tak jak mnie prosiła. Pokazał mi specjalny dodatek do gazety "The Guardian" o Polsce i powiedział, że mogę go zatrzymać. Pojawiły się tam bardzo ciekawe artykuły oraz wkładka po polsku pt. "Często zadawane pytania", w której autorka w bardzo zabawny sposób próbuje wytłumaczyć Polakom parę angielskich fenomenów :) Można je znaleźć tutaj: http://www.guardian.co.uk/eu/story/0,,1825541,00.html, a pozostałe artykuły w części "In this section" po lewej stronie. Po lunchu poszłam porobić zdjęcia w czasie ostatniej już w tym roku uroczystości wręczenia dyplomów absolwentom, czyli tzw. Graduation. Obecny był oczywiście nowy rektor Imran Khan. Więcej zdjęć znajdziecie na www.fotki.com/annad9

    

Absolwenci pod globem (symbol tutejszego uniwersytetu) i na Auli w czasie uroczystości wręczenia dyplomów.

    

Przedstawiciele uniwersytetu - rektor Imran Khan w środku i na zdjęciu obok.

Po pracy pojechałam do Leeds, żeby kupić bilety na wieczorny koncert Reginy Spektor. Co prawda Patryk proponował wcześniej, że to załatwi po pracy, ale źle się czuł i do pracy nie poszedł :) Do wieczora jednak wyzdrowiał i powiedział, że mam też kupić bilet dla niego. Trochę się zdziwiłam, gdy znalazłam City Varieties Music Hall, w którym miał się odbyć koncert. Jej poprzedni koncert w Leeds odbywał się w klubie, który znajduje się pod przejazdem kolejowym. Ludzie stali pod sceną z piwem i bujali się w rytm piosenek. Tymczasem teraz pani w kasie powiedziała mi, że może mi zaproponować dwa świetne miejsca w rzędzie F, bo właśnie ktoś z nich zrezygnował! :) Trochę mnie zaskoczyła tymi rzędami, ale kupiłam, skoro to taka okazja :) Potem poszłam do Queen's Parku i poopalałam się godzinkę. O 19:30 byłam umówiona z Patrykiem na dworcu. Powiedziałam mu, że mamy miejsca siedzące i też trochę zwątpił :) Przed koncertem poszliśmy jeszcze na jedno piwko i jak przyszliśmy, śpiewał już support - Only Son, który był supportem Reginy także przed jej poprzednim koncertem, na którym byłam z Seanem. Był bardzo zabawny i fajnie grał. Usiedliśmy w pierwszym rzędzie, bo był prawie wolny, a ja chciałam porobić zdjęcia. W czasie przerwy na sali zapalono światła, a jakiś chłopaczek z tyłu spytał mnie, czy mam e-maila i czy wyślę mu parę zdjęć z tego koncertu. Dał mi swój adres, a ja obiecałam, że wybiorę najlepsze zdjęcia i mu prześlę.

     

Only Son (support Reginy) i widownia w City Varieties Music Hall w Leeds.

W czasie przerwy wyszłam z Patrykiem na zewnątrz, bo chciał zapalić papierosa, ale zostawiłam go, jak usłyszałam, że Regina wyszła już na scenę. Chyba się trochę o to obraził, bo jak przyszedł, to wziął swoje rzeczy z pierwszego rzędu i powiedział, że siada z tyłu, na naszych miejscach. Ja zostałam pod sceną, przeszłam tylko na drugą stronę, bo z mojej mikrofon zasłaniał Reginie twarz. Zrobiłam jej parę zdjęć, a potem usiadłam po prostu, żeby spokojnie posłłuchać. Jej piosenki możecie znaleźć na stronie http://www.reginaspektor.com, a w dzisiejszej "Dozie Kultury" na o2.pl pojawił się artykuł o niej zatytułowany "Gwiazda z Bronksu": http://doza.o2.pl/?s=4097&t=6997. W pewnym momencie podszedł do mnie Patryk i powiedział, że wychodzi, bo jest mu za gorąco i że będzie w pubie obok. Ja zostałam, ale też musiałam wyjść przed końcem, bo inaczej uciekłby nam ostatni pociąg! Wyszłam więc w czasie bisów, choć chętnie zostałabym do końca! Przyszliśmy prosto na pociąg - Patryk zdażył tylko kupić bilet i wyjąć pieniądze z bankomatu, żeby mi oddać dług. Potem wysiadł na wcześniejszej stacji, bo jakiś czas temu wyprowadził się z Bratfoot, a ja zrobiłam sobie mały spacerek z dworca do domu. Po czym usiadłam do komputera i porozmawialiśmy jeszcze z Patrykiem przez SKYPE'a.

    

Gwiazda wieczoru - Regina Spektor we własnej osobie.

W sobotę pospałam prawie do południa. W końcu wstałam, usiadłam do SKYPE'a i przegadałam z siostrą 3 godziny. Potem porozmawiałam jeszcze z Malwina i Patrykiem, z którym umówiłam się na 17 pod sklepem. Mieliśmy się tam spotkać z jego kolegą Fabianem i razem wybrać się na tego grilla. Gosia kupiła wcześniej mięso i włożyła do zalewu, żeby nabrało smaku. Tymczasem zaczęło padać. Trochę mnie to zniechęciło, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że park, w którym miała się odbywać impreza, był dość daleko. Wzięłam jednak prysznic i przed 17 poszłam na spotkanie z chłopakami. Patryk prosił, żebym w razie jego spóźnienia zajęła się Fabianem. Przyszli jednak razem i kupiliśmy dwa kartony piwa. Wróciliśmy do mnie i zaczęliśmy się zastanawiać, jak dotrzeć na miejsce. Wtedy zadzwonił Shaz i spytał, czy może do mnie zajrzeć, bo jest gdzieś obok, a chciałby porozmawiać. Trochę się zdziwił, jak zobaczył dwóch chłopaków w oknie :) Okazało się, że chciał się znów poradzić. Umówił się na randkę z Magdą i prosił, żebym mu poradziła, gdzie ma ją zabrać. Kiedy dowiedział się, że wybieramy się na imprezę, ale zastanawiamy się, czy w taki deszcz to ma sens, powiedział, że jak chcemy, to nas zawiezie i zobaczymy, czy ktoś tam jest. Cóż, nie ukrywam, że taki właśnie miałam plan, ale ważne, że sam na to wpadł! :)

Wrzuciliśmy więc oba kartony piwa do samochodu i pojechaliśmy. Objechaliśmy cały park dookoła w poszukiwaniu adresu, który Agnès mi podała. Pytaliśmy nawet taksówkarza. I już mieliśmy wracać, kiedy zobaczyliśmy grupę młodzieży z siatkami zmierzającą w przeciwną stronę. Shaz zawrócił i okazało się, że idą na tą samą imprezę! :) Dzięki nim trafiliśmy na jakieś ogródki działkowe. Na jednym z nich stały dwa namioty, pod którymi tłoczyli się ludzie, żeby schować się przed deszczem. Pod jednym z nich paliło się ognisko i piekło się na nim mięsko. Napiliśmy się więc po piwku i stwierdziliśmy, że byłoby nawet miło, gdyby tylko przestało padać :) Patryk spytał mnie, czy nie jestem głodna. Moje mięsko było u Gosi, która stwierdziła, że jak pada deszcz, to nie jedzie na imprezę, bo z grilla na pewno nici. Poprosiłam więc Shaza, żeby mnie do niej zawiózł, a jej dałam znać, że przyjeżdżamy je zabrać. Dziewczyny były już nieźle rozbawione i właśnie gotowały buraczki na chłodnik i kapustę z grzybami :) Ale dały się namówić i w końcu po jakiejś godzinie, jak wszystko się ugotowało, wsiedliśmy w 5 do samochodu - ja z przodu, a Gosia, jej siostrzenica Kinga i Alicja z tyłu. Po drodze podjechaliśmy jeszcze do sklepu, bo dziewczyny chciały dokupić piwo.

Tymczasem przestało padać i zrobiło się znów ładnie. Impreza trwała już w najlepsze. Porozmawiałam sobie trochę z jakąś Francuzką, ale nie była zbyt rozmowna. Okazało się za to, że jeden z Anglików zna francuski, więc zagadałam z nim. Potem się okazało, że ludzie myśleli, iż jestem Francuzką :) W międzyczasie zrobiłyśmy na grillu nasze mięsko. Podzieliłam się swoim kurczaczkiem z Patrykiem i Fabianem. A potem piliśmy i tańczyliśmy! :)  W pewnym momencie Agnès zaczęła żonglować zapalonymi pochodniami! :) Zrobiło się już dość ciemno, więc super to wyglądało! :) A potem ktoś włączył Bregovica i wszyscy szaleli do "Kałasznikowa" :))) Porozmawiałam sobie też z trzema Angielkami. Jedna z nich pracuje w bibliotece w college'u i powiedziała, że pamięta mnie z jakiegoś kursu. Druga pracuje na uniwerku i umówiłyśmy się od razu na lunch na wtorek :) A trzecia studiowała i mieszkała w Londynie, a teraz wróciła do domu i szuka tu pracy. Wymieniłam się z nią numerem telefonu i mamy się gdzieś razem wybrać. Rozmawiałam też z Polakami, których była tam ponad połowa :) Jeden z nich był wolontariuszem, tak jak Agnès. Pozostali mieszkają tu i pracują.

Po 23 Alicja namówiła Shaza, żeby skoczyli po Carlosa, a przy okazji kupili jeszcze jakieś piwo i odwieźli Floriana, który zaczął się nudzić, bo Patryk gdzieś zniknął, a ja też nie poświęcałam mu zbyt wiele uwagi :) Tymczasem ludzie zaczęli się rozchodzić i impreza zaczęła trochę siadać, więc pokazałyśmy tyko Carlosowi okolicę i wróciliśmy do centrum. Shaz podwiózł nas do Gosi, ale nie wszedł na górę. Gosia poczęstowała nas pysznym kurczaczkiem z patelni, zamiast grilla i sałateczką oraz kapustką. Potem doszła do nas jeszcze Malwina z dwoma kolegami, którzy przynieśli sałatkę z tuńczyka i upili Carlosa polską wódką. W końcu po 5:00 stwierdziłam, że czas do domu, a ze mną zabrała się Malwina i jej kolega. Została tylko Kinga, która spała u Gosi oraz Alicja i Carlos, którzy podobno zaczęli się kłócić, aż w końcu wyszli o 6:00. Zanim dotarli do domu, popływali jeszcze ponoć w sadzawce, która znajduje się w samym centrum, tuż obok głównej kwatery policji :)

W niedzielę obudziłam się dopiero o 13 :) Porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a, po czym dałam znać Gosi, że już wstałam i mogę przyjść na chłodnik :) Umówiłyśmy się na 17:00. Tymczasem odezwał się do mnie Patryk z pytaniem, czy może do mnie przyjechać, żeby wziąć prysznic, bo u nich wody nie ma. Umówiliśmy się na wieczór, jak wrócę od Gosi. Sprzątnęłam więc łazienkę, zanim wyszłam. Chłodnik był pyszny. Siedziałyśmy jednak wszystkie trochę mało przytomne :) I lekko zmęczone poprzednim dniem :))) Alicja oczywiscie przyniosła piwo (klina klinem :) ale ja nie wierzę w takie sposoby. Napiłam się jednak, bo było zimne, a upał straszny :) W końcu wyszłam z Kingą przed 19, bo ona wracała już do domu. Alicja została podobno do 21 i skończyły z Gosią pozostałe piwa. A ja wysłałam Patrykowi sygnał, że już jestem w domu. Przyjechał i zaczęliśmy rozmawiać. Potem wszedł do łazienki. Jak wyszedł dalej rozmawialiśmy, więc zaproponowałam, żeby został i spał na materacu, bo wkrótce odjeżdżał ostatni pociąg. Poszedł więc do sklepu po coś do picia, a ja zrobiłam kolację. Rozmawialiśmy do 1 w nocy, zanim wreszcie stwierdziliśmy, że trzeba iść spać, bo rano do pracy! Umówiliśmy się, że zatrzaśnie tylko drzwi, bo wstawał dużo wcześniej niż ja.

Słyszałam, jak rano zamykał drzwi, ale nie miałam siły się ruszyć :) W końcu przed 9:00 zwlokłam się z łóżka i znów spóźniłam się do pracy. Oczywiście nikogo nie było, więc usiadłam do obrabiania zdjęć i odpisywania na maile. O 12 poszłam do domu na lunch, bo byłam już dosyć głodna. Z domu wzięłam proszek i płyn do prania, bo przed 15 byłam umówiona z Gosią na pranie :) Wstawiłam u niej jedną pralkę, a my w tym czasie poszłyśmy do sklepu i na pocztę. Potem jak się wyprało, wyszłyśmy razem i Gosia poszła do pracy, a ja do pralni, żeby wysuszyć pranie. Wstawiłam suszarkę i poszłam do domu. Odezwała się moja siostra przez SKYPE'a, wiec rozmawiałam z nią jedząc obiad. Potem poszłam do pralni i umówiłam się z siostrą, że zadzwonię do niej jutro, bo o 18 byłam umówiona z Gemmą na podcięcie włosów :) Dawno jej nie widziałam, ale miałam wrażenie, że widziałyśmy się wczoraj :) Jak mnie już podcięła, poszłyśmy z kocykiem na trawkę koło jej domu :) Porozmawiałyśmy sobie do 21, aż słońce zaczęło się chować za budynki i zrobiło się chłodno. Umówiłyśmy się na środę, na moje imieniny. Pozostali znajomi już mi się zapowiedzieli, więc zaprosiłam także ją z siostrą. Po powrocie pogadałam ze swoją :) Obejrzała przez kamerkę moją nową fryzurkę :) Później porozmawiałyśmy też chwilę z bratem i umówiliśmy się na jutrzejszy wieczór. Zjadłam kolację i zaczęłam rozmawiać z Patrykiem. Chciał z kimś pogadać. Skończyliśmy o 3 rano.

środa, 19 lipca 2006

191.

We wtorek znow bylam calkiem sama w pracy. Tym razem bylam dobrze przygotowana - od razu wzielam ze soba kocyk! :) I zalozylam krotkie spodenki i koszulke, dzieki czemu czulam sie prawie jak w kostiumie plazowym (choc dosc "zabudowanym", jak w czasie miedzywojnia :))) Dotarlam do pracy po 9:00 (jest coraz gorzej i nie wiem, jak sie pozniej przestawie znow na ta 8:30! :) sprawdzilam maile i o 10 wyszlam z kocykiem przed prace. Lezalam bita godzine, probujac opalic nogi. O 11 wrocilam do pracy, bo staram sie unikac slonca pomiedzy 11 a 16 :) Nie poszlam na lunch, bo mam jednak jakies resztki wyrzutow sumienia, a przed 15 bylam juz umowiona z Gosia na obiad, wiec nie chcialam przeginac. Choc naprawde nie ma nic do roboty! :) Sefruje po Internecie, albo stawiam sobie pasjanse :) Sprawdzalam tez oczywiscie ceny biletow. Odpisalam Erykowi, ze jeszcze sie zastanawiam, ze mam pare pytan i kupie bilet dopiero, jak mi odpowie. Ceny na razie nie ulegly zmianie, zauwazylam za to, ze bilet z Manchesteru kosztuje troche taniej niz z pobliskiego Leeds!

Wyszlam przed 15 i spotkalam Gosia tuz pod jej domem, jak wlasnie wracala z pracy! :) Zjadlysmy pyszny obiad i deser, a potem posiedzialysmy jeszcze u niej do 16:30. W koncu wyszlysmy, bo ona szla do drugiej pracy, a ja chcialam wrocic jeszcze przed 17 do mojej, zeby sprawdzic, czy nikt nie wyslal mi jakiegos waznego maila lub nie zostawil wiadomosci na sekretarce. Nikt oczywiscie nic od nas nie chcial, bo chyba wszyscy tutaj przez wakacje pracuja tak jak ja :))) Sprawdzilam tez maile i przekonalam sie, ze Eryk do tej pory nie odpisal, wiec pewnie nic nie wyjdzie z wycieczki do cieplych krajow :) O 17 polozylam sie na kocyku kolo pracy i opalalam sie przez dwie godziny. Udalo mi sie nawet zasnac na godzinke, choc jak zwykle kolesie grali w pilke i darli sie w nieboglosy etc. :))) O 19 zebralam sie i poszlam do domu, a tam oczywiscie usiadlam do Internetu. I wtedy zadzwonila Polka, ktora spotkalam poprzedniego dnia z Shazem i jej wloskim chlopakiem. Spytala, czy sie nudze, tak jak ona i czy dam sie wyciagnac na piwo. Dalam sie :) Spotkalysmy sie 15 minut pozniej pod Lloydsem :) Namowilam Gosie, zeby do nas doszla i poznala Alicje. Poszlysmy znow do Titusa Salta na Zywca :) Przy barze zobaczylam Macka, ale udawalam, ze go nie widze. Byl ze znajomymi i wkrotce wyszli, a ja odetchnelam.

Siedzialysmy w Titusie Salcie az do zamkniecia, czyli do 23, wypijajac po 3 Zywce i swietnie sie bawiac :) Nie mialysmy ochoty konczyc tej zabawy, wiec pozniej poszlysmy do restauracji "Angelo", gdzie pracuje wloski chlopak Alicji, zeby go zgarnac po pracy :) Poszlismy na chwile do nich po 4 piwa, bo mieszkaja tuz obok, a potem do Gosi, ktora zaprosila nas na salatke. Wypilismy jeszcze po piwku, az w koncu stwierdzilam, ze musimy isc, bo jutro (a wlasciwie juz dzis :) trzeba do roboty! :) Alicja jeszcze szuka pracy, wiec moze sie wysypiac, ale Gosia wstaje o 6 rano, ja ostatnio okolo 8:30, a chlopak Alicji szedl do pracy na 11. Podprowadzilam ich, bo mieszkaja tuz przede mna, a potem dotarlam wreszcie do domu. Bylo juz po 3 rano! :) Oczywiscie obudzilam sie znow nad ranem z takimi samymi objawami jak poprzednio, tylko silniejszymi, bo tym razem wchlonelam wiecej piw :) Napilam sie wody, wzielam srodek przeciwbolowy i poszlam dalej spac. Rano prysznic troche pomogl :) Ale nie czulam sie najlepiej :))) Na szczescie moge sie spozniac do pracy i nic tam nie musze robic, wiec jakos przezylam :)

Po drodze na terenie kampusu widzialam wiele elegancko ubranych osob i studentow w togach i przypomnialam sobie, ze przez trzy najblizsze dni odbywa sie rozdanie dyplomow, czy tzw. graduation. W tym roku nie zglosilam sie do pomocy, bo myslalam, ze w lipcu bede juz w Londynie :))) Ale poniewaz nadal tu jestem, mam zamiar porobic im zdjecia! W pracy sprawdzilam poczte, ale nadal nie bylo zadnego maila od Eryka. Odezwal sie jednak do mnie pozniej przez Messengera i ustalilismy, ze jednak przyjezdzam. Poszlam do szefowej zapytac, czy moge wziac urlop tydzien pozniej niz wczesniej planowalam, czyli od 29 lipca do 7 sierpnia. Zgodzila sie, wiec kupilam wreszcie bilet! :) Lece z Manchesteru w sobote rano i wracam w niedziele tydzien pozniej - tez rano, zeby sie jeszcze wyspac przed powrotem do pracy. O ile w ogole wroce! :))) Wydrukowalam sobie od razu bilety i klamka juz zapadala :) Teraz musze przelozyc grilla z okazji imienin, ktorego planowalam na sobote 29 lipca na najblizsza sobote. Znajoma Francuzka robi akurat pozegnalne barbeque w parku i zaprasza mnie ze znajomymi, wiec polacze z nia sily i bede miala miedzynarodowe towarzystwo na imieninach :)

Po pracy poszlam prosto do domu. Dzis byl podobno najcieplejszy dzien w Anglii od wiekow (a przynajmniej lat :) wiec postanowilam sie nie opalac, zeby sie nie spalic :) Usiadlam do komputera i porozmawialam przez SKYPE'a z przyjaciolka z Polski :) Potem w ramach odchudzania zrobilam sobie grecka salatke i wyjrzalam przez okno, zeby zobaczyc co sie dzieje, bo uslyszalam jakies krzyki. Po drugiej stronie ulicy zatrzymaly sie dwa samochody i wysiadly z nich dwie angielskie rodziny. Darli sie na siebie i dochodzilo nawet do rekoczynow.  Wzbudzili tym oczywiscie sensacje u przechodniow. Nie wiem, o co im poszlo, ale dzieki temu, ze wyjrzalam przez okno, zobaczylam Patryka wchodzacego przez bramke! Zdazylam zebrac porozrzucane po calym mieszkaniu ubrania, zanim wszedl :) Nie spodziewalam sie go. Umawiamy sie co prawda od paru dni na piatkowy koncert Reginy Spektor w Leeds, ale nie bylo mowy o zadnych odwiedzinach! :) Bylam jednak raczej mile, niz negatywnie zaskoczona. Do momentu, kiedy Patryk wyjawil cel swojej wizyty - spytal, czy moge mu pozyczyc 5 funtow na autobus :))) Poszlismy wiec do bankomatu i przy okazji kupilam chleb w pobliskim sklepie. Patryk obiecal, ze odda mi pieniadze w piatek i ze pojedzie wczesniej do Leeds, zeby kupic bilety na koncert, bo konczy prace w poludnie. Odprowadzil mnie do domu, a ja oczywiscie usiadlam znow do komputera. To sie nazywa nalog! :)))

wtorek, 18 lipca 2006

190.

Udalo sie! :) Wstalam w niedziele po 6 rano i nawet zdazylam zjesc jajecznice! :))) Tuz przed 7 bylam juz pod uniwerkiem, gdzie czekala na mnie Malwina z kolega. Poniewaz ja musialam z kolei poczekac na Gosie, poprosilam, zeby zajeli nam miejsca w autokarze. W koncu Gosia doszla i ruszylismy do Cambridge! :) Pogoda miala byc ladna, ale z tym to tu nigdy nic nie wiadomo! :) Oczywiscie w czasie jazdy zafundowalam sobie drzemke i obudzilam sie dopiero, jak byl postoj. W koncu po 4 godzinach dotarlismy do miasta. Zaczelismy od lodek, tzw. punts. Jest to rodzaj tratwy, ktora sie odpycha od dna wielkim kijem! :) Ambitnie postanowilismy, ze sami nia poplyniemy, bo tak taniej :) No i jakos nam sie udalo, ale nie bylo latwo! Pogoda rzeczywiscie byla sliczna, wiec potem poszlismy na lody. Pozniej zwiedzilismy kosciol sw. Marii, gdzie ja i Gosia weszlysmy na wieze, skad rozciagal sie piekny widok na okoliczne college. Podobnie jak uniwersytet w Oxfordzie bowiem, uniwerek w Cambridge sklada sie z ponad 30 college'ow.

    

Lodki na rzece Cam - najwieksza atrakcja jest, jak ktos wpadnie do wody! :)

Zaczelismy od Queens' College, ale nie wchodzilismy do srodka. Czesc college'ow jest zamknieta dla publicznosci i mozna wejsc tylko na podworze, zeby zrobic zdjecie. Widzielismy St. Caths College, Corpus Christi College, Clare College, King's College, Trinity Hall (ukonczyl go J. B. Priestley - najbardziej znany pisarz z Bratfoot :) Gonville and Caius College, Trinity College (studiowali w nim m.in. Newton, Byron i A. A. Milne), St. John's College, Magdalene College, Westminster College, Sidney Sussex College i Christ's College (tamtejsi znani studenci to m.in. Milton i Darwin :) W koncu poszlismy na obiad, gdzie dostalam na pamiatke ketchup Heinz :) Kelner byl bardzo rozmowny, wiec jak wychodzilismy, zazartowalam pytajac, czy moge zatrzymac jedna butelke, bo stalo ich tam pelno, a on przyniosl mi pelna i nie przyjal do wiadmosci, ze to byl tylko zart, wrocilam wiec do autokaru z buteleczka ketczupu :))) Przed 21 bylismy juz spowrotem w Bratfoot. Wyslalam tylko Malwinie zdjecia, zeby przegrala je dla kolegi, zanim wyjedzie i udalo mi sie pojsc spac przed polnoca! :)

    

Senat House, a za nim Trynity Hall (widok z wiezy kosciola sw. Marii :) oraz Trynity College.

W poniedzialek poszlam do pracy w niepewnosci, ale z nadzieje, ze szefowej nadal nie bedzie :) Minela 9, a tu ani widu, ani slychu :) Nie pojawila sie, wiec jest szansa, ze nie bedzie jej znow do konca tygodnia! :) Rano wpadl profesor, ale zaraz pobiegl na jakies spotkanie, wyszlam wiec przed prace i polozylam sie na pol godzinki na trawce :) Potem wstalam i poszlam na lunch :) Postanowilam jednak nie jesc nic poza jogurtem, bo nagle opanowala mnie mania odchudzania! :) Zdalam sobie sprawe, ze przyszlo lato i prawdziwe upaly, wiec wypadalo by sie wcisnac w jakis kostium kapielowy i wygladac :) Oczywiscie wszyscy mi mowia, ze nie mam sie z czego odchudzac, ale ja swoje wiem :) W porownaniu z Angielkami moze i jestem szczupla, ale jak sie wybiore do cieplejszego kraju, to wstyd bedzie pojsc na plaze! :))) Zjadlam wiec tylko pare kanapek i rzeczony jogurt, po czym wrocilam znow do pracy, tylko po to, zeby posiedziec troche w Internecie, a w koncu wyjsc znow na trawke przed praca.

Tym razem polozylam sie na kocyku, ktory w czasie lunchu przynioslam z domu. Nawet udalo mi sie na chwile zasnac, choc obok jacys kolesie grali w pilke i oczywiscie darli sie w nieboglosy, zeby zwrocic na siebie uwage. A ze mnie lalo sie litrami - naprawde bylo chyba ze 30 stopni! :) W koncu poszlam do domu, bo nie moglam juz tego dluzej zniesc. Szczegolnie, ze opalalam sie w spodniczce i koszulce! W normalnym kraju dawno bym sie rozneglizowala, ale tutaj i tak wzbudzam sensacje pokazujac gole nogi, a przede wszystkim zakladajac krotke spodnice, zamiast jeansow do ziemi. Jezu, co ja tu jeszcze robie! I w dodatku wkopalam sie na kolejny rok! :) Powinnam zmienic okolice, na normalniejsza, moze bardziej angielska, gdzie byloby mniej ortodoksyjnych muzulmanow i innych fanatykow! Nie moge wprost patrzec na te babki ubrane od stop do glow na czarno w te upaly! A ze sama tak sie nie ubieram, a w dodatku jestem biala, to juz oznacza, ze jestem latwa i kazdy koles na ulicy czuje sie w obowiazku zagadac do mnie, jak go mijam. Oczywiscie traktuje ich jak powietrze - nie widze, nie slysze, prawie przez nich przechodze. Zeszlego lata dalam sie zterroryzowac i balam sie zalozyc spodniczke czy sukienke, ale teraz sie uparlam, ze bede sie ubierac i zachowywac, jakbym zyla w normalnym, cywilizowanym, europejskim kraju :) I jestem gotowa zaplacic za to cene zaczepek, gwizdow i klaksonow!

W domu przebralam sie w cos suchego :) No dobra, przyznaje, ze zalozylam jeansy do ziemi, bo bylam umowiona z Shazem i nie chcialam, zeby myslal, ze dla niego sie wystroilam w ta spodniczke. Jak go ostatnio widzialam wygladal na zdolowanego, wiec zal mi sie go zrobilo i zgodzilam sie wieczorem pojsc z nim na drinka. I to byl oczywiscie blad :) Bo od razu zaczal znuc plany na przyszlosc! Po drodze do pubu Titusa Salta spotkalismy Gosie, ktora napomknela cos o moich imieninach. Udalam, ze nie uslyszalam i spojrzalam na nia tak, ze od razu zrozumiala swoj blad. Tymczasem Shaz roztaczal juz przed nami wizje sobotniej przejazdzki, a potem wieczornej imprezy i zanim sie zorientowalam, zaplanowal nam caly tydzien. Powstrzymalam go w tych zapedach, bo wole sama decydowac o swoim czasie. Poza tym w piatek wybieram sie do Leeds na koncert Reginy Spektor, a nie chcialam mu o tym mowic, bo pewnie tez by sie wybral. Zreszta Patryk sie pewnie ze mna na niego wybierze i to mi w zupelnosci wystarczy :) Co do soboty zas, to wciaz nie wiem, czy wyjezdzam, czy nie. W kazdym razie umowilismy sie z Gosia, ze jak skonczy prace (bo spotkalismy ja, jak wyszla przed budynek college'u na papierosa :) to dojdzie do nas.

W pubie rozmowa sie nam nie kleila, tzn. Shaz cos mi opowiadal, a ja przytakiwalam, zastanawiajac sie, dlaczego wlasciwie dalam mu sie wyciagnac. Kiedy doszla Gosia dosiadl sie do nas jakis facet, ktorego Shaz znal, ale za nim nie przepadal. I wcale mu sie nie dziwie, bo gosc mial dosc prymitywne teksty. Ale dawno tak sie nie ubawilam, bo dawno nie gadalam z facetem, ktory traktowalby mnie jak idiotke. A z takich najfajniej sie zartuje, bo dlugo nie zalapuja albo nie moga uwierzyc, ze sa wpuszczani w maliny :))) Dawno sie tak nie usmialam. Tak mi sie humor poprawil, ze nawet strzelilam sobie Zywca, Gosi do towarzystwa :) Shaz nie pije alkoholu, wiec wczesniej pilam tylko cole, ale jak ona doszla, wypilysmy po 3 piwka :) Mialam wrazenie, ze wzbudzamy niezla sensacje, bo przygladalo sie nam pare osob, a jak szlysmy do baru lub toalety, to oczywiscie zagadaywali. Najfajniejszy byl pan (najwyrazniej znajomy tego zadufanego i coraz bardziej pijanego goscia :) ktory podszedl do nas i pokazal swoja koszulke z napisem "Sex Instructor", po czym zapytal, ile ma wedlug nas lat. Okazalo sie, ze skonczyl 81 lat, co nam zreszta udowodnil wyciagajac zdjecia z czasow wojska i drugiej wojny swiatowej oraz jakas ksiazeczke kombatancka :) Jednym slowem mielismy ubaw po pachy :)))

W koncu okolo 22 wyszlismy z pubu i najpierw odprowadzilismy Gosie do domu, a potem ja odprowadzilam Shaza do jego samochodu. Po drodze spotkalismy Polke, ktora Shaz poznal poprzedniego dnia na ulicy. Byla ze swoim chlopakiem, Wlochem, i szli wlasnie do pobliskiego sklepu. Wymienilam sie z nia numerem telefonu, bo dopiero 3 tygodnie temu przyjechali oboje do Bratfoot i nie maja tu jeszcze znajomych. Potem Shaz odwiozl mnie do domu i zaczal wypytywac o dwie znajome Polki, zastanawiajac sie, z ktora z nich sie umowic :) W domu oczywiscie usiadlam jeszcze do komputera, zeby przed snem sprawdzic poczte. I jakiez bylo moje zdumienie, kiedy przeczytalam maila od Eryka, ktory zapewnial mnie, ze wszystko jest w porzadku i nadal zaprasza mnie do siebie! Nie odpisalam mu, bo stwierdzilam, ze lepiej poczekam, az wyparuja ze mnie te trzy piwa :) Po polnocy poszlam spac, ale nie trwalo to dlugo. Przed 3 obudzilam sie z goraca, z bolem glowy i silnym pragnieniem :) Napilam sie wody i otworzylam okno, choc mieszkam przy dosc ruchliwej ulicy, ale nie poczulam zadnego przeplywu powietrza! Pokrecilam sie jeszcze w lozku, az w koncu usiadlam do komputera i wzielam sie za niniejsza notke :) Teraz minela 5, a ja nadal nie spie. Podziwiam za to, po raz pierwszy od dosc dlugiego czasu, piekny wschod slonca :)

sobota, 15 lipca 2006

189.

Zdalam w srode ostatni test ECDL! :) Tym razem zajelo mi to 9 minut, czyli znow pobilam swoj wlasny rekord :))) Teraz przysla mi certyfikat i moglabym na tym skonczyc, ale jak tylko zdalam ostatni test, spytali mnie, czy nie chce zrobic wersji "advance", bo tak mi dobrze idzie :))) A juz myslalam, ze to koniec! :))) Prawdopodobnie sie skusze na tego "advance'a", choc to oznacza, ze musze zdac jeszcze 4 testy. Ale najpier musze sobie zrobic przerwe i troche odpoczac! W koncu jest lato! Powinnam lezec na plazy z drinkiem w reku! :))) I taki mialam zamiar, ale troche martwi mnie sytuacja na Bliskim Wschodzie! Niby wybieram sie tam, gdzie jest spokojnie, ale kto wie, co sie zdazy w ciagu tygodnia albo dwoch? A jak wybuchnie wojna? Nie kupilam wiec jeszcze biletu, tylko czekam na sygnal od Eryka, czy wedlug niego jest bezpiecznie i moge przyjechac czy lepiej nie. Mysle, ze wszystko samo sie wyjasni. Ceny biletow jak na razie sie nie zmieniaja, bo to zwykle linie lotnicze, a nie te tanie, wiec najwyzej kupie bilet w ostatniej chwili, spakuje sie i polece! :)

W srode przynioslam do pracy swoj kontrakt, bo szefowa chciala go przeczytac, zanim sie skontaktuje z kadrami na temat ewentualnej podwyzki dla mnie. Po pracy bylam umowiona z Malwina i jej kolega. W czasie lunchu kupilam wiec mrozone ziemniaczki (nie cierpie obierac ziemniakow :) i udalo mi sie jakos wlaczyc moj piekarnik, ktorego do tej pory jeszcze nigdy nie uzywalam! :))) Na obiad zjedlismy zatem pyszne zmienmiaczki i kapuste z grzybami, a na deser pyszne ciasteczka, ktore Malwina przyniosla ze soba. W koncu najedzeni poszlismy na przystanek autobusowy i pojechalismy do Bingley, zobaczyc 5-poziomowa tame Five Rise Locks. Stamtad przeszlismy sie spacerkiem do Saltaire i zwiedzilismy ta malownicza miejscowosc, ktora jest na liscie abytkow UNESCO, a potem wsiedlismy znow w autobus i wrocilismy do Bratfoot, akurat jak sie zaczelo sciemniac :) Przed snem poczytalam jeszcze wiersze botanikow i udalo mi sie zasnac przed polnoca! :)

W czwartek porozmawialam z szefowa na temat mojej ewentualnej zmiany na pol etatu. Troche to bedzie skomplikowane, ale nie ma juz odwrotu, bo powiedzialam szefowi z college'u, ze wezme polski. I teraz zaczynam sie tego bac! :) Jak ja sobie dam rade! Nawet jesli bede pracowac na uniwersytecie tylko 3 dni w tygodniu, a dwa bede miala wolne, to od poniedzialku do czwartku bede codziennie zajeta wieczorem! W poniedzialek i wtorek planuja polski dla poczatkujacych, w srode drugi rok, czyli ludzi z moich dwoch tegorocznych grup razem, w czwartek drugi rok francuskiego, a w piatek znow polski dla poczatkujacych, tyle ze tym razem przed poludniem. A w dodatku bede musiala znow dojezdzac do Queensbury i jeszcze na Manningham Lane! Poza tym chce wziac wiecej zajec na uniwerku! Nie wiem czy dam rade fizycznie! A pieniadze bede zarabiac te same, bo chociaz w college'u lepiej placa, to bede tam miala tylko 10 godzin, a na uniwerku rezygnuje z 15. Ale najgorsze jest to, ze jak skoncze w czerwcu przyszlego roku zajecia w college'u, to przez wakacje bede dostawac tylko pensje z uniwersytectu, czyli mniej niz polowe calosci! No coz, co ma byc to bedzie! :) Bezczynnie tez nie moge siedziec! :)

Zaraz po pracy polozylam sie na troche na trawce obok, na terenie kampusu. Ledwo przysnelam, zadzwonil Maciek i spytal, czy dam sie wyciagnac na spacer. Powiedzialam mu, ze jestem juz umowiona. Jutro tez, a w ogole to jest kolejka i moze sie najwyzej zapisac na liste rezerwowych. Troche zrezygnowany stwierdzil, ze bedzie jeszcze probowal, a ja odpowiedzialam: "To probuj" i poszlam dalej spac. Ale potem stwierdzilam, ze lepiej wysle mu SMSa, zeby jednak lepiej nie probowal, tylko dal sobie spokoj, bo tak bedzie dla niego lepiej. Na 5:45 szlam do kina na "Lot 93" (United 93) o wydarzeniach 11 wrzesnia 2001 roku. Rezyser Paul Greengrass probowal odtworzyc, co sie wydarzylo w samolocie United Airlaines 93, ktory jako jedyny z porwanych przez terrorystow nie udezyl w cel, tylko rozbil sie gdzies w Pensylwanii. Podobnie jak w "Krwawej niedzieli" zastosowal styl paradokumentu, ktory moim zdaniem bardzo dobrze sie sprawdza w tego typu historycznych juz filmach. Potem poszlam jeszcze na "Wiatr buszujacy w jeczmieniu" (The Wind that Shakes the Barley) Kena Loacha o poczatkach Irlandzkiej Armii Republikanskiej, pokazujacy jak negatywny wplyw na ludzkie zycie ma polityka. Film bardzo mi sie podobal. A tak na marginesie, wlasnie przeczytalam, ze polski zespol IRA nie wystapi w Londynie na festiwalu muzyki polskiej, bo ich nazwa zle sie kojarzy Anglikom. Z ulic usunieto plakaty z nazwa zespolu, co jeszcze rozumiem, ale tlumaczenie, ze panowie nie moga wystapic, bo "gdy ludzie zaczną skandować nazwę zespołu, mogą wybuchnąć zamieszki" wydaje sie juz nieco przesadzone, bo przeciez polska i angielska wymowa tego skrotu jest zupelnie inna!

W piatek znow dotarlam do pracy po 9:00 - ostatnio coraz bardziej sie spozniam. Zobaczylam, ze szefowa juz jest, bo drzwi do jej biura byly otwarte. Poszlam do siebie, jakby nigdy nic, a potem udalam zdziwiona, a ona stwierdzila, ze pukala do mnie jak przyszla, ale widocznie bylam na dole :) Zreszta nie moze sie przyczepic, bo sama mi kazala przychodzic pozniej :) Poszla jak zwykle po lunchu, a ja zaplanowalam sobie, ze jak wyjde z pracy, to poleze na trawce z godzinke lub dwie. Ale jak wyszlam, slonce akurat przestalo grzac i zrobilo sie chlodniej, choc w czasie lunchu byl upal! Poszlam wiec do domu i polozylam sie do lozka. Obudzil mnie SMS od Gosi, z pytaniem gdzie jestem. Bylo 10 minut po 20, a o 20 bylysmy umowione w centrum! Zwloklam sie wiec z lozka i poszlysmy z Gosia do CHI na dobre drinki. Najpierw strzelilysmy sobie China Blue, a potem truskawkowe Frozen Diaquiris :) Oba byly pyszne, ale dosyc zimne, poszlysmy wiec jeszcze do niej na herbate, zeby  sie rozgrzac i porozmawiac. Wyszlam od niej przed polnoca i zanim poszlam spac, posiedzialem w sieci :)

W sobote podlaczylam wreszcie swoj nowy komputer do Internetu, podlaczylam kamere, mikrofon, sluchawke i sciagnelam SKYPE'a z sieci! :) Zadzwonilam do rodziny i umowilismy sie, ze wieczorem przeprowadzimy rozmowe probna. Pierwsza rozmowe przeprowadzilam jednak z Malwina :) Bylo dosc duze opoznienie pomiedzy wizja i fonia, ale dalo sie rozmawiac. Posiedzialam jeszcze w sieci, a tu nagle przestala dzialac! Zadzwonilam do agencji, a pozniej oddzwonil do mnie wlasciciel domu i powiedzial, ze mam poprosic o pomoc jednego z mieszkajacych w domu chlopakow. Pukalam, ale nikt nie otworzyl, poszlam wiec do sklepu. Kupilam jak zwykle zapas jedzenia na tydzien i znow poszlam poszukac tego chlopaka. Tym razem mialam wiecej szczescia. Przyszedl, obejrzal komputer i powiedzial, ze wszystko jest ok, tylko przez pewien czas dzis nie bylo sieci :) U nich tez nie dzialala, ale juz wszystko wrocilo do normy :) A ja panike sieje :))) Wzielam wiec kocyk i poszlam polezec przez godzinke na slonu, zeby sie zrelaksowac :) Rzeczywiscie, wieczorem rodzinie udalo sie ze mna polaczyc i przeprowadzilismy pierwsza "wideorozmowe" :) Nie tylko sie slyszelismy, ale moglismy sie takze zobaczyc, a w dodatku rozmowa byla darmowa! :) Ale ta technika poszla do przodu! :))) Pozniej zabralam sie za gotowanie kiszonej kapusty z grzybami :) Wieczorem wyszlam jeszcze na przystanek, zeby odebrac od Malwiny grilla, ktorego kupila, bo wymyslilam, ze w moje imieniny znow urzadze barbeque, tym razem na trawce na terenie kampusu :) Zatrzmala po prostu autobus i mi go podala :) Akurat spotkalam Shaza i chcial  mnie wyciagnac na drinka, ale powiedzialam mu, ze musze rano wczesnie wstac!

wtorek, 11 lipca 2006

188.

I zaczal sie nowy tydzien pracy! :) Szefowej nadal nie ma - jest juz trzeci tydzien na zwolnieniu na stress! Ciekawe, jak jej sie to udalo! :))) Mi lekarz nie chcial dac zwolnienia! Pewnie poszla prywatnie, a nie tak jak ja do przychodni uniwersyteckiej! :) W kazdym razie dobrze sie sklada, bo ja biore tydzien urlopu pod koniec lipca, wiec nawet jesli nie daj Boze wroci juz w przyszlym tygodniu, to spedzimy razem tylko 5 dni :))) Podoba mi sie lipiec tego roku :))) Co prawda druga szefowa mowi mi czasem, co mam zrobic (jak smie :))) ale przez wiekszosc czasu i tak sie lenie :))) Poniewaz w poniedzialek od rana szef z college'u bombardowal mnie mailami z pytaniem, czy bede w przyszlym roku kontynuowac nauczanie, przeprowadzilam z szefowa powazna rozmowe na temat przyszlosci :) Ustalilysmy, ze zadzwonimy w srode do kadr i zmienimy moj kontrakt na pol etatu :) A to oznacza, ze uda mi sie polaczyc prace z nauka na uniwerku i z nauczaniem w college'u :))) Napisalam wiec maila do szefa, a on po sekundzie oddzwonil, zeby mi powiedziec, jak bardzo sie cieszy :) Ustalilismy, ze to on powiadomi o tym moja znajoma, ktora starala sie o ta prace. Podobno przyjela to bardzo dobrze. Mamy w przyszlosci wspolpracowac.

Po pracy poszlam do biura podrozy, ktore podobno ma dosc dobre oferty. Babka spytala mnie gdzie i kiedy chce jechac, wrzucila to w Internet i znalazla mi drozsze i gorsze polaczenia niz ja! :) Podziekowalam jej i poszlam, bo tak, to ja sie moge sama obsluzyc! :))) Liczylam na jakies promocje i "last minute", ale niestety to zwykle nie obejmuje samych przelotow, a tylko to mnie interesuje. Wrocilam wiec do domu i usiadlam znow do komputera, choc juz pol dnia stracilam na szukanie tych biletow! :) W koncu udalo sie i kupilam bilet do Francji! :) Pod koniec sierpnia jade na 5 dni do Saintes, odwiedzic Seana, ktory wreszcie sie odezwal po swoim wyjezdzie! :) Lece z Nottingham do Bergerac, musze jeszcze tylko kupic dzis bilety autobusowe na lotnisko i spowrotem! :) A w czwartek, jak tylko pensja splynie mi na konto, kupie drugi bilet i pod koniec lipca pojade odwiedzic Eryka! :) Glowna szefowa powiedziala, ze moge wziac tydzien urlopu, nawet jesli moja bezposrednia szefowa (musze je jakos rozroznic :) nie wroci ze zwolnienia. Nareszcie bede miala wakacje! :)))

Dzisiaj nikogo nie bylo w biurze przez caly dzien. Poszlam po sasiedzku pomoc jednemu z profesorow w rozpracowaniu Outlooka :) Profesor mowi troche po polsku, bo byl w Polsce wiele razy i ma tam wielu przyjaciol. Juz wczoraj mnie pytal, czy moge mu pokazac pare rzeczy i zapraszal na kawe i Kitty Kat :) Batona wzielam, ale kawy nie pijam :))) Pozniej przyszedl jeszcze i przyniosl mi ksiazeczke z wierszami po polsku. Powiedzial, ze ma dwa egzemplarze i ze ten moge zatrzymac. Ksiazeczka ma tytul "Wygladajac poza zielen" i sa w niej wiersze jego kolegow po fachu, botanikow z Katedry Ekologii Roslin i Ochrony Przyrody Uniwersytetu Gdanskiego. Zamiast isc na lunch posiedzialam dzis do 15:30 i poszlam prosto do domu. Bylam umowiona z Gosia, ktorej zgralam na pulpit mojego nowego laptopa zdjecia z jej cyfrowki, bo juz miala pelna karte, a w niedziele jedziemy przeciez do Cambridge! Zjadlysmy obiad, a potem poszlysmy na Interchange dowiedziec sie o bilety na lotnisko East Midlands, z ktorego obie w sierpniu odlatujemy - Gosia do Polski, a ja do Francji. Potem wrocilam do domu i wlazalam do lozka z ksiazka do ECDL. Jutro zdaje ostatni test i jak sie uda, to dostane wkrotce certyfikat. A zatem do roboty! :)

niedziela, 09 lipca 2006

187.

W czwartek znow siedzialam sama w pracy. Ale moja "ulubiona" szefowa chyba juz sie lepiej czuje, bo zadzwonila, zeby spytac, co sie dzieje. Zwykle dzwoni codzien, a teraz dopiero pod koniec drugiego tygodnia nieobecnosci! W kazdym razie obawiam sie, ze niedlugo wroci do pracy. A wtedy ja powinnam wziac sobie wolne :))) Ale na razie mam wolne w piatek :) O 13 spotkalam sie ze znajoma, ktora miala przejac moje lekcje polskiego. Uzgodnilysmy, ze odezwe sie do mojego szefa z college'u i zapytam, czy moglabym wziac moja grupe i dobrac jeszcze lekcje francuskiego. Po powrocie do pracy napisalam do niego maila i oczywiscie wkrotce oddzwonil i powiedzial, ze mam sie nie wyglupiac, tylko wziac caly polski, ze to sa moje grupy i ze ja mam pierwszenstwo. Coz, milo mi sie zrobilo, ale nadal mam obiekcje. W kazdym razie mam w poniedzialek porozmawiac z szefowa o szczegolach mojego ewentualnego pol etatu i sie do niego odezwac.

Po pracy przyszla do mnie Gemma. Dalam jej wreszcie karton papierosow, ktore mama przywiozla dla niej z Polski i pomoglam jej wypelnic aplikacje o prace na uniwerku, bo znalazla cos, co ja zainteresowalo. Potem tuz przed 18 przyszla Agata i poszlysmy razem na Bingo. Gemma nie mogla zostac, ale wkrotce doszla do nas jedna z moich studentek, ktora gra w Bingo niemal codziennie i mowila nam, co mamy robic :) Siedzialysmy tam ze 3 godziny. Przed 20 doszla do nas Gosia, ale nie grala, bo juz bylo za pozno, zeby kupic ksiazeczke, w ktorej zaznacza sie flamastrem przeczytane przez prowadzacego cyfry :) Pozniej poszlismy na drinka do knajpki obok. Dolaczyl do nas moj byly student Danny, ktory pracuje w Bingo i jego znajomi. Oczywiscie nic nie wygralam, wydalam tylko pieniadze, ale fajnie bylo. Nastepnym razem pojde i bede robic zdjecia ludziom, ktorzy graja, bo wyglada to naprawde bardzo fotogenicznie :)

W piatek pospalam do 9:30, a potem wzielam prysznic, zjadlam salatke z owocow (rano w ogole nie jestem glodna :) i poszlam na dworzec. Autobus do Liverpoolu tym razem przyjechal o czasie, co mu sie rzadko zdaza. Ale jak juz dojezdzalismy do miasta, kierowca zatrzymal sie na stacji benzynowej i zanim dojechalismy na dworzec, uciekl mi autobus na lotnisko! Nastepny byl za pol godziny, ale popsul sie po drodze! Na szczescie za chwile jechal nastepny i wszyscy pasazerowie sie do niego przesiedli. Na lotnisku podbieglam szybko na "przyloty", spotkalam Malwiny kolege i zdazylismy wsiasc jeszcze do tego samego autobusu z powrotem do miasta. Wysiedlismy przy dworcu pociagowym, zeby zostawic bagaz w przechowalni, a potem przez 3 godziny zwiedzalismy miasto. Zjedlismy tez obiad w pubie "Rat and Parrot", a pozniej odebralismy bagaz i poszlismy na dworzec autobusowy. O 21:30 bylismy juz w Bratfoot. Malwina czekala na nas na dworcu. Odprowadzila kolege do hotelu, w ktorym bedzie spal, a ktory jest ulice za moim domem. Pozniej przyszli na kolacje i dostalam wreszcie do rak mojego nowego laptopa! :) Ale balam sie go uruchomic, wiec poszlam po prostu spac :)

    

Ruiny kosciola w Liverpoolu i jedno z ciast na wystawie sklepu cukierniczego :)

W sobote obudzilam sie kolo 10:00, ale polezalam jeszcze w lozku. Zadzwonilam do Polski i pogadalam z poltorej godzinki :) W koncu wstalam, wzielam prysznic i zabralam sie za sprzatanie, bo o 14 bylam umowiona ze znajoma Hiszpanka z uniwerku. Ainhoa obejrzala moje mieszkanko i powiedziala, ze bardzo sie jej podoba. Potem poszlysmy do centrum. Kupilysmy naszyjnik i kartke urodzinowa dla Gail, ktora z okazji swoich urodzin zaprosila nas wieczorem na kolacje do greckiej restauracji. Pozniej poszlysmy jeszcze do sklepow kolo Forster Squer. W jednym z nich pracuje Jessica - Chinka, ktora byla z nami zaproszona wieczorem. Powiedzialysmy jej, ze prezent juz jest i po ile sie skladamy :) Okazalo sie, ze w sklepie obok pracuje jeden z bylych studentow Graduate School, gdzie jestem sekretarka. Spytalam go o kabel do laptopa z angielska koncowka. Poszedl na zaplecze, przyniosl mi kabel i nie chcial ode mnie pieniedzy! W nastepnym sklepie kupilam jeszcze dwie listwy (chcialam jedna, ale byla promocja - dwie w cenie jednej :) W koncu weszlysmy z Ainhoa do Morrisona i zrobilysmy zakupy spozywcze. Po drodze spotkalysmy Shaza. Powiedzial, ze do mnie zadzwoni! Na sam koniec weszlam jeszcze do Sainsbury, bo myslalam, ze kupie tam jakies kwiaty dla Gail, ale juz nic nie bylo!

W domu podlaczylam wreszcie swojego laptopa przez listwe do pradu :) Zadzwonilam jeszcze raz do Polski, zeby sie dowiedziec, jakie programy mi brat w nim zainstalowal. Pozniej wzielam sie za gotowanie, az w koncu okolo 19 wzielam prysznic, przebralam sie w jeansy (bo Ainhoa mowila, ze nie ubieramy sie elegancko) i poszlam dwie ulice dalej do jej domu. Byla juz u niej Gaila, ubrana w ladna spodnice, wiec stwierdzilam, ze ide sie przebrac! Wyszlysmy wszystkie razem, a ze troche padalo, Gail stwierdzila, ze podjedziemy do mnie samochodem! :) Weszly na chwile na gore (Gail oczywiscie moje mieszkanko tez sie podobalo :) a potem pojechalysmy do pobliskiego pubu i zaczelysmy grac w bilard. Wkrotce dolaczyla do nas Jessica i pojechalysmy wreszcie do "Olive Tree". Siedzialysmy tam ze trzy godziny! :) Jedzenie bylo bardzo dobre i swietnie sie bawilysmy. Wyszlysmy przed polnoca i Gail odwiozla nas wszystkie do domow, mowiac, ze musimy to jeszcze kiedys powtorzyc. Znam je wszystkie z uniwersytetu, bo tez sa bylymi studentkami Graduate School. Mamy juz w planach kolejna restauracje, tance w Leeds i wycieczke do Scarbourough :) Zobaczymy, co z tego uda sie zrealizowac :)

Dzisiaj wstalam o 10, wzielam prysznic i zjadlam melona na sniadanie :) O 11 bylam umowiona z Malwina i jej kolega na wycieczke do Yorku, ale przed 11 Malwina zadzwonila, ze dopiero wstala, wiec przesunelismy wszystko o godzine. Spotkalismy sie u mnie o 11:30 i pojechalismy pociagiem o 12:01. O 13 bylismy w Yorku. Akurat odbywal sie festiwal sredniowiecznych teatrzykow ulicznych, wiec popatrzylismy chwile na pare przedstawien. Ja posiedzialam na jednym, kiedy oni poszli zwiedzac katedre w srodku, ale zaczelo padac, wiec poszlam zwiedzic Treasure House. Pozniej przeszlismy jeszcze przed Jorvik, Clifford Tower i Marschand's Hall, az w koncu poszlismy do Punch Bowl na pyszny obiadek :) Teraz to juz chyba naprawde zwiedzilam caly York! :))) W drodze powrotnej pospacerowalismy jeszcze po Leeds, ale zaczelo kropic, wiec wrocilismy na dworzec i pojechalismy z powrotem do Bratfoot. Po 22 bylam juz w domu i ide zaraz spac :) Dobranoc! :)

    

Paradujace diablice i aktorzy jednego z teatrzykow ulicznych w trakcie przedstawienia.

czwartek, 06 lipca 2006

186.

Hmm, dziesiejszy wpis nie bedzie o tym, co sie dzieje i co zrobilam, ale raczej przemysleniami nad przyszloscia i nad tym, co powinnam zrobic! Sama juz nie wiem. Znalazlam sie w dosc niezrecznej sytuacji. Moj szef z college'u zaczal juz rozmowy  z moja znajoma - z ktora co prawda nigdy nie bylam zbyt blisko i ktorej nie widzialam rok! - a tymczasem okazalo sie, ze ja moglabym kontynuowac uczenie! Bylam zdziwiona, ze moja szefowa z uniwerku tak latwo przystala na propozycje pol etatu! Dla mnie to by bylo idealne, bo pracowalabym mniejsza ilosc godzin za te same pieniadze! Na uniwerku siedzialabym tylko dwa i pol dnia albo gora trzy dni, dzieki czemu duzo rzadziej i krocej widywalabym swoja szefowa - wtedy moge nawet nie zmieniac pracy! :) Natomiast wieczorami, a w piatek takze przed poludniem, uczylabym polskiego i francuskiego oraz chodzilabym nadal na zajecia na uniwerku! :) Dzieki temu moglabym wziac wiecej zajec i za rok dostac certyfikat!

Wszystko ladnie, pieknie, ale problem polega na tym, ze teraz ta znajoma mnie zabije, jak sie dowie, ze postanowilam zostac i kontynuowac. Rozmawialam z nia i ustalilysmy, ze moglybysmy sie podzielic polskimi grupami, a ja najwyzej dobralabym sobie ze dwie lekcje francuskiego, zeby sie moc nadal utrzymac na tym poziomie zycia, do jakiego zdazylam sie juz przyzwyczaic! :) To jeden z glownych powodow, dla ktorego odpuscilabym sobie na rok szukanie pracy w Londynie. Przeprowadzajac sie tam nie byloby mnie raczej na poczatku stac na wlasne mieszkanko i musialabym obnizyc swoj standart zycia i zaczynac znow od poczatku. A ile razy mozna? A jesli zostane jeszcze rok i odloze troche pieniedzy, latwiej bedzie mi sie potem przeprowadzic do stolicy. Ok, troche to wszystko skomplikowane, ale najgorsze jest to, ze jak moj szef z college'u dowiedzial sie, ze moglabym kontynuowac w przyszlym troku, to powiedzial, ze woli mnie niz ta znajoma, a wiec teraz ona obrobi mi tyly! Na szczescie nie mamy zadnych wspolnych znajomych, ale Bratfoot to male miasto i wiekszosc Polakow sie tu zna, wiec opinie bede miala zszargana, ze ukradlam jej lekcje. Choc szef powiedzial, ze sa i zawsze byly moje!

I co ja mam teraz zrobic? Zszargac sobie opinie, ale ustawic sobie fajnie prace i studia? Czy ciagnac dalej prace, tak jak jest, zreygnowac z college'u i szukac nadal pracy w Londynie? Tylko, ze juz zaprosilam cala rodzine na Swieta i tu by mi bylo latwiej je wyprawic. A w Londynie, jak juz wspomniala, musialabym znow zaczynac wszystko do poczatku! Za stara juz na to jestem! :))) Dlaczego w Polsce wszyscy utozsamiaja Anglie z Londynem? Dlaczego uwaza sie, ze sukces odniesli tylko ci, ktorzy tam pracuja? I nie wazne, ze czasem wykonuja jakies ciezkie, gorzej platne prace - liczy sie, ze sa w LONDYNIE! Oczywiscie nie wszyscy pracuja w restauracjach i na budowach, ale ile osob w Londynie uczy polskiego? I ile z nich jest zadowolonych, ze tam jest, a ile tego nie docenia i narzeka? Ja lubie Londyn i dlatego chcialabym sie tam przeniesc (poza tym bilety do Polski sa stamtad tansze :) Wole duze miasta - im wieksze, tym lepiej, dlatego Bratfoot jest dla mnie za male. Moglabym bez problemu mieszkac w Nowym Jorku i nie czulabym sie zagubiona! I na pewno nie czulabym sie samotna!

 
1 , 2