Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
wtorek, 31 lipca 2007
Portugalia, Hiszpania, Anglia :)

338.

W środę rano ruszyliśmy do Hiszpanii, minęliśmy Sewillę i po jakiś 3 godzinach jazdy autostradą dojechaliśmy do Gibraltaru. Przejechaliśmy przez granicę, gdzie – w przeciwieństwie do granicy portugalsko-hiszpańskiej, która praktycznie mieści się na moście – sprawdzono nam paszporty. Podjechałam jakoś do połowy góry, na Point Europa, ale potem się poddałam, zawróciłam, zaparkowałam na dole i na najwyższy punkt Upper Rock pojechaliśmy już kolejką linową :) Mieści się tam taras widokowy, po którym przechadzają się małpy żyjące na wolności. Obiad zjedliśmy w Hiszpanii, w miejscowości Tarifa, gdzie poszliśmy na najdalej wysunięty na południe punkt Europy, a potem ruszyliśmy z powrotem do Portugalii. Późnym wieczorem dotarliśmy do Vila Real de Santo Antonio i przez dłuższy czas nie mogliśmy znaleźć noclegu. Byłam już bardzo zmęczona po całym dniu jeżdżenia, więc zdecydowaliśmy się w końcu na trochę droższy nocleg w hotelu z basenem. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy od razu popływać, o północy zgasili nam jednak światła na basenie, wróciliśmy więc do pokoju i poszliśmy spać.

   

Widok na Giblartar i najdalej wysunięty na południe punkt Europy w Tarifie.

W czwartek były moje imieniny. Rano zjedliśmy śniadanie w hotelu i poszliśmy jeszcze raz na basen, a potem zwolniliśmy pokój, zostawiliśmy samochód na parkingu i poszliśmy na plażę. W końcu wróciliśmy po samochód i pojechaliśmy do Faro, gdzie mieliśmy już zapłacony ostatni nocleg przed odlotem. Zostawiliśmy bagaże, posmarowaliśmy się Aloe Vera, bo spaliliśmy się strasznie na plaży, a potem pojechaliśmy na kolację do tego hotelu, w którym spaliśmy pierwszą noc po przylocie i w ten sposób koło się zamknęło :) A potem pojechaliśmy do supermarketu, gdzie zrobiliśmy ostatnie zakupy (kupiliśmy między innymi zielone wino :) i na 23:40 poszliśmy do kina na „Simpsonów” :) Długo nie mogliśmy znaleźć kasy biletowej, ale okazało się, że bilety kupuje się tam gdzie popcorn! :) Film był w wersji oryginalnej w portugalskimi napisami, więc nie było problemu ze zrozumieniem. W połowie seansu była przerwa, w czasie której można pójść do toalety lub kupić jeszcze coś do jedzenia czy do picia. Chyba mają tam większy utarg z popcornu i coli niż z samych biletów :))) Około drugiej w nocy wróciliśmy do hotelu, wypiliśmy jeszcze po piwku i poszliśmy spać.

    

Port w Vila Real de Santo Antonio i nasz obiad w Faro.

W piątek rano oddaliśmy samochód na lotnisku i wsiedliśmy w samolot do Bratfoot. Dotarliśmy tam przed 15, a po 16 byliśmy już w domu. Pojechaliśmy szybko do Morrisona, gdzie zjedliśmy coś na ciepło, a potem zrobiliśmy zakupy na wieczornego grilla z zielonym winem z Portugalii :) Grilla zrobiliśmy u Agnès w ogródku i była to właściwie moja impreza imieninowa. Przyszła Gosia z chrześnicą i Cheryl z pracy oraz tak zwana „mafia francuska” czyli uczestnicy spotkań „Kółka francuskiego” :) Zebraliśmy się z bratem do domu około 1 w nocy, bo następnego dnia rano jechaliśmy do Blackpool, ale zabawa trwała jeszcze po naszym wyjściu. W sobotę wstaliśmy około 10, zjedliśmy śniadanie i porozmawialiśmy z rodziną przez SKYPE’a, a potem pobiegliśmy do centrum po ostatnie prezenty. O 12 byliśmy umówieni na Interchange’u z chrześnicą Gosi, która pojechała z nami do Blackpool. Dotarliśmy tam o 14 i pojechaliśmy od razu tramwajem do parku rozrywki Pleasure Beach. Tam po godzinie czekania wsiedliśmy na podobno najwyższy i najszybszy roller-coaster w Europie „Pepsi Max” :) Potem chrześnica Gosi namówiła mnie jeszcze na najnowszy roller-coaster „Infusion”, na którym usiadłyśmy w dodatku na pierwszych miejscach! :)

    

Pepsi Max - największy i najszybszy roller-coaster w Europie oraz nowo otwarty Infusion.

Mój brat czekał na nas na dole, a jak wróciłyśmy, poszliśmy na obiad do włoskiej restauracyjki „Italian Job”, która znajduje się na terenie parku. Na koniec chrześnica Gosi wygrała jeszcze półtora-metrową rybę wrzucając piłkę do kosza :) Musiała ją potem dźwigać w drodze na wieżę wzdłuż plaży :) Wjechaliśmy na szczyt wieży, gdzie jest taras widokowy oraz szklana podłoga, przez którą można spojrzeć w dół. Wrażenie jest niesamowite! Potem napiliśmy się czegoś podziwiając pary taneczne w ballroom, a na koniec poszliśmy jeszcze zobaczyć żywe rybki w akwarium. W końcu dotarliśmy na dworzec i okazało się, że 5 minut wcześniej uciekł nam ostatni pociąg do Bratfoot! Nie sprawdziliśmy oczywiście, o której jest, tylko przyszliśmy tak na czuja i przez to zamiast wracać 2 godziny bezpośrednio do nas, wracaliśmy ponad 3 z przesiadką w Manchesterze i w domu byliśmy po północy. W niedzielę pospaliśmy więc do południa i zrezygnowaliśmy z wycieczki do Muzeum Lotnictwa pod Yorkiem. Zjedliśmy za to spokojnie śniadanie, porozmawialiśmy znów z rodziną przez SKYPE’a, a potem poszliśmy do Gosi, zobaczyć jak się zmienił jej dom od grudnia, kiedy to mój brat z siostrą tam spali w czasie Świąt :)

     

Blackpool - wygrana ryba i widok przez szklaną podłogę w wieży :).

Posiedzieliśmy do 16 u Grażyny w ogródku, a potem poszliśmy na bufet do Chińczyka. Po obiedzie wsiedliśmy w ostatni autobus na lotnisko, gdzie okazało się, że mój brat ma 11 kilo nadbagażu! Próbowaliśmy coś przepakować i udało się nam zbić wagę do 24 kilo, co oznaczało nadal 6 kilo nadbagażu, za które musiał zapłacić 30 funtów. Ledwo zdążyłam na ostatni autobus do Bratfoot! Spotkałam w nim Agatę, która odwiozła znajomą na ten sam samolot. Dostałam od niej całodzienny bilet, który został po tej znajomej, więc nie musiałam płacić za powrót z lotniska :) Poprosiłam Agatę, aby poprosiła znajomą, żeby poszukała mojego brata, bo nie miał przecież nawet komórki, żeby mi dać znać, czy już przeszedł przez bramki. Agata zaprosiła mnie do swojego nowego mieszkanka na herbatę i dopiero jak byłyśmy u niej przyszła wiadomość, że jej znajoma znalazła mojego brata, a ich lot jest opóźniony o 45 minut. Przestałam się więc martwić i mogłam spokojnie wrócić do domu. Przed snem usiadłam do Internetu, żeby sprawdzić wreszcie maile, a potem położyłam się do łóżka i miałam właśnie wyłączyć komórkę i iść spać, kiedy zadzwonił telefon. Brat dzwonił z Krakowa, żeby powiedzieć, że już jest na dworcu i zaraz wsiada w pociąg do Warszawy. Zasnęłam więc spokojna, że wszystko jest w porządku.

     

Jeszcze raz Portugalia - przylądek koło Peniche i jaskinie koło Armacao de Pera.

Wycieczka do Portu Galii :)

337.

W niedzielę 15 lipca rano pojechaliśmy taksówką na lotnisko i polecieliśmy do Faro. Tam wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy szukać hotelu, w którym mieliśmy zarezerwowany pierwszy nocleg. Zjedliśmy obiad, zostawiliśmy bagaże i pojechaliśmy na plażę. Po drodze zobaczyliśmy hotel, w którym mieliśmy zarezerwowany ostatnią noc przez odlotem :) Wieczorem wróciliśmy do hotelu i mimo iż mieliśmy jeszcze gdzieś wyjść, to byliśmy tak zmęczeni, że poszliśmy spać :) W poniedziałek rano zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy autostradą do Lizbony. Dojazd zajął nam jakieś 4 godziny, ale musieliśmy jeszcze dojechać do Cascais, gdzie mieliśmy zarezerwowane trzy noclegi. Dotarliśmy tam po południu, ale okazało się, że rezerwacja była dopiero od wtorku! Na szczęście pani zgodziła się, żebyśmy zostali na jedną noc dłużej, ale musieliśmy zapłacić więcej niż za pozostałe noce, bo okazało się, że te 3 noce sprzedali nam za niższą cenę przez przypadek! :) Mieliśmy więc dużo szczęścia, bo tuż pod samą Lizboną płaciliśmy tylko 12 i pół euro za noc, podczas gdy w większości miejsc nocleg kosztował nas 45 euro, a w paru przypadkach nawet ponad 70, ale wtedy ze śniadaniem i własną łazienką. Tańsze noclegi były w pensjonatach, ale wtedy musieliśmy robić zakupy w sklepie i dzielić łazienkę. Zostawiliśmy nasze bagaże w Cascais i pojechaliśmy na przylądek Cabo da Roca – najdalej wysunięty na zachód punkt Europy.

    

Fontanna w Faro i herb Cascais.

We wtorek wsiedliśmy w kolejkę i pojechaliśmy zwiedzać Lizbonę. Najpierw popłynęliśmy promem na drugą stronę rzeki, żeby zobaczyć z bliska Christo Rei – figurę Chrystusa, wzorowaną na tej w Buenos Aires, która góruje nad miastem. Potem zjedliśmy obiad i przeszliśmy się po stolicy Portugalii. Niestety, jak mieliśmy akurat jechać na zamek św. Jerzego, mojemu bratu skradziono telefon komórkowy. Wiedzieliśmy, że mamy uważać na kieszonkowców, więc portfel miał dobrze schowany, ale komórkę traktowaliśmy jak zegarek. Musieliśmy więc zadzwonić do Polski, żeby zablokować jego kartę. Zadzwoniliśmy też od razu do domu, żeby dać znać rodzinie, że teraz kontakt z nami będzie ograniczony, bo możliwy jedynie przez moją komórkę, którą przez większość czasu miałam wyłączoną, żeby się nie rozładowała, bo nie miałam do niej ładowarki :) Wróciliśmy do Cascais, a na zamek św. Jerzego pojechaliśmy jeszcze raz w środę rano. Potem zwiedziliśmy katedrę i dojechaliśmy do areny, na której odbywają się walki byków, która niestety była zamknięta. Portugalska korrida rożni się od hiszpańskiej tym, że byk ma osłonięte rogi i nie zabija się go na arenie, tylko wbija mu się szpady, a potem przewraca na ziemię. Widzieliśmy to w telewizji – jeden z torreadorów skacze na głowę byka i łapie go za rogi, drugi łapie go za ogon, a pozostali skaczą na byka i go przewracają.

    

Cabo da Roca - najdalej wysunięty na zachód punkt Europy i Christo Rei - Chrystus Król.

Wieczorem pojechaliśmy jeszcze na teren, na którym w 1998 roku odbywało się EXPO i przejechaliśmy się kolejką linową do mostu Vasco Da Gamy i z powrotem. Tam zjedliśmy późny obiad i wróciliśmy do Cascais. W czwartek wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Fatimy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o zamek w Ourem i pierwszy zakon Templariuszy w Tomar. Na koniec dojechaliśmy jeszcze do Batalhy, gdzie stoi piękny kościół i na zachód słońca zdążyliśmy na przylądek w Peniche z malowniczą latarnią morską. W piątek pojechaliśmy samochodem do Balem i zwiedziliśmy wieżę, kościół w którym pochowano Vasco Da Gamę oraz Centrum Kulturalne, zanim wpakowaliśmy się w największe korki w centrum Lizbony, próbując dojechać do mostu Vasco Da Gamy – drugiego najdłuższego mostu w Europie. Mieliśmy po prostu pojechać wzdłuż wybrzeża i wjechać prosto na most, ale okazało się, że nie jest to takie proste. Problem polega na tym, że jestem trochę takim „niedzielnym kierowca”, który prowadzi raz na pół roku – jak przyjadę do Polski, albo pojadę gdzieś i wynajmę samochód. Brat nie zdążył zrobić prawa jazdy na czas, więc tylko ja prowadziłam i starałam się po prostu unikać stawania pod górę na światłach, bo mam potem problemy z ruszeniem. Po autostradzie jedzie mi się świetnie, ale podjazd pod górkę zawsze mnie stresuje, choć myślę, że po jakimś czasie zaczęło mi to iść coraz lepiej :)

     

Most 25-tego Kwietnia w Lizbonie oraz bazylika w Fatimie.

W każdym razie udało się nam wyjechać z Lizbony i dojechać do Setubal, gdzie znaleźliśmy sobie nocleg i poszliśmy na spacer i na późny obiad. Jeżeli byliśmy zbyt zajęci lub zapomnieliśmy zjeść przez 15, to potem wszystko było zamknięte do 19 i musieliśmy w końcu jeść obiado-kolację. Na koniec poszliśmy jeszcze na jakiś koncert na deptaku, popijając kupioną w sklepie sangrię :) W sobotę zwiedziliśmy zamek i pojechaliśmy pod stary kościół, który niestety był zamknięty. Potem pojechaliśmy na plażę i znów jedliśmy obiad wieczorem, a później znów piliśmy sangrię na głównym placu :) W niedzielę wjechałam po raz pierwszy w życiu samochodem na prom i popłynęliśmy do miejscowości Troia, gdzie udało się nam znaleźć niemal pusta plażę nad oceanem. Potem zwiedziliśmy zamek w Santiago de Cacem, a na wieczór zajechaliśmy do Sagres, czyli na południowo-zachodni koniec Portugalii. Znaleźliśmy nocleg, poszliśmy na obiado-kolację i mimo iż wypiliśmy do tego butelkę wina, postanowiliśmy pojechać i zobaczyć zachód słońca na przylądku św. Wincentego. W poniedziałek rano zjedliśmy śniadanie i udało się nam po raz pierwszy sprawdzić maile, a potem pojechaliśmy zwiedzać południe Portugalii.

     

Plac de Bocage w Setubalu i port w Sagres.

Najpierw dotarliśmy do Lagos, a potem do Armacao de Pera gdzie znaleźliśmy nocleg i zaraz poszliśmy na plażę. Wieczorem coś zjedliśmy, a potem przeszliśmy się na wesołe miasteczko. Mimo późnej pory miasto żyło nocnym życiem i na ulicach było pełno ludzi. We wtorek popłynęliśmy na wycieczkę do przybrzeżnych grot, które przybrały piękne, niesamowite kształty. Jak wróciliśmy po samochód okazało się, że musimy go umyć, bo stał pod drzewem i ptaki zrobiły sobie z niego szalet :) Po wizycie w myjni samoobsługowej pojechaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się dopiero w Albufeirze. Tam poszliśmy na plażę, a na wieczór zjechaliśmy do Taviry. Jak zwykle zapytaliśmy o nocleg w centrum informacyjnym Turismo i bez problemu znaleźliśmy tani pensjonat w samym centrum miasta. Przed obiadem poszliśmy zwiedzić kościół i zamek, a potem Starówkę. Przejechaliśmy się też takim pociągiem dla turystów, a potem poszliśmy na chwilę na koncert w ramach festiwalu muzyki folkowej. Na koniec usiedliśmy na dachu naszego pensjonatu i pijąc sangrię, słuchaliśmy końcówki koncertu, zanim poszliśmy wreszcie spać.

     

Herb Lagos i plac Republiki w Tavirze.

Life goes on...

336.

Dolores przyjechała z dużą walizką. „Po co ci taka wielka walizka na 3 dni” – spytałam. A ona odpowiedziała, że zostaje u mnie i nie wraca już do Bristolu! Muszę przyznać, że byłam w szoku. „Ale mój brat przylatuje za tydzień i musi gdzieś spać” – powiedziałam. Zaczęła  mi opowiadać, jak się nudziła sama w Bristolu i że postanowiła przebudować bilet i wracać z Bratfoot. Ustaliłyśmy więc, że może zostać najwyżej do środy, do przyjazdu mojego brata. Z jej powodu przełożyłam jedna lekcję angielskiego, a teraz okazało się, że będę ją miała na głowie przez tydzień! A pisałam jej już wcześniej, że jestem bardzo zajęta i nie będę miała czasu, by się nią zająć. Musiałam ją ze sobą zabrać na „Kółko francuskie”. Nie była chyba zachwycona, bo niewiele rozumiała. Na szczęście w piątek mieliśmy „Kółko hiszpańskie”, więc było już trochę lepiej. W sobotę poszłyśmy do Gosi w odwiedziny. Dojechał też Shaz i pojechaliśmy na kręgle. Potem Shaz zaproponował, żeby zabrać Dolores na salsę do Leeds. Poznałam go jakieś półtora roku temu i dałam mu swój numer telefonu tylko dlatego, że miał mnie tam zabrać i wreszcie po półtora roku udało się nam tam dotrzeć! Tańczyłam z jego znajomymi, bo okazało się oczywiście, że tańczy salsę tak, jak mówi po hiszpańsku, czyli nie najlepiej.

W niedzielę poszłyśmy z Dolores do Polskiego Klubu na obiad z moimi uczniami drugiego roku. Niestety, okazało się, że klub niedługo zamykają i że restauracja już nie działa. Zabraliśmy się więc dwoma samochodami i pojechaliśmy do Rosyjskiej restauracji. Po obiedzie poszłyśmy do Gosi na gołąbki, a potem wróciłyśmy do domu i sprawdziłyśmy wszystkie możliwe loty do Hiszpanii. W końcu Dolores zdecydowała, że zostanie u mnie do środy, a potem przeprowadzi się do innej swojej znajomej, która w piątek rano zawiezie ją na lotnisko. Nie pytałam już nawet, czy spytała tamtą znajomą o zdanie, czy też po prostu oświadczy jej, że zostaje u niej, tak jak zrobiła to ze mną. Byłam tylko zadowolona, że będę miała jeden wieczór, żeby wyprać pościel i odpocząć. W poniedziałek poszłyśmy jeszcze razem na „Polskie kółko”, na którym zabalowałyśmy z moimi uczniami do północy, a we wtorek poszłam na kolejna lekcję angielskiego. W środę zrobiłam pranie i Dolores wreszcie się wyprowadziła, a ja zamiast sprzątać poszłam po prostu spać, bo miałam już wszystkiego dość.

W czwartek po pracy miałam znów lekcję angielskiego z Polakami, a potem pojechałam po brata na lotnisko. Przyjechaliśmy do domu i poszliśmy na „Kółko francuskie”. Nie siedzieliśmy jednak zbyt długo, bo nie zna języka i miał za bardzo z kim pogadać. W piątek poszłam po raz ostatni do pracy przed urlopem. Czułam, że jest mi bardzo potrzebny, bo miałam znów dość swojej pracy i złożyłam nawet aplikację na nowe stanowisko na uniwerku. Co prawda po powrocie z Polski udało mi się porozmawiać z główną szefową i zgodziła się, by te 3 dni uznać za Condolence Leave, a nie zwykły urlop, ale druga szefowa jak to usłyszała, to stwierdziła, że to bardzo szczodrze. Zabrzmiało to tak, jakby chciała powiedzieć: „Ja bym ci tyle nie dała”. A to z nią przecież rozmawiałam na początku i nie wspomniała mi nawet o takiej możliwości. Zawiodłam się na niej i mimo iż w piątek była znów słodka i życzyła mi udanego urlopu, to już jej nie ufam. Po pracy zabraliśmy się z bratem za pakowanie walizek do Portugalii, bo w sobotę jechaliśmy na cały dzień do Cambridge. Wróciliśmy do domu po 20, ale wycieczka była bardzo udana.

    

Makieta Cambridge dla niewidomych i parking dla rowerów.

poniedziałek, 30 lipca 2007
Do kraju tego...

335.

Po tym jak dowiedziałam się o śmierci babci, przez całą niedzielę zastanawiałam się, co mam zrobić. Co chwilę zmieniałam zdanie - raz decydowałam, że polecę, a za chwilę, że zostanę. Zostały mi tylko 3 dni urlopu do końca marca, więc wiedziałam, że nie mogę polecieć na 4, choć byłaby to najtańsza wersja. Wiedziałam, że nie powinnam myśleć o pieniądzach, ale dopiero co polowałam na tani bilet na Święta i cieszyłam się, że udało mi się go kupić za 150 funtów! A teraz nagle okazało się, że za bilet do Polski muszę niemal zapłacić równowartość mojego miesięcznego czynszu! Poszłam więc w poniedziałek do pracy z postanowieniem, że nie jadę. Mimo to poszłam od razu do szefowej, żeby mi powiedziała, jakie są procedury, bo nigdy nie byłam w takiej sytuacji i nie wiem jak to działa nawet w Polsce, a co dopiero tutaj. Niestety, bardzo się na niej zawiodłam, bo na samym początku, powiedziała że to nie najlepszy moment, żebym jechała. Zabrzmiało to jakby chciała powiedzieć, że to nie najlepszy moment, żeby umierać. W dodatku nie wspomniała nic o tak zwanej Condolence Leave, w ramach której dostaje się wolne na pogrzeb, od jednego dnia nawet do tygodnia, za zgodą głównej szefowej. Doczytałam się tego sama w Internecie, ale byłam w takim szoku, że nie dotarło jakoś do mnie, iż powinnam w takim razie porozmawiać z naszą Head of Department.

W każdym razie stanęło na tym, że usiadłam znów do Internetu i kupiłam bilet LOTu na wtorek 3 lipca rano i powrót w środę 4 lipca wieczorem. Kosztował mnie ponad dwa razy więcej niż bilet na Święta, ale jakoś w takich sytuacjach zupełnie zmieniają się człowiekowi priorytety i okazuje się, że najważniejsze, to być wtedy z rodziną. Cieszę się, że poleciałam na pogrzeb, choć była to dość ciężka podróż. Już w poniedziałek wieczorem pojechałam do Manchesteru i zanocowałam u znajomej, a rano wzięłam od niej taksówkę na lotnisko. Niestety, samolot do Warszawy był opóźniony, przez co spóźniłam się z rodzeństwem na Mszę. Czekali na mnie na lotnisku, skąd pojechaliśmy prosto do kościoła. Po Mszy przywitaliśmy się z rodziną i pojechaliśmy na cmentarz na sam pogrzeb. Wbrew temu, czego się obawiałam, cała uroczystość przebiegła bardzo spokojnie i pozytywnie. Nikt nie rozpaczał, tylko wszyscy miło wspominali babcię, taką jak ją zapamiętali na jej ostatnich urodzinach. Potem pojechaliśmy wszyscy na obiad do restauracji i spotkałam się znów z kuzynostwem oraz paroma osobami z dalszej rodziny, których nie widziałam parę lat. W końcu wsiedliśmy z braćmi w samochód i wróciliśmy do Warszawy. Mama została na miejscu, a siostra pojechała do kuzynki nad morze, jeden z braci został więc ze mną na noc w domu.

W środę przyjechał po mnie drugi brat i zawiózł mnie do biblioteki i do sklepów. Wieczorem odwieźli mnie na lotnisko. Niestety, zarządzono ewakuację, bo ktoś zostawił torbę bez opieki, więc lot znów opóźnił się o pół godziny. Jak wylądowałam, okazało się, że nie ma żadnego autobusu, który zawiózłby mnie do miasta, gdzie miałam wsiąść w autokar do Bratfoot. Minęła północ i nie wiedziałam już co robić, zadzwoniłam więc znów do znajomej z Manchesteru, której nie chciałam już zawracać głowy, ale nie miałam wyboru. Powiedziała mi, jak mam dojechać do niej i spałam znów u nich w domu na kanapie. Miałam iść w czwartek do pracy, ale ponieważ w środę uciekł mi ostatni autobus do Bratfoot, rano musiałam kupić nowy bilet i już z autobusu zadzwoniłam do szefowej, żeby jej powiedzieć, jak wygląda sytuacja. W domu byłam około 10 i poszłam wyczerpana spać. Obudził mnie budzik, który nastawiłam na 17, bo przyjeżdżała Dolores i musiałam iść po nią na Interchange. Nie zdążyłam posprzątać tak jak bym chciała, ale jak już wspomniałam, wiele rzeczy mi się przewartościowało i nagle przestało być takie ważne, jak przedtem. Po raz pierwszy byłam w Polsce i nie spotkałam się ze znajomymi. Nawet nie dałam nikomu znać, że przyjeżdżam, bo chciałam ten czas poświęcić rodzinie. Był to mój najdziwniejszy, najdroższy i jednocześnie najkrótszy pobyt w kraju...