Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
piątek, 10 lipca 2009
Umarł król, niech żyje król

437.

W środę poszłam do pracy na 10:00. Około południa razem z szefową i z babką, z którą dzielę stanowisko, poszłyśmy kupić coś na lunch. Najpierw poszliśmy na stołówkę, gdzie zobaczyłam moją byłą szefową. Na szczęście moje babki stwierdziły, że w sklepie będzie większy wybór, więc poszłyśmy zanim zdążyła mnie zobaczyć. Tymczasem w sklepie spotkałam dziewczynę, z którą kiedyś pracowałam i musiałam z nią chwilę pogadać. Potem wróciłyśmy i zjadłyśmy lunch na dworzu. W końcu szefowa puściła nas wcześniej do domu. Po drodze weszłam do restauracji Cyrus i zabukowałam stolik na czwartek. Jan, Sue, Rachel i jeszcze parę osób wybierało się na "Katyń" Wajdy do kina i wcześniej chcieli coś zjeść, a ja chciałam się z nimi spotkać.

W domu obejrzałam sobie na DVD cztery  filmy pożyczone od Jana: "East is East" (Wojny domowe), "Borat: Cultural Learning of America for Make Benefit Glorious Nation of Kazakhstan" (Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej), "Rita, Sue and Bob Too!", a na koniec "
Billy Liar" (Billy kłamca). Poza Boratem pozostałe trzy filmy były kręcone w Bratfoot lub w okolicy i zawsze chciałam je zobaczyć. Ostatni był najstarszy, bo aż z 1963 roku i miasto wygląda na nim nieco inaczej. Widać na nim na przykład Forsters Square, zanim go jeszcze rozkopali i katedrę anglikańską. Przedostatni z tych filmów jest z 1986 roku i wspominają w nim Maningham, gdzie na początku mieszkałam, a pierwszy z 1999 roku i choć główni bohaterowie są z Manchestru, to jadą odwiedzić rodzinę w Bratfoot :)

    
Jimy Mistry jako Tariq w "East is East" oraz Sacha Baron Cohen jako Borat w Stanach :)

    
Bohaterowie filmu "Rita, Sue and Bob Too!" oraz słynne zdjęcie z filmu "Billy Liar" :)

Mimo, że w środę miałam iść po raz ostatni do roboty, postanowiłam, że przyjdę jeszcze w czwartek, bo wiedziałam , że i tak nie będzie jeszcze normalnych warunków do pracy, a wtedy wrócę z urlopu w piątek 21 sierpnia
zamiast dzień wcześniej. Po drodze weszłam do Cyrusa i powiedziałam im, co każdy z nas zamawia. Recepcja nie była jeszcze gotowa, więc siedziałam w biurze i odpowiedziałam na parę maili. W końcu na pół godziny przez 17 szefowa powiedziała, że mogę już iść. Poszłam więc prosto na przystanek i pojechałam do Tesco po składniki do sushi. Obiecałam Majce, że je zrobię i przywiozę następnego dnia do Manchesteru. Wróciłam z zakupami tuż po 18, a o 18:30 byłam już w Cyrusie. Zjedliśmy razem obiad, a potem oni poszli do kina, a ja do domu. Wieczorem dostałam SMSa od Kingi, że Michael Jackson właśnie zmarł...

W piątek wstałam rano i zrobiłam sushi, bo obiecałam Majce :) Autobus do Manchesteru o 15:30 był pełen, więc wsiadłam w pociąg . Spotkałam się z Majką w autobusie, zjadłyśmy sushi i na 19:30 pojechałyśmy do M.E.N. Arena na koncert Blur. Początkowo byłyśmy zdziwione, czemu nikt nie skacze, ani nie śpiewa, ale okazało się, że to dopiero gra support :) Kiedy Blur wyszedł na scenę, cała sala zaczęła szaleć :) I my też dobrze się bawiłyśmy, choć żadna z nas nie jest fanką i kojarzyłyśmy tylko parę ich piosenek na krzyż :) Po koncercie  przyjechał po nas
chłopak Majki i zabrał nas do domu. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę i pogadaliśmy o Michael Jacksonie i posłuchaliśmy paru jego piosenek na YouTube. Żadno z nas nie było jego fanem, ale wszyscy mieliśmy jakąś ulubioną jego piosenkę lub trzy. Poza tym zdaliśmy sobie sprawę, że skończyła się pewna epoka.

  
Blur na scenie M.E.N. Arena w Manchesterze i Michael w najlepszym okresie w latach 90.

W sobotę wstaliśmy o 7:30 i pojechaliśmy do Cumbrii, czyli Krainy Jezior. Znaleźliśmy pole namiotowe w Santon Bridge i się rozbiliśmy. Potem pojechaliśmy do sklepu po coś do jedzenia i do picia, a ja kupiłam sobie też "Total Film" z dodatkiem w postaci książki "Goodfellas". Potem wróciliśmy na camping i leżeliśmy na kocyku, czekając aż kurczak z grilla będzie gotowy. Po jedzeniu skoczyliśmy na spacer nad morze, ale tam nas złapał deszcz. Wróciliśmy więc na camping, gdzie już nie padało i poszliśmy do pobliskiego pubu. Wróciliśmy około 22 i oni zagrali sobie w badmintona, a ja poszłam zrobić parę zdjęć. W końcu po 23 poszliśmy spać, bo rano trzeba było znów wcześnie wstać, bo oni mieli zamiar wejść na najwyższą górę w okolicy, Scaffold Pike, która ma 978 metrów nad poziomem morza.

  
Plaża w Seascale i budka telefoniczna na naszym polu namiotowyrm Old Post Office Camping.

W niedzielę znów wstaliśmy o 7:30 i pojechaliśmy pod górę. Ja zostałam przy samochodzie, a oni poszli na szczyt. Przeszłam się najpierw na półtoragodzinny spacer nad jezioro Wast Water. Nacykałam dużo zdjęć, a potem wróciłam na parking, rozłożyłam kocyk na trawce i zabrałam się za czytanie książki "Chłopcy z ferajny". W końcu zgłodniałam i poszłam do pobliskiego pubu. Jak tylko weszłam zaczęło lać, zaczęłam się wiec trochę denerwować, bo zorientowałam się, że nie mam pola i moja wiadomość o tym, gdzie jestem nie doszła do Majki. Jak tylko przestało lać zaczęłam wracać do samochodu i spotkaliśmy się po drodze. Odiweźli mnie do Bratfoot prosto na Language Exchange i pierogi w 1in12. Potem był pokaz filmu Kusturicy "Biały kot, czarny kot", a że już go widziałam, to poszłam na dół do baru porozmawiać z ludźmi. Tam poznałam Matta i wymieniłam się z nim numerem telefonu i adresem mailowym. Potem Sally odwiozła mnie do domu, gdzie dotarłam tuż przed północą :)

  
Widok na jezioro Wast Water i znak drogowy "Uwaga! Rude wiewiórki" :)

W poniedziałek poszłam na 13 do pracy na imprezę pożegnalną dla starych, odchodzących pod koniec czerwca Sabbatical Officers i jednocześnie powitalną dla nowych, wybranych w ostatnich wyborach. Jeden z nich, Academic Affairs Officer, jest Polakiem, studentem wydziału Peace Studies. Impreza miała trwać do 16, ale po 14 właściwie już się skończyła. Wyszłam z szefową, żeby porozmawiać o moich studiach doktoranckich. Wytłumaczyłam jej, że potrzebuję ich zgody, żeby móc je kontynuować. Wyglądała na lekko zdziwioną i mało zachwyconą, ale cóż... podejrzewałam, że tak będzie, ale nie miałam wyboru. Przecież to był powód, dla którego w ogóle przyjęłam tą pracę! Powiedziała, że porozmawia z głównym szefem i da mi znać zanim wyjadę. Ale tak naprawdę nawet jeśli oni się zgodzą, uniwerek nadal może powiedzieć nie. Zobaczymy...

Po rozmowie poszłam spotkać się z Polką, która studiuje na wydziale Social Sciences and Humanities i robi badania o Polakach w Anglii. Malwina podała jej mojego maila, a ja zgodziłam się na wywiad, który w efekcie trwa jakieś 2 godziny. Bardzo miło się nam rozmawiało i umówiłyśmy się, że następnego dnia pożyczę jej książkę napisaną przez ojca jednej z moich studentek polskiego, który należał do powojennej emigracji. Po 17 byłam w domu i przesiedziałam parę godzin przy komputerze, zamiast zabrać się za zaległą papierkową robotę z college'u. We wtorek obudziłam się jednak o 5 rano i nie mogłam już zasnąć, bo było bardzo jasno i ciepło. Zabrałam się więc za papiery, bo miałam akurat wenę :)

We wtorek zadzwoniłam do Enterprise zamówić samochód na wyjazd do Cardif pod koniec sierpnia na koncert U2. A potem zamówiłam sobie wizytę w Health Centre. Potem po drodze do biblioteki wrzuciłam Tadkowi karteczkę z moim adresem mailowym przez szparę w drzwiach i poprosiłam, żeby się ze mną skontaktował. Chciałam z nim ustalić szczegóły przyjazdu Ewy do Polski. Potem oddałam książki do nauki francuskiego do biblioteki i zostawiłam ankiete dla jednej z wykładowczyń w jej biurze. Zdałam wszystkie cztery moduły i zaliczyłam pierwszy rok! Potem poszłam na Uniwerek do doradcy w sprawie funduszu emerytalnego, bo dostałam od nich jakiś list. A potem poszłam do drugiej biblioteki, żeby wydrukowac parę rzeczy, m.in. bilety na wyjazd. Spotkałam się z szefową z college'u i zostawiłam jej foldery studentów, z którymi skończyłam już zajęcia. Później poszłam do Britannia House, żeby złożyć papiery o dotację na studia na przyszły rok i postarać się o niższy council tax, jako student :) Na koniec zarezerwowałam sobie za to masaż całego ciała u chińskiej lekarki i poszłam do BCB Radio, żeby przegrać wywiad z kasety, ale bez powodzenia, bo nadal nie było kabla. Wziełam więc od nich mini disk recorder i tak wieczorem przegrywałam wywiad z kasety. W końcu wypełniłam raporty do college'u i wreszcie poszłam spać.

W środę znowu zamiast spać do 11:00, obudziłam się wcześniej, bo już o 8:00. Była ładna pogoda i to chyba to słońce mnie tak wcześnie budziło :) Dostałam SMSa od Cheryl, że może się ze mną spotkać o 14, więc odpisałam jej, że będę w Lloydsie, a potem usiadłam do komputera i wysłałam szefowi z college'u te głupie raporty. Wyszłam z domu i poszłam do bankomatu, a póżniej do Alhamby, żeby kupić bilet na balet "Dorian Grey" w choreografi Matthew Bourne'a. Później pojecałam do BCB Radio, żeby im oddać sprzęt. Potem wezłam do polskiego sklepu i Morrisonsa, ale ani tu, ani tam nie było Ptasiego Mleczka. Poszłam więc na masaż, a potem spotkałam się z Cheryl. Po jednym drinku poszłyśmy do Primarku, gdzie
kupiłyśmy sobie obie okulary słoneczne :) Stamtąd poszłyśmy do Media Muzeum, gdzie zorientowałyśmy się, że zapomniałyśmy kurtki i swetra, więc wróciłyśmy po nie do Lloydsa. Tam doszła do nas Sarah, ale nie została długo. W domu napisałam maile do szefowej i szefa z college'u, że do tej pory nie dostała pieniędzy za maj. Później wypisałam kartkę dla Jessie i poszłam do Sainsbury, gdzie spotkałam się z Julią. Kupiłyśmy coś do picia oraz na deser i poszyśmy na kolację do Douglas Tower z Jessicą i Alessandro. Zrobiłam stamtąd parę zdjęć Bratfoot nocą :)

W czwartek poszłam najpierw do lekarki po receptę na krem, który stosuję na cerę, a ktory już mi się kończył. Potem do college'u wyjaśnić sprawę moich pieniędzy. Okazało się, że nie dostali ode mnie claim forms, czyli informacji o tym, ile godzin przepracowałam podpianych przeze mnie i przez moich szefów. Dali mi 2 duplikaty i powiedzieli, że musimy je podpisac jeszcze raz. Wzięłam je i na 14:30 poszłam do Alhambry na balet "Dorian Grey". Jak zwykle nie zawiodłam się na Matthew Bourne, bo przedstawienie o świecie mody podążającym za wieczną młodością było naprawdę powalające :) Po przedstawieniu wróciłam do college'u i uało mi sie złapać zarówno szefa jak i szefową. Podpisali mi te claim forms i zaniosłam je do HR. Tam powiedziano mi, że w ciagu 3 dni dostanę pieniądze, ale do tej pory ich nie dostałam! A jestem teraz już we Włoszech i siedzę na Internecie, za który płacę i w związku z tym nie mam czasu opisać ostatniego tygodnia przed wyjazdem. Mogę tylko krótko wspomnieć, że te 7 dni do wyjazdu byłam bardzo szczęśliwa :) Spędziłam je z Mattem, którego poznałam w niedzielę na Language Exchange i z którym umówiłam się na piątek na spacer po Saltaire :)