Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
wtorek, 27 lipca 2010
Już tylko Kiler :)

487.

W środę poszłam do pracy na 12:00. Babka z którą pracuje na zmiany była ostatni dzień w pracy przed wyjazdem do Francji. Szefowa poprosiła mnie więc, żeby przez te ponad 2 tygodnie jak jej nie będzie przychodziła w środy i czwartki na 10:00 rano! We wtorki chodzę teraz na 11:00 więc zostały mi tylko dwa dni, żeby się rano wyspać (oczywiście o ile nie mam akurat lekcji polskiego :) Trwał drugi dzień Graduation, więc znów obejrzałam sobie ceremonię na stronie. Akurat znajomy Polak ze Student Union miał
przemówienie. Co roku nasi oficerowie przemawiają i obejrzałam sobie parę w tym roku, a wcześniej pomagałam nawet jedno poprawić :) Ciekawe, kto z nich będzie przemawiać, jak ja będę miała Graduation w grudniu :) Po pracy wróciłam autobusem do domu, bo jestem lenia, i poszłam spać.

W czwartek przyszłam zatem do pracy na 10:00 i wyszłam o 15:00. Pojechałam do sklepów na zakupy. Zaczęłam od Primark, gdzie kupiłam sobie bieliznę i znalazłam elegancki komplet w sam raz na rozmowy o pracę. Ale go nie kupiłam, bo zaraz zamykali sklep. Podjechałam więc do TK Maxx i kupiłam  buty. Spotkałam tam Malwinę z mężem i córeczką. Na koniec poszłam do Nexta, gdzie mieli przeceny, ale nic nie kupiłam. Przekonałam się tylko, że ten komplet z Primarku najbardziej mi się podoba i postanowiłam po niego wrócić nazajutrz. Podjechałam do domu i pogadałam z Radkiem, który wpadł znów skorzystać z komputera Romana. Ponieważ do tej pory nie udało mi się ściągnąć żadnego filmu na weekend, poprosiłam Romana o pomoc. Ściągnął mi obie części "Kilera" i "Jak rozpętałem II Wojnę Światową".

  
Cezary Pazura jako Jurek Kiler w "Kilerze" i w "Kiler-ach 2-óch" jako Jose Arcadio Morales.

W piątek trochę pospałam i poszłam do pracy na 12:00. Wyszłam już o 16:00 i podjechałam do Primark przymierzyć ten komplet. Kupiłam cztery rzeczy w sumie za 40 funtów: spodnie, kamizelkę, marynarkę i sukienkę. Wszystko czarne z cienkimi białymi pasemkami i fioletową podszewką. Wymarzyłam sobie do tego koszulę w takim kolorze, dobrą gatunkowo i teraz będę jej szukać :) W czwartek jadę do Leeds, a jak tam jej nie znajdę, to poszukam w Polsce. Potem podeszłam do 1in12 i do polskiego sklepu obok, żeby wywiesić plakaty o pokazie "Kilera" w niedzielę. W końcu podjechałam do Tesco i zrobiłam zakupy na sobotnie imieninowe barbecue. W domu zrobiłam calimocho i zamarynowałam kurczaka. Później zjadłam obiad i usiadłam do Internetu. Przegrałam filmy od Romana i poszłam spać.

W sobotę wstałam koło południa i zabrałam się za poprawianie eseju z mojego kursu dla nauczycieli. Nie zaliczyłam go, ale powiedzieli mi, że jak go poprawię według wskazówek, to mogę im przesłać zanim go złożę, żeby mieć pewność, że tym razem zdam. Jak skończyłam go poprawiać zabrałam się za szukanie mojej pracy i garnka we wciąż nierozpakowanych torbach i pudełkach, ale niestety bez sukcesu. Około 18:00 wzięłam prysznic i zeszłam do kuchni zrobić sałatkę. Moi współlokatorzy ogarnęli trochę salon. Sąsiedzi zaczęli się schodzić po 21:00, ale z moich znajomych dotarli tylko Conrad, Piotrek i Wanyu, od której dostałam kartkę i naszyjnik z broszką. Do 3:00 rano gadaliśmy o filmach, a potem siedziałam jeszcze do 5:30 na Internecie i pod wpływem alkoholu zarejestrowałam się na Polish Dating :)

W niedzielę wstałam znów około 12:00. O 15:30 przyjechała Sarah na lekcję polskiego. Nikogo akurat nie było w domu, a salon na szczęście był jeszcze dość czysty po imprezie. Po lekcji pojechałyśmy na 17:00 do 1in12, ale okazało się, że klub jest zamknięty, a pod drzwiami czeka na mnie 10 osób! :) Zadzwoniłam do Toma, który akurat wrócił z Francji, ale okazało się, że nie ma klucza. Zdecydowałam więc, że pójdziemy do pobliskiej Balangi. Szef był trochę zaskoczony, że tak bez uprzedzenia, ale się zgodził i pokazałam "Kilera" z zaledwie godzinnym opóźnieniem :) Po filmie zostałam z paroma osobami na obiad, z których jedna przyszła po raz pierwszy na film i zgadałyśmy się, że też organizuje pokazy, więc być może połączymy siły :) Po obiedzie podjechałam autobusem do domu i poszłam spać.

  
Fragment plakatu Danusi i kadr z filmu - Kiler z (Gab)Rysią Siarzewską i z Ewą Szańską :)

Wczoraj rano o 10:30 przyszła Sarah na kolejny polski. Postanowiłyśmy spróbować spotkać się znów u mnie w domu, ale mimo że uprzedzałam współmieszkańców, to jedna ze współlokatorek postanowiła akurat w tym samym czasie upiec ciasto w kuchni. W związku z tym podłączyła w salonie latpopa i sprawdzała co jakiś czas przepis! Sarah podwiozła mnie na 12:00 do pracy, gdzie zrobiłam kartkę dla Allena, który miał urodziny. Potem przyszła Wanyu i zaproponowała mi wyjazd do Paryża w ten weekend! Spytała, czy mogłabym polecieć, jak mi kupi bilet i kupić coś dla jakiś jej znajomych z Chin, bo ona nie ma wizy. Ale jak zobaczyła, że bilety kosztują 200 funtów, to zmieniła zdanie. Szkoda :) Po pracy się zdrzemnęłam, a potem przed snem sprawdziłam wiadomości, jakie dostałam na Polish Dating :)

Dzisiaj z trudem
dotarłam do pracy na 11:00, bo nie mogłam spać. W nocy obudził mnie płacz dziecka, bo okazało się, że nocuje u nas czyjaś znajoma z synkiem. To taki otwarty dom i czasem ktoś tu śpi :) W pracy na szczęście byłam dość zajęta, bo inaczej na pewno bym przysnęła :) Wyszłam 10 minut przed 17:00 i poszłam spacerkiem do domu. Ostatnio wydaję wciąż pieniądze na busy, więc postanowiłam że się przejdę i trochę zaoszczędzę :) Zjadłam coś i zamiast poprawiać moją pracę magisterską, znów padłam i się zdrzemnęłam. Martwi mnie trochę, że jestem wciąż taka zmęczona, bo to oznaka depresji, ale zrzucam winę na fakt, że pogoda jest brzydka, a ciśnienie bardzo niskie. Obudziłam się około 21:00 i zabrałam się za uzupełnianie bloga, ale zaraz idę dalej spać, bo jutro muszę dotrzeć do pracy na 10:00! :)
wtorek, 20 lipca 2010
Do wszystkiego można się przyzwyczaić :)

486.

W środę poszłam na 12:00 do pracy i zaczęłam przygotowania do treningu, którym mam prowadzić w przyszłą środę. Szef wymyślił, że każdy ma się nauczyć wszystkiego, co robią pozostali, więc nikt nie będzie niezastąpiony :) W związku z tym mam za tydzień wytłumaczyć dwóm babkom z finansów na czym polega nasza praca. Potem one zrobią to samo :) Prosto po pracy wróciłam do domu, zjadłam zupę i poszłam do swojego pokoju. Posiedziałam trochę w Internecie, a potem poszłam spać. W czwartek znów poszłam do pracy i wysłałam odwołanie od mandatu, jaki dostałyśmy za parking w Edynburgu oraz rachunki za konferencję. Mam nadzieję, że mandat nam anulują, a za rachunki uniwerek odda pieniądze :) Potem wróciłam do domu i zabrałam się za palenie papierów :) Miałam jeszcze 2 siatki do spalenia, z trzech, ale udało mi się spalić tylko jedną, bo zaczęło padać. Wieczorem przyszedł Radek, żeby skorzystać z komputera Romana. Pogadaliśmy chwilę, a potem poszłam do siebie na górę spać :)

W piątek rano zadzwoniła do mnie Majka i przegadałam z nią całą drogę do pracy. Z pracy wyszłam o 16:00, bo we wtorek byłam godzinę wcześniej. Poszłam najpierw do Muzeum Mediów, żeby sprawdzić, czy są jeszcze bilety na wieczór. Potem umówiłam się z Victorem na 19:00 i wróciłam do domu, żeby coś zjeść. Wyszłam z domu o 18:30 i dotarłam do Muzeum na 19:00, ale Victor oczywiście się spóźnił i był dopiero o 19:30 :) Kupiliśmy bilety na
"Inception" (Incepcja) i poszliśmy na kawę do baru. O 20:00 weszliśmy do Imaxu i zajęliśmy miejsca, a 10 minut później zaczął się film. Dawno czegoś takiego nie widziałam! Chyba żaden film nie zrobił na mnie takiego wrażenia od pierwszego "Matrixa"! :) "Incepcja" to połączenie filmu akcji z czymś głębszym, o czym myśli się jeszcze długo po wyjściu z kina. Nic więcej nie zdradzę! Idźcie po prostu koniecznie do kina! Najlepiej do Imaxu :) Po filmie poszliśmy na drinka do przytulnego pubu Jacobs Well, a potem do Playhouse'u na imprezę. Spotkałam tam parę znajomych osób, między innymi siostrę jednego z moich uczniów, która podwiozła mnie do domu o 2:00 w nocy :)

  
Scena z filmu "Inception" z Josephem Gordonem-Levittem oraz tłum na papierosie pod Playhousem.

W sobotę obudziłam się dopiero o 13:00 :) Postanowiłam, że zabiorę się za poprawianie mojej pracy i nigdzie nie pójdę, więc cały dzień spędziłam w łóżku, przy komputerze. Niestety, z ambitnych planów nie wiele wyszło i większość czasu przesiedziałam po prostu w sieci. Dopiero wieczorem udało mi się zabrać za poprawianie jakiś pomniejszych rzeczy, ale nie udało mi się zmusić do napisania nowego wstępu i zakończenia. Ostatnio zupełnie brak mi jakiejkolwiek motywacji do czegokolwiek, a szczególnie do pisania :) W dodatku deszczowa i pochmurna pogoda nie pomaga w mobilizacji. W Polsce lato pełną gębą, a tutaj pogoda, że pożal się Boże! A jak wreszcie polecę w sierpniu do Polski, to pewnie będzie podobnie, bo w sierpniu zwykle pogoda się psuje. Pechowy jest coś ten rok i nie mogę się już doczekać, żeby się skończył! W domu po przeciwnej stronie, gdzie mieszkają studenci Peace Studies była impreza, ale nie miałam nawet siły, żeby się na nią wkręcić, tylko poszłam wcześniej spać :)

W niedzielę złapałam doła. Obudziłam się dopiero po południu i na 14:00 poszłam do Imaxu na czwartą cześć "Shreka", ale okazało się, że wyprzedali już wszystkie bilety! Wróciłam więc do domu i zadzwoniłam do Polski. Wyżaliłam się trochę mamie, a potem na 17:00 poszłam do 1in12 puścić "Vabank II, czyli riposta". Na film przyszło 12 osób, w tym 4 dzieci :) W międzyczasie zrobiłam zakupy w polskim sklepie, a po filmie poszłam sobie spacerkiem do Wanyu, zobaczyć jak się urządziła w nowym miejscu. Po drodze zatrzymał się samochód i jakiś koleś pytał, czy mnie nie podwieźć. Trzy razy podjeżdżał i zagadywał, zanim wreszcie powiedziałam mu, że nie rozmawiam z nieznajomymi i dał spokój! Wanyu poczęstowała mnie chińską zupką i pogadałyśmy prawie do północy. Potem wróciłam na piechotkę do domu, ale jacyś kolesie w samochodzie mnie przestraszyli, wydzierając się za moimi plecami nadjeżdżając, i się popłakałam. Mają tu takie debilne pomysły. Miałam wszystkiego serdecznie dość, więc poszłam od razu spać, ale przynajmniej obiecałam sobie, że muszę się stąd wkrótce wynieść!
 
Leonard Pietraszak jako Kramer w "Vabank II, czyli riposta" oraz mój pokój pełen toreb :)

Wczoraj wstałam rano i poszłam na 10:30 do Atrium, gdzie czekała już na mnie Sarah. Wróciła z Hiszpanii i umówiłyśmy się na pierwszą po przerwie lekcję polskiego. Niestety, doszłam do wniosku, że nie mogę zaprosić jej do domu, bo moi współlokatorzy wszędzie zostawiają swoje rzeczy, w salonie też. Zachowują się jak nastolatki, a wszyscy są już po studiach (oczywiście Peace Studies :) Nawet jak sprzątnęli, to nie było czysto :) W dodatku jak się wchodzi do domu to czuć dość specyficzny zapach, który wydaje się nikomu nie przeszkadzać, poza mną :) Po polskim poszłam prosto do pracy na 12:00 i kupiłam wreszcie bilet powrotny z Polski! Czekałam najpierw na przedłużenie kontraktu, potem na informację, czy będę miała dość urlopu, aż wreszcie bilet podrożał tak, że kosztował mnie prawie 180 funtów w obie strony! Po pracy podjechałam do Morrisona i kupiłam parę rzeczy, a potem podjechałam autobusem do domu, zjadłam obiad i poszłam do swojego pokoju. Cały wieczór spędziłam w sieci próbując bez sukcesu ściągnąć jakieś polskie komedie, więc w końcu zdegustowana poszłam spać.

Dzisiaj wreszcie poprawił mi się trochę humor. Wróciła pozytywna energia i nabrałam znów motywacji do pracy! :) To znaczy nie do mojej pracy, do której poszłam na 11:00, tylko do pisania i kończenia wreszcie tych wszystkich niedokończonych studiów! :) Szczególnie, że właśnie dziś miałam mieć Graduation. Po drodze kupiłam parę soków na barbecue z okazji ostatniego dnia w pracy
Bena, który ostatnio mnie trochę wkurzał. O 16:00 wszyscy się zebrali i poszliśmy na kręgle. Podjechałam z jedną dziewczyną Free Busem, a reszta szła piechotą. Byłam w jednej drużynie z głównym szefem, moją szefową i drugim szefem! :) W pierwszej grze byłam ostatnia, w drugiej przez jakiś czas prowadziłam, ale skończyłam przedostatnia, ale w ostatniej byłam druga, tuż po głównym szefie, który miał 170 punktów! Cały wieczór stawiał nam drinki, więc wypiłam na jego koszt parę coli :) A potem wróciłam do domu autobusem i pogadałam chwilę z Lavendą i Romanem, którzy wybierali się właśnie do kina na "Inception". Jak wyszli poszłam do łóżka, a przed snem uzupełniłam tego bloga :)
wtorek, 13 lipca 2010
I znów od nowa!

485.

W środę wstałyśmy o 4:30 rano, żeby na 6:30 zajechać na lotnisko. Weszłam do wanny, a potem pojechałyśmy. Zostawiłam mamę i siostrę na lotnisku i pojechałam do Bratfoot, gdzie dotarłam około 9:00. Zawiozłam bagaż do mojego nowego domu i pojechałam jeszcze do Tesco po małe zakupy. Byłam już bardzo zmęczona, więc oddałam samochód, wróciłam do domu i poszłam spać. Wstałam z łóżka dopiero wieczorem. Nena spytała mnie, czy zjem z nimi kolację, więc ubrałam się i zeszłam na dół. Było nas dziewięć osób przy stole, bo przyszły jeszcze trzy osoby z sąsiedniego domu, między innymi przyjaciel Sally, Jonathan. Moi współlokatorzy zrobili burgery z fasoli i marchewki, pyszną sałatkę i ziemniaczki. Wszyscy są albo wegetarianami albo weganami i mieszkają praktycznie w komunie. Nie wiem jak ja się w tym wszystkim odnajdę. Mam nadzieję, że z czasem się przyzwyczaję, ale na początku miałam doła :)

W czwartek wstałam o 10:30, wzięłam prysznic w klapkach, jak w hotelu i zebrałam się do pracy. Idąc spacerkiem rozmawiałam z Majką, a dojście zajęło mi jakieś 20 minut. Szefowa poprosiła mnie do siebie do biura i powiedziała, że mogą mi zaproponować tylko półroczny, a nie roczny kontrakt. Wzięłam go, bo lepsze to niż nic :) A poza tym i tak mam nadzieję, że do końca roku coś znajdę. Po pracy poszłam do mojego starego domu po pocztę. Tam przyjechali po mnie z Enterprise. Wynajęłam znów samochód, ale tym razem to Wanyu za niego płaciła :) Obiecałam jej pomoc w przeprowadzce. Pojechałyśmy najpierw do School of Management po Zico, a potem na obiad do Balangi. Po drodze zatrzymał mnie policjant (po raz pierwszy w życiu :) i pouczył! Skręciłam na czerwonym świetle w lewo i wmawiałam mu, że tak wolno :) Dopiero o 19:00 zaczęliśmy przeprowadzkę i skończyliśmy po północy. Podjechaliśmy jeszcze do Tesco po zakupy i zatankować, a potem odwiozłam ich i wróciłam do domu.

W piątek pospałam znów do 10:30, a potem pojechałam samochodem do pracy. Zaparkowałam go na terenie kampusu, żeby po pracy mieć bliżej. Przyszłam wcześniej i wyszłam wcześniej, więc udało mi się go oddać do 17:00. Pracownik firmy Enterprise odwiózł mnie pod mój stary dom, skąd poszłam od razu do Polskiego Klubu. Jeden z moich byłych uczniów zaprosił mnie na swoje Leaving Do. Na początku trochę dziwnie się czułam, bo nie znałam nikogo poza nim i jego żoną, ale z czasem impreza się rozkręciła, a potem doszli jeszcze Severine i Martin z kolegą. Zagraliśmy parę partyjek bilarda i wypiliśmy parę polskich piw :) W końcu po północy zamówiłam taksówkę i pojechałam do domu.

W sobotę zwlokłam się z łóżka dopiero po 12:00 z lekkim kacem. Zrobiłam pranie i powiesiłam je na linkach w ogródku na tyłach domu. Potem zabrałam się za przeglądanie pudeł i toreb oraz częściowe rozpakowywanie. Większość jednak chce na razie zostawić zapakowaną, bo być może nie zagrzeję tu za długo miejsca. Na razie mam zamiar tutaj zostać miesiąc, do wyjazdu do Polski 6 sierpnia, a potem zobaczymy. Wyjęłam więc tylko rzeczy do jedzenia i ubrania, a resztę tylko przestawiłam. Prawie cały dzień przesiedziałam w swoim pokoju, za który w tym miesiącu płacę tylko 100 funtów. W przyszłym będzie więcej, bo dojdą rachunki, ale na razie oszczędzam pieniądze. Przydadzą się na naturalizację, czyli brytyjskie obywatelstwo, albo na przeprowadzkę i rozpoczęcie znów nowego życia :)

W niedzielę wstałam znów jak zwykle koło południa i pół dnia spędziłam w domu. Dokończyłam pranie i zadzwoniłam do domu. Potem po 16:00 znajomy Polak podrzucił mnie do klubu 1in12, w którym o 17:00 pokazywałam "Vabank". Przyszło parę nowych osób i w sumie było nas piętnaścioro, włącznie z dziećmi :) Doszła też Severine z Martinem, ale się spóźnili, więc nie obejrzeli filmu. W trakcie pokazu poszłam do polskiego sklepu obok i tam spotkałam dziewczynę, którą znam z Balangi. Też wpadła na chwilę do 1in12 zobaczyć, jak to wszystko działa. Po filmie pogadałam z Severine, Martinem i Tomem, który jedzie w przyszłym tygodniu do Francji odwiedzić Agnes. A potem wróciłam do domu, zahaczając po drodze o sklep. Pogadałam trochę z ludźmi w moim domu, a potem zaczęłam wrzucać zdjęcia ze Szkocji na Fotki.

  
Zdjęcie z "Vabanku" i z drugiej
części "Vabank II, czyli riposta", którą pokażemy za tydzień.

W poniedziałek padał deszcz, więc wzięłam jakiś parasol z domu i poszłam na autobus. W pracy miałam spotkanie w sprawie zmian czekających na nas po przeprowadzce z powrotem do starego budynku. Mam ochotę rzucić tą robotę i wrócić do Polski, ale zagryzam zęby i robię dalej swoje :) W międzyczasie napisałam maila do promotora, żeby się ze mną spotkał i pomógł mi rozczytać uwagi egzaminatora zewnętrznego, ale nie odpisał. Pewnie jest na urlopie. Po pracy poszłam do sklepu, a potem wsiadłam w autobus i wróciłam do domu. Rozgrzałam sobie zupę z puszki, a potem poszłam do swojego pokoju, wyjęłam wreszcie swoje ubrania z walizki i powiesiłam je na takim wieszaku na ubrania na kółkach, który załatwiła mi Nena. A potem do 2 w nocy opisywałam zdjęcia ze Szkocji, które można teraz zobaczyć na mojej stronie
(www.fotki.com/annad9).

Dzisiaj poszłam do pracy na 11:00, bo szefowa prosiła mnie, żebym była na zebraniu w sprawie naszej przeprowadzki. Tymczasem szef spóźnił się ponad pół godziny i zebranie zaczęło się dopiero o 11:35. A po nim było drugie, już tylko z głównym szefem, na temat szkolenia, jakie mamy przeprowadzić, żeby wdrożyć wszystkich w zasady działania recepcji. Po pracy podjechałam Free Busem do Tesco i zrobiłam małe zakupy. Do domu wróciłam autobusem. Pomogłam chłopakom zrobić obiad przygotowując sałatkę, a potem poszłam do siebie na górę, nie zmywając nawet naczyń. Zobaczymy, czy ktoś je zmyje i czy ktoś coś powie. Wciąż próbuję rozgryźć zasady panujące w tym domu :) Przed snem zabrałam się za szukanie jakiegoś taniego wyjazdu na długi weekend pod koniec sierpnia i hotelu w Liverpoolu przed moim wylotem do Polski na dwa tygodnie w sierpniu.
sobota, 10 lipca 2010
Pół Szkocji! :)

484.

We wtorek dokończyłyśmy pakowanie i po 11:00 przyjechali po mnie z firmy Enterprise, skąd wypożyczałyśmy samochód. Zaczęłyśmy wyprowadzkę i wywożenie moich rzeczy do nowego domu. Musiałam jechać z siostrą aż cztery razy, żeby wszystko wywieźć!
W międzyczasie przyszła babka z agencji wynajmu obejrzeć mieszkanie i obiecała mi oddać kaucję. Podjechałyśmy też raz pod uniwerek, żeby odebrać mój research poster na konferencję w Glasgow i zrobić małe zakupy w Sainsbury obok. Zjadłyśmy jeszcze obiad w moim mieszkanku, a potem zebrałyśmy się i około 17:00 wyjechałyśmy z Bratfoot. Po jakiś pięciu godzinach byłyśmy w Glasgow, znalazłyśmy nasz hotel i poszłyśmy spać.

  
Pusta szafa w moim pokoju i puste szafki w kuchni. Zdjęcia tuż sprzed wyprowadzki...

W środę rano wsiadłyśmy w samochód i pojechałyśmy pod budynek, w którym odbywała się  konferencja zorganizowana przez MeCCSA. Dziewczyny poszły zwiedzać miasto, a ja wywiesiłam swój plakat i poszłam na prelekcje. Odczyty były bardzo ciekawe, ale sama konferencja moim zdaniem fatalnie zorganizowana. Po 17:00 poszliśmy wszyscy do Student Union na kolację, a potem był pub quiz, jak zwykle bardzo brytyjsko-centryczny :) A że byłam w grupie głównie z Chińczykami i paroma Irlandkami, to zajęliśmy przedostanie miejsce. Wyszłam stamtąd około 22:00 i poszłam spacerkiem do hotelu, a samochód zostawiłam na terenie campusu, bo tam nie trzeba było płacić za parking :)

  
Mój research poster oraz budynek Wolfson Medical Centre
, w którym odbywała się konferencja.

W czwartek rano znów poszłam na konferencję, a dziewczyny dalej zwiedzały miasto. Spotkałyśmy się dopiero po 17:00, jak konferencja się skończyła i poszłyśmy na obiad do restauracji Brel na urokliwej uliczce Ashton Lane. Zamówiłyśmy tam sobie z siostrą pyszne małże i deskę serów. Za wszystko brałam rachunki, bo uniwerek ma mi oddać poniesione w czasie konferencji koszty. Oczywiście musiałam wziąć osobny rachunek, bo za mamę i siostrę mi nie oddadzą :) Potem przeszłyśmy się na spacer po ogrodzie botanicznym, a po 22:00 w końcu wróciłyśmy na teren campusu, do samochodu i podjechałyśmy pod hotel. Spakowałyśmy się przed snem, bo następnego dnia opuszczałyśmy hotel.

  
Murale w Glasgow, w okolicach uniwersytetu, niedaleko urokliwej uliczki Ashton Lane.

W piątek rano po śniadaniu ruszyłyśmy z Glasgow na północ. Najpierw zatrzymałyśmy się przy
Balloch Castle, a potem przy Dunstaffnage Castle, ale żadnego nie zwiedziłyśmy w środku. Później dojechałyśmy do Oban i poszłyśmy na obiad, na owoce morza. Następnie zatrzymałyśmy się, żeby sfotografować Stalker Castle, a w końcu dotarłyśmy do Fort William, skąd jest wspaniały widok na najwyższą górę Wielkiej Brytanii Ben Nevis. Podjechałyśmy też pod tamę Neptune's Stair Case. Wieczorem dojechałyśmy do Drumnadrochit i znalazłyśmy hotel nad samym Loch Ness, a że było jeszcze jasno, to pojechałyśmy zwiedzić Inverness. Do hotelu wróciłyśmy dopiero jak się ściemniło.

  
Zamek Stalker na wyspie (zamknięty dla zwiedzających) oraz Nessie - potwór z Noch Less :)

W sobotę rano po śniadaniu przepłynęłyśmy się stateczkiem po jeziorze Ness do Urqhart Castle i z powrotem. Potem przez Inverness pojechałyśmy do Cawdor Castle, który zwiedziłyśmy wewnątrz, a także przeszłyśmy się po
dwóch przyległych ogrodach. Na obiad pojechałyśmy nad morze do Nairn. Wiał dość silny wiatr, ale i tak nie brakowało amatorów kąpieli. Potem zwiedziłyśmy Aberdeen i po wyjeździe z miasta zaczęłyśmy szukać noclegu. Był weekend, więc nie było łatwo. W dodatku musiałyśmy szukać stacji benzynowej, bo zaczęło nam brakować benzyny. W końcu udało się nam znaleźć nocleg z zadowalającą nas ceną dopiero o 1:00 w nocy w Dunbee! Ale hotel był bardzo fajny.

  
Ruiny zamku Urqhart oraz widok z jednego z ogrodów na świetnie zachowany zamek w Cawdor.

W niedzielę pospałyśmy trochę dłużej, bo pokój musiałyśmy zwolnić dopiero o 12:00. Wzięłam nawet kąpiel, bo kości już mnie bolały od tego jeżdżenia :) Potem przez małą miejscowość Dollar dojechałyśmy do Sterling i weszłyśmy na Wallace Monumet. Jest to zachowana wieża starego opactwa. Później pojechałyśmy zobaczyć nowoczesna tamę obrotową Falkirk Wheel i tam zjadłyśmy obiad. W końcu około 18:00 zajechałyśmy do Edynburga i pojechałyśmy prosto do Domu Kombatanta, żeby zagłosować w drugiej turze wyborów prezydenckich, a dopiero po tym do hostelu. Tam spotkałyśmy się z moim kolegą z Edynburga, z którym poszłyśmy na obiad do pobliskiej chińskiej restauracji.

  
Monument Wallace'a, czyli wieża starego opactwa oraz tak zwany "Diabelski młyn z Falkirk".

W poniedziałek rano pobiegłam zapłacić za parking, a i tak dwie godziny później dostałyśmy mandat, bo ponoć zapłaciłam w złym bankomacie, po drugiej stronie ulicy! Będę się pisemnie odwoływać, żeby go nie płacić. Około południa pojechałyśmy do banku po pieniądze, bo moja karta przestała działać, a potem do portu, zobaczyć The Royal Yacht Britannia. Później wróciłyśmy, zostawiłyśmy znów samochód pod hotelem i poszłyśmy na spacer po Edynburgu, ulicą Royal Mile. Zjadłyśmy pyszny obiad, a potem poszłyśmy jeszcze na gorącą czekoladę z dodatkiem alkoholu do The Elephant House, w którym J. K. Rowling napisała "Harry'ego Pottera". W końcu zmęczone wróciłyśmy do hostelu.

  
Królewski Jacht Brytannia zacumowany w porcie w Edynburgu oraz tradycyjny Szkot w kilcie.

We wtorek rano wyjechałyśmy z Edynburga i pojechałyśmy zwiedzić Rosslyn Chapel. Nadal trwają w nim roboty konserwatorskie, ale w środku można go zwiedzać, a i dach ochraniający go z zewnątrz już zdjęto. Potem podjechałyśmy do IKEI, gdzie zjadłyśmy od razu obiad i wyruszyłyśmy prosto do Manchesteru. Dojechałyśmy tam po jakiś pięciu godzinach. Zatrzymałyśmy się pod sklepem i czekałyśmy na chłopaka Majki, który po nas przyjechał i poprowadził do nich, bo sama bym nie trafiła :) Zawsze mnie przywozili i nie miałam pojęcia nawet jaki mają adres :) Weszliśmy na chwilę na górę, a potem pojechaliśmy na obiad do Chińczyka. Poszliśmy szybko spać, bo rano dziewczyny miały lot.

  
Boczne wejście do kaplicy w słynnej Rosslyn oraz oryginalny hotel Hilton w Manchesterze.