Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 31 lipca 2011
I feel like dancing! :)

544.

W poniedziałek poszłam po raz pierwszy do pracy po urlopie. Założyłam moją nową spódniczkę i nastawiłam się pozytywnie. Ku mojemu zaskoczeniu dostałam od wszystkich kartkę z gratulacjami z okazji Graduation. Ktoś się wygadał i teraz wszyscy w pracy już wiedzą. Po pracy wróciłam do domu, pomalowałam paznokcie i rąk i u nóg (po raz trzeci w życiu :) i założyłam jedną z nowych bluzek. Obudziłam Krystiana, który wrócił do domu w środku nocy z roweru i poszliśmy około 20:00 na salsę. Potańczyłam i porozmawiałam znów z Jonathanem, który tym razem czule się ze mną pożegnał :) We wtorek poszłam jak zwykle do pracy na 12:00 i wyszłam o 17:00. Weszłam na chwilę do domu i zjadłam kanapkę, a potem poszłam na 18:00 na Leaving Do jednej babki z Fabrics, która przeprowadza się do Los Angeles, bo chce zostać aktorką :) Po drodze spotkałam mojego byłego nauczyciela Kreatywnego Pisania z żoną. Razem poszliśmy na imprezę, na któej pojawił się też Matt. Dawno go nie widziałam i w sumie miło było go znów zobaczyć. Pogadaliśmy trochę, a potem odbyła się prezentacja strony Sponduly, o której pewnie jeszcze wspomnę. bo mam zamiar dzieki niej zorganizować swój pierwszy festiwal filmowey :) Wyszłam razem z Mattem i poszłam pożegnać się z Jacqueline i Arnoldem, którzy nazajutrz lecieli do Francji - ona na stałę, a on na tydzień. Doszedł do nas Krystian i posiedzieliśmy u nich do północy, pijąc wino, rozmawiając  i tańcząc salsę :)

W środę w nocy nie mogłam spać, bo chyba wypiłam za dużo czerwonego wina :) W końcu zwlokłam się z łóżka i poszłam na 12:00 do pracy. Po 17:00 wróciłam do domu i zjadłam obiad. Położyłam się na chwilę na łóżku i zasnęłam, więc znów nie poszłam na zumbę. Jak się obudziłam to złożyłam parę aplikacji o pracę, bo ostatnio pojawiło się parę ciekawych propozycji. Ale czekałam jeszcze aż Jan sprawdzi mi mój list motywacyjny, który chciałam wysłać do pewnej firmy, na której bardzo mi zależy. W czwartek poszłam jak zwykle do pracy na 12:00 i miałam właśnie wysłać kolejną aplikację o pracę, kiedy zorientowałam się, że przesłałam sobie wszystkie dokumentu z wyjątkiem CV! Pobiegłam więc do domu i przesłałam je sobie, a koleżanka z pracy kryła mnie w tym czasie przez prawie pół godziny :) Po długim namyśle postanowiłam się też zgłosić jednak jako ochotniczka do trzech kolejnych pokazów mody :) Wiem, że miałam już przejśc na emeryturę, ale stwierdziłam, że skoro mnie chcą, a ja się przy tym dobrze bawię i mam potem fajne zdjęcia, to czemu nie? Po pracy poszłam do Sport Centre na sprawdzenie masy ciała na specjalnej maszynie i dowiedziałam się, że wszystko mam w normie :) Potem poszłam z dwoma dziewczynami z pracy do wegetarianskiej restauracji Prashad i zamówiłam
Special Chaat polecany przez Gordona Ramsaya jako przystawkę, a potem Massala Dosa i sweet lassi). Wracając do domu odebrałam wreszcie swoją walizkę od koleżanki Nancy.

  
Malutka restauracyjka
Prashad oraz Gordon Ramsey, który nakręcił w niej jeden z programów.

W piątek obudziłam się o 7:00, bo sąsiedzi za ścianą puścili znów głośno dyskotekową muzykę. Żeby ich zagłuszyć włożyłam słuchawki i posłuchałam sobie utworów Yanna Tiersena. Do pracy poszłam na 9:30, bo szefowa i druga babka z recepcji wzięły urlop, a odbieramy właśnie studentów z lotnisk i musiałam wszystko skoordynować. Przez Internet zamówiłam pizzę na wieczór do 1in12, bo dostałam kupon ze zniżką. Neil wysyłał mi SMSa z Wrocławia, gdzie pojechał na Festiwal Nowe Horyzonty. Po powrocie do domu zdrzemnęlam się i nie poszłam znów na salsę areobik. Obudziłam się po 20:00 i poszłam na 21:00 do 1in12 na Kółko Francuskie. Była już tam Sally i wkrótce dostarczyli pizzę, która zjadłyśmy na spółkę. Później doszło do nas jeszcze czworo wolontariuszy: chłopak i dziewczyna z Kostaryki oraz chłopak i dziewczyna z Francji :) Po jednej partii bilarda Sally pojechała ostatnim autobusem do domu, a my poszliśmy w piątek do Polskiego Klubu na imprezę No Hands, ale jeszcze się nie rozkręciła, więc poszliśmy do Che Bar. Po półgodzinie wróciłam na No Hands i spotkałam znajomego, który jak się okazuje też pracuje na uniwerku i zapytał mnie, czy pójdziemy kiedyś razem na lunch :) Wytłumaczyłam mu, że pracuję od 12:00 do 15:00 i nie mam lunchu. Później doszedł do nas jeszcze wolontariusz z Kostaryki, bo pozostali poszli do domu, a on chciał jeszcze potańczyć, ale wkrótce też znikął. Zostałam do 1:30, a potem postanowiłam wrocić do domu.

Wczoraj obudziłam się o 11:00, bo sąsiedzi zza ściany śmiali się i głośno gadali. Wzięłam prysznic i pojechałam na zakupy. Kupiłam make up, płynny eyeliner i jedzenie. Neil przysłał mi parę SMSów pytając, na który film Munka ma iść: "Erocicę" czy "Zezowate szczęśćie". Nie było mi łatwo zdecydować, ale w końcu poleciałam mu ten drugi. Wróciłam do domu, zjadłam coś i założyłam znów nową spóniczkę i drugą, bardziej elegancką bluzkę. Zrobiłam sobie makijaż i zaczęłam się nudzić, bo byłam już gotowa, a Krystian i Piotrek przyjechali po mnie dopiero po 20:00. Pojechaliśmy najpierw do Piotrka do domu, napiliśmy się i poćwiczyliśmy trochę w kuchni, a potem pojechaliśmy do Azucar w Leeds na salsa party :) Dotarliśmy tam po 23:00, a przed 1:00 musieliśmy już biec na dworzec, żeby złapać ostatni autobus do Bratfoot. Potańczyliśmy więc tylko półtorej godzinki, ale i tak było super :)
Dzisiaj sąsiedzi znów mnie obudzili głośną pseudo-muzyką i to już o 9:30! Pospałam potem jeszcze do 11:00, bo trochę ucichło. Pewnie poszli na 10:00 do kościoła, bo po 11:00 znów zaczęli grać! Krystian pojechał znów na rower, a ja obejrzałam na Internecie poczatek filmu "Martwica mózgu" (Braindead /
Dead Alive) Petera Jacksona, ale jednak wymiękłam i nie obejrzałam go do końca, tylko 2 programy Wojewódzkiego: z Leszkiem Możdżerem i Anną Czartoryską oraz z Piotrem Najsztubem i Edytą Herbuś. Później się zdrzemnęłam i posłuchałam piosenek Lady Punk i Red Hot Chili Peppers.

  
Tim Balme w "Braindead" oraz Wojewódzki i Czartoryska, który podobno się ostatnio spotykają.
niedziela, 24 lipca 2011
Znowu Graduation! :)
543.

W poniedziałek miałam znów Graduation, 6 miesięcy później niż powinnam. Wstałyśmy z mamą po południu i około 13:30 poszłyśmy do Sports Centre po togę i biret. Pogoda była bardzo brzydko, wiał wiatr i lekko padało, więc się po drodze wkurzyłam. Na 14:00 poszłyśmy na poczęstunek zorganizowany przez mój wydział. Tam czekali już na nas Jan i Sue, jako calkiem pierwsi goście. Później doszedł jeszcze dziekan, dyrektor wydziału oraz obaj moi promotorzy, którym wręczyłam po polskim filmie w prezencie. Dosiedli się do naszego stolika i było bardzo miło. Potem poszliśmy do głównego budynku po bilety na ceremonię, która miała się zacząć o 16:15. W końcu zaczęła się 15 minut później, a zdążyłam się znowu wkurzyć. Ceremonia skończyła się o 17:50, ale musiałam jeszcze oddać togę i biret, więc zanim doszłyśmy do Polskiego Klubu, było już  po 18L00. Na szczęście poza Jacqueline i Arnoldem, którzy właśnie przyszli, nikogo jeszcze nie było. Potem doszło jeszcze parę osób i w sumie było nas osiemnaścioro. Właściciel klubu przygotował tyle kanapek, pizzy i pasztecików, że aż namawiałam ludzi z salsy, żeby się poczęstowali, bo inaczej by zostały. Poszliśmy zreszte wszyscy na górę i oni siedzieli, pili i patrzyli jak tańczymy. Tego wieczoru zatańczyłam parę razy z Johnatanem, raz nawet bachatę i było znów bardzo miło. Wreszcie po 23:00 wyszliśmy, wróciliśmy do domu i poszłyśmy spać.

  
Mój dziekan i ja ściskająca rękę naszego rektora Imrana Khana oraz tańcząca salsę z Jonathanem :)

We wtorek pospałyśmy trpchę dłużej, a później poleżałyśmy nadal w łóżku oglądając znów jakieś stare zdjęcia. W końcu o 15:00 przyjechał po nas Jan i zabrał nas do nich do domu na obiad. Było na tyle ładnie, że udało się nam zjeść go w ogródku. Szkoda, że poprzedniego dnia nie mogło być tak słonecznie, bo chciałam mieć choć jedno zdjęcie z Graduation w słońcu i na trawie, ale niestety nie udało się zrobić żadnego. Dołączyła do nas sąsiadka, która wpadła tylko na chwilę, ale na obiad została! Potem wróciliśmy do salonu i porozmawialiśmy trochę, a o 17:00 pojechaliśmy we czwórkę do Cafe 106.9 w Cowling. Nasz wspólny znajomy organizuje tam pokazy filmowe, ale do tej pory żaden z pokazywanym z niego filmów mnie nie zainteresował. Tym razem jednak pokazywał "Obywatela Kane'a" Orsona Wellesa, więc namówiłam mamę, żebyśmy się wybrały. Dojechaliśmy tam około 18:00, ale najpierw coś zjedliśmy i napiliśmy się, więc pokaz filmu zaczął się dopiero o 19:00 i potrwał prawie do 21:00. Film był super, miał genialne dialogi i zrobił na mnie niesamowite wrażenie, choć już go kiedyś widziałam. Potem Jan odwiózł nas do domu, ale przed snem posiedziałam jeszcze trochę na Internecie.

  
Ogródek Jana i Sue, w którym zjedliśmy obiad i Orson Welles w scenie z filmu "Obywatel Kane".

W środę wstałyśmy rano i o 12:00 wsiadłyśmy z Jacqueline, jej mamą i babcią oraz z Arnoldem w taksówkę, która zabrała nas do School of Management na poczęstunek przygotowany z okazji Graduation. Jacqueline zaprosiła nas, żebyśmy im towarzyszyły, a potem poszliśmy razem do Lister Parku i zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową. Później poszliśmy na lody i w końcu do Cartwright Hall, gdzie było akurat parę ciekawych nowych wystaw. Rozstaliśmy się około 14:00, bo oni pojechali na Ceremonię, a my zostałyśmy dłużej w galerii. Potem wsiadłyśmy w autobus i podjechałyśmy do centrum, gdzie chciałyśmy się przesiąść do Free Busa, ale nie przyjeżdżał przez dłuższy czas, więc w końcu około 15:30 postanowiłyśmy pójść do Ambrozji na obiad, chociaż byłyśmy tam umówione o 17:00 z Wanyu. Niestety, musiałam jeszcze wypełnić aplikację u sfinansowanie festiwalu i nie wyrobiłabym się ze wszystkim. Zamówiłyśmy zupę ogórkową, placek po węgiersku, łososia i herbatę. Po drodze do domu zajrzałyśmy jeszcze do sklepu i kupiłam fioletowa bluzka do mojej nowej spódniczki. W domu wypełniłam aplikację, potem zjadłyśmy deser i na 19:30 poszłyśmy do Alhambry na
"From Here To There" w wykonaniu Royal New Zealand Balet do muzyki m.in. Philipa Glassa i Yim Hok-Mana. Była tam też Sarah i Wanyu z koleżanką, a po przedstawieniu krótka konferencja.

  
Cartwright Hall w Lister Parku oraz Royal New Zealand Balet w "Plan to A" wg. Jormy Elo...

  
...w "A Song in the Dark" wg. Andrew Simmonsa i w "Banderillero" wg. Javiera de Frutosa.

W czwartek obudziłyśmy się o 10:00 i po południu wyszłyśmy z domu i poszłyśmy do Muzeum Mediów na dwie dość ciekawe wystawy czasowe. Później podjechałyśmy Free busem do sklepu TK Maxx, gdzie znalazłam jeszcze jedną fioletową bluzkę do mojej nowej spódniczki. Wróciłyśmy Free Busem do domu i zjałyśmy obiad - barszczyk z pasztecikami na pierwsze i makaron z tuńczykiem i fasolką na drugie danie. Przed 17:00 poszłyśmy do Sainsbury po dwa soki na pokaz ostatniego filmu w Gallery II. Podłączyłam cały sprzęt i o 17:30 pokazałam "Strach zżerać duszę" Rainera Wernera Fassbindera. Widziałam go po raz pierwszy parę lat temu, ale zdążyłam już zapomnieć, jak fantastycznie wykorzystano w nim kolory i jak proste i naturalne miał dialogi. Poza mną i mamą na pokaz przyszło jeszcze sześć osób i po filmie odbyła się ciekawa dość dyskusja. Potem zwinęłam sprzęt, posprzątałam trochę i około 20:00 wróciłyśmy do domu z resztką soków i białego wina. Wieczorem zajrzał do nas Krystian, żeby pożegnać się z moją mamą przed wyjazdem i załapał się na wino. Porozmawialiśmy trochę, a potem mama się spakowała i poszłyśmy wcześniej spać, bo musiałyśmy rano wcześnie wstać.

  
Wejście do Narodowego Muzeum Mediów oraz scena z filmu "Strach Zżerać duszę" Fassbindera.

W piatek wstałyśmy o 6:30 i już o 7:10 wsiadłyśmy w autobus na lotnisko. Pożegnałam się z mamą i o 8:40 wsiadłam w powrotny autobus do Bratfoot. Po drodze do domu zrobiłam jeszcze zakupy w Morrisonie, bo skończyło mi się prawie jedzenie :) W domu weszłam niemal od razu do łóżka, ale nie zdrzemnęłam się nawet przez chwilę, tylko wypełniłam dwie aplikacje o pracę i sprawdziłam maile, a potem posiedziałam na Facebooku.
Wieczorem byłam umówiona z Sally na Kółko Francuskie, ale spóźniłam się i spotkałam się z nia dopiero po 21:00 w Tesco. Kupiłyśmy bagietkę, ser i pomidorki, a ja miałam jeszcze ze sobą wino, które zostało poprzedniego dnia po pokazie. W klubie dołączył do nas Lucas, a że nie udało się nam otworzyć drzwi do kawiarni na górze, więc poszliśmy piętro niżej. Tam dołączyli do nas Krystian z koleżanką. Sally musiała wyjść przed 23:00, żeby złapać ostatni autobus do domu, a my poszliśy do baru i pogralismy w bilard. W końcu wyszliśmy około północy i poszłam z Lucasem najpierw do Deliusa spotkać się z dwoma dziewczynami, a potem na specjalne mini-FND z okazji Graduations. Spotkałam tam strasznie dużo znajomych i wytańczyłam się do 3:00 w nocy :)

Wczoraj obudziłam się przed południem, ale cały dzień spędziłam w łóżku. Umawiałam się co prawda z Lucasem, że podjedziemy razem do Leeds, bo on przesiadał się tam w pociąg do Londynu, a ja chciałam się wybrać na SlutWalk, ale od mieszania alkoholi poprzedniej nocy rozbolał mnie brzuch, dałam mu więc znać, że się nie pojawię na dworcu. Nie wiem nawet kiedy upłynął mi czas, bo przez cały dzień nic nie zrobiłam tylko słuchałam piosenek Alanis Morissette i siedziałam na Facebooku :) Wieczorem Krystian zaprosił mnie do pokoju na wino domowej roboty, które przyniósł mu kolega z pracy, a później wyciagnął mnie razem z wolontariuszkami do Che Baru. nie zabalowałam jednak z nimi długo, bo postanowili się przenieść do Tokyo. Wróciłam więc do domu i obejrzałam online film "The Informers". W końcu poszłam spać około 5 rano i potem nie mogłam się rano zlec :) A dziś tuż przed 14:00 przyszła Sarah na kolejną lekcję polskiego :) Skończyłyśmy przed 17:00, a o 17:30 spotkałam się z Sally i dwoma Hiszpanami z Coach Surfing. Najpierw poszliśmy na drinka i napiłam się organicznego piwa wiśniowego :) A później poszliśmy do Kashmiru na obiad i objadłam się na tydzień :) Około 21:00 pożegnałam się z nimi i wróciłam do domu, żeby porozmawiać z mamą przez Skype i ściagnąć ostatnie zdjęcia, jakie zrobiła przed wyjazdem. Potem poszłam wcześniej spać, bo jutro już wracam do pracy! :(


  
Alanis Morissette z czasów "Jagged Little Pill" oraz scena ze świetnie obsadzonego "The Informers".
niedziela, 17 lipca 2011
Przyjazd mamy, czyli nienawidzę deszczu :)

541.

W poniedziałek poszłam na 12:00 do pracy i posiedziałam do 17:00. Później wróciłam do domu i ugotowałam sobie zupę na obiad. Potem usiadłam do komputera i zanim się obejrzałam dochodziła 20:00, a Krystian pukał już do moich drzwi pytając czy jestem gotowa na salsę. Wstałam więć szybko i założyłam krótką sukienkę na ramiączkach, bo w zeszłym tygodniu nie było klimatyzacji, tylko sauna :) Nie chciałam się tym razem tak spocić, więc zaryzykowałam i założyłam miniówę. Spytałam Krystiana, czy nie za krótka i powiedział, że nie, więc poszliśmy. Spóźniliśmy się chwilę na lekcję, więc mieliśmy niezłe wejście i wszyscy patrzyli na moje nogi :) Jak doszłam do Jonathana, to powiedział, że mam bardzo krótką spódniczkę. Chyba widział w tym jakiś problem, ale nie zdążyłam go spytać, bo tego wieczoru zatańczyłam z nim tylko raz, a potem do 23:00 nie mogłam się opędzić od pozostałych :)

We wtorek poszłam na pracy na 11:00 na zebranie, więc wyszłam o 16:00 i pojechałam prosto do Leeds. Weszłam znów do TK Maxxa. bo od 4 tygodni szukałam spódniczki, która byłaby nie za krótka i nie za długa, żeby nadała się i do pracy i na salsę :) W końcu po przymierzeniu pięciu, zdecydowałam się na jedną i ją kupiłam. Chciałam jeszcze wejść do Primarku, ale już go zamykali, więc wróciłam do TK Maxxa, żeby zobaczyć jeszcze jakie mają bluzki. Nie znalazłam żadnej, która by pasowała do mojej nowej spódniczki, wyszłam więc ze sklepu i podjechałam więc do mojej pani shrink i tym razem przez różne ćwiczenia wyładowywałam z siebie złość. Od razu poczułam się lepiej i wracająć zaproponowałam Krystianowi, że jak wrócę do domu, to zrobię nam coś dobrego do jedzenia, jak dorzuci parę składników :) Zrobiłam pastę z tuńczyka i zawinęłam ją w "wrap". Obojgu nam to bardzo smakowało :)

  
Spódniczka, na którą się w koncu zdecydowałam oraz typowy "wrap", tylko z innym nadzieniem :)

W środę poszłam znów do pracy na 12:00 i wyszłam o 17:00. Wróciłam do domu i zjadłam obiad, leżąc na łóżku z komputerem. Przed 19:00 wstałam i chociaż mi się nie chciało poszłam na zumbę. Przyszła też na nią Shabeen, jedna z nowych Sabbów :) Ale nie spdobało jej się i wyszła po 15 minutach. Została za to żona księdza anglikańskiego, która też przyszła po raz pierwszy. Po lekcji zgadałyśmy się, że przydałby mi się taki żeton do szafki, bo zapominam czasem, że muszę mieć funta, więc mi dała jeden! :)
Wróciłam do domu i usiadłam znów jak zwykle do komputera. W czwartek poszłam po raz ostatni przed urlopem na 12:00 do pracy i wytrwałam jakoś do 17:00. Potem wróciłam do domu i zjadłam zupę, a później usiadłam z laptopem i
wysłałam znów trzy kolejne aplikacje o pracę. Zaczęłam też poprawiać swoje CV. W końcu zanim się obejrzłam i poszłam wreszcie spać dochodziła 3:00 w nocy.

W piątek obudziłam się przed południem, wzięłam prysznic i zabrałam się za pranie. W międzyczasie posprzątałam trochę łazienkę i pokój, a w końcu znalazłam chwilę, żeby pomalować paznokcie u rak i u stóp :) Po 14:00 poszłam na dworzec i wsiadłam z autobus na lotnisko, który trochę się spóźnił, więc wysłałam mamie SMSa, że będę trochę później i żeby na mnie poczkała. Nie dostałam odpowiedzi, a jak wreszcie dojechałam, to nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Szukałam wszedzie, a w informacji powiedzieli mi, że samolot wylądował wczesniej i wzywali ją przez megafon, ale bez skutku. Doszłam do wniosku, że pewnie pojechała do Bratfoot i wsiadłam w autobus z powrotem. Zadzwonili do mnie z uniwerku, że czeka na mnie w Richmond Building, więc podjechałam po nią i wróciłyśmy razem do domu. Zostawiłyśmy jej rzeczy i pojechałyśmy do Morrisona po jedzenie, a potem poszłyśmy wcześniej spać.


Lotnisko w Leeds, gdzie przez ponad półgodziny szukałam bezskutecznie wszędzie mojej mamy :)

W sobotę mama obudziła mnie po 9:00 rano, bo dla niej to już dochodziła 10:00! :) Wzięłam prysznic i poleżałyśmy jeszcze w łóżku, rozmawiająć z moją siostrą przez Skype'a. Potem zjadłyśmy śniadanie i podjechałyśmy do sklepów. Kierowca Free Busa się pomylił i objechał pół centrum, ale w końcu dowiózł nas do Kirkgate Shopping Centre. Tam kupiłam najpierw czarne rajstopy i klamry do włosów. Później kupiłyśmy kartkę z napisem "Thank You" dla recepcjonistki w Richmond Building, która czekała poprzedniego dnia aż przyjdę po mamę. Potem kupiłam dwie torebki na prezenty, żeby włożyć w nie filmy DVD, które kupiłam w prezencie moim promotorom. W końcu kupiłam make up i poszłyśmy do Thronton's po jakąś bombonierę dla Jana i Sue. Tam wsiadłyśmy znów we Free Busa i podjechałyśmy do wegańskiej knajpki Tree House, prowadzonej przez wolontariuszy.

Najpierw zeszłyśmy do sklepu, a potem zjadłyśmy zupę marchewkowo-grochową z chlebem na obiad i po kawałku ciasta (jedno czekoladowe, a drugie kokosowo-owocowe :) na deser. Do tego mama wypiła cappuccino, a ja białą herbatę z wanilią. Wszystko było wegańskie i bardzo dobre :) Po obiedzie poszłyśmy sobie spacerkiem do Alhambry i kupiłyśmy bilety na środę na balet z Nowej Zelandii. Wróciłyśmy do domu i zdrzemnęłyśmy się, a potem poszłyśmy na spacer do Horton Parku, bo wreszcie przestało padać i zrobiło się znów słonecznie. W domu byłyśmy po 19:00, napiłyśmy się Baileysa i poogladałyśmy zdjęcia z salsy i z mojego pokazu mody oraz z Centre Parcs. W końcu zjadłyśmy kolacje i na pół godziny przed północą mama poszła spać, a ja usiadłam jeszcze do komputera.

Dzisiaj mama wstała około 9:00, zjadła śniadanie i wzięła lekarstwa, a potem na 10:00 poszła do kościoła. Ja natomiast starałam się w tym czasie pospać, ale moi sąsiedzi gadali, śmiali się, a potem puszczali jakieś łubudubu. Nie za głośno, ale wystarczająco, żebym nie mogla zasnąć. Usiadłam więc do komputera, a potem o 11:00, poszłam wziąć prysznic. O 12:00 byłyśmy gotowe i pojechałyśmy z Janem i Sue do Baildon Club na lunch. Ich klub mieści się w pięknym 14-wiecznym budynku, a kucharz na codzień gotuje dla burmistrza Bratfoot. Obiad był przepyszny, a po obiedzie podjechaliśmy do Otley na spacer, ale zaczęło padać, więc pojechaliśmy do nich do domu. Porozmawialiśmy, a po 18:00 usiedliśmy znów do stołu na lekką kolację. Wkrótce zeszły się ich sąsiadki, a że minęła 20:00, to poprosiłyśmy Jana, żeby nas odwiózł. Po 21:00 byłyśmy w domu i wkrótce poszłyśmy spać, bo jutro wielki dzień! :)

  
W Otley trwał akurat festiwal i ludzie tańczyli mimo deszczu na ulicach do "Dancing in the rain" :)
poniedziałek, 11 lipca 2011
24-godzinna wycieczka do Londynu :)

540.

W poniedziałek wstałam jak zwykle o 11:00 i poszłam na 12:00 do pracy. O 17:00 wyszłam i wróciłam do domu. Wysłałam znajomym maila z pytaniem, czy przyjdą na moje Graduation party w poniedziałek 18-tego lutego wieczorem. Potem obejrzałam parę kolejnych odcinków "South Parku". W końcu o 20:00 poszłam
z Krystianem do bankomatu po pieniądze, bo chciał, żebym mu pożyczyła 50 funtów, a ja musialam wyjąć na salsę. Poszliśmy na lekcję, a że był upał i nie było klimatyzacji, to w sali bylo strasznie gorąco. Zatańczyłam znów pare razy z Jonathanem i z paroma innymi osobami. I doszłam do wniosku, że z nim mi się najlepiej tańczy, bo mną tak nie szarpie jak inni :) Niestety, zniknął znów bez pożegnania. O 23:00 wróciliśmy z Krystianem do domu i usiałam znów do komputera. Sally zaczęła mi przesyłać film "Pierrot le fou" przez Skype'a, bo do biblioteki nadal ktoś nie oddał kopii. Przed snem obejrzałam znów parę odcinków "South Parku" i poszłam spać po 2:30, zostawiając włączony komputer, żeby film się ściągał przez noc.

We wtorek poszłam znowu do pracy na 12:00 i wyszłam o 17:00. Wróciłam do domu i zjadłam obiad, a potem ściągnęłam do końca film na czwartkowy pokaz w Galerii II. Po 17:30 przyszła do mnie Sally i porozmawiałyśmy trochę, a potem poszłyśmy do Lahore na milkshake'a. Później poszłyśmy do Markaz, ale okazało się, że całkiem zamknęli tą resturacja. A szkoda, bo można w niej było zapalić sziszę. Wróciłyśmy więc do Lahore na kolejnego milkshake'a i po 22:00 wróciłam do domu. Obejrzałam parę odcinków przedostatniej, 14-tej serii "South Parku" i poszłam spać. W środę znów pracowałam od 12:00 do 17:00, a potem wróciłam do domu odpocząć, zanim na 19:00 poszłam na zumbę. Przyszła tez na nią znajoma z pracy i jeszcze jedna znajoma. Po powrocie do domu pogadałam chwilę z
Krystianem, a potem przed snem obejrzałam kilka następnych odcinków "South Parku".

W czwartek jak zwykle poszłam do pracy na 12:00 i szefowa znowu mnie poważnie wkurzyła, bo główny szef kazał mi coś zrobić, a ona miała mi w tym pomóc, ale strzeliła focha. Chodziło chyba o to, że poprosił mnie, a nie ją. Nie wiem, nie nadążam za jej humorami. Wkurzyłam się więc i poszłam na dół do baru na czyjś lunch pożegnalny, nawet nie wiem kogo. Dawali bardzo dobre jedzenie - m.in. krewetki i łososia, więc przynajmniej sobie pojadłam, nie spiesząc się w ogóle na gorę. Jak już wróciłam, szefowa znów strzeliła focha, a już jakieś dwie godziny później zachowywała się, jakby się nic nie stało! Prosto po pracy poszłam do Galerii II na pokaz filmu "Pierrot le fou". Sama go jeszcze nie widziałam, ale średnio mi się podobał. Oprócz mnie i Sally, która się spóźniła, przyszło jeszcze 8 osób. Po filmie jak zwykle odbyła się dyskusja, a potem poszłam z Sally do Kashmiru,. gdzie dołączyl do nas jeszcze jej kolega. Wypiliśmy białe wino, które zostało po pokazie i po 22:00 wróciłam do domu i na Internet :)

  
Jean-Paul Belmondo i Anna Karina w filmie "Pierrot le fou" oraz parę postaci z "South Parku".

W piątek poszłam znów do pracy na 12:00, ale wyszłam o 16:30, żeby przed 17:00 zdążyć na pocztę. Szefowej na szczęście nie było, więc dzień minął mi dość spokojnie, choć próbowałam skompletować 17-osobową ekipę na wyjazd do Londynu minibusem i liczba osób co chwilę się zmieniała. Po pracy połóżyłam się na trochę do łóżka i nie dałam rady wstać na salsę aerobik. Wyszłam z domu dopiero po 20:00, kupiłam w Tesco ser oraz bagietę i poszłam do 1in12 na Kółko Francuskie. Poza mną nikogo jeszcze nie było, więc pogadałam z jakimś Anglikiem, a później doszła Sally, Severine z Martinem, Juan a na koniec Arnold z kuzynką. Zagraliśmy dwie partyjki bilardu i po 23:00 wrociłam do domu, żeby spotkać się pod drzwiami ze znajomą, której miałam przekazać klucze od innej znajomej. Dzięki temu wróciłam wcześniej do domu. Na korytarzu poznałam nową współlokatorkę, |Polkę, która wprowadziła się do pokoju Celine i po północy poszłam wreszcie spać.

W sobotę wstalam o 6:00 i przed 7:00 poszłam po klucze do minibusu. Krystian zabrał rower, bo 3 osoby wycofały się jeszcze poprzedniego dnia, a 4 nie dotarły. W koncu było nas tylko dziewięcioro plus jedna koleżanka zabrana po drodze. Zanim wyjechaliśmy z Bratfoot, było już po 8:00, potem zgubiliśmy się na przedmieściach Londynu, więc do Hyde Parku dojechaliśmy dopiero po 17:00. Zaparkowaliśmy niedaleko Albert Memorial i poszliśmy się spotkać z Nancy, która czekała już na nas od 13:00! Krystian i jeszcze jeden kolega poszli zwiedzać miasto, a my pozostali usiedliśmy z Nancy na trawie koło Diana Memorial Fountain i zamoczyłam nogi. W końcu około 18:30 pojechaliśmy w piątkę na Piccadilly Circus i około 20:00 Nancy się z nami pożegnała, a my we czwórkę poszliśmy na Chińczyka. Potem wróciliśmy piechotką do autobusu, a chwilę później doszedł nasz kolega, któremu padła komórka i wkrótce dojechał też Krystian. Przed 23:00 wyjechaliśmy z Hyde Parku i właściwie od razu zasnęłam, choć było strasznie zimno. Ale przynajmniej każdy miał dla siebie dwa siedzenia.

W niedzielę obudziłam się o 4:00 rano, kiedy kolega, który prowadził zjechał na linię pobocza, która wydała od razu ostrzegawczy dźwięk. Stanęliśmy więc na stacji serwisowej i poszedł na godzinke spać. O 5:00 napiliśmy się herbaty i pojechaliśmy dalej. W końcu w domu byliśmy z Krystianem po 7:00 rano, czyli jechaliśmy 9 godzin w każdą stronę, razem 18! :) Zwykłym autobusem krócej by to trwało! Ale ja byłam zadowolona, bo moim główym celem było spotkanie się z Nancy, a nie zwiedzanie. POza tym bardzo miło spędziłam te pięć godzin w samym Londynie. Około 8:00 rano poszłam wreszcie spać we własnym łóżeczku, ale juz o 13:00 musiałam wstać, bo o 14:00 przychodziła  Sarah na lekcję polskiego. Wyszła przed 17:00, a ja zjadłam zupę na obiad i obejrzałam ostatnie odcinki "South Parku". Potem zadzwonilam do domu i porozmawiałam z mamą, bo już w ten piątek przylatuje na moje Graduation. Później wysłałam parę aplikacji o pracę i zaczęłam pracować nad technikami afirmacyjnymi :)


Plan Hyde Parku. Zaparkowaliśmy na dole i wracając musieliśmy przejść prawie całą jego długość :)
niedziela, 03 lipca 2011
Centre Parks i Flashmob :)

539.

W poniedziałek wstałam o 12:00 i najpierw poszłam zrobić pranie. Potem się spakowałam i po 15:00 doszłam do pracy. Po drodze weszłam do biblioteki i okazało się, że ktoś nadal nie oddał filmu "Pierrot le fou" Godarda, który pokazujemy w przyszły czwartek w Galerii II. Stwierdziłam, że będę się o to martwić jak wrócę z Centre Parks. W pracy usiadłam na godzinkę do komputera i odpisałam po raz ostatni na maile, zanim wyjechałam na tydzień do lasu :) Mieliśmy wyruszyć o 16:00, ale udało nam się to dopiero około 16:30 i po 3 godzinach, czyli o 19:30 dojechaliśmy do ośrodka wypoczynkowego. Rozpakowaliśmy rzeczy, a potem zjedliśmy wspólną kolację i zaczęliśmy grać w gry komputerowe Wifi - karaoke i taniec. Ani jedno, ani drugie nie szło mi za dobrze, bo nigdy wcześniej w to nie grałam :)

We wtorek wstałam o 8:00, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i pojeździłam pół godzinki na rowerze po okolicy. Po 10:00 zaczęliśmy wreszcie trening - od chodzenia na dwóch deskach w cztery osoby :) Miało nas to zmusić do współpracy. Potem mieliśmy trening z finansów, a później kolejne ćwiczenie na współpracę - z rurami i piłką :) Następnie miliśmy trening na temat wolontariat i na koniec Sabbs Officers musieli zbudować domki dla ptaków :) O 12:30 mieliśmy wspólny lunch i debatę przy stole, a potem czas wolny. Zdrzemnęłam się najpierw na trawie, a potem poszłam z prawie wszystkimi na basen! A właściwie Subtropical Swimming Paradise ze zjeżdżalniami, falami, prądami i jacuzzi :) Wieczorem mieliśmy znów wspólną kolację, a potem 3 osoby wyjechały, a ja z dziewczynami poszłam zarezerwować kręgle, chodzenie po drzewach i strzelanie z łuku. A potem na chwilę do pubu nad jeziorem.

  
Ćwiczenia na współpracę - cztery osoby i dwie deski oraz rury i piłka, która musi być wciąż w ruchu :)

W środę obudziłam się o 8:30, wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie, a o 10:00 zaczął się trening - tym razem najpierw z marketingu, a potem musiałam opowiedzieć, czym my się zajmujemy. Potem pojechałam na rowerze pod bramę wjazdową, żeby przyprowadzić dwie babki, które do nas dojechały, ale okazało się, że już poszły. Wróciłam więc prosto na lunch, a potem się zdrzemnęłam, zanim poszłam pochodzić po drzewach :) Poszły ze mną dwie osoby i robili mi zdjęcia, a później ja robiłam zdjęcia  dziewczynie, która wspinała się na wysokie palę z liną jako ubezpieczeniem :) Później wróciliśmy na kolację, a po kolacji poszłam sama na półgodziny na basen, bo reszta stwierdziła, że to za mało czasu. Niech żałują, bo było prawie pusto i bardzo fajnie :) Wieczorem wszyscy razem poszliśmy na kręgle i wypiliśmy parę dobrych drinków. Później pograliśmy chwilę w bilard, a po powrocie znów tańczyliśmy i śpiewaliśmy :)

  
Tree Tracking, czyli chodzenie po drzewach i High Ropes, czyli wspinaczka z liną ubezpieczającą.

W czwartek obudziłam się znów o 8:30, a o 10:00 zaczął się ostatni trening na temat Advice Centre. O 12:00 był
ostatni wspólny lunch, a potem się zdrzemnęlam, zanim pojechałam rowerem na strzelanie z łuku. Średnio mi szło i w dodatku nabiałam sobie wielkiego sianiaka, ale widoki były piękne, bo strzelnica znajdowała się na samym końcu ośrodka wypoczynkowego, koło lasu i pola, na którym pasły sie konie. Później poszłam po raz ostatni na basen i siedziałam w wodzie aż do 17:00. Tego dnia była moja kolej na przygotowanie kolacji, zrobiłam więc kurczaka oraz cukinię i paprykę z grilla, popijając przy tym piwko. Od rana mnie wszystko wkurzało i byłam już gotowa, żeby wracać do domu. Wieczorem dostałam puchar od staffu za entuzjazm i nagrodę od Sabbsów za to, że wytrzymałam z nimi te 5 dni :) Przed snem pooglądałam trochę"Troję" w telewizji  i porozmawiałam z chłopakami :)

W piątek obudzili mnie o 8:10, więc wzięłam kąpiel, spakowałam się, zjadłam śniadanie i zapakowaliśmy się wszyscy do minibusa. Wyjechaliśmy z Centre Parks około 10:00, po drodze zatrzymując się na stacji benzynowej i w pracy byliśmy o 13:00. Wypakowaliśmy rzeczy, a potem poszłam do biblioteki i okazało się, że nadal nie mają filmu Godarda, więc chyba będę musiała go ściągnąć z sieci. W domu, zjadłam jajecznicę, usiadłam do komputera, a potem zdrzemnęłam się do 17:15. Na 18:00 poszłam z Nancy na Salsę Aerobik. Potem wróciłam do domu się przebrać i na 20:00 poszłam na dworzec, żeby się z nią pożegnać. Później poszłam z Arnoldem do Tesco, gdzie doszła do nas Susana i poszliśmy do 1in12. Tam doszła do nas Hiszpanka i jej koleżanka z siostrą, a potem Krystian i kolega Lucasa. Pograliśmy w bilard do północy, a potem wróciliśmy do domu, zahaczając o Deliusa, gdzie spotkaliśmy znajomych.

  
Rzadki widok - ja w sportowych ciuchach i w kasku oraz sianiak, jakie mi został po strzelaniu z łuku :)

Wczoraj obudziłam się sama przed 11:00, więc usiadłam do komputer, a potem zdrzemnęłam się do 14:00. W końcu wstałam i wzięłam prysznic. Jak mnie nie było, ktoś się wprowadził do pokoju na górze. Słyszałam jakieś głosy dwóch chłopaków i dziewczyny mówiących po polsku. Wyszłam z domu i pojechałam do sklepow po make up, kartkę na Naming Day i jedzenie. Wróciłam do domu i poszłam z laptopem do łóżka :) Obejrzałam do końca wszystkie odcinki trzynastego sezonu "South Parku" i odpisałam na zalegld maile. Poćwiczyłam też układ taneczny przed niedzielnym flashmobem. W końcu postanowiłam pójść wcześniej spać, ale Polka, która się do nas sprowadziła najwyraźniej zrobiła parapetówę, bo
przynajmniej do 2:00 w nocy, jak zasypiałam, słyszałam że siedzieli i pili u niej znajomi.

Dzisiaj wstałam po 10:00, wzięłam prysznic i poszłam na dworzec, ale spóźniłam się chwilę na pociąg do Leeds. Pojechałam więc następnym, prosto na spotkanie z organizatorami flashmobu. Sarah też tam była i poszłam z nią potem na Food Festival, a później wróciłyśmy na miejsce zbiórki. Po 13:00 wzięłyśmy udział we flashmobie i było to bardzo fajne doświadczenie. Jak tylko skończyłyśmy tańczyć poszłam od razu na dworzec i pojechałam na Uroczystość Nadania Imienia synkowi mojej koleżanki z pracy. Ale nie siedziałam zbyt długo, bo było tam za dużo ludzi z roboty :) Poza tym umówiłam się z Wanyu w polskiej restuaracji. Po obiedzie poszłam do domu i położyłam się z laptopem do łóżka. Nie mogę się doczekać filmu z tego flashmobu! Podobno fimowali nas z ośmiu kamer! Świetna zabawa! :)

<br /><font size="2"><span style="font-family: times new roman,times,serif;">Dołączyłam około 1:45 :) </span></font><font size="2"><span style="font-family: times new roman,times,serif;">Niestety, nie widać mnie, bo jestem z tyłu po prawej stronie :) </span></font><br /></body> </html>

Dołączyłam około 1:45, ale niestety mnie nie widać, bo jestem po prawej stronie z tyłu :)