Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 28 lipca 2013
Pick Up Service :)

649.

W poniedziałek wstałam po 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. O 17:00 wyszłam i poszłam z koleżanką z pracy pozbierać owoce, które rosną na kampusie, czyli głównie czarną porzeczkę i agrest, ale trafiło mi się też kilka poziomek i malin :) Na 18:00 poszłam na pokaz filmu "Lincoln" Stevena Spielberga w ramach BSC i w trakcie seansu zjadłam ponad połowę pojemnika owoców, ale więcej nie dałam rady :) Film średnio mi się podobał, bo był za bardzo napuszony :) Dochodziła 21:00, więc zamiast na salsę poszłam do domu i dalej spisywałam mój wywiad z Jerzym Stuhrem. Acha, tego dnia wszystkie gazety i portale trąbiły o tym, że urodziło się dziecko. Jakby się codzień dzieci nie rodziły! We wtorek wstałam o 8:00, wzięłam prysznic i podjechałam do pracy na 9:00 Free Busem jeden przystanek, bo trochę padało :) Na 12:00 poszłam na Pilates i trochę się zdrzemnęłam, ale ktoś zaczął kaszleć i się obudziłam :) Po pracy poszłam do Morrisona na zakupy. Wróciłam do domu po 18:00 i przeczytałam na laptopie cztery rozdziały książki "Catch 22" (Paragraf 22) Josepha Hellera w PDFie, po angielsku, a potem skończyłam spisywać wywiad ze Stuhrem do końca! Spać poszłam po północy.

  
Daniel Day Lewis jako Abraham Lincoln i jedna z okładek super książki "Catch 22" Josepha Hellera.

W środę wstałam jak zwykle koło 8:00, wzięlam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy, po drodze wchodząc do sklepu po banany i wodę. O 12:30 szf zarządził, że obchodzimy Ice Cream Day, więc kupił każdemu loda i przez pół godziny gadaliśmy zamiast pracować :) Przed 17:00 przyszedł Paul, żeby pożyczyć ode mnie 6 filmów na DVD, które pokażę na tegorocznej trzeciej już edycji mojego festiwalu. Po 17:30 przyszła moja uczennica, a Paul się pożegnał i poszedł. Poszłyśmy ze studentką na górę na kolejną lekcję polskiego. Skończyłyśmy po 19:00 i po drodze do domu weszłam do sklepu po hummus. Przeczytałam piąty rozdział książki "Catch 22" i poszłam spać po 23:30. Acha, dziecku nadali imię po moim bracie - George czyli Jerzy :) W czwartek wstałam znów po 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. Jak wychodziłam o 17:00 to lekko padało, więc wzięłam parasolkę i podjechałam Free Busem do polskiego sklepu po zupy i sok cytrynowy. Potem wróciłam Free Busem do domu, a o 19:00 poszłam do centrum spotkać się ze znajomą z Portugalii, którą poznałam kiedyś na Kółku Francuskim. Najpierw siedziałyśmy na ławce koło Mirror Pool, a potem poszłyśmy do pubu "Goose", gdzie wieki nie byłam i siedziałyśmy tam prawie do 21:00. Pożegnałam się z nią, ale przy fontannie spotkałam jeszcze znajomego i posiedziałam z nim na ławce do 21:00. Wreszcie wróciłam do domu i poszłam wcześniej spać.

W piątek były moje imieniny. Obudziłam się po 6:00 i już nie mogłam zasnąć. O 8:00 wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Zaczął się nasz Pick Up Service i myślalam, że będę musiała jechać z szefową na lotnisko, ale na szczęście znajomy zgłosił się na ochotnika :) O 16:45 szefowa znów zarządziła, że wychodzimy wcześniej z pracy, więc mimo iż weszłam po drodze do sklepu, to byłam w domu już o 17:00. Najpierw coś zjadłam i trochę odpoczęłam, a potem się umalowałam, uczesałam i ubrałam na wieczorną imprezę. O 19:00 spotkałam się na dole ze znajomą z salsy, która pomogła mi się miesiąc temu przeprowadzić i poszłyśmy do Restauracji Cyrus. Tam zamówiłyśmy na spółkę butelkę różowego wina i rozmawiałyśmy o tym, jak trafiłyśmy do Anglii :) Pół godziny później doszła do nas Ala, a znajoma poszła na dworzec po swoją koleżankę, która przyjeżdżała z Chester na imprezę wieczorem. Po jej wyjściu zamówiłyśmy z Alą jedzenie. Wkrótce znajoma wróciła z koleżanką i też coś zamówiły. Na koniec doszła Kasia, ale tylko się z nami napiła. Znajoma z salsy z koleżanką pojechały jeszcze do domu się przebrać, a my wsiadłyśmy po 22:00 w Ali samochód i podwiozłyśmy Kasię na dworzec, bo nie zdecydowała się iść z nami na imprezę, a same pojechałyśmy na My Salsa My Soul. Potańczyłam sobie do 3:00 i było bardzo miło, a potem Ala podrzuciła mnie do domu i przed 4:00 poszłam wreszcie spać.

W sobotę po 8:00 obudził mnie SMS od szefowej w sprawie Pick Up Service. Wstałam więc, wzięłam prysznic i po 9:00 dotarłam do Richmond Building. Samochód już tam stał, ale jak poszłam do recepcji po kluczyki, okazało się, że szefowa jeszcze ich nie oddała! Poszłam do ubikacji, a jednocześnie próbowałam się umówić z Paulem. Jak wracałam do recepcji usłyszałam głos szefowej, więc się schowałam i poczekałam aż pójdzie. Miałam jechać na lotnisko dopiero na 12:00, ale umówiłam się z Paulem, że pojedziemy do Malham! :) Jak wreszcie ruszyliśmy była już 9:30, więc stwierdziłam, że się nie wyrobimy i zamiast tego pojechaliśmy do Bolton Abbey, bo jest bliżej. Zgubuliśmy się jednak i zajechaliśmy tam dopiero przed 11:00! W dodatku musieliśmy zapłacić za parking 7 funtów za cały dzień! Pobiegliśmy pod Abbey i Paul poszedł robić zdjęcia, a ja przeszłam po kamieniach przez rzeczkę :) Pogoda była śliczna, więc zaproponowałam mu, żeby został, a ja pojadę na lotnisko, a potem po niego wrócę. Tak też zrobiliśmy. Zgubiłam się trochę i na lotnisko dojechałam dopiero na 12:05 i okazało się, że student juz czeka, bo jego samolot wylądował 40 minut przed czasem! :) Zabrałam go więc od razu do samochodu i pojechaliśmy pod Richmond Building. Tam czekali już na nas wolontariusze z Hello Bratfoot, którzy się nim zajęli. Poszłam tylko szybko do ubikacji i wsiadłam znów w samochód :)

  
Szary Ford Galaxy (taki jak nasz) oraz ruiny Bolton Abbey i kamienie, po których wreszcie przeszłam!

Pojechałam z powrotem do Bolton Abbey, ale zaczęło strasznie lać, więc wszyscy jechali dużo wolniej i zanim tam dotarłam było tuż po 13:00. Po drodze wymieniałam SMSy z koleżanką z pracy, z którą miałam w tym czasie
jechać na zakupy do Tesco i z szefową, która pytała jak mi idzie i jak mi się prowadzi tego 7-osobowego Forda Galaxy, którego wynajęłyśmy na ten weekend :) Na miejscu na szczęście nie padało, więc Paul nie zmókł. Wsiadł i od razu pojechaliśmy na lotnisko :) Dotarliśmy tam na 14:50, czyli dokładnie w momencie, kiedy miał lądować nasz student, ale niestety jego lot był opóźniony 15 minut, więc zanim wyszedł dochodziła 15:30. Zawieźliśmy go pod Richmond Building i oddaliśmy w ręce wolontariuszy :) Paul poszedł do domu, a ja postanowiłam pojechać jeszcze na zakupy do Tesco :) Zawiozłam je do domu i podjechałam jeszcze na stację beznzynową i napełniłam bak za prawie 30 funtów, bo wyjeździliśmy 1/4 i głupio mi było, żeby firma za to płaciła. Ale jak dojechałam o 17:00 na parking, żeby zostawić już samochód, doszłam do wniosku, że mam jeszcze czas i nadmiar benzyny, więc znowu ruszyłam i pojechałam do Baildon :) Jana i Sue nie było niestety w domu, a kierowca, który miał przejąć samochód po mnie już dzwonił z pytaniem gdzie jestem, wiec wróciłam i o 18:00 oddałam mu kluczyki :) Wróciłam wyczerpana do domu i zjadłam coś, bo od rana byłam tylko na wodzie :)

Policzyłam, że najpierw w piątek nie spałam prawie 22 godziny pod rząd, potem przespałam się zaledwie 4 godziny i później przez jakieś osiem godzin jeździłam prawie non stop samochodem! :) Oczywiście nie mogłam mimo to od razu zasnąć i usiadłam do Internetu :) Zmogło mnie dopiero o 21:00, więc się zdrzemnęłam, ale obudziłam się znów po północy. Napiłem się czegoś, chwilę poczytałam i poszłam wreszcie dalej spać. W niedzielę po 8:00 obudził mnie SMS od o2, czyli mojej sieci! Oczywiście znów nie mogłam po tym zasnąć i zdenerwowana weszłam na ich stronę i napisałam, że jak mi jeszcze raz wyślą SMS w weekend przed południem, to zmienię operatora! Przeprosili i powiedzieli, że nie będę mi wysyłać więcej żadnych promocji. Później porozmawiałam z bratem przez Skype'a i zdrzemnęłam się trochę :) Zaczęłam znów pracować nad moją pracą doktorską, a potem porozmawiałam chwilę z rodziną przez Skype'a. Ale laptop mi się coraz bardziej psuje i prawie wcale mnie nie słyszą, więc nie dało się pogadać. Dobiłam do 51 stron i 18.800 słów. To wciąż za mało, ale miałam dość i po 23:00 poszłam spać.
poniedziałek, 22 lipca 2013
Cow and Calf oraz Sandringham

648.

W poniedziałek wstałam po 9:00, bo szłam znów do pracy na 10:00, wzięłam prysznic, a potem po drodze do pracy weszłam jeszcze do sklepu, więc spóźniłam się parę minut, ale nikt nic nie powiedział. Jakaś babka zrobiła mi zdjęcie na naszą nową stronę internetową, ale nie wyszłam na nim najlepiej. Zadzwoniłam jeszcze raz do tej firmy w Londynie, która oferuje pomoc w organizowaniu wycieczek zagranicznych dla studentów i po lunchu nareszcie babka do mnie oddzwoniła. Powiedziała, że przygotuje kosztorys i wyśle mi go jak najszybciej, byłam więc bardzo zadowolona z naszej rozmowy. Na 18:00 poszłam znów na zebranie Sabbów, ale tym razem było mniej przyjemnie :) W dodatku nie wyrobili się do 18:00, choć zapowiedziałam im, że muszę tym razem wyjść o czasie. Przez okno zobaczyłam już Paula, który przyszedł na film, więc 5 minut po 18:00 wyszłam z zebrania i poszłam na pokaz "Zero Dark Thirty" (Wróc numer jeden) Kathryn Bigelow w ramach BSC. Mogłam zostać dłużej na zebraniu, bo film się zaczął dopiero 15 po, a skończył się o 21:00! Nie poszłam więc już na salsę, tylko wyszłam z Paulem i porozmawialiśmy trochę o filmie. Był bardzo dobrze zrobiony, ale nie zgadzałam się z nim ideowo, a poza tym "Hurt Locker" (W pułapce wojny) tej samej reżyserki bardziej mi się podobał. Wróciłam do domu i usiadłam do Internetu, aż w końcu padłam i po 23:00 poszłam spać.

  
Jessica Chastain oraz Kyle Chandler i Jason Clarke w błędnym ideowo filmie "Zero Dark Thirty" :)

We wtorek wstałam po 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Był to pierwszy dzień Graduation i absolwenci mieli wyjątkowe szczęście, bo pogoda była prześliczna. Na 12:00 poszłam na Pilates, ale za bardzo się nie wysilałam, tylko się zdrzemnęłam :) Potem wróciłam do pracy i jakoś dotrwałam do 17:00. Wsiadłam we Free Busa i podjechałam do Morrisona na zakupy, a później wróciłam do domu i zamiast pójść zrobić pranie, jak wcześniej zaplanowałam, zaczęłam spisywać wywiad z Jerzy Stuhrem, który przeprowadziłam w czwartek 13-ego czerwca tego roku w Krakowie. Załamałem się faktem, że nie odpowiadał na pytania, które mu zadawałam, tylko gadał sobie a muzom! No cóż, będę musiała coś z tego wycisnąć. Chociaż teraz wygląda na to, że może z tego całego mojego doktoratu nic nie wyjdzie... Okazało się bowiem, że na 3 miesiące - a w jednym miejscu się doczytałam, że nawet na 6 miesięcy przed złożeniem pracy trzeba złożyć jej tytuł do akceptacji! Czyli powinnam była to zrobić przed 1 lipca, skoro chcę się wyrobić przed deadlinem 1 października. No cóż, najwyżej nie załapię się na Graduation w grudniu tego roku, tylko w lipcu przyszłego. A to będzie prawdpodobnie oznaczało, że nie będę mogła na nie przylecieć. Ale tytuł jest ważniejszy niż Graduation. Zresztą na razie pisanie nie idzie mi za dobrze, więc trochę więcej czasu się przyda. Spać poszłam po północy.

W środę wstałam tuż po 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Odezwała się do mnie Ala i spytała czy żyję, więc odpisałam, że planuję iść na My Salsa My Soul 26 lipca, bo to moje imieniny i zaproponowałam, żebyśmy się wcześniej spotkały. Napisałam więc na Facebooku do niej i do Kasi i umowiłyśmy się na przyszły piątek, że pójdziemy wcześniej coś zjeść, a potem prosto na imprezę. O 11:00 poszłam na zebranie z moją szefową i
głównym szefem, który był pod wrażeniem mojej organizacji wycieczek. Zobaczymy jeszcze, co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że zanim polecę na stałe do Stanów uda mi się jeszcze zobaczyć Brukselę i Bruges, a być może po raz ostatni Paryż :) Po lunchu zabrałam się za spisywanie notatek z poniedziałkowego zebrania, ale nie udało mi się skończyć, bo już dochodziła 17:00, więc wyszłam i poszłam do na nowo otwartego Love Apple, bo doczytałam się w Internecie, że mają tam wegetariańskie jedzenie. Okazało się jednak, że kiedyś rzeczywiście mieli, ale teraz jest tam tylko klub. Wróciłam więc do domu, zjadłam coś i zasnęłam nad komputerem. Obudziłam się po 19:00 i wkrótce zadzwonił Jan, żeby się umówić nazajutrz na wycieczkę do Ilkley i Cow and Calf. Zaproponował, żebym przyjechała z Paulem do nich i żebyśmy stamtąd pojechali do Ilkley, a potem poszli gdzieś na Fish and Chips. Napisałam więc maila do Paula. Spać poszłam znów po północy.

W czwartek wstałam o 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. W sobotę mieliśmy jechać do Sandringham dwoma autokarami, ale jeden odwołaliśmy i nadal mieliśmy problemy z zapełnieniem drugiego. W sumie sprzedaliśmy 11 biletów, zamieniłyśmy więc z szefową autokar na minibusa z 16 siedzeniami, bo z nami było około 15 osób. Poszłam na krótszy lunch, a za to wyszłam 15 minut wcześniej z pracy. Wsiadłam we Free Busa, który akurat przyjechał i podjechałam na Interchange. Tam się spotkałam z Paulem, wsiedliśmy w 626 i pojechaliśmy do Baildon. Po drodze spytałam go, czy chce jechać w sobotę do Sandringham za darmo, bo się okazało że mogę zabrać ze sobą jedną osobę bezpłatnie. Nie bylibyśmy jednak helperami i nie dostalibyśmy pieniędzy na jedzenie. Powiedział, że nie miał żadnych planów na weekend i chętnie się wybierze. Wysiedliśmy w centrum Baildon i doszliśmy piechotką do Jana i Sue. Napiliśmy się czegoś w ogródku, a potem zabrali nas na skałki Cow and Calf. Weszliśmy na tą większą, czyli na krowę i porobiliśmy zdjęcia. Potem przejechaliśmy się jeszcze po Ilkley, a na koniec zabrali nas do Websters na fish and chips, ale ja zjadłam tam wielką i bardzo dobrą sałtkę z łososiem i krewetkami :) W końcu odwieźli nas do domu, ale ja zamiast iść do łóżka obejrzałam niby że przemycony z Korei Północnej film dokumentalny "Propaganda", więc poszłam spać po 1:30.

  
Cow and Calf w Ilkley oraz plakat do świetnego para-dokumentu "Propaganda" Slavka Martinova.

W piątek wstałam o 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Po drodze niepotrzebnie zareagowałam na zaczepkę jakiejś podejrzanej panny i całe szczęście, że mnie nie pobiła, tylko zwyzywała! :) Krzyczała coś za mną, ale się nawet nie odwracałam, tylko szłam dalej. Któregoś dnia nie dotrę do pracy, bo ktoś mi wleje za ten mój niewyparzony język! :) Na szczęście na poprawę humoru szefowa powiedziała, że dostanę 40 funtów na wydatki dla mnie i mojego gościa, czyli po 20 na głowę, bo i tak będziemy musieli nieźle dopłacić do tej wycieczki do Sandringham. Ale przez to, że podjełyśmy słuszną decyzję, żeby odwołać jeden autokar, to stracimy na tym wyjeździe tylko 400 funtów, a nie ponad 1000! :) Pomyślałam, że nic nie powiem o tym Paulowi aż do soboty rano, że nie tylko jedzie za darmo, ale i dostanie jeszcze kasę na jedzenie :) O 16:30 szefowa stwierdziła, że już wychodzimy z pracy, bo ona ma dość, a ja muszę nazajutrz wstać o 6:00! :) Podjechałam więc do Morrisona na zakupy i nakupowałam na spróbowanie jakiś dziwnych rzeczy, typu jogurt bez mleka czy krakersy bez glutenu i mąki. A potem wróciłam do domu z mocnym postanowieniem, że skończę przepisywać wywiad ze Stuhrem, ale zamiast tego coś mnie naszło i zaczęłam oglądać fragmenty serialu "Moonlighting" (Na wariackich papierach) na Youtubie i nawet nie wiem kiedy zrobiła się 23:00, więc poszłam spać :)

W sobotę wstałam o 6:00 jak zadzwonił budzik, wzięłam prysznic i poszłam pod uniwerek, po drodze wchodząc do Sainsbury po banany i wodę. Wkrótce przyszli pozostali, wsiedliśmy do 16-osobowego minibusa i pojechaliśmy do Sandringham, po drodze zatrzymując się na coś do jedzenia. Paul kupił sobie Steak and Ale Pie, a ja napiłam się herbaty. Całą drogę rozmawialiśmy o różnych religiach i o ludzkości :) W końcu dojechaliśmy do Sandringham i poszliśmy zwiedzać :) Zaczęliśmy od kościoła, potem poszliśmy do pałacu i ogrodu, aż zgłodnieliśmy i poszliśmy do restauracji na obiad. Tam przypadkiem wylałam na niego herbatę! Na szczęście szybko wysechł :) Po obiedzie poszliśmy do muzeum i na spacer, aż w końcu położyliśmy się na trawie na drzemkę :) O 17:00 ruszyliśmy w drogę powrotną, po drodze znów zatrzymując się na krótką przerwę. Do Bratfoot dotarliśmy przed 20:30 i Paul zaproponował, żebyśmy poszli do kina. Poszliśmy więc do Media Museum na średni, ale zabawny film Sofii Coppolii "The
Bling Ring". Po filmie zaproponowałam, żebyśmy się przeszli do Little Germany na imprezę, na którą zaprosił mnie znajomy fryzjer, który czesał nas w czasie naszego pokazu mody :) Napiłam się soku i zjadłam trochę orzeszkow i owoców, ale nie siedziliśmy długo, bo Paul chciał już iść, a ja też byłam zmęczona. W domu byłam po 23:30 i usiadłam do komputera, ale szybko zmógł mnie sen.

  
Zdjęcia Paula z Sandringham: dom królowej, w którym spędza co roku Boże Narodzenie oraz ogród.

W niedzielę obudził mnie dopiero budzik o 11:00 i usiadłam do komputera, ale zamiast zacząć pisać, zajrzałam najpierw na maila i na Facebooka. Tam znalazłam link do skeczu Davida Mitchella i Roberta Webba, który jak się okazało pochodził z ich programu "That Mitchell and Webb Look". Zaczęłam oglądać pierwszy sezon i zanim się obejrzałam, dochodziła północ i skończyłam oglądać sezon czwarty! Nie miałam jakoś motywacji do pisania, skoro nie miałam akceptacji tytułu, a formularz utknął gdzieś w Media School. Jeśli nie uda mi się go szybko dostarczyć do The Hub, to nie załapię się na deadline 1 października. A wtedy to już w ogóle nie muszę się spieszyć z pisaniem i mogę oddać pracę kiedy chcę. Poza tym prawdę mówiąc w ogóle mam wątpliwości co do tego doktoratu. Skoro nie chcę być akademikiem, to po co mi on? Zamiast pomóc mi znaleźć moją wymarzoną pracę, może być przeszkodą! Może się okazać, że mam za wysokie kwalifikacje i nikt nie będzie chciał mnie zatrudnić? Poza tym cały ten wyjazd do Ameryki zaczyna mnie trochę przerażać. Nie zgadzam się zupełnie z polityką tego kraju i nie wiem, czy będę chciała tam zostać. Myślę, że zapytam w pracy, czy dadzą mi roczny urlop bezpłatny i zobaczę, co się wydarzy.
Tu przynajmniej ludzie nie posiadają legalnie broni! Może wystarczy mi rok, na to żeby zwiedzić te stany, w których jeszcze nie byłam i wrócić do Anglii? Po 24:00 poszłam spać.

  
Emma Watson w środku i pozostali aktorzy z filmu "Bling Ring" oraz "That Mitchell and Webb Look".
poniedziałek, 15 lipca 2013
Trylogia Richarda Linklatera

647.

W poniedziałek wstałam po 8:30 i udało mi się wziąć prysznic :) Do pracy poszłam wyjątkowo na 10:00, bo szef mnie prosił, żebym została do 18:00 i robiła notatki na zebraniu Sabbów od 16:00 do 18:00. Poszłam siedzieć w Advice Centre, bo doradczyni wizowa zażyczyła sobie od 8 lipca pomocy. Okazało się jednak, że na razie nie ma zbyt dużego ruchu, więc miałam czas posiedzieć nad moimi wypocinami :) O 13:30 poszłam na lunch, a potem o 16:00 na to zebranie. Skończyło się 15 minut po 18:00, może dlatego że w połowie poszli sobie robić zdjęcia! :D Ale ogólnie była bardzo miła atmosfera, która zwykle z biegiem czasu zamienia się w coraz gęstszą - tak to już jest co roku z Sabatical Officers :) Wyszłam z pracy i najpierw poszłam do biblioteki sprawdzić parę rzeczy do mojego doktoraru. Po wyjściu z budynku spotkałam najzdolniejszego znajomego z kursu Kreatywnego Pisania, z kórym zawsze się zagaduję :) I tak było tym razem - staliśmy i gadaliśmy, aż zobaczyłam że jest już po 20:00 i muszę iść na salsę! :) Dotarłam na czas i po lekcji zostałam na potańcówce, bo bardzo dobrze mi się tańczyło. Gorzej było z powrotem do domu, bo nie czułam się zbyt bezpiecznie sama na ulicach. Dotarłam do domu o 23:00 i zamiast iść od razu spać usiadłam do Internetu. Do łóżka poszłam po 24:00.

We wtorek wstałam o 7:45 i wzięłam prysznic, a potem poszłam na 9:00 do pracy. Siedziałam znów w Advice Centre i spisywałam notatki z zebrania Sabbów poprzedniego dnia. O 12:00 poszłam na Pilates i trochę się zdrzemnęłam :) A potem kupiłam zupę w naszej kawiarni, bo mikrofalówka się zepsuła i nie mogłam odgrzać zupy w puszce, którą miałam w szafce :) Wyszłam na zewnątrz, bo pogoda nadal była piękna i usiadłam na ławce na amfiteatrze. Po lunchu dokończyłam notatki i rozesłałam je, po czym zabrałam się za zbieranie informacji na temat Blackpool Illumination i Bingley Bonfire Night, bo po 16:00 miałam zebranie z kolegą z pracy, z którym organizuję te dwie wycieczki. Wyszłam przed 17:00 i usiadłam ze znajomym od strony Internetowej koło recepcji, żeby omówić z nim szczegóły naszej współpracy. O 18:00 byłam już w domu i zdrzemnęłam się trochę, bo mnie zmogło - chyba z powodu tego upału! :) Wstałam po 19:45 i poszłam do Muzeum Mediów na 20:00 spotkać się z trzema osobami z Leeds Movie Fans Meetup Group. Atmosfera była trochę drętwa, bo się nie znaliśmy i wygladało to trochę jak podwójna randka w ciemno :) Na szczęście film "Before Midnight" (Przed północą) wkrótce się zaczął i tak mnie wciągnął, że zapomniałam całkiem o ich obecności :) Polecam go wszystkim, którzy widzieli 2 pierwsze cześci. Po filmie pożegnałam się i poszłam prosto do domu. Zabrałam się za pisanie tekstów na tą stronę znajomego i okazało się, że całkiem nieźle mi idzie. Skończyłam przed 1:00 i poszłam spać.

  
Ethan Hawke i Julie Delpy w "Before Midnight" oraz na zdjęciach ze wszystkich trzech części trylogii.

W środę wstałam po 7:45 i wzięłam prysznic, a potem poszłam na 10:00 do pracy. Siedziałam na recepcji i zajmowałam się planowaniem wycieczek do Blackpool na Illumination i do Bingley na Bonfire Night. Doradczyni wizowa przyniosła mi też folder firmy, która organizuje wycieczki zagraniczne dla studentów. Zaczęłam już planować wyjazd do Paryża i do Belgii (Bruksela i Bruges :), a potem poszłam na lunch. Później próbowałam wysłać maila do studentów na temat naszej wycieczki do domu królowej w Sandringham, na którą jedziemy w przyszłą sobotę, a na którą nie sprzedaliśmy jeszcze ani jednego biletu :) Na moim komputerze jednak wciąż wyskakiwał jakiś błąd. Spróbowałyśmy więc z szefową wysłać go z jej komputera i się udało. Przed 17:00 przyszła jedna ze studentek, której pomaga nasza doradczyni akademicka i przyniosła szampana i truskawki, żeby uczcić przeprowadzkę Advice Centre za Recepcję, bliżej Union :) Tymczasem minęła 17:00, a ja nadal wysyłałam tego maila! :) Skończyłam tuż przed 17:30, a potem spotkałam się z moja uczennicą na kolejną lekcję polskiego. Skończyłyśmy po 19:00 i poszłam do domu po pieniądze, a potem do mojego nowego landlorda, żeby wreszcie mu zapłacić za lipiec :) A potem wróciłam do siebie, usiadłam do Internetu i po 23:30 poszłam spać.

W czwartek rano obudziłam się sama, przekonana, że jest przed 8:00, bo budzik jeszcze nie dzwonił. Postanowiłam jednak sprawdzić, która jest godzina, ale okazało się, że w komórce padła mi bateria! Zerwałam się z łóżka i włączyłam komputer, żeby zobaczyś, która jest. Dochodziła 10:00! Wzięłam szybko prysznic i na 10:30 dotarłam do pracy. Mimo półtora godzinego spóźnienia o 12:30 poszłam na Nature Trail, czyli wycieczkę po kampusie, w trakcie której panowie z Estates pokazali nam, gdzie co rośnie, ule pszczele, maszynę do robienia kompostu i wiele innych rzeczy, koło których przechodziłam i nigdy ich nie widziałam! Dowiedziałam się, że można sobie przyjść i nazbierać owoców i że mają zapas miodu! Wróciłam do pracy po 13:40, a wyszłam przed 17:00, nie napracowałam się więc za bardzo :) Podeszłam na pocztę, a potem do Sainsbury i zapłaciłam wreszcie zaległe niecałe 2 funty za Council Tax i spłaciłam wreszcie moje mieszkanie. Zwrócili mi też kaucję, więc mogę uznać sprawę za zamknietą. Potem podjechałam Free Busem do Morrisona i zrobiłam zakupy. Wróciłam do domu po 18:00 i usiadłam do Internetu. Obejrzałam super dokument "Miss Representation" i po północy poszłam spać.

  
Nature trail, czyli "szlak natury" oraz plakat do filmu "Miss Representation" Jennifer Siebel Newsom.

W piątek wstałam po 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam się spotkać z szefową pod sklepem z meblami biurowymi, bo potrzebne są nam nowe krzeslo i biurko
dla mnie :) Obejrzałyśmy co mają, popytałyśmy o ceny i poszłyśmy do pracy. O 11:00 miałyśmy zebranie w sprawie Pick Up Service i przyszłych wycieczek. Potem zadzwoniłam do babki, które miało nam pomóc zorganizować wycieczkę do Belgii (Bruksela i Bruges) w listopadzie, ale była na jakimś zebraniu i miała do mnie oddzwonić. Na 13:30 poszłam do lekarki po nową receptę na jakiś żel na twarz, bo stary przestali produkować :) Wróciłam do pracy i przed 17:00 spytałam szefową, czy możemy już iść :) Przeszłam się po kampusie i narwałam sobie agrestu i czarnej porzeczki, a potem położyłam się na trawie i zjadłam wszystko :) Myślałam cały czas o Nature Trail poprzedniego dnia i o tym, że jeden z ogodników jest trochę upośledzony, ale widać, że ta praca sprawia my przyjemność. Wzruszajace. Zdrzemnęłam się do 18:00, a potem weszłam do sklepu po parę rzeczy do jedzenia. Później wróciłam do domu i usiadłam do Internetu. Wysłałam parę aplikacji o pracę i zaproszeń na LinkedIn, aż w końcu po 1:00 poszłam spać.

W sobotę obudziłam się około 10:00, ale zamiast pisać cały dzień spędziłam na Youtubie oglądając najpierw japońskie reklamy z Tommy Lee Jonesem, potem fragmenty trylogii "Before Sunrise", "Before Sunset" i "Before Midnight", a później programy Russella Branda! :) W końcu po 3:00 poszłam spać i w niedzielę obudziłam się po 11:00. Wzięłam prysznic i przed 14:00 wyszłam z domu. Poszłam na spacer i do sklepu, a potem położyłam się na pół godziny na trawce koło fontanny w centrum. Wróciłam do domu po 15:00 i zabrałam się za pisanie. Napisałam ponad pół strony :) O 19:00 wyszłam znów i poszłam na Centenary Square na koncert La La and the Boo Ya, prawdopodobnie po raz ostatni. Grał już jakiś zespół, a oni wyszli na scenę dopiero tuż przed 20:00. Wtedy zaczęli się pod nią schodzić znajomi, których dawno nie widziałam :) Też podeszłam pod scenę i zaczęłam śpiewać i tanczyć do piosenek LL&TBY :) Koncert skończył się o 20:30 i porozmawiałam chwilę ze znajomy z kursu Kreatywnego Pisania, a potem poszłam do Tesco po jeszcze parę rzeczy do jedzenia. Wróciłam do domu i usiadłam znów do pisania. Dobiłam do półtorej strony i po 1:30 poszłam wreszcie spać.

  
Charyzmatyczny Russell Brand oraz duet La La & the Boo Ya założony przez siostrę i brata z Bratfoot.
poniedziałek, 08 lipca 2013
Po przeprowadzce

646.

W poniedziałek nie poszłam w ogóle do pracy. Wstałam o 7:30 i zabrałam się za sprzątanie mieszkania. Poszłam też spisać liczniki i sprawdzić skrzynkę na listy. Przyszła akurat moja nowa karta do bankomatu oraz koperta z BT do odesłania im rootera :) Na dole spotkałam faceta z agencji i razem pojechaliśmy na górę. Porobił parę zdjęć i powiedział, że wszystko jest w porządku i że prześlą mi bond na konto, po czym wychodząc wyłączył w całym domu prąd! Dotarło do mnie, że sąsiadka i tak nie będzie więc mogła korzystać z rootera, którego zostawiłam schowanego za sofą! Zapasowe klucze do mieszkania miałam w pracy, postanowiłam więc, że wrócę po niego nazajutrz. Podjechałam z tobołami Free Busem do mojego nowego domu i zaczęłam się rozpakowaywać. Oczywiście nie miałam już siły dokładnie posprzątać pokoju i potem miałam cały czas wrażenie, że w powietrzu unosił się kurz! W dodatku nie mogłam rozpracować ogrzewania i gorącej wody. Wyrzuciłam część rzeczy, bo doszłam do wniosku, że nie będą mi potrzebne i podjechałam do sklepu po jedzenie. Zrobiłam sobie minikuchnię w pokoju, bo z tej wspólnej nie mam zamiaru korzystać i zjadłam coś, a potem poszłam się zdrzemnąć :) Wstałam po 19:30 i zebrałam się na salsę, a potem znajoma podwiozła mnie do domu i po północy poszłam spać.

We wtorek obudziłam się nad ranem i już nie mogłam zasnąć. Wstałam przed 7:00 i podjechałam na 8:00 na masaż. Parę minut się spóźniłam, do pracy więc też dotarłam parę minut po 9:00, ale nikt nic nie zauważył. Za pick up z lotniska Leeds Bratfoot w sobotę dodałam sobie półtorej godziny nadgodzin, a za Manchester w niedzielę 6 i pół, więc w sumie miałam osiem godzin nadgodzin, z czego 7 godzin i 15 minut wykorzystałam nie przychodząc poprzedniego dnia do pracy :) Zapomniałam zabrać spodenek, więc babki z Finansów pożyczyły mi na Pilates spodnie sportowe, które sprzedajemy :) Ćwiczyłam więc z metką schowaną do środka, a potem im je oddałam :) Po 17:00 zostałam i czekałam do 17:30 na moją studentkę, a potem zabrałam ją do jednego z Seminar Rooms i do 19:00 miałyśmy lekcję polskiego, zarobiłam więc 20 funtow ekstra :) Jak wyszłam, to spotkałam Paula i zaproponowałam, żebyśmy gdzieś nazajutrz pojechali, bo wiedziałam, że będę miała minibusa :) A potem wróciłam do domu, zjadłam coś i wzięłam prysznic. Okazało się, że muszę trochę poczekać, żeby gorąca woda dotarła na najwyższe piętro i że najlepiej unikać brania prysznica rano i wieczorem, jak wszyscy na raz chcą się umyć :) Udało mi się zatem wreszcie umyć, ale temperatura wody i ciśnienie były dość zmienne. No cóż, będę się musiała jakoś przyzwyczaić... Nie pamiętałam hasła do Internetu, poszłam więc wcześniej spać :)

W środę wstałam o 8:00, zebrałam się i o 9:00 wsiadłam pod Muzeum Mediów w taksówkę. Podjechałam do Arrow Self Drive po minibusa Ford Transit z 9 siedzieniami i pojechałam nim do pracy, żeby zabrać osiem osób do Lake District. Udało się nam wyruszyć tuż po 10:00 i po 12:00 byliśmy już w Ableside. Spotkaliśmy się z resztą ludzi i w sumie było nas 15 osób. Podjechaliśmy do portu i zjedliśmy tam lunch, a potem przed 14:00 wsiedliśmy na stateczek i popłynęliśmy do Bowness. Tam mieliśmy godzinę wolnego, w czasie której przeszłam się po miasteczku z jedną z doradczyń i zjadłam dwa lody, bo wyszło słońce, a nie pamiętałam już kiedy ostatnio jadłam loda w waflu na słoneczku :) Po 15:30 wsiedliśmy znów na statek i popłynęliśmy z powrotem do Ambelside. Usiadłam na dole i zdrzemnęłam się te pół godzinki. W porcie wsiedliśmy w naszego busa i podjechaliśmy do White Lion na obiad. Zjadłam łososia z rusztu, a potem owoce z kremem na deser :) W końcu po 18:00 zaczęłam wszystkich zbierać, bo się za bardzo nie spieszyli, a ja powiedziałam Paulowi, że po 19:00 będę w Bratfoot! :) Napisałam więc do niego SMSa, że będę raczej po 20:00 i żebyśmy się spotkali na parkingu pod Union.

  
Parowiec w porcie w Bowness (takim płynęliśmy) i White Lion w Ambleside (tam zjedliśmy obiad).

Udało się nam wyruszyć około 18:30, ale że po drodze porozwoziłam prawie wszystkich do domu, to dotarłam na campus po 20:30! :) Weszłam do budynku, znalałam Paula i pojechaliśmy na spacer do Shipley Glen :) Wysłałam wcześniej SMSa do Jana, żeby do nas dołączył, jeśli chce poćwiczyć swój francuski :) Ale zadzwonił, że jest u znajomego i zaproponował, żebyśmy odezwali się do jego żony. Zadzwoniłam więc na ich domowy numer i Sue oczywiście zaprosiła nas na kolację. Tymczasem Jan też dojechał i siedzieliśmy u nich do północy! :) Zanim odwiozłam Paula do domu i pojechałam pod Tesco, okazało się, że już je zamknęli :) Pojechałam więc na stację benzynową napełnić bak zanim oddam minibusa. Myślałam, że już jest pełen, bo pompa sama odskoczyła, ale jak ruszyłam okazało się, że nie! Zatrzymałam się więc na kolejnej stacji po drodze do Arrow, ale pompa nadal mi odskakiwała i nie mogłam napełnić baku! W końcu się wkurzyłam i pojechałam. Dojechałam do Arrow tuż przed 2:00 w nocy, ale zanim taksówka po mnie przyjechała i dojechałam do domu, to była 2:30, a zanim poszłam spać, to było już po 3:30, bo usiadłam jeszcze oczywiście do Internetu i wzięłam prysznic przed snem :)

  
Shipley Glen, czyli tutejszy Wielki Kanion oraz 9-osobowy minibus Ford Transit, który prowadziłam :)

W czwartek obudziłam się nad ranem, posiedziałam chwilę na Internecie, a potem poszłam dalej spać. Wstałam po 8:00 i poszłam na 9:00 do pracy, po drodze wchodząc do sklepu po banany i wodę. Na początku nie byłam nawet tak bardzo zmęczona, ale po lunchu zaczęła mnie morzyć senność. Wróciłam więc po pracy do domu i poszłam prosto spać! Budziłam się co jakiś czas, ale wstałam dopiero o północy. O 1:30 postanowiłam wziąć prysznic, bo nie chciałam ryzykować, że rano nie będzie gorącej wody! I po 3:00 poszłam dalej spać :) W piątek obudziłam się znów przed budzikiem, ale wstałam dopiero jak zadzwonił po 7:30. Poszłam do pracy na 8:30, bo był Open Day i szefostwo nas poprosiło, żebyśmy pracowali 8:30-16:30. Wyszłam więc już o 16:30, ale musiałam się wrócić, bo zapomniałam, że w lodówce zostały
hummus i warzywka, które przyniosłam do pracy, żeby je zjeść na lunch, ale zjadłam tylko zupę :) Zaniosłam to wszystko do domu, razem z paroma puszkami, które zostały z wyjazdu do Lake District :) Przebrałam się, zjadłam coś i podjechałam do Morrisona na zakupy. Wracając położyłam się na trawce przy fontannie i dopiero po 19:00 dotarłam do domu. Zapytałam w recepcji, czy nie znaleźli moich plakatów IFF 2011 i 2012, bo się zorientowałam, że ich brakuje. Na szczęście się znalazły! Usiadłam do pisania mojej pracy doktorskiej, ale wkrótce sen mnie zmógł i juz po 23:00 poszłam spać.

W sobotę obudziłam się o 5:00 rano i już nie mogłam zasnąć. W końcu jednak poszłam dalej spać i wstałam dopiero po 11:00. Zjadłam coś i zebrałam do kupy to wszystko, co napisałam do tej pory. Wyszło tego prawie 50 stron i 17.500 znaków, czyli prawie 1/4 pracy! :) Muszę napisać minimum 72.000 znaków, a maksimum 80.000. Potem porozmawiałam z mamą i z siostrą przez Skype'a po raz pierwszy od dłuższego czasu. W końcu po 16:00 wzięłam prysznic i postanowiłam iść na spacer. Zaniosłam do pracy rzeczy, które powinny być w lodówce, a potem położyłam się na ławce w Amfiteatrze, bo wreszcie zrobiła się piękna pogoda. Po godzinie wróciłam spacerkiem do domu, po drodze wyjmując cześć pieniędzy na czynsz. O 19:00 poszłam parę pięter niżej do znajomego, który zaproponował mi płatną współpracę przy jego stronie internetowej. Pogadaliśmy półtorej godziny i umówiliśmy się znów na wtorek, po czym wróciłam do siebie i zaczęłam słuchać piosenek w wykonaniu Huey'a Dunbara
z zespołu DLG (Dark Latin Groove :) A potem obejrzałam bardzo ciekawy dokument o Alanie Moore, twórcy takich komiksów jak "V for Vendetta" czy "Watchmen". W końcu poszłam spać o 4:00 rano.

  
Huey Dunbar, którego bachaty "Volvere" mogłabym w kółko słuchać
oraz niesamowity Alan Moore.

W niedzielę obudziłam się tuż przed budzikiem i wstałam o 11:00. Zjadłam śniadanie i usiadłam do Internetu. Okazało się, że Zbigniew Preisner odpisał na mojego maila! Niestety, odmówił odpowiedzi na moje pytania, twierdząc, że powinnam pisać o filmach Kieślowskiego, a nie o nim samym i na koniec stwierdzając, że nie zajmuje się plotkami :( Zaczęłam dochodzić do wniosku, że być może dlatego Krzysztof Piesiewicz przestal odpisywać na moje maile? Pewnie się zgadali i doszukali informacji, że byłam dziennikarką i podejrzewają jakąś zasadzkę! Odechciało mi się trochę pisać i postanowiłam iść na spacer. Najpierw poszłam do starego domu sprawdzić pocztę, ale nie było nic do mnie. Poszłam więc do centrum i kupiłam sobie loda, a potem usiadłam koło Mirror Pool. Wszędzie było pewno ludzi, a fontanna zmieniła się w basen publiczny :) Jakoś nigdy nie miałam okazji zamoczyć w niej nóg, więc postanowiłam teraz to nadrobić :) Później położyłam się na trawie, żeby mi nogi wyschły i poleżalam do 14:30, po czym wróciłam do domu dalej pisać. Postanowiłam skupić się na najmocniejszych punktach mojej pracy. Dobiłam do ponad 18.000 słów i usatysfakcjonowana po 1:30 w nocy poszłam spać.