Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
czwartek, 31 sierpnia 2006

203.

Poniedziałek był dniem wolnym od pracy, więc umówiłyśmy się z Malwiną na wycieczkę. Przyjechała po mnie rano samochodem z kolegą z pracy i pojechaliśmy zobaczyć Brimham Rocks. Już kiedyś się tam wybrałam, razem z moją siostrą, ale wtedy nie udało się nam dotrzec do samych skałek. Teraz chodziliśmy po nich i robiliśmy sobie zdjęcia. Po drodze widzieliśmy kuliste budynki za płotem, które najwyraźniej były obiektem wojskowym i nie wolno ich było fotografować. Oczywiście zatrzymaliśmy się, żeby zrobić parę zdjęć :) Potem podjechaliśmy do Fountains Abbey zobaczyć ruiny starego opactwa. Jest dużo większe i ciekawsze od Bolton Abbey. Spędziliśmy w nim parę godzin i zrobiłam tam chyba więcej zdjęć niż w ciągu 5 dni we Francji :) Potem podjechaliśmy jeszcze do Ripley, gdzie zjedliśmy pyszny obiad we włoskiej restauracyjce. Po drodze przejeżdżaliśmy przez Harrogate. Kiedy odwieźli mnie do domu, bylo już ciemno :)

  

Brimham Rocks...

  

... i Fountains Abbey.

Cały czas chce mi się spać i rano mam problemy ze wstaniem z łóżka. We wtorek dotarłam do pracy po 9:00. Moja główna szefowa byla na urlopie, a "ulubiona" wspominała coś, że może weźmie wolne. Niestety, zjawiła się w pracy około 9:30 - ni przypiął ni wypiął, bo powinna przyjść albo o 9, albo o 10. Jedyne pocieszenie to fakt, że zwolniło się biuro profesora i ona się tam przeprowadziła! A to oznacza, że jestem teraz w tej klitce z małym oknem pod sufitem całkiem sama! Na miejscu jej biurka stoi fotokopiarka, a obok butla z wodą pitną, po którą nie muszę już schodzić na dół. Wkrotce ja mam się przenieść do biura z dużym oknem, które teraz zajmuje druga szefowa, kiedy ta się przeprowadzi do większego biura, jak to sie zwolni. Trochę to skomplikowane, ale zaczynam się powoli zastanawiać, czy nie zostać tu jednak, bo przynajmniej mogłabym już składać podanie o zaoczne studia magisterskie. Płaci dział, w którym się pracuje, a jeśli zmienię teraz pracę, to nie mam pewności, czy będą chcieli za mnie płacić. A tu obie szefowe już się zgodziły. Chociaż z drugiej strony już im nie ufam. W każdym razie po tej rozmowie o pracę, ktorą miałam przed wyjazdem, nikt sie do mnie nie odezwał, ale w poniedziałek mam nastepną i to w dziale, który wydaje mi się dosyć fajny i tą pracę chyba najbardziej chciałabym dostać. Zobaczymy...

Moja "ulubiona" szefowa powiedziała, że wychodzi w południe i spytała, czy ja wracam do pracy po lunchu, czy będę pracować w domu. A co ja miałabym tam robić? Wolałam powiedzieć, że wrócę, bo tu też nic nie robię, ale przynajmniej jestem! Zresztą powiedziała, żebym nie siedziała za długo. Postanowiłam więc zostać do jakiejś 15:30, bo wtedy przychodzi facet po pocztę. Tym razem się odważył i zapytał, skąd jestem, bo zobaczył, że jestem sama w biurze :) Wcześniej szefowa zawsze się wtrącała, gdy próbował ze mną rozmawiać. Po jego wyjściu zaczęłam się zbierac, ale chciałam wypełnić wreszcie podanie o studia, dlatego zeszło mi do 16. Po pracy poszłam do Morrisona, bo nie miałam już prawie co jeść. Zrobiłam zakupy na tydzień i w domu zabrałam się za gotowanie kapusty z grzybami :) Ugotowałam też makaron z sosem na obiad. Potem zamiast iść spać, usiadłam do komputera. Najpierw pogadałam z siostrą przez SKYPE'a, a potem przegadałam znów parę godzin z Patrykiem, który ewidentnie chce się wprosić w ten weekend na białe wino przywiezione z Francji :) Nie mam nic przeciwko, tylko wolałabym przenieść to na przyszły weekend, jak już dostanę wypłatę i będę miała czym go przyjąć.

W środę moja ulubiona szefowa powiedziała, że znów wychodzi po południu i nie wraca, więc żebym też za długo nie siedziała. Tym razem postanowiłam, że pojdę do domu na lunch i już nie wrócę, tylko pójdę spać. Kiedy wyszła, poszłam do budynku Richmond na otwarte warsztaty komputerowe, w czasie których można zadawać konkretne pytania specjalistom, którzy powinni nam pomóc. Poszłam więc z dwoma konkretnymi pytaniami a propos SAINTa - programu, którego używamy na uniwerku. Myślałam, że zajmie to najwyżej pół godzinki, a potem będę mogła spokojnie pójść spać, tymczasem trafiłam na jakiegoś kolesia, którego nigdy wcześniej nie widziałam, a który postanowił najwyraźniej zrobić na mnie wrażenie, bo zaczął mi pokazywać, co SAINT potrafi i co on potrafi zrobić w tym programie. Udało się nam załatwić jedną sprawę, co trwało dosłownie 5 minut, po czym zaczął znów się popisywać, nie wiedząc najwyraźniej, jak rozwiązać drugi problem. Ale żebym nie myślała, że się nie zna, pokazał mi inne, zupełnie niepotrzebne w mojej pracy rzeczy. Po jakimś czasie miałam ochotę udusić go gołymi rękami! W końcu skłamałam, że muszę wracać do pracy i obiecałam, że przyjdę za tydzień. Byłam tak wściekła, że nie schowałam się nawet przed szefową, która stała przy wyjściu. Na pewno mnie widziała, ale było mi już wszystko jedno.

Poszłam do domu i udało mi się zasnąć na 3 godziny. Jak się obudziłam, usiadłam oczywiście do komputera. Zrobiłam sobie test na IQ (wyszło mi 124 :) i drugi, który stwierdzał, że używam obu półkul mózgu, w zależności od tego, na jaki problem natrafię :) Potem jeszcze parę, ale już mniej naukowych (mój kolor, szcześliwa liczba itp. :) Można je wszystkie znaleźć i się dowartościować na http://uk.tickle.com/test/iq.html :) Polecam! :) Potem uzupełniłam wpisy na blogu, ale siostra zadzwoniła do mnie przez SKYPE'a. Zanim skończyłam, była północ, choć miałam nadzieję, że skończę przed 22 i uda mi się pójść wcześniej spać. Ale i tak nie mogłam zasnąć. Pogoda jest byle jaka i ciśnienie niskie, więc wciąż mi się chce spać. Dziś też ledwo się zwlokłam. Ale wiedziałam, że muszę dotrzec do pracy przed 9, bo główna szefowa wraca z urlopu. Druga natomiast poszła na urlop, więc będę miała spokój do wtorku. Poza tym nie powinnam mieć problemów z wyjściem w poniedziałek na interview, bo ta szefowa nie będzie mnie o nic wypytywać, jak jej powiem, że muszę wyjść na spotkanie.

Jak poszłam na lunch, w skrzynce znalazłam list z uniwerku, w którym powiadamiali mnie, że zdecydowali się zatrudnić kogoś innego w biurze wice-rektora. Ulżyło mi :) Wzięłabym tą pracę tylko pod warunkiem, że nie dostałabym żadnej innej, a wygląda na to, że będę miała jeszcze parę interview i którąś na pewno mi zaproponują. Tamta była by dla mnie za trudna. Wróciłam do biura, tylko po to, żeby się przekonać, że szefowa już poszła do domu! Próbowałam się dodzwonić do kadr, żeby się upewnić, że mogę pracować do 48 godzin tygodniowo i że nikt nie może mi się wtrącać w życie prywatne, ale nikt nie odbierał. Postanowiłam więc zadzwonić do  Counselling Service, czyli do tzw. Biura Doradztwa, gdzie zgłaszają się ludzie, którzy mają jakieś problemy, na przykład tęsknią za domem albo stresują się egzaminami. Biuro jest dostępne nie tylko dla studentów, ale także dla pracowników. Umówiłam się więc na wizytę i poszłam się spotkać z moim Osobistym Doradzcą :) Pani była bardzo miła i utwierdziła mnie w przekonaniu, że muszę skontaktować się z kadrami i postawić na swoim, czyli powiedzieć w pracy, że będę uczyć tyle razy w tygodniu ile chcę! I albo to zaakceptują, albo szukam nowej pracy, co i tak już przecież robię :)

202.

Panowie siedzieli z przodu, a ja z Celine z tyłu i czasem sobie porozmawiałyśmy, ale z każdą chwilą byłam coraz bardziej wkurzona na Chrisa, który był strasznie arogancki i co chwilę zmieniał stację radiową, co doprowadzało mnie do szału. Ból głowy wciąż nie ustępował, choć rano wzięłam dwa proszki. Z każdą chwilą zastanawiało mnie coraz bardziej, co taka miła dziewczyna jak Celine widzi w takim zarozumiały gnojku. W każdym razie powstrzymywałam się od komentarzy i zaczęłam go ignorować, tak jak on całkowicie ignorował mnie. Nawet się ze mną nie przywitał. W każdym razie po drodze zwiedziliśmy parę miejsc. Najpierw Sean zawiózł nas do La Corderie Royale w Rochefort, czyli Królewskiej Fabryki Lin Okrętowych? :) Dosyć trudno to przetłumaczyć :) Potem podjechaliśmy pod zameczek La Roche Courbon, ale niestety był już zamknięty. W parku w Taillebourg zastał nas śliczny zachód słońca i udało mi się zrobić parę naprawdę pięknych zdjęć. W końcu dojechaliśmy do domu, zjedliśmy kolacje, a potem przegraliśmy moje zdjęcia na pulpit komputera, żeby je potem wszystkie nagrać na płytę tuż przed samym wyjazdem. Pokazałam też parę swoich zdjęć z Izraela. Tymczasem przyszedł kolega Seana, który zawiózł nas do centrum miasta. Byliśmy umówieni z Chrisem i jego dziewczyną na piwo. Kolega, który nas podwiózł dołączył do nas i wszyscy razem poszliśmy do pubu.

    

Zameczek w La Roche Courbon i zachód słońca w Taillebourg.

Ponieważ byłam już po różowym winie, które wypiliśmy do kolacji, zdarzało mi się mówić do Celine po francusku :) Po jej minie zgadywałam tylko, że znów pomyliłam języki :))) W końcu udało mi się jakoś przestawić. Później poszliśmy do jeszcze jednego baru i wypiliśmy znów po piwie. Było miło, ale jak później poszliśmy odprowadzić Chrisa i Celine do domu i weszliśmy do nich na górę, nieźle się znów wkurzyłam. Chris moim zdaniem zachowywał się skandalicznie. Cały czas rozmawiał z chłopakami po francusku, mimo że jego dziewczyna nie zna języka. Podobno przez tydzień jej pobytu niczego jej nie pokazał, a na ostatnią kolację zabrał ją do MacDonalda! Czasem coś do niej powiedział, mnie natomiast całkowicie ignorował, jakbym była powietrzem. W końcu zaczęliśmy się zbierać do wyjścia, więc pożegnałam się z Celiną, która nastepnego dnia wyjeżdżała, a na Chrisa nawet nie spojrzałam, tylko wyszłam. Kolega Seana odwiózł nas z powrotem do domu. Weszłam prosto do kuchni i nalałam sobie wina. Byłam wściekła i nie potrafiłam tego ukryć. Nie spodziewałam się takiego traktowania i musiałam to jakoś odreagować. Sean powiedział, że Chris po prostu taki jest i że wiele osób go nie toleruje. Cóż, nie jestem zdziwiona. Usiedliśmy z Seanem w ogródku i zaczęliśmy rozmawiać, ale rozpadało się, więc weszliśmy do salonu. Rozmawialiśmy do 5 rano. W tym czasie ja wykończyłam butelkę różowego wina z obiadu, a Sean skończył czerwone.

W sobotę wstałam dopiero w południe. Napiłam się herbaty z mamą Seana, a potem pojechałyśmy zwiedzać Saintes. Najpierw pokazała mi muzeum z resztkami rzymskich budowli, stare miasto i katedrę Św. Piotra. Po drodze zjadłyśmy lody i weszłyśmy do sklepiku, w którym sprzedają polskie produkty, m.in. Żywiec :) Potem podjechałyśmy do kościoła Abbaye aux Dames, w którym teraz jest konserwatorium muzyczne. Później zwiedziłyśmy jeszcze kościół Św. Eutropa i piekną kryptę lub tak zwany kościół dolny. W końcu doszłyśmy do największej atrakcji Saintes, która najbardziej mi się podobała. Były to ruiny rzymskiego amfiteatru, zachowane w dość dobrym stanie i naprawdę wielkie! Nie spodziewałam  się takiego pięknego widoku w tej tak niedużej bądź co bądź miejscowości. Mama Seana opowiedziała mi wiele rzeczy na temat Seana i jego siostry i udzieliła mi paru lekcji z języka francuskiego i angielskiego :) Z zawodu jest nauczycielką angielskiego, więc to zapewne zboczenie zawodowe :) Moje zboczenie zawodowe to zadawanie pytań, co robię dużo chętniej niż odpowiadam :)

    

Ruiny rzymskiego amfiteatru w Saintes i siecirybackie w Pontaillac.

Wróciłyśmy do domu i zjedliśmy wszyscy małże, które kupiłyśmy tego dnia na targu. Do tego piliśmy białe wino z regionu, za które ja zapłaciłam, bo głupio mi było, że poprzedniego wieczoru wypiłam prawie całe różowe, które dopiero co otworzyli! :) Potem przebrałam się w spodnie, bo jechaliśmy z Seanem nad morze i chciałam chociaż pomoczyć nogi! :) Podjechaliśmy do Royan i przeszliśmy się brzegiem morza - ja na bosaka po wodzie, a Sean w butach po brzegu. Weszłam na latarnię morską i porobiłam zdjęcia. Sean czekał w samochodzie, więc kiedy wsiadałam z powrotem spytałam: "Dokąd pan jedzie?" i zaczęliśmy udawać, że jestem autostopowiczką :) Przeszliśmy się wzdłuż portu w Royan i weszliśmy do paru sklepików, gdzie kupiłam pamiątki dla rodziny. Potem poszliśmy do restauracji, bo uparłam się, że chcę zjeść świeże owoce morza :) Zamówiliśmy wielki talerz, na którym był krab, langusty, ostrygi, małże, krewetki i inne mięczaki :) Sean musiał mi pokazać, jak się je niektóre z tych przysmaków, bo nigdy wcześniej nie jadłam na przykład langusty :) Świetnie się bawiłam, najadłam się i byłam bardzo zadowolona z ostatniego wieczoru. Po powrocie do domu Sean próbował nagrać mi zdjęcia na płytę, ale komputer odmówił współpracy. Stwierdziliśmy, że spróbujemy jeszcze rano i poszliśmy spać.

W niedzielę znów mieliśmy wcześnie pobudkę. Cała rodzina się zerwała o 5:30, bo matka robiła śniadanie, a ojciec jechał z nami na lotnisko. Po drodze podjechaliśmy po benzynę, więc chciałam dać im resztę euro, ale ojciec Seana prawie się na mnie za to obraził :)  Zostawiałam je więc w samochodzie i powiedziałam Seanowi, źe może mi za nie wysłać paczkę z CD ze zdjęciami, bo rano znów nie udało się ich nagrać. Po raz pierwszy wracałam z wyjazdu bez zdjęć! Jechaliśmy do Bergerac prawie 3 godziny. Po drodze jego ojciec urwał mi kiść winogron z pola, żebym posmakowała. Chyba polubiłam go bardziej niż jego matkę, która zadawała mi za dużo pytań :) Ale zaprosiłam obydwoje do Polski. Byli tam parę razy, bo ojciec jest z pochodzenia Polakiem, ale jeszcze za czasów komunizmu. Umówiliśmy się, że w przyszłym roku spotkamy się wszyscy w Warszawie i pojeździmy po Polsce - od Gdańska, przez Kraków i Wieliczkę po Zakopane. A tymczasem pożegnaliśmy się i wróciłam do Anglii. Na lotnisku okazało się, że zniknęła moja komórka, która była w specjalnej kieszonce na ramiączku plecaka. Zgłosiłam to i poszłam na autobus. Udało mi się złapać wcześniejszy, dzięki czemu już po 14 byłam w domu!

Zjadłam coś, wzięłam prysznic i usiadłam do komputera. Napisałam maile do Seana, żeby sprawdził, czy moja komórka nie wypadła może w samochodzie i do Eryka, żeby go powiadomić, że mój numer jest już nieaktualny. Powiadomiłam też przez SKYPE'a Malwinę, a do pozostałych miałam zamiar napisać następnego dnia, bo nie przyznałam się im, że wracam już w niedzielę! Ale jak wieczorem zaczęłam wreszcie rozpakowywać plecak, w środku znalazłam telefon - ktoś wyjął z niego baterię i włożył go do plecaka, być może żeby nie wypadł z tej kieszonki. W każdym razie telefon się znalazł i nie muszę kupować sobie budzika :))) Napisałam jeszcze raz do Seana i Eryka, że to był fałszywy alarm. Eryk odpisał, że jemu przydarzyło się to samo, jak wracał z Polski i wkrótce kupi sobie nową komorkę. Dziękował mi też za płyty DVD "Seinfielda", które mu wysałałam przed wyjazdem. Sean natomiast napisał, że udało mu się nagrać moje zdjęcia na płytę i przyśle mi je pocztą. Wkrótce wrzucę więc parę na bloga. (PS. Właśnie mi się udało :)

201.

Obudziłam się w środę w nocy i dokończyłam sprzątanie, bo nie mogłam już zasnąć. Przepakowałam się z walizeczki do plecaka, żeby bagaż mniej ważył. Po 2 w nocy wyszłam z domu i poszłam na dworzec. Autobus przyjechał wcześniej i ruszyliśmy już o 2:35. Miałam dla siebie dwa siedzenia, więc udało mi się zasnąć i przespać 3 godziny. Przed 6 dojechaliśmy na lotnisko East Midlands. Poszłam się odprawić, a potem stanęłam w długiej kolejce do odlotów. W międzyczasie zjadłam kanapkę i wypiłam prawie całą wodę, którą miałam na podróź, bo na pokład nie wolno teraz wnosić żadnych płynów. Butelkę musiałam wyrzucić przed kontrolą paszportową, mimo że nie była jeszcze pusta. A potem siedziałam godzinę o suchym pysku czekając na odprawe. W końcu wsiedliśmy do samolotu. Oprócz mnie było w nim ponad 100 Angolii - wszyscy lecieli do Dordonii, gdzie coraz więcej z nich wykupuje domy. Kapitanem załogi naszego samolotu był niejaki Marcin i muszę przynać, że po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, w której byłby nim Polak, oczywiście poza LOTem :) W samolocie znów udało mi się zasnąć, a dwie godzinki później byliśmy już na miejscu.

Pogoda była śliczna. Lotnisko w Bergeracu jest malutkie i mimo, że byliśmy jedynym samolotem, który wylądował, 15 minut zajęło im przywiezienie bagazów :) A że nawet bagaż podręczny trzeba było nadać, ze względów bezpieczeństwa, musiałam czekać na swój plecak. Na zewnątrz czekał już na mnie Sean z ojcem. Od razu przerzuciłam się na francuski i przez parę najbliższych dni angielski był zabroniony :) Najpierw pojechaliśmy zwiedzić miasto. Byłam w nim jakieś 8 lat temu z Christelle i teraz przypominałam sobie niektóre miejsca, na przykład plac z pomnikiem Cyrano de Bergeraca :) Teraz stoją tam dwa konkurencyjne pomniki Cyrano :) Potem pojechaliśmy do Perigueux, żeby zobaczyć piękny kościół w bizantyjskim stylu. Później zajechaliśmy jeszcze do małej miejscowości Aubeterre-sur-Dronne, gdzie zwiedziliśmy kościół monolityczny Św. Jana, cały wyrzeźbiony w skale. Niesamowita sprawa! :) W końcu wieczorem zajechaliśmy do nich do domu na kolację. Poznałam matkę Seana i jego siostrę, która studiuje w Liverpoolu, ale której nigdy wcześniej nie widziałam. Matka jest z pochodzenia Walijką, ale od początku ustaliliśmy, że rozmawiamy wszyscy tylko po francusku :) Pokazała mi mój pokój na poddaszu, rozpakowałam się, wzięłam prysznic i porozmawiałam jeszcze chwilę przed snem z rodzicami Seana.

     

Stary i nowy pomnik Cyrana de Bergerac.

    

Bizantyjski kościół w Perigeuax i monolityczny w Aubeterre.

W czwartek wcześnie rano pojechaliśmy do Bordeaux. Najpierw odwieźliśmy siostrę Seana na lotnisko, a potem poszliśmy zwiedzać miasto. Czułam się jak ktoś, kto stracił pamięć i czasem tylko przypomina sobie jakieś fragmenty z życia! Mi też od czasu do czasu wydawało się, że znam dane miejsce, ale nie pamiętałam co jest za rogiem. Jakieś 8 lat temu spedziłam w Bordeaux dwa dni z Christelle. Teraz znalazłam plac, koło którego mieszkałyśmy, ale nie mogłam sobie przypomnieć ulicy. Przez cały dzień szukalam też starego kina Gaumont. W końcu udało mi się je znaleźć, ale okazało się, że jest już nieczynne. W jednej z bocznych uliczek znaleźliśmy niedrogą libańską restaurację i zjedliśmy w niej pyszny obiad. Zadzwoniłam wreszcie do rodziny, która przysyłała nam paczki po Stanie Wojennym i umówiliśmy się na piątek rano. Nigdy się nie poznaliśmy osobiście, więc Sean stwierdził, że to może być ciekawe spotkanie i że chętnie się ze mną przejdzie. Na 18:30 poszliśmy do kina Utopia, które znajduje się w starym kościele, na niesamowity film "La science des reves" (The Science of Sleep) z Gaelem Garcia Bernalem w roli głównej. Wieczorem wróciliśmy do domu i poszliśmy szybko spać.

    

Panorama Bordeaux i plac, przy którym mieszkałam w czasie pierwszego pobytu w tym mieście.

W piątek pospaliśmy wreszcie trochę dłużej, a na 11:30 pojechaliśmy do tej rodziny, która jak się okazało mieszka tylko parę ulic od nich. Świat jest jednak mały! :) Rodzina poczęstowała mnie koniakiem, specjalnością tamtego regionu. Nie powinnam była go pić, bo od rana lekko bolała mnie głowa, ale nie chciałam odmawiać i ból głowy tylko mi się pogorszył. Zaprosiłam ich do siebie do Anglii i ustaliliśmy, że będziemy w kontakcie mailowym. Byli bardzo mili i dowiedziałam się od nich paru bardzo ciekawych rzeczy. Potem wróciliśmy do domu na śniadanie, a po południu przyjechali po nas znajomi Sena i zabraliśmy się z nimi do La Rochelle. Jego przyjaciel Chris odwoził swoją matkę na lotnisko. W samochodzie była jeszcze jego dziewczyna, Angielka o imieniu Celine. Najpierw pojechaliśmy w piątkę zwiedzić stary port, a po lotnisku zajechaliśmy do nowego portu. Stoi tam stara łódź Jacquesa Cousteau. Chris dał Seanowi prowadzić samochód z automatyczną skrzynią biegów. I całe szczęście, bo dzięki temu przynajmniej coś zobaczyliśmy. Chris bowiem chciał od razu wracać do Saintes.

    

Twierdza w La Rochelle i Królewska Fabryka Lin Okrętowych w Rochefort.

wtorek, 22 sierpnia 2006

200.

Zeszły tydzień minął mi nie wiem kiedy! Nic ciekawego się nie działo. Szefowa skutecznie znięcheciła mnie do życia. Codzień rano musiałam się zmusić do tego, żeby zwlec się z łóżka i pojść do znienawidzonej pracy, którą kiedyś tak lubiłam. Nie mogę po prostu siedzieć z nią w jednym pokoju i wysłuchiwać jej pytań i opinii na temat tego, co powinnam robić, a czego nie, czyli jak mam żyć! W poniedziałek wysłałam pocztą wewnetrzną pierwszą aplikację o pracę do kadr. Potem wydrukowałam jeszcze 2 aplikacje, bo okazało się, że jest teraz aż 5 pozycji, o które mogłabym się starać na uniwersytecie. Chcę tu zostać, bo planuję w tym roku nadal studiować, a jako pracownik nie płacę za studia. W każdym razie jak już wspomniałam, w pracy starałam się po prostu dotrwać do końca, a po pracy szłam do domu i siedziałam przy komputerze. We wtorek miałam małą odmianę, bo spotkalam się wieczorem z Gosią, żeby pożyczyć jej torbę na wyjazd. Ale okazało się, że jej koleżanka też jedzie do Polski i zabierze parę rzeczy i torba nie będzie jej potrzebna, umówiłyśmy się więc na środę.

W środę wieczorem poszłam do niej do domu i zaniosłam jej kubek z Jerozolimy dla brata, magnes na lodówkę dla mamy i sól z Morza Martwego dla siostry, czyli to co każdy sobie zażyczył z Izraela :) Dopakowałyśmy to do walizki, którą jej pożyczyłam i czekałyśmy na przyjście Alicji. Wpadła niemal w ostatniej chwili, przebrana za faceta! Wyglądała, jak prawdziwy "drag king" :) Miała binokle i nawet domalowała sobie brodę i wąsy kredką do oczu :))) Alicja jest szalona i lubi takie przebieranki. Jak się jakiś czas temu umówiła z Gosią na spacer do parku, to przyszła z Carlosem, oboje przebrani za dzieci :) Teraz powiedziała, że Gosia potrzebuje ochroniarza - faceta, który pomoże jej zatargać walizkę na dworzec i przyniosła jej kwiaty i butelkę szampana :) Wzięła walizkę i zaciągnęła ją do windy. Gosia mieszka na szczęście blisko dworca, więc nie miała za ciężko :) Na dworcu czekał już na nas Carlos, który oczywiście na jej widok był równie zaskoczony, co my wcześniej :) Wyszliśmy na zewnątrz dworca i czekaliśmy przy stanowisku autobusowym, bo tam można palić. Alicja otworzyła szampana i wypiliśmy go na pożegnanie :) Autobus Gosi trochę się spóźnił, ale w końcu przyjechał, a my jej machaliśmy białymi chusteczkami. Całe szczęście, że była jedynym pasażerem :) Mniejszy wstyd :)))

W czwartek, jak wychodziłam po południu na lunch, szefowa powiedziała, żebym już nie wracała, bo ona też idzie do domu. Poszłam więc spać. Obudziłam się dopiero wieczorem i usiadłam oczywiście do komputera. W piątek w czasie lunchu poszłam do sali, w której ogląda się filmy, żeby sprawdzić czy mają tam "Niebo nad Berlinem" Wima Wendersa i jego amerykański remake "Miasto aniołów" z Nicolasem Cagem i Meg Ryan. Ustaliłam bowiem z prowadzacą kurs z "Kina Europejskiego", że porównam te dwa filmy w swoim eseju poprawkowym. Za poprzedni dostałam za mało punktów i mimo, że niby powinnam sobie odpuścić, to postanowiłam jednak zaliczyć ten semestr. Być może mi się to przyda w czasie tego kursu, ktory chcę zacząć w tym roku. Oprócz zajęć, które zapewniają, wymagają bowiem zaliczenia dwóch dodatkowych przedmiotów, więc miałabym to już z głowy. Dlatego postanowiłam poprawić też swoją pracę z "Kreatywnego Pisania".

Szefowa znów puściła mnie wcześniej do domu, więc poszłam do sali projekcyjnej i obejrzałam po raz drugi w życiu "Miasto aniołów" na wideo, bo mgliście pamietałam ten film. Wypożyczyłam też "Niebo nad Berlinem" na DVD do domu. Wpadłam tam na chwilę, żeby się tylko przebrać i na 19 poszłam do Polskiego Klubu, żeby się spotkać z moimi studentami. Oczywiście jak zwykle nikogo jeszcze nie było i siedziałam sama, dopóki nie przyszła Alicja ze swoim współlokatorem. Potem doszła Irena, a na koniec dojechali jeszcze Basia z Piotrem. Po 22 doszedł jak zwykle Danny ze swoimi przyjaciółmi z Bingo. Alicja i współlokator wkrótce się zmyli, a i Basia z Piotrem nie siedzieli zbyt długo. Ponieważ klub wkrótce zamykali, przenieśliśmy się z Ireną, Dannym i jego znajomymi do "Blue Pelicana" :) W domu byłam około 2 w nocy, z butelkż "Żywca", którą kupiłam sobie na wynos w Polskim Klubie. Ponieważ byłam głodna, ugotowałam sobie makaron i zjadłam go po wlosku - z oliwą i zielonymi oliwkami. Usiadłam też do Internetu, ale na szczęście dla mnie nie działał, więc poszłam spać.

W sobotę pospałam wreszcie trochę dłużej, aż w końcu wstałam, poszłam do biblioteki po książki i po drodze do sklepu po coś do jedzenia. W domu wzięłam się za przepisywanie z książek cytatów, ktore miałam zamiar wykorzystać. Wieczorem przyjechał Patryk z butelką białego wina, żeby obejrzeć ze mną film. Niestety, nie spodobał mu się. Stwierdził, że jest nudny i stracił zainteresowanie. Powiedziałam, że mi przykro, ale ja muszę go obejrzeć do końca. W międzyczasie zadzwonili do mnie brat z siostrą i na chwilę oderwali nas od filmu. Ponieważ trwa ponad dwie godziny, skończył się dość późno. Wypiliśmy wino do końca i porozmawialiśmy trochę, a potem Patryk poszedł spać na materacu, a ja usiadłam jeszcze do spisywania wrażeń i myśli na gorąco. Powoli zaczęło się to składać w jakąś całość :) W niedzielę około południa zjedliśmy śniadanie, a potem Patryk pojechał do domu, a ja zabrałam się wreszcie poważnie za robotę! :) Co prawda pod wieczór trochę przysnęłam, ale w końcu o 23 skończyłam pisać, przegrałam tekst na płytę CD i po północy poszłam spać. Przed snem pogadałam tylko jeszcze pół godziny z Malwiną, która znów się do mnie wprowadzi podczas mojej nieobecności.

W poniedziałek rano dopisałam jeszcze dwa akapity do swojego eseju i zanim szefowa przyszła, wydrukowałam go w dwóch egzemplarzach. Potem zadzwonili do mnie z kadr z pytaniem, czy mogę przyjść dziś o 15 na interview do biura wice- rektora. To wynik złożenia pierwszej aplikacji o pracę :) Jak szefowa przyszła, spytałam ją więc, czy mogę dziś wyjątkowo pójść na godzinny lunch o 15, zamiast zwyczajowo między 12 a 14, bo chcę się spotkać z koleżanką. Powiedziała, że mogę po prostu wyjść o 15 i już nie wracać, ale że nie chce, abym do 15 siedziała non stop przed ekranem komputera i nic nie jadła. Wysłała mnie więc na spacer. Najpierw poszłam do biblioteki oddać wypożyczone na weekend książki, a przy okazji odebrałam tam swój certyfikat z ECDL (Europejskie Komputerowe Prawo Jazdy :) Później poszłam do Richmond Building, zajrzałam do Post Roomu i wzięłam dla nas pocztę. Potem poszłam do stołówki, zobaczyć jaką mają zupę na obiad, ale nie zdecydowałam się wydać paru ostatnich funtów, które miałam przy sobie, bo były przeznaczone na kino :) W końcu poszłam oddać "Niebo nad Berlinem" i zaniosłam swój esej do sekretariatu wydziału Języków i Studiów Europejskich.

Jak wróciłam do pracy, obie szefowe jadły akurat lunch, więc musiałam wychodzić z pokoju, jak czułam, że będzie mi burczało w brzuchu, bo powiedziałam szefowej, że zjadłam zupę na stołówcę! :) Porozmawiałam chwilę z Erykiem przez Messengera - właśnie wrócił z Warszawy, gdzie spędził cały zeszły tydzień. Szczęściarz! :) Tuż przed 15 spakowałam się i wyszłam. Poszłam do biura wice-rektora i przez godzinę byłam przepytywana przez 3-osobową komisję rekrutacyjną :) Jak zwykle było bardzo miło i przyjemnie :) Lubię chodzić na interview o pracę :) Ale wątpię, że tą dostanę - wiem, że zrobiłam dobre wrażenie, ale moim zdaniem powinni wziąć kogoś z większym doświadczeniem. Zobaczymy. Mają mi dać znać mailem, jak będę we Francji. Po miłej pogawędce poszłam do domu, zjadłam coś i porozmawiałam chwilę z siostrą przez SKYPE'a. Przed 17 przyszła Wanyu, czyli Jessica :) Napiłyśmy się herbatki i porozmawiałyśmy trochę. Biedna liczyła na pół etatu w Graduate School, bo mówiłam jej, że będzie taka możliwość. Zaprosiłam ją więc do siebie, żeby jej wytłumaczyć, co się stało, bo jak odwiedziła nas ostatnio w biurze, to nie było takiej mośliwości, z szefową pod bokiem!

Na 18:15 poszłam do kina na "Notorious Bettie Page", ale byłam raczej zawiedziona słabym pogłębieniem psychologicznym głównej postaci. A mógł z tego być bardzo dobry film z ponadczasowym przesłaniem. Jak zwykle, pomysł dobry, ale gorzej z wykonaniem. Choć główna aktorka była świetna i myślę, że usłyszymy jeszcze kiedyś o Gretchen Mol :) Na 20:15 poszłam na "AngelA" i choć nie spodziewałam się zbyt dużo po ostatnim filmie Luca Bessona, to znów byłam trochę zawiedziona. Zaczęło się ciekawie i od razu nasunęły mi się skojarzenia z "Niebem nad Berlinem" Wendersa :) Mogła to być francuska wersja historii o aniołach, tym razem spacerującyh po ulicach Paryża, z ciekawym odwróceniem ról  :) Ale niestety, Besson zrobił kolejny film dla nastolatków. Moim zdaniem zaczęło się od "Piątego elementu" i tak mu już niestety zostało. A szkoda, bo to podobno ma być ostatni film w jego karierze, swoisty testament. I chwilami szło mu naprawdę nieźle, ale końcówka rozczarowuje i ogólnie film jest dość nierówny. Obok paru świetnych scen, jest też w nim parę wad i nieścisłości. Po filmie porozmawiałam przez SKYPE'a z Patrykiem. Poszłam spać po północy, bo Internet wciąż nie działa :)

Dzisiaj rano spóźniłam się znów jak zwykle do pracy, ale jest mi wszystko jedno. Mam nadzieję, że wkrótce znajdę nową, więc nie starałam się już nawet być miła dla szefowej :) Na szczęście w południe wyszła, bo była z kimś umowiona "na kawę", a to oznaczało, że znika przynajmniej na dwie godziny :))) Po pracy zabrałam się wreszcie za pakowanie i sprzątanie, żeby zostawić Malwinie mieszkanie w trochę lepszym stanie niż ostatnio :) Mam nadzieję, że jak wrócę, Internet będzie już działał, bo to jednak duże ułatwienie. Już się nie mogę doczekać wyjazdu! :) Zobaczę Bordeaux po latach, Bergerac, w którym też już kiedyś byłam i po raz pierwszy La Rochelle. Sean powiedział, że pokaże mi też okolicę, winnice i ocean. Mam nadzieję, że odpocznę i zapomnę o wszystkich swoich problemach z pracą. Mam zamiar świetnie się bawić. Planujemy iść do kina i mamy odwiedzić rodzinę, która pomagała nam za czasów Stanu Wojennego i kryzysu, jaki po nim nastąpił.

niedziela, 13 sierpnia 2006

199.

W czwartek rano miałam rozmowę z obydwoma szefowymi, po której wiedziałam już, co muszę zrobić. Nie mam wyboru i muszę szukać nowej pracy, bo nie mogę tu przejść na pół etatu, a zostanie na cały oznaczałoby, że się poddaję, a moja "ulubiona" szefowa postawiła w końcu na swoim. Poza tym, jak mam zostać na cały etat, to już wolę w innym dziale i z innymi ludźmi, bo nie wytrzymam kolejnego roku z moją szefową! Tak czy siak muszę zrezygnować z popołudniowej lekcji polskiego w piątki i muszę o tym powiadomić mojego szefa, który dopiero pod koniec sierpnia wraca z urlopu! Moje szefowe stwierdziły jednak, że nie muszę go pytać o zdanie, tylko dać mu znać, że rezygnuję, mimo że wcześniej oficjalnie mu to potwierdziłam. Mam więc złamać dane mu słowo, mimo iż wcześniej moja główna szefowa powiedziała, że mogę mu to obiecać. Teraz zaś powiedziała mi, że to w Anglii normalne, iż nie dotrzymuje się słowa. Cóż, ja wolałabym jednak swojego dotrzymywać, ale zostałam pozbawiona tej możliwości i być może szef z college'u całkiem zrezygnuje z moich usług...

Po pracy poszlam do centrum, żeby znaleźć prezent dla Gosi, ale mimo, że spędziłam pół godziny w sklepie z biżuterią, nie udało mi się niczego wybrać. Poszłam więc do Virgin Megastore, żeby kupić pozostałe płyty z serialem "Seinfield" na prezent dla Eryka. Postanowiłam, że wyślę mu paczkę w ramach podziękowania za wszystko, ale okazało się, że brakuje jednego sezonu. Poszłam więc do Morrisona, zeby kupić mięsko na grilla i spotkałam tam Alicję. Wyszłyśmy razem ze sklepu i po drodze do domu weszłyśmy na "Żywca" do pubu Salta. W końcu wyszłyśmy i ja poszłam zanieść zakupy do domu, a potem doszłam do Alicji i Gosi pod Alhambrę i razem poszłyśmy do Gosi do domu. Tam Gosia zrobiła zaprawę do kurczaka, a ja umówiłam się z Alicją, że jutro pójdziemy razem poszukać dla niej prezentu. Zanim wróciłam do domu, było już znów po 22. Zabrałam się za wypełnianie aplikacji o pracę, ale byłam już zmęczona, więc poszłam spać.

Jak spojrzałam w piątek rano na aplikację, którą próbowałam wieczorem wypełnić, to od razu stwierdziłam, że muszę wydrukować nową i zacząć od początku :))) Zabrałam się za to w pracy i zanim szefowa przyszła, udało mi się skończyć. Powiedziała mi, że mam już dziś nie wracać po lunchu, więc wzięłam aplikację ze sobą, zaniosłam do "post roomu" i poszłam się spotkać z Alicją. Wybrałyśmy razem prezent dla Gosi - srebrny wisiorek i kolczyki z różowymi kamieniami. Bardzo ładny zestaw. Potem kupiłyśmy jej jeszcze śmieszną kartkę, a ja weszłam znów do Virgin Megastore, ale okazało się, że nadal brakuje jednej płyty z zestawu, więc ją zamówiłam. Powiedzieli, że będę mogła ją odebrać w sobotę, kupiłam więc pozostałe płyty i poszłam na pocztę, żeby kupić karton na paczke i kartkę z napisem "Thank you " :) Około 15 byłam już w domu i położyłam się na dwie godzinki spać. Jak się wreszcie zwlokłam była już 17:30, ale zanim o 19:00 przyszli pierwsi goście zdążyłam wziąć prysznic i się ubrać, zrobić sałatkę i posprzątać w kuchni :)

Pierwsze przyszły moje byłe studentki z czekoladkami (Ainhoa z Hiszpanii, Gail z Anglii i Wanyu z Chin :) Zaraz potem doszedł Piotrek, a później Patryk. W końcu przyszły Gosia i Alicja z jej współlokatorem i przynieśli mi kwiaty w prezencie. Czekaliśmy już tylko na Malwinę, która dała znać, że zaraz będzie. Postanowiliśmy poczekać na nią na zewnatrz, a w międzyczasie zapakować rzeczy do samochodu Gail, która powiedziała, że nie widzi problemu w tym, żeby podjechać po piwo. Dzięki temu nie musieliśmy wszystkiego sami dzwigać. W momencie, kiedy wyszliśmy z domu, a ja zatrzasnęłam za nami drzwi, zdałam sobie sprawe, że nie wzięłam klucza! Wcześniej jeden klucz miała Malwina, ale oddała mi go po moim przyjeździe i teraz zatrzasnęłam oba w domu! Wszyscy stali pod domem i czekali na mnie, a ja poszłam zapukać do sąsiadów, którzy zajmują się domem i powinni mieć klucz do schowka, w którym jest drabina. Na całe szczęście bowiem zostawiłam otwarte okno! Tymczasem zobaczyłam przez okno, że ich mieszkanie jest puste! Zapukałam więc do drzwi przyczepy, w ktorej mieszka podobno ktoś, kto pilnuje tu porządku. Jak zwykle był podpity, ale stwierdził, że zobaczy, co się da zrobić.

Tymczasem dojechała Malwina, a Alicja stwierdziła, że może lepiej zrobimy tego grilla u nich w ogródku, bo zaczyna kropić, a jak się rozpada, możemy się schować u nich w salonie. Powiedziałam im, żeby na mnie nie czekali, tylko już szli, a ja dojdę, jak się dostanę do domu i wezmę klucz. Została ze mną tylko Malwina, a tymczasem ten podpity koleś pojawił się w oknie u moich sasiadów i postanowił przejść po parapecie! Powiedziałam mu, żeby dał sobie spokój, bo mam gdzie zanocować, a jutro zadzwonię po prostu do agencji, ale się uparł i cudem przeszedł! Otworzył mi drzwi od środka i powiedział, że jestem mu winna imprezę. No to fajnie, teraz będę musiała mu mówić cześć, a nie wiem nawet jak ma na imię. Nie znam swoich sąsiadów i jest mi z tym dobrze, ale niestety, teraz jestem mu coś winna. W każdym razie wzięłam od razu klucz, a drugi dałam Malwinie i poszłyśmy do Alicji. Na miejscu okazało się, że parę osób się zgubiło, bo nie wiedzieli, że jest zmiana planów i poszli na teren campusu. Musiałam po nich wyjść pod bibliotekę i przyprowadzić do ogródka, do którego wnieśliśmy stolik, krzesła i dwa materace. Zaczęliśmy wreszcie grilla. Po 21 doszedł do nas jeszcze Krystian, a po 23 Carlos. Impreza była dość udana, choć Alicja upiła się na smutno i poszła wcześniej spać. My zaś wyszliśmy około 2 w nocy. Piotrek odprowadził Malwinę, Carlos Gosię, a mnie Patryk, bo nie było już pociągów do niego i zostawał u mnie na noc.

W sobotę obudziłam się około 10. Zjedliśmy z Patrykiem śniadanie i zaczęliśmy rozmawiać. Kiedy sprawdzał sobie pocztę na Internecie, zaczęłam pakować paczkę dla Eryka. Powiedziałam mu, że muszę wyjść do sklepu i na pocztę, a on stwierdził, że wyjdzie ze mna. Nie poszedł jednak na dworzec, tylko przeszedł się ze mną, najpierw do sklepu, a potem na pocztę. Niestety, mimo że udało mi się wreszcie kupić ostatnią płytę, okazało się, że pocztę zamknęli 15 minut wcześniej! Poszliśmy jeszcze na drugą, ale też była zamknięta.Weszliśmy więc do sklepu, bo Patryk stwierdził, że zostanie u mnie na obiedzie, musiałam zatem dokupić parę rzeczy. Otworzyliśmy do obiadu białe wino izraelskie, które sobie przywiozłam. Potem Patryk stwierdził, że kupi jeszcze jedno, poszliśmy więc znów do sklepu. Potem siedzieliśmy przy oknie, piliśmy i rozmawialiśmy. W pewnym momencie zaczęłam jednak przysypiać, więc Patryk poszedł na spacer, a ja się zdrzemnęłam. Wrócił jak już się zrobiło ciemno. Dopompował sobie materac, bo narzekał, że poprzedniej nocy spał już prawie na ziemi. Potem obejrzeliśmy sobie "Świętych z Bostonu" na DVD i przed północą poszliśmy spać.

Dzisiaj Patryk obudził mnie przed 9:00 mówiąc, że jedzie do domu. Powiedziałam mu, żeby zatrzasnął drzwi i poszłam dalej spać. Obudziłam się dopiero w południe. Usiadłam do komputera, żeby sprawdzić maile i stan konta :) Potem wzięłam prysznic i zabrałam się za segregowanie prania. Uzbierały się dwie pralki, ale musiałam iść najpierw do bankomatu po pieniądze. Jak szłam, zadzwoniły do mnie Gosia z Alicją i powiedziały, że Carlos gotuje właśnie obiad i żebym przyszła. Wróciłam na chwilę do domu, żeby się przebrać, a potem po drodze do nich weszłam do bankomatu i wyjęłam pieniądze dla Gosi. Pożyczyłam od niej na laptopa i umówiłyśmy się, że oddam jej przed jej wyjazdem do Polski, a w środę już wylatuje, więc nadszedł już najwyższy czas na to, żebym spłaciła wreszcie swój dług. Zjedliśmy razem obiad, a potem wróciłam do domu, żeby porozmawiać przez SKYPE'a z mamą i z siostrą. Pokazałam mamie moje zdjecia z Izraela i umówiliśmy się na rozmowę na przyszły tydzień. Potem poszłam w końcu do pralni i wstawiłam dwie pralki ubrań. Wróciłam do domu i zaczęłam przegrywać zdjęcia Gosi na płytkę. Potem jak przyniosłam do domu pranie i zaczęłam je wieszać do szafy, dostałam wiadomość od Gosi, że jest już w domu i zgodnie z umową poszłam do niej z walizką, którą pożycza ode mnie na wyjazd oraz z plytą ze zdjęciami i paroma innymi rzeczami. Oczywiście była u niej Alicja i posiedziałyśmy znów prawie do 22. Wyszłyśmy razem i o 22 byłam już w domu. Muszę jeszcze wypełnić dwie aplikacje o pracę, a potem idę spać.

środa, 09 sierpnia 2006

198.

W Amsterdamie miałam półtorej godzinki pomiędzy samolotami, które dość szybko mi upłynęło. Przed 11 byłam już w Manchesterze i zadzwoniłam do Polski, żeby powiedzieć wreszcie mamie, gdzie byłam :) Ucieszyła się, że jednak pojechałam i dobrze się bawiłam i stwierdziła, iż może lepiej, że nie wiedziała :) Potem wsiadłam w autobus do Bratfoot, gdzie dojechałam około 13:30. Podjechałam jeszcze trzy przystanki autobusem miejskim i przed 14:00 byłam już w domu. Wzięłam prysznic, zjadłam coś i położyłam się do łóżka, ale nie mogłam zasnąć. Dostałam SMSa od Eryka, z pytaniem, czy już jestem w domu, więc odpisałam, że tak i podziękowałam raz jeszcze za wszystko. Później przyszła Malwina i przyniosła coś do jedzenia, więc nie musiałam już wychodzić do sklepu :) Nie została długo, bo szła do pracy, a ja wróciłam do lóżka, ale nadal nie mogłam spać, więc usiadłam do komputera i obejrzałam ponad 500 zdjęć, jakie przywiozłam na płycie z tego wyjazdu :) Tymczasem zadzwoniła do mnie siostra i przez SKYPE'a obejrzałyśmy te zdjęcie jeszcze raz razem - pokazywałam je jej na ekranie za pomocą mojej kamery. Pogadałam też chwilę z Patrykiem, ale stwierdziłam, że muszę iść wcześniej spać.

W poniedziałek nie było mi łatwo wrócić do pracy. Byłam jeszcze ciągle w innym świecie. W dodatku okazało się, że moja "ulubiona" szefowa wróciła już ze zwolnienia na stress! Na biurku znalazłam kartkę od niej z powitaniem, na której napisała też, że przyjdzie około 10:00. Jedyne pocieszenie to fakt, że na razie wraca stopniowo do pracy i pracuje krócej, od 10 do 15, a jeden dzień w tygodniu jeszcze ma wolny. O dziwo dzień minął mi dość szybko i bezstresowo. Po pracy położyłam się do łóżka i obudziło mnie dopiero przyjście Malwiny, która prosiła mnie o wysłanie paczki, więc przyniosła mi adres i pieniądze. W końcu oprzytomniałam i zwlokłam się z łóżka, a Malwina w tym czasie przygotowała pyszny makaron z sosem, więc zjadłyśmy razem obiad. Po jej wyjściu zadzwoniła do mnie siostra, a potem brat i zrobiliśmy sobie konferencję. W międzyczasie rozmawiałam też przez SKYPE'a z przyjaciółką z Polski, której dawno nie widziałam i tradycyjnie już z Patrykiem, którego nadal pocieszam wirtualnie po jego zerwaniu z dziewczyną :)

We wtorek było już trochę gorzej. Moja "ulubiona" szefowa doliczyła się właśnie, że skoro przechodzę na pół etatu, to należało mi się w tym roku tylko 10 dni urlopu, a nie 20 i w związku z tym będę musiała wziąć urlop bezpłatny, a być może oddać nawet pieniądze za te 10 dni. A to oznacza, że te trzy dni, które wezmę teraz na wyjazd do Francji i które miały być ostatnimi dniami z mojego urlopu już mi się nie należą. Ale mam już bilet, więc i tak pojadę, choćbym miała dopłacić do tego interesu. Ale to jeszcze nic - zaczęła mi wynajdywać nowe problemy i wypominać, że przecież podpisałam kontrakt na 2 lata na cały etat, więc czemu chcę teraz zmieniać na pół, skoro ta praca jest przecież najważniejsza i nic poza nią się nie liczy! Wtedy już mnie szlag trafił! Na szczęście musiałam właśnie wyjść, żeby pójść na spotkanie z przedstawicielami ECDL, by podzielić się z nimi swoimi uwagami na jego temat. Jak wróciłam, nie poruszałyśmy już tego tematu. Potem poszłam na lunch, a jak wróciłam, szefowa wkrótce szła do domu. Dobrze, że nie wróciłyśmy do tej rozmowy, bo chyba zlożyłabym wymówienie. Na szczęście w międzyczasie odezwał się do mnie Eryk przez Messengera i poprawił mi trochę humor. Po pracy pogadałam znów z siostrą i z drugim bratem przez SKYPE'a oraz z Patrykiem, z którym gadałam do 2 w nocy. Jednocześnie wrzuciłam zdjęcia z Izreala na stronę i założyłam w końcu blokadę na bloga. Trochę szkoda, bo awansował już na 31 miejsce na liście 100 najczęściej czytanych blogów "gazety" :))) Ale muszę najpierw wybadać, czy Krystian nikomu o nim nie powiedział i czy sam go nie czytał, a wtedy być może zdejmę blokadę (jeśli sprawa rozejdzie się po kościach :)

Dzisiaj, korzystając z faktu, że moja "ulubiona" szefowa miała wolne, przeprowadziłam poważną rozmowę z drugą szefową, żeby wiedzieć na czym stoję. Okazało się, że sprawa wygląda nie wesoło, przejrzałam więc najnowsze oferty pracy na uniwerku i wydrukowałam sobie dwie aplikacje. Mam zamiar starać się o nową pracę, jeżeli nie dogadam się tutaj, a niestety wszystko na to wskazuje, bo mam już serdecznie dość mojej szefowej, która wymaga ode mnie, żeby ta praca była całym moim życiem! W przeciwieństwie do niej, ja pracuję by żyć, a nie żyję, by pracować! Tymczasem obie moje szefowe martwią się o to, co robię po pracy, bo twierdzą, że to ma wpływ na moją wydajność. Wydaje mi się, że to tylko i wyłącznie moja sprawa, tymczasem okazuje się, że będą pytać w kadrach, czy mogą pozwolić mi pracować w tym samym dniu na uniwerku i w college'u. W zeszłym roku jakoś im to nie przeszkadzało. Paranoja! Ewidentnie robią mi problemy i mam już tego dość, więc mimo, iż wszystko ładnie się składa i spokojnie dałabym radę pracować w obu miejscach i jeszcze zrobić roczny kurs na uniwerku, to być może będę musiała zrezygnować ze swoich planów i z piątkowej lekcji polskiego. Cóż, zobaczymy, w każdym razie nie źle mnie dziś zdenerwowały.

Po pracy usiadłam do komputera, żeby dokończyć opis mojej ostatniej podróży. Przeszkodziła mi w tym jak zwykle siostra, dzwoniąc do mnie na SKYPE'a. Pogadałyśmy trochę, zanim przyszła Malwina. Porozmawiałyśmy chwilę we trzy, a ja jednocześnie korespondowałam na czacie z Patrkiem, który wypytywał mnie o piątkową impreze. Robię wreszcie spóźnioną imieninową imprezę, czyli grilla na terenie kampusu. Łączymy to z urodzinami Gosi, której muszę jeszcze kupić prezent, na który wszysycy się zrzucamy. Kupię go chyba dopiero w piątek po pracy, bo dopiero w czwartek mam wypłatę, a na razie jestem całkiem spłukana. W końcu wyszłyśmy i poszłyśmy do restauracji Mumtaz, gdzie Malwina z okazji moich minionych imienin zaprosiła mnie na kolację :) Jedzenie było dobre, choć ostre - nic nie pomaga prośba o to, by zrobili mniej pikatne dania :) Zresztą być może robią je mniej pikatne, ale nadal trzeba do tego wypić dużo wody. Po kolacji przeszłyśmy się do mnie spacerkiem i Malwina weszła jeszcze na górę na herbatę. Wyszła po 22, a ja usiadłam do komputera, ale zaraz idę spać, bo muszę jutro stawić czoła moi dwóm szefowym. Być może czeka mnie wkrótce zmiana pracy! Zobaczymy...

197.

W czwartek wstaliśmy około 10:00 (rekord :) i zjedliśmy na śniadanie pyszne omlety, które zrobił Eryk (ja nie jestem zbyt dobrą kucharką :) Potem wyruszyliśmy znów w podróż przez pustynię :) Pojechaliśmy do jaskini Soreq, w której podziwialiśmy stalaktyty - skały wyżłobione przez wodę. Potem dojechaliśmy wreszcie do Jerozolimy i poszliśmy zwiedzać Stare Miasto. Najpierw byliśmy pod Ścianą Płaczu. Musiałam sobie kupić chustę, żeby zasłonić nią ramiona i oczywiście mogłam wejść tylko do sektora przeznaczonego dla kobiet. Potem spytaliśmy o drogę do błękitnego meczetu ze złotą kopułą zwanego Dome of the Rock, ale powiedziano nam, że mogą tam wejść tylko muzułmanie, więc musiliśmy się zadowolić widokiem z daleka. Później poszliśmy jeszcze do trzech kościołów: greko-katolickiego Holy Sepulchre i dwóch katolickich (Redeemer oraz św. Anny). W międzyczasie parę razy się zgubiliśmy w wąskich, klaustrofobicznych uliczkach Jerozolimy, pełnych straganów, turystów i zaczepiających nas sprzedawców. Po jakimś czasie miałam dość, więc kiedy Eryk spytał, co jeszcze chciałabym zobaczyć i czy chcę jeszcze raz przyjechać do Jerozolimy, odpowiedziałam, że już mi wystarczy. Tel Aviv podoba mi się o wiele bardziej. W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze do parku Mini Izrael, gdzie znajdują się makiety wielu budynków z Hajfy, Jerozolimy, Tel Avivu i paru innych miejsc w Izraelu. W końcu około 20:00 byliśmy z powrotem i pojechaliśmy prosto na imprezę urodzinową przyjaciela Eryka. Siedzieliśmy w ogródku, zajadaliśmy przekąski i piliśmy izraleskie piwo Maccbee, a nad nami latały samoloty z włączonymi dopalaczami, pewnie myśliwce...

    

Jaskinia Soreq i Ściana Płaczu w Jerozolimie.

W piątek umówiliśmy się na śniadanie z przyjacielem Eryka (zamówiłam szakszukę - bardzo dobre danie, podobne do lecho :) a potem udaliśmy się do Eilatu, nad Morze Czerwone. Jedzie się tam około 4 godzin przez pustynię. Po drodze zobaczyliśmy skały zwane Carpentery, bo wyglądają jak ociosane przez cieślę. Z punktu widokowego widziałam też granicę z Jordanią po lewej i z Egiptem po prawej stronie :) Kiedy dojechaliśmy do Eliatu, poszliśmy prosto na plazę, bo do zachodu słońca zostały już tylko 2 godziny. Wykąpałam się tym razem w Morzu Czerwonym, a potem się położyłam na leżaku, nasmarowałam i próbowałam opalić niespalone części ciała :) Kiedy słońce zaczęło zachodzić za gory, spakowaliśmy się i pojechaliśmy szukać motelu, w którym Eryk zamówił rano nocleg. Motelik był bardzo przytulny i nazywał się "Pierre" :) Tradycyjnie już wzięliśmy prysznic i przebraliśmy się, a potem pojechaliśmy do pobliskiej jednostki wojskowej po kolejnego kolegę Eryka, który stacjonuje w Eliacie. Chcieliśmy coś zjeść, ale w dwóch restuarcjach w centrum nie było już miejsc, tylko na rezerwacje. Pojechaliśmy więc trochę dalej do argentyńskiej restauracji "El Gaucho", gdzie zjedliśmy pyszną kolację i napiliśmy się izraelskiego białego wina. Potem wróciliśmy do centrum, przeszliśmy się brzegiem morza, pełnym sklepów, kawiarenek i karuzel :) W końcu po 22 poszliśmy do klubu potańczyć. Panowie byli mniej ruchliwi, więc poszłam sama na parkiet, ale na szczęście później doszli i Eryk pozbył się towarzystwa chłopców, którzy pytali mnie, czy jestem Rosyjanką :) Potraktowałam to jako komplement, biorąc pod uwagę jak ładne i szczupłe są Rosyjanki :))) Ale w towarzystwie Eryka i jego przyjaciela czułam się o wiele pewniej :) W końcu po północy odwieźliśmy kolegę do jednostki, a sami pojechaliśmy do motelu i poszliśmy wreszcie spać.

W sobotę wstaliśmy o 10, bo do 11 musieliśmy zwolnić pokój. Najpierw pojechaliśmy na farmę wielbłądów, bo od wczoraj marudziłam, że chcę się koniecznie przejechać na wielbłądzie i wciąż pytałam, gdzie są "gamele" (wielbłądy po hebrajsku :))) Na pierwszy raz zdecydowałam się tylko na krótką, 10-minutową przejażdżkę z przewodnikiem, który prowadził mojego "gamela" na sznurku :) Potem Eryk zabrał mnie do Divers Village, bo nieopatrznie wspomniałam wcześniej, że może chciałabym zanurkować i zobaczyć rafę kolarową. Była to dość droga przyjemność, ale zdecydowałam się zarezerwować sobie instruktora. W międzyczasie podjechaliśmy do bankomatu, żebym mogła wyciągnać pieniądze na nurkowanie i kupiliśmy też kolejne typowe izraleskie danie na śniadanie - dżahnun. Nie zdążyliśmy go jednak zjeść, tylko wzięliśmy je na wynos, bo trzeba było już wracać do Divers Village. Zostałam ubrana w piankowy strój, dostałam butlę gazową i okulary, a potem przeszłam przyspieszony kurs nurkowania :) Po czym weszłam do Morza Czerwonego, gdzie zajął się mną instruktor. Założył mi płetwy na nogi i za rączkę sprowadził pod wodę, a potem oprowadził po okolicy :) Pokazywał mi palcem co ciekawsze ryby czy okazy rafy kolarowej. Było to bardzo surrealistyczne, niezapomniane, półgodzinne przeżycie :) Potem posiedzieliśmy jeszcze chwilę na plaży, a ja zamoczyłam po raz ostatni nogi w Morzu Czerwonym.

     

Morze Czerwone i mój "gamel" :)

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na postoju, gdzie kupiliśmy choco (shake z mleka i kakao) i zjedliśmy dżahnun. Udało mi się też zrobić zdjęcie znaku "Uwaga na wielbłądy!", na który polowałam całą drogę :))) Potem podjechaliśmy na tą samą plażę w Ein Bokek, co poprzednio. Nasmarowałam się błotkiem, poczekałam 20 minut, a potem zmyłam je w Morzu Martwym. Od tej pory schodzi mi skóra! :))) Do domu dojechaliśmy po 21, a na 22 byliśmy umówieni z siostrą Eryka do kina. Przyjechała po nas samochodem i pojechaliśmy do Cinema City na drugą część "Piratów z Karaibów". Film średnio mi się podobał. W dodatku kończy się ni w 5 ni w 10, zostawiając furtkę dla trzeciej części, a nikt mnie nie uprzedził, że to będzie trylogia! Siostra Eryka naśmiewała się z Orlando Blooma, że gra wciąż tak samo i tylko w trylogiach :))) Chociaż nie, zagrał jeszcze w dwóch innych epopejach: "Troi" i "Królestwie niebieskim" :) Ale miny robi wciąż te same, tylko fryzura mu się zmienia :))) Po kinie Eryk położył się na trochę, bo rano szedł do pracy, a ja zabrałam się za pakowanie. Udało mi się zmieścić w moją małą walizeczkę, mimo że kupiłam sobie butelkę białego izraelskiego wina i parę prezentów dla rodziny. Tylko słomkowy kapelusz musiałam wziąć do ręki :) O 3 w nocy pojechaliśmy na lotnisko. Poszłam do odprawy, a tam wzięto mnie na bok i celniczka przepytywała mnie przez pół godziny, zadając mi czasem po przerwie te same pytania, żeby sprawdzić, czy odpowiedzi będą takie same :) Odpowiadałam spokojnie, bo wiedziałam, że przecież muszą mnie wypuścić! :) Ale dopiero jak celniczka wzięła ode mnie numer do Eryka i zadzwoniła do niego, dała mi wreszcie spokój. Dalsza odprawa przebiegła już bez problemów.

    

Zachód słońca nad pustynią i powrót samolotem do Amsterdamu.

PS. Więcej zdjęć na www.fotki.com/annad9

196.

Na lotnisku w Amsterdamie zostałam dokładnie wypytana o cel swojej podróży do Izreala. Potem dowiedziałam się, że nie dość, że samolot do Tel Avivu będzie spóźniony, to jeszcze będziemy lądować na Cyprze, gdzie spędzimy godzine! Okazało się, że załogi KLM nie zostają na noc w Tel Avivie, ze względu na zaistniałą sytuację. W związku z tym na Cyprze nasza załoga wysiadła, a wsiadła inna, która poleciała z nami do Tel Avivu i za chwilę wracała  na noc na Cypr. Cóż, gdybym ja była szefową linii lotniczych, wolałabym chyba dopłacić załodze za nadgodziny, żeby poleciała do Tel Avivu, a stamtąd wróciła na Cypr, niż kazać pasażerom czekać godzinę w samolocie! Napisałam nawet później maila z pretensjami do KLMu, ale oczywiście w bardzo miłych słowach odpisali mi generalnie, że mogę sobie nakukać. W każdym razie wysłałam Erykowi SMSa z wiadomością, że przylecę jakieś półtorej godziny później! Zamiast o 2:30 byłam na lotnisku w Tel Avivie około 4 rano. Na granicy dogadałam się z celniczkami po rosyjsku (ostatnio do Izraela był bardzo duży napływ imigracji z Rosji) po czym Eryk zawiózł mnie do siebie do domu, gdzie od razu  poszłam spać, a on pojechał do pracy.

Obudziłam się w niedzielę po południu i zgodnie z umową zadzwoniłam do Eryka. Powiedział, że niedługo wróci z pracy, a ja poleżałam jeszcze trochę w łóżku. W końcu wzięłam prysznic i się ubrałam, więc jak przyjechał, byłam już gotowa do wyjścia. Na pytanie co chcę robić odpowiedziałam, że zwiedzać. Ustaliliśmy więc wstępnie plan na ten tydzień, po czym spotkaliśmy się z przyjacielem Eryka i pojechaliśmy we trójkę zobaczyć Jaffę. Kiedyś było to osobne miasto, teraz można chyba już powiedzieć, że to jedna z dzielnic Tel Avivu, który tak się rozrósł, że od razu skojarzył mi się z Los Angeles :) Najpierw przeszliśmy się brzegiem morza (ja oczywiście zdjęłam buty i szłam z nogami w wodzie :) a potem poszliśmy do portu w Jaffie na kolację. Jak port, to oczywiście zamówiłam owoce morza (krewetki w pysznym sosie :) w restauracji, gdzie menu było po hebrajsku, angielsku i rosyjsku :) Byłam zaskoczona, że o 20:00 zobiło się już ciemno. Zrobiliśmy sobie jeszcze spacer po starówce Jaffy, a potem pojechaliśmy do domu, żeby wziąć prysznic i się przebrać, po czym pojechaliśmy do pubu Dublin na piwo. Tam dołączył do nas jeszcze jeden przyjaciel Eryka. Był to irlandzki pub i nie mieli w nim izraelskich piw, więc wypiłam tylko Forstersa i Stellę Artois, którą udało mi się nawet zamówić po hebrajsku :) Niestety, kiedy kelnerka zaczęła mi odpowiadać, musiałam prosić Eryka o pomoc :) W domu byliśmy po północy.

    

Port w Jaffie i molo nad Morzem Śródziemnym.

W poniedziałek rano Eryk poszedł do pracy, a ja spałam znów do południa :) Potem usiadłam do Internetu i napisałam do rodziny i znajomych, żeby ich powiadomić, że żyję i wszystko jest w porządku :) Jak Eryk wrócił z pracy, spotkaliśmy się z jego znajomymi, z którymi pojechaliśmy na kolację do libańskiej restauracji, gdzie podobno podają najlepszy humus w mieście :) Jechaliśmy na dwa samochody i ścigaliśmy się - Eryk jechał z jednym swoim przyjacielem szosą, a ja z drugim na skróty, po wertepach, bo miał samochód terenowy :) Oczywiście dojechaliśmy pierwsi i jak oni przyjechali, siedzieliśmy już przy stoliku i zajadaliśmy się pitą z humusem :) Później pojechaliśmy znów do domu wziąć prysznic i się przebrać (w tym upale inaczej się nie da :) po czym pojechaliśmy zobaczyć Tel Aviv nocą. Po małej przejażdżce przeszliśmy się board walkiem - molem wzdłuż morza. W końcu poszliśmy do jakiejś tamtejszej modnej knajpy na drinka. Tym razem udało mi się zamówić izraelskie piwo Goldenstar. Obsługiwała nas Francuzka i dowiedziałam się, że teraz nastała fala emigracji z Francji, po ostatnich antysemickich atakach. Nie byłam zaskoczona słysząc dookoła język rosyjski, bo byłam na to przygotowana, ale popularność francuskiego mnie zaskoczyła! Tymczasem kumpel Eryka zaczął mnie trochę wkurzać, więc powiedziałam mu parę słów (od tamtej pory już go nie widziałam :) Potem wróciliśmy do domu i znów poszliśmy późno spać.

We wtorek Eryk szedł później do pracy, więc przynajmniej trochę się wyspałam i udało mi się rano wstać, żeby podjechać z nim do miasta. Wysadził mnie pod Azriely Mall, czyli centrum handlowym znajdującym się pomiędzy trzema wieżami - jedna jest okrągła i na niej znajduje się taras widokowy, druga trójkątna, a trzecia będzie kwadratowa, jak ją skończą budować :) Tutaj czekała mnie kolejna niespodzianka. Przy wejściu do każdego miejsca publicznego stoi strażnik i sprawdza torebki, żeby nikt nie wniósł broni albo bomby, jak się domyślam. Znalazłam bankomat i wyjęłam pieniądze, po czym kupiłam bilet na krótki film trójwymiarowy o historii miasta i na obserwatorium na szczycie okrągłej wieży. Porobiłam stamtąd fajne zdjęcia i Tel Aviv z góry bardzo mi się spodobał. Potem zjechałam na dół i popstrykałam jeszcze parę zdjęć. W końcu po paru godzinach poszłam wreszcie naprawdę zwiedzać miasto. Oczywiście się zgubiłam i musiałam wracać, ale w końcu jak dotarłam do ulicy Leonarda DaVinci, odnalazłam się wreszcie na mapie :) Doszłam bulwarem Rothschilda do ulicy Sheinkin, na której znajduje się wiele sklepów, a stamtąd na bazar Avishagbalev. Kupiłam sobie wodę i banany, po czym poszłam na plażę, wykupiłam sobie krzesełko i zasnęłam!

    

Azriely Tower i widok na Tel Aviv.

Obudziłam się godzinę później poparzona - piekły mnie nogi, ręcę i dekolt i były czerwone. Wstałam i postanowiłam pójść gdzieś w cień, kiedy dostałam SMSa od Eryka, że wyszedł już z pracy. Umówiliśmy się, że zabierze mnie, jak będzie przejeżdżał przez miasto. Jak mnie zobaczył, od razu zabrał mnie do sklepu i kupiliśmy "Aloe Vera" oraz krem do opalania z najmocniejszym filtrem :) Lepiej późno niż wcale, ale szczerze mówiąc myślałam, że po małej zaprawie na angielskim słoneczku uniknę oparzeń! Mimo to powiedziałam, że chcę jechać na plażę i wreszcie porządnie się wykąpać. Eryk kupił sobie aparat cyfrowy, bo mój mu się spodobał. Potem pojechaliśmy do domu po kostiumy kąpielowe i ręczniki, a później na plażę i wreszcie zamoczyłam się cała w Morzu Śródziemnym! :) Oboje pstrykaliśmy zdjęcia zachodu słońca. Bardzo szybko zrobiło się znów ciemno i Eryk zabładził na jakimś pustkowiu, które miało byś skrótem! :) Za każdym razem mówił, ze już wie, gdzie jest i że za 10 minut będziemy :) W końcu udało mu się dojechać do szosy i szczęsliwie wróciliśmy do domu. Wzięliśmy prysznic, przebraliśmy się (norma :) i pojechaliśmy na kolację do rodziców Eryka. Zjedliśmy pizzę i prawie cały wieczór przegadałam z jego młodszą siostrą, która chce być weterynarzem albo krytykiem filmowym :) Dowiedziałam się też od niej, że odwołano koncert Depeche Mode w Tel Avivie, na który kupiła już bilety i na który my też się wybieraliśmy.

W środę Eryk wziął wolne. Pospaliśmy do południa, a potem spakowaliśmy się i pojechaliśmy nad Morze Martwe. Po drodze zobaczyliśmy znak na Masadę, rzymską fortecę na szczycie góry. Eryk spytał, czy chce najpierw jechać na plażę, czy najpierw zobaczyć Masade. Stwierdziliśmy, że sprawdzimy, do której można ją zwiedzać, bo było już przed 16:00. I całe szczęście, bo okazało się, że do zamknięcia została tylko godzina! Wjechaliśmy więc na górę i zwiedziliśmy resztki tej rzymskiej fortecy, które nadal robią duże wrażenie. Potem zjechaliśmy na dół ostatnią kolejką górską i pojechaliśmy do En Gedi Spa - uzdrowiska położonego w najniższym punkcie na Ziemi, ale okazało się, że tam też wkrótce zamykają, więc nie będziemy -  niestety - mogli się posmarować leczniczym błotkiem i zasmakować kąpieli w "pachnącej" siarką wodzie! :) Cóż, prawdę mówiąc nie byłam zbyt zawiedzona, choć rozumiem, że Eryk chciał mi to pokazać jako tamtejszą atrakcję :))) Zamiast tego pojechalięmy więc na plażę w Ein Bokek, gdzie weszłam wreszcie do słonej wody Morza Martwego. Na dnie leżały kryształki soli, niektóre całkiem duże. Zaczęliśmy wyławiać je stopami (lepiej nie ryzykować zanurzenia głowy :) Woda miała lekki zapaszek, ale była bardzo ciepła i można było się na niej po prostu położyć i leżeć :) Kiedy zaszło słońce, poszliśmy do pobliskiej restauracji na kolację. Kupiłam tam paczkę błota, którym można się samemu posmarować, ale sprzedawca powiedział, że dla lepszego efektu należy je zmyć w Morzu Martwym. Postanowiliśmy więc z Erykiem jeszcze tam wrócić :)

    

Masada i Morze Martwe.