Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Exeter i Kornwalia

493.

W sobotę wstałam o 9:00, wzięłam plecak i po 10:00 wsiadłam w taksówkę, która zabrała mnie do firmy Enterprise. Tam dali mi jakiś dziwny samochód bez kluczyków! (Renault Megane :) Bałam się go trochę, bo był duży, nowy i miał prawie wszystko zautomatyzowane! Ostatnio w Warszawie jeździłam starym Peugeot 206, który nie miał wspomagania, a tu kierownica chodziła lekko i bałam się, że będzie mnie zarzucać. Spytałam nawet, czy nie dali by mi innego, ale chyba myśleli, że żartuje. Pan, który mnie już zna, bo mnie często podwoził lub odwoził, pożyczył mi atlas, bo zapomniałam swój zabrać z domu, a nie chciałam już wracać. Zanim ruszyłam posiedziałam chwilę w tym samochodzie, żeby się z nim oswoić, ale miałam jakieś dziwne uczucie lęku. Żeby zapalić, trzeba było włożyć kartę (zamiast kluczyków) i wcisnąć przycisk "start", zupełnie jakby to był komputer, a nie wóz! Ruszyłam na autostradę i w ciągu 5 godzin dotarłam do Exeter, ale tam źle skręciłam, więc w hotelu byłam dopiero przed 17:00.

Drzwi były zamknięte i już miałam dzwonić na numer telefonu, ale za chwilę podjechał samochód i wysiadła właścicielka. Powiedziała mi, że w mieście darmowy parking będzie dopiero od 18:00, poszłam więc do swojego pokoju i podłączyłam laptopa. Połączyłam się z Internetem i sprawdziłam dojazd na mapie Google na tzw.
podglądzie "widok ulicy" :) O18:00 ruszyłam do miasta, które było naprawdę niedaleko, jakieś 15 minut samochodem. Zaparkowałam w uliczce za katedrą, która już była zamknięta i poszłam w stronę zamku. Tam przeszłam cały ogród Northernhay. Potem pochodziłam też po centrum, rozpoznając niektóre miejsca z mapy Google i poznając topografię miasta. W końcu około20:00 weszłam do Tesco i kupiłam sobie jakieś owoce i sushi na kolację :) Wróciłam do wozu i podjechałam jeszcze pod uniwersytet i kościół św. Dawida. W hotelu byłam po 20:30. Wzięłam kąpiel, zjadłam sushi, postudiowałam mapy i zaplanowałam wycieczkę na następny dzień, a potem poszłam spać.

  
Katedra w Exeter oraz War Memorial Johna Angela w ogrodach
Northernhay zamku Rougemont.

W niedzielę zeszłam po 8:00 na śniadanie, a potem wróciłam do pokoju i poczytałam w sieci wiadomości z  Bratfoot, w którym poprzedniego dnia odbyły się dwie demonstracje: faszystów i antyfaszystów. Ci pierwsi wdali się w utarczki z policją, ale ponoć tylko jedna osoba została ranna. Z hotelu wyjechałam po 9:00, ale znów źle pojechałam. Opierałam się tylko na mapie i znalazłam drogę, ale w złą stronę. Dzięki temu przejechałam jednak obok budynku Met Office, czyli narodowego serwisu meteorologicznego, ze strony którego często tu korzystam, bo jest najbardziej godna zaufania. W końcu znalazłam właściwą drogę i w jakieś 3 godziny dojechałam na Land's End, czyli najbardziej wysunięty na zachód kawałek Anglii. Okazało się, że trzeba tam zapłacić 4 funty za parking! W Hiszpanii takie miejsca są za darmo, a tam przecież jest także koniec Europy! Ale tutaj płacić trzeba nawet za zdjęcie, co zresztą zrobiłam :) Widać na nim, że jest stamtąd 1200 mil do Warszawy :) Mają mi je przysłać w ciągu paru tygodni.

Po półtorej godziny wsiadłam w samochód i pojechałam na Lizard Point, czyli kawałek Anglii wysunięty najdalej na południe. Dróżki były tam tak wąskie, że jak próbowałam wykręcić, to pojechałam zderzakiem po murze i zarysowałam poważnie samochód! Na szczęście coś mnie tknęło i  wykupiłam przed wyjazdem dodatkowe ubezpieczenie, ale nie wiem, czy pokryje straty. Od dzisiaj chyba zacznę wierzyć w te swoje przeczucia, bo to mi się już zdarza drugi raz w tym roku! Humor mi się od razu popsuł i spędziłam tam tylko godzinkę, bo tak się zdenerwowałam, że nie mogłam podziwiać widoków. Odechciało mi się zwiedzania i postanowiłam wrócić jak najprędzej do domu. Nie zatrzymałam się nawet w Plymouth, które też miałam zwiedzić, tylko pojechałam prosto do Exeter i poszłam coś zjeść. Po kolacji wróciłam do hotelu, wzięłam znów kąpiel i przed snem obejrzałam pierwszą część "Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową". Ale nie mogłam zasnąć, bo zimno mi było i się martwiłam.

  
Land's End, czyli "koniec ziemi" na zachodzie Anglii i na północy w "Lizard Point".

Dzisiaj wstałam znów o 8:00 i poszłam na śniadanie. Potem spakowałam się i o 9:00 już wyjechałam. Jechało mi się bardzo dobrze i dość szybko, ale w okolicy Birmingham znów źle zjechałam i wylądowałam na autostradzie w przeciwnym kierunku. Ciężko się tu jeździ po samych znakach, bo piszą kierunek na najbliższe miasto, a nie największe po drodze. A przecież wszystkich nazw nie znam i gdyby nie mapa, to w ogóle bym się zgubiła. Ale na mapę mogłam zerknąć tylko, jak się gdzieś zatrzymałam, choć przyznaję, że bawiłam się czasem w pilota i zerkałam w czasie jazdy. Zanim odczekałam swoje w korku i znalazłam zjazd, to minęło z pół godziny. Dlatego też w domu byłam o 14:30, a gdybym się nie pomyliła, to na pewno dojechałabym w 5 godzin. Weszłam do pustego domu, bo nikt jeszcze nie wrócił i wzięłam kąpiel, a później poszłam do łóżka. Normalnie skorzystałabym z tego, że mam samochód i zrobiłabym zakupy, ale odechciało mi się już jeżdżenia tym samochodem.

Szkoda, że tak się skończyła moja wycieczka do Kornwalii, bo to piękna okolica. Wbrew nazwie, która po polsku brzmi poetycko, niemal jak "konwalia", a po angielsku znaczy jedynie "ściana kukurydzy" :) Żadnej kukurydzy nigdzie nie widziałam, pewnie dlatego, że nazwa wzięła się z łaciny, a nie z angielskiego i oznacza ponoć "róg" lub "półwysep". I taki właśnie Kornwalia ma kształt. Przed wyjazdem miałam jeszcze zobaczyć tzw. "Angielską Riwierę", czyli plaże w regionie Torbay, poniżej Exeter, które leży w sąsiednim
hrabstwie Devon. Niestety, samochód, oprócz innych swoich wad, dużo palił i wydałam na benzynę więcej niż przewidywałam. Nie chciałam więc jeszcze wydawać, bo pieniądze prawdopodobnie jeszcze mi się przydadzą. Chociaż mam wciąż nadzieję, że wykupione przeze mnie ubezpieczenie pokryje koszty. Jutro się przekonam. A jeśli nie, to pocieszam się tym, że pieniądze to rzecz nabyta, a ja jestem przecież nadal cała i zdrowa, więc mogę je zarabiać. Mogło być gorzej.
piątek, 27 sierpnia 2010
Powrót

492.

We wtorek wstałam o 4:00 rano i o 4:30 wsiadłam z mamą w taksówkę i pojechałyśmy na lotnisko. W poprzednią stronę miałam plecak z laptopem i walizeczkę, którą nadałam jako bagaż główny. Teraz wcisnęłam plecak do walizki, a laptopa zostawiłam na wierzchu. Po przejściu przez odprawę poszłam do sklepu i kupiłam jeszcze Wódkę Sobiecki dla Jana i Sue. Przed wejściem na pokład steward, który sprawdzał karty pokładowe powiedział, że muszę wejść na pokład z jedną sztuką bagażu. Wcisnęłam więc laptopa do środka, ale żeby zapiąć walizkę, musiałam na niej usiąść!
Wsiadłam w samolot i pożegnałam się z Warszawą. Na lotnisku w Doncaster wyjęłam plecak z walizki i wsiadłam w autobus na dworzec. Tam wsiadłam w pociąg do Bratfoot przez Leeds, a potem w autobus do domu. Jak szłam z przystanku do domu, to złapał mnie deszcz! A jeszcze dzień wcześniej miałam piękną pogodę w Polsce!

  
Syrenka - symbol Warszawy oraz Żubr i butelki Żubrówki na lotnisku Okęcie im. Chopina.

W domu zjadłam śniadanie, a potem poszłam sobie piechotką do pracy na 12:00. Nicola przekazała mi, co się dzieje, bo teraz ona szła na urlop. Mamy nową pracownicę, która nam pomaga  i jak się okazało, we wszystko się wtrąca. Już mnie zdążyła wkurzyć, ale może dlatego, że spałam tylko cztery godziny i prawie zasypiałam :) W dodatku prawie wszystko jest już spakowane i wszędzie stoją pudła, bo za tydzień przeprowadzamy się do starego budynku. O 17:00 wyszłam z pracy i podeszłam do sklepu, gdzie spotkałam Lawendę. Wróciłyśmy razem do domu i powiedziała mi, że połowa ludzi z domu pojechała na jakiś festiwal, a ona i Roman dojadą do nich w weekend. Ja też wyjeżdżam, więc dom będzie stał pusty. Zjadłam coś na kolację i poszłam spać. Obudził mnie telefon od Krystiana, który szuka mieszkania i zastanawiamy się, czy razem czegoś nie wynająć. Potem poszłam dalej spać :)

W środę wstałam o 9:00, bo o 10:30 byłam umówiona na spotkanie z szefem studiów w sprawie zwrotu wydatków za konferencję w Glasgow. Mój promotor powiedział, że jest jakiś problem i okazało się, że chodzi o to, iż pojechałam samochodem, zamiast jakąś tańszą opcją, np. pociągiem. Szef był dosyć dziwny i początkowo trochę niemiły, ale nie dałam się i w końcu powiedział, że odda mi za wszystkie wydatki i zaczął mnie przekonywać, żebym kontynuowała studia doktoranckie :) Po wyjściu od niego weszłam do biblioteki, a potem zdecydowałam, że pójdę godzinę wcześniej do pracy, na 11:00. Akurat trwało jakieś zebranie i potrzebowali kogoś do robienia notatek, więc dobrze się złożyło :) Po pracy weszłam znów do sklepu, a potem podeszłam do starego domu do sąsiadów po listy. Wzięłam od nich numer komórki, żeby następnym razem się umówić. Wróciłam do domu i przed snem uzupełniłam bloga.

W czwartek szłam godzinę później do pracy, bo poprzedniego dnia przyszłam wcześniej :) Przed wyjściem zadzwoniłam do urzędu miasta, bo dostałam na stary adres upomnienia, że nie płacę Council Taxu. Chcieli mnie nawet wezwać do sądu! Wytłumaczyłam więc, że już tam nie mieszkam, ale nadal muszę zapłacić 50 funtów opłaty administracyjnej za sąd, bo zapomniałam to zgłosić zaraz po wyprowadzce. Potem zadzwoniłam do mamy i o mało się nie spóźniłam do pracy na 13:00! :) Po drodze wyjęłam pieniądze z bankomatu, bo college mi właśnie zapłacił i zadzwoniłam jeszcze z pracy do Enterprise, żeby załatwić sobie podwózkę na sobotę.
Postanowiłam jednak, że przyjadę do nich sama  po samochód, bo nie uśmiechało mi się siedzenie pod moim starym domem. A nowego adresu nie chce im podawać. Po pracy wsiadłam w pociąg do Leeds, oddałam książki do biblioteki i poszłam do mojej pani shrink. Wyszłam od niej bardzo zadowolona, bo znalazłam odpowiedzi na 3 nużące mnie pytania :)

W piątek rano Lawenda i Roman wyjechali na festiwal, ale tak się rozbijali, że mnie obudzili. Poleżałam jednak w łóżku do 10:30, a potem poszłam na 12:00 do pracy. Przed wyjściem z pracy zadzwoniłam do Gosi, z którą nie widziałam się chyba z rok. Zaprosiła mnie po pracy do swojego nowego mieszkanka, które dostała od Councilu. Bardzo fajnie się urządziła. Przyszła do niej też znajoma, z którą jutro leci do Barcelony. Jak byłam jeszcze u niej zadzwonił Krystian, że zaraz do mnie przyjedzie. Wyszłam więc i wróciłam do domu. Pokazałam mu jakie są u nas warunki, bo szuka jakiegoś pokoju, a Allan wkrótce się wyprowadza. Po jego wyjściu zjadłam obiad, a potem usiadłam do komputera. Poczytałam na temat jutrzejszej demonstracji English Defence League i anty-demonstracji Unite Against Fascism/We Are Bratfoot, czyli faszystów i antyfaszystów :) Mam nadzieję, że nie będę miała problemu z odebraniem samochodu i wyjazdem z miasta. Przed snem jeszcze się spakowałam i odpisałam na maile.
czwartek, 26 sierpnia 2010
Starzy, dobrzy znajomi :)

491.

W środę pojechałam znów do Biblioteki Narodowej i posiedziałam w Czytelni do 15:30. Na obiad wróciłam do domu, a potem pojechałam do Empiku na rondzie de Gaulle'a, gdzie byłam umówiona z przyjaciółką z podstawówki. Poszłyśmy na kawę, ale nie siedziałyśmy długo, bo zadzwoniła jej mama, że jej ojczym właśnie zmarł. Odprowadziłam ją do samochodu i upewniłam się, że się uspokoiła. Potem pojechałam do Tesco po parę rzeczy, a po drodze słuchałam Cat Power. W czwartek zaczęłam znów od Biblioteki Narodowej, gdzie dołączył do mnie ojciec i poszliśmy na spacer po Polach Mokotowskich. Potem go odwiozłam, a sama pojechałam do Legionowa, żeby odwiedzić znajomą z jednej z film dystrybucyjnych. Zjadłyśmy kolację, obejrzałyśmy sobie jeszcze raz po latach z przyjemnością "Superprodukcję" Machulskiego na DVD i tuż przed północą poszłyśmy spać. Do filmu wypiłyśmy butelkę czerwonego wina, więc dobrze się spało :)

  
Anna Przybylska i Rafał Królikowski w "Superprodukcji"oraz Biblioteka Narodowa.

W piątek wstałam o 4:30 rano i po 5:00 wyjechałyśmy ze znajomą z Legionowa. Ona musiała jechać do warsztatu, a ja wróciłam do domu i poszłam dalej spać. Wstałam dopiero po południu i pojechałam po raz kolejny do Biblioteki Narodowej,
ale tym razem wzięłam ze sobą laptopa, żeby od razu na nim popracować. Znalazłam parę źródeł, które postanowiłam wykorzystać w mojej pracy magisterskiej. Na obiad wróciłam do domu, a zaraz potem pojechałam spotkać się ze znajomą z byłej pracy. Podjechałam do niej do roboty i zabrałam ją do Wola Parku. Tam zjadłyśmy coś w Sphinx, gdzie dojechał do nas jej znajomy. Razem podjechaliśmy do Galerii Mokotów, gdzie poszliśmy na piwo (ja colę :) a potem wybraliśmy się potańczyć do Parku. Muzyka była taka sobie, ale przynajmniej trochę sobie potańczyłam. Odwiozłam ich do domu po 2:00 rano.

W sobotę odsypiałam poprzedni wieczór, bo w domu byłam dopiero około 3:00. W końcu wstałam i zabrałam się za "ostateczne" (nie wiem który już raz :) poprawianie mojej pracy magisterskiej. Chciałam ją doprowadzić do stanu, w którym mogłabym ją wysłać mojemu egzaminatorowi wewnętrznemu do akceptacji. Cały dzień spędziłam więc w domu przed komputerem i przed telewizorem. W niedzielę wstałam i wysłałam wreszcie tą pracę do egzaminatora. Potem pojechałam z mamą i z siostrą do Muzeum Powstania Warszawskiego. Wstęp był darmowy, więc kolejka była niebotyczna. A ja chciałam zobaczyć tylko film "Miasto ruin". Weszłam więc do muzeum jakimś bocznym wejściem, ale tam okazało się, że tego filmu nie puszczają na dużym ekranie w sali na dole, tylko w jakieś małej salce, do której stała jeszcze dłuższa kolejka! Stwierdziłam więc, że to nie ma sensu i zrezygnowałam.
Postanowiłam wrócić tam nazajutrz.

Pojechałyśmy zatem nad Zalew Zegrzyński i, ale woda była tak mętna, że zamoczyłam tylko nogi i nie zaryzykowałam kąpieli. Wracając do Warszawy znalazłyśmy po drodze fabrykę Briggsów w Markach - angielskiej rodziny, o której moja uczennica Sarah pisze doktorat. Wróciłyśmy do domu i wsiadłam od razu w samochód, żeby na 18:30 zajechać pod pomnik de Gaulle'a, gdzie byłam umówiona ze znajomą ze szkoły dziennikarskiej. Przyjechała ze swoim siostrzeńcem i poszliśmy we trójkę na Foksal do jakiejś knajpki. Nie siedzieliśmy długo, bo zaczęli się schodzić do stolika podpici goście proszący o drobne. Po drodze do domu podjechałam do Auchan w Wola Parku i zrobiłam jeszcze ostatnie zakupy. Dałam też znać gdzie jestem mojej byłej szefowie, z którą widziałam się w zeszły czwartek. Oddzwoniła i umówiłyśmy się, że podjedzie do mnie pod dom po 22:00, żeby się jeszcze raz pożegnać. Poszłyśmy na krótki spacer i w domu byłam o północy.

  
Zalew Zegrzyński oraz dom państwa Briggsów, właścicieli fabryki wełny w Markach pod Warszawą.

W poniedziałek najpierw
podjechałam do Muzeum Powstania Warszawskiego i obejrzałam wreszcie "Miasto ruin"! Film jest trójwymiarowy, o czym nie wiedziałam i ogląda się go w specjalnych okularach. Pewnie dlatego nie pokazują go na dużym ekranie. Po filmie pojechałam do IMAXu i kupiłam bilet na trójwymiarowego "Shrek Forever After". Myślałam, że grają go o 13:00, ale okazało się, że źle coś sprawdziłam i że mam wolne półtorej godziny. Zdecydowałam się pojechać na Starówkę i pójść do Muzeum Marii Skłodowskiej, ale okazało się, że w poniedziałki jest zamknięte, więc przeszłam się spacerkiem na rynek główny. Usiadłam tam w jednej z knajpek i napiłam się czegoś, a potem pojechałam z powrotem na film, który bardzo mi się podobał. Wróciłam do domu na obiad, gdzie przyjechał najpierw mój najstarszy brat z żoną na deser, a potem drugi brat z dziewczyną na kolację.  Potem siostra ich odwiozła do domu, a ja zabrałam się za pakowanie.

  
Kadr z filmu "Miasto ruin" oraz Rumpelnicki i Shrek w "Shrek Forever After".
Polska północna :)

490.

We wtorek pospałam trochę, a potem pojechałam na przegląd do dentystki. Zaczęłam też wreszcie spotykać
się ze znajomymi. Najpierw umówiłam się ze znajomą ze studiów pod pomnikiem de Gaulle'a przy rondzie jego imienia, skąd poszłyśmy na spacer Krakowskim Przedmieściem. Pod Pałacem Prezydenckim trwały przepychanki wokół krzyża. W końcu usiadłyśmy w kawiarni na Nowym Świecie, gdzie trochę pogadałyśmy. Okazało się, że ona planuje za miesiąc wyjechać do Amsterdamu, gdzie zaproponowano jej pracę. Stwierdziłyśmy więc, że będziemy bliżej i w związku z tym będziemy częściej się odwiedzać :) W środę znów popracowałam trochę na komputerze, a potem poszłam do fryzjerki. Potem spotkałam się z mamą i siostrą w kinie 5D na 15-minutowym pięcio-wymiarowym filmie z wodą i ogniem "Podróż do wnętrza ziemi". Ubawiłyśmy się na nim strasznie :)Wieczorem spotkałam się z Jolą (dziewczyną, która robiła badania o Polakach w Bratfoot) i jej mężem na placu Zbawiciela. Siedzieliśmy w Cafe Karma, a potem poszliśmy na spacer do Doliny Szwajcarskiej z ich nowym psem ze schroniska.

  
Pomnik Charlesa de Gaulla i "Obrońcy krzyża smoleńskiego" pod Pałacem Prezydenckim.


W czwartek spotkałam się z kolejną znajomą (moją byłą szefową), która poprosiła mnie, żebym pomogła jej wybrać mieszkanie. Kiedy kupowała pierwsze, też poszłam z nią, żeby je obejrzeć, stwierdziła więc, że przynoszę jej szczęście :) Bierze kredyt i chce kupić coś większego, obejrzałyśmy więc razem cztery mieszkania. Potem pojechałyśmy na rozmowę z szefem, który obiecał jej zarezerwować dwa z nich, żeby jej mama też mogła przyjechać w weekend i je obejrzeć. Potem pojechałyśmy do niej do domu na obiad, a na 19:00 pojechałam na Pragę, żeby się spotkać z kolejną znajomą ze studiów. O 20:00 poszłyśmy na bardzo ciekawą wycieczkę z przewodnikiem po starej Pradze. Potem poszłyśmy na drinka, a później odwiozłam ją do domu. Przejeżdżałyśmy koło budowy Stadionu Narodowego, który po ciemku wyglądał dość kosmicznie, jakby na miejscu starego Stadionu Dziesięciolecia wylądowało UFO! :)

W piątek pojechałam do biblioteki uniwersyteckiej na Dobrą, żeby znaleźć coś o polskich filmach kultowych do mojej pracy magisterskiej. Zapłaciłam 5 złotych za parking i nic nie znalazłam, pojechałam więc do Biblioteki Narodowej i zostałam tam aż do jej zamknięcia, czyli do 15:30. Później podjechałam do Empiku, gdzie kupiłam "Co jest Grane" i "Misia" z angielskimi napisami, a potem wróciłam do domu, żeby się przebrać. Wieczorem byłam umówiona z koleżanką z liceum. Podjechałam po nią i weszłam na górę zobaczyć ich mieszkanie. Porozmawiałam z jej mężem i synem, a potem pojechałyśmy na Nowy Świat do knajpy dziennikarzy. Wypiłyśmy po drinku i przeszłyśmy się na Starówkę. Pod Pałacem Prezydenckim wciąż wrzało. Kawałek dalej ludzie tańczyli tango, a pod Św. Anną break dance. Po 22:00 wróciłyśmy do Dziennikarzy. Jacyś chłopcy poprosili nas do tańca. W domu byłyśmy po 1:00 w nocy.

W sobotę nie pospałam, bo musiałam wstać o 8:00 rano, żeby wyjechać po 9:00 z domu. Namówiłam mamę i siostrę na wycieczkę po Polsce północnej :) Najpierw pojechałyśmy do Biskupina. Nigdy tam nie byłam i niestety trochę mnie rozczarował, bo myślałam, że zrekonstruowano więcej chat. Ale i tak było ciekawie, bo były konie i strzelanie z łuku :) Zwiedziłyśmy też zachowane dekoracje "Starej Baśni" i zjadłyśmy pyszny rosół i pomidorową w zajeździe. Potem pojechałyśmy dalej i na wieczór zajechałyśmy do miejscowości Wolin na wyspie Wolin. Znalazłyśmy nasz hotelik, w którym akurat odbywało się wesele i pojechałyśmy do sklepu oraz na spacer. Byłyśmy między innymi pod kościołem i znalazłyśmy Centrum Słowian i Wikingów. Sprawdziłyśmy, o której otwierają i wróciłyśmy do hoteliku. Pooglądałyśmy trochę telewizję i poszłyśmy spać. Na szczęście weselników nie było za bardzo słychać.

  
Dwie zrekonstruowane chaty w Biskupinie i wielkie rogale w zajeździe, gdzie zjadłyśmy obiad.

W niedzielę rano opuściłyśmy hotel i pojechałyśmy do Centrum Słowian i Wikingów. Dziewczyny zostawiły mnie tam na godzinę i poszły do kościoła, a ja w tym czasie obejrzałam i sfotografowałam bardzo dokładnie zrekonstruowaną wioskę, która była większa i podobała mi się o wiele bardziej niż Biskupin! Kiedy dziewczyny wróciły, zrobiłyśmy sobie parę zdjęć w zbrojach i zjadłyśmy podpłomyk, a potem pojechałyśmy do Międzyzdrojów. Tam zrobiłyśmy strasznie dużo zdjęć w Alei Gwiazd i zjadłyśmy świeżą rybkę na obiad oraz gofry z bitą śmietaną i owocami na deser :) W końcu ruszyłyśmy w dalszą drogę i wieczorem dotarłyśmy do Gdańska. Tuż przed domem mojej cioci złapała nas burza, ale udało się nam bez problemu dojechać. Porozmawiałyśmy trochę z rodziną, a potem poszłyśmy spać.

  
Wieża wartownicza Centrum Słowian i Wikingów oraz Aleja Gwiazd w Międzyzdrojach.

W poniedziałek po śniadaniu pojechałyśmy do centrum Gdańska i
zwiedziłyśmy
Stare Miasto. Okazało się, że w poniedziałki do wielu miejsc jest wstęp wolny, weszłyśmy więc do domu Uphagna, potem do Dworu Artusa i na koniec do Ratusza Głównego. Później przeszłyśmy się jeszcze po Jarmarku Dominikańskim i w końcu pojechałyśmy na plażę w Jelitkowie. Weszłam nawet z siostrą do morza, ale woda była dość obrzydliwa :) Na obiad wróciłyśmy do cioci, a później pojechałyśmy do kuzynki, która ma dom z basem pod Gdańskiem. Weszłyśmy więc do basenu, żeby poprawić sobie złe wrażenie po morzu :) Na koniec zjedliśmy razem kolację i jak wyszłyśmy, dochodziła północ. Ciocia i wujek zostawili nam klucz i wyjechali do Grudziądza, gdzie mają drugi dom i gdzie czekali na nas nazajutrz.

  
Ulica Długa widziana z wieży Ratusza oraz Fontanna Neptuna z Dworem Artusa w tle.

We wtorek wstałyśmy i ruszyłyśmy do Malborka. Jak zajechałyśmy na zamek, okazało się, że bilety są dosyć drogie. Tylko ja zdecydowałam się wejść do środka, bo nie wiadomo, kiedy znów tam będę, a moja mama i siostra zawsze mogą tam pojechać. Zresztą całkiem niedawno tam były. Poszły więc do pobliskiego zajazdu na naleśniki, a ja w tym czasie zwiedziłam twierdzę krzyżacką. W podstawówce byłam tam na wycieczce z klasą, ale nie wiele pamiętałam. Na przykład obraz Jana Matejki "Bitwa pod Grunwaldem" wydawał mi się dużo większy, albo przynajmniej że był w większej sali. Po prawie trzech godzinach skończyłam zwiedzanie, włącznie z wejściem na wieżę :) Spotkałam się z dziewczynami i pojechałyśmy do Grudziądza. Zjadłyśmy obiad z ciocią i wujkiem, a później ruszyłyśmy z powrotem do domu. Po drodze zatrzymałyśmy się na grobie babci w Brodnicy i w Warszawie byłyśmy tuż po 21:00.

  
Makieta zamku krzyżackiego
w Malborku
oraz wieża usytuowana na zamku wysokim.
środa, 25 sierpnia 2010
Urlop w Warszawie :)

489.

W czwartek poszłam po raz ostatni do pracy przed urlopem. Zadzwoniłam do linii Wizzair, żeby spytać, jaki limit bagażu mi przysługuje, bo ostatnio zmienili zasady. Myślałam, że jest to 32 kilo, ale okazało się, że tylko 15. Po pracy poszłam do mojego starego domu, żeby zabrać od sąsiadów listy, ale ich nie zastałam. Potem podeszłam do przychodni po receptę, aż w końcu wróciłam do domu i przepakowałam walizkę. Zjadłam coś i poszłam na dworzec. Po drodze wykupiłam receptę w aptece, a potem wsiadłam w autobus i pojechałam do Manchesteru. Tam na dworcu czekał na mnie chłopak Majki, który zawiózł mnie do nich do domu. Majka czekała już na nas z kolacją i butelką wina :) Pogadaliśmy, a potem położyliśmy się spać, bo oni nazajutrz szli do pracy, a ja miałam bardzo wcześnie rano samolot.

W piątek wstałam o 4:00, wsiadłam w taksówkę i podjechałam na dworzec, gdzie wsiadłam w autobus na lotnisko. W samolocie zasnęłam i zanim się obejrzałam byłam już w Warszawie, gdzie czekały na mnie mama i siostra. Zabrały mnie do domu, żebym się umyła, coś zjadła i zdrzemnęła. Wręczyłam też mamie prezent od mnie, czyli całą torbę bibelotów w secesyjnym stylu. A wieczorem pojechałyśmy do portugalskiej restauracji, żeby spotkać się z resztą rodziny i świętować urodziny mamy. Jako przystawkę zjadłam pierogi z krewetkami, ale nie były najlepsze. Dużo lepsza była ośmiornica na drugie danie. Piliśmy też zielone wino, które znałam już z bratem z naszego pobytu w Portugalii. Potem podjechaliśmy wszyscy do Wedla na gorącą czekoladę i wróciliśmy w deszczu i burzy do domu.

  

Tygrys na lotnisku Johna Lennona w Liverpoolu i ośmiornica w portugalskiej restauracji.

W sobotę dalej obchodziłyśmy urodziny mojej mamy :) Na obiad przyjechała jej siostra i została aż do wieczora. Po deserze zaczęłyśmy oglądać telewizję, a potem usiadłam wreszcie do komputera i sprawdziłam maile. Pisał do mnie jakiś Anglik, który miał mój adres ze strony Polish Dating, zanim usunęłam swoje konto. Poza tym odezwało się parę znajomych osób i zaczęłam się powoli z nimi umawiać na spotkania. Wieczorem podjechałyśmy do Tesco na zakupy i kupiłam parę rzeczy, które zawsze przywożę z Polski, bo w Anglii ich nie ma, albo nie są takie dobre :) Ten dzień strasznie szybko mi zleciał. Przed snem postudiowałam jeszcze dodatek do Gazety Wyborczej "Co jest Grane".

W niedzielę pojechałam z dziewczynami do Muzeum Powstania Warszawskiego, bo był akurat wstęp wolny, a ja chciałam zobaczyć tylko "Miasto ruin". Samo muzeum zwiedziłam już dwa razy. Niestety, okazało się, że filmu nie pokazują, bo trwały właśnie przygotowania do jakiegoś koncertu. Pojechałyśmy więc na dworzec, żeby się spotkać z moim bratem i jego dziewczyną. Odwiozłyśmy ich do niej do domu i weszłyśmy na górę na coś do picia. Potem dojechał do nas mój drugi brat i poszliśmy na spacer. Omawialiśmy wspólne plany na przyszłość, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie! Wróciłyśmy do domu i obejrzałam fragment filmu "Generał Nil", gdzie zagrała moja koleżanka ze studiów.

W poniedziałek przyjechał do mnie mój najstarszy brat i pomógł mi trochę poprawić wstęp i zakończenie mojej pracy magisterskiej. Nadal nad nią pracowałam, żeby przesłać ostateczną wersję jak tylko mój egzaminator wewnętrzny wróci z urlopu. Potem brat podwiózł mnie do kina Muranów, gdzie poszłam na film "Wino truskawkowe" Jabłońskiego. Chciałam zobaczyć jakiś polski film i dobrze trafiłam :) Ekranizacja opowiadań Stasiuka bardzo mnie wciągnęła, ale Anglikom bym raczej tego filmu nie pokazała, bo by nie zrozumieli :) Po filmie przyjechała po mnie siostra i wróciłyśmy do domu na obiad. A potem na 21:00 pojechałam znów z mamą i z siostrą do Muranowa na film "Once". Ktoś mi go polecał, więc postanowiłam w końcu go zobaczyć i warto było. A mojej mamie spodobała się muzyka :)

  
Jiri Machacek i Maciej Stuhr w "Winie truskawkowym"oraz Glen i Marketa w "Once".
środa, 04 sierpnia 2010
Szkoda Skody :)

488.

W środę poszłam do pracy na 10:00 (mimo że zebranie szefowej zostało odwołane i powiedziała mi, że nie muszę), bo zaplanowałam już sobie parę rzeczy. Sprawdziłam maile i dostałam odpowiedź z Edynburga, że mandat za parking od którego się odwoływałam został nam umorzony. To już mój drugi mandat za parking w Anglii, który mi umorzyli :) Jak na razie zapłaciłam tylko jeden za przekroczenie prędkości :) Odpisała mi też babka ze studiów nauczycielskich, której wysłałam mój poprawiony esej, że jest dużo lepszy, chociaż moim zdaniem nie wiele tam zmieniałam. Wydrukowałam go i o 15:00 poszłam pod bibliotekę, gdzie już czekała na mnie Sarah. Wstyd mi było zaprosić ją do domu, bo chociaż powiesiłam kartkę z datami i godzinami lekcji, nikt się jakoś nie kwapi do sprzątania i salon był rano w opłakanym stanie. Po lekcji w bibliotece poszłam do college, żeby oddać ten esej, a potem wróciłam do domu i zamiast na siłownię poszłam
do łóżka. Wieczorem usłyszałam głos Neny, która wróciła z wakacji.

W czwartek przyszłam znów do pracy na 10:00, ale okazało się, że
kolejne zebranie szefowej zostało odwołane i poszła dopiero na następne na 11:00. Zgłosiłam się na ochotnika do pomocy przy Pick Up Service, czyli  jako kierowca który pojedzie w sobotę odebrać parę studentów z lotniska. Szefowa dała mi klucze do uniwersyteckiego samochodu i poszłam go poszukać na parkingu. Nie udało mi się go znaleźć, ale potrzebny był mi dopiero nazajutrz, więc wyszłam o 15:00 i z pracy i pojechałam prosto do Leeds. Najpierw pochodziłam po sklepach w poszukiwaniu koszuli odpowiedniej do mojego kompletu, który kupiłam z myślą o przyszłych rozmowach o pracę. Udało mi się znaleźć coś podobnego do tego, co sobie wymyśliłam i w przystępnej cenie po obniżce. Potem weszłam jeszcze do Primarku i kupiłam zwykłą białą koszulę, bo mam tylko czarną. Potem podjechałam do biblioteki po dwie książki, później coś zjadłam i poszłam do mojej pani shrink. Tym razem pracowałyśmy nad łączeniem mięśni z mózgiem :) W domu byłam o 21:30. Porozmawiałam chwilę z Neną i Romanem w kuchni, a potem poszłam spać.

W piątek o 8:00 rano obudził mnie dźwięk gitary i śpiewu Allana. Nie wiem co mu odbiło akurat wtedy, gdy jedyny raz w tygodniu szłam do pracy później i mogłabym się wyspać! Poszłam więc dalej spać, a potem
na 12:00 do pracy. Tam obejrzałam sobie fragment rekonstrukcji wyglądu Warszawy pod koniec drugiej wojny światowej, czyli filmu "Miasto ruin", który mam zamiar obejrzeć w Muzeum Powstania Warszawskiego jak będę w sierpniu w Warszawie. O 16:00 wsiadłam w bardzo fajną, dużą granatową Skodę z otwieranym dachem i pojechałam do domu zrobić pranie. Potem pojechałam do Krystiana i Piotrka po film "Jak rozpętałam drugą wojnę światową", który mi Krystian ściągnął. Później pojechałam z nim na siłownię, gdzie poćwiczyłam godzinkę i poszłam na saunę. Wyszliśmy stamtąd o 22:00, jak już zamykali, i pojechaliśmy do Asdy. Po zakupach odwiozłam Krystiana do domu i podjechałam do Sally i Sarah Jane, z którymi poszłam w Saltaire na drinka. Odwiozłam je do domu i dopiero o 3:00 poszłam spać.

  
Skoda podobna do tej, którą dostałam z uniwerku oraz ujęcie z filmu "Miasto ruin".

W sobotę wstałam o 9:00 i tuż po 10:30 byłam już na lotnisku. Czekała tam na mnie para Chińczyków, a godzinę później miała jeszcze dolecieć Japonka. Okazało się jednak, że jej lot jest spóźniony, a oni mają strasznie dużo bagażu, zdecydowałam więc, że zawiozę ich na uniwerek i wrócę na lotnisko. Zanim wróciłam, Japonka zdążyła już wyjść, bo jak się dowiedziałam po 40 minut szukanie w punkcie zamawiającym taksówkę, 20 minut wcześniej wzięła taxi i pojechała sama na uniwerek. A ja straciłam tylko czas i pieniądze na parking. Wróciłam więc do domu, a potem o 14:00 podjechałam pod Sport Centre i oddałam kluczyki do samochodu koledze, który wieczorem jechał po kolejnych studentów na lotnisko w Manchesterze :) Trudno mi było się rozstać ze Skodą, ale przynajmniej miałam poczucie, że wykorzystałam ten czas, w którym ją miałam najlepiej jak mogłam :) Wróciłam do domu i zrobiłam pranie, a potem położyłam się na łóżku i zamiast poprawiać pracę magisterską, zdrzemnęłam się :) Jak się obudziłam zjadłam obiad i odpuściłam sobie siłownię i imprezę u Radka, tylko poszłam spać :)

W niedzielę wstałam koło południa i zabrałam się za poprawianie pracy magisterskiej. Potem wzięłam prysznic i zeszłam z laptopem na dół, gotowa do wyjścia. O 16:00 przyjechał do mnie Shaz i poprosił, żebym mu pomogła w zapłaceniu abonamentu na Polish Dating :) Zarejestrował się na tej stronie ponad rok temu, ale przez ten czas właściwie jej nie używał. Jego konto nadal działało i nawet dostał 3 wiadomości :) Wytłumaczyłam mu jak co działa, a potem podwiózł mnie do 1in12 i został na film. Tym razem pokazaliśmy
"Kiler-ów 2-óch" w ramach zakończenia pokazów filmów Machulskiego. Na pokaz przyszło jakieś 21 osób, ale niektórzy Polacy nie oglądali filmu. Po rozpoczęciu seansu skoczyłam do pobliskiego polskiego sklepu na małe zakupy. Po filmie pokazaliśmy jeszcze szybko reklamę filmu "Miasto ruin", a potem był poczęstunek - wegańskie ciasteczka i białe wino, które przyniosłam. Później Jan zabrał mnie do siebie, a Sue zrobiła omlet. Porozmawialiśmy trochę i po północy odwiózł mnie do domu.

  
Fragment plakatu oraz kadr z ostatniego filmu
pokazywanego przed przerwą - "Kiler-ów 2-óch".

W poniedziałek rano weszłam na Polish Dating, żeby zobaczyć, czy Shaz znalazł mój profil :) Na szczęście nie, więc usunęłam po prostu swoje konto i poszłam na 10:30 do biblioteki. Tam czekała już na mnie Sarah i w małej salce zrobiłyśmy sobie kolejną lekcję polskiego. Później poszłam do pracy na 12:00, a potem o 17:00 prosto do Imaxu. Byłam tam umówiona z Sally i jej siostrą, które się trochę spóźniły. Poszłyśmy na trójwymiarowe "Toy Story 3" i świetnie się bawiłyśmy :) A po filmie podjechałyśmy do centrum w poszukiwaniu jakiejś restauracji. W końcu wylądowałyśmy w Lahore na obiedzie i deserze. Po jedzeniu dziewczyny odwiozły mnie do domu. W kuchni spotkałam Lawendę i Romana, którzy sprzątali właśnie po wspólnej kolacji. Porozmawiałam z nimi chwilę i powiedzieli mi, że nazajutrz ma przyjechać i zanocować u nas jakaś Amerykanka z Coach Surfing.

We wtorek nareszcie się trochę wyspałam, bo szłam do pracy dopiero na 12:00. Gardło zaczęło mnie boleć i cudem wytrzymałam te 5 godzin! Po pracy wróciłam prosto do domu, zjadam obiad i poszłam prosto do łóżka. Obiecałam sobie, że muszę wreszcie skończyć poprawianie mojej magisterki i tak też zrobiłam. Skończyłam około północy i właśnie miałam się kłaść spać, kiedy włączył się jakiś alarm. Po jakimś czasie wstałam z łóżka i spróbowałam zlokalizować jego źródło. Wszyscy spali jakby nigdy nic, a mi ten hałas wwiercał się w głowę. Brzmiało to tak, jakby dochodził z piwnicy, ale bałam się otworzyć drzwi i sama tam zejść, bo może ktoś się włamał. Postanowiłam pójść spać i zostawić to innym. Niestety, po jakimś czasie znów się obudziłam i zdałam sobie sprawę, że nikomu poza mną to nie przeszkadza. Zeszłam więc do piwnicy, zlokalizowałam hałasujący wykrywacz dymu i go zresetowałam. Jak wróciłam wreszcie do łóżka, spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że właśnie minęła 3:00 w nocy!

Dzisiaj zwlokłam się z łóżka o 8:30, bo do pracy szłam na 10:00. Wysłałam moja poprawioną magisterkę wewnętrznemu egzaminatorowi, ale dostałam od niego zaraz automatyczną odpowiedź, że jest na urlopie do 20 sierpnia. Napisałam więc też maila do mojego promotora, ale mi nie odpisał. Potem wydrukowałam swój bilet do polski i wysłałam do znajomych maila z informacją, w jakich dniach będę. Z pracy wyszłam o 15:00 i poszłam prosto do biblioteki na ostatnią przed przerwą lekcję polskiego. Po lekcji poszłam na zakupy i kupiłam rodzinie to, o co mnie prosili, a także nowe prześcieradło, bo mam teraz dużo mniejsze łóżko. Wróciłam do domu, zjadłam obiad i spakowałam walizkę, która ważyła 30 kilo. W tym czasie przyjechała ta Amerykanka z Coach Surfing. Wszyscy zasiedli z nią do stołu, ale mnie nikt nie zaprosił. Pewnie uznali, że jak będę chciała, to przyjdę, ale ja miałabym wrażenie, że się wpraszam. Poszłam więc na górę do siebie do pokoju. A jutro już wyjeżdżam! :)