Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
czwartek, 29 września 2005

90.

Wlasnie wrocilam od lekarza i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona! :) Pani doktor okazala sie bardzo obyta, znala niemiecki i na polskich opisach leku doczytala sie tego, co bylo jej potrzebne. Pogadalysmy sobie o przyszlosci (musze zdecydowac, czy bede sie dalej leczyc w Polsce z doskoku, czy tutaj :) i dostalam recepte, o ktora mi chodzilo! Szok! :) Niestety, wizyta byla nieco opozniona i troche sie przedluzyla, wiec nie zdazylam na film. Poszlam wiec do domu cos zjesc i przyszlam wlasnie na drugi film. Ale oczywiscie okazalo sie, ze jest godzine opozniony. Spodziewalam sie tego, bo juz w sobote zwrocilam uwage organizatorom na to, ze godzine wczesniej w tej samej sali zaczyna sie pokaz filmu, ktory trwa dwie godziny! :))) Stwierdzili wtedy, ze pewnie wszystko sie opozni, ale do tej pory nie widzialam nigdzie zadnej informacji, wiec na wszelki wypadek przyszlam wczesniej. A teraz musze czekac godzine, wiec przyszlam do pobliskiej biblioteki :)

W kinie spotkalam jednego z naszych studentow. Chlopak ma 27 lat, a zaprosil dzis na lunch nasza 40paro-letnia szefowa. Nie mam nic przeciwko temu - babka jest bardzo fajna, tylko mam dziwne wrazenie, ze on nie robi tego bezinteresownie! :) A ona chodzi teraz szczesliwa jak nastolatka. Zastanawia mnie tylko fakt, czy to nie jest tu zabronione - z tego co pamietam moj promotor powiedzial, ze nie pojdzie z nami na piwo, dopoki sie nie obronimy! :) A jak skladalam tu papiery o prace tutorki w college'u, to sprawdzali, czy nie bylam karana za uwodzenie nieletnich :) Jednym slowem wydaje mi sie, ze student i wykladowczyni nie powinni chodzic na randki. A taka tu jest wlasnie sytuacja. A moja szefowa stwierdzila tylko, ze bedzie musiala znalezc kogos do oceny jego prac. I problem z glowy :) No coz, powtorze po raz kolejny - co kraj, to obyczaj :)))

Zanim wyszlam z domu zadzowila do mnie jakas babka i spytala, czy chce przyjsc do nich na rozmowe o prace. Nie pamietam nawet, o jaka firme chodzilo - wyslalam tyle aplikacji, ze juz sie pogubilam! Ale powiedzialam jej, ze juz cos znalazlam, wiec mi tylko pogratulowala i zyczyla powodzenia :) Naprawde, znalezienie pracy jest tu jedna z latwiejszych rzeczy! :))) Jak do tej pory mialam tylko dwa interview i obie prace dostalam, mimo ze bylo wielu kandydatow! :) Trzeba tylko znac jezyk i juz wszystko staje sie proste :))) Dzis postanowilam zapisac sie na koljeny kurs - "Kreatywne pisanie" i jak tak dalej pojdzie, to moze wroce do zawodu. Ale coraz powazniej zastanawiam sie nad zrobieniem kariery akademickiej! :) Studia sa tu tak prosta sprawa, a zajecia najwyrazniej na poziomie naszego liceum, wiec mysle, ze mam duze szanse! :)))

89.

Dzis rano ledwo sie dowloklam do pracy, ale na szczescie wiedzialam, ze szefowej nie bedzie i bede mogla posiedziec w internecie ( co wlasnie robie :) Poza tym o 10 mialam pierwsze zajecia w ramach kursu "Kino Europejskie - czytanie ekranu". Prowadzaca zajecia uprzedzila nas, ze niektore z filmow, jakie mamy obejrzec, moga byc dla nas szokujace :) Watpie, zeby cokolwiek w kinie mogla mnie jeszcze zaszokowac, a juz na pewno nie te filmy z listy, ktore widzialam wczesniej (m.in. "Maz fryzjerki" Leconte, "Kika" Almodóvara, "Dzikie noce" Collarda czy dorzucona dla porownania "Filadelfia" Demme'a :))) A potem proszac, zebysmy na nastepne zajecia przeczytali fragmenty Freuda, pocieszala nas, ze moze nie wiele zrozumiemy, ale przynajmniej bedziemy sie mogli pochwalic, ze go czytalismy! :) Freuda to ja czytalam w liceum :))) Zapowiada sie nie zla jazda! :))) Chyba rozwale jej te zajecia, bo maja polegac glownie na rozmowie, wiec zmonopolizuje kazda dyskusje :)))

W polowie zajec sie zerwalam, po pierwsze dlatego, ze nie widzialam sensu w omawianie programu, skoro dostalismy go na kartkach, a po drugie dlatego, ze wolalam isc do kina na izraelski dokument "Behind Enemy Lines" o Ananie (z Palestyny) i Bennym (z Izraela), ktorzy poznali sie pare lat temu w Japonii i zaprzyjaznili sie ze soba, ale potem stracili kontakt. Teraz spotkali sie na 4 dni, zeby podzielic sie ze soba swoja wizja dzielacego ich konfliktu. Oczywiscie zaden z nich nie dal sie przekonac, ale film warto bylo zobaczyc. A jesli znajdzie sie wiecej takich osob, ktore potrafia ze soba porozmawiac, nie wymachujac przy tym bronia, tylko trzymajac w reku kamere, to moze kiedys cos sie zmieni... Wieczorem wybieram sie jeszcze na dwa filmy, poniewaz kupilam karnet na caly festiwal, a dzis juz sie konczy! Dlatego mam zamiar dzis zobaczyc "Maangamizi: The Ancient One" z Tanzanii i "Ghost in the Shell 2: Innocence" z Japonii. Mam nadzieje, ze to bedzie mile zakonczenie festiwalu, bo nasluchalam sie od tetrykow wielu pochwal na temat pierwszej czesci "Ghost in the Shell" :)

Ale wczesniej czeka mnie "bliskie spotkanie pierwszego stopnia" z brytyjska sluzba zdrowia :) Ostatnio udalo mi sie wreszcie zarejstrowac, wiec postanowilam pojsc do lekarza i poprosic o wypisanie recepty na lek, ktory przywiozlam jeszcze z Polski. Ale z tego co slyszalam od znajomych, tutejsi lekarze bez zenady przyznaja sie do braku znajomosci laciny! :) Dlatego sklad tego leku i tak tu nikomu pewnie nic nie powie :) Poza tym slyszalam, ze korzystaja tu z intranetu, ktory po podaniu objawow, mowi im, co dolega pacjentowi! :))) Zapowiada sie niezla zabawa! :) Juz sie nie moge doczekac! Mam nadzieje, ze bede potem w stanie dotrzec do kina :))) Poza tym jutro umowilam sie ze znajomymi z bylej pracy na drinka i moze potem pojdziemy potanczyc. A w sobote musze zrobic zakupy na tydzien (jedzenie mi sie konczy :), pranie (koncza mi sie czyste ciuchy :), zaplanowac lekcje polskiego (na ten rok :) i zrobic obiad, bo wieczorem mam gosci! Moze chociaz w niedziele uda mi sie wreszcie odpoczac? :))) Bo jak na razie tydzien jest dla mnie za krotki! :)))

88.

Dawno nie wrzucalam tu zadnych zdjec, a zatem:

1) Akrobacje z "Born to Fight" :)          2) Magik z "Running Out of Time 2"

  

3) Robin Shou i jego "Red Trousers"    4) Pechowa "13 dzielnica"

  

5) Msciciel z "Bittersweet Life"        6) Kyung-gu Sol w "Another Public Enemy"

  

7) Anan i Benny w "Behind Enemy Lines"

środa, 28 września 2005

87.

Pogodzilam sie juz z mysla, ze zostaje w Bratfoot przynajmniej do czerwca - nie moge zostawic moich studentow na lodzie! Ponad 25 osob zaplacilo za to, zebym przez najblizszy rok uczyla ich polskiego, wiec w koncu do mnie dotarlo, ze nie moge teraz przeprowadzic sie do Londynu, nawet gdybym znalazla tam prace, bo to by bylo bardzo nie fair! Na razie zostaje zatem tu gdzie jestem, a potem zobaczymy. Kontrakt na uniwerku mam na 2 lata, ale to by mnie nie powstrzymalo - w koncu mam miesiaczne wypowiedzenie. Ale skoro podjelam sie tez pracy w college'u (z mysla, ze nie zbierze sie nawet jedna grupa :) to teraz musze dotrzymac danego slowa. Te pare miesiecy szybko minie, nawet nie zdaze sie obejrzec :) A potem zobaczymy. Mam tu wspaniale warunki na zdobycie doswiadczenia. Z uniwerku wysylaja mnie na kursy komputerowe i moge w tym czasie zrobic tzw. "europejskie komputerowe prawo jazdy" (czyli wszystkiego po trochu z obslugi komputera :) Jest to uznawane w Anglii i latwiej mi bedzie potem znalezc prace. Poza tym okazalo sie, ze jako pracownik moge tu za darmo uczeszczac na wszystkie kursy, wiec zapisalam sie na "kino europejskie" (w godzinach pracy :) Jutro rano przez godzine mam pierwsze zajecia! Na koniec napisze esej i dostane certyfikat ukonczenia kursu! :)

Tymczasem w college'u w przyszlosci bede mogla (rowniez za darmo :) skonczyc kurs pedagogiczny, a wtedy beda musieli mi podniesc stawke, ktora i tak jest juz dosc wysoka - przynajmniej tutaj nauczyciele przyzwoicie zarabiaja! :) Wszystko zalezy tylko od tego, czy spodoba mi sie praca tutorki i czy ja sie spodobam studentom i szefom dzialu jezykow obcych :))) Dlatego teraz nie moge jeszcze korzystac z przywilejow, ktore maja inni tutorzy, ale jak tylko sie zadomowie, to mam zamiar zapisac sie na hiszpanski! :))) Kurs pedagogiczny tez mi nie zaszkodzi, a moze sie kiedys przydac! Nigdy nie chcialam byc nauczycielka (jest takie przeklenstwo "obys cudze dzieci uczyl"! :) ale poniewaz nie ucze dzieci, tylko doroslych, to zupelnie inna bajka. Moge z nimi pojsc na piwo, albo na polska wodke do Lloydsa (maja tam Zywiec, Wyborowa i Zubrowke :) Juz o tym rozmawialam z wczorajsza grupa w pobliskim Queensbury (10 osob - najmlodszy chlopak ma 18 lat, ale na lekcje chodzi z matka i ona wyrazila juz zgode :))) Z obydwoma grupami umowilam sie tez, ze jak bedziemy sie uczyc o jedzeniu, to zrobimy bigos, golabki i zrazy, bo nie ma sensu o nich rozmawiac, jesli wczesniej ich nie sprobuja! :)))

W sobote musialam pojsc do college'u na kurs przygotowawczy dla nowych nauczycieli. Zerwalam sie o 9 rano, tylko dlatego, ze maja mi zaplacic za te trzy godziny spedzone na kursie! :) Nie bylo to proste, biorac pod uwage, ze w piatek po pracy mialam dwie imprezy pozegnalne :) Najpierw z ludzmi z pracy poszlam do "Love Apple" na pozegnalna kolacje jednego z pracownikow, ktory odchodzil na emeryture (poznalam go w czasie mojej rozmowy o prace, bo byl jednym z czlonkow komisji :) A pozniej spotkalam sie z Hiszpanka, ktora poznalam tydzien temu i ktora wyprowadzala sie nad morze! Poszlismy do Lloydsa i po raz kolejny przekonalam sie, jak malym miastem jest Bratfoot! :) Na tej imprezie spotkalam wiele znajomych osob, a nawet moich sasiadow, ktorzy byli rownie jak ja zaskoczeni :) Oczywiscie okazalo sie, ze wszyscy sie tu znaja! :))) Swiat jest maly, a Bratfoot jeszcze mniejsze :))) Ale juz mi to tak bardzo nie przeszkadza :)))

Po kursie w college'u poszlam na cztery filmy w ramach festiwalu "Bite the Mango". Najpierw obejrzalam "The Bratfoot Godfather" - dokument o jednym z mieszkancow miasta, nalezacym do pierwszego pokolenia Pakistanczykow, ktorzy sie tu sprowadzili (teraz stanowia prawie polowe ludnosci miasta). Od poczatku pomagal innym emigrantom, a potem zabral sie tu za krecenie filmow w bollywoodzkim stylu! :))) To zabawne, ale odkad tu przyjechalam, zamiast wglebiac sie w angielska kulture i tradycje, probuje zrozumiec islam i sposob zycia tych ludzi. I takim wlasnie tematom poswiecony jest ten festiwal. Kolejnym filmem byl dokument "Reinventing the Taliban" o zastraszajacym wzroscie popularnosci Talibow w Pakistanie. Pozniej obejrzalam klasyk bollywoodzkiego kina z lat 70-tych, czyli "Mother India". W Indiach ten film jest tym, czym dla nas "Popiol i diament" Wajdy :) Ale szczerze mowiac nie bylam zachwycona. Po pierwsze akcja oparta byla na pomysle "sila zlego na jednego" - glowna bohaterka musi pracowac ponad swoje sily na roli, zeby utrzymac rodzine przy zyciu; jej maz traci obie rece i odchodzi, zeby nie byc ciezarem; potem przychodzi powodz; pozniej ma problemy wychowawcze z jednym z synow, itd. itp... Wiekszosc ujec wygladala jak wzieta zywcem z socrealizmu - bohaterka z plugiem w reku, z profilu, a przed nia dzieci ustawione wedlug wzrostu :))) Az nie wiadomo, czy smiac sie, czy plakac :))) Na szczescie ostatni film, "Le Grand Voyage" byl bardzo dobry - to hisotira ojca, ktory prosi wychowanego we Francji syna, zeby go zawiozl do Mekki. Po drodze mijaja wiele krajow i dzieki zebranym tam doswiadczeniom, coraz bardziej zblizaja sie do siebie.

W niedziele bylam na 5 filmach akcji i sztuk walki: "Born to Fight" z Tajlandii, "Running Out of Time 2" i "Red Trousers - The Life of the Hong Kong Stuntman" z Hong Kongu, "13 dzielnica" z Francji i na koniec na glupawej komedyjce "One Dollar Curry" z Indii. Pierwszy z tych filmow, "Born to Fight", to swietnie zrealizowana, choc malo ambitna w warstwie fabularnej "rozpierducha" :) Ale nikt nie wymaga, zeby tego typu filmy mialy glebie, tylko zeby dostarczaly rozrywki na poziomie :) I pod tym wzgledem "Urodzeni, by walczyc" (bo film opowiada o calym narodzie tajlandzkim) sprawdzaja sie znakomicie! Glowni bohaterowie to grupa sportowcow, ktora walczy z napastnikami korzystajac ze swoich zdolnosci sportowych. Wyglada to naprawde imponujaco! :) "Running Out of Time 2", jak sama nazwa wskazuje, to zapewne druga czesc hitu z Hong Kongu. Nie widzialam pierwszej czesci, ale chetnie by6m ja zobaczyla, bo druga bardzo mi sie podobala! Szczegolnie jeden motyw - szantazysta kaze od rana biegac policjantowi, ktory ma dostarczyc okup, po calym miescie, dzwoniac do niego w momencie, gdy dotrze w wyznaczony punkt i kazac mu sie udac w nastepny. Okolo poludnia pozwala mu zjesc lunch, za ktory placi, w towarzystwie policjantow, ktorzy caly czas za nim podazaja, i potem znow go gania po Hong Kongu! :) I tak do wieczora. Albo scena, w ktorej ganiaja sie przez caly dzien po ulicach, zatrzymujac sie tylko po to, zeby kupic wode lub loda od ulicznego sprzedawcy, a potem wsiadaja na rowery i gonia sie dalej w strugach deszczu! :)

Niestety, nastepny film z Hong Kongu, czyli "Red Trousers - The Life of the Hong Kong Stuntman", popsul pozytywne wrazenie. Byl to fatalnie zmontowany dokument o zyciu i pracy kaskaderow. Pomysl bardzo szlachetny, ale niestety podany zupelnie bez ladu i skladu. A szkoda, bo temat jest bardzo ciekawy, szczegolnie ze w czasie napisow koncowych po "Born to Fight" pokazano, jak pracuje kaskaderzy na wschodzie - prawie bez zadnego zabezpieczenia! I az sie czlowiek zastanawia, ile tam maja wypadkow smiertelnych rocznie! Natomiast "13 dzielnica" to kolejny film wyprodukowany prze Luca Bessona, ktory ostatnio (praktycznie od poczatku tego wieku :) rozmienia sie na drobne. Ten film byl grany rowniez w Polsce, ale przeszedl raczej bez echa, bo to po prostu kolejny produkcyjniak dla nastolatkow - oglada sie to bez bolu, ale i bez emocji. A o "One Dollar Curry" szkoda w ogole wspominac :) Jedyny plus tego filmu, to fakt, ze byl krecony w Paryzu i chwilami slychac tam jezyk francuski, ktorego mi tu bardzo brakuje :)))

W poniedzialek po pracy poszlam tylko na "Bittersweet Life" z Japonii. Dawno nie widzialam takiego nawalu przemocy w ciagu 2 godzin - ostatnio chyba tylko w "Old Boyu" :) Na szczescie w "Bittersweet Life" bylo jej troche mniej, ale temat byl podobny - zemsta. Po filmie poszlam ze znajomymi na impreze International Students Party w college'u i wytanczylam sie za wszystkie czasy - widocznie musialam sie pozbyc nadmiaru energii, jaka naladowal mnie ten film :))) We wtorek mialam lekcje polskiego, wiec nie dotarlam na zaden film, a po powrocie z Queensbury nie mialam juz sily na impreze "Bollywood Party" zorganizowana w ramach festiwalu w jednym z klubow studenckich. Dlatego w srode, zeby nadrobic zaleglosci, zwolnilam sie po poludniu z pracy i zamiast wrocic po  lunchu, poszlam na bardzo ciekawy dokument "Oriental Express" - jeden z odcinkow programu "Auround the World in 80 Days" prowadzonego przez Michaela Palina, ex-Monty Pythona :) Ten odcinek dotyczyl jego pobytu w Hong Kongu i w Chinach. Zaraz potem poszlam na koreanski film "Another Public Enemy", ktory rowniez byl kontynuacja wczesniejszego przeboju, "Public Enemy". Zalezalo mi na obejrzeniu tego filmu glownie ze wzgledu na bardzo charakterystycznego aktora Kyung-gu Sol, ale niestety sam film bardzo mnie rozczarowal - patosem i lopatologia przescigal najgorsze produkcje hollywoodzkie! W dodatku trwal 2 i pol godziny! :))) Wyczerpana psychicznie poszlam wiec do domu, zeby cos zjesc, a potem do college'u na kolejna, bardzo przyjmna, lekcje polskiego :)

czwartek, 22 września 2005

86...

...czyli jak zostalam native speakerem :)))

Wlasciwie sama nie wiem , jak to sie stalo :))) Samo jakos tak wyszlo :) Podobnie jak z calym tym wyjazdem do Anglii :) Jak zwykle mialam po prostu szczescie :) Zwykle najlepsze rzeczy przydazaja mi sie przez przypadek - trzeba po prostu byc w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu :) Jak cos mi nie pasuje, to zmieniam (tak jak ostatnio prace :) ale jak jest ok, to tylko sie ciesze, ze "glupi znow ma szczescie" :))) Wlasciwie moje zycie teraz jest prawie idealne :) Mam wlasne mieszkanko, ktore znajduje sie 5 minut spacerkiem od pracy (jednej i drugiej, bo budynki college'u sasiaduja z budynkami uniwersytetu :) W dodatku wczoraj okazalo sie, ze za Council tax bede placic miesiecznie 13 funtow mniej niz sie spodziewalam :))) W nowej pracy mam wyzsza place i lepsze stanowisko, a roboty nie za wiele (teraz juz wystarczajaco, zeby sie nie nudzic, ale nie dosc, zeby nie miec czasu zajrzec w godzinach pracy na internet :) Poza tym w ciagu dnia mam godzine lunchu, ktora spedzam albo w domu na obiedzie albo zalatwiam swoje sprawy na miescie :) I mam wielu przyjaciol, z ktorymi niezle sie tu bawie - wlasciwie nie mam czasu porzadnie odpoczac, bo wciaz sie z kims spotykam :)))

Dzis mialam dzien "darmowej wyzerki" :))) W czasie lunchu poszlam do college'u, zeby zapisac sie na wycieczke do ruin klasztoru Fountains Abbey. I po drodze spotkalam mojego ksiecia z balu w Hiltonie! :) Bardzo sie ucieszyl na moj widok i nie robil mi nawet zadnych wymowek, ze zmienilam numer komorki i nie podalam mu nowego :) Nie widzialam go od mojego wyjazdu do Polski, czyli ze dwa miesiace. Spytal mnie, czy ide wlasnie na impreze przywitalna studentow  z calego swiata "International Students Party". Powiedzial, ze jest tam darmowa wyzerka i ze on bedzie gral na bebnie. Pomyslalam wiec, ze czemu nie :) Najpierw poszlam sie zapisac na wycieczke (co zreszta okazalo sie niemozliwe, bo nikt nic o niej nie wiedzial :) a potem zajrzalam na ta impreze.

Jak zwykle roilo sie od skosnookich: Japonczykow, Chinczykow i Koreanczykow (to sa tutaj wlasnie studenci z "calego swiata" :))) Czasem zdazy sie jakis Hiszpan lub Hiszpanka :) Ale najwazniejsze, ze kanapki mieli naprawde smaczne, bo to tutaj rzadkosc. Kunta zagral na bebnie, dostalam torebeczke, w ktorej byl dlugopis, linijka i jakies urzadzenie do wzywania pomocy w razie napadu (jeszcze nie wiem, jak to dziala, ale chyba zglasza sie ochrona college'u :) i wrocilam do pracy. A tam sie okazalo, ze tez maja darmowe kanapki, wiec zalapalam sie na jeszcze jedna i na ciasto :) Mialam dzis w czasie lunchu zjesc rogaliki, ktore wczoraj kupilam, ale trudno - zostana na jutro :) Chociaz jutro po pracy idziemy wszyscy do knajpki "Love Apple" na pozegnana impreze kolegi z pracy! :))) I znow bedzie wyzerka :))) A potem ide na impreze pozegnalna znajomej Hiszpanki, ktora przeporwadza sie nad morze. A od soboty zaczyna sie festiwal filmowy "Bite the Mango"! Niestety, nie zobacze wszystkich filmow, ktore bym chciala, bo musze pracowac - w ciagu dnia na uniwerku, a wieczorami w college'u! :) Wyglada na to, ze w najblizszym czasie nie bede miala okazji sie wyspac! :))) Ale co tam, raz sie zyje! :)))

Ale wrocmy do tematu - wczoraj wieczorem odbyla sie moja pierwsza lekcja polskiego! Mam 15-osobowa grupe, z czego wiekszosc ma polskie korzenie i rodzine w Polsce, z ktora nie moze sie dogadac :) Jeden chlopak ma dziewczyne z Polski i chce sie nauczyc jej jezyka (oraz jej przyjaciol, ktorzy na razie nauczyli go tylko przeklinac :))) A trzy osoby (dwoch Anglikow i jedna Hinduska :) stwierdzili po prostu, ze fajnie byloby sie nauczyc tak egzotycznego jezyka :) Wszyscy sa bardzo zmotywowani i mam nadzieje, ze bedziemy sie razem niezle bawic. Wczoraj bylo bardzo milo i mimo, ze nie przygotowalam nic na pierwsza zapoznawcza lekcje (kurs przygotowawczy "do zawodu" mam dopiero w najblizsza sobote :))) to przez dwie godziny nie brakowalo nam tematow do rozmowy. Oswoilam ich na razie z polskim alfabetem i dzwiekami typu "cz", "sz", "rz", "dz" itp. itd. Nadalam im tez polskie imiona - czesc z nich ma juz i tak polskie nazwiska :)))

Od przyszlego tygodnia w pobliskim college'u zaczynam drugi kurs. Tam grupa ma liczyc 10 osob. Bede musiala do nich dojezdzac autobusem (podobno ok. 10 minut) ale placa jest zachecajaca - pokryje ten wydatek i jeszcze cos zostanie :))) Zgodzilam sie na te lekcje, zeby zarobic na Council tax (czyli "podatek na rzecz urzedu miasta", m.in. za wywoz smieci i tym podobne sprawy) tymczasem tax okazal sie nizszy, a zarobek duzo wyzszy niz przewidywalam! :) Jak zwykle mi sie udalo! :) Mozna zatem powiedziec, ze calkiem niezle sie ustawilam, jedyny problem polega na tym, ze chcialabym sie tak ustawic w Londynie! :) Jak na tutejsze warunki rzeczywiscie mozna powiedziec, ze mi sie udalo i powinnam byc zadowolona, ale niestety - mysl o przeprowadzce do stolicy wciaz mnie przesladuje. Musze tyko poczekac na odpowiedni moment... :)

wtorek, 20 września 2005

85.

Na Zachodzie (czyli u mnie :) na razie bez zmian. Nadal nie mam internetu! Co prawda w niedziele przyjechala z Polski plytka z programem, ale jak na razie nie bylo czasu, zeby sprawdzic, czy dziala! W mieszkanku przytulnie, ale nad ranem zimno. Nastawiam ten glupi kaloryfel na najwyzsza temperature, ale on i tak jest madrzejszy i jak wedlug niego zrobi sie za goraco, to sie wylacza! I jak sie budze, zawsze jest zimny. Musze cos z tym zrobic. Na razie jeszcze jest ok - swieci slonce i jest dosc cieplo, choc wietrznie. Ale niech tylko przyjdzie zima, to uswierkne! :) W pracy zas troche ruszylo - dzis bylo spotkanie organizacyjne ze studentami. Zostalam im przedstawiona (musialam wstac i sie pokazac :) zeby wiedzieli, do kogo maja kierowac ewentualne pytania. Problem polega na tym, ze niektorzy kierowali je juz dzis i chyba troche sie zdziwili, ze nie jestem w stanie im udzielic zadnych informacji :))) A potem sobie poszli i wtedy wprowadzalam ich dane do systemu.

W piatek bylam na urodzinach Rocio. Oprocz mnie byli tez znajomi Polacy i Hiszpanie oraz dwie Hiszpanki, ktorych wczesniej nie znalam. Jedna z nich dostala sie tu na studia, ale poniewaz ma juz dosc Bratfoot postanowila uczeszczac na inny uniwerystet, gdzies nad morzem. W niedziele niestety sie wyprowadza, wiec wkrotce czeka mnie kolejna impreza pozegnalna. Tymczasem inni znajomi, ktorzy wyjechali na wakacje, zaczeli sie zjezdzac spowrotem. Planujemy juz kolejne wspolne wycieczki :) W ciagu tych dwoch miesiecy, o ktorych jeszcze nie pisalam, bylismy razem w wielu miejscach i swietnie sie bawilismy :) Nie tylko w weekendy, ale i po pracy, ktora byla jedyna czarna strona tamtego okresu. Choc jak juz wspominalam poznalam tam fajnych ludzi, ktorych w sobote zaprosilam na polski obiad. Znajoma przywiozla "golabki", a oni zapiekanke ziemniaczano-serowa i wino! Ja przygotowalam tylko herbate, kawe i ciasteczka (nawet nie mialam cukru, bo nie uzywam :))) Poszli wiec jeszcze do sklepu po cukier i wiecej alkoholu :) Ladna ze mnie gospodyni! Szczegolnie, ze o 7 ich zostawialm i pobieglam do teatru na balet amerykanski :))) Poprosilam tylko, zeby zatrzasneli za soba drzwi, co tez zrobili. Po teatrze spotkalam sie z nimi w jednym z klubow. Potem poszlismy do nastepnego. A potem oni poszli do kolejnego, ale ja juz nie mialam sily i poszlam do domu :) A w niedziele odwiedzialam znajoma, ktora wrocila wlasnie z Warszawy :) Znowu wrocilam po nocy i znow chodze nie wyspana! :))) Ale trudno, chyba wyspie sie dopiero w grobie! :)

Wczoraj bylam na pierwszej w tym semestrze lekcji angielskiego. Powtarzam najwyzszy poziom, tylko po to, by dostac legitymacje (na ktora sa m.in. znizki do kina czy wejscie do klubow studenckich :) oraz zalapac sie na jakies wycieczki :))) Legitymacje dali mi od razu wczoraj, wiec wlasciwie moge sobie juz darowac ten angielski :) Szczegolnie, ze zajecia maja sie odbywac w poniedzialki i srody, a ja w ta srode zaczynam lekcje polskiego! Bede jednoczesnie studentka i nauczycielka w tutejszym college'u :) Co prawda moj nauczyciel zasugerowal, zebym przelozyla swoje lekcje polskiego na inny dzien, ale watpie, ze bedzie to mozliwe, skoro od 2 miesiecy reklamowali je w prospekcie jako srodowe zajecia dla poczatkujacych :) Zreszta jak sie okaze, ze juz w czerwcu zdalam egzamin (wciaz czekam na wyniki), do ktorego ten kurs ma przygotowywac, to i tak mnie pewnie wyrzuca, zebym nie zajmowala miejsca innym. Te zajecia sa darmowe, wiec maja wiecej chetnych niz miejsc i jest juz lista oczekujacych! :) Ale najpierw przyjeli tych, ktorzy tak jak ja, chodzili do college'u w zeszlym semestrze.

Troche sie boje mojej pierwszej jutrzejszej lekcji. Nigdy nie uczylam calej grupy osob i nigdy nie uczylam polskiego! :))) Dawalam tylko prywatnie lekcje angielskiego, a to zupelnie co innego! :) Na szczescie jutro mam sie tylko z nimi zapoznac i przede wszystkim musze sie dowiedziec, dlaczego chca sie uczyc naszego pieknego jezyka! :) Jezyk polski nie nalezy do latwych i prawde mowiac mam watpilowsci, czy jestem w stanie ich go nauczyc. Dla Anglikow najgorsza jest wymowa! Gramatyke na szczescie mam sobie na razie darowac, ale i tak nie wyobrazam ich sobie mowiacych "czesc"! Albo "W Szczebrzeszynie chrzaszcz brzmi w trzcinie" :) Albo "Grzegorz Brzeczyszczykiewicz" :))) A to wlasnie kaze im mowic na egzaminie koncowym! :))) Ale na razie przywitam ich duzo prostszym niz "Dzien dobry" slowem "Witam" :) A poniewaz mam do nich jak najwiecej mowic po polsku, wiec bede ich mogla na poczatku z usmiechem na twarzy powyzywac :)))

czwartek, 15 września 2005

84.

Nienawidze Anglii! :))) Dzis zaczelo padac, a wlasciwie mzyc, bo tego deszczem nazwac nie mozna :) Nie ma nawet sensu otwierac parasolki! :) Ale popsul mi sie przez to humor. W dodatku w pracy nadal nudy na pudy - jak wkrotce nie zacznie sie tam cos dziac, poszukam sobie innej pracy! Dobrze przynajmniej, ze Catherine juz wrocila i pokazal mi pare rzeczy! Wyglada na to, ze latwiej sie z nia dogadam, niz z moja szefowa, ktora nic nie robi i jeszcze narzeka, ze ma tyle na glowie! Nie moge juz tego sluchac! Naprawde, nie wiem, jakim cudem ten kraj jeszcze dziala, skoro wiecej czasu poswieca sie tu na plotki i picie kawy niz na prace! Ale chyba kazde biuro, na calym swiecie, wyglada tak samo :) Po prostu biurokracja :)))

Wczoraj nadal nie doczekalam sie internetu. Minela 20 i nikt nie przychodzil, wiec wszystko odwolalam i poszlam wczesniej spac. Obudzilam sie po 11 godzinach, nadal zmeczona! :))) Zobaczymy, co sie nam dzisiaj uda zdzialac! Zaczynam juz powoli tracic nadzieje. Aby do weekendu! :))) Jutro wieczorem ide do znajomych z Hiszpanii na urodziny jednej z dziewczyn. Dzisiaj kupilam jej kartke i ramke na zdjecie. Wloze tam fotke z wycieczki, na ktorej sie poznalismy :))) No wlasnie, jedyna dobra rzecz, jaka moge powiedziec o ostatnich miesiacach, to fakt, ze po powrocie z Polski poznalam tu pare fajnych osob z calego swiata. Dzieki nim udalo mi sie przetrwac ten okres i calkiem niezle sie w tym czasie bawic :) Chcialabym im za to bardzo serdecznie podziekowac! A w sobote zaprosilam do siebie przyjaciol z mojej bylej pracy na polski obiad - "golabki" :) Niech posmakuja, co dobre, a nie w kolko to ich angielskie i hinduskie zarcie! Fuj! :)))

Postanowilam sie tez znow troche "ukulturalnic" (lub jak kto woli "odchamic" :))) wiec w sobote wieczorem ide na amerykanski balet nowoczesny do Alhambry. Chce tez kupic bilety na festiwal filmowy "Bite the Mango". W tym roku po raz pierwszy od 12 lat nie wybiore sie na Warszawski Festiwal Filmowy i musze to sobie jakos wynagrodzic! :))) Na "Bite the Mango" pokazuja glownie filmy ze Wschodu (Japonia, Chiny, Korea, Indie) ale nie tylko. Zaraz ide do Narodowego Muzem Fotografii, Filmu i Telewizji po program. Mam nadzieje, ze tutaj tez uda mi sie zobaczyc pare dobrych filmow! :)))

środa, 14 września 2005

83.

Moje nowe zycie w Anglii zaczelo sie 3 tygodnie temu :))) We wtorek 23 sierpnia wprowadzilam sie do wlasnego mieszkanka. Dzien pozniej po raz ostatni poszlam do swojej bylej pracy, a potem na "wieczorek pozegnalny" :) Dwa dni pozniej przyjechala do mnie na 2 tygodnie moja siostra i przywiozla ze soba kawalek Polski. Zwiedzilysmy razem wiele miejsc, od okolicznych miast poczynajac, az na Londynie konczac. Z Londynu wrocilysmy w niedziele 4 wrzesnia wieczorem, a w poniedzialek 5 wrzesnia rano zaczelam nowa prace na tutejszym uniwersytecie, jako sekretarka w Graduate School. Spacer z domu do pracy zajmuje mi doslownie 5 minut, mimo ze nie mieszkam  na terenie kampusu. Moje "ciasne, ale wlasne" mieszkanko znajduje sie w samym centrum miasta, pare minut piechotka od Ratusza, dworca czy Narodowego Muzem Fotografii, Filmu i Telewizji, a co najwazniejsze bardzo blisko tutejszego zaglebia pubow, barow i klubow! :)))

Zawsze chcialam mieszkac w centrum, zeby moc wszedzie dojsc na piechote, nawet wtedy gdy autobusy juz nie jezdza, a nie mam ochoty wydawac na taksowke. Teraz nareszcie udalo mi sie to osiagnac. Moje mieszkanie nie jest duze - to tylko jeden pokoj z kuchnia i lazienka - ale bardzo nowoczesne, czyte i przytulne. Zreszta pokoj jest dosc duzy, szczegolnie jak na jedna osobe. Co prawda czynsz to prawie polowa mojej pensji, ale stwierdzialam, ze moge sobie na to pozwolic. Mam stala prace i wyzsza pensje, a to co dostaje w zamian jest bezcenne - poczucie, ze nareszcie wszystko zaczyna sie ukladac!

Oczywiscie nic nie jest idealne. Kiedy zdecydowalam sie na wynajem tego mieszkania, powiedzialam w agencji, ze chce sie wprowadzic dokladnie za 3 tygodnie, tuz przed przyjazdem mojej siostry. W ten sposob zaoszczedzilam pare funtow, bo teraz place dwa razy wiecej niz wczesniej za pokoj z lazienka w hotelu Balmoral. Ale tamtejsze warunki pogarszaly sie niemal z dnia na dzien. W czasie wakacji zjechalo do Bratfoot (jak i do calej Anglii :) bardzo duzo Polakow i czesc z nich znalazla schronienie w Balmoralu. Niestety, trzech mlodych chlopakow, ktorzy tam trafili prosto z Londynu, znacznie obnizylo poziom, zarowno zachowania, jak i czystosci, szczegolnie w kuchni. Do tej pory mieszkali tam wylacznie ludzie zatrudnieni przez ta sama agencje posrednictwa pracy, ktora sciagnela mnie do Bratfoot. Tymczasem ci panowie trafili do naszego hotelu prosto z ulicy i nie mieli pracy ani pieniedzy (choc starczalo im jakims cudem na piwo i skrety :)

Pewnego dnia okazalo sie, ze zaczelo znikac jedzenie z lodowek. Panowie mowili co prawda, ze je odkupia, ale najwyrazniej nie mieli takiego zamiaru. Nie przejmowalam sie tym za bardzo, wiedzac, ze wkrotce sie wyprowadzam. Tymczasem zadzwonili do mnie z agencji, pytajac o moj byly adres w Polsce. Natychmiast im go przeslalam, ale uslyszalam, ze byc moze nie uda mi sie wprowadzic do nowego mieszkania w sobote, tak ja bylo to zaplanowane 3 tygodnie wczesniej, bo nie mieli tego adresu na czas. Problem polegal jednak na tym, ze jak bylam u nich 3 tygodnie wczesniej, nikt mnie o niego nie pytal! W dodatku nie moglam zrozumiec, dlaczego wedlug ich wyliczen mialam zaplacic wiecej za ten miesiac niz wedlug moich.

W sobote rano bylam prawie gotowa do przeprowadzki, ale dostala wiadomosc, ze nic z tego i ze moge sie wprowadzic dopiero we wtorek. Bylo mi to bardzo nie na reke, bo chcialam miec troche wiecej czasu na rozpakowanie, zrobienie zakupow i posprzatanie przed przyjazdem siostry. Ale nauczona juz doswiadczeniem, ze "Angoli nie przeskoczysz" musialam sie z tym pogodzic. Wyjasnilam wreszcie przez telefon skad wynikaly roznice w ich i moich rachunkach - otoz agencja chciala, zebym placila miesiecznie 20 funtow wiecej, mimo, ze wlasciciel zgodzil sie na nizsza cene. We wtorek rano zeszlam do kuchni na ostatnie sniadanie w Balmoralu i przekonalam sie, ze z mojej lodowki tez cos zniknelo. Nie mialam oczywiscie watpliowsci, kto to wzial. Myslalam, ze panowie oszczedza moja lodowke, bo posredno dzieki mnie trafili do naszego hotelu, kiedy zostali oszukani i bez dachu nad glowa. To dluga historia, ktora opowiem kiedy indziej. Ale najwyrazniej sie mylilam i zostalam ukarana za to, ze chcialam im pomoc.

W czasie lunchu poszlam do mojego nowego mieszkanka, zeby spotkac sie z przedstawicielka agencji, podpisac papiery i odebrac klucze. Oczywiscie podsunela mi pod nos umowe z wyzszym czynszem, a kiedy zwrocilam jej na to uwage, powiedziala, ze widocznie wziela stara umowe. Na szczescie nowa umowe z wlasciwa suma miala na samym dnie teczki. Nie chce byc zlosliwa, ale obawiam sie, ze nie byl to zwykly przypadak. Po pracy spakowalam wreszcie wszystkie swoje rzeczy i zadzwonilam po taksowke. Pare znajomych osob z jednej czy drugiej bylej pracy chcialo mi pomoc w przeprowadzce, ale nie chcialam zeby przyjezdzali do hotelu i widzieli, w jakich warunkach Polacy mieszkaja w ich kraju :) Jakims cudem udalo mi sie zabrac za jednym razem, choc musialam doplacic taksowkarzowi za nadmiar bagazu :) Najwazniejszy byl jednak fakt, ze mialam wreszcie wlasny kat i nie musialam sie juz ubierac, zeby pojsc w czasie weekendu do kuchni, tylko nareszcie moglam to zrobic w pizamie i skarpetkach :))) W cenie czynszu mam tez gaz i wode oraz dostep do internetu. Co prawda od poniedzialku probuja mi go zalozyc, ale mam nadzieje, ze wreszcie sie uda. Wczesniej nie bylo na to czasu, bo odkad przyjechala moja siostra, wracalysmy do domu bardzo poznym wieczorem, albo wcale :)

Jezeli chodzi o nowa prace, to na pewno jest lepsza oid starej, bo kazda praca bylaby od niej lepsza :))) Ale jak na razie nie jestem zachwycona. Nudze sie strasznie! Pierwszego dnia, czyli w zeszly poniedzialek, kazali mi przyjsc pozniej i puscili mnie wczesniej do domu. W czasie lunchu tez szlam do domu, bo mam wolna godzine, a dojscie tam i spowrotem zajmuje mi 10 minut. Tam czekala juz na mnie siostra z obiadem :) Ale musze przyznac, ze ciezko sie po takim lunchu w domu wraca do pracy :))) W kazdym razie zamiast na 8:30 caly zeszly tydzien chodzilam do pracy na 9:00, bo rano i tak nikogo nie bylo, a w czwartek dotarlam dopiero po 11:00, bo powiedzieli mi, ze mam najpierw odprowadzic siostre na dworzec :) W tym tygodniu zaczelam przychodzic okolo 8:30 (nikt dokladnie nie wie, o ktorej przychodze, bo szefowa zjawia sie dopiero o 9:00 :) wiec zaczeli mnie puszczac o 4:30 zamiast o 5:00. Poza tym caly czas wychodze w czasie pracy, zeby cos zalatwic albo mam jakies szkolenia, ale ta sielanka skonczy sie w najblizszy wtorek, kiedy zacznie sie rejestracja studentow na nowy semestr!

Jutro powinna wrocic do pracy dziewczyna, ktora pracuje tylko na pol etetu i ktora dzieli ze mna pokoj. Poznalam ja, jak bylam tam na rozmowie o prace - troche mi wtedy pomogla. O tym tez bede musiala kiedys opowiedziec. Wyglada na to, ze w pewnym momencie przyjdzie czas na prequel moich przygod :))) Ale musi minac troche czasu i musze nabrac troche dystansu do tego, co sie wydarzylo od momentu mojego powrotu z Polski do przeprowadzki i zmiany pracy (czyli caly okres, gdy pracowalam w Olicana House :))) zanim to opisze. W kazdym razie Catherine ma byc moja podwladna. Troche to smieszne, biorac pod uwage fakt, ze jest ode mnie duzo lepiej zorientowana. Ja nadal nie wiem, o co w tym wszystlkim chodzi, a moja praca ma niestety polegac nie tylko na siedzeniu przy komputerze, ale takze na odpowiadaniu na pytania studentow, ktorzy wkrotce zjada sie tu z calego swiata! Ale bedzie ubaw! :))) Prawde mowiac nie moge sie juz doczekac! :)))

wtorek, 13 września 2005

82.

Witam po dluzszej przerwie. Mam nowe mieszkanie, nowa prace i nowe zycie :)

W nowej pracy slucham sobie wlasnie polskiego radia przez ineternet. Przed chwila puscili  "Sen o Warszawie" Niemena i tak mi sie jakos zatesknilo, ze postanowilam wrocic do pisania bloga. Wkrotce powinni mi zalozyc internet w domu, wiec mam nadzieje, ze wpisy beda sie pojawiac regularnie.

Uwaga, zaczyna sie sequel! :)))

AKCJA! :)