Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
sobota, 30 września 2006
Jeden za wszystkich...

217.

W czwartek w pracy byłam sama z moją "ulubioną" szefowa.  Ostatnio zrobiła się podejrzanie miła! Wyszłyśmy znów wcześniej, poszłam więc do domu i zaczęłam się przygotowywać do kolejnej lekcji francuskiego. Po 18 poszłam na autobus. Tym razem popełniłam trzy błędy na tablicy! Chyba jednak nie potrafię uczyć tego języka! Dziwię się, że studenci sami jeszcze nie zrezygnowali! Ja na ich miejscu już dawno bym się załamała taką nauczycielką i zażądała zwrotu pieniędzy, zmiany tutorki albo przeniesienia do innej grupy! Ale oni najwyraźniej myślą, że skoro ktoś mnie zatrudnił w college'u, to chyba wiedział, co robi :) Coraz poważniej się zastanawiam jednak nad tym, czy nie powiedzieć mojemu szefowi z college'u, że chcę zrezygnować z tych lekcji francuskiego! Dojazd autobusem zajmuje mi ponad godzinę i kosztuje 3 funty. Taksówką byłoby szybciej, ale w jedną stronę kosztuje to około 7 funtów, czyli w obie 14. A tyle dostaję właśnie za godzinę nauki! Bez sensu! W dodatku nie mam czasu przygotowywać się do tych lekcji, a w nowej pracy będzie chyba jeszcze gorzej! Do domu wróciłam też autobusem i na miejscu byłam dopiero przed 22. Usiadłam do komputera i wypiłam ostatniego Smirnoffa Ice, rozmawiając przez SKYPE'a z przyjaciółką z Polski, której dawno nie widziałam.

Wczoraj rano obudziłam się zanim zadzwonił budzik. W pracy wydrukowałam i odbiłam na ksero materiały do moich lekcji. Moja "ulubiona" szefowa wzięła sobie wolne, a druga przyszła dopiero przed południem i poświęciła mi prawie godzinę, tłumacząc jak powinien wyglądać "proposal". Wysłałam bowiem rano maila na Wydział Informatyki, katedrę Electronic Imaging and Media Communication (Obrazów Elektronicznych i Komunikacji Medialnej? :) bo szefowa Social Sciences and Humanieties (Nauk Społecznych i Humanistycznych) wspomniała coś, że skoro chcę pisać o filmie, to tam mogę znależć promotora. Wydawało mi się to raczej nie możliwe, ale okazało się, że rzeczywiście mogą być zainteresowani. Ich sekretarka do mnie oddzwoniła i umówiła mnie na przyszły czwartek z jednym z profesorów od filmu. W weekend muszę więc napisać jeszcze ten cały "proposal", ale teraz - po rozmowie z moją szefową, która obiecała, że mi go wcześniej sprawdzi - będzie to łatwe jak bułka z masłem. Ten weekend będę więc miała znów zawalony. A wczoraj w dodatku zadzwonił Carlos i powiedział, że w sobotę zrobi u Gosi tiramisu na deser, a tego nie mogę sobie odmówić :)))

W czasie lunchu poszłam się jeszcze zarejestrować na te studia magisterskie, które już rozpoczęłam. Okazało się bowiem, że zostawiłam swój formularz wraz z innymi papierami sekretarce, więc dziś musiałam go od niej odebrać i pójść na salę, gdzie trwała rejestracja. Niestety, kolejka prawie wcale się nie poruszała, więc po paru minutach zdecydowałam, że pójdę najpierw do domu na lunch, a potem tam wrócę. Jak wróciłam, już mnie nie wpuścili, bo zamykali i kazali mi przynieść ten formularz w poniedziałek do nich do biura. Może i lepiej, bo jeśli się zaraz okaże, że zacznę jednak studia doktoranckie, to wtedy muszę się wypisać z tych magisterskich. A tak może nie zdążę się zapisać? :) Jak wróciłam do pracy, szefowej już nie było, więc odbiłam na ksero resztę materiałów. Trochę się tego nazbierało, a w nowej pracy nie będę raczej miała takich możliwości. Co prawda mogłabym to zrobić w college'u, ale tutaj robię to w godzinach pracy i nie tracę czasu, a tam musiałabym specjalnie pójść któregoś dnia, a czas to coś, czego ostatnio nie mam w nadmiarze. Spytałam też mailem szefa z college'u, czy mogę od tej soboty zacząć za darmo naukę hiszpańskiego dla początkujących, ale mi nie odpisał!

Wyszłam trochę wcześniej z pracy i porozmawiałam chwilę z siostrą przez SKYPE'a, a potem pojechałam do dużego Morrisona. Tam spotkałam Shaza, który niedaleko mieszka. Zaproponował, że odwiezie mnie do domu. Jestem chora i zmęczona, więc się zgodziłam, mimo że kupiłam sobie dzienny bilet! Nie musiałam jednak dźwigać siatek i byłam wcześniej w domu. Miałam akurat pół godziny, żeby wszystko rozpakować i schować do lodówki, bo o 20 byłam już umówiona z Camillą i innymi studentami. Zebrało się nas parę osób i poszliśmy do Titusa Salta. Oprócz mnie i Camilli przyszedł jeszcze Ian z Walii, który chodzi ze mną na zajęcia, a z nim jego francuski przyjaciel Guillaume :) Poza tym była Adele z Kamerunu, Matthew z Bratfoot, Marco z Argentyny (który teraz mieszka we Włoszech), dziewczyna z Łotwy (imienia nie pamiętam) i jakaś dziewczyna z Bratfoot. Potem doszła jeszcze jedna (nie wiem skąd :) oraz Greczynka z Hindusem. Ian i Guillaume musieli wyjść przed północą, żeby złapać ostatni pociąg do Leeds. Najdłużej zostałam ja, Camilla i Mathew, który nas odprowadził do domów. Przed snem próbowałam jeszcze sprawdzić pocztę, ale nie udało mi się wpisać hasła :)))

Dziś rano obudziłam się z kacem gigantem! Zdarzyło mi się to dopiero po raz czwarty od mojego przyjazdu do Anglii, a że jestem tu już prawie dwa lata, więc średnio wychodzi raz na pół roku :) Cały wieczór piłam tylko Żywca, więc za tydzień chyba przerzucę się znów na Smirnoff Ice, bo w zeszłym tygodniu dobrze się po nim czułam i bez problemu poszłam na 9:00 do college'u. A dziś nie byłam wstanie zwlec się z łóżka do 14! Gosia zaprosiła mnie na 13 na gołąbki i tiramisu roboty Carlosa, ale odpisałam im, że raczej się spóźnię. W końcu po zastosowaniu kilku starych sztuczek, udało mi się wejść po prysznic, ubrać się i jakoś do nich doczłapać :) U Gosi oprócz Alicji i Carlosa był jeszcze jego przyjaciel z Sycylii, siostrzenica Gosi i jej koleżanka z pracy. Zaproponowali mi piwko albo Smirnoff Ice, który zostawiłam w zeszłym tygodniu w lodówce, ale na nie mogłam nawet patrzeć na alkohol! :))) Gołąbki były pyszne, a tiramisu jeszcze lepsze! :) Przed 17 Carlos szedł do pracy, więc pożyczyłam od Gosi słownik i wyszłam razem z nim. Postanowiłam jednak podjechać pod górkę te dwa przystanki do mnie :) Pożegnałam się więc z Carlosem i wsiadłam w autobus :)

W domu zabrałam się za gotowanie. Znów kapusta z grzybami (nadal nie mam jej dość :) sałatka (kurczak curry z ananasem) i sos do spaghetti (wystarczy tylko, że gotuję w czasie lunchu makaron i obiad gotowy). Potem zaczęłam pisać "proposal" i mam już ponad połowę! O 19:00 zebrałam się i poszłam do Alhambry na balet według "Trzech muszkieterów" Dumasa :) Taka wielka powieść w wykonaniu Northern Ballet Theatre do muzyki Malcolma Arnolda trwa niecałe dwie godziny i to bez żadnych dialogów :))) Przedstawienie nie było powalające. Scenografia kapiąca sztucznym złotem, dosyć klasyczna choreografia i pastelowe stroje, na tle których wyróżniała się tylko krwisto-czerwona szata kardynała Richelieu. Jedyny ciekawy motyw to taniec D'Artagnana z Konstancją, w czasie którego mają związane ręcę i on ją podnosi ramieniem! :) Druga ciekawostka, ale raczej negatywna, to walka Konstancji z Milady. A trzecia to fakt, że rolę francuskiej królowej Anny tańczyła mulatka, a Konstancji Chinka :) Od razu przypomniała mi się rosyjska wersja i piosenka "Para, para, paradujemy na swoim byku!" :))) W domu zaaplikowałam sobie Fervex od Gosi (wróciłam do tradycyjnych sposobów leczenia, bo alkohol nie pomógł :) i zabrałam się za tłumaczenie, bo obiecałam przecież, że na poniedzałek będzie gotowe!

   

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! :)))

środa, 27 września 2006
Na Wschodzie bez zmian

216.

Wczoraj rano w drodze do pracy zobaczyłam młodego Chińczyka ćwiczącego z mieczem na trawniku tuż przed moją pracą. Wiem, że jest na to specjalna nazwa, ale jej nie pamiętam. W każdym razie wygląda to jak taniec. I ten Chińczyk tak sobie właśnie tańczył. Wcześniej widywałam tam innego Chińczyka, który stał bez ruchu, z magnetofonu leciała muzyka, a za nim oparte o ścianę stały zdjęcia i hasła przeciwko łamaniu praw człowieka z Chinach. Właściwie to trochę się poruszał, ale robił to tak wolno, że trzeba się było naprawdę dobrze przyjrzeć, żeby zauważyć, że zmienił trochę pozycję. W Bratfoot jest bardzo wielu studentów z Chin. Szkoda, że zbierają się rano i nie ćwiczą tai-chi, bo to naprawdę niesamowity widok. Wtedy pewnie codziennie spóźniałabym sie do pracy :))) Rano popracowałam troszeczkę i już była pora na lunch. A po lunchu nie wracałam już do starej pracy, tylko szłam do nowej, żeby się zorientować, o co tam chodzi :) Niestety, dziewczyna, której miejsce zajmę była dość zajęta. Moja przyszła szefowa również miała urwanie głowy, więc zaprowadziła mnie do dwóch innych osób, które miały powiedzieć mi coś więcej na temat ich departamentu. Jedna z nich oprowadziła mnie i pokazała, gdzie się co znajduje. Przy okazji wspomniała o paru obowiązkach, które przejmę. I muszę powiedzieć, że się załamałam!

Czeka mnie bardzo dużo pracy, w dodatku niektórzy zostają tu po godzinach, albo przychodzą także w czasie weekendu! A szukałam przecież pracy lekkiej, łatwej i przyjemnej, o której mogłabym zapomnieć zaraz po wyjściu i zając się ciekawszymi rzeczami, chociażby takimi jak moimi lekcje. Zobaczymy, jak to będzie, ale trochę czarno to widzę. Wyszłam od nich po 17, mimo że powinnam pracować do 16:45, ale nic nie powiedziałam, bo w końcu właściwie nie pracowałam, tylko siedziałam i przeglądałam broszury i ich system komputerowy, żeby się trochę bliżej zapoznać z tym, co mnie czeka. Poza tym nigdzie mi się nie spieszyło, bo do kina szłam dopiero na 17:45. Po drodze weszłam jeszcze do domu, zjadłam coś, a potem poszłam na bangladeski film "Shaymol Chhaya", czyli "Kraina Pokoju". Opowiadał on historię ludzi, którzy w 1971 roku w czasie walk pomiędzy pakistańskimi żołnierzami i bangladeskimi patriotami postanowili uciec łodzią z zagrożonych terenów. Po drodze musieli dokonać pewnych wyborów i podjąć wiele decyzji, przez co ten film przypominał bardzo radzieckie obrazy propagandowe. Znów wzniosły temat próbował zastąpić wartości artystyczne, a to nigdy dobrze się nie kończy dla dzieła, bo nigdy nie staje się ono przez to automatycznie wybitne. Zresztą podobnie było z kolejnym filmem. W czasie krótkiej przerwy wypiłam sobie w barze Fostersa i porozmawiałam z pewną kobietą, którą często spotykam w Muzeum i którą znam już z widzenia, choć nie znam jej imienia. Potem poszłyśmy razem na salę, po drodze witajac się ze znajomymi z Rainbow Collective. Na sali był też jeden z naszych nowych studentów oraz dziewczyna, którą poznałam na otwarciu festiwalu.

Przed filmem parę słów powiedział  przedstawiciel Amnesty International, który zajmuje się głównie dziećmi, mimowolnie zaangażowanymi w konflikty zbrojne. "Śmierć w Gazie" to dokument, który miał opowiadać o palestyńskich i izraleskich dzieciach, które w czasie tego konfliktu tracą członków rodziny i przyjaciół. Ekipa pojechała najpierw do Strefy Gazy, gdzie operator James Miller został śmiertelnie pstrzelony przez arabskich Beduinów, którzy zaciągają się do izraelskiej armii i obok zwykłych izraelskich żołnierzy i uzależnionych od wojny najemników, często służą właśnie w tym rejonie. Zdjęcia przerwano, a część z nich wykorzystano potem w tym filmie. Po filmie miałam mieszane uczucia. Czasami odnosiłam nawet wrażenie, że filmowcy pozwalali sobą manipulować. I muszę przynać, że ciekawi mnie bardziej ten film o dzieciach, który nigdy nie powstał, niż ten który powstał... Po filmie pożegnałam się ze wszystkimi i poszłam od razu do domu, bo nie miałam ochoty się nim zachwycać, skoro mnie nie zachwycał! W domu przeszukałam wreszcie swoje papiery i znalazłam materiały, których używałam w zeszłym roku do nauki polskiego. Udało mi się już wcześniej wydrukować i odbić na ksero dokumenty, które studenci mają wypełnić, więc liczę na to, że może zajmie to przynajmniej połowę kolejnej lekcji francuskiego :) Jestem przerażona na samą myśl o niej! Nie mam czasu porządnie się przygotować, a jeśli teraz znów popełnię jakiś błąd, to chyba mi go już nie wybaczą :))) Potem usiadłam do komputera i odpisałam na maile. Nie mogłam się jakoś zabrać za pisanie bloga. Zabrałam się za to za tłumaczenie, bo mam czas do poniedziałku, więc spędzę nad tym pewnie cały weekend.

Dziś obudziłam się z katarem i nie czuję się najlepiej, mimo że od poniedziałku co wieczór przed snem aplikuję sobie lekarstwo w postaci Smirnoff Ice z lodem :) Jeśli ta kuracja nie pomoże, przerzucę się na tradycyjne lekarstwa, ale problem polega chyba na tym, że zrobiło się zimno, a u mnie kaloryfery nadal nie grzeją! Wczoraj przykryłam więc kołdrę śpiworem. W pracy znów siedziałam tylko do lunchu, po na 14 szłam na pierwsze zajęcia w ramach moich studiów magisterskich i  szefowa powiedziała, że mogę już po nich nie wracać. Po drodze spotkałam Agnes, która powiedziała, że spróbuje przenieść swoje lekcje francuskiego u nich na squacie ze środy na wtorek, żebym mogła przychodzić, bo to może mi pomóc w moich lekcjach francuskiego! Nasze pierwsze zajęcia z socjolingwistyki były dosyć fajne. Prowadzą je profesor z Algierii z żoną, którzy od 12 lat mieszkają w Anglii i między sobą prozumiewają się po francusku. Po lekcji podeszłam do niego i uświadomiłam go, że jeszcze nie zdecydowałam, czy będę kontynuować te studia, bo chcę rozpocząć doktoranckie, ale coś czuję, że nic z tego nie będzie. Mogę najwyżej zrezygnować całkiem ze studiów...

Po zajęciach wróciłam na chwilę do domu, a potem poszłam znów do kina Cineworld na ostatni film Erica Khoo "Be with Me". Oprócz mnie na sali była jeszcze tylko jedna pani, która zaczęła pogawędkę, mówiąc że była parę razy w Singapurze i że przyjeżdża na te filmy specjalnie z Leeds! :) Zwykle to ludzie z Bratfoot jeżdżą do Leeds, a nie odwrotnie! :))) W każdym razie w czasie napisów początkowych znów wysiadł dźwięk, więc poszłam to zgłosić. W trakcie filmu czasem jeszcze chwilowo zanikał, ale po pierwsze na początku nie było tam prawie żadnych dialogów, a poza tym napisy były tym razem na szczęście po angielsku. Gdzieś w połowie filmu jedna z bohaterek zaczęła prowadzić monolog wewnętrzny, więc nadal nikt nic nie mówił, pojawiały się tylko napisy. Ciekawy eksperyment! Niestety, z powodu braku odgłosów w pewnym momencie zasnęłam, jak na prawdziwym festiwalu, w czasie którego zasypia się z powodu nadmiaru oglądanych filmów (na przykład 6 dziennie przez 12 dni na Warszawskim Festiwalu Filmowym :) Człowiek walczy wtedy ze sobą, ale zmęczenie zwykle bierze górę. Nie oznacza to jednak wcale, że film jest nudny!

Myślę, że nadszedł czas, aby napisać parę zdań na temat filmów Erica Khoo. Do tej pory oprócz paru krótkich metraży nakręcił dopiero trzy filmy długometrażowe: w 1995 roku "Mee Pok Man" (o mężczyźnie sprzedającym kluski Mee Pok), w 1997 "12 Storeys" (czyli "12 piętro") i w 2005 roku "Be with Me". Na tegorocznym festiwalu odało mi się obejrzeć wszystkie trzy. Wspólną cechą była z pewnością wielowątkowość tych filmów, które próbują pokazać kondycję współczesnego singapurskiego społeczeństwa. Poza tym ważną rolę odgrywa w nim jedzenie. Widzimy bazary z żywnością, kawałki mięsa wieszane na hakach, a potem ludzi przygotowujących potrawy i zbliżenia jedzących. W każdym z tych filmów jedzenie odgrywa bardzo ważną rolę - czasem metafory, jak w przypadku "Mee Pok Man", gdzie kobiece ciało jest porównane do kawałków spożywanego mięsa, a czasem gotowanie jest ucieczką przed problemami, jak w "12 Storeys" czy "Be with Me",w którym jedzenie także łączy ludzi. Filmy te opowiadają też o miłości i o podstawowych wartościach, które w Singapurze, jak w każdym społeczeństwie konsumpcyjnym, tracą na wartości i potem są na nowo poszukiwane.

Po filmie pobiegłam do college'u na kolejną lekcję polskiego z drugim rokiem :) Najpierw moi studenci wypełnili te papiery, które dla nich przygotowałam, a potem mieliśmy małe przypomnienie podstawowych zasad naszego języka. Koniugacja, deklinacja, dwie liczby (pojedyńcza i mnoga), trzy rodzaje (męski, żeński i nijaki) oraz 7 przypadków! Nie wiem, czy chciałabym się uczyć tego języka, gdybym nie urodziła się w Polsce! :) Dlatego nadal ich podziwiam! Tylko ta nowa studentka zrezygnowała z zajęć, bo zależy jej na jakimś papierze, a tutaj dostałaby tylko certyfikact zaświadczający o uczestnictwie w lekcjach, a nie o znajomości języka, więc ma zamiar szukać gdzie indziej. A to oznacza, że od jutra muszę sama dojeżdżać do Queensbury! A tak się cieszyłam, że od razu udało mi się znaleźć kogoś, kto będzie mnie podwoził! Jeśli będę brać taksówkę, wydam na nią połowę pieniędzy, które dostaję za lekcję, więc trochę traci to sens. Ale nie robię tego dla pieniędzy. Dla mnie to sposób na to, żeby nie tracić kontaktu z językiem francuskim i aby go nie zapomnieć!

    

"Shaymol Chhaya" i "Be with Me".
poniedziałek, 25 września 2006
Praca w Anglii!

215.

Mimo, że wczoraj nie mogłam zasnąć (za dużo wrażeń na raz? :) to dziś nie miałam żadnego problemu ze wstaniem. Adrenalinka działa! :) Na samą myśl, jaki hardcore mnie czeka w tym tygodniu, od razu czuję przypływ energii :))) W pracy najpierw odbiłam na ksero polski alfabet dla moich studentów z pierwszego roku nauki języka polskiego. Udało mi się to zrobić przed przyjściem szefowej. Podłączyłam też laptopa w sali wykładowej, bo dziś odbyły się pierwsze zajęcia. Potem czas szybko zleciał i po 10 musiałam już iść do Richmond Bulding na wprowadzenie do moich studiów magisterskich. Okazało się, że jest nas tylko 6 osób na roku, a dziś przyszły tylko 3 - ja i dwie inne Polki! :))) Biedny, pochodzący z Algierii wykładowca był jedynym w tym towarzystwie, który nie znał naszego języka :))) Po spotkaniu z nim spotkaliśmy się ze studentami z drugiego kierunku (tłumaczenia) na imprezce intergracyjnej :) Poznałam na niej Francuzkę, która właśnie przyjechała do Bratfoot i będzie pracować jako asystentka na miejscu Pelagie! :) Umówiłyśmy się wstępnie na piątek wieczór. Potem dałam jeszcze sekretarce kopertę z papierami, które musiałam wypełnić i już musiałam wracać do pracy!

Pod Richmond Building czekała na mnie Myfanwy, którą poznałam w zeszłym roku na zajęciach z Kreatywnego Pisania. Poszłyśmy razem do mnie do pracy, napiłyśmy się kawki i herbaty, a potem ona poszła na zajęcia, a ja zabrałam się wreszcie za pracę! :) Muszę się poważnie zastanowić nad tym, czy kontynuować te studia. Z doktoranckich chyba na razie nici, bo podobno już za późno, żeby się zapisać na ten rok. Poza tym rozmawiałam dziś z szefową wydziału, który wydawał mi się odpowiedni, ale powiedziała, że nie znajdę tu promotora, jeśli chcę pisać o kinie europejskim. Powiedziała, że powinnam się zgłosić na Uniwersytet w Leeds. Tak, tylko że najpierw musiałabym tam znaleźć pracę, żeby mnie zasponsorowali :))) A nie wiem, czy chce mi się pisać kolejną magisterkę, i to po angielsku! Chyba za stara już na to jestem :))) Wiem, wiem, sama mówiłam, że grzechem by było nie korzystanie z prawa do darmowego studiowania, skoro już pracuję na uniwerku. Właściwie wtedy to całkiem traci sens i mogłabym równie dobrze znaleźć pracę gdziekolwiek indziej! Dlatego chyba zrobię te studia. Co mi szkodzi? W końcu to tylko 2 godziny w tygodniu i pewnie ze dwie prace semestralne. A potem magisterka!

Po pracy niemal pobiegłam do kina Cineworld, bo miałam tylko 15 minut, a to po drugiej stronie centrum miasta. Dotarłam tam o 17, ale zanim dostałam bilet na moją akredytrację, było już po 17. Jak weszłam na salę okazało się jednak oczywiście, że film się jeszcze nie zaczął, bo lecą reklamy. Tym razem wybrałam się na drugi singapurski film w reżyserii Erica Khoo pod tytułem "12 storeys". Reżyser nawiązywał w nim do swego poprzedniego filmu "Mee Pok Man" i  znów pokazał codzienne życie mieszkańców swojego kraju, tym razem jednak na przykładzie jednego bloku, po którym krąży duch chłopaka, który popełnił samobójstwo skacząc z 12 piętra. Niestety, film zaczął się bez dźwięku! Jeszcze w czasie napisów początkowych wyszłam więc z sali i zgłosiła tą usterkę, więc przerwali projekcję i zrobili 5-minutową przerwę. Ponieważ od rana prawie nic nie jadłam, skorzystałam z tej przerwy i kupiłam sobie hot doga. Był to najgorszy hot dog jakiego w życiu jadłam, za suchy i bez smaku :) Nawet duża ilość keczupu nie pomogła i do tej pory mi się odbija :))) W końcu udało im się naprawić dźwięk i puścili resztę filmu, ale niestety nie mogłam zostać do końca, bo spóźniłabym się na pierwszą lekcję polskiego z nową grupą początkujących! Wyszłam więc przed końcem filmu i pewnie nigdy się nie dowiem, jak się skończył.

O 19 weszłam do klasy i usiadłam przy biurku. Wszyscy popatrzyli na mnie zdziwnieni, ale nie zostawiłam im za dużo czasu do myślenia! :))) Zaczęłam od razu od alfabetu. Miałam dla nich przygotowane przykłady słów, w których słychać typowo polskie dźwięki, takie jak ą, ć, ę, ś, ż czy ź. Atmosfera była bardzo fajna i znów poczułam, że jestem w swoim żywiole! :) Przyszło aż 13 osób, choć na mojej liście było tylko 9 nazwisk. Wiem, że część z nich niestety się wykruszy, ale mam nadzieję, że większość pozostanie. Wśród studentów pojawiło się dwóch chłopaków, których poznałam na poprzedniej imprezie, na którą zaprosiła mnie moja znajoma Francuzka, Agnes. Mieszkają razem na squacie. Podobno byli też w sobotę na tej imprezie w starym pubie, ale siedzieli na górze. Nawet nie wiedziałam, że tam jest jakieś piętro! :) To dlatego się nie spotkaliśmy. Agnes napisała dziś do mnie maila, że w środy udziela darmowych lekcji francuskiego, ale niestety ja mam w tym czasie polski z drugim rokiem. Pytałam ją, czy spotka się w piątek ze mną i Camillą, która zastąpiła Pelagie, ale odpisała, że w może innym razem, bo w piątek jest zajęta.

Dostałam też maila od jednej z Polek, które dziś poznałam. Okazało się, że zobaczyła kopertę z moim nazwiskiem, którą dałam sekretarce (a którą ta zapewne odłożyła gdzieś na bok w czasie imprezy zapoznawczej) więc pomyślała, że to ja ją zapomniałam i wzięła ją ze soba, żeby mi oddać w środę! :))) Super, sekretarka pewnie się jej potem naszukała! Zadzwonię do niej jutro i powiem, co się stało :) Napisała też do mnie Camilla i potwierdziła, że spotkamy się w piątek. Po wyjściu rozmawiała jeszcze z paroma osobami, więc wygląda na to, że bedzie nas więcej :) Ostatnio dostałam też kolejnego maila z prośbą o radę. Parę osób już pisało, że myślą o wyjeździe do Anglii, ale nie wiedzą jak się za to zabrać, albo czy mają szansę znaleźć pracę. Cóż, po moim przykładzie chyba widać, że dość łatwo znaleźć tu pracę (oczywiście poza Londynem :) Wiadomo, że łatwiej, jak ma się już jakieś doświadczenie w Anglii (wiem, błędne koło :) ale doświadczenie z Polski też ma znaczenie. Wszystko zależy zresztą od tego, jakiej pracy się szuka. Nie mogę pomóc inaczej niż zamieszczając linki do stron, na których można szukać pracy będąc jeszcze w Polsce. I opisując tu na blogu, jak to wygląda w praktyce :) Wiem, jak trudno na początku uwierzyć w niski poziom wiedzy Anglików, ich prawie kompletną nieznajomość komputerów i podobne rzeczy, ale zapewniam, że wszystkie opisane tu wydarzenia są (niestety :) prawdziwe! Nie mam aż tak bujnej wyobraźni! :))) Ale cieszę się, że się zdecydowałam na ten krok i że tu jestem. Muszę przyznać, iż znów czuję, że jestem po prostu szczęśliwa :) Odsyłam więc do linków po lewej stronie i życzę wszystkim powodzenia w szukaniu swojego miejsca na Ziemi!!! :)

niedziela, 24 września 2006
Bite the Mango!

214.

W sobotę wstałam o 9:00 i na 10:30 poszłam na spotkanie dla nauczycieli w college'u. Dostaliśmy wiele pomocnych materiałów - szkoda, że to spotkanie nie odbyło się tydzień temu! Może nie zbłaźniłabym się wtedy aż tak bardzo na pierwszej lekcji francuskiego? :) Spotkanie trwało 3 godziny i nie mogłam niestety w tym czasie obejrzeć filmów "ojca indyjskiego kina" - D. G. Phalke, które pokazywali o 11:30 w ramach festiwalu. Ale to spotkanie było obowiązkowe,  a poza tym zapłacą mi za te 3 godziny jak za lekcje :) Kiedy się wreszcie skończyło, postanowiłam odpuścić sobie także kolejny film i pójść w tym czasie do sklepu po jedzenie. W końcu nie samym kinem żyje człowiek! :))) Umówiłam się więc z Gosią, która siedziała z Alicją i Carlosem w Lloydsie, że podejdę do nich po drodze do sklepu i odbiorę od niej częśc pieniędzy za bilet do Polski. Przywitałam się z nimi tylko i nawet nie siadałam, bo wiedziałam, że wsiąknę :) Okazało się, że w niedzielę są urodziny Carlosa, więc planowali coś na wieczór. Zaprosiłam ich wszystkich na tą nielegalną imprezę w zamkniętym pubie i mieli mi dać znać SMSem, co postanowią. Potem poszłam do sklepu i kupiłam jedzenie na cały przyszły, ciężki tydzień! :)

W domu odgrzałam kapustę z grzybami i zrobiłam bardzo dobre puree z torebki, a potem na 17:30 pobiegłam do kina. W drzwiach spotkałam Richarda i mojego znajomego oraz dyrektora festiwalu, którego też znam. Spytałam, czy interesuje ich wieczorna impreza na squacie, ale powiedzieli mi, że wieczorem znów będzie impreza z winkiem w kuluarach kina.  Poszłam więc na singapurski film "Mee Pok Man" Erica Khoo. Mam zamiar w czasie festiwalu zobaczyć jeszcze dwa filmy tego reżysera, więc wkrótce będę się mogła wypowiadać - jeśli nie na temat singapurskiej kinematografii, to przynajmniej na temat jego twóczości (jeśli się okaże, że warto :) Pierwszy był dość ciekawy i jestem ciekawa, czy odnajdę jakieś wspólne mianowniki w pozostałych dwóch. Po filmie napiłam się znów białego wina i porozmawiałam z paroma osobami, m.in. z fotografem Brianem Hartem, autorem bardzo ciekawych portretów ludzi (http://www.brianharte.co.uk). A później pobiegłam na kolejny film, tym razem francuski "I saw Ben Barka Get Killed". Był oparty na faktach i opowiadał o czasach dekolniazacji, a w jednej z głównych ról - jako Marguerite Duras - wystąpiła Josiane Balasko.

    

"Mee Pok Man" i "I saw Ben Barka Get Killed".

Po wyjściu z kina poszłam się przebrać w jeansy, spakowałam 4-pack Smirnoff Ice do plecaka i poszłam do Jacksona. Gosia, Alicja i Carlos stwierdzili, że nie idą na tą imprezę, tylko do Lloydsa, a potem do Gosi do domu. Umówiłam się więc z Piotrkiem pod sklepem, gdzie on kupił piwo, a ja coś do zagryzania :) Potem poszliśmy do pubu, ale nie mogliśmy znaleźć wejścia! Wreszcie jak zapukaliśmy w szybkę, ktoś nam otworzył. Pub był w środku prawie pusty - zostało tylko parę krzeseł i stołów, oraz cześć drewnianej podłogi. Zapach był dość specyficzny, a głośna muzyka techno i jarzeniówki dopełniały efekt :) Szyby były zaklejone gazetami, ale jakiś koleś zaczął jeszcze zawieszać zasłony. Na barze stał podświetlany globus :) Powiem szczerze, że od razu mi się tam spodobało. Piotrek był mniej entuzjastyczny. Nie mogłam znaleźć mojej znajomej Francuzki, więc usiedliśmy przy jednym ze stołów. Wspominałam Piotrkowi o urodzinach Carlosa i stwierdziliśmy, że jak on skończy piwo, a ja moją butelkę Smirnoff Ice, zmienimy jednak imprezę, bo jemu się nie podobało, a ja zaniepokoiłam się trochę faktem, że do pubu wpadł jakiś pijany koleś i kazał ściszyć muzykę, a potem powiedział, że mają kończyć imprezę, bo jak nie, to on tam jeszcze wróci.

Poszliśmy więc z Piotrkiem do Lloyds, ale nie mogliśmy tam nikogo znaleźć Komórka Gosia była wyłączona, ale na szczęście udało mi się dodzwonić do Carlosa. Okazało się, że Gosia zostawiła komórkę w domu, a oni wszyscy siedzą jeszcze w restuaracji, w której Carlos pracuje. Poszliśmy więc do nich, podpisaliśmy się na kartce urodzinowej i zaśpiewaliśmy Carlosowi "Sto lat!" :) Stamtąd poszliśmy do Lloydsa. Dołączyła do nas jeszcze jakaś Polka i Sycylijczyk, przyjaciel Carlosa. Polka dość szybko się zmyła, ale nasza szóstka została w Lloydsie aż do zamknięcia, czyli do 2 rano. Potem poszliśmy do Gosi na pierogi :) Oprócz pierogów w sosie pieczarkowym była jeszcze sałatka i polska wędlina. Same pyszności! Problem polegał jednak na tym, że zwykle jak jem, to nie piję i odwrotnie :) Dlatego po jedzeniu nie byłam już w stanie dokończyć kolejnej butelki Smirnoff Ice. Poza tym minęła już 3 rano, więc wykręciłam się złym samopoczuciem i poszłam do domu.

Dzisiaj obudziłam się koło 10, ale stwierdziłam że nie idę na zestaw filmow krótkometrażowych, tylko śpię dalej. Wstałam dopiero po południu, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i na 13:15 dotarłam do kina na film Mario Van Peeblesa "BAADASSSSS!". Oparty na wspomnieniach jego ojca Melvyna Van Peeblesa, który na początku lat 70. nakręcił film uznawany za pierwszy przykład Independent Black Cinema, jest swoistym hołdem, jaki syn składa ojcu. Mario zagrał tu rolę swego własnego ojca i przedstawił jego historię, ale jednocześnie historię czarnej społeczności w Stanach. Jeżeli macie okazję gdzieś ten film zobaczyć, gorąco polecam! Po filmie miałam półgodzinną przerwę, pobiegłam więc do domu, żeby coś zjeść. Chciałam sobie odgrzać resztkę kapusty, ale w garnku znalałam zupę pomidorową! Malwina przyszła po swoje listy i zostawiła mi taki pyszny prezent! :))) Porozmawiałam chwilę z siostrą przez SKYPE'a, ale zaraz musiałam biec z powrotem do kina na hongkongską komedię "Gambling Man" z Sammo Hungiem w potrójnej roli dziadka, ojca i wnuka. Cóż, chińskie poczucie humoru jest dość specyficzne, ale jeden tekst był dość zabawny: "Pracuję w Ministerstwie Sprawiedliwości." "To wy w Chinach macie sprawiedliwość?" :) Film był z 1991 roku, więc kopia pozostawiała wiele do życzenia, ale ogólnie było to dość ciekawe doświadczenie :)

    

Melvyn i Mario Van Peebles oraz Sammo Hung w "Gambling Man".

Po filmie miałam tylko 15 minut, więc poszłam do baru i kupiłam sobie Pepsi, z którą weszłam na salę, żeby obejrzeć najnowszy film Jackie Chana. Był to pierwszy pokaz "New Police Story" w Anglii :) I muszę powiedzieć, że robi powalające wrażenie! Wiadomo, to głównie łomot i rozpierducha, ale jak profesjonalnie zrobione! Zresztą dobra rozpierducha nie jest zła! :) Nie można w kółko oglądać tylko kina artystycznego! :))) Kino akcji też ma swoje uroki, a Hong Kong z pewnością bije wszystkich na głowę, jeśli chodzi o filmy policyjne! Dowodem na to chociażby "Infernal Affairs" czy "Running Out of Time". Takich pomysłów nie znajdzicie w najlepszym filmie amerykańskim! Oni potrafiąje tylko później kopiować - patrz "The Departed" Martina Scorsese na podstawie "Infernal Affairs". Jeszcze sama go nie widziałam, ale nie rozumiem po co naprawiać coś, co nie było zepsute? Zresztą myślę, że niektóre pomysły w amerykańskim filmie po prostu się nie sprawdzą. Oglądam orginał i mu wierzę, ale co do podróby, to już nie jestem taka pewna...

W czasie kolejnej przerwy między filmami pobiegłam znów do domu i zjadłam drugie danie :) A potem wróciłam do kina na "Echo Park LA", amerykański film o mniejszości meksykańskiej. Opowiadał on historię dziewczyny i chłopaka, odrzuconych przez swoje rodziny ze względu na jej ciążę i jego orientację seksualną. Oboje znaleźli schronienie i pocieszenie u swego wujka, który pomagał im nie tylko przyjmując ich pod swój dach, ale także akceptując takimi, jacy są. Dobre zakończenie udanego festiwalowego dnia :) Przed 22 byłam już w domu i po raz ostatni połączyłam się przez SKYPE'a z siostrą. Umówiłyśmy się, że za tydzień obejrzę ich film z Tunezji. Poza tym mama wraca do domu, więc nareszcie będę w stanie z nią normalnie i spokojnie rozmawiać, tak często jak tylko będziemy chciały, a nie tak jak teraz wyłącznie w weekendy. W ten weekend nie znalazłam nawet czasu, żeby do niej zadzwonić, tyle się działo! Ale za tydzień mam zamiar siedzieć w domu i poświęcić się tylko i wyłącznie przygotowaniom do lekcji!

    

"New Police Story" i "Echo Park LA".

piątek, 22 września 2006
Oups! :)

213.

Czwartek minął mi w pracy dość bezboleśnie. Tylko rano przyszła do mnie główna szefowa i powiedziała, że nie ma dziś czasu, żeby ze mną porozmawiać na temat moich studiów doktoranckich. Obawiam się, że nic z tego nie wyjdzie. Nie wiem nawet, czy mi się chce... Leniwa jestem :) A i tak już dużo na siebie wzięłam: polski, francuski, hiszpański! :) Zastanawiam się nawet nad tymi studiami magisterskimi. Pójdę w poniedziałek na rozpoczęcie i na zajęcia przez te dwa pierwsze tygodnie, kiedy będę jeszcze w starej pracy, ale potem chyba zrezygnuję. Magistra już mam, a na studia doktoranckie nie mam chyba siły. Dotarło to do mnie po wczorajszej lekcji francuskiego, kiedy zdałam sobie sprawę, że będę musiała naprawdę dobrze się przygotować do każdej lekcji, bo nie będzie tak łatwo jak z polskim. A takie przygotowania zajmują dużo czasu... Jak wracałam z lunchu spotkałam pod uniwersytetem Krystiana. Porozmawialiśmy i spóźniłam się trochę do pracy, ale moja "ulubiona" szefowa powiedziała, że nic się nie stało. Ostatnio jest tak miła, iż zaczynam żałować, że odchodzę :) Ale jak sobie przypomnę, jak mnie traktowała wcześniej, to od razu czuję, że dobrze robię. Jak bym zdecydowała się jednak zostać, na pewno od razu zmieniłaby się w tą dawną szefową, która tak działała mi na nerwy! :)))

W każdym razie puściła mnie znów wczoraj wcześniej do domu, więc skorzystałam z okazji i usiadłam nad książką do nauki francuskiego. Zaznaczyłam parę miejsc z jakimiś dialogami i odmianą i stwierdziłam, że jestem gotowa. Po 18  przyjechała po mnie Teresa, moja nowa studentka, i pojechałyśmy razem do Queensbury. Po drodze zastanawiała się, czy powinna iść na pierwszy rok, czy może przenieść się do mnie na drugi. Powiedziałam jej, żeby poszła zobaczyć jaki jest poziom na pierwszym, a ja jej powiem, jaki jest na drugim. Miałam zamiar zorientować się, co potrafią, a czego nie potrafią moi nowi studenci. Okazało się, że pochodzą z różnych grup i mają różny poziom. Ale ogólnie zorientowałam się, że potrafią dobrze odpowiedzieć na pytania typu "Jak masz na imię? Ile masz lat? Skąd jesteś?" Ale jak po paru takich typowych pytaniach poprosiłam po francusku pierwszą dziewczynę, żeby powiedziała coś więcej o sobie, to nie zrozumiała, co mówię. Wiem już zatem, że do tej pory uczyli się na zasadzie psów Pawłowa :) Akcja - reakcja :) Moje podejście jest trochę inne, ale szybko stwierdziałam, że chyba zastosuję tą samą metodę, bo jak zaczęli mnie pytać, jak powiedzieć to czy tamto, to raz musieliśmy sprawdzić słowo w słowniku! A to nie wyglądało zbyt profesjonalnie! :)

Po lekcji byłam lekko załamana i wiem, że za tydzień będę już musiała być super przygotowana i nie mogę im pozwolić na żadne pytania, żeby odbudować swoją wiarygodność jako nauczyciel! Bo wydaje mi się, że straciłam ją w czasie ostatniej godziny zajęć. Pomyliłam się dwa razy pisząc na tablicy - raz dość poważnie :) Aż musieli mi zwrocić uwagę! Co prawda na polskim też mi się to czasem zdarza - w końcu jestem tylko człowiekiem i też jestem wieczorem zmęczona po pracy, ale oni płacą za te lekcje i wątpie, żeby to wytłumaczenie do nich trafiało:) Wyczułam więc pewną niechęć ze strony dwóch młodych dziewczyn i chłopaka, którzy w zeszłym roku chodzili do jednej grupy. Reszta wydaje się na razie zadowolona, ale jak znów się pomylę, to mam przechlap! Mogą się wypisać, a wtedy grupa zostanie rozwiązana, a ja stracę pracę... I wtedy będę mogła się wysypiać! :) "Always look at the bright side of life"! :))) Teresa pocieszła mnie przez całą drogę powrotną i przekonywała, żebym nie rezygnowała! :) Odwiozła mnie do domu i powiedziała, że jak będę miała jakiś problem, to zawsze mogę do niej zadzwonić. Jest naprawdę bardzo fajna, otwarta i przyjazna. Fajnie, że na polskim mam taką super grupę :)

Dziś znowu dotarłam na czas do pracy. Bez problemów wstaję ostatnio i wychodzę z domu. Aż sama się sobie dziwię :) Rano dostałam maila od tutejszej firmy pociągowej GNER, że od dziś sprzedają już te tanie bilety, na które polowałam! Ale okazało się, że tylko do 15 grudnia włącznie, a mnie interesuje 20 grudnia! Poczekam, w najgorszym wypadku kupię rodzinie bilety na autokar. Potem zabrałam się za porządkowanie archiwum, żeby przed odejściem zostawić wszystko w jak najlepszym porządku. Mam nawet listę rzeczy, które mogę zrobić przed odejściem, żeby ułatwić im życie. Bo źle im nie życzę, chcę tylko żeby nikt się nie wtrącał w moje życie! Czy to za duże wymaganie?! Moja "ulubiona" szefowa nie omieszkała oczywiście już mnie wypytać, kiedy zaczynam lekcje w college'u, więc ją uświadomiłam, że już zaczęłam. Teraz pyta mnie, o której po lekcji wróciłam do domu, a dziś oczywiście spytała, co robię wieczorem. Odpowiedziałam, że nic, choć wiedziałam, że idę na otwarcie festiwalu "Bite the Mango" (http://www.nmpft.org.uk/btm/2006/home.asp :) To już chyba odruch, że nie mówię jej prawdy. I obawiam się, że w nowej pracy będzie podobnie. Mam uraz i nawet jak z troski lub po prostu z zainteresowania mnie o coś spytają, to chyba będę się bała powiedzieć prawdę, bo wiem już jak to działa! :)

Idąc do domu na lunch spotkałam znajomego z Balmoralu, którego nie widziałam już z parę miesięcy. Ostatnio spotkaliśmy się chyba w zeszłym roku w grudniu, jak lecieliśmy tym samym samolotem na Święta do Polski :) W domu połączyłam się przez SKYPE'a z bratem i siostrą, którzy wrócili właśnie z wakacji w Tunezji :) Byli dość zadowoleni, choć warunki w hotelu pozostawiały wiele do życzenia. Ale tak to już jest, jak się wyjeżdża "Last Minute" z biurem podróży :) Najgorsze, że nikt nie składa nawet reklamacji po powrocie, bo i tak wiedzą, że nic nie wskórają. Albo może i składają, ale i tak nic z tego nie wynika :) W każdym razie pokazali mi swoje zdjęcia i przez to spóźniłam się znów do pracy! :) Tym razem nawet się nie tłumaczyłam, bo stwierdziłam, że mi się nie chce. Dokończyłam wszystko, co mogłam zrobić. W poniedziałek zaczynają się pierwsze zajęcia, więc mam nadzieję, że pojawią się pozostali studenci, którzy nie przyszli na rozpoczęcie roku i że będę mogła uzupełnić wreszcie naszą bazę danych. Potem wrzucę ich do systemu i wkrótce będę mogła wszystkim napisać maile, że odchodzę i zapraszam na tak zwane "Leaving Do", czyli imprezę pożegnalną :)

Zanim wyszłyśmy dziś (znów wcześniej :) z szefową z pracy, rozpadał się deszcz. Jakoś dobiegłam do biblioteki i oddałam wreszcie 4 filmy na DVD, które wypożyczyłam jakiś czas temu. Chciałam wypożyczyć "Pulp Fiction", ale przypomniałam sobie, że w weekend wybieram się na festiwal i pomyślałam, że przecież nie ucieknie :) Poszłam więc do bankomatu, a potem do pobliskiego sklepu. Kupiłam chleb, coś do chleba i kurczaka. Mam w domu jakieś warzywka w zamrażalce, więc będą ze dwa obiady :) Nie wiem kiedy zrobię zakupy na przyszły tydzień, może w weekend pomiędzy filmami? W domu chciałam wziąć prysznic, żeby się rogrzać, bo trochę jednak zmokłam, ale usiadłam do komputera i już nie wstałam, aż zadzwonił do mnie szef z college'u i zaczął mnie pocieszać. Wysłałam mu dziś rano maila ze swoimi wątpliwościami, bo jak się obudziłam, przypomniała sobie, że zrobiłam wczoraj jeszcze jeden błąd i bałam się, że któryś z uczniów zadzwoni do college'u z pretensjami, że przysłali im nauczyciela, któr nie zna języka! :) Wolałam więc ich uprzedzić! :))) W czasie rozmowy z nim przebrałam się szybko i mimo deszczu wyszłam z domu.

Dotarłam do kina na oficjalne otwarcie festiwalu i tak jak podejrzewałam spotkałam mojego znajomego biletera. To znaczy kiedyś był bileterem w Muzeum, ale jednocześnie studentem szkoły filmowej w Leeds i kręcił filmy dokumentalne. Teraz na festiwalu pokazuje 3 swoje filmy i współorganizuje warsztaty filmowe. Przedstawił mnie swoim znajomym i pół wieczoru przegadałam z jego współreżyserem z Rainbow Collective (www.rainbowcollective.co.uk) Richardem, a później z jakimś Lee, który pracuje w telewizji z Leeds i w Sheffield. W czasie pogawędki udało się nam nawet złapać panią, która chodziła z talerzem sushi i na którą polowaliśmy przy wyjściu z kuchni :) Wypiłam trzy kieliszki białego wina, a potem poszłam na hinduski film "Little Box of Sweets". Na początku trochę mi przeszkadzała amatorska forma techniczna filmu i widoczny brak budżetu, ale historia szybko mnie wciągnęła. Zresztą trzeba przyznać, że aktorstwo było na wysokim poziomie, a to przecież najważniejsze. Bez tego każda historia staje się niewiarygodna. Jak wyszłam z filmu, Rainbow Collective nadal siedział w kuluarach kina. Pogadałam więc z nimi chwilę i umówiliśmy się, że zobaczymy się jutro i pójdziemy na drinka. Może ich wyciągnę na imprezę, którą na pobliskim squacie organizuje moja znajoma Francuzka? :)

Joe Anderson i Meneka Das w "Little Box of Sweets".

środa, 20 września 2006
Spooky! :)

212.

Wczoraj był dzień rejestracji studentów, więc przyszłam do pracy na czas. Szczerze mówiąc obudziłam się już o 5 rano i nie mogłam zasnąć, więc usiadłam do komputera :) Potem zjadłam śniadanie (rzadkość :) i o 8:30 byłam już w biurze. Rejestracja zaczęła się o 9:00, ale tylko dla studentów ze Szkoły Zarządzania (School of Management), a reszta przyszła dopiero na 10. W międzyczasie podłączyłam laptopa do projektora, żeby główna szefowa mogła zrobić prezentacje. W poniedziałek sprawdzałyśmy z moją "ulubioną" szefową, czy wszystko działa, więc obeszło się bez niespodzianek :) W czasie prezentacji główna szefowa przedstawiła nas, mówiąc, że ja wkrótce odchodzę. Nawet mi się trochę przykro zrobiło na tę myśl. Ale jeśli pozwolą mi tu zrobić studia doktoranckie, to będę musiała wrócić do Graduate School i zaliczyć sześć tzw. modułów, czyli trwających przez 1 semestr kursów. Ciekawe jak to będzie wrócić tam jako studentka? :) Pewnie mnie z zemsty obleją :)))

Po lunchu zabrałam się za wprowadzanie danch naszych studentów do komputera i nareszcie miałam coś do roboty - chyba po raz pierwszy od trzech miesięcy nie musiałam udawać, że pracuję! :) Po powrocie do domu zadzwoniłam do mamy, żeby ustalić jeszcze parę szczegółów a propos przyjazdu mojej rodziny do Bratfoot na Święta. Przylatują do Londynu, więc muszę im kupić bilety z lotniska do mnie i z powrotem. Po naszej rozmowie, czyli około 19, zasnęłam! Obudziłam się po 23, więc wstałam, żeby kupić tanie bilety na pociąg, które sprzedają na 3 miesiące wcześniej, ale jak wreszcie się pojawiły na stronie, okazało się, że są strasznie drogie! A te najtańsze najwyraźniej były już wyprzedane, choć nie wiem, jak, bo do północy nie można było jeszcze ich kupować. Myślę, że w ogóle nie sprzedawali tych tanich biletów, bo przecież nie rozeszłyby się w parę minut? Wkażdym razie na razie nic nie kupiłam. Może przed samymi Świętami potanieją? Last Minute :))) A potem zaczęłam jeszcze szukać dla nas darmowego noclegu w Londynie na stronie Hospitality Club. Wystarczy się zapisać i można już podróżować po całym świecie! Podobno to działa - dam znać, jak sama wypróbuję :) Polecam wszystkim: www.hospitalityclub.org! Ale jak na razie nie jest łatwo znaleźć kogoś, kto przenocowałby aż 4 osoby!

Dzisiaj znów zjawiłam się w pracy o czasie. Chyba zaczynam powoli wpadać w rytm :) Puściłam sobie Myslovitz, którego słucham teraz na okrągło w pracy i w domu :) Kiedy przyszłam do domu na lunch, odniosłam wrażenie, że ubyło mi sałatki w lodówce! Już nie pierwszy raz wydaje mi się, że ktoś u mnie był pod moją nieobecność, choć wiem, że to niemożliwe, bo po zmianie zamka nawet w agencji nie mają mojego klucza! Może zaczynam mieć manię prześladowczą? :) Wszystko zaczęło się parę miesięcy temu, od trzech miedzianych obrączek, które znalazłam na łóżku. Było to akurat po wizycie Gemmy, Saja i Rahata, więc pomyślałam, że to Gemma je zostawiła, ale okazało się, że to nie jej. Zapytałam więc obu panów, ale też się wyparli. Kiedyś jak wróciłam na lunch zobaczyłam, że drzwi od korytarza są zamknięte, choć wydawało mi się, że zostawiłam je otwarte. A kiedy indziej czajnik był gorący, choć cały dzień nie było mnie w domu. Za każdym razem tłumaczę to sobie swoim roztrzepaniem i stwierdzam, że pewnie sama nieświadomie coś zrobiłam. Oczywiście obrączek, które do tej pory leżą u mnie w szufladzie, nie da się tak wytłumaczyć :) Dlatego zwykle staram sie po prostu o tym nie myśleć :) Ale czuję się trochę jak Glina 663, bohater drugiej historii w filmie "Chungking Express" grany przez Tony'ego Leunga i też czasem zaglądam pod łóżko, do szafy i do łazienki :)))

Jak wróciłam do pracy dokończyłam tylko to, co robiłam przed wyjściem i zaczęłam sobie układać pasjanse, żeby się nie przemęczać :) Zresztą wkrótce i tak moja "ulubiona" szefowa stwierdziła, że mogę iść do domu, bo ona już idzie i puściła mnie godzinę wcześniej. Nie omieszkała przy tym zaznaczyć, że w nowej pracy nie będę miała tak dobrze! Acha, czyli jednak ją zabolało, że odchodzę! Powiedziała, że bardzo szybko złapałam o co chodzi w naszym systemie SAINT i nie wie, jak sobie beze mnie poradzą. Po czym spytałam, czy nie chcę u nich zostać i czy podpisałam już kontrakt. :) Tak! Sorry Winetou! :) Za żadną cenę nie zostanę z nią dłużej niż te 2 i pół tygodnia, które mi zostało! Mimo, że zaczynam się trochę bać, jak to będzie w nowej pracy. Powiedziałam więc tylko, że zobaczę w przyszłym tygodniu, po tym jak pójdę do nowej pracy na dwa popołudnia, bo moja przyszła szefowa dogadała się z nią i ustaliły, że "wypożyczy" mnie dwa razy w tygodniu :) W poniedziałek rano mam oficjalne rozpoczęcie i wstęp do zajęć magisterskich, w środę po południu pierwsze zajęcia, a we wtorek i piątek po lunchu idę do nowej pracy, więc tydzień jakoś minie :)

Po pracy usiadłam do komputera, żeby przeczytać maila od jakiejś małej firmy z Bratfoot, która szuka kogoś, kto tanio przetłumaczy im z polskiego pewne papiery businessowe. Zwrócili się z tym pytaniem do college'u, więc mój szef odesłał ich do mnie. Powiedziałam, że się przyjrzę i dam znać, czy jestem w stanie to przetłumaczyć. Potem na 19 poszłam na moją pierwszą w tym roku lekcję polskiego! :) Moi studenci na szczęście ucieszyli się na mój widok i nikt nie stwierdził, że się wypisuje :) Pojawiła się też jedna nowa studentka, która uważa, że pierwszy rok dla początkujących to będzie dla niej za proste. Chyba ma rację, bo rzeczywiście dużo już umie. Oczywiście ma polskie korzenie :) Była bardzo zadowolona po dzisiejszej lekcji - powiedziała że jest zachwycona i odwiozła mnie do domu. Chciała zobaczyć gdzie mieszkam, bo jedzie jutro na lekcję francuskiego do Queensbury i ma mnie podwieźć. Na szczęście dla niej zapisała się na pierwszy rok, a nie na drugi, który ja będę uczyć, bo chyba nie wytrzymałaby ze mną dwóch lekcji w tygodniu pod rząd :)))

poniedziałek, 18 września 2006
Nie lubię poniedziałku!

211.

Ten tydzień zaczął się pechowo. Weekend jeszcze minął spokojnie, ale dziś przekonałam się, że była to cisza przed burzą.

W sobotę obudziłam się w południe i cały dzień spędziłam w piżamie, nie wychodząc z domu. Wstawałam z łóżka, tylko po to, by usiąść do komputera lub coś zjeść. Oddałam się słodkiemu lenistwu. Porozmawiałam przez SKYPE'a z rodziną, a po południu wzięłam się trochę za gotowanie, a w międzyczasie ściągnęłam sobie z sieci parę piosenek i teledysków zespołu Myslovitz. Zaczęło się od tego, że w Izraelu uslyszałam "Sound of Solitude" czyli angielską wersję "Długości dźwięku samotności" w radiu, a po powrocie do Anglii zaczęłam w kółko słuchać ich płyty, którą kiedyś pożyczył mi Krystian. W sobotę miałam straszną ochotę posłuchać "Długości dźwięku samotności", więc postanowiłam ją znaleźć. Najlepsza strona, jaką znalazłam, to http://www.myslovitz.com.br - oficjalna strona brazylijskich fanów zespołu! Nigdy nie byłam ich fanką, ale ostatnio ogarnęła mnie jakaś melancholia, a Myslovitz świetnie się wtedy sprawdza. Teraz słucham właśnie duetu Artura Rojka z Markiem Grechutą pt. "Kraków". Nigdy wcześniej jej nie słyszałam, ale jest naprawdę niesamowita. Po raz pierwszy od paru miesięcy zatęskniło mi się za Polską...

W niedzielę obudziłam się przed południem, ale zwlokłam się z łóżka dopiero po południu. Zmusiłam się do tego, żeby wreszcie wziąć prysznic, ubrać się i przejść na drugą stronę ulicy do pralni! Nie prałam ubrań od powrotu z Francji, czyli przez ostatnie 3 tygodnie, więc zebrały się dwie duże pralki. Kosztowało mnie to prawie 10 funtów! Szkoda, że nie mam pralki w domu - wtedy w ogóle nie musiałabym wychodzić :) A że się już zwlokłam, to postanowiłam po obiedzie pojechać znów na wycieczkę do Shipley Glen. Tymczasem zadzwonił do mnie Shaz i zapytał, jakie mam plany. Wspomniałam o swoim pomyśle, a on stwierdził, że w takim razie przyjedzie po mnie samochodem za godzinkę i pojedziemy razem. Przyjechał o 18 i pojechliśmy. Przeszliśmy się po lesie, a później posiedzieliśmy jeszcze na ławcę nad wąwozem. Potem wróciliśmy do Bratfoot i poszliśmy do Deliusa na sok, bo Shaz w ogóle nie pije alkoholu :) O 21 odwiózł mnie do domu i muszę przyznać, że po raz pierwszy byłam mu naprawdę wdzięczna za to, że się odezwał i wyciągnął mnie z domu.

Dziś obudziłam się o 5 rano i już nie mogłam zasnąć. W końcu wstałam, po raz pierwszy od wieków zjadłam śniadanie i puściłam sobie znów Myslovitz. Wreszcie wzięłam prysznic, wyszłam z domu i dokładnie o 8:30 byłam już w pracy. Szefowa przyszła parę minut później - chyba mnie sprawdza, czy się nie spoźniam. No i się zaczęło. Listonosz przyniósł pocztę, a w niej list do profesora, który do końca lipca był szefem Graduate School. Szefowa go otworzyła i okazało się, że to moja prośba o referencje! Nic nie powiedziała, ale widziałam jej obrażoną minę, że to jego poprosiłam o referencje, żeby one się wcześniej nie dowiedziały, że szukam pracy. To chyba normalne, nie? W każdym razie potem przyszła główna szefowa i okazało się, że ktoś się pomylił w kadrach i przesłał jej mailem moją umowęo pracę! A tam wszystko - nawet moja nowa pensja czarno na białym! Zdenerwowała się, powiedziała, że tego nie czytała i już kasuje, bo to ją przecież nic nie obchodzi. Ale zrobiła się głupia sytuacja. Potem jedna szefowa zaczęła z drugą gadać i moja "ulubiona" się popłakała! Nie wiem dlaczego, może z powodów osobistych, a może dlatego, że znów będzie musiała szukać nowej sekretaki. Cóż, trzeba było mnie wcześniej docenić. Teraz czas minął.

Tuż przed lunchem przyszedł profesor, żeby zabrać jeszcze jakieś swoje rzeczy. Nie widziałam go od jego odejścia z pracy. Porozmawialiśmy chwilę i powiedziałam mu, że proszę go o referencje, bo odchodzę. Szeptem powiedział, że mi się nie dziwi. Po jego wyjściu dostałam wiadomość, żebym do niego zadzwoniła, kiedy będę mogła z nim spokojnie porozmawiać. Po 12 poszłam do domu, żeby się spotkać z Gosią. Wczoraj wieczorem Magda, z którą wynajmuje mieszkanie, oświadczyła jej, że się wkrótce wyprowadza, więc chciała, żebym w jej imieniu zadzwoniła do agencji wynajmu i dowiedziała się, co dalej. Zjadłyśmy razem obiad, a potem wróciłam do pracy. Jakiś czas później zadzwonił profesor, ale nie mogliśmy za bardzo porozmawiać, więc umówiliśmy się, że zadzwoni za pół godziny, jak będę już w domu. Zaczął mnie trochę wypytywać, ale starałam się mówić jak najmniej. Nie chcę się angażować w wojnę pomiędzy nim i moimi szefowymi.W każdym razie powiedział, że jego syn ożenił się w wakacje ze swoją Polską dziewczyną, którą poznałam, kiedy byłam u nich kiedyś na brunchu. Pobrali się w Polsce, w zamku Czocha, a potem zwiedzili Kraków. I znów ten Kraków... Dawno tam nie byłam :)

Miałam się dziś wieczorem spotkać z Gemmą, ale znów odwołała spotkanie. Nie widziałyśmy się już ze 2 miesiące. Uprzedziłam ją, że to mój ostatni wolny tydzień, bo od poniedziałku zaczynam zajęcia z polskiego i francuskiego. Zrobiłam sałatkę z tuńczyka i usiadłam do Internetu. Od mojego powrotu z Francji, czyli od jakiś trzech tygodni nie dostałam żadnego maila od Seana, choć napisałam do niego dwa pytając, czy wysłał mi już płytę z moim zdjęciami z Francji. W końcu wczoraj wieczorem uświadomiłam sobie, że mam jego domowy numer telefonu i postanowiłam dziś zadzwonić, żeby się dowiedzieć, co się dzieje. Dzwonię teraz za granicę przez nowy numer dostępowy, gdzie minuta rozmowy kosztuje mnie tylko pół pensa. Nie byłam pewna, czy zastanę jeszcze Seana w domu, bo wybierał się na przejażdżkę rowerową przez całe Włochy, ale to właśnie on odebrał telefon. Okazało się, że na podbój Włoch wyrusza w środę, a płyty CD ze zdjęciami jeszcze mi nie wysłal! Cóż, nie mogę nawet powiedzieć, żebym była bardzo zaskoczona tym faktem! :))) Stwierdził, że chętnie odwiedzi kiedyś Polskę. Porozmawialiśmy z pół godziny, a  na koniec życzyłam mu udanej podróży po Włoszech.

W tym czasie próbował się do mnie dodzwonić mój szef z college'u. W końcu mu się udało i spytał mnie, co się stało. Spytałam, co ma na myśli, a on mnie pyta, czemu nie przyszłam dziś na pierwszą lekcję polskiego?! Okazało się, że mi się oczywiście pomyliło i że zajęcia w college'u nie zaczynają się w przyszłym tygodniu, tak jak na uniwersytecie, tylko już w tym! Ewidentnie zasugerowałam się uniwersytetem, bo w końcu tam na codzień pracuję. Przeprosiłam go i obiecałam, że w środę na pewno się już zjawię na pierwszych zajęciach z moją drugoroczną grupą. A dzisiaj musiał po prostu wysłać pierwszy rok do domu, bo lekcja miała się zacząć o 19, a do mnie dodzwonił się dopiero przed 20! Zrobiło mi się strasznie głupio. Zresztą nie ma co ukrywać, że jestem kompletnie nieprzygotowana, a w ten czwartek będę miała już pierwszą lekcję francuskiego! Nie wiem, jak dam sobie radę. A jeszcze do tego wszystkiego chcę zacząć studia i naukę hiszpańskiego! :) Cóż, jak będę zajęta, to może mniej wydam i zacznę wreszcie oszczędzać, bo na podróże w ciągu ostatniego pół roku wydałam już parę tysięcy funtów! :))) A teraz czas zacisnąć pasa - "zęby w ścianę i reforma"! :)))

piątek, 15 września 2006

210.

Wczoraj znów dotarłam do pracy spóźniona 5 minut i szefowa już tam była, ale nic nie powiedziała. Tymczasem dostałam maila od mojego szefa z college'u i okazało się, że z 4 zaplanowanych przez niego lekcji polskiego zostały tylko dwie, bo nie ma więcej chętnych! W poniedziałki wieczorem będę zatem uczyć początkujących, w środy drugi rok, a w czwartki będę jeździć do Queensbury, żeby uczyć drugi rok francuskiego. Szef powiedział, że jeśli chcę, będę też mogła od stycznia wziąć pierwszy rok francuskiego. Chyba się na to zdecyduję. Zależy jak mi będzie szła nauka na drugim roku! :)

Dzień szybko mi minął, a po pracy byłam umówion z Gosią. Przyszła do mnie i bez problemu namówiłam ją na to, żeby kupiła jednak bilet na Święta do domu. Powiedziałam, że się jej dorzucę w prezencie i że mogę teraz za nią wyłożyć. Kupiłyśmy zatem bilet na same Święta, a powrót w Sylwestra, bo tak było najtaniej. A potem Gosia kupiła sobie jeszcze bilet na marzec, bo jest promocja i bilety kosztują tylko pensa! Oczywiście z opłatami lotniskowymi wychodzi drożej, ale i tak 40 funtów za bilet do Polski to taniocha! :) Potem poszłyśmy do Titusa Salta na "Żywca", żeby to uczcić:) Wypiłyśmy po dwa piwka i po 23 poszłyśmy do domu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie miałam problemu z zaśnięciem.

Dzisiaj za to miałam jak zwykle problem z przebudzeniem :) W końcu dotarłam do pracy tradycyjnie już spóźniona 5 minut. Szefowa tym razem doszła dopiero po 9, więc zdążyłam rano wydrukować oba bilety dla Gosi :) Na 11:30 poszłyśmy do Richmond Building na prezentację dotyczącą rejestracji studentów, która zacznie się w przyszłym tygodniu. Stamtąd poszłam od razu do domu na lunch. Szefowa znów puściła nas wcześniej do domu, więc wzięłam plecak, żeby nie dźwigac wszystkiego w rękach i wybrałam się na zakupy do Morrisona. Potem zabrałam się za gotowanie, a przed snem obejrzałam sobie jeszcze leżąc w łóżku "Łowcę androidów".

środa, 13 września 2006

209.

Dzisiaj spóźniłam się znów 5 minut do pracy, a moja "ulubiona" szefowa już tam była, choć zaczyna normalnie o 9:00. Przyszła wcześniej, bo dziś trwa dalszy ciąg przeprowadzki, a ona musi przecież wszystkiego dopilnować. Może i ja bym zdążyła na czas, ale zapomniałam rano kontraktu i wróciłam się po niego do domu. Listonosz zabrał go już do kadr, więc  tym samym oficjalnie przyjełam nową pracę. Tymczasem w starej próbowałam podłączyć drukarkę, ale mi się nie udało, bo muszą mi ją najpierw skonfigurować. Nie używałam jej od wyprowadzki z Richmond Building, czyli od jakiś 3 miesięcy. Do lunchu udawałam więc, że sprawdzam coś w komputerze - właściwie, to sprawdzałam, chcociażby pocztę :) A poza tym także listę studentów, ale zajęło mi to góra godzinkę. Po południu poszłam na lunch, a jak wróciłam przyszły akurat Gail i Ainhoa. Porozmawiałyśmy trochę i umówiłyśmy się, że w któryś weekend wybierzemy się razem na kręgle i na pizzę. Potem czas szybko zleciał i przed 17 byłam już w domu. Dałam znać rodzinie, że weszłam na SKYPE'a i porozmawiałam z nimi pół godzinki, a potem znowu poszłam do kina na dwa filmy pod rząd, jak za dawnych dobrych czasów :)

Pierwszy to 2-godzinny dokument "Ballets russes" o dwóch rywalizujących ze sobą zespołach baletowych. Jednym z bohaterów filmu był Leonide Massine, którego widziałam niedawno w "The Red Shoes" z Moirą Shearer w roli głównej. Był to bardzo ciekawy dokument, z którego dowiedziałam się wielu interesujących szczegółów. Jestem fanką baletu i wszystko, co z nim związane, jest mi bliskie :) Po filmie wróciłam na pół godzinki do domu i połączyłam się znów z rodziną przez SKYPE'a. Jutro moja siostra i brat jadą na tygodniowy urlop, więc życzyłam im miłej podróży. Umówiłam się też na sobotę na kolejną rozmowę z mamą, bo jutro jestem umówiona z Gemmą, a w piątek, mam nadzieję, uda mi się spotkać z Gosią. Potem poszłam na drugi film - "Volver" Almodóvara. Bardzo mi się podobał, choć wolę jego starsze filmy niż te, które zrobił ostatnio. Ale tym razem mam wrażenie, że znów wrócił do źródeł. "Volver" oznacza "Powrót" i łączy w sobie wszystko co najlepsze w starszych i nowszych filmach Almodóvara: humor, ferię kolorów i wspaniałe portrety silnych kobiet, po przejściach lub na skraju załamania nerwowego :) Gorąco polecam! :)

Zdjęcie z filmu "Volver" - od lewej: Yohana Cobo, Lola Duenas, Carmen Maura i Penelope Cruz.

W międzyczasie odezwała się do mnie Alicja, która parę dni temu zniknęła. Carlos twierdzi, że wróciła do Polski, ale mi z Gosią nie chciało się w to jakoś wierzyć, bo po pierwsze nie miała tyle pieniędzy, a po drugie nie wyjechałaby bez pożegniania. Oczywiście okazało się, że miałyśmy rację. Chciała się po prostu uwolnić od Carlosa, który podobno był bardzo zazdrosny, a ona miała już tego dość. A tak nie pozornie chłopak wygląda... Dostałam dziś od niej maila, w którym pisze, że jest w Bratfoot i pyta, kiedy się wybierzemy razem na piwo. Nie miałam dziś czasu, żeby się do niej odezwać, tak jak nie miałam nawet czasu odebrać telefonu od Gosi, bo szłam już do kina i film się zaraz zaczynał. Ale domyślam się, że dzwoniła do  mnie, żeby się podzielić wiadomościami o Alicji, bo mam nadzieję, że do niej też się odezwała. No, to tak a propos kobiet na skraju załamania nerwowego :) Kończę już i idę spać. Dobranoc! :)

wtorek, 12 września 2006

208.

W sobotę pospałam do południa, a potem cały dzień przesiedziałam w domu. Najpierw zadzwoniłam do mamy, a potem porozmawiałam z siostrą przez SKYPE’a. Zabrałam się też za gotowanie – obrałam pieczarki i zrobiłam jajka z pieczarkami. Właściwie cały dzień spędziłam w Internecie, ale wieczorem odczepiłam się wreszcie od sieci i już leżąc w łóżku obejrzałam sobie dwa filmy na DVD ­– najpierw „Obywatela Kane’a”, a potem „Ciemna Paradiso”. Znalazłam w nich pewne podobieństwa, gdyż oba opowiadają historię życia jednego człowieka. Pierwszy to z nich to rzeczywiście mistrzowsko sfilmowana opowieść, ale wydał mi się całkowicie wyprany z emocji. Natomiast w czasie drugiego płakałam jak bóbr. W dodatku okazuje się, że początkowo we Włoszech miał inne zakończenie, a wersja którą kiedyś widziałam była specjalnie skrócona przed wypuszczeniem jej na rynki zachodnie. Teraz obejrzałam wersję reżyserską i o wiele bardziej mi się podobała.

W niedzielę obudziłam się przed południem i wysłałam SMSa do Malwiny. Umówiłyśmy się, że za półtorej godziny przyjedzie po mnie jej kolega. Wzięłam więc prysznic, usmażyłam kurczaka i zrobiłam sałatkę z ananasem oraz porozmawiałam sobie z rodziną przez SKYPE’a. Umówiliśmy się, że zadzwonię jeszcze od Malwiny, żeby porozmawiać z bratem, jak przyjedzie. U Malwiny byłam przed 15:00. Przywiozłam ze sobą różowe wino. Przygotowania do robienia sushi już trwały, więc zaczęłam się przyglądać i później nawet parę zrobiłam. W międzyczasie połączyłam się przez Skype’a z rodziną i okazało się, że mama przyjechała właśnie do domu i że zostaje przez tydzień, więc będziemy mogły spokojnie porozmawiać. Później ułożyłyśmy sushi na stole i muszę przyznać, że wyglądało to bardzo profesjonalnie! :) Wiem już gdzie kupić składniki i poznałam teorię, więc może któregoś dnia spróbuję sama je zrobić! :)))

Po obiedzie, winku, deserze i herbatce jaśminowej zebraliśmy się i pojechaliśmy na spacer. Namówiłam ich na wycieczkę do Shipley Glen. Wzięliśmy nawet pojemniki na jeżyny, ale jak dojechaliśmy zaczęło się już robić ciemno, a w lesie już prawie nic nie było widać, więc ze zbierania jeżyn nici. Przeszliśmy się za to trochę i usiedliśmy na ławeczce nad brzegiem kotliny, żeby podziwiać panoramę miasta nocą. Potem wróciliśmy do samochodów i podjechaliśmy do Saltaire, a tam zabrałyśmy z Malwiną kolegów do pubu nad samą rzeką. Wiele razy tamtędy przechodziłam i zawsze chciałam się tam wybrać. Zamówiliśmy po coli i jak szłam do stolika, spotkałam Jamesa! Siedział z kolegami z zespołu Groovement, na których koncercie kiedyś się poznaliśmy. Zapytałam go, czy dosiądzie się do nas i przegadałam z nim cały nas pobyt w tym pubie. Wychodząc obiecałam, że przyjadę tam w przyszły weekend, bo w ramach festiwalu Saltaire odbędzie się jakiś koncert. Potem kolega Malwiny odwiózł mnie do domu, a ja zadzwoniłam jeszcze na chwilę do Polski, a potem poszłam spać.

Wczoraj rano udało mi się wstać i dotrzeć do pracy tylko z 5 minutowym opóźnieniem! To duży sukces :) Szefowa przyszła o 9:00 i zobaczyła mnie już w wirze pracy :) Nie chcę, żeby myślały, że po złożeniu rezygnacji zacznę się obijać. Będę pracowita do końca, żeby złego słowa nie mogły o mnie powiedzieć. Rano dostałam maila od Russella, znajomego z kursu „Kreatywnego pisania”, który pytał czy możemy się spotkać i pójść na kawę, bo wybiera się do biblioteki uniwersyteckiej. Umówiłam się z nim, że jak dojedzie, to po niego wyjdę, bo dość trudno do nas trafić. Zrobiłam mu kawę i porozmawialiśmy u mnie w biurze z pół godzinki. W tym czasie obie szefowej do nas zajrzały, jedna po drugiej, pewnie na zwiady :) Ale po jego wyjściu żadna o nic nie pytała. Potem pomogłam mojej głównej szefowej przenieść parę rzeczy do jej nowego biura. Jutro przyjdą panowie, którzy przeniosą jej meble, a ja zajmę jej biuro z dużym oknem.

W czasie przeprowadzki głównej szefowej zobaczyłam jej pracę doktorską - ciężka cegła, licząca sobie ponad 400 stron – i spytałam, czy mogę ją przejrzeć. Oczywiście chętnie się zgodziła, a potem chwilę o tym porozmawiałyśmy. Dostałam maila z Wydziału Nauk Społecznych i Humanistycznych, że przyjęto mnie na studia magisterskie, ale jeśli chcę zrobić studia doktoranckie muszę napisać „proposal” na 500 wyrazów. Nie mam pojęcia jak się pisze „proposal”, ale powiedziała, że mi pomoże. Umówiłyśmy się na przyszły czwartek rano, bo podobno nie musimy się tak z tym spieszyć. Studia doktoranckie można rozpocząć w każdej chwili, niekoniecznie we wrześniu, kiedy zaczynają się inne zajęcia. Tymczasem więc nie rezygnuję z zajęć magisterskich, dopóki nie będę miała pewności, że przyjmą mnie na doktoranckie.

Wróciłam do domu i usiadłam do komputera, ale czułam, że zaraz zasnę. W dodatku Patryk mnie zdenerwował, więc wyrzuciłam go ze swoich kontaktów ze SKYPE’a, a potem wyłączyłam komputer i poszłam spać. Obudziłam się dopiero przed 22, zjadłam coś, umyłam zęby i usiadłam znów do komputera. Przez godzinę próbowałam wrzucić nowy wpis na bloga, ale nie udało mi się połączyć z Internetem. W końcu się poddałam i poszłam dalej spać. Dziś udało mi się dotrzeć do pracy 5 minut przed czasem. Szefowa właśnie otwierała drzwi do swojego biura, czyli też właśnie przyszła. Zaczęłam przenosić, co się da i opróżniać szafki, zanim przyjdą panowie do noszenia mebli. Zjawili się dopiero po 9:00, z 40-minutowym opóżnieniem i jakby nigdy nic zabrali się za robotę. Było ich czterech i co jakiś czas któryś pytał mnie, gdzie ma coś postawić, albo co ma zabrać. Odsyłałam ich do głównej szefowej, bo mi tam wszystko jedno. Długo już tam nie zabawię.

Cały ranek zszedł nam na przeprowadzce i jak wybiło południe z przyjemnością poszłam do domu na lunch i żeby trochę odpocząć. Dopiero w domu po raz pierwszy od rana udało mi się sprawdzić maile! W skrzynce znalałam nowy kontrakt o pracę, który muszę podpisać i odesłać do kadr, ale postanowiłam, że wieczorem się tym zajmę. Potem wróciłam do pracy i czas jakoś minął. Wracając do domu spotkałam Shaza i trochę porozmawialiśmy, ale powiedziałam mu, że muszę wracać do domu, bo zaraz padnę i jak tylko coś zjadłam, znów poszłam spać. Tym razem obudziłam się przed 21 i porozmawiałam też chwilę z rodziną przez SKYPE'a, ale ostatnio coraz gorzej działa i coraz czesciej i nas wyrzuca z sieci i przerywa rozmowę. Ale udało mi się wreszcie połączyć z Internetem, więc wrzucam ten spis i idę dalej spać :) To chyba przesilenie jesienne tak na mnie działa :) Acha, no i jak widać uświadomiłam sobie, że w nowym laptopie mam polskie znaki, więc postanowiłam zacząć z nich korzystać! :)

 
1 , 2