Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
środa, 26 września 2007
Awaria!

359.

Wczoraj wieczorem popsułam komputer! Odezwę się, jak już go naprawię!

niedziela, 23 września 2007
Kulturalny weekend :)

358.

W czwartek obudziłam się z katarem, ale szefowa zapowiedziała już wszystkim, że na razie nie wolno nam chorować :) Poszłam więc do pracy i od rana pomagałam przy Induction, ale po jakimś czasie stwierdzili na szczęście, że mnie nie potrzebują, więc zabrałam się za uzupełnianie informacji, jakie zamieszczamy na Blackboard. Potem dowiedziałam się, że Mark ma żonę i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego jak kogoś poznaje, to z góry zakładam, że jest wolny? :) Może dlatego, że większość moich znajomych to single? Na lunch poszłam do domu i pod drzwiami zastałam właściciela domu i jakiegoś faceta. Okazało się, że chcieli wejść do mnie do mieszkania, bo sąsiadom z domu nadal coś cieknie, ale nie mieli klucza. Najwyraźniej mój klucz trzyma nadal facet, który rozwalił mi kafelki. Wpuściłam ich więc i pokazałam łazienkę, a oni stwierdzili, że ktoś przyjdzie po 17 coś skleić. Jak wróciłam z pracy poczułam jednak od razu zapach kleju silikonowego, więc chyba zrobili to pod moją nieobecność, bo nikt sięjuż nie zjawił. Na 19 poszłam na polski z pierwszym rokiem, na który zapisało się 14 osób. Część z nich ma polskie korzenie, ale większość pracuje po prostu z Polakami. Czwórce z nich firmy płacą nawet za lekcje. Wszyscy wydają się bardzo fajni, więc mam nadzieję, że będziemy miło spędzać razem czwartkowe wieczory :)

W piątek od rana bolał mnie lewy nadgarstek. W pracy zamknęłam się z Sarah w sąsiednim pokoju, żeby nam nikt nie przeszkadzał i wrzucałyśmy do systemu dane wszystkich studentów pierwszego roku. Zajęło nam to cały ranek, a po lunchu skończyłam uzupełniać Blackboard. W pracy siedziałam do 18, bo czekałam aż komputer skończy pewną operację w systemie, żeby móc go wyłączyć i wyjść. Nie poszłam w związku z tym o 17 na drinka z wydziałem Psychologii, ale może to i lepiej, bo nie najlepiej stoję finansowo. Po 18 poszłam do domu się przebrać, a potem przyszedł Philip i poszliśmy do Muzeum na otwarcie festiwalu "Bite the Mango". Wypiliśmy parę kieliszków białego wina, po czym on poszedł coś załatwić i wrócił o 19:30 film "Patrition" w reżyserii Vica Sarina z Jimmym Mistrym w roli głównej. Po filmie było z nimi spotkanie, w czasie którego publiczność zadawała pytania, zostałam więc w kinie do 22:30. Ale Philip poszedł wcześniej, żeby się przygotować do Kółka Francuskiego. Dotarłam na nie dopiero przed 23 z camembertem i 4 piwami :) Po Kółku Tom wyciągnął nas na imprezę squatterów w starym pubie, gdzie zabalowałam do 3:00 rano :)

         

Jimmy Mistry - na co dzień oraz w filmie "Partition" z filmową żoną graną przez Kristin Kreuk.

    

Kościół w Skipton i ruiny klasztoru Bolton Abbey.

W sobotę o 10 rano obudził mnie budzik , bo o 11 jechałam na wycieczkę do Skipton i Bolton Abbey. Po uniwerkiem czekali już Fabrice i Johann, którzy poprzedniego dnia zabalowali dłużej ode mnie na imprezie squatterów, bo aż do 4, a Philip, jak się okazało, został tam do 5 :) Byliśmy więc lekko niewyspani, ale mimo to wszyscy przyszli na czas i pojechaliśmy na wycieczkę. Najpierw pojechaliśmy do Skipton. Grace, Kinga i jej koleżanka z pracy, która też z nami pojechała, poszły na zakupy, a ja z chłopakami poszłam zwiedzać kościół. Dołączyły do nas jeszcze 2 dziewczyny - Francuzka i Portugalka - oraz chłopak z Zimbabwe. W takim międzynarodowym towarzystwie ruszyliśmy w miasto :) Nie weszliśmy do zamku, bo wstęp kosztował 5 funtów, ale przeszliśmy się po rynku i weszliśmy na kawę i herbatę do jednej z kawiarni. O 14 ruszyliśmy do Bolton Abbey. Tam poszłam z Grace i Kingą na obiad, a potem dołączyłyśmy do pozostałych. Do Bratfoot wróciliśmy o 18 i Philip wyciągnął mnie i Frabrice'a z Johannem na piwo do Deliusa, a potem na 19 poszłam do Alhambry na "The Car Men" w choreografii Matthew Bourne'a. Historia oparta była na książce "Listonosz zawsze dzwoni dwa razy", ale muzyka nawiązywała do opery Bizeta. Po teatrze wróciłam do domu i poszłam wcześniej spać.

         

Richard Winsor jako Angelo i Gemma Payne jako Lana oraz Alan Vincent jako Luca.

W niedzielę pospałam do 11, a potem wzięłam prysznic i porozmawiałam przez SKYPE'a z rodziną. Po 13 poszłam do Lidla na zakupy. Wracając spotkałam Sally z babcią, która jak się okazuje jest Polką i z którą porozmawiałam sobie chwilę po polsku :) Potem zaniosłam zakupy do domu i na 14 poszłam do Aldo na pierwszą lekcję angielskiego. Mieliśmy skończyć o 16, ale poprosił mnie jeszcze, żebym pomogła mu wypełnić aplikację o pracę w pobliskim hotelu. Zajęło nam to ponad godzinę, bo musiałam mu tłumaczyć, jak to tutaj wygląda. Chłopak jest zupełnie nie przygotowany do życia! Przyjechał w ciemno, żeby nauczyć się języka i znaleźć pracę, ale jak na razie bez powodzenia. Wracając do domu weszłam jeszcze do sklepu i dokupiłam parę rzeczy na jutro, bo spodziewam się gościa. A potem zdecydowałam się iść na 19 do kina, mimo iż miałam się przygotowywać do polskiego :) W ramach festiwalu "Bite the Mango" pokazywali bowiem odrestaurowaną kopię filmu "Gandhi" w reżyserii Richarda Attenborougha z Benem Kingsleyem w roli głównej z okazji 25-lecia filmu. Na sali spotkałam jednego z moich uczniów drugiego roku oraz starszą parę, którą poznałam na lekcjach salsy. Film trwał ponad 3 godziny, a w środku była jeszcze 20-minutowa przerwa, więc w domu byłam dopiero przed 23.

    

Ben Kingsley jako Mahatma Gandhi oraz Rohini Hattangadi jako jego żona Kasturba.

środa, 19 września 2007
Koniec lata :(

357.

W poniedziałek stwierdziłam z żalem, że lato się skończyło. Poszłam jeszcze do pracy w sukience, rajstopkach i sandałkach, ale jak tylko wyszłam z domu, stwierdziłam, że to był błąd :) Jak przyszłam do domu na lunch, założyłam na wierzch sweter i wyciągnęłam z szafy płaszczyk :) W pracy mam tyle roboty, że nie mam nawet czasu odpisać na maile! A po pracy zamiast odpocząć... poszłam do drugiej pracy, czyli do college'u na polski! :) Pomiędzy położyłam się na godzinkę do łóżka, a potem poszłam na 19 na pierwszą w tym roku lekcję polskiego z drugim rokiem. Pojawił się na niej jakiś nowy uczeń, który stwierdził, że zna polski i rosyjski. Ale jak poprosiłam, żeby powiedział coś po polsku, to poza "dziękuję" wszystko było po rosyjsku! :) Rozumiałam, co do mnie mówi, bo uczyłam się rosyjskiego przez trzy lata, ale poradziłam mu, żeby zapisał się jednak na pierwszy rok i przyszedł znów w czwartek. Zobaczymy, czy się pojawi. Poza nim przyszło jeszcze pięcioro moich zeszłorocznych uczniów, a kolejna dwójka skontaktowała się ze mną, mówiąc, że przyjdą za tydzień, więc grupa powinna liczyć około 7 osób. Nie wiem, czy to wystarczy, czy też powiedzą nam w college'u, że muszą anulować zajęcia...

We wtorek w pracy nadal zasuwałam, jak mały motorek. Udało mi się wreszcie dokończyć raport z zebrania wydziału Psychologii i zabrałam się za Blackboard :) Na mojej liście rzeczy do zrobienia wszystko jest ważne, więc zamiast układać się chronologicznie z góry na dół, to właściwie lista ciągnie się z lewa w prawo! :))) Wszystko musi być zrobione jak najszybciej, najpóźniej do poniedziałku. Dlatego większość rzeczy zrzuciłam na innych, a sama zabrałam się za odbieranie telefonów od studentów czekających na wyniki egzaminów poprawkowych i odpowiadanie na maile od nich - co mi zajęło całe przedpołudnie - a po lunchu za przygotowania do Induction. Po pracy wróciłam do domu, przebrałam się i poszłam na piechotę na salsę w Hotelu Dunkierka. Umówiłam się o 18:45 z Krystianem pod Lister Parkiem, ale jak doszliśmy do hotelu, okazało się, że lekcja zaczyna się o 20, a nie tak jak myślałam, o 19. Poszliśmy więc do pobliskiego hotelu, gdzie pracuje znajoma Krystiana - Polka w piątym miesiącu ciąży - na herbatę i piwo na koszt firmy! :) A potem poszliśmy na salsę i Krystianowi się spodobało! :) Pojawił się też Sergiusz, Carlos oraz Kinga. Wyszliśmy przed 23, żeby zdążyć jeszcze na ostatni autobus do centrum. Było fajnie, więc za tydzień znów się wybieramy :)

A dzisiaj w pracy kupiłam wreszcie przez Internet 3 bilety na koncert Manu Chao w Manchesterze - dla mnie, Severine i Philipa. Później poszłam na Induction pierwszego roku Psychologii. W tym roku będzie u nas studiować parę osób z Polski, m.in. Psychologię oraz Psychologię i Zarządzanie. Do 14 nie znalazłam czasu na lunch, więc poszłam do domu wyjątkowo od 14 do 15, a potem wróciłam do pracy i zanim się obejrzałam, była 17. Wróciłam wyczerpana do domu i padłam do łóżka. Ale o 18:30 wstałam ubrałam się, wpuściłam do domu jakiegoś innego faceta do łazienki (bo podobno u moich sąsiadów nadal sufit przecieka), a potem poszłam do college'u na pierwszą w tym roku lekcję polskiego z trzecim rokiem :) Na liście maiłam tylko 4 osoby, ale pojawiło się 6. I znów mam ten sam problem - nie wiem, czy zajęcia nie zostaną odwołane. Co prawda zgłosił się jakiś pan, który chciał iść od razu na trzeci rok, ale za dobrze mówił po polsku, więc poradziłam mu, żeby poczekał rok i przyszedł od razu na czwarty, albo w poniedziałki na drugi, bo tam się będziemy uczyć pisać, a podobno z tym mu gorzej idzie. Wracając do domu spotkałam Severine i Philipa, którzy szli właśnie na squat do Toma, ale nie dałam się skusić na pierogi, tylko idę zaraz spać :)

    

Manu Chao, którego ostatnio w kółko słucham i na którego koncert wybieram się w październiku!

sobota, 15 września 2007
Ostatni weekend wolności! :)

356.

W środę w pracy dopiero po jakiejś godzinie zauważyłam, że Mark zrobił sobie blond pasemka, mimo iż siedzimy naprzeciwko siebie! :) Dowiedziałam się też, że wcześniej pracował w Fitness Klubie, co wiele tłumaczy :) Po lunchu poszłam na zebranie działu Psychologii, a potem prosto po pracy na spotkanie z moim promotorem, który jak zwykle powiedział, że świetnie mi idzie :))) Potem wróciłam do domu i coś zjadłam, zanim na 20:15 poszłam do kina na nowozelandzki film "Eagle vs Shark". Przypominał mi trochę "La science des rêves" (Th Science of Sleep), choć nie był aż tak dobry. "Eagle vs Shark" to historia dwojga ludzi, którzy są - nazwijmy to - "fajni inaczej" :) Są trochę dziecinni i na imprezach grają w gry komputerowe (zupełnie jak Angole! :))) Po filmie poszłam na piechotę na squat Toma na pierogi :) Poznałam tam chłopaka z Argentyny, który powiedział mi, że Manu Chao przyjeżdża do Manchesteru i w poniedziałek 8 października daje koncert w teatrze Apollo! Oczywiście wybieram się na niego, mimo iż będę musiała odwołać lekcję polskiego! Po 23 wróciłam do domu ostatnim autobusem i poszłam spać.

    

Jemaine Clement (Jarrod "Eagle") i Loren Horsley (Lily "Shark") - połówki jabłka, które się spotkały.

W czwartek miałam strasznie dużo pracy i w dodatku cały czas mi ktoś przeszkadzał! Lista rzeczy do zrobienia zaczęła się wydłużać, a ja zaczęłam mieć powoli wszystkiego dosyć. W dodatku napisała do mnie dziewczyna z Hospitality Club, która się rozchorowała, żeby mnie spytać, czy nie mogę przenocować Philipa z Niemiec, który przyjeżdżał wieczorem i miał się u niej zatrzymać. Zgodziłam się, ale powiedziałam, że mogę się z nim spotkać dopiero o 20, jak skończę ostatnią lekcję angielskiego. Tymczasem dziewczyna, którą uczę odwołała spotkanie, więc poszłam do domu i położyłam się spać. Philip zadzwonił przed 20 i powiedział, że poznał na lotnisku jakiś Niemców i zatrzyma się u nich! Umówiłam się z nim następnego dnia po pracy, a potem poszłam do Polskiego Klubu po Żywca, ale okazało się, że akurat nie dowieźli! Miałam dla Matthieu w prezencie pożegnalnym zapalniczkę Żywca i chciałam mu do tego dorzucić butelkę piwa, ale dopiero w sklepie koło Gosi udało mi się kupić Żywca w puszce! Około 21:30 zajechałam wreszcie na ostatnie 'Kółko Francuskie" z Matthieu, który wyjeżdżał następnego dnia. Oprócz mnie byli już tam Conrad, Sally, Uxia, Andy, Paweł i Tom oraz dwaj nowi Francuzi, którzy przyjechali do Bratfoot studiować przez 4 miesiące w college'u.

W piątek w pracy szefowa zwołała zebranie i powiedziała, że ponieważ nie wyrabiamy się z pracą, a nikt na górze się tym nie przejmuje, to mamy po prostu robić tyle, ile damy radę i nie zostawać dłużej  w pracy (mi się to akurat nigdy nie zdarzało, ale innym tak :) a jak się przestaniemy wyrabiać, to może ktoś się wreszcie tym zainteresuje. Podzieliliśmy też obowiązki i moja lista rzeczy do zrobienia nagle skurczyła się do jednej - raportu z zebrania wydziału Psychologii :) Resztę dostali inni do zrobienia, bo powiedziałam, że się już nie wyrabiam :))) Po pracy spotkałam się z Philipem i poszliśmy do Titusa Salta na piwo. Po jakimś czasie dojechała do nas Kinga. Przed 20 ona poszła się spotkać ze swoją znajomą w Revolution, a ja z Aldo - Włochem od Cheryl, który poprosił, żebym uczyła go angielskiego! :) Dopiero pozbyłam się Polaków, a już umówiłam się z kolejną osobą na piątki wieczór po pracy! Nie wiem, jak ja to robię! W dodatku mam go uczyć za darmo, w zamian za lekcje włoskiego :))) Jak poszedł, spotkałam się znów z Kingą i jej znajomą w Revolution i zabalowałam z nimi do północy.

W sobotę obudziłam się o 11 i o 12 pojechałam juz do Morrisona na zakupy. Potem spotkałam się z Kingą w Alhambrze i na 14:30 poszłyśmy na "Snowshow". Było to niesamowite przedstawienie w wykonaniu zespołu klaunów z Rosji, ze wspaniałymi efektami specjalnymi - między innymi przeciąganie gigantycznej pajęczyny, chodzenie po widzach (dosłownie :) czy sypanie sztucznym śniegiem. Na koniec publiczność szalała, odbijając wielkie balony i sypiąc się sztucznym śniegiem, zrobionym z papieru :) Po przedstawieniu poszłyśmy do mnie i przegrałam od Kingi parę zdjęć, które zrobiła komórką, a później pojechałyśmy do Gosi na piwko. Wzięłam też od niej chrupki chleb, który kupiła dla mnie w Lidlu. Po 19 zebrałyśmy się z Kingą i pojechałyśmy do Chińczyka na bufet. Objadłam się tak, że podjechałam do domu autobusem :))) O 21 byłam umówiona na SKYPE'a z siostrą, która jest akurat na wakacjach w Egipcie. Udało się też nam połączyć z mamą i zrobiłyśmy sobie małą telekonferencję :) Potem porozmawiałam jeszcze z mamą i uczyłam ją ściągać zdjęcia, które jej przesłałam i filmik, jaki nagrała swoja komórką Kinga, kiedy tańczyłam z naszym nauczycielem salsę.

    

Fragment przedstawienia (http://www.slavasnowshow.co.uk) i ogólne szaleństwo na koniec :)

Dzisiaj obudziłam się około 9 rano i nie udało mi się już zasnąć. Umówiłam się więc wcześniej niż planowaliśmy z bratem i mamą na SKYPE'a, bo po południu byłam umówiona z ludźmi na Festiwal w pobliskim Saltaire. Pierwszy przyszedł Andy, więc pożegnałam się z rodziną i porozmawiałam z nim trochę, zanim doszli Severine, Paweł i Philip. Zadzwoniłam do nowych Francuzów, ale powiedzieli, że nie są jeszcze gotowi, ale może dojadą do nas później, pojechaliśmy więc bez nich samochodem. W Saltaire kupiłam sobie polski żółty ser z ziołami na rynku i zapiekankę. Potem poszliśmy wszyscy na koncert. Dojechały do nas dziewczyny z Leeds oraz Kinga i poszliśmy wszyscy razem do parku. W końcu zaczęło się chmurzyć i lekko padać, więc poszliśmy do pubu nad rzeką :) Po 16 większość ludzi się rozeszła i zostałam tylko ja, Severine, Paweł i Philip. Poszliśmy zwiedzić fabrykę Salta, a potem wróciliśmy do domu autobusem. Oni poszli pić, ale ja się wykręciłam, bo jutro zaczynam lekcję polskiego w college'u, więc czeka mnie trudny tydzień i chcę iść dziś wcześniej spać.

    

Wesołe miasteczko w parku i przedstawienie (na lewo Charlie Chaplin :) w ramach Saltaire Festival.

wtorek, 11 września 2007
Withnail i ja :)

355.

W poniedziałek rano poszłam do pracy z siniakiem, jaki mi został na ręku po niedzielnej grze w badmintona :) W czasie lunchu wyjęłam wreszcie moje płyty CD z opakowania, które mieliśmy w Portugalii i przełożyłam je z powrotem do pudełek (po miesiącu! :) Po lunchu mieliśmy spotkanie w sprawie rejestracji nowych studentów, która czeka nas w przyszłym tygodniu. Najpierw studenci idą na swój wydział na tak zwane Induction, czyli spotkanie informacyjne. Tam dostają do podpisania różowe formy ze swoimi danymi. Później wydział też musi te formy podpisać, żeby studenci mogli je zabrać ze sobą do działu rejestracji studentów. Trochę to wszystko skomplikowane, ale mnie tu już nic nie dziwi w tym kraju :)))

Po pracy położyłam się do łóżka, bo byłam bardzo zmęczona po tym weekendzie :) Potem jednak się zwlokłam i na 19 poszłam po raz ostatni do Love Apple na salsę. W przyszły poniedziałek zaczynam lekcje polskiego w college'u, więc będę musiała się przerzucić na wtorkowe lekcje salsy, trochę dalej od domu. No i nie będzie tam mojego wspaniałego nauczyciela w stylu "latino lover" :( Ale może będę wpadać czasem w poniedziałki po lekcji, żeby sobie z nim potańczyć? :))) Wczoraj też tańczyliśmy i czuję, że idzie mi to coraz lepiej :) Kinga sfilmowała naszą salsę telefonem :) Po salsie poszłam jeszcze z Sergiuszem do Deliusa na piwo i pograć w bilard, więc w domu byłam po północy.

Dziś o dziwo obudziłam się zanim zadzwonił budzik i nie miałam specjalnych problemów ze wstaniem. Może to dlatego, że cały czas świeci piękne słońce i jak na wrzesień, jest wyjątkowo ładnie? W każdym razie ranek w pracy jakoś mi zleciał, a po lunchu poszłam na kurs o Blackboard, intranetowej stronie uniwersytetu, na którym przysypiałam :) Mimo to poszłam na 17:45 do kina na oparty na faktach film "The Hoax" z Richardem Gerem, a na 20:15 na kultowy w Anglii film "Withnail & I". Dosiedli się do  mnie chłopak Debz i jego przyjaciel, którzy też na niego przyszli. Zresztą sala była prawie pełna, a to tutaj rzadkość :) Ale ta przezabawna komedia o dwóch bezrobotnych aktorach była tego warta :) 

    

Richard Gere w "The Hoax" oraz Paul McGann i Richard E. Grant w "Withnail & I".

niedziela, 09 września 2007
Ponownie Manchester :)

354.

W sobotę rano obudziło mnie pukanie do drzwi. Początkowo nie zareagowałam, ale jak usłyszałam, że ktoś próbuje otworzyć drzwi kluczem, to wstałam domyślając się, że to ktoś do łazienki z kluczem z mojej agencji wynajmu. I rzeczywiście – facet wszedł do łazienki, cos wziął i poszedł. Była dopiero 9 rano, więc chciałam jeszcze pospać, ale nie dałam już rady zasnąć, bo zastanawiałam się, czy jeszcze wróci, czy też zostanę bez prysznica. Po jakimś czasie wrócił i powiedział, że musi mi zerwać kafelki. A jak mu powiedziałam, że muszę się umyć, to zaproponował, żebym wzięła prysznic u sąsiadów na dole, do których ode mnie przemakało. Na dole mieszka miła hinduska dziewczyna ze swoim czarnoskórym chłopakiem. Była akurat sama w domu i powiedziała, że nie ma sprawy. Jak wyszłam spod prysznica, spytałam ją, gdzie im przecieka i dopiero wtedy zobaczyłam czarną dziurę w suficie u nich w pokoju! Facet, który przyszedł ją naprawić, powiedział, że najpierw zaklei ją u mnie, a potem pójdzie do nich. Ubrałam się i usiadłam komputera, a on w tym czasie hałasował w łazience.

Po jakimś czasie poprosił mnie, żebym zrobiła mu kawę i zaczął zagadywać – a to ile płacę za mieszkanie, a ile zarabiam, a jak długo jestem w Anglii, a czy chodzę czasem do pubu. W końcu stwierdził, że płacę za dużo i spytał, czy pójdę z nim w przyszły weekend na piwo. Powiedziałam, że jestem zajęta i na szczęście dał spokój. Zjadłam śniadanie i porozmawiałam z przyjaciółką z Polski przez SKYPE’a, aż w końcu stwierdziłam, że mam dość odgłosu zrywanych kafelków i w związku z tym wyjdę chyba wcześniej z domu. Na 14:30 szłam do teatru, ale pomyślałam, że może coś wcześniej zjem. Poszłam jednak najpierw do Alhambry kupić bilet na musical „Starlight Express” i okazało się, że nie mam na niego zniżki dla studentów, więc postanowiłam zjeść coś tanio. Poszłam do Muzeum, bo tam mają stołówkę, w której tanio można zjeść zupę. Ale spotkałam znajomą, która tam pracuję i zamiast coś zjeść przegadałam z nią pół godziny :) Zaprosiła mnie na swój ślub, który odbędzie się w przyszłym roku :)

Na 14:30 poszłam do teatru na musical Andrew Lloyd Webera, tego samego co napisał muzykę do „Jesus Christ Superstar”. Facet ma taki talent, że mógłby napisać dobry musical nawet o kanapce z serem :) Albo o bezdomnych mieszkańcach metra :))) „Starlight Express” to musical o pociągach, które zachowują się jak ludzie. Aktorzy jeździli na wrotkach, a w trakcie przedstawienia pojawiał się też ekran, na którym oglądaliśmy trójwymiarowe wyścigi tychże pociągów. Widzowie dostawali przy wejściu specjalne okulary i byli informowani o tym, kiedy mają je założyć. Mimo, że byłam dość sceptycznie nastawiona do całego tego cyrku, to muszę przyznać, że mi się podobało i naprawdę świetnie się bawiłam. Nawet się wzruszyłam oglądając przygody Rusty'ego - pociągu parowego, który dzięki wierze w siebie pokonuje własne słabości i zdobywa "dziewczynę" - albo raczej piękny wagon Pearl :) A w finale wszyscy śpiewają, że zawsze na końcu tunelu jest światło :) Całość reklamowana jest jako "Najszybsze show na ziemi" :)

    

Pearl i Rusty (http://www.reallyuseful.com/rug/shows/starlight) oraz moja łazienka po demolce :)

Wróciłam do domu po plecak, bo pół godziny później miałam autobus do Manchesteru. Facet, który zdemolował moją łazienkę robił akurat coś u sąsiadów na dole, więc skorzystałam z okazji i szybko coś zjadłam. O 18:30 byłam już w Manchesterze na dworcu i czekając na dziewczyny zjadłam jeszcze kanapkę z serem :) Potem złożyłam znajomej życzenia urodzinowe i wręczyłam jej kartkę oraz bombonierkę Thorntons’a (taki tutejszy Wedel :) Zjadłyśmy ją w pubie zamiast tortu, a potem ruszyłyśmy w poszukiwaniu jakiegoś klubu. Byłyśmy między innymi w Varsity, ale nigdzie nie zabalowałyśmy zbyt długo. Na koniec wylądowałyśmy na Canal Street, w Gay Village, gdzie zabalowałyśmy do 2 w nocy :) Weszłyśmy prawie do każdego klubu, aż w końcu zdecydowałyśmy się na zabawę w jednym z pubów, bo dwaj panowie przebrani za panie puszczali tam fajną muzykę :) Potem wsiadłyśmy w taksówkę i pojechałyśmy do znajomej do domu spać :) Wyciągnęłam swój śpiwór i spałam znów na kanapie w salonie.

W niedzielę obudziłam się dopiero o 12, jak zadzwonił budzik :) Wzięłam kąpiel, zjadłam śniadanie i pojechałam do centrum, gdzie spotkałam się z moją znajomą i jej przyjaciółkami, z którymi balowałyśmy poprzedniej nocy :) Miałyśmy zarezerwowaną salę do gry w badmintona i pograłyśmy sobie w debla. Teraz mnie trochę boli prawa ręka, bo na początku źle trzymałam rakietkę i uderzałam się końcówką w nadgarstek :) Wieki nie grałam - nie tylko w badmintona, ale w ogóle a jakąkolwiek grę zespołową – mimo to byłam w zwycięskiej drużynie. Potem poszłyśmy do restauracji KRO na obiad, a później dziewczyny odprowadziły mnie na dworzec i o 18:30 wsiadłam w autobus do Bratfoot. W domu przekonałam się, że łazienka jest skończona, tylko jeszcze klej silikonowy się suszy. Okno było otwarte na oścież, co nie zmieniło faktu, że czułam jego kwaskowaty zapach. Zamknęłam więc drzwi do łazienki, ale pewnie i tak będzie mi się dziś świetnie spało, a rano będę miała problemy z tym, żeby się obudzić :)

piątek, 07 września 2007
Łazienka :)

353.

W czwartek rano przyszedł do pracy nowy pracownik z agencji - tym razem chłopak, Mark. Twarz ma taka sobie, ale reszta... całkiem, całkiem :) Na lunch poszłam do domu i wpuściłam pracownika agencji wynajmu do łazienki. Podobno sąsiadom z dołu nadal coś kapie, ale popatrzył i powiedział, że u mnie najwyraźniej wszystko jest OK i poszedł. Po pracy wróciłam do domu i zabrałam się dalej za pisanie. Nic już nie dopisałam, tylko naniosłam poprawki. Wysłałam też SMSa do Matthieu, bo nie byłam pewna, o której będzie w domu. Nie odezwał się, więc otworzyłam jedno z dwóch win, które kupiłam na wieczorne "Kółko francuskie" i  właśnie nalałam sobie do szklanki, kiedy zadzwonił telefon i Matthieu spytał, czemu mnie jeszcze nie ma :) Odpowiedziałam, że będę za 15 minut i poszłam prosto do Douglas Tower. Oprócz mnie i Matthieu była już tam Nina i Andy, a wkrótce doszła jeszcze Sally, Severine, Tom, Paweł, wolontariusze i squatterzy :) Posiedziałam do 2 w nocy, a potem wyszłam razem z Andym i poszłam wreszcie do domu spać :)

Dzisiaj Mark znów przyszedł do pracy, choć myślałam, że go wczoraj wystraszyłyśmy - same babki i on jeden, rodzynek :) Poza tym dałam mu najgorszą rzecz do zrobienie, której sama nie miałam ochoty robić, czyli sprawdzanie akt :) Ale mimo to przyszedł i zapytał skąd jestem, bo słyszał, jak rozmawiałam po polsku z Gosią przez telefon. Odpowiedziałam, że z Bratfoot :) Ale nie zdążyliśmy pogadać, bo zeszły się dziewczyny z sąsiednich pokojów i nagle zrobiło się tłoczno u nas w pokoju :))) Przed lunchem zadzwonili do mnie z agencji i spytali, czy ktoś może znów przyjść i sprawdzić moją łazienkę. Zgodziłam się, bo myślałam, że będzie podobnie jak ostatnio. Tymczasem jak wróciłam po pracy do domu, to zobaczyłam prysznic założony różnymi rzeczami, ale nikogo u mnie nie było. Napisałam do agencji SMSa, że jadę do sklepu i jak wrócę, wszystko będzie skończone. Tymczasem wróciłam po 19 i nie widać było śladu nikogo, kto miałby zrobić z tym porządek! Rozpakowałam więc zakupy i pojechałam do Gosi na wino.

Jak wróciłam do domu po 22, to wszystko nadal leżało u mnie pod prysznicem - torba, dwa zdjęte kafelki i rolka papieru. Zdenerwowałam się i wyniosłam wszystko do kuchni, bo jutro rano mam zamiar normalnie wziąć prysznic. Najwyżej będzie się sąsiadom lało na głowę, trudno. Skoro nikt z agencji się ze mną nie skontaktował, to ich problem. Jak zadzwonią jutro do nich z pretensjami z dołu, to może coś z tym zrobią. A ja muszę jutro umyć głowę, zanim pojadę do Manchesteru na urodziny znajomej! A jak wrócę w niedzielę, to zobaczymy, czy coś zostało w tym czasie zrobione. Jeśli nie, to w poniedziałek zrobię w agencji awanturę. Niech się wreszcie nauczą traktować mnie poważnie. A że jedyny argument, który do nich przemawia, to pieniądze, to będę musiała znów zagrozić, że nie zapłacę za ten weekend i każdy kolejny dzień zwłoki. Zresztą nikt mi nie powiedział, że mam nie korzystać z prysznica! :) Do tej pory przynajmniej mnie informowali, co się dzieje, ale teraz przyszedł piątek i zaczął się weekend! Nigdy więcej nie zgodzę się na to, żeby naprawiali coś u mnie w piątek!!! :)

    

Mój prysznic zawalony jakimiś rzeczami oraz widok na to, co się znajduje pod brodzikiem :)

środa, 05 września 2007
Prywatne lęki w miejscach publicznych

352.

W poniedziałek poszłam wreszcie wyspana do pracy i zabrałam się ostro za robotę :) W czasie lunchu byłam jak zwykle w domu, a potem wróciłam do pracy prosto na zebranie działu administracji. Ustaliliśmy co kto ma robić przez najbliższe tygodnie. Dzięki temu trochę mniej już panikuję, ale był moment, że się zestresowałam, bo nie wiedziałam już w co ręce włożyć :) Po pracy poszłam do domu, a na 19 do Love Apple na salsę. Po dwóch tygodniach przerwy wrócił nas nauczyciel i tym razem było też trochę więcej ludzi niż ostatnio, między innymi Sergiusz. Na druga lekcję dla zaawansowanych doszedł jeszcze Nigel, którego w przerwie uczyłam figur z pierwszej lekcji dla początkujących, a później dojechała też Kinga. Tym razem tańczyło mi się dużo lepiej niż zwykle - może to zasługa butów? :) W każdym razie zostałam do 23:00 i zatańczyłam z wszystkim panami, jacy byli na sali :)))

Wczoraj po pracy poszłam do Muzeum na „Coeurs” Alaina Resnais. Angielski tytuł filmu brzmi „Private Fars in Public Places” i pochodzi od tytułu książki, na której oparto scenariusz. Zagrali w nim Sabine Azéma, Lambert Wilson, André Dussollier, Pierre Ardito, Laura Morante i Izabelle Carré. Pierwsza czwórka jest najbardziej znana, także z poprzednich filmów Resnais, natomiast Laurę Marantę widziałam po raz pierwszy w „Molierze”, a Isabelle Carré w ogóle nie znałam. Ale razem tworzyli bardzo dobrane towarzystwo :) Film był świetnie zagrany i bardzo dopracowany wizualnie, ale treść mnie rozczarowała. Po seansie poszłam prosto do Douglas Tower na urodziny Niny. Dałam jej w prezencie Żubrówkę i wisiorek z muszelką z Portugalii, który sama zrobiłam. Nina i Tony ugotowali kolację, którą zjedliśmy w towarzystwie Matthieu, Severine, Guille, Pawła i wolontariuszki z Leeds. No i w domu byłam o 2:00 :)

Dzisiaj przechodząc obok miejsca, w którym 1-szego maja zrobiliśmy ognisko, zobaczyłam iż oprócz tego, że jakaś ekipa zaczęła sprzątać teren i ścinać trawę, to przy okazji ścięli też drzewa! Pewnie będą tam coś budować. Szkoda, bo były to piękne wysokie drzewa i teraz zrobiło się tam bardzo pusto. Wszystko się zmienia! Po pracy wróciłam do domu i zabrałam się za dalsze pisanie mojej pracy doktoranckiej. Udało mi się dobić do 13 stron tekstu! :) Potem zadzwonił Krystian, który był na lekcji salsy w pobliskim Shipley, ale nie podobało mu się, więc chce się ze mną wybrać na wtorkowe lekcje koło Lister Parku. Za tydzień idę więc po raz ostatni do Love Apple, a potem zaczynam lekcje polskiego w college'u i będę miała tylko wtorki wolne. Zastanawiam się też nad tym, czy nie zacząć nauki hiszpańskiego na uniwerku. Musiałabym tylko któregoś dnia zaczynać wcześniej pracę, albo dłużej zostawać, żeby w czwartek skończyć wcześniej i zdążyć na lekcję :)

    

Zbiorowe zdjęcie bohaterów filmu oraz Sabine Azéma jako Charlotte i Pierre Ardito jako Lionel.

    

André Dussollier (Thierry), Laura Morante (Nicole), Lambert Wilson (Dan) i Izabelle Carré (Gaëlle).

niedziela, 02 września 2007
Komedia i tragedia...

351.

W sobotę nareszcie się wyspałam, a potem usiadłam do Internetu i zamiast pisać pracę, zaczęłam oglądać fragmenty "Trainspotting" na Youtube. Tak mi się jakoś przypomniało o tym filmie :) W końcu puściłam sobie "Choose Life" http://www.youtube.com/watch?v=q2NPysHrV8c i leciało tak w kółko aż do wieczora :) W pewnym momencie podeszłam do okna, żeby je otworzyć i zobaczyłam chrześnicę Gosi pod moimi drzwiami. Okazało się, że widziała z autobusu Gosię idącą w moją stronę i myślała, że przyszła do mnie. A że jechała właśnie do niej, to wysiadła i też przyszła. Tymczasem Gosia szła do miasta i nawet do mnie nie zajrzała, bo myślała, że śpię :) A poza tym umówiłyśmy się, że nie będę mi do wieczora przeszkadzać, bo miałam pisać :) W każdym razie Kinga (bo chyba nadam jej w końcu jakieś imię :) weszła do  mnie na górę i pokazał mi swój nowy aparat fotograficzny. Jej starą cyfrówkę upuściłam na chodnik w czasie naszej wycieczki do Harrogate i Fountains Abbey (byłam wtedy trochę "niewyspana" :) więc do pieniędzy, które jej oddałam dorzuciła jeszcze trochę i kupiła lepszy model :) Po jej wyjściu wzięłam prysznic i zabrałam się za pranie. Jak skończyłam, ubrałam się na imprezę i czekałam tylko na Kingę, która się spóźniała.

Najpierw poszłyśmy do Jacksona po piwo, a potem do Gosi na grilla, a potem na 21 do Love Apple na salsa party. Oprócz nas dojechała Agata ze znajomym i Krystian. Impreza zaczęła się od lekcji, w czasie której tańczyłam najpierw ze znajomym z poniedziałkowych lekcji, a potem z Krystianem, który przez pewien czas prosił mnie, żebym została, nawet jak nauczyciel mówił, żeby zmieniać partnerów, bo bał się skompromitować :) W końcu mnie puścił i zatańczyłam z paroma przystojnymi panami. Nie wiem skąd się ich tam tylu nagle wzięło, ale okazało się, że zjeżdżają się z okolicy. Jak zaczęły się tańce, jeden z nich mnie poprosił, ale nie szło mi najlepiej, więc żaden już nie zaryzykował :))) Tylko mój nauczyciel raz ze mną zatańczył i Krystian parę razy. Musiałam mu pokazać krok mambo, żeby mógł prosić inne panny do tańca :) Pod koniec podszedł do mnie jeszcze jakiś gość i poprosił, żebym go nauczyła tańczyć, bo jestem świetną tancerką :) Próbowałam, ale w końcu powiedziałam mu, żeby przyszedł w poniedziałek na lekcję :) Kinga i Krystian wsiedli w taksówkę, a ja poszłam sobie na piechotkę i już o 2 byłam w domu.

Dzisiaj obudził mnie SMS od Kingi z pytaniem, czy idę z nią na Chińczyka. Odpisałam, że głowa mnie boli (po wczorajszych piwach) i nie jestem głodna, a poza tym nie chce mi się wychodzić z domu, tylko biorę się za pisanie. Gosia co prawda zapraszała mnie na obiad, ale z tego też się wykręciłam. Później zadzwonił Krystian i powiedział, że zaczyna lekcje salsy, ale będzie chodził na inne zajęcia niż ja. Zresztą ja też muszę wkrótce zmienić dzień z poniedziałku na wtorek, bo za dwa tygodnie zaczynam polski w college'u. Porozmawiałam też rodziną przez SKYPE'a. Wczoraj byli w Radomiu na AIR Show, więc powiedzieli mi o katastrofie i pokazali parę zdjęć. Niesamowite... Potem wzięłam laptopa do łóżka i zaczęłam pisać, ale dostałam SMSa od Conrada, że wpadanie i podrzuci mi poprawione poprzednie strony, więc musiałam wstać i się ubrać. Porozmawialiśmy trochę, a wkrótce po jego wyjściu przyszła Gosia, żebym jej pomogła wypełnić aplikację o pracę. W końcu zostałam sama, odpisałam na wszystkie maile, kończę właśnie uzupełniać bloga i zaraz biorę się znów za pisanie o polskich komediach i przedwojennych musicalach.

    

Zdjęcie z "Rejsu" i z "Misia", który doczekał się 2 kontynuacji: "Rozmowy kontrolowane" i "Ryś".

    

Zmarły niedawno tragicznie Jacek Chmielnik w "Kingsajz" i katastrofa na Air Show (zdj. marysm)