Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
piątek, 17 września 2010
Ostatni tydzień w byłym domu

495.

W sobotę na
pisałam maila do funduszu emerytalnego w Polsce, który mnie wylosował i założył mi rachunek. Leży na nim niecałe 100 złotych i czeka, aż przejdę na emeryturę. Zapytałam więc, czy nie mogłabym po prostu zlikwidować tego rachunku. Zaproponowałam, żeby pieniądze przekazali na cel charytatywny, ale odpisali, że nie mogą tego zrobić. Potem w ramach college'u zrobiłam sobie test ze swojej znajomości zachowań w przypadku, gdy dziecko jest źle traktowane lub wykorzystywane w domu. Później wrzuciłam zdjęcia z Exeter i Kornwalii na Fotki i dokończyłam opisywanie wszystkich zdjęć, a w końcu rozesłałam maile do wszystkich z informacją, że można je już oglądać. Wieczorem dostałam SMSa od Severine, w którym spytała, czy możemy się spotkać, odpisałam więc, że może do  mnie przyjść. Wzięłam prysznic i przed jej przyjściem napisałam jeszcze abstrakt mojej pracy. Severine dotarła około 22:00 i przyniosła ciastko z malinami. Napiłyśmy się cydru i pogadałyśmy do 2:00 w nocy. Później zadzwonił Tom z Martinem i zaczęli nas zapraszać do 1in12. Ona poszła, a ja zostałam w domu.

W niedzielę wstałam i usiadłam znów do komputera. Wysłałam Janowi mój abstrakt z prośbą o sprawdzenie oraz maila do moich uczniów. Zaproponowałam im, żebyśmy zorganizowali Polskie Kółko i spotykali się raz w tygodniu, żeby porozmawiać po polsku. Potem się zdrzemnęłam :) W końcu o 15:00 wzięłam prysznic i piechotką poszłam z komputerem na plecach do 1in12. Doszłam w tym samym momencie co kolega, który miał upiec ciasto. Niestety, drzwi do 1in12 były zamknięte. Poszliśmy więc do pobliskiego polskiego sklepu. W końcu Tom przyszedł spóźniony, a na miejscu okazało się, że brakuje jakiś kabli i nie mogę podłączyć laptopa do projektora. W końcu ktoś przyszedł i po 17:0 puściliśmy wreszcie film z Maca, ale trzy razy się zawiesił, więc końcówkę puściłam już z mojego laptopa! Tym razem na "Misia" przyszło około 12 osób, a po filmie było pyszne ciasto marchewkowe. Wszyscy poszli, a ja zostałam na zebraniu członków klubu, żeby mieć pewność, że podobne problemy już się nam nie zdarzą. Wyszłam stamtąd po 20:30, podjechałam do domu autobusem i poszłam spać.

  
Słomiana kukła z filmu "Miś" oraz kolejny plakat Danusi zapraszający na pokaz :)

W poniedziałek
poszłam na 12:00 do pracy, do nowego budynku. Podłączyli mi komputer, ale okazało się, że w blacie stołu nie ma dziur na kable, więc ktoś przyszedł i wywiercił. Usiadłam więc i spisałam wreszcie notatki ze środowego zebrania. Skończyłam tuż przed 17:00 i wyszłam razem z babką z Finansów. Podjechałam z nią autobusem i trochę poplotkowałyśmy. Ona próbuje przekonać szefa, żebym przejęła jej robotę, bo za miesiąc idzie na urlop macierzyński. Wróciłam do domu i zastałam prawie wszystkich w kuchni. Allan i jego dziewczyna gotowali jakieś ostre wegańskie rzeczy na swoją pożegnalną imprezę, bo wkrótce jadą na rok do Salwadoru. O 18:30 zaczęli się schodzić goście, m.in. dwóch chłopaków z pierwszego domu, który obejrzałam! :) W pierwszej chwili nie byłam pewna skąd ich kojarzę, ale w końcu się zgadaliśmy. W dodatku jeden z nich okazał się być chłopakiem Shelley, z którą pracuję :) Naprawdę niesamowite, jaki ten świat jest mały! :) A przynajmniej Bratfoot jest małe! :)

O 19:00 zaczęliśmy jeść, więc posiedziałam z nimi trochę i a potem wróciłam do siebie idę na górę. Po jakimś czasie znów zeszłam na dół i trafiam akurat na ciasto. Pogadałam chwilę ze znajomą Polką, która właśnie przyszła i zastanawiała się, czy się nie wprowadzić do pokoju Allana po jego wyjeździe. Później wróciłam znów do siebie, żeby napisać wreszcie swoje CV i list motywacyjny, ale najpierw sprawdziłam maile. Dostałam dziwny e-mail od kogoś z Fugazi, z kim od lat nie miałam kontaktu i kogo nie mogłam sobie za bardzo przypomnieć. W dodatku w tamtych czasach nie miałam jeszcze tego adresu mailowego, więc zastanawiałam się, skąd go wziął. Okazało się, że trafił na mój drugi blog i wpis o Fugazi :) Napisałam maila do paru znajomych osób, pytając czy go nie kojarzą, bo męczył mnie fakt, że nie mogę go sobie przypomnieć, ale jego imię i nazwisko nikomu nic nie mówiło. Przed snem przeczytałam jeszcze o tym, że Krzysztofa Krauze ma raka i o tym jak go to zmieniło na lepsze :) Robiłam z nim kiedyś wywiad i miałam potem dość niemiłe doświadczenia, ale chyba naprawdę się zmienił!

We wtorek Nicola wróciła do pracy i zaczęła wszystko rozpakowywać, a ja zabrałam się za Pick Up Service, czyli za odpisywanie studentom zagranicznym, których mieliśmy w przyszłym tygodniu odbierać z pobliskich lotnisk. Wieczorem Krystian wrócił z Polski, więc się zdzwoniliśmy i umówiliśmy się na oglądanie tego domu, w którym byłam w piątek po kursie. Potem sprawdziłam maile i okazało się, że ten znajomy z Polski, który napisał do mnie maila, to jeden z założycieli klubu Fugazi, w którym kiedyś pracowałam na bilardzie. A to oznacza, że mnie zatrudniał, a ja mimo to nie końca go kojarzę :) Musiałabym zobaczyć zdjęcie, bo imię i nazwisko niewiele mi mówią. Okazało się, że zorganizował imprezę i skrzyknął ludzi z Fugazi, więc mam nadzieję, że wrzuci jakieś zdjęcia do sieci. Dzięki jego mailowi zebrało mi się i moim dwóm przyjaciółkom z liceum na wspomnienia :) Zaczęłyśmy wymieniać w mailach, kogo i co pamiętamy z tamtych czasów :) Szkoda, że nie mogłam się wybrać na tą imprezę. (Wpis o Fugazi: http://drania.blox.pl/2007/10/5-Fugazi.html#ListaKomentarzy).

  
Budynek, w którym teraz pracuję oraz legendarny klub Fugazi (dziś ponoć już zrównany z ziemią).

W środę rano poszłam do biblioteki, gdzie czekała już na mnie Sarah. Po kolejnej lekcji polskiego poszłam do pracy. Szefowa wróciła z urlopu i dokończyła z Nicolą rozpakowywanie. Po pracy wróciłam do domu na obiad, a na 18:00 poszłam do nowego domu, żeby go obejrzeć razem z Krystianem. Przyszłam pierwsza i pod drzwiami spotkałam grupę trzech osób - dwóch chłopaków i dziewczynę, którzy jak się okazało też przyszli zobaczyć ten dom! Trochę mi się to nie spodobało, że umówili się na tą samą godzinę i z nami i z nimi. Ale właściciel powiedział, że my mamy pierwszeństwo. Krystian obejrzał dom i wybrał sobie pokój na poddaszu. Obok był drugi pokój, zdecydowaliśmy więc, że najlepiej będzie wynająć całe poddasze, a nie jeden pokój na górze, a drugi na dole. W czasie rozmowy z właścicielem coś mnie tknęło, tzn. miałam znowu jakieś złe przeczucie, ale mimo to zdecydowaliśmy się wziąć te dwa pokoje. Powiedziałam o tym w domu, jak
jedliśmy wszyscy razem kolację. Powiedzieli, że nie ma żadnego problemu. Zrobiło mi się nawet żal, że się wyprowadzam :) Przed snem obejrzałam film "Bez końca" Kieślowskiego, który pożyczyła mi Sarah.

W czwartek rano znów poszłam do biblioteki, ale Sarah niestety zapomniał mi zapłacić, a liczyłam na trochę gotówki. Potem napisała mi maila i przeprosiła, że zapomniała :) W pracy spytałam szefową, czy mogę wziąć piątek wolny, a Leona, który jest jednym z kierowców odbierających studentów z lotnisk, czy mi pomoże w przeprowadzce. Szefowa zaproponowała, żebym wzięła vana, którego wypożyczamy, żeby nim wozić bagaże studentów, umówiłam się więc z Leonem na rano, że mnie zawiezie do firmy wynajmu samochodów. Wziął mój telefon i wpisał mi swój numer, a potem załatwił mi cztery plastikowe skrzynie do pakowania i po pracy podrzucił mnie z nimi do domu :) Wieczorem przyjechał Krystian ze swoją umową i pieniędzmi, żebym zabrała je jutro i przekazała właścicielowi naszego nowego domu. Potem zabrałam się za pakowanie. Ustawiłam te skrzynie z pracy w pokoju Allana, który był już prawie pusty, bo Allan nad ranem już wyjeżdżał. Zapakowałam je i
na wierzchu została mi już tylko pościel :)
piątek, 03 września 2010
W poszukiwaniu nowego domu :)

494.

We wtorek obudziłam się zanim zadzwonił budzik. Dostałam SMS od Jana, żebym się nie martwiła samochodem, bo przecież zapłaciłam za ubezpieczenie. Chłopak Majki też mnie pocieszał, że wszystko będzie dobrze. Mimo to zadzwoniłam do dealera Renault i spytałam o koszt wymiany całego przedniego zderzaka. Powiedziano mi, że to 550 funtów, a ubezpieczenie miałam do 500. Trochę się uspokoiłam. Ubrałam się ładnie, założyłam buty na obcasie i pojechałam ich czarować :) Wymyśliłam na poczekaniu historyjkę, która w przeważającej większości była prawdziwa, tylko trochę podkoloryzowana :)
Potem podpisałam zeznanie, no i stanęło na tym, że nie oddadzą mi 100 funtów kaucji, ale nic więcej już nie muszę płacić. Przez te 3 dni przejechałam prawie tysiąc mil, czyli około półtora tysiąca kilometrów.

Jeden z pracowników firmy odwiózł mnie do mojego byłego domu, skąd doszłam sobie
na 11:00 na piechotkę do pracy. Wyszłam z niej po 6 godzinach z bólem głowy, tyle było roboty! A teoretycznie powinniśmy byli być zamknięci, bo przeprowadzamy się z powrotem do budynku, w którym byliśmy jak zaczęłam pracę w Stowarzyszeniu Studentów! :) Teraz odnowiono ten budynek i znów się do niego sprowadzamy :) Po drodze weszłam do sklepu, a potem podjechałam do domu autobusem, bo od tych butów na obcasie nogi mnie rozbolały. Dawno nie nosiłam obcasów, właściwie od wypadku. Wieczorem przyjechały do nas dwie dziewczyny z Tajwanu, żeby w ramach Coach Surfing zostać na 2 noce. Zeszłam do nich chwilę porozmawiać, ale głowa tak mnie bolała, że poszłam po prostu wcześniej spać.

W środę poszłam do pracy na 10:00, bo poproszono mnie znów, żebym robiła notatki w czasie zebrania. Po zebraniu zaczęło się jakieś istne szaleństwo. Telefon się urywał, maili miałam zatrzęsienie, a jeszcze od czasu przychodzili studenci i zadawali głupie pytania :) Pytali na przykład o ludzi z działu obok, który już był w trakcie przeprowadzki i nie docierało do nich, że nikogo tam nie ma! :) W końcu wyszłam o 17:00, po 7 godzinach pracy i poszłam nareszcie do domu. Buty na obcasie nadal mnie cisnęły, ale ładnie wyglądały :) W domu usiadłam do komputera, a potem o 19:00 poszłam obejrzeć dom na sąsiedniej ulicy. Nie spodobał mi się jednak, właściciel zresztą też nie. Najwyraźniej nie uprzedził chłopaków, którzy się stamtąd wyprowadzali, że z kimś przyjdzie! Wróciłam do domu i do Internetu :)

Wczoraj zapomniałam nastawić alarm w budziku i zaspałam! Obudziłam się o 10:05, a o 10:30 byłam już umówiona z Sarah w bibliotece! Ostatecznie dotarłam tam dopiero na 10:45, ale wzięłam tylko prysznic i nic nie zjadłam. Założyłam buty na płaskim obcasie, bo zrobił mi się odcisk! Prosto po lekcji poszłam do pracy. Leon, który pomaga się nam pakować zaproponował, że zabierze mnie do Morrisona, żebym kupiła sobie coś do jedzenia. Tam spotkałam Conrada :) W pracy uruchomiłam auto reply w mailu, a sekretarce zostawiłam wiadomość, a potem wszystko odłączyłam od prądu i zapakowałam. Leon powiedział, że zajmie się resztą, więc około 15:30 poszłam już do domu. Tam chwilę się zdrzemnęłam, a potem poszłam z Sally na 17:30 do Muzeum na "L'illusionniste" (The Illusionist / Iluzjonista) Sylvaina Chomet. Po filmie poszłyśmy na curry , a że siedziałyśmy przy oknie, to zobaczył nas przechodzący obok Victor i dołączył do nas :) Wyszliśmy po 20:00 i oni poszli do1in12, a ja spacerkiem do domu.

  
Kadr z filmu o iluzjoniście i jego fance oraz ten nieszczęsny zarysowany zderzak samochodu.

Dzisiaj obudziłam się o 9:30, bo o 11:00 byłam znów umówiona w bibliotece z Sarah. Po lekcji poszłam na 12:30 na lunch do Norcroft Centre, w którym o 13:30 mieliśmy trening z obsługi klienta :) Dostaliśmy obrazki do kolorowania i kolorowe druciki, z których robiliśmy różne rzeczy :) Na przykład Phil zrobił sobie okulary, Josh model DNA, a ja z dwóch drucików bransoletki, a trzecim owinęłam długopis :) Zaraz po kursie, który skończył się o 16:30 poszłam obejrzeć kolejny dom w okolicy. Przyszłam trochę wcześniej, więc pokazał mi go młodszy brat właściciela, który doszedł później i odpowiedział na moje pytania. Dom mi się podobał, warunki umowy też, powiedziałam więc, że odezwiemy się z kolegą we wtorek, jak on wróci. Wróciłam do domu i napisałam maila do Krystiana, że w przyszłym tygodniu możemy się wprowadzać :) A potem wrzuciłam nareszcie zdjęcia z Polski na www.fotki/annad9.